Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Co by było, gdyby matka Roszpunki wypiła eliksir z niewłaściwego kwiatu?
Roszpunka całe dziewiętnaście lat swojego życia spędziła samotnie w wieży, przekonana, że musi chronić wszystkich przed zabójczą mocą swoich magicznych włosów. A gdy w końcu postanawia opuścić jedyny dom, jaki pamięta, by z bliska obejrzeć tajemnicze światełka, które pojawiają się na niebie co roku w jej urodziny, trafia w wir przygód u boku dwojga awanturników: aspirującej rozbójniczki Giny i poszukiwanego listem gończym Flynna Rajtara. Lecz zanim Roszpunka odnajdzie swoją własną ścieżkę, odkryje, że jej srebrne włosy, przeszłość i przeznaczenie okrywa głębsza tajemnica, niż mogła sobie wyobrazić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 403
Dla bibliotekarek i bibliotekarzy na całym świecie.
Nie zostałabym pisarką, którą jestem dzisiaj, gdyby nie wyjątkowe bibliotekarki i bibliotekarze w moim życiu: Wunderly Stauder, Peter Salesses, Jane White, Eleanor Malmfeldt i Rita Braswell.
L.B.
Ostatnie nuty popowej piosenki wybrzmiały wraz z finałem napisów końcowych filmu, a Brendan powoli wracał do rzeczywistości.
Zamiast świergoczącego szczęśliwym zakończeniem królestwa pełnego kwiatów, ptaków, królów i królowych pojawiła się ciasna i zimna sala, pusta i sterylnie biała. Starczało w niej miejsca na jedno krzesło, niewielki wózek, plątaninę rurek i pompek kroplówki oraz szpitalne łóżko, na którym leżała jego siostra bliźniaczka Daniella.
Brendan próbował ozdobić i jakoś ocieplić salę, tak jak robił to zawsze, gdy towarzyszył siostrze podczas kolejnych sesji chemioterapii. Wieszał kolorowe światełka nad jej łóżkiem (takie na baterie), umieszczał bukiet nieprzyzwoicie jaskrawych kwiatów na wózku (sztucznych, bo prawdziwe pyłki i alergeny szkodziły ludziom z osłabionym układem odpornościowym), a obok stosik bajgli i kubek serka truskawkowego, na wypadek gdyby Daniella akurat miała ochotę na przekąskę (nigdy nie miała).
Te zabiegi tłumiły lęk, ale nigdy całkowicie.
To nie był najgorszy rodzaj raka. Nie był nawet w pierwszej dwudziestce. Ale to ani trochę nie pocieszało Brendana, gdy jego bardzo słaba i bardzo zmęczona siostra – która podczas filmu siedziała wsparta na poduszkach i z ożywieniem wpatrywała się w ekran – po skończonym seansie powoli zapadała się w sobie z wyczerpania.
W ciszy, która nastała po seansie, klikanie pompki od kroplówki zdawało się zagłuszać wszystkie inne dźwięki.
Daniella otworzyła usta, ale nie do końca ziewnęła.
– No dobra, trzeci pokaz „Zaplątanych” odhaczony! – odezwał się Brendan z prawie niewymuszonym uśmiechem. – Na co masz teraz ochotę?
– Poczytasz mi? – Jej senne piwne oczy rozbłysły na jedną lśniącą chwilę. Jak mógłby jej odmówić?
…A potem zobaczył okładkę książki, którą podetknęła mu pod nos, i uśmiech spełzł mu z twarzy.
– Daj spokój – mruknął. – Właśnie obejrzeliśmy film. Nie moglibyśmy poczytać czegoś innego?
– Nie, chcę posłuchać o Roszpunce – upierała się Daniella, wydymając dolną wargę (w sposób, który ku radości Brendana przypominał mu nieco jego dawną siostrę). – ZNOWU. Chyba że uważasz, że twoja szesnastoletnia chora na raka siostra na to nie zasługuje…
– O. Rany. Dobra. – Brendan niechętnie sięgnął po książkę. – Okej, rozumiem ten cały powrót do dzieciństwa. Ale dlaczego akurat Roszpunka? Dlaczego aż tyle Roszpunki? Ty masz czarne włosy. A właściwie już ich nie masz.
Jako jej brat był jedynym człowiekiem, któremu wolno było tak mówić. Jako jej brat musiał tak mówić. Gdy robił się dziwny, łzawy i łagodny jak jej chłopak czy rodzice lub gdy używał tych samych wymuszonych słów co pielęgniarki, które zawzięcie obchodziły temat jej choroby… właśnie wtedy Daniellę ogarniały lęk i złość. Żadna z tych strasznych rzeczy, które się jej przytrafiły, nie przeszkadzała jej tak bardzo jak głupi, upierdliwy brat silący się na słodycz.
Ale zdarzyło mu się, tylko raz, przyłapać ją, jak zerknęła w lustro na kilka kępek włosów, które zostały jej na głowie w miejscu dawnych lśniących warkoczyków. Jej gardło wydęło się jak u ptaka, który właśnie wciągnął rybę, gdy gorączkowo przełykała, próbując powstrzymać łzy.
– Czytaj. No już – powiedziała teraz, wyraźnie zmęczona. Posłała mu gromiące spojrzenie z całą siłą, na jaką było ją stać.
Brendan westchnął i otworzył książkę na pierwszej stronie. Poczuł dreszcz. W salach do chemioterapii celowo utrzymywano niską temperaturę – miało to jakieś medyczne uzasadnienie, którego już nie pamiętał. Dlatego zawsze przynosił Danielli jej stary koc z Tianą. Teraz leżała ciasno nim otulona razem z elektrycznymi szpitalnymi kocami, które miły pielęgniarz ustawił na najwyższą temperaturę, żeby nie marzli.
Brendan spojrzał na pierwszą stronę.
I zamknął książkę.
– Brendan – mruknęła Daniella sennie, ale z nutą zniecierpliwienia.
– A co powiesz na to? – Brendan wpadł na pewien pomysł. – Przeczytaliśmy tę książkę jakiś milion razy…
– Dwa razy – poprawiła Daniella, zamykając oczy.
– Mógłbym opowiedzieć ją trochę… inaczej? Tak po mojemu?
Siostra gwałtownie otworzyła oczy i łypnęła na niego podejrzliwie.
– Ehe. Zaczniesz pleść jakieś głupoty i wsadzisz tam szturmowców albo wszyscy zaczną się wyzywać od najgorszych, a potem wylądują kosmici i zrobi się jedna wielka rozróba.
– Nie, wcale nie! Obiecuję. Żadnych głupot. Dokładnie ta sama historia… tylko trochę inna.
Daniella spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.
– I Matka Gertruda będzie zła? A Flynn zakocha się w Roszpunce? I będzie Pascal? I wszystkie oprychy z Dziarskiego Kaczątka? I magia? Żadnych robotów i podróży w czasie?
– Właśnie tak. Obiecuję. Ani jednego robota.
– No dobra – zgodziła się Daniella. W jej głosie nadal nie było słychać specjalnego przekonania, ale wydawała się zdecydowanie bardziej rozbudzona niż jeszcze chwilę wcześniej. – Spróbujmy.
– No i super – odparł Brendan z uśmiechem. Otworzył książkę, jakby zamierzał zacząć czytać:
Dawno, dawno temu…
Dawno, dawno temu, gdy niebiosa wciąż interesowało czasem to, co dzieje się na ziemi, słońce świeciło tak jasno, że pewnego wspaniałego wiosennego dnia uroniło łzę czystego szczęścia. Tam gdzie spadła, wyrósł magiczny złoty kwiat. Lśnił ciepłym, delikatnym blaskiem jak poranne promienie, a jego płatki kryły w sobie moc uzdrawiania chorób i ran.
…Ale los nie dał mu okazji, by się tym wykazać. Wprawdzie „dawno, dawno temu” ludzie, którzy dobrze znali te lasy i desperacko szukali cudownego lekarstwa, wyruszyli na poszukiwanie jego magii. Lecz w tych ciemnych czasach całą krainą wstrząsała wojna za wojną, a wielka zaraza zabrała całe pokolenia mędrczyń i starych pustelników. Z czasem o złotym kwiecie niemal zupełnie zapomniano.
Minęło wiele lat. Świat się zmienił. W końcu pewna przebiegła i do cna zła młoda kobieta wiedziona legendami i pogłoskami zdołała odnaleźć kwiat.
Miała na imię Gertruda.
Taka magia pozwoliłaby jej wiele zdziałać. Mogła zostać wspaniałą uzdrowicielką, a przynajmniej rozchwytywaną (i bardzo majętną) medyczką usługującą królom i bogaczom. Ona jednak zatrzymała kwiat dla siebie, a jego moc wykorzystywała tylko w jednym celu: do zaskarbienia sobie wiecznej młodości.
Minęło sto lat.
W państwie znów zapanował spokój. Król Fryderyk i królowa Arianna, piękni i mądrzy ponad swój wiek, sprawowali władzę roztropnie i sprawiedliwie. I jak to często w baśniach bywa, mieli wszystko, czego mogli zapragnąć… oprócz dziecka.
