Zaplątana. Mroczne opowieści (edycja kolekcjonerska) - Liz Braswell - ebook

Zaplątana. Mroczne opowieści (edycja kolekcjonerska) ebook

Liz Braswell

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Co by było, gdyby matka Roszpunki wypiła eliksir z niewłaściwego kwiatu?

Roszpunka całe dziewiętnaście lat swojego życia spędziła samotnie w wieży, przekonana, że musi chronić wszystkich przed zabójczą mocą swoich magicznych włosów. A gdy w końcu postanawia opuścić jedyny dom, jaki pamięta, by z bliska obejrzeć tajemnicze światełka, które pojawiają się na niebie co roku w jej urodziny, trafia w wir przygód u boku dwojga awanturników: aspirującej rozbójniczki Giny i poszukiwanego listem gończym Flynna Rajtara. Lecz zanim Roszpunka odnajdzie swoją własną ścieżkę, odkryje, że jej srebrne włosy, przeszłość i przeznaczenie okrywa głębsza tajemnica, niż mogła sobie wyobrazić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 403

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla biblio­te­ka­rek i biblio­te­ka­rzy na całym świe­cie.

Nie zosta­ła­bym pisarką, którą jestem dzi­siaj, gdyby nie wyjąt­kowe biblio­te­karki i biblio­te­ka­rze w moim życiu: Wun­derly Stau­der, Peter Sales­ses, Jane White, Ele­anor Malm­feldt i Rita Bra­swell.

L.B.

Opowieść

Ostat­nie nuty popo­wej pio­senki wybrzmiały wraz z fina­łem napi­sów koń­co­wych filmu, a Bren­dan powoli wra­cał do rze­czy­wi­sto­ści.

Zamiast świer­go­czą­cego szczę­śli­wym zakoń­cze­niem kró­le­stwa peł­nego kwia­tów, pta­ków, kró­lów i kró­lo­wych poja­wiła się cia­sna i zimna sala, pusta i ste­ryl­nie biała. Star­czało w niej miej­sca na jedno krze­sło, nie­wielki wózek, plą­ta­ninę rurek i pom­pek kro­plówki oraz szpi­talne łóżko, na któ­rym leżała jego sio­stra bliź­niaczka Daniella.

Bren­dan pró­bo­wał ozdo­bić i jakoś ocie­plić salę, tak jak robił to zawsze, gdy towa­rzy­szył sio­strze pod­czas kolej­nych sesji che­mio­te­ra­pii. Wie­szał kolo­rowe świa­tełka nad jej łóż­kiem (takie na bate­rie), umiesz­czał bukiet nie­przy­zwo­icie jaskra­wych kwia­tów na wózku (sztucz­nych, bo praw­dziwe pyłki i aler­geny szko­dziły ludziom z osła­bio­nym ukła­dem odpor­no­ścio­wym), a obok sto­sik baj­gli i kubek serka tru­skaw­ko­wego, na wypa­dek gdyby Daniella aku­rat miała ochotę na prze­ką­skę (ni­gdy nie miała).

Te zabiegi tłu­miły lęk, ale ni­gdy cał­ko­wi­cie.

To nie był naj­gor­szy rodzaj raka. Nie był nawet w pierw­szej dwu­dzie­stce. Ale to ani tro­chę nie pocie­szało Bren­dana, gdy jego bar­dzo słaba i bar­dzo zmę­czona sio­stra – która pod­czas filmu sie­działa wsparta na podusz­kach i z oży­wie­niem wpa­try­wała się w ekran – po skoń­czo­nym sean­sie powoli zapa­dała się w sobie z wyczer­pa­nia.

W ciszy, która nastała po sean­sie, kli­ka­nie pompki od kro­plówki zda­wało się zagłu­szać wszyst­kie inne dźwięki.

Daniella otwo­rzyła usta, ale nie do końca ziew­nęła.

– No dobra, trzeci pokaz „Zaplą­ta­nych” odha­czony! – ode­zwał się Bren­dan z pra­wie nie­wy­mu­szo­nym uśmie­chem. – Na co masz teraz ochotę?

– Poczy­tasz mi? – Jej senne piwne oczy roz­bły­sły na jedną lśniącą chwilę. Jak mógłby jej odmó­wić?

…A potem zoba­czył okładkę książki, którą pode­tknęła mu pod nos, i uśmiech spełzł mu z twa­rzy.

– Daj spo­kój – mruk­nął. – Wła­śnie obej­rze­li­śmy film. Nie mogli­by­śmy poczy­tać cze­goś innego?

– Nie, chcę posłu­chać o Rosz­punce – upie­rała się Daniella, wydy­ma­jąc dolną wargę (w spo­sób, który ku rado­ści Bren­dana przy­po­mi­nał mu nieco jego dawną sio­strę). – ZNOWU. Chyba że uwa­żasz, że twoja szes­na­sto­let­nia chora na raka sio­stra na to nie zasłu­guje…

– O. Rany. Dobra. – Bren­dan nie­chęt­nie się­gnął po książkę. – Okej, rozu­miem ten cały powrót do dzie­ciń­stwa. Ale dla­czego aku­rat Rosz­punka? Dla­czego aż tyle Rosz­punki? Ty masz czarne włosy. A wła­ści­wie już ich nie masz.

Jako jej brat był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­remu wolno było tak mówić. Jako jej brat musiał tak mówić. Gdy robił się dziwny, łzawy i łagodny jak jej chło­pak czy rodzice lub gdy uży­wał tych samych wymu­szo­nych słów co pie­lę­gniarki, które zawzię­cie obcho­dziły temat jej cho­roby… wła­śnie wtedy Daniellę ogar­niały lęk i złość. Żadna z tych strasz­nych rze­czy, które się jej przy­tra­fiły, nie prze­szka­dzała jej tak bar­dzo jak głupi, upier­dliwy brat silący się na sło­dycz.

Ale zda­rzyło mu się, tylko raz, przy­ła­pać ją, jak zer­k­nęła w lustro na kilka kępek wło­sów, które zostały jej na gło­wie w miej­scu daw­nych lśnią­cych war­ko­czy­ków. Jej gar­dło wydęło się jak u ptaka, który wła­śnie wcią­gnął rybę, gdy gorącz­kowo prze­ły­kała, pró­bu­jąc powstrzy­mać łzy.

– Czy­taj. No już – powie­działa teraz, wyraź­nie zmę­czona. Posłała mu gro­miące spoj­rze­nie z całą siłą, na jaką było ją stać.

Bren­dan wes­tchnął i otwo­rzył książkę na pierw­szej stro­nie. Poczuł dreszcz. W salach do che­mio­te­ra­pii celowo utrzy­my­wano niską tem­pe­ra­turę – miało to jakieś medyczne uza­sad­nie­nie, któ­rego już nie pamię­tał. Dla­tego zawsze przy­no­sił Danielli jej stary koc z Tianą. Teraz leżała cia­sno nim otu­lona razem z elek­trycz­nymi szpi­tal­nymi kocami, które miły pie­lę­gniarz usta­wił na naj­wyż­szą tem­pe­ra­turę, żeby nie mar­zli.

Bren­dan spoj­rzał na pierw­szą stronę.

I zamknął książkę.

– Bren­dan – mruk­nęła Daniella sen­nie, ale z nutą znie­cier­pli­wie­nia.

– A co powiesz na to? – Bren­dan wpadł na pewien pomysł. – Prze­czy­ta­li­śmy tę książkę jakiś milion razy…

– Dwa razy – popra­wiła Daniella, zamy­ka­jąc oczy.

– Mógł­bym opo­wie­dzieć ją tro­chę… ina­czej? Tak po mojemu?

Sio­stra gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy i łyp­nęła na niego podejrz­li­wie.

– Ehe. Zaczniesz pleść jakieś głu­poty i wsa­dzisz tam sztur­mow­ców albo wszy­scy zaczną się wyzy­wać od naj­gor­szych, a potem wylą­dują kosmici i zrobi się jedna wielka roz­róba.

– Nie, wcale nie! Obie­cuję. Żad­nych głu­pot. Dokład­nie ta sama histo­ria… tylko tro­chę inna.

Daniella spoj­rzała na niego spod przy­mru­żo­nych powiek.

– I Matka Ger­truda będzie zła? A Flynn zako­cha się w Rosz­punce? I będzie Pas­cal? I wszyst­kie opry­chy z Dziar­skiego Kaczątka? I magia? Żad­nych robo­tów i podróży w cza­sie?

– Wła­śnie tak. Obie­cuję. Ani jed­nego robota.

– No dobra – zgo­dziła się Daniella. W jej gło­sie na­dal nie było sły­chać spe­cjal­nego prze­ko­na­nia, ale wyda­wała się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej roz­bu­dzona niż jesz­cze chwilę wcze­śniej. – Spró­bujmy.

– No i super – odparł Bren­dan z uśmie­chem. Otwo­rzył książkę, jakby zamie­rzał zacząć czy­tać:

Dawno, dawno temu…

Początek baśni

Dawno, dawno temu, gdy nie­biosa wciąż inte­re­so­wało cza­sem to, co dzieje się na ziemi, słońce świe­ciło tak jasno, że pew­nego wspa­nia­łego wio­sen­nego dnia uro­niło łzę czy­stego szczę­ścia. Tam gdzie spa­dła, wyrósł magiczny złoty kwiat. Lśnił cie­płym, deli­kat­nym bla­skiem jak poranne pro­mie­nie, a jego płatki kryły w sobie moc uzdra­wia­nia cho­rób i ran.

…Ale los nie dał mu oka­zji, by się tym wyka­zać. Wpraw­dzie „dawno, dawno temu” ludzie, któ­rzy dobrze znali te lasy i despe­racko szu­kali cudow­nego lekar­stwa, wyru­szyli na poszu­ki­wa­nie jego magii. Lecz w tych ciem­nych cza­sach całą kra­iną wstrzą­sała wojna za wojną, a wielka zaraza zabrała całe poko­le­nia mędr­czyń i sta­rych pustel­ni­ków. Z cza­sem o zło­tym kwie­cie nie­mal zupeł­nie zapo­mniano.

Minęło wiele lat. Świat się zmie­nił. W końcu pewna prze­bie­gła i do cna zła młoda kobieta wie­dziona legen­dami i pogło­skami zdo­łała odna­leźć kwiat.

Miała na imię Ger­truda.

Taka magia pozwo­li­łaby jej wiele zdzia­łać. Mogła zostać wspa­niałą uzdro­wi­cielką, a przy­naj­mniej roz­chwy­ty­waną (i bar­dzo majętną) medyczką usłu­gu­jącą kró­lom i boga­czom. Ona jed­nak zatrzy­mała kwiat dla sie­bie, a jego moc wyko­rzy­sty­wała tylko w jed­nym celu: do zaskar­bie­nia sobie wiecz­nej mło­do­ści.

Minęło sto lat.

W pań­stwie znów zapa­no­wał spo­kój. Król Fry­de­ryk i kró­lowa Arianna, piękni i mądrzy ponad swój wiek, spra­wo­wali wła­dzę roz­trop­nie i spra­wie­dli­wie. I jak to czę­sto w baśniach bywa, mieli wszystko, czego mogli zapra­gnąć… oprócz dziecka.

(Choć sytu­acja ta była, oczy­wi­ście, źró­dłem smutku i obaw dla pary kró­lew­skiej, brak potom­stwa nie­po­koił także miesz­kań­ców rzą­dzo­nej przez nich kra­iny. Bez potomka, który w swoim cza­sie mógłby zasiąść na tro­nie, zie­mie te cze­kał powrót do cha­osu i prze­lewu krwi. Sąsia­du­jące księ­stwa wiecz­nie ostrzyły sobie zęby na nowe tery­to­ria, gotowe wyko­rzy­stać każdą oka­zję, by je zdo­być).

Dzięki zabie­gom aku­sze­rek, medy­ków, kapła­nów i zie­la­rzy para kró­lew­ska wresz­cie ocze­ki­wała dziecka. W pierw­szej chwili na zamku zapa­no­wała wielka radość, lecz nie­stety, jak to czę­sto zda­rzało się w tych daw­nych, daw­nych cza­sach, kró­lowa zacho­ro­wała, i z każ­dym dniem, który zbli­żał ją do roz­wią­za­nia, zda­wała się o krok bliż­sza śmierci.

Król raz jesz­cze wezwał do zamku aku­szerki, medy­ków, kapła­nów i zie­la­rzy, lecz dopiero ostat­nia sędziwa mędr­czyni przy­po­mniała sobie histo­rię, którą opo­wie­działa jej wła­sna pra­babka. Doty­czyła tajem­nicy zło­tego kwiatu. Sło­necz­nego kwiatu.

Nie zwle­ka­jąc ani chwili dłu­żej, król roze­słał kon­nych posłań­ców, by prze­cze­sali całą kra­inę i odna­leźli magiczny kwiat. Co noc od zmierz­chu do świtu każdy będący na siłach miesz­ka­niec kró­le­stwa brał udział w poszu­ki­wa­niach. Wszy­scy robili to chęt­nie, bo para kró­lew­ska cie­szyła się miło­ścią pod­da­nych, któ­rzy pra­gnęli jej szczę­ścia tak jak wła­snego. Pra­gnęli ponadto dzie­dzica tronu, zdol­nego uchro­nić ich przed powro­tem do cha­osu, który tra­wił kró­le­stwo przez dłu­gie wieki. Nie gar­dzili też sowitą nagrodą, którą król obie­cał zna­lazcy.

I kwiat w końcu odna­le­ziono i przy­go­to­wano napar, który uśmie­rzył ból i gorączkę kró­lo­wej. Arianna wkrótce wydo­brzała i powiła śliczną dziew­czynkę, a w całym kró­le­stwie zapa­no­wała wielka radość.

Bo nikt nie zda­wał sobie sprawy, że doszło do pomyłki.

Gdyż nowo wzbo­ga­cony chłop wcale nie zna­lazł sło­necz­nego kwiatu.

Przy­niósł do zamku kwiat księ­ży­cowy.

Centrum Onkologii Memorial Sloan Kettering

Zaraz, że co?

Daniella pac­nęła obiema rękoma o koł­drę. Rurki kro­plówki zakle­ko­tały ostrze­gaw­czo, ale szczę­śli­wie żadna nie wypa­dła.

– Kwiat księ­ży­cowy. Srebrny kwiat – powtó­rzył Bren­dan cier­pli­wie. – Zerwali nie ten, co trzeba. Mówi­łem, że ta histo­ria będzie inna.

– No mówi­łeś, ale… jak mogli zerwać zły kwiat? Cho­dziło o złoty kwiat. Żół­ciutki, świe­cący i w ogóle.

Zmarsz­czyła czoło i skrzy­żo­wała ręce na piersi, wydy­ma­jąc usta na głu­potę postaci, która nie otrzy­mała nawet imie­nia – i która naj­praw­do­po­dob­niej nie­źle wzbo­ga­ciła się na swo­jej pomyłce, wyna­gro­dzona taką liczną trzodą kóz i ilo­ścią złota, że nie wie­działa, co z tym dostat­kiem zro­bić.

– Dobra, słu­chaj, oba kwiaty świe­ciły – zauwa­żył Bren­dan, pochy­la­jąc się do przodu, gotowy bro­nić swo­jej ano­ni­mo­wej postaci. – Powie­dziano im „idź­cie poszu­kać świe­cą­cego kwiatu”. To chłop poszedł i zna­lazł. Skąd miał wie­dzieć, że było takich wię­cej niż jeden? Wiele lat wcze­śniej księ­życ także uro­nił łzę, czy coś, i z niej rów­nież wyrósł kwiat.