(Choć sytuacja ta była, oczywiście, źródłem smutku i obaw dla pary królewskiej, brak potomstwa niepokoił także mieszkańców rządzonej przez nich krainy. Bez potomka, który w swoim czasie mógłby zasiąść na tronie, ziemie te czekał powrót do chaosu i przelewu krwi. Sąsiadujące księstwa wiecznie ostrzyły sobie zęby na nowe terytoria, gotowe wykorzystać każdą okazję, by je zdobyć).
Dzięki zabiegom akuszerek, medyków, kapłanów i zielarzy para królewska wreszcie oczekiwała dziecka. W pierwszej chwili na zamku zapanowała wielka radość, lecz niestety, jak to często zdarzało się w tych dawnych, dawnych czasach, królowa zachorowała, i z każdym dniem, który zbliżał ją do rozwiązania, zdawała się o krok bliższa śmierci.
Król raz jeszcze wezwał do zamku akuszerki, medyków, kapłanów i zielarzy, lecz dopiero ostatnia sędziwa mędrczyni przypomniała sobie historię, którą opowiedziała jej własna prababka. Dotyczyła tajemnicy złotego kwiatu. Słonecznego kwiatu.
Nie zwlekając ani chwili dłużej, król rozesłał konnych posłańców, by przeczesali całą krainę i odnaleźli magiczny kwiat. Co noc od zmierzchu do świtu każdy będący na siłach mieszkaniec królestwa brał udział w poszukiwaniach. Wszyscy robili to chętnie, bo para królewska cieszyła się miłością poddanych, którzy pragnęli jej szczęścia tak jak własnego. Pragnęli ponadto dziedzica tronu, zdolnego uchronić ich przed powrotem do chaosu, który trawił królestwo przez długie wieki. Nie gardzili też sowitą nagrodą, którą król obiecał znalazcy.
I kwiat w końcu odnaleziono i przygotowano napar, który uśmierzył ból i gorączkę królowej. Arianna wkrótce wydobrzała i powiła śliczną dziewczynkę, a w całym królestwie zapanowała wielka radość.
Bo nikt nie zdawał sobie sprawy, że doszło do pomyłki.
Gdyż nowo wzbogacony chłop wcale nie znalazł słonecznego kwiatu.
Przyniósł do zamku kwiat księżycowy.
Zaraz, że co?
Daniella pacnęła obiema rękoma o kołdrę. Rurki kroplówki zaklekotały ostrzegawczo, ale szczęśliwie żadna nie wypadła.
– Kwiat księżycowy. Srebrny kwiat – powtórzył Brendan cierpliwie. – Zerwali nie ten, co trzeba. Mówiłem, że ta historia będzie inna.
– No mówiłeś, ale… jak mogli zerwać zły kwiat? Chodziło o złoty kwiat. Żółciutki, świecący i w ogóle.
Zmarszczyła czoło i skrzyżowała ręce na piersi, wydymając usta na głupotę postaci, która nie otrzymała nawet imienia – i która najprawdopodobniej nieźle wzbogaciła się na swojej pomyłce, wynagrodzona taką liczną trzodą kóz i ilością złota, że nie wiedziała, co z tym dostatkiem zrobić.
– Dobra, słuchaj, oba kwiaty świeciły – zauważył Brendan, pochylając się do przodu, gotowy bronić swojej anonimowej postaci. – Powiedziano im „idźcie poszukać świecącego kwiatu”. To chłop poszedł i znalazł. Skąd miał wiedzieć, że było takich więcej niż jeden? Wiele lat wcześniej księżyc także uronił łzę, czy coś, i z niej również wyrósł kwiat.
Widział, że przez twarz siostry przemknął wyraz zrozumienia i zaciekawienia, i spróbował nie pokazać swojej satysfakcji zbyt otwarcie.
– A czy gwiezdne kwiaty też są?
– Nie wiem. Może. Czemu nie?
– A jakie inne właściwości ma srebrny kwiat? – spytała Daniella, wyraźnie starając się nie wyglądać na zbyt zaintrygowaną.
– Może po prostu się odprężysz i posłuchasz, głupolu? Wszystkiego się dowiesz – burknął Brendan, ponownie otwierając książkę, tym razem z lekkim rozmachem.
Siostra nie wyglądała na w pełni zadowoloną, lecz mimo to ponownie ułożyła się na poduszkach, raz lub dwa razy głośno przełykając. W chemii, którą dostawała, było coś dziwnego, co sprawiało, że odczuwała zapachy i smaki, których nie było. Brendan zanotował w pamięci, żeby przynieść jej więcej kwaśnych żelek z automatu na korytarzu, kiedy następnym razem pójdzie do łazienki. Nie były jej ulubionymi słodyczami, ale ich intensywny smak pomagał choć trochę zatuszować nieprzyjemne odczucia.
– I tak narodziła się zdrowa dziewczynka. Królewna. – ciągnął Brendan. – A po tygodniu, jak kazał zwyczaj w tamtych czasach, gdy śmiertelność wśród niemowląt była bardzo wysoka, nadano jej imię Roszpunka, bo ta roślina rosła na łące, gdzie znaleziono magiczny kwiat. Całe królestwo zatrzymało się, by uczcić tę wiekopomną chwilę. Były uczty i tańce, pikniki i wszystkim mieszkańcom rozdawano dary. Para królewska wypuściła na nocne niebo płonące lampiony. I przez moment wydawało się, że wszystko toczy się idealnie. Ale ten moment szybko przeminął.
Nowo narodzona królewna była zdrowa, energiczna i pełna wigoru. Nie zdradzała żadnych oznak choroby czy słabości (czy też „pragnienia opuszczania grzesznego ludzkiego padołu i powrócenia do nieba”, jak mówili niektórzy). Szybko postarano się dla niej o mamkę, którą królowa Arianna równie szybko odprawiła, bo pragnęła opiekować się córeczką sama. I któż mógł ją winić? Roszpunka była wesolutka i tłuściutka, miała rumiane policzki i uwielbiała się tulić. Jedyne, co w niej dziwiło, to włosy, bo te lśniły równie prześlicznym, co niezwykłym odcieniem srebra i miały kilka cali już w momencie narodzin dziewczynki.
Stara Babka Berta, ochmistrzyni czuwająca nad pokojówkami i resztą służby, powszechnie uważana za zamkową matkę, z niecierpliwością zbywała przesądne plotki o ich rzekomo demonicznym pochodzeniu. To były pierwsze włosy, włosy niemowlęce, które prawdopodobnie i tak wypadną za tydzień czy dwa i zostaną zastąpione włosami we właściwym kolorze. Arianna przyszła na świat z meszkiem czarnych jak smoła włosów, które zniknęły w dwóch pierwszych tygodniach, a po miesiącu zastąpiły je kasztanowe pukle, do tej pory zdobiące jej głowę.
Lecz włosy Roszpunki były cienkie i kłopotliwe. Uparcie plątały się w drobne, niemowlęce kołtunki, diabelsko krnąbrne przy rozczesywaniu. (Problem pogłębiało ślinienie się i ulewanie, co zdarza się nawet najlepiej urodzonym niemowlętom, w tym także królewnom).
Dzień jej chrzcin ogłoszono wielkim świętem w całym królestwie. Król Fryderyk, astronom amator, wyliczył, że tej nocy księżyc znajdzie się w nowiu, a pod jego nieobecność niebo będzie najciemniejsze.
– Powinniśmy zapalić jeszcze więcej lampionów! – oświadczył. – Wypełnić nimi całe niebo! Odpowiednio uczcić to wielkie wydarzenie!
Karawana handlowa ze Wschodu przyniosła te cuda do królestwa kilka miesięcy wcześniej: kolorowe, malowane papierowe latarenki, które ulatywały do nieba po zapaleniu znajdującej się w środku świecy. Fryderyk kupił je wszystkie i błagał kupców, by wrócili z kolejną partią.
(Nabył też sztuczne ognie, jedwabie, herbatę i przeróżne przyprawy, o których zamkowi kucharze nigdy wcześniej nie słyszeli, lecz wkrótce zręcznie wkomponowali je w podawane na królewski stół dania).
Lampiony zostały rozdane wszystkim mieszkańcom królestwa wraz z poleceniem, by tuż po zachodzie słońca zapalili je i wypuścili z łódek w miejskim porcie.
Cały kraj pochłonięty był przygotowaniami do nadchodzącego wieczoru: na gzymsach domów zawisły kwieciste girlandy, przybyli z dalekiego Wschodu mnisi malowali kredą barwne mandale na miejskich placach. Muzycy stroili i polerowali instrumenty, wszyscy szykowali swoje najlepsze stroje i kaftany, kobiety ozdabiały warkocze śnieżnobiałymi liliami, które tylko w niewielkim stopniu oddawały blask złotego kwiatu.
(Srebrnego kwiatu).
Lecz małej Roszpunki bynajmniej nie cieszyły przygotowania do jej własnej uroczystości.
Nie przeszkadzała jej bieluchna szata chrzcielna z najlepszego jedwabiu, haftowana przez tuzin najsprawniejszych hafciarek w królestwie.
Nie protestowała, gdy pryskano wodą różaną po jej pofałdowanym ciałku, by pachniała tak wspaniale, jak według naiwniaków powinny pachnieć niemowlęta.