Widział, że przez twarz sio­stry prze­mknął wyraz zro­zu­mie­nia i zacie­ka­wie­nia, i spró­bo­wał nie poka­zać swo­jej satys­fak­cji zbyt otwar­cie.

– A czy gwiezdne kwiaty też są?

– Nie wiem. Może. Czemu nie?

– A jakie inne wła­ści­wo­ści ma srebrny kwiat? – spy­tała Daniella, wyraź­nie sta­ra­jąc się nie wyglą­dać na zbyt zain­try­go­waną.

– Może po pro­stu się odprę­żysz i posłu­chasz, głu­polu? Wszyst­kiego się dowiesz – burk­nął Bren­dan, ponow­nie otwie­ra­jąc książkę, tym razem z lek­kim roz­ma­chem.

Sio­stra nie wyglą­dała na w pełni zado­wo­loną, lecz mimo to ponow­nie uło­żyła się na podusz­kach, raz lub dwa razy gło­śno prze­ły­ka­jąc. W che­mii, którą dosta­wała, było coś dziw­nego, co spra­wiało, że odczu­wała zapa­chy i smaki, któ­rych nie było. Bren­dan zano­to­wał w pamięci, żeby przy­nieść jej wię­cej kwa­śnych żelek z auto­matu na kory­ta­rzu, kiedy następ­nym razem pój­dzie do łazienki. Nie były jej ulu­bio­nymi sło­dy­czami, ale ich inten­sywny smak poma­gał choć tro­chę zatu­szo­wać nie­przy­jemne odczu­cia.

– I tak naro­dziła się zdrowa dziew­czynka. Kró­lewna. – cią­gnął Bren­dan. – A po tygo­dniu, jak kazał zwy­czaj w tam­tych cza­sach, gdy śmier­tel­ność wśród nie­mow­ląt była bar­dzo wysoka, nadano jej imię Rosz­punka, bo ta roślina rosła na łące, gdzie zna­le­ziono magiczny kwiat. Całe kró­le­stwo zatrzy­mało się, by uczcić tę wie­ko­po­mną chwilę. Były uczty i tańce, pik­niki i wszyst­kim miesz­kań­com roz­da­wano dary. Para kró­lew­ska wypu­ściła na nocne niebo pło­nące lam­piony. I przez moment wyda­wało się, że wszystko toczy się ide­al­nie. Ale ten moment szybko prze­mi­nął.

Roszpunka

Nowo naro­dzona kró­lewna była zdrowa, ener­giczna i pełna wigoru. Nie zdra­dzała żad­nych oznak cho­roby czy sła­bo­ści (czy też „pra­gnie­nia opusz­cza­nia grzesz­nego ludz­kiego padołu i powró­ce­nia do nieba”, jak mówili nie­któ­rzy). Szybko posta­rano się dla niej o mamkę, którą kró­lowa Arianna rów­nie szybko odpra­wiła, bo pra­gnęła opie­ko­wać się córeczką sama. I któż mógł ją winić? Rosz­punka była weso­lutka i tłu­ściutka, miała rumiane policzki i uwiel­biała się tulić. Jedyne, co w niej dzi­wiło, to włosy, bo te lśniły rów­nie prze­ślicz­nym, co nie­zwy­kłym odcie­niem sre­bra i miały kilka cali już w momen­cie naro­dzin dziew­czynki.

Stara Babka Berta, och­mi­strzyni czu­wa­jąca nad poko­jów­kami i resztą służby, powszech­nie uwa­żana za zam­kową matkę, z nie­cier­pli­wo­ścią zby­wała prze­sądne plotki o ich rze­komo demo­nicz­nym pocho­dze­niu. To były pierw­sze włosy, włosy nie­mow­lęce, które praw­do­po­dob­nie i tak wypadną za tydzień czy dwa i zostaną zastą­pione wło­sami we wła­ści­wym kolo­rze. Arianna przy­szła na świat z mesz­kiem czar­nych jak smoła wło­sów, które znik­nęły w dwóch pierw­szych tygo­dniach, a po mie­siącu zastą­piły je kasz­ta­nowe pukle, do tej pory zdo­biące jej głowę.

Lecz włosy Rosz­punki były cien­kie i kło­po­tliwe. Upar­cie plą­tały się w drobne, nie­mow­lęce koł­tunki, dia­bel­sko krnąbrne przy roz­cze­sy­wa­niu. (Pro­blem pogłę­biało śli­nie­nie się i ule­wa­nie, co zda­rza się nawet naj­le­piej uro­dzo­nym nie­mow­lę­tom, w tym także kró­lew­nom).

Dzień jej chrzcin ogło­szono wiel­kim świę­tem w całym kró­le­stwie. Król Fry­de­ryk, astro­nom ama­tor, wyli­czył, że tej nocy księ­życ znaj­dzie się w nowiu, a pod jego nie­obec­ność niebo będzie naj­ciem­niej­sze.

– Powin­ni­śmy zapa­lić jesz­cze wię­cej lam­pio­nów! – oświad­czył. – Wypeł­nić nimi całe niebo! Odpo­wied­nio uczcić to wiel­kie wyda­rze­nie!

Kara­wana han­dlowa ze Wschodu przy­nio­sła te cuda do kró­le­stwa kilka mie­sięcy wcze­śniej: kolo­rowe, malo­wane papie­rowe lata­renki, które ula­ty­wały do nieba po zapa­le­niu znaj­du­ją­cej się w środku świecy. Fry­de­ryk kupił je wszyst­kie i bła­gał kup­ców, by wró­cili z kolejną par­tią.

(Nabył też sztuczne ognie, jedwa­bie, her­batę i prze­różne przy­prawy, o któ­rych zam­kowi kucha­rze ni­gdy wcze­śniej nie sły­szeli, lecz wkrótce zręcz­nie wkom­po­no­wali je w poda­wane na kró­lew­ski stół dania).

Lam­piony zostały roz­dane wszyst­kim miesz­kań­com kró­le­stwa wraz z pole­ce­niem, by tuż po zacho­dzie słońca zapa­lili je i wypu­ścili z łódek w miej­skim por­cie.

Cały kraj pochło­nięty był przy­go­to­wa­niami do nad­cho­dzą­cego wie­czoru: na gzym­sach domów zawi­sły kwie­ci­ste gir­landy, przy­byli z dale­kiego Wschodu mnisi malo­wali kredą barwne man­dale na miej­skich pla­cach. Muzycy stro­ili i pole­ro­wali instru­menty, wszy­scy szy­ko­wali swoje naj­lep­sze stroje i kaftany, kobiety ozda­biały war­ko­cze śnież­no­bia­łymi liliami, które tylko w nie­wiel­kim stop­niu odda­wały blask zło­tego kwiatu.

(Srebr­nego kwiatu).

Lecz małej Rosz­punki by­naj­mniej nie cie­szyły przy­go­to­wa­nia do jej wła­snej uro­czy­sto­ści.

Nie prze­szka­dzała jej bie­luchna szata chrzcielna z naj­lep­szego jedwa­biu, hafto­wana przez tuzin naj­spraw­niej­szych haf­cia­rek w kró­le­stwie.

Nie pro­te­sto­wała, gdy pry­skano wodą różaną po jej pofał­do­wa­nym ciałku, by pach­niała tak wspa­niale, jak według naiw­nia­ków powinny pach­nieć nie­mow­lęta.

Nie skar­żyła się nawet, gdy bar­dzo ostroż­nie obci­nano jej maciu­peń­kie pazno­kietki, żeby nie dra­pała się po twa­rzy.

Ale nie mogła znieść całego zamie­sza­nia wokół jej wło­sów.

– Jak nie­mowlę może naro­bić sobie tyle koł­tu­nów? – zasta­na­wiała się Babka Berta, tuląc Rosz­punkę, gdy młoda poko­jówka Lotka pró­bo­wała pie­czo­ło­wi­cie roz­plą­tać supełki srebr­nym grze­bie­niem.

Kró­lowa Arianna przy­glą­dała się temu z uśmie­chem, w duchu cie­sząc się z każ­dego dono­śnego okrzyku i zaska­ku­jąco krzep­kiego kop­nię­cia swo­jej córki. Wście­kłość ozna­czała wital­ność, co u naj­młod­szych dzieci wcale nie było oczy­wi­ste. Wście­kłość ozna­czała silną wolę – która przy­da­wała się szcze­gól­nie dziew­czyn­kom i kobie­tom, a nawet kró­lo­wym, zmu­szo­nym do walki o wszystko, co chłopcy dosta­wali bez kiw­nię­cia pal­cem.

Król Fry­de­ryk krą­żył nie­cier­pli­wie po kom­na­cie, co i raz doglą­da­jąc prac nadwor­nego mala­rza, który pospiesz­nie szki­co­wał tę scenę. Takie zacho­wa­nie byłoby urze­ka­jące u świeżo upie­czo­nego ojca, tyle że ten kon­kretny ojciec zmu­sił już bied­nego arty­stę do naszki­co­wa­nia pierw­szej kąpieli Rosz­punki, pierw­szej drzemki w kró­lew­skiej koły­sce, a nawet pierw­szej kró­lew­skiej zmiany pie­lu­chy.

– Nie ruszaj się, kwia­tuszku – pro­siła Lotka, sta­ra­jąc się deli­kat­nie trzy­mać nie­mow­lęcą główkę, tak by nie zadra­pać jej zdob­nym grze­bie­niem.

– Już dobrze, ser­deńko – zagru­chała Babka Berta, lekko koły­sząc małą na bio­drze.

– Jesz­cze jeden koł­tu­nek i gotowe – wyce­dziła poko­jówka przez zaci­śnięte zęby.

Moż­liwe, że pocią­gnęła grze­bie­niem nieco moc­niej, żeby czym prę­dzej upo­rać się z zada­niem. Rosz­punka wydała z sie­bie krzyk zło­ści i szarp­nęła główką, spra­wia­jąc, że grze­bień zaplą­tał się w koł­tun.

– Och, skar­beczku! – wykrzyk­nęła Lotka, kła­dąc dłoń na czer­wo­nej główce bied­nego dziecka.

Czer­wona zro­biła się także twarz Rosz­punki. Poczer­wie­niała od nie­mow­lę­cej krzywdy i bólu niczym burak. Otwo­rzyła swoje uro­cze różo­wiut­kie usteczka i zawyła…

…a poko­jówka padła mar­twa.

W kom­na­cie nastała cisza prze­ry­wana jedy­nie pła­czem małej kró­lewny, który wcale nie był znów tak gło­śny – była prze­cież dopiero nowo­rod­kiem.

– Co…? – Zwy­kle mil­kliwy Fry­de­ryk ode­zwał się jako pierw­szy.

Jeden ze straż­ni­ków ochło­nął szyb­ciej od pozo­sta­łych. Przy­sko­czył do słu­żą­cej, uklęk­nął i przy­tknął dłoń do jej policzka.

– Robi się zimna. Spro­wadź­cie medyka, ale zdaje się, że jest już za późno.

Drugi straż­nik zasa­lu­to­wał i ruszył kory­ta­rzem, nawo­łu­jąc dono­śnie i wzy­wa­jąc signore dot­tore Alziego, który czu­wał nad zdro­wiem miesz­kań­ców zamku i zam­ko­wej służby.

– Rosz­punko! – wykrzyk­nęła kró­lowa, pod­bie­ga­jąc do córeczki. Jak u każ­dej matki w obli­czu zagro­że­nia jej pierw­szym instynk­tow­nym odru­chem była chęć chwy­ce­nia w obję­cia swo­jego dziecka.

Lecz Babka Berta odwró­ciła się, przy­ci­ska­jąc dziew­czynkę do piersi i odsu­wa­jąc ją od kró­lo­wej.

– Naj­ja­śniej­sza pani, nie – powie­działa, poj­mu­jąc jako pierw­sza, może poza straż­ni­kiem, co się wła­śnie wyda­rzyło. – Trzy­maj się z daleka.

– Oddaj mi moje dziecko – zażą­dała Arianna, a w jej peł­nych stra­chu ciem­nych oczach bły­snęła iskierka Rosz­pun­ko­wej walecz­no­ści.

– Nie, pani – odparła Berta sta­now­czo. – Dzieje się coś nie­do­brego, sama widzia­łaś. Lotka pocią­gnęła Rosz­punkę za włosy, a teraz leży mar­twa. Może dzie­cię powoli się uspo­kaja, ale pozwól mi ją potrzy­mać, dopóki nie upew­nimy się, że to bez­pieczne.

Mimo tych ostrze­żeń Arianna postą­piła kolej­nych kilka kro­ków w stronę sta­rej niani, lecz Fry­de­ryk zła­pał ją za rękę.

Malarz dalej z zapa­łem szki­co­wał scenę: ponurą, pogrą­żoną w ciszy i cha­osie kom­natę, pełną smutku… i rumiane nie­mowlę, które już gawo­rzyło i postę­ki­wało wesoło, usu­wa­jąc z pamięci chwi­lową przy­krość.

Arty­sta nie został zapro­szony do pry­wat­nych kom­nat kró­lew­skich, gdzie roz­pacz­liwa scena miała swój ciąg dal­szy. Smu­tek zastę­po­wały powoli zaduma i zmar­twie­nie. Fry­de­ryk i Arianna sie­dzieli obok sie­bie, a ich córka leżała nie­opo­dal pogrą­żona we śnie (w koły­sce wydrą­żo­nej z drewna jarzębu, który miał ją chro­nić przed złymi wróż­kami). Byli z nimi także signore dot­tore Alzi, ksiądz, Babka Berta oraz straż­nik, który pierw­szy dopadł mar­twej Lotki.

– Skła­niam się ku wyja­śnie­niu, że to wszystko jest wyni­kiem nie­szczę­śli­wego wypadku – ode­zwał się dok­tor zmę­czo­nym tonem. Miał dru­ciane oku­lary i życz­liwe spoj­rze­nie. – Być może słu­żąca miała słabe serce lub coś nie tak w mózgu – pró­bo­wał tłu­ma­czyć medyk. – Stres zwią­zany z sytu­acją spra­wił, że krew i humory w jej ciele zago­to­wały się i wzbu­rzyły, a słabe narządy tego nie wytrzy­mały.

– Twier­dzisz, panie, że to był pierw­szy raz, kiedy doświad­czyła stresu? – wark­nęła Babka Berta. – Czy mia­łeś kie­dyś oka­zję poroz­ma­wiać z ładną młodą służką z ubo­giej rodziny, signore?

Dok­tor wzru­szył ramio­nami. Nie miał dobrej odpo­wie­dzi.

– To sprawka dia­bła – wtrą­cił ksiądz. – Tak to się koń­czy, gdy czło­wiek ratuje się magicz­nymi rośli­nami i cza­rami zamiast Sło­wem Bożym.

Król Fry­de­ryk potarł, zmę­czony, swoje krza­cza­ste brwi i ści­snął ramię Arianny, pocie­sza­jąc ją, zanim zdą­żyła zare­ago­wać.

– Straż­niku Tregs­burg – ode­zwał się – ty pierw­szy poją­łeś, co się wyda­rzyło, gdy pod­sze­dłeś do tej bied­nej dziew­czyny. Powiedz mi, co zoba­czy­łeś.

Kró­lew­ski straż­nik Justyn Tregs­burg (zwany Maxi­mu­sem na rzym­ską modłę, bo prze­ra­stał swoje rodzeń­stwo o głowę) był młody, lecz wystar­cza­jąco doświad­czony, by nie oka­zać emo­cji.