Nie skarżyła się nawet, gdy bardzo ostrożnie obcinano jej maciupeńkie paznokietki, żeby nie drapała się po twarzy.
Ale nie mogła znieść całego zamieszania wokół jej włosów.
– Jak niemowlę może narobić sobie tyle kołtunów? – zastanawiała się Babka Berta, tuląc Roszpunkę, gdy młoda pokojówka Lotka próbowała pieczołowicie rozplątać supełki srebrnym grzebieniem.
Królowa Arianna przyglądała się temu z uśmiechem, w duchu ciesząc się z każdego donośnego okrzyku i zaskakująco krzepkiego kopnięcia swojej córki. Wściekłość oznaczała witalność, co u najmłodszych dzieci wcale nie było oczywiste. Wściekłość oznaczała silną wolę – która przydawała się szczególnie dziewczynkom i kobietom, a nawet królowym, zmuszonym do walki o wszystko, co chłopcy dostawali bez kiwnięcia palcem.
Król Fryderyk krążył niecierpliwie po komnacie, co i raz doglądając prac nadwornego malarza, który pospiesznie szkicował tę scenę. Takie zachowanie byłoby urzekające u świeżo upieczonego ojca, tyle że ten konkretny ojciec zmusił już biednego artystę do naszkicowania pierwszej kąpieli Roszpunki, pierwszej drzemki w królewskiej kołysce, a nawet pierwszej królewskiej zmiany pieluchy.
– Nie ruszaj się, kwiatuszku – prosiła Lotka, starając się delikatnie trzymać niemowlęcą główkę, tak by nie zadrapać jej zdobnym grzebieniem.
– Już dobrze, serdeńko – zagruchała Babka Berta, lekko kołysząc małą na biodrze.
– Jeszcze jeden kołtunek i gotowe – wycedziła pokojówka przez zaciśnięte zęby.
Możliwe, że pociągnęła grzebieniem nieco mocniej, żeby czym prędzej uporać się z zadaniem. Roszpunka wydała z siebie krzyk złości i szarpnęła główką, sprawiając, że grzebień zaplątał się w kołtun.
– Och, skarbeczku! – wykrzyknęła Lotka, kładąc dłoń na czerwonej główce biednego dziecka.
Czerwona zrobiła się także twarz Roszpunki. Poczerwieniała od niemowlęcej krzywdy i bólu niczym burak. Otworzyła swoje urocze różowiutkie usteczka i zawyła…
…a pokojówka padła martwa.
W komnacie nastała cisza przerywana jedynie płaczem małej królewny, który wcale nie był znów tak głośny – była przecież dopiero noworodkiem.
– Co…? – Zwykle milkliwy Fryderyk odezwał się jako pierwszy.
Jeden ze strażników ochłonął szybciej od pozostałych. Przyskoczył do służącej, uklęknął i przytknął dłoń do jej policzka.
– Robi się zimna. Sprowadźcie medyka, ale zdaje się, że jest już za późno.
Drugi strażnik zasalutował i ruszył korytarzem, nawołując donośnie i wzywając signore dottore Alziego, który czuwał nad zdrowiem mieszkańców zamku i zamkowej służby.
– Roszpunko! – wykrzyknęła królowa, podbiegając do córeczki. Jak u każdej matki w obliczu zagrożenia jej pierwszym instynktownym odruchem była chęć chwycenia w objęcia swojego dziecka.
Lecz Babka Berta odwróciła się, przyciskając dziewczynkę do piersi i odsuwając ją od królowej.
– Najjaśniejsza pani, nie – powiedziała, pojmując jako pierwsza, może poza strażnikiem, co się właśnie wydarzyło. – Trzymaj się z daleka.
– Oddaj mi moje dziecko – zażądała Arianna, a w jej pełnych strachu ciemnych oczach błysnęła iskierka Roszpunkowej waleczności.
– Nie, pani – odparła Berta stanowczo. – Dzieje się coś niedobrego, sama widziałaś. Lotka pociągnęła Roszpunkę za włosy, a teraz leży martwa. Może dziecię powoli się uspokaja, ale pozwól mi ją potrzymać, dopóki nie upewnimy się, że to bezpieczne.
Mimo tych ostrzeżeń Arianna postąpiła kolejnych kilka kroków w stronę starej niani, lecz Fryderyk złapał ją za rękę.
Malarz dalej z zapałem szkicował scenę: ponurą, pogrążoną w ciszy i chaosie komnatę, pełną smutku… i rumiane niemowlę, które już gaworzyło i postękiwało wesoło, usuwając z pamięci chwilową przykrość.
Artysta nie został zaproszony do prywatnych komnat królewskich, gdzie rozpaczliwa scena miała swój ciąg dalszy. Smutek zastępowały powoli zaduma i zmartwienie. Fryderyk i Arianna siedzieli obok siebie, a ich córka leżała nieopodal pogrążona we śnie (w kołysce wydrążonej z drewna jarzębu, który miał ją chronić przed złymi wróżkami). Byli z nimi także signore dottore Alzi, ksiądz, Babka Berta oraz strażnik, który pierwszy dopadł martwej Lotki.
– Skłaniam się ku wyjaśnieniu, że to wszystko jest wynikiem nieszczęśliwego wypadku – odezwał się doktor zmęczonym tonem. Miał druciane okulary i życzliwe spojrzenie. – Być może służąca miała słabe serce lub coś nie tak w mózgu – próbował tłumaczyć medyk. – Stres związany z sytuacją sprawił, że krew i humory w jej ciele zagotowały się i wzburzyły, a słabe narządy tego nie wytrzymały.
– Twierdzisz, panie, że to był pierwszy raz, kiedy doświadczyła stresu? – warknęła Babka Berta. – Czy miałeś kiedyś okazję porozmawiać z ładną młodą służką z ubogiej rodziny, signore?
Doktor wzruszył ramionami. Nie miał dobrej odpowiedzi.
– To sprawka diabła – wtrącił ksiądz. – Tak to się kończy, gdy człowiek ratuje się magicznymi roślinami i czarami zamiast Słowem Bożym.
Król Fryderyk potarł, zmęczony, swoje krzaczaste brwi i ścisnął ramię Arianny, pocieszając ją, zanim zdążyła zareagować.
– Strażniku Tregsburg – odezwał się – ty pierwszy pojąłeś, co się wydarzyło, gdy podszedłeś do tej biednej dziewczyny. Powiedz mi, co zobaczyłeś.
Królewski strażnik Justyn Tregsburg (zwany Maximusem na rzymską modłę, bo przerastał swoje rodzeństwo o głowę) był młody, lecz wystarczająco doświadczony, by nie okazać emocji.
– Wasza Królewska Mość, tak jak to widziałem, królewna się zezłościła i w tej samej chwili służąca padła nieżywa. Nie widziałem nic poza tym, że pokojówka dotykała dziecka, a dokładniej jego włosów, gdy to się wydarzyło. Ale przecież ochmistrzyni trzymała małą i przeżyła. Nie potrafię powiedzieć, jak to się stało.
– Włosów królewny… – Arianna powoli podniosła się z krzesła i zbliżyła do kołyski. Srebrzyste pukle Roszpunki, wciąż z tym ostatnim kołtunem, rozlewały się po poduszce wokół jej głowy, dziwne i tak bardzo nienaturalne u dziecka, którego oboje rodzice mieli włosy w odcieniu głęboko kasztanowym jak sierść u najszlachetniejszego araba.
Włosy pełne złej magii.
– Może to rzeczywiście przez ten kwiat – zastanowił się signore Alzi. – Oczywiście osobiście nie wierzę w takie banialuki… Arianna to wspaniała, zdrowa kobieta, która z pewnością wydobrzała o własnych siłach. Ale załóżmy, że złoty kwiat posiada magiczne właściwości, a jego esencja trafiła do organizmu królowej, gdy wypiła napar. Czy w ten sposób nie trafiłaby także do jej dziecka, które karmi się pożywieniem i napojem matki, gdy ta nosi je pod sercem?
Arianna i Fryderyk wymienili zatrwożone spojrzenia. Ręka królowej bezwiednie powędrowała do jej łona, choć było już puste.
– Dziecko nie ma władzy nad swoją złością, Wasza Wysokość – odezwał się ksiądz łagodnie. – Czy to sprawka diabła, czy naukowe farmazony Alziego, jeśli królewna ma moc zabijania, zrobi to ponownie – bezmyślnie, tak jak niemowlęta wiją się i zżymają w atakach wściekłości.
Fryderyk starał się zapanować nad huraganem emocji, marszcząc czoło i przyjmując minę zdradzającą zadumę godną władcy, tak jak nauczył go ojciec, który sam otrzymał tę naukę od własnego ojca.
– Ale cóż możemy poradzić? Czy ktoś z was ma jakikolwiek pomysł? Tregsburg?
Strażnik nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Wychował się na dalekich rubieżach królestwa, gdzie otaczały go ludowe opowieści i tradycje. A teraz miał na sobie strój każdego baśniowego myśliwego czy kata, któremu można by powierzyć zadanie zabrania niemowlęcia do lasu… i poradzenia sobie z problemem.
– Wygląda na to, że dziewczynka może stanowić poważne zagrożenie dla Waszych Królewskich Mości – powiedział ostrożnie. – I ochmistrzyni, i każdego, kto będzie się nią zajmować.