– Wasza Kró­lew­ska Mość, tak jak to widzia­łem, kró­lewna się zezło­ściła i w tej samej chwili słu­żąca padła nie­żywa. Nie widzia­łem nic poza tym, że poko­jówka doty­kała dziecka, a dokład­niej jego wło­sów, gdy to się wyda­rzyło. Ale prze­cież och­mi­strzyni trzy­mała małą i prze­żyła. Nie potra­fię powie­dzieć, jak to się stało.

– Wło­sów kró­lewny… – Arianna powoli pod­nio­sła się z krze­sła i zbli­żyła do koły­ski. Sre­brzy­ste pukle Rosz­punki, wciąż z tym ostat­nim koł­tu­nem, roz­le­wały się po poduszce wokół jej głowy, dziwne i tak bar­dzo nie­na­tu­ralne u dziecka, któ­rego oboje rodzice mieli włosy w odcie­niu głę­boko kasz­ta­no­wym jak sierść u naj­szla­chet­niej­szego araba.

Włosy pełne złej magii.

– Może to rze­czy­wi­ście przez ten kwiat – zasta­no­wił się signore Alzi. – Oczy­wi­ście oso­bi­ście nie wie­rzę w takie bania­luki… Arianna to wspa­niała, zdrowa kobieta, która z pew­no­ścią wydo­brzała o wła­snych siłach. Ale załóżmy, że złoty kwiat posiada magiczne wła­ści­wo­ści, a jego esen­cja tra­fiła do orga­ni­zmu kró­lo­wej, gdy wypiła napar. Czy w ten spo­sób nie tra­fiłaby także do jej dziecka, które karmi się poży­wie­niem i napo­jem matki, gdy ta nosi je pod ser­cem?

Arianna i Fry­de­ryk wymie­nili zatrwo­żone spoj­rze­nia. Ręka kró­lo­wej bez­wied­nie powę­dro­wała do jej łona, choć było już puste.

– Dziecko nie ma wła­dzy nad swoją zło­ścią, Wasza Wyso­kość – ode­zwał się ksiądz łagod­nie. – Czy to sprawka dia­bła, czy naukowe far­ma­zony Alziego, jeśli kró­lewna ma moc zabi­ja­nia, zrobi to ponow­nie – bez­myśl­nie, tak jak nie­mow­lęta wiją się i zży­mają w ata­kach wście­kło­ści.

Fry­de­ryk sta­rał się zapa­no­wać nad hura­ga­nem emo­cji, marsz­cząc czoło i przyj­mu­jąc minę zdra­dza­jącą zadumę godną władcy, tak jak nauczył go ojciec, który sam otrzy­mał tę naukę od wła­snego ojca.

– Ale cóż możemy pora­dzić? Czy ktoś z was ma jaki­kol­wiek pomysł? Tregs­burg?

Straż­nik ner­wowo prze­stą­pił z nogi na nogę. Wycho­wał się na dale­kich rubie­żach kró­le­stwa, gdzie ota­czały go ludowe opo­wie­ści i tra­dy­cje. A teraz miał na sobie strój każ­dego baśnio­wego myśli­wego czy kata, któ­remu można by powie­rzyć zada­nie zabra­nia nie­mow­lę­cia do lasu… i pora­dze­nia sobie z pro­ble­mem.

– Wygląda na to, że dziew­czynka może sta­no­wić poważne zagro­że­nie dla Waszych Kró­lew­skich Mości – powie­dział ostroż­nie. – I och­mi­strzyni, i każ­dego, kto będzie się nią zaj­mo­wać.

Arianna sta­rała się powstrzy­mać szloch.

Babka Berta spoj­rzała na nie­mowlę ze smut­kiem.

– Ale pomy­śleć tylko. Kró­lewna wła­da­jąca taką mocą… Kró­lowa… Potężna byłaby z niej wład­czyni, prawda? To dopiero byłby widok.

– Trzeba ją wycho­wać bez­piecz­nie – stwier­dził Fry­de­ryk, powta­rza­jąc na głos jedyną myśl, która zda­wała się jasno wybrzmie­wać w jego gło­wie.

– Bez­piecz­nie dla niej… i dla wszyst­kich wokół – dodał Alzi pospiesz­nie.

– W bez­piecz­nej, bogo­boj­nej spo­łecz­no­ści. W skrom­nym zako­nie – zasu­ge­ro­wał ksiądz.

– Może przy kimś, kto zna się na takich spra­wach – zaopo­no­wał straż­nik, naj­grzecz­niej jak potra­fił.

– To moje dziecko – zawo­łała Arianna. – Pojadę z nią!

– Za prze­pro­sze­niem, jesteś kró­lową, Naj­ja­śniej­sza Pani – zauwa­żyła Babka Berta, dyga­jąc nisko. – Masz pod swoją opieką znacz­nie wię­cej dzieci. Wszyst­kie dzieci w kró­le­stwie, a także ich rodzi­ców, któ­rzy potrze­bują two­jego prze­wod­nic­twa.

– Nie myli się – przy­znał signore Alzi.

– Jesteś pasterką swego ludu – pod­chwy­cił ksiądz.

– Może uda nam się zna­leźć jakieś schro­nie­nie w oko­licy, żebyś mogła ją odwie­dzać – zasu­ge­ro­wał król… i ta suge­stia osta­tecz­nie przy­pie­czę­to­wała decy­zję, którą pod­jął już w myślach. – Dopóki nie wyro­śnie z tych rze­czy… lub nie nauczy się ich kon­tro­lo­wać.

Arianna posłała mu spoj­rze­nie pełne jej wła­snej nie­ma­gicz­nej wście­kło­ści.

A potem zwie­siła głowę.

– Tregs­burg, roz­puść wici. Tym razem dys­kret­nie – pole­cił król. – Wszyst­kim aku­szer­kom i czar… eee, kobie­tom z doświad­cze­niem w takich spra­wach. Nie­bez­piecz­nych, magicz­nych spra­wach. Znajdź kogoś, kto zaopie­kuje się Rosz­punką jak wła­sną córką, dobrze ją wykształci i uchroni ją przed świa­tem, a świat przed nią.

– Roz­kaz, Wasza Wyso­kość. Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość. – Straż­nik skło­nił się nisko.

– A co takiego powiemy o tym, co tu się wyda­rzyło? – spy­tał ksiądz, wska­zu­jąc na dziecko… i tym samym na nie­wi­doczne, nie­wspo­mniane, ale nie­za­prze­czalne ciało poko­jówki.

– Powiemy, że oddała życie, pró­bu­jąc ura­to­wać kró­lewnę – zasu­ge­ro­wał signore Alzi. – Szla­chetny czyn, który przy­szedł jed­nak zbyt późno. Wąż lub jado­wita jasz­czurka uką­siła je obie.

(Signore Alzi z rado­ścią zbiegł z peł­nego intryg dworu Medy­ce­uszy, który zastą­pił znacz­nie mniej pod­stęp­nym i jado­wi­tym kró­le­stwem Fry­de­ryka i Arianny, lecz uprzed­nio dobrze wyszko­lił się w sztuce kłam­stwa i poznał moc pogło­sek i plo­tek).

– Tak też zro­bimy – zde­cy­do­wał król.

A potem objął łka­jącą Ariannę i tulił ją mocno, póki nie zapa­dła ciemna noc.