Arianna starała się powstrzymać szloch.
Babka Berta spojrzała na niemowlę ze smutkiem.
– Ale pomyśleć tylko. Królewna władająca taką mocą… Królowa… Potężna byłaby z niej władczyni, prawda? To dopiero byłby widok.
– Trzeba ją wychować bezpiecznie – stwierdził Fryderyk, powtarzając na głos jedyną myśl, która zdawała się jasno wybrzmiewać w jego głowie.
– Bezpiecznie dla niej… i dla wszystkich wokół – dodał Alzi pospiesznie.
– W bezpiecznej, bogobojnej społeczności. W skromnym zakonie – zasugerował ksiądz.
– Może przy kimś, kto zna się na takich sprawach – zaoponował strażnik, najgrzeczniej jak potrafił.
– To moje dziecko – zawołała Arianna. – Pojadę z nią!
– Za przeproszeniem, jesteś królową, Najjaśniejsza Pani – zauważyła Babka Berta, dygając nisko. – Masz pod swoją opieką znacznie więcej dzieci. Wszystkie dzieci w królestwie, a także ich rodziców, którzy potrzebują twojego przewodnictwa.
– Nie myli się – przyznał signore Alzi.
– Jesteś pasterką swego ludu – podchwycił ksiądz.
– Może uda nam się znaleźć jakieś schronienie w okolicy, żebyś mogła ją odwiedzać – zasugerował król… i ta sugestia ostatecznie przypieczętowała decyzję, którą podjął już w myślach. – Dopóki nie wyrośnie z tych rzeczy… lub nie nauczy się ich kontrolować.
Arianna posłała mu spojrzenie pełne jej własnej niemagicznej wściekłości.
A potem zwiesiła głowę.
– Tregsburg, rozpuść wici. Tym razem dyskretnie – polecił król. – Wszystkim akuszerkom i czar… eee, kobietom z doświadczeniem w takich sprawach. Niebezpiecznych, magicznych sprawach. Znajdź kogoś, kto zaopiekuje się Roszpunką jak własną córką, dobrze ją wykształci i uchroni ją przed światem, a świat przed nią.
– Rozkaz, Wasza Wysokość. Oczywiście, Wasza Wysokość. – Strażnik skłonił się nisko.
– A co takiego powiemy o tym, co tu się wydarzyło? – spytał ksiądz, wskazując na dziecko… i tym samym na niewidoczne, niewspomniane, ale niezaprzeczalne ciało pokojówki.
– Powiemy, że oddała życie, próbując uratować królewnę – zasugerował signore Alzi. – Szlachetny czyn, który przyszedł jednak zbyt późno. Wąż lub jadowita jaszczurka ukąsiła je obie.
(Signore Alzi z radością zbiegł z pełnego intryg dworu Medyceuszy, który zastąpił znacznie mniej podstępnym i jadowitym królestwem Fryderyka i Arianny, lecz uprzednio dobrze wyszkolił się w sztuce kłamstwa i poznał moc pogłosek i plotek).
– Tak też zrobimy – zdecydował król.
A potem objął łkającą Ariannę i tulił ją mocno, póki nie zapadła ciemna noc.
Wybór akuszerek, znachorek, księży i zielarzy był tym razem znacznie mniejszy, gdyż odpowiednia osoba musiała dogłębnie znać się na rzeczy i nie polegać jedynie na pogłoskach. Gdy szło o magię, istniała niewielka, acz bardzo istotna różnica między wiarą a wiedzą. Zwykły domorosły praktyk, taki, który w duchu marzył o mocy złotego kwiatu, a w rzeczywistości przygotowywał bezużyteczne mikstury miłosne dla rozochoconych podlotków (serwując im je wraz z porcją całkiem rozsądnych rad), tym razem z pewnością by się nie sprawdził. Nie można było też polegać na ludziach wyczytujących przyszłość z kart czy prezentujących sztuczki na królewskim dworze.
Nekromantów wykluczono od razu.
Lista kandydatów stała się naprawdę niepokaźna, gdy pewnego ciemnego wieczoru zjawiła się na zamku, niczym postać z baśni, czarnowłosa kobieta z twarzą ukrytą pod obszernym kapturem peleryny. Strażnicy odryglowali bramę i otworzyli ją, lecz ona nie zwracała na nich uwagi – była zbyt zajęta podziwianiem kształtu swojego (trzeba przyznać, ponętnego) cienia w blasku zatkniętych na murze pochodni. Zapozowała i odrzuciła gęste włosy niczym młoda dziewczyna, którą zdecydowanie już nie była.
– Wybaczcie, w chatce mam fatalne światło – powiedziała, rzucając strażnikom czarujący uśmiech. – Moją dziewczęcą figurę mogę podziwiać tylko przy świeczce z łoju i w promieniach słońca.
Tregsburg nie poddał się urokowi jej uśmiechu ani powabowi wspaniałych czarnych włosów, ani też głębi wielkich, wyrazistych oczu. Był również wolny od uprzedzeń, powszechnych, niestety, wśród mieszkańców okolic, w których się wychował – nie dbał o to, czy pochodziła z Romii, Judanii, gdzieś z wysokich gór czy z dalekiego Południa. Ale było w niej coś… niepokojącego. Fałszywego.
Mimo to zaprosił ją do środka, tak jak wszystkich, którzy zgłosili się przed nią. Z zainteresowaniem, ale i dziwnym, złośliwym uśmieszkiem rozglądała się dookoła, patrząc na gobeliny, zbroje i zdobne stroje dworzan. Jakby myślała, że wszystko to jest przyjemne, ale w dużej mierze nieistotne. „Jak też niemądrzy są mieszkańcy zamku, ceniąc takie błahostki!”.
– Wasza Królewska Mość, Matka Gertruda – zaanonsował ją.
– Siostra Gertruda, jeśli łaska – pospieszyła z doprecyzowaniem. – Nie to, że nie marzę, by pewnego dnia stać się matką własnego dzieciątka, ale… „matka” brzmi dość… staro, czyż nie?
Przypomniała sobie o dygnięciu dopiero w ostatniej chwili.
Król spoczywał w swym najwygodniejszym fotelu, który nie był tronem, a słaba i blada Arianna siedziała przycupnięta na szezlongu, kurczowo ściskając rękoma krawędź kołyski. Stojąca obok Babka Berta jedną dłoń położyła opiekuńczo na ramieniu królowej. Ksiądz i doktor czaili się w ciemnym kącie komnaty.
– Jestem przeszczęśliwa, że królowa zdołała wydobrzeć i powić taką prześliczną dziewczynkę… – zaćwierkała Gertruda, stając na palcach, by spojrzeć na leżące w kołysce niemowlę. – Po tym, jak nie udało się znaleźć złotego kwiatu…
– Wręcz przeciwnie, udało się – przerwał jej Fryderyk, zaskoczony. Uwaga kobiety tak zbiła go z tropu, że zapomniał o swojej oficjalnej przemowie, którą recytował już tuzin razy. – Znaleźliśmy kwiat, zerwaliśmy go, uwarzyliśmy napar i królowa go wypiła. I to, jak podejrzewamy, stało się źródłem całego problemu.
– Co takiego, Wasza Wysokość? – spytała kobieta, wyraźnie skołowana. – Złoty kwiat nie mógł zostać zerwany! Wciąż go ma… To znaczy, wydaje mi się, że pojawiłby się jakiś znak czy złowrogi omen… Wyczytałabym to z, eee, herbacianych fusów…
– Królewskie święto i heroldzi obwieszczający cudowne narodziny zdrowej dziewczynki nie wystarczyły? – spytała Babka Berta wyniośle.
Gertruda zignorowała ją i zbliżyła się do niemowlęcia. Przyjrzała mu się z jeszcze większym zaciekawieniem niż wcześniej.
– Jej włosy… – powiedziała powoli – są srebrne. Nie złote, jak można by się spodziewać po kimś uzdrowionym esencją ze złotych płatków. Czy macie pewność, że to był złoty kwiat?
– Tak, o ile nie rośnie gdzieś inne świecące zielsko – wtrącił zniecierpliwiony signore Alzi.
Gertruda nie odpowiedziała na tę uwagę.
– Sprawa ma się tak… – Król po raz kolejny podjął opowieść. To była najtrudniejsza część całej tej męczarni związanej z poszukiwaniem piastunki: przywoływanie raz po raz wszystkich nieszczęśliwych wydarzeń. Arianna odwróciła się i ukryła twarz w fartuchu Babki Berty niczym dziecko, a staruszka zamknęła ją w matczynym uścisku.
Gertruda dalej milczała, ale jej wielkie oczy stawały się coraz większe z każdym szczegółem wydarzeń, które doprowadziły do śmierci Lotki.
Gdy król umilkł, przez chwilę przyglądała się Roszpunce w ciszy.
– Taka moc… – mruknęła w końcu, mrużąc oczy w zamyśleniu. – W dobrych… czy złych… rękach… Na takiej uroczej malutkiej maszynce do zabijania można by się nieźle wzbogacić, zamiast zamykać ją gdzieś daleko…
– Co tam mamroczesz? – rzuciła Arianna ostro.