Matka Gertruda

Wybór aku­sze­rek, zna­cho­rek, księży i zie­la­rzy był tym razem znacz­nie mniej­szy, gdyż odpo­wied­nia osoba musiała dogłęb­nie znać się na rze­czy i nie pole­gać jedy­nie na pogło­skach. Gdy szło o magię, ist­niała nie­wielka, acz bar­dzo istotna róż­nica mię­dzy wiarą a wie­dzą. Zwy­kły domo­ro­sły prak­tyk, taki, który w duchu marzył o mocy zło­tego kwiatu, a w rze­czywistości przy­go­to­wy­wał bez­u­ży­teczne mik­stury miło­sne dla roz­ocho­co­nych pod­lot­ków (ser­wu­jąc im je wraz z por­cją cał­kiem roz­sąd­nych rad), tym razem z pew­no­ścią by się nie spraw­dził. Nie można było też pole­gać na ludziach wyczy­tu­ją­cych przy­szłość z kart czy pre­zen­tu­ją­cych sztuczki na kró­lew­skim dwo­rze.

Nekro­man­tów wyklu­czono od razu.

Lista kan­dy­da­tów stała się naprawdę nie­po­kaźna, gdy pew­nego ciem­nego wie­czoru zja­wiła się na zamku, niczym postać z baśni, czar­no­włosa kobieta z twa­rzą ukrytą pod obszer­nym kap­tu­rem pele­ryny. Straż­nicy odry­glo­wali bramę i otwo­rzyli ją, lecz ona nie zwra­cała na nich uwagi – była zbyt zajęta podzi­wia­niem kształtu swo­jego (trzeba przy­znać, ponęt­nego) cie­nia w bla­sku zatknię­tych na murze pochodni. Zapo­zo­wała i odrzu­ciła gęste włosy niczym młoda dziew­czyna, którą zde­cy­do­wa­nie już nie była.

– Wybacz­cie, w chatce mam fatalne świa­tło – powie­działa, rzu­ca­jąc straż­ni­kom cza­ru­jący uśmiech. – Moją dziew­częcą figurę mogę podzi­wiać tylko przy świeczce z łoju i w pro­mie­niach słońca.

Tregs­burg nie pod­dał się uro­kowi jej uśmie­chu ani powa­bowi wspa­nia­łych czar­nych wło­sów, ani też głębi wiel­kich, wyra­zi­stych oczu. Był rów­nież wolny od uprze­dzeń, powszech­nych, nie­stety, wśród miesz­kań­ców oko­lic, w któ­rych się wycho­wał – nie dbał o to, czy pocho­dziła z Romii, Juda­nii, gdzieś z wyso­kich gór czy z dale­kiego Połu­dnia. Ale było w niej coś… nie­po­ko­ją­cego. Fał­szy­wego.

Mimo to zapro­sił ją do środka, tak jak wszyst­kich, któ­rzy zgło­sili się przed nią. Z zain­te­re­so­wa­niem, ale i dziw­nym, zło­śli­wym uśmiesz­kiem roz­glą­dała się dookoła, patrząc na gobe­liny, zbroje i zdobne stroje dwo­rzan. Jakby myślała, że wszystko to jest przy­jemne, ale w dużej mie­rze nie­istotne. „Jak też nie­mą­drzy są miesz­kańcy zamku, ceniąc takie bła­hostki!”.

– Wasza Kró­lew­ska Mość, Matka Ger­truda – zaanon­so­wał ją.

– Sio­stra Ger­truda, jeśli łaska – pospie­szyła z dopre­cy­zo­wa­niem. – Nie to, że nie marzę, by pew­nego dnia stać się matką wła­snego dzie­ciątka, ale… „matka” brzmi dość… staro, czyż nie?

Przy­po­mniała sobie o dygnię­ciu dopiero w ostat­niej chwili.

Król spo­czy­wał w swym naj­wy­god­niej­szym fotelu, który nie był tro­nem, a słaba i blada Arianna sie­działa przy­cup­nięta na szez­longu, kur­czowo ści­ska­jąc rękoma kra­wędź koły­ski. Sto­jąca obok Babka Berta jedną dłoń poło­żyła opie­kuń­czo na ramie­niu kró­lo­wej. Ksiądz i dok­tor cza­ili się w ciem­nym kącie kom­naty.

– Jestem prze­szczę­śliwa, że kró­lowa zdo­łała wydo­brzeć i powić taką prze­śliczną dziew­czynkę… – zaćwier­kała Ger­truda, sta­jąc na pal­cach, by spoj­rzeć na leżące w koły­sce nie­mowlę. – Po tym, jak nie udało się zna­leźć zło­tego kwiatu…

– Wręcz prze­ciw­nie, udało się – prze­rwał jej Fry­de­ryk, zasko­czony. Uwaga kobiety tak zbiła go z tropu, że zapo­mniał o swo­jej ofi­cjal­nej prze­mo­wie, którą recy­to­wał już tuzin razy. – Zna­leź­li­śmy kwiat, zerwa­li­śmy go, uwa­rzy­li­śmy napar i kró­lowa go wypiła. I to, jak podej­rze­wamy, stało się źró­dłem całego pro­blemu.

– Co takiego, Wasza Wyso­kość? – spy­tała kobieta, wyraź­nie sko­ło­wana. – Złoty kwiat nie mógł zostać zerwany! Wciąż go ma… To zna­czy, wydaje mi się, że poja­wiłby się jakiś znak czy zło­wrogi omen… Wyczy­ta­ła­bym to z, eee, her­ba­cia­nych fusów…

– Kró­lew­skie święto i herol­dzi obwiesz­cza­jący cudowne naro­dziny zdro­wej dziew­czynki nie wystar­czyły? – spy­tała Babka Berta wynio­śle.

Ger­truda zigno­ro­wała ją i zbli­żyła się do nie­mow­lę­cia. Przyj­rzała mu się z jesz­cze więk­szym zacie­ka­wie­niem niż wcze­śniej.

– Jej włosy… – powie­działa powoli – są srebrne. Nie złote, jak można by się spo­dzie­wać po kimś uzdro­wio­nym esen­cją ze zło­tych płat­ków. Czy macie pew­ność, że to był złoty kwiat?

– Tak, o ile nie rośnie gdzieś inne świe­cące ziel­sko – wtrą­cił znie­cier­pli­wiony signore Alzi.

Ger­truda nie odpo­wie­działa na tę uwagę.

– Sprawa ma się tak… – Król po raz kolejny pod­jął opo­wieść. To była naj­trud­niej­sza część całej tej męczarni zwią­za­nej z poszu­ki­wa­niem pia­stunki: przy­wo­ły­wa­nie raz po raz wszyst­kich nie­szczę­śli­wych wyda­rzeń. Arianna odwró­ciła się i ukryła twarz w far­tu­chu Babki Berty niczym dziecko, a sta­ruszka zamknęła ją w mat­czy­nym uści­sku.

Ger­truda dalej mil­czała, ale jej wiel­kie oczy sta­wały się coraz więk­sze z każ­dym szcze­gó­łem wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły do śmierci Lotki.

Gdy król umilkł, przez chwilę przy­glą­dała się Rosz­punce w ciszy.

– Taka moc… – mruk­nęła w końcu, mru­żąc oczy w zamy­śle­niu. – W dobrych… czy złych… rękach… Na takiej uro­czej malut­kiej maszynce do zabi­ja­nia można by się nie­źle wzbo­ga­cić, zamiast zamy­kać ją gdzieś daleko…

– Co tam mam­ro­czesz? – rzu­ciła Arianna ostro.

Ger­truda zwró­ciła się do króla z powagą:

– Panie, twoje obawy są słuszne. Moce nie­bios sku­piły się w sercu tego… roz­kosz­nego szkra­beczka. Trzeba ją ochro­nić. Przed nią samą i przed tymi, któ­rzy mogliby chcieć ją wyko­rzy­stać w nie­cnych celach. To wielka odpo­wie­dzial­ność wią­żąca się z wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem, ale byłoby dla mnie zaszczy­tem móc wziąć jej cię­żar na sie­bie i uwol­nić twoje barki od tego brze­mie­nia.

– Rosz­punka nie jest brze­mie­niem – zapro­te­sto­wała kró­lowa, zaci­ska­jąc palce na kra­wę­dzi koły­ski. – To tylko nie­mowlę. Nie jest żadną odpo­wie­dzial­no­ścią, tylko dziec­kiem.

– Naj­ja­śniej­sza Pani, nie da się nie zauwa­żyć, że jesteś… pełną walecz­nej miło­ści młodą matką, wspie­raną siłami całego kró­le­stwa. – Ger­truda dygnęła lekko i puściła oczko do Babki Berty. – Wszyst­kie nie­mow­lęta i dzieci to zarówno odpo­wie­dzial­ność, jak i brze­mię… Dla­tego wła­śnie my, któ­rzy prak­ty­ku­jemy sztukę magii, czę­sto nie mamy na nie czasu.

Berta nie zapro­te­sto­wała, ale nie­spo­koj­nie prze­stą­piła z nogi na nogę, sły­sząc poufały ton, jakim krnąbrna kobieta zwra­cała się do kró­lo­wej.

– Rozu­miem więc, że ni­gdy dotąd nie zaj­mo­wa­łaś się dziec­kiem – ode­zwał się Fry­de­ryk.

– Och, nie ufaj mojemu dziew­czę­cemu wyglą­dowi, Naj­ja­śniej­szy Panie – zaćwier­kała Ger­truda, chi­cho­cząc i okrę­ca­jąc się kokie­te­ryj­nie. – Jestem dużo star­sza, niż wyglą­dam, i prze­ży­łam wiele trud­nych lat. Nie mamy tyle czasu, bym mogła wymie­nić wszystko, w czym mam doświad­cze­nie.

– Nie odpo­wie­dzia­łaś na pyta­nie – zauwa­żył signore Alzi.

– Pro­szę bar­dzo – odparła Ger­truda, odwra­ca­jąc się do Rosz­punki i nachy­la­jąc się nad nią.

Pogła­dziła ją po policzku i wyszep­tała kilka łagod­nych słów… po czym wzięła ją na ręce.

Wszy­scy w kom­na­cie wstrzy­mali oddech.

Ale dziew­czynka, począt­kowo zasko­czona wido­kiem tuż po prze­bu­dze­niu nie­zna­jo­mej twa­rzy, szybko zro­zu­miała, że nic jej nie grozi. Spró­bo­wała pod­nieść głowę z ramie­nia kobiety, żeby się rozej­rzeć. A gdy dostrze­gła swoją matkę, odprę­żyła się i wtu­liła w szyję Ger­trudy.

– Widzi­cie? – mruk­nęła kobieta, koły­sząc ją deli­kat­nie. – Cał­kiem nie­źle radzę sobie z maleń­stwami. A moja wie­dza na temat zło­tego kwiatu i temu podob­nych bylin pozwoli mi wycho­wać ją bez­piecz­nie, z dala od ludzi, gdzie nikogo nie skrzyw­dzi.

– Dopóki z tego nie wyro­śnie – ode­zwała się Arianna, ostroż­nie powta­rza­jąc wcze­śniej­sze słowa Fry­de­ryka, tak dosłow­nie i z prze­ję­ciem jak dziecko oba­wia­jące się, że nie dosta­nie tego, co zostało mu obie­cane. – Lub nie nauczy się tego kon­tro­lo­wać.

– Och, Naj­ja­śniej­sza Pani, oba­wiam się, że z takich rze­czy się nie wyra­sta – odparła Ger­truda, wykrzy­wia­jąc usta ze smut­kiem. – Jej moc będzie tylko rosła i sta­wała się coraz potęż­niej­sza. Aż dotyk prze­sta­nie być konieczny, a śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwem będzie samo prze­by­wa­nie w jej pobliżu.

– Nie! – krzyk­nęła Arianna, pod­ry­wa­jąc się z szez­longa z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

– Oba­wiam się, że tak – wes­tchnęła Ger­truda. – Szcze­rze mówiąc, biorę na sie­bie absur­dal­nie nie­bez­pieczne zada­nie. W krę­gach, w któ­rych się obra­cam, cią­gle sły­szy się takie histo­rie. Ktoś przy­gar­nia prze­klętą znajdę i ginie z jej rąk… Pew­nie nie powin­nam się na to godzić bez gwa­ran­cji rekom­pen­saty dla mojej rodziny, na wypa­dek gdy­bym przy­pad­kiem stra­ciła życie.

– Natu­ral­nie – zapew­nił król, nie zauwa­ża­jąc bez­owoc­nych wysił­ków Tregs­burga, by nie prze­wró­cić oczami. – Zadbamy o cie­bie. I twoją rodzinę, jeśli… Naprawdę uwa­żasz, że byłaby do tego zdolna?

– Nie – szep­nęła Arianna, spo­glą­da­jąc na Rosz­punkę, która nie wyglą­dała groź­niej od prze­cięt­nego pogrą­żo­nego we śnie nie­mow­lę­cia.

– Gdzie miesz­kasz, Ger­trudo? – spy­tał król, siląc się na rze­czowy ton. Ale oczy zaszkliły mu się od łez.

– Och, nic spe­cjal­nego, w doli­nie Dybru – odparła Ger­truda lek­ce­wa­żą­cym tonem. – Być może to nie naj­lep­sza oko­lica dla takiej nie­bez­piecz­nej… to zna­czy, ślicz­nej kró­lewny. Ale znam wprost ide­alne miej­sce. Ukryte w leśnej dolince, pełne polnych kwia­tów i mięk­kiej trawy. Pra­dawne miej­sce, ruiny twier­dzy… Z taką jakby, hm, wieżą, która dosko­nale się spraw­dzi na schro­nie­nie dla naszego skar­beczka.

– Gdzie jest ta wieża? – spy­tał Tregs­burg sta­now­czo.

– Może lepiej będzie, jeśli zacho­wam to w tajem­nicy. Porwa­nia i okupy to realne zagro­że­nie w przy­padku dobrze uro­dzo­nej panienki, czyż nie? A co, jeśli lud się zbun­tuje i zapra­gnie ją zgła­dzić?

– Ale ja chcę ją widy­wać! – wykrzyk­nęła Arianna, ponow­nie pod­ry­wa­jąc się na nogi. – Chcę patrzeć, jak dora­sta. Nawet jeśli nie mogę… z nią być.

– Oczy­wi­ście zaaran­żu­jemy wizyty – zapew­niła ją Ger­truda łagod­nie. – Ale może dla jej… i waszego… spo­koju ducha tak, by o tym nie wie­działa. Przy­naj­mniej na początku. Powia­do­mię was, gdy będzie­cie mogli napa­trzeć się na nią do woli.

– Powin­naś ruszyć w drogę jesz­cze tego wie­czoru – oświad­czył Fry­de­ryk. – Alzi, spro­wadź skarb­nika. Musimy upew­nić się, że dziecku niczego nie zabrak­nie i otrzyma życie, jakie mia­łoby z nami na zamku.

– Zby­tek łaski, Naj­ja­śniej­szy Panie – powie­działa Ger­truda, dyga­jąc z Rosz­punką wciąż wtu­loną w jej pierś.

– Dziś wie­czo­rem… – powtó­rzyła Arianna, nie roniąc łez tylko dla­tego, że wypła­kała już wszyst­kie.

W pośpie­chu skom­ple­to­wano i spa­ko­wano wyprawkę. Cięż­kie skrzy­nie wypeł­niono poskła­da­nymi kocami, beci­kami, czep­kami i naj­de­li­kat­niej­szymi pie­lusz­kami. Wyście­łany kosz przy­tro­czono do grzbietu uro­dzi­wego, łagod­nego osła, a bagaże i złoto zapa­ko­wano na wóz.

Arianna wymi­nęła straż­ni­ków pró­bu­ją­cych ją powstrzy­mać i nachy­liła się nad kró­lewną, by po raz ostatni uca­ło­wać ją w czoło.

– Pod­ję­li­śmy jedyną słuszną decy­zję – powie­dział Fry­de­ryk, obej­mu­jąc ją.