Gertruda zwróciła się do króla z powagą:
– Panie, twoje obawy są słuszne. Moce niebios skupiły się w sercu tego… rozkosznego szkrabeczka. Trzeba ją ochronić. Przed nią samą i przed tymi, którzy mogliby chcieć ją wykorzystać w niecnych celach. To wielka odpowiedzialność wiążąca się z wielkim niebezpieczeństwem, ale byłoby dla mnie zaszczytem móc wziąć jej ciężar na siebie i uwolnić twoje barki od tego brzemienia.
– Roszpunka nie jest brzemieniem – zaprotestowała królowa, zaciskając palce na krawędzi kołyski. – To tylko niemowlę. Nie jest żadną odpowiedzialnością, tylko dzieckiem.
– Najjaśniejsza Pani, nie da się nie zauważyć, że jesteś… pełną walecznej miłości młodą matką, wspieraną siłami całego królestwa. – Gertruda dygnęła lekko i puściła oczko do Babki Berty. – Wszystkie niemowlęta i dzieci to zarówno odpowiedzialność, jak i brzemię… Dlatego właśnie my, którzy praktykujemy sztukę magii, często nie mamy na nie czasu.
Berta nie zaprotestowała, ale niespokojnie przestąpiła z nogi na nogę, słysząc poufały ton, jakim krnąbrna kobieta zwracała się do królowej.
– Rozumiem więc, że nigdy dotąd nie zajmowałaś się dzieckiem – odezwał się Fryderyk.
– Och, nie ufaj mojemu dziewczęcemu wyglądowi, Najjaśniejszy Panie – zaćwierkała Gertruda, chichocząc i okręcając się kokieteryjnie. – Jestem dużo starsza, niż wyglądam, i przeżyłam wiele trudnych lat. Nie mamy tyle czasu, bym mogła wymienić wszystko, w czym mam doświadczenie.
– Nie odpowiedziałaś na pytanie – zauważył signore Alzi.
– Proszę bardzo – odparła Gertruda, odwracając się do Roszpunki i nachylając się nad nią.
Pogładziła ją po policzku i wyszeptała kilka łagodnych słów… po czym wzięła ją na ręce.
Wszyscy w komnacie wstrzymali oddech.
Ale dziewczynka, początkowo zaskoczona widokiem tuż po przebudzeniu nieznajomej twarzy, szybko zrozumiała, że nic jej nie grozi. Spróbowała podnieść głowę z ramienia kobiety, żeby się rozejrzeć. A gdy dostrzegła swoją matkę, odprężyła się i wtuliła w szyję Gertrudy.
– Widzicie? – mruknęła kobieta, kołysząc ją delikatnie. – Całkiem nieźle radzę sobie z maleństwami. A moja wiedza na temat złotego kwiatu i temu podobnych bylin pozwoli mi wychować ją bezpiecznie, z dala od ludzi, gdzie nikogo nie skrzywdzi.
– Dopóki z tego nie wyrośnie – odezwała się Arianna, ostrożnie powtarzając wcześniejsze słowa Fryderyka, tak dosłownie i z przejęciem jak dziecko obawiające się, że nie dostanie tego, co zostało mu obiecane. – Lub nie nauczy się tego kontrolować.
– Och, Najjaśniejsza Pani, obawiam się, że z takich rzeczy się nie wyrasta – odparła Gertruda, wykrzywiając usta ze smutkiem. – Jej moc będzie tylko rosła i stawała się coraz potężniejsza. Aż dotyk przestanie być konieczny, a śmiertelnym niebezpieczeństwem będzie samo przebywanie w jej pobliżu.
– Nie! – krzyknęła Arianna, podrywając się z szezlonga z zaciśniętymi pięściami.
– Obawiam się, że tak – westchnęła Gertruda. – Szczerze mówiąc, biorę na siebie absurdalnie niebezpieczne zadanie. W kręgach, w których się obracam, ciągle słyszy się takie historie. Ktoś przygarnia przeklętą znajdę i ginie z jej rąk… Pewnie nie powinnam się na to godzić bez gwarancji rekompensaty dla mojej rodziny, na wypadek gdybym przypadkiem straciła życie.
– Naturalnie – zapewnił król, nie zauważając bezowocnych wysiłków Tregsburga, by nie przewrócić oczami. – Zadbamy o ciebie. I twoją rodzinę, jeśli… Naprawdę uważasz, że byłaby do tego zdolna?
– Nie – szepnęła Arianna, spoglądając na Roszpunkę, która nie wyglądała groźniej od przeciętnego pogrążonego we śnie niemowlęcia.
– Gdzie mieszkasz, Gertrudo? – spytał król, siląc się na rzeczowy ton. Ale oczy zaszkliły mu się od łez.
– Och, nic specjalnego, w dolinie Dybru – odparła Gertruda lekceważącym tonem. – Być może to nie najlepsza okolica dla takiej niebezpiecznej… to znaczy, ślicznej królewny. Ale znam wprost idealne miejsce. Ukryte w leśnej dolince, pełne polnych kwiatów i miękkiej trawy. Pradawne miejsce, ruiny twierdzy… Z taką jakby, hm, wieżą, która doskonale się sprawdzi na schronienie dla naszego skarbeczka.
– Gdzie jest ta wieża? – spytał Tregsburg stanowczo.
– Może lepiej będzie, jeśli zachowam to w tajemnicy. Porwania i okupy to realne zagrożenie w przypadku dobrze urodzonej panienki, czyż nie? A co, jeśli lud się zbuntuje i zapragnie ją zgładzić?
– Ale ja chcę ją widywać! – wykrzyknęła Arianna, ponownie podrywając się na nogi. – Chcę patrzeć, jak dorasta. Nawet jeśli nie mogę… z nią być.
– Oczywiście zaaranżujemy wizyty – zapewniła ją Gertruda łagodnie. – Ale może dla jej… i waszego… spokoju ducha tak, by o tym nie wiedziała. Przynajmniej na początku. Powiadomię was, gdy będziecie mogli napatrzeć się na nią do woli.
– Powinnaś ruszyć w drogę jeszcze tego wieczoru – oświadczył Fryderyk. – Alzi, sprowadź skarbnika. Musimy upewnić się, że dziecku niczego nie zabraknie i otrzyma życie, jakie miałoby z nami na zamku.
– Zbytek łaski, Najjaśniejszy Panie – powiedziała Gertruda, dygając z Roszpunką wciąż wtuloną w jej pierś.
– Dziś wieczorem… – powtórzyła Arianna, nie roniąc łez tylko dlatego, że wypłakała już wszystkie.
W pośpiechu skompletowano i spakowano wyprawkę. Ciężkie skrzynie wypełniono poskładanymi kocami, becikami, czepkami i najdelikatniejszymi pieluszkami. Wyściełany kosz przytroczono do grzbietu urodziwego, łagodnego osła, a bagaże i złoto zapakowano na wóz.
Arianna wyminęła strażników próbujących ją powstrzymać i nachyliła się nad królewną, by po raz ostatni ucałować ją w czoło.
– Podjęliśmy jedyną słuszną decyzję – powiedział Fryderyk, obejmując ją.
– Może słuszną dla królestwa – odparła Arianna. – Może dla naszego bezpieczeństwa. Ale nie dla naszej córki. Nie łudź się nawet przez chwilę.
I tak Matka Gertruda wyruszyła pod osłoną nocy niczym skradający się złodziej z królewną bezpiecznie otuloną w beciki.
Następnego dnia po całym królestwie rozeszły się wieści o nagłej i tragicznej śmierci Roszpunki i dzielnej pokojówki, która próbowała uratować dziecko przed jadowitym wężem. Wszyscy świadkowie wydarzeń złożyli uroczystą przysięgę, że zachowają prawdę w tajemnicy. W państwie ogłoszono dwutygodniową żałobę, a pełne smutku ceremonie zakończono wypuszczeniem lampionów na cześć świętej pamięci biednej królewny. Król ogłosił, że odtąd będą puszczane co roku, by upamiętnić rocznicę jej przedwczesnego odejścia.
Życie powoli wróciło na dawne tory…. Lecz nie dla króla i królowej, którzy, choć wciąż życzliwi i roztropni w swoich rządach, stali się też przygaszeni i skłonni do milczenia.
Pewnej nocy niedługo po tych wydarzeniach o późnej godzinie rozległo się lekkie, choć zdecydowane pukanie do zamkowej bramy. Jeden ze strażników uchylił wrota, a jego oczom ukazała się cierpliwie czekająca staruszka. Stała otulona w niezliczone warstwy szat i szali z niebarwionej wełny, a sękatą dłoń zaciskała na równie sękatym kiju. Długie włosy, w których czerń toczyła wyrównaną walkę z siwizną, miała splecione w warkocze i upięte wokół głowy. Skóra jej twarzy była obwisła, a nos i policzki czerwone od zimna, lecz jasne oczy spoglądały na strażnika z żywym zainteresowaniem.
– Przyszłam w sprawie dziecka? – oznajmiła pytająco.
Strażnik zamrugał, zaskoczony, i potrzebował chwili, by otrząsnąć się i sprowadzić przełożonego. Kapral Tregsburg (awansowany w uznaniu za jego spokojne – i dyskretne – działania związane ze sprawą królewny) pospiesznie zaprosił staruszkę do środka i udał się z nią do niewielkiego bocznego pomieszczenia, gdzie mogli porozmawiać w cztery oczy.
– Kryzys został zażegnany – poinformował ją. – Znaleźliśmy piastunkę dla królewny kilka tygodni temu. Dlaczego zjawiasz się akurat teraz?
– Och, mieszkam w sercu puszczy, gdzie rzadko docierają wieści, a gdy w końcu je usłyszę, zwykle zapominam o nich na dzień lub dwa – odparła kobieta bez cienia skrępowania. – Mam inne rzeczy na głowie… głównie kozy, naturalnie. Czasem nowo narodzone popieliczki wymagające opieki albo małego elfa, który zgubił się w lesie, albo kawałek ziemi zapomniany przez wiosnę… sam rozumiesz.
Tregsburg nie rozumiał. Ale zdawał sobie sprawę, że takie rzeczy nie mieszczą się w zakresie jego obowiązków, a tym bardziej w jego światopoglądzie, i marzył o tym, by to wszystko w końcu zostało rozwiązane – przez kogoś innego – i to jak najszybciej. Polecił służącemu przynieść kobiecie miskę pożywnego rosołu i kufel cydru, więc uznał, że jeśli była aniołem czy czarownicą w przebraniu, potraktował ją, jak należy.
Ze smakiem zabrała się za zupę… i ku niezadowoleniu kaprala stała się jeszcze rozmowniejsza.
– Cóż, skoro już tu jestem, może byłbyś tak dobry i powiedział mi, co naprawdę się wydarzyło? Twój posłaniec przedstawił sprawę jako niecierpiącą zwłoki, więc posłusznie zostawiłam moją przytulną chatkę i przytelepałam się tu przez pół kraju.
– Wiąże mnie przysięga zachowania tajemnicy, a sprawa i tak została już rozwiązana.
– Ach, może i tak, ale gdybym zjawiła się tu na czas, to byś mi powiedział. Poza tym mógłbyś odciąć mi język jednym machnięciem tego twojego eleganckiego mieczyka, więc zrób przyjemność staruszce. Znaleźliście złoty kwiat, podaliście go królowej, ona wyzdrowiała, urodziła dziewczynkę i… I co?
Kapral westchnął i o wszystkim jej opowiedział.
Kobieta zmarszczyła brwi.
– Zabiła biedną pokojówkę? I mówiłeś, że jej włosy są srebrne? To nie znak działania złotego kwiatu ani jego mocy. Albo królowej podano jakiś nieznany grzyb, albo, jak zgaduję, srebrny kwiat. Dar księżyca, nie słońca.
Tregsburg popatrzył na nią z przerażeniem, a w głowie poczuł mętlik. Ta kobieta nie była nawet w przybliżeniu tak powabna jak Gertruda… ale mówiła szczerze i z przekonaniem, jakby naprawdę znała się na magicznych sprawach. Gertruda, jak właśnie sobie uświadomił, nie powiedziała wiele o samym kwiecie i o osobliwości całej sytuacji. Po prostu wzięła niemowlę… i odeszła.
– Gdzie jest teraz królewna? – spytała staruszka z zaciekawieniem, siorbiąc rosół, jakby wymieniali się plotkami w przydrożnej gospodzie.
– Królewska para znalazła dla niej piastunkę, która przybyła na czas i obiecała uchronić ją od niebezpieczeństw.
– Hm, a potem posłaliście w świat bajkę o tym, jak to królewna umarła, żeby ukryć prawdę? – powiedziała kobieta, wymachując łyżką. Na zamku wciąż gdzieniegdzie wisiały czarne szarfy, choć poza jego murami mieszkańcy królestwa powoli ściągali żałobne flagi i wracali do normalności. – Dziwny wybór. Nie mówię, że zły, ale… ja bym tak nie zrobiła. Lecz z drugiej strony, ja wybrałam życie w lesie i rozmowy z roślinami. Ho, ho, niezgorsza ta łyżka – powiedziała, znienacka przenosząc uwagę na swoją dłoń. – Dobrze wyważona. Metalowa. To kim była ta kobieta, która ją zabrała?
Tregsburg zastanawiał się przez chwilę, czy wyjawić i ten sekret. Ale staruszka poznała już większość historii… a reszty zdawała się domyślać. Mogła sprawiać wrażenie szalonej pustelniczki, ale jej umysł był ostry jak żyletka.
– Matka Gertruda – wyznał w końcu.
– Nie słyszałam o takiej – stwierdziła staruszka, wzruszając ramionami. – Była taka rodzina, w której wszystkim kobietom dawano na imię Gertruda. Kiedy to było…? Oj, bardzo dawno temu, mieszkali po drugiej stronie rzeki… Ale nikt tam nie parał się opieką nad dziećmi.
Kapral z całych sił starał się ukryć frustrację. Zdawało się, że doszło do straszliwej pomyłki… Ale co się stało, to się nie odstanie, a decyzja nie należała do niego. Królestwo doświadczyło już dość chaosu i tragedii. A gdyby królowa Arianna nagle pomyślała, że dokonała złego wyboru, gdyby pomyślał tak król Fryderyk… mogłoby to ich zabić. A poza wszystkim ta Gertruda sprawiała wrażenie wystarczająco kompetentnej piastunki.
– Cóż, zdaje się, że nie mam tu nic do roboty – stwierdziła staruszka. Dokończyła zupę i rozejrzała się nieco nieswojo. – Trochę… wiesz, trochę cieszyłam się na to zadanie. Na dziecko. Miałam kiedyś jedno… Dawno temu. Umarł, zanim skończył dwa lata… Miło by było popatrzeć na parę wesołych oczek i wypełnić dom śmiechem. Myślałam o tym przez całą drogę. Gdzie postawię łóżeczko, jakie zioła uchronią ją przed ospą, jak poprosić o pomoc duchy rzeki…
– Przykro mi, mateczko – powiedział Tregsburg zupełnie szczerze. – Przykro mi z wielu powodów. Ale nic więcej nie można zrobić. Może poszukam kogoś, kto zabierze cię na wozie tak daleko, jak potrzebujesz? Aż do domu? Zatroszczę się o prowiant?
– Och, nie trudź się – odparła z uśmiechem i puściła do niego oczko. – Taki miły i nieźle zbudowany. Gdybym tylko była młodsza… Myślę, że spędzę trochę czasu w stolicy, skoro już przebyłam taki szmat drogi. Zobaczę zabytki, odwiedzę parę starych znajomych drzew, nakupuję jakichś drobiazgów. Aha, mogę zatrzymać tę łyżkę?
Strażnik zamrugał, zaskoczony nagłą zmianą tematu.
– Co? Niech będzie. Jeśli to konieczne. Podarek od króla Fryderyka za poświęcony czas.
– Wyborna, wprost wyborna – stwierdziła kobieta z westchnieniem, oglądając swoją miskę. – Porządna robota. Solidna. No dobrze, młody człowieku, odprowadź mnie tylko do bramy, a nie będę zajmować ci więcej czasu.
– Już się robi, mateczko – odpowiedział Tregsburg i się ukłonił.
Staruszka podniosła się ostrożnie z krzesła, ściskając w dłoni cenną zdobycz, i podreptała do wyjścia.
– Och, przekaż temu, kto tak wspaniale zajmuje się tymi dzwonkami, o tam na gzymsie, że zbliża się przymrozek, za trzy dni… Osobliwy mróz – rzuciła przez ramię, wychodząc. – Niech je wstawi do środka.
– Ale przecież mamy czerwiec! – zdumiał się Tregsburg.
I tymi słowami pożegnał staruszkę na wiele, wiele lat.
A po trzech dniach dzwonki zwiędły, ich bladoniebieskie płatki najpierw zamarzły, a potem odtajały, zmieniając się w pastelową maź, która rozpłynęła się w deszczu.
Zaraz, chwileczkę.
Daniella siedziała bez ruchu, poruszały się tylko jej usta. Nie otworzyła nawet oczu, zbyt przemarznięta i wyczerpana, by zdobyć się na cokolwiek poza paroma słowami. Ale jej ton był stanowczy, nieugięty i zgrzytnął o czaszkę Brendana jak paznokcie albo kreda o tablicę – za co był szalenie wdzięczny.
– A co z królową? – spytała.
– Królową? – powtórzył Brendan zaskoczony. – No wiesz, smuciła się tym, co trzeba było zrobić, i wróciła do władania królestwem ze swoim mężem. Spokojna, ale przygaszona i małomówna…
– Ehe, nie. Nie ma mowy. – Daniella znalazła siły na delikatne pokręcenie głową. – To jedno, jak ktoś porwie ci dziecko, a ty nie wiesz kto i wciąż go szukasz, ale co innego, gdy to ty decydujesz się je oddać. Królowa wie, kto ma jej córkę, a może nawet, gdzie jej szukać. Nie powiesz mi, że nie chce choćby sprawdzić, jak sobie radzi!
– Dobra, słuszna uwaga – przyznał Brendan po chwili zastanowienia. Czy poddałby się tak łatwo, gdyby siostra nie była chora? Czy wtedy w ogóle rozważyłby jej krytykę? Chciał myśleć, że odpowiedź brzmi „tak”.
– Twoja męska perspektywa zaburza całą historię – stwierdziła Daniella, uśmiechając się zadziornie. Potrafiła przejrzeć go nawet w półśnie. – Wielki patriarchat dba tylko o fabułę, o to, co popycha ją do przodu, ale nie rozumie, jak te wydarzenia wpływają na wszystkie postaci poza głównym bohaterem o tysiącu twarzy i charakterze z gumy…
– Dobra, już dobra, czaję!
– Wyobraź sobie, że to mama.
– Powiedziałem: dobra – powtórzył Brendan, próbując powstrzymać śmiech. – W porządku, lecimy dalej. Proszę o wybaczenie, wielkie boginie, strażniczki Drzewa Świata i całego istotnego podtekstu.
– Królowa Arianna, odarta z nadziei…
…odarta z nadziei, opłakiwała stratę pierwszego – i z całym prawdopodobieństwem jedynego – dziecka tak długo, jak oczekiwałoby tego od niej królestwo.
Oczywiście nikt poza królem i jego najbliższymi doradcami (oraz tym jednym strażnikiem) nie znał prawdy i nie zdawał sobie sprawy z tego, jak inna była jej żałoba od tej, jakiej doświadczyłaby kobieta, której dziecko naprawdę umarło. Ona zgodziła się oddać Roszpunkę. Królewna miała dorastać kąpana i czesana innymi rękoma, nauczyć się chodzić, biegać, śpiewać, mówić – robić wszystko – pod innym okiem. Pod okiem innej matki. Ta matka miała się nią opiekować, karmić ją, ubierać, wyszywać jej kwiatki na sukienkach, śpiewać kołysanki przed snem.
Królowa ledwo była w stanie ruszyć się z łóżka, tak była przybita tęsknotą i smutkiem.
Signore dottore Alzi zaproponował, by spróbowali zachęcić Ariannę do znalezienia sobie zajęcia, które rozproszyłoby jej zgryzotę. Albo do przygarnięcia psa, takiego małego i puszystego.
Król się nie zgodził.
Ksiądz zasugerował, że królowa powinna poświęcić się dobrym uczynkom i modlitwie. Może ufundowanie i nadzorowanie budowy nowego kościoła w stolicy królestwa, a najlepiej dwóch, pozwoliłoby jej skupić się na czymś innym.
Król przyznał, że pomysł jest szczytny, ale niczego nie naprawi.
Stara Babka Berta wyraziła opinię, że nic nie uleczy złamanego matczynego serca. Nawet matki, którym kolejne dzieci odbierają głód, choroby czy wojny, nigdy nie zapominają o takiej stracie.
Król odpowiedział: „Nie, to nie może być prawda, o Boże, niech to nie będzie prawda”. Ta myśl wydała mu się nie do zniesienia.
A jeśli chodzi o samą Ariannę, gdy już nie mogła dłużej znieść pustki w swojej duszy, zaczęła błagać kaprala Tregsburga, by w tajemnicy zabrał ją do jej dziecka.
Strażnik próbował odwieść królową od tego pomysłu na tyle, na ile pozwalała mu na to jego pozycja. Sam miał wspaniałego, dorodnego dziesięcioletniego siostrzeńca oraz mądrą i ładną piętnastoletnią siostrzenicę, ale stracił też drugą siostrzenicę, która przyszła na świat już martwa. Poza tą jedną stratą byli zdrową, szczęśliwą rodziną, lecz jego siostra, przekonana, że nikt o tym nie wie, wciąż ukradkiem kładła kwiaty na słonecznej polanie, gdzie pochowali niemowlę.
– Wasza Królewska Mość, nie wyniknie z tego nic dobrego – powiedział, dobierając słowa tak, jak zasugerowała mu siostra. – Nie poczujesz się od tego lepiej, a jedynie gorzej.
– Dziękuję za radę, ale muszę to zrobić – odparła Arianna życzliwie, tak jak to miała w naturze, mimo bólu, który malował się na jej twarzy i tkwił drzazgą w sercu.
Strażnik niechętnie zabrał ją do serca puszczy.
Ta kobieta, Gertruda, czekała na nich na rozstaju dróg. Dygnęła i okazywała królowej minimum wymaganego szacunku, lecz uwadze Tregsburga nie uszło, że zawiązywanie chustki wokół oczu Arianny wydawało się jej sprawiać nieco zbyt wiele uciechy.
– Czy to naprawdę konieczne? – spytał ostro. Coś w tej kobiecie przyprawiało go o ciarki na plecach, choć nie był do końca w stanie stwierdzić, co to takiego.
– To dla dobra królestwa – przypomniała mu Gertruda tonem, który również mu się nie spodobał.
– W porządku – powiedziała Arianna, zbywając jego niepokój nieobecnym uśmiechem.
Ruszyła za piastunką, trzymając ją za rękę, ścieżką, której nie mogła zobaczyć, bo nie pozwolono jej wiedzieć, gdzie ukrywano jej dziecko. Dlatego Tregsburg został i strzegł miejsca, w którym go zostawiły, najlepiej, jak potrafił, choć w rzeczywistości nie było to konieczne. W okolicy nie zjawił się nikt prócz przypadkowego grzybiarza, który, choć wyraźnie zaciekawiony, przeląkł się mężczyzny w zbroi, dotknął więc jedynie ronda kapelusza i pospieszył dalej.
Tymczasem Arianna szła w ciszy za swoją przewodniczką, a las wokół nich zastąpiła jakaś wilgotna, ciasna skalista przestrzeń. Tunel? Jaskinia? Lepiej, żeby jej dziecko nie było trzymane w jaskini! Lecz po chwili poczucie ciasnoty zelżało, aż znalazły się w przestronniejszym miejscu. Dźwięk niósł się inaczej, a twarz Arianny musnął wietrzyk. Poczuła zapach polnych kwiatów. Kobiety szły po miękkiej trawie, minęły drewniane drzwi… i ruszyły w górę. Coraz wyżej i wyżej, i wyżej po wąziutkich krętych schodach, gdzie przytrzymać się można było tylko sznura przewiązanego supłami, który zwisał pośrodku spirali stopni. Mimo smutku i niepokoju Arianna czuła też nieco ciekawości. Gdzie też mogły się znajdować?
Lecz za każdym razem, gdy otwierała usta, by coś powiedzieć, czarownica uciszała ją syknięciem lub kładła jej palec na wargach. Doprawdy śmiały gest wobec królowej, lecz z drugiej strony palec był miękki i pachniał drogimi olejkami, więc Arianna nie miała jej tego za złe.
W końcu dotarły do miejsca, które zdawało się końcem schodów, choć wokół wciąż było ciasno. Gertruda zdjęła jej chustę i przez moment Arianna czuła, jak kręci się jej w głowie i wszystko wokół wiruje, bo mimo szeroko otwartych oczu wciąż otaczała ją całkowita ciemność. Potem rozległ się odgłos, jakby ktoś coś odsuwał, i jej oczom ukazał się prostokąt światła, a za nim przedziwnie spokojna scena. Zbliżyła się do niewielkiego otworu w ścianie.
Ujrzała przestronną, dobrze wyposażoną i słoneczną komnatę z oknami przystrojonymi drogimi kotarami i meblami, które podarowała Gertrudzie sama królowa. Za oknem widać było błękitne niebo i kilka białych obłoków, poza tym nic. Musiały znajdować się bardzo wysoko.
Pośrodku komnaty stała kołyska, w niej zaś leżała Roszpunka. Jej srebrzyste włosy lśniły w blasku słońca, a jasne oczy tańczyły, obserwując karuzelę migoczących cacuszek, które wisiały tuż poza zasięgiem jej rączek.
Obok kołyski pojawiła się Gertruda, która wzięła niemowlę na ręce i przytuliła, gruchając do niego łagodnie. Zbliżyła się do miejsca, w którym ukrywała się królowa, i uniosła wesołe maleństwo na wysokość otworu w ścianie, lecz nie stanęła wprost naprzeciw niego, by w całości pokazać matce dziecko.
Roszpunka westchnęła i zaczęła się wiercić w objęciach Gertrudy z czystej radości bycia w ruchu.
– Och, dzielne maleństwo – zaświergotała Gertruda. – Ho, ho, a kto to jest taki zadziorny?
Arianna wyciągnęła rękę, lecz ta dotknęła jedynie zimnego drewna, które dzieliło ją od jej córeczki. Cała energia, światło, uczucie i wola uszły z jej ciała, nie pozostawiając po sobie śladu. Upadłaby na posadzkę, gdyby nie to, że nie chciała stracić ani jednej chwili, w której dane jej było widzieć Roszpunkę.
W końcu Gertruda odłożyła niemowlę i wróciła do ukrytego pokoiku po królową. Arianna milczała. Łkała bezgłośnie przez całą niekończącą się drogę po krętych stopniach i potem ścieżką, która doprowadziła je do strażnika. Gdy zdjęła chustę z oczu, ta była ciężka od łez.
– Nigdy więcej – zdołała tylko powiedzieć.
I już bez żadnych słów dała się zaprowadzić z powrotem do zamku.
Tregsburg na odchodnym rzucił Gertrudzie sakiewkę monet, którą tamta złapała z ironicznie usłużnym uśmiechem.
Choć wizyta miała zostać utrzymana w ścisłej tajemnicy przed wszystkimi mieszkańcami zamku, niektórzy nawet nie pytając, domyślili się, co się wydarzyło. Król bez słowa objął Ariannę i tulił ją do późnej nocy. Doktor i ksiądz rozegrali wielogodzinną partię szachów, od czasu do czasu posyłając posępne spojrzenia w kierunku królewskich apartamentów.
Miesiąc później Babka Berta uznała, że ma tego dosyć.
Zastała Ariannę wyglądającą przez okno i markotnie wpatrującą się w bawiące się na dziedzińcu dzieci służby. Stara niańka wyczuła, że to przełomowy moment dla zbolałej królowej. Zbliżyła się.
– Wiesz, Najjaśniejsza Pani – odezwała się nieco szorstko – jest wiele maleństw, które straciły matkę i równie wiele innych matek, którym los odebrał dzieci. Może odwiedzisz przytułek dla ubogich i wesprzesz tych, którzy znaleźli się w znacznie cięższej sytuacji niż ty? Albo sierociniec? Siostry zakonne ledwo wiążą koniec z końcem przy skromnych środkach, które mają do dyspozycji.
– Sieroty? – spytała królowa, mrugając ze zdziwieniem. – Posyłamy im jedzenie…
– Uważasz, że jedzenie to jedyne, czego potrzebuje chorowite, pozbawione matki dziecko? – spytała Babka Berta, krzyżując ręce na piersi. Zdawała sobie sprawę, że balansuje na cienkiej granicy. Lecz kochała swoją królową, tak jak i całe królestwo, a bywały chwile, które wymagały zdecydowanego działania. Wszyscy pamiętali, kim stała się hrabina Batory tylko dlatego, że nikt nie odważył się być przy niej szczerym.
– Dobrze… Zabierz mnie do tych miejsc – poleciła w końcu królowa.
Udowodniła tym siłę swojego charakteru i wrodzoną dobroć: nie pozwoli, by jej osobiste nieszczęście przyćmiło niedolę tysięcy potrzebujących w jej królestwie.
Podczas wizyty w sierocińcu wzięła na ręce noworodka pokrytego wrzodami i przytuliła go do piersi mimo okrzyków przerażenia i błagań sióstr zakonnych i piastunek. Rozejrzała się po ciemnym i obskurnym pomieszczeniu, gdzie trzymano niemowlęta i małe dzieci, i udała się do sali, gdzie bez celu snuły się niechciane starsze dzieci. Te sieroty od czasu do czasu znajdowały miejsce w gospodarstwach potrzebujących dodatkowej pary rąk do pracy lub w bogatszych domach szukających służby.
Widok tych dzieci zmusił królową do otwarcia oczu, wcześniej równie pustych jak jej serce.
– To będzie moje zajęcie – powiedziała cicho.
I tak się stało.
Arianna wciąż była w żałobie po utraconej córce i spędzała bezsenne noce w komnacie, w której po raz ostatni dane jej było ją trzymać na rękach. Lecz dni wypełniła odtąd budowaniem najlepszych sierocińców, jakie widział świat. Upewniła się, że wszyscy ich mieszkańcy mają co jeść, w co się ubrać, a nad ich dobrostanem czuwają odpowiedni ludzie. Dostarczono im książki (głównie egzemplarze Biblii), a wraz z nimi nauczycieli. Zwyczaj posyłania starszych dzieci do pracy został zaniechany, a pary, które nie mogły mieć potomstwa, i rodziny, które szczerze pragnęły mieć go więcej, były przyjmowane serdecznie – lecz po drobiazgowej kontroli.
– Widzicie? – powiedział doktor. – Mówiłem, że dodatkowe zajęcie zmniejszy jej ból.
– Widzicie? – powiedział ksiądz. – Dobre uczynki wlały spokój w jej duszę.
Babka Berta tylko przewróciła oczami.
Było lato, więc słońce pojawiło się w lewym dolnym rogu dużego okna kwadrans po szóstej.
Mniej więcej.
Trudno było to stwierdzić ze stuprocentową dokładnością, dopóki nie podniosło się odrobineczkę wyżej, aż jego promienie mogły wlać się przez dziurki pieczołowicie wydrążone w kawałku drewna, nad którym widniały wymalowane pięknymi zawijasami godziny. Ten prosty zegar słoneczny zwisał z sufitu na solidnie wbitym weń patyku, bo gdyby zawiesić go na sznurku, kręciłby się w kółko, a co za tym idzie, nie nadawałby się do śledzenia ruchów słońca.
Za to dzwoneczki wietrzne, także wykonane z kawałków drewna, metalu oraz fragmentów ceramiki, mogły dyndać i brzęczeć, ile tylko chciały. Otaczały je podniebne bibeloty, które również zwisały na sznurkach z sufitu i bujały się z rozmachem przy każdym podmuchu wiatru. Były wśród nich gwiazdy z papier mâché, komety ze zbieranych przez lata kawałków szkła i zbitego lustra, bardzo ostrożnie odwzorowana (i złota) replika gwiazdozbioru Oriona, wykonany z pozszywanych i haftowanych skrawków materiału model słońca i kilka obrazów na prostokątnych panelach zawieszonych równolegle do podłogi. Dzięki temu, leżąc w łóżku, można było patrzeć na nie i udawać, że są oknami lub przyjaciółmi, w zależności od tego, co przedstawiały.
Ta oszałamiająca, migocząca i pobrzękująca wystawa przywitała Roszpunkę po przebudzeniu, napełniając ją dużo większą radością, niż powinna w przypadku kogoś, kto spędził ostatnie sześć tysięcy i w przybliżeniu dziewięćset dni samotnie w zamkniętej wieży.
– Te urodziny będą fantastyczne. Czuję to!
Roszpunka wiedziała o istnieniu urodzin tylko dlatego, że przeczytała o nich w jednej z trzydziestu siedmiu książek, które miała w swoim posiadaniu: książce nr 3: „Historia Rzymu i innych wielkich imperiów”. Marek Antoniusz obchodził ponoć urodziny bardzo hucznie, a Kleopatra szykowała mu niesamowicie wymyślne prezenty. W każdym razie urodziny wydawały się świetnym pomysłem, a Roszpunka postanowiła, że będzie je obchodzić akurat tego dnia roku.
Gdyby w wieży mieszkał ktoś poza nią, byłby oczarowany jej urodą. Po pierwsze zwróciłby uwagę na jej policzki, zaskakująco rumiane jak na kogoś, kto spędził całe życie w zamknięciu.
(Było tak, ponieważ w słoneczne środowe i sobotnie popołudnia pieczołowicie podążała za plamą słońca po całej komnacie i kładła się w jego ciepłych promieniach).
Swoje duże zielone oczy zawdzięczała rodzicom, których nigdy nie poznała.
Jej usta zwykle układały się w pełnym oczekiwania uśmiechu, bo była Roszpunką: pogodną, wesołą i bystrą dziewczyną, która nie zamierzała się poddawać ponuremu nastrojowi mimo okoliczności, w jakich przyszło jej żyć.
– Ale urodziny muszą poczekać – powiedziała na głos. – Najpierw obowiązki!
Odkładanie czegoś przyjemnego na później – nawet odrobinę później – zawsze potęgowało radość.
Wyskoczyła z łóżka, puszczając w brzękliwy ruch ozdoby zawieszone we włosach, podczas gdy dekoracje zawieszone nad jej głową wydawały podobne, choć głośniejsze odgłosy.
Włosy. Nie było wątpliwości, że to one stanowiły najbardziej zachwycający element jej urody.
Długie na sążnie, przepiękne, połyskliwe srebrne włosy.
Splecione w warkocze, zwinięte w ślimaki, upięte w koki tak ciasno, jak tylko się dało. Niektóre warkocze były tak długie, że tworzyły pętle, przez które Roszpunka mogła z łatwością przełożyć rękę. Zwisały po jej bokach jak obszerne rękawy dawnych sukien.
Całą tę konstrukcję ozdabiały tuziny świecidełek – równie srebrnych jak jej włosy – egzotyczne kamienie, takie jak lapis lazuli i turkusy. Były wśród nich także dzwoneczki, malutkie księżyce, dłonie, słońca, sześcioramienne gwiazdy, oczy i wszystko, co na prośbę córki wynalazła Matka Gertruda.
Te amulety były desperacką próbą okiełznania włosów, kontrolowania ich, pozbawienia ich magicznej mocy.
Dziesięć z trzydziestu siedmiu książek w kolekcji Roszpunki dotyczyło magii: czarów, zaklęć, ludowych obrzędów, wiedzy starożytnych Egipcjan, mądrości ludzi żyjących jeszcze przed Chrystusem. Niestety, żadna z nich nie wspominała o panowaniu nad magicznymi włosami. Opisywały talizmany wykonane z pukli niewinnych dzieciątek, zaklęcia miłosne pieczętowane włosem obiektu uczuć, służące zemście inkantacje wymagające warkocza uplecionego z włosów wroga. Lecz nic na temat włosów, które same w sobie były magiczne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