– Może słuszną dla kró­le­stwa – odparła Arianna. – Może dla naszego bez­pie­czeń­stwa. Ale nie dla naszej córki. Nie łudź się nawet przez chwilę.

I tak Matka Ger­truda wyru­szyła pod osłoną nocy niczym skra­da­jący się zło­dziej z kró­lewną bez­piecz­nie otu­loną w beciki.

Następ­nego dnia po całym kró­le­stwie roze­szły się wie­ści o nagłej i tra­gicz­nej śmierci Rosz­punki i dziel­nej poko­jówki, która pró­bo­wała ura­to­wać dziecko przed jado­wi­tym wężem. Wszy­scy świad­ko­wie wyda­rzeń zło­żyli uro­czy­stą przy­sięgę, że zacho­wają prawdę w tajem­nicy. W pań­stwie ogło­szono dwu­ty­go­dniową żałobę, a pełne smutku cere­mo­nie zakoń­czono wypusz­cze­niem lam­pio­nów na cześć świę­tej pamięci bied­nej kró­lewny. Król ogło­sił, że odtąd będą pusz­czane co roku, by upa­mięt­nić rocz­nicę jej przed­wcze­snego odej­ścia.

Życie powoli wró­ciło na dawne tory…. Lecz nie dla króla i kró­lo­wej, któ­rzy, choć wciąż życz­liwi i roz­tropni w swo­ich rzą­dach, stali się też przy­ga­szeni i skłonni do mil­cze­nia.

Przerwa w baśni

Pew­nej nocy nie­długo po tych wyda­rze­niach o póź­nej godzi­nie roz­le­gło się lek­kie, choć zde­cy­do­wane puka­nie do zam­ko­wej bramy. Jeden ze straż­ni­ków uchy­lił wrota, a jego oczom uka­zała się cier­pli­wie cze­ka­jąca sta­ruszka. Stała otu­lona w nie­zli­czone war­stwy szat i szali z nie­bar­wio­nej wełny, a sękatą dłoń zaci­skała na rów­nie sęka­tym kiju. Dłu­gie włosy, w któ­rych czerń toczyła wyrów­naną walkę z siwi­zną, miała sple­cione w war­ko­cze i upięte wokół głowy. Skóra jej twa­rzy była obwi­sła, a nos i policzki czer­wone od zimna, lecz jasne oczy spo­glą­dały na straż­nika z żywym zain­te­re­so­wa­niem.

– Przy­szłam w spra­wie dziecka? – oznaj­miła pyta­jąco.

Straż­nik zamru­gał, zasko­czony, i potrze­bo­wał chwili, by otrzą­snąć się i spro­wa­dzić prze­ło­żo­nego. Kapral Tregs­burg (awan­so­wany w uzna­niu za jego spo­kojne – i dys­kretne – dzia­ła­nia zwią­zane ze sprawą kró­lewny) pospiesz­nie zapro­sił sta­ruszkę do środka i udał się z nią do nie­wiel­kiego bocz­nego pomiesz­cze­nia, gdzie mogli poroz­ma­wiać w cztery oczy.

– Kry­zys został zaże­gnany – poin­for­mo­wał ją. – Zna­leź­li­śmy pia­stunkę dla kró­lewny kilka tygo­dni temu. Dla­czego zja­wiasz się aku­rat teraz?

– Och, miesz­kam w sercu pusz­czy, gdzie rzadko docie­rają wie­ści, a gdy w końcu je usły­szę, zwy­kle zapo­mi­nam o nich na dzień lub dwa – odparła kobieta bez cie­nia skrę­po­wa­nia. – Mam inne rze­czy na gło­wie… głów­nie kozy, natu­ral­nie. Cza­sem nowo naro­dzone popie­liczki wyma­ga­jące opieki albo małego elfa, który zgu­bił się w lesie, albo kawa­łek ziemi zapo­mniany przez wio­snę… sam rozu­miesz.

Tregs­burg nie rozu­miał. Ale zda­wał sobie sprawę, że takie rze­czy nie miesz­czą się w zakre­sie jego obo­wiąz­ków, a tym bar­dziej w jego świa­to­po­glą­dzie, i marzył o tym, by to wszystko w końcu zostało roz­wią­zane – przez kogoś innego – i to jak naj­szyb­ciej. Pole­cił słu­żą­cemu przy­nieść kobie­cie miskę pożyw­nego rosołu i kufel cydru, więc uznał, że jeśli była anio­łem czy cza­row­nicą w prze­bra­niu, potrak­to­wał ją, jak należy.

Ze sma­kiem zabrała się za zupę… i ku nie­za­do­wo­le­niu kaprala stała się jesz­cze roz­mow­niej­sza.

– Cóż, skoro już tu jestem, może był­byś tak dobry i powie­dział mi, co naprawdę się wyda­rzyło? Twój posła­niec przed­sta­wił sprawę jako nie­cier­piącą zwłoki, więc posłusz­nie zosta­wi­łam moją przy­tulną chatkę i przy­te­le­pa­łam się tu przez pół kraju.

– Wiąże mnie przy­sięga zacho­wa­nia tajem­nicy, a sprawa i tak została już roz­wią­zana.

– Ach, może i tak, ale gdy­bym zja­wiła się tu na czas, to byś mi powie­dział. Poza tym mógł­byś odciąć mi język jed­nym mach­nię­ciem tego two­jego ele­ganc­kiego mie­czyka, więc zrób przy­jem­ność sta­ruszce. Zna­leź­li­ście złoty kwiat, poda­li­ście go kró­lo­wej, ona wyzdro­wiała, uro­dziła dziew­czynkę i… I co?

Kapral wes­tchnął i o wszyst­kim jej opo­wie­dział.

Kobieta zmarsz­czyła brwi.

– Zabiła biedną poko­jówkę? I mówi­łeś, że jej włosy są srebrne? To nie znak dzia­ła­nia zło­tego kwiatu ani jego mocy. Albo kró­lo­wej podano jakiś nie­znany grzyb, albo, jak zga­duję, srebrny kwiat. Dar księ­życa, nie słońca.

Tregs­burg popa­trzył na nią z prze­ra­że­niem, a w gło­wie poczuł mętlik. Ta kobieta nie była nawet w przy­bli­że­niu tak powabna jak Ger­truda… ale mówiła szcze­rze i z prze­ko­na­niem, jakby naprawdę znała się na magicz­nych spra­wach. Ger­truda, jak wła­śnie sobie uświa­do­mił, nie powie­działa wiele o samym kwie­cie i o oso­bli­wo­ści całej sytu­acji. Po pro­stu wzięła nie­mowlę… i ode­szła.

– Gdzie jest teraz kró­lewna? – spy­tała sta­ruszka z zacie­ka­wie­niem, sior­biąc rosół, jakby wymie­niali się plot­kami w przy­droż­nej gospo­dzie.

– Kró­lew­ska para zna­la­zła dla niej pia­stunkę, która przy­była na czas i obie­cała uchro­nić ją od nie­bez­pie­czeństw.

– Hm, a potem posła­li­ście w świat bajkę o tym, jak to kró­lewna umarła, żeby ukryć prawdę? – powie­działa kobieta, wyma­chu­jąc łyżką. Na zamku wciąż gdzie­nie­gdzie wisiały czarne szarfy, choć poza jego murami miesz­kańcy kró­le­stwa powoli ścią­gali żałobne flagi i wra­cali do nor­mal­no­ści. – Dziwny wybór. Nie mówię, że zły, ale… ja bym tak nie zro­biła. Lecz z dru­giej strony, ja wybra­łam życie w lesie i roz­mowy z rośli­nami. Ho, ho, nie­zgor­sza ta łyżka – powie­działa, znie­nacka prze­no­sząc uwagę na swoją dłoń. – Dobrze wywa­żona. Meta­lowa. To kim była ta kobieta, która ją zabrała?

Tregs­burg zasta­na­wiał się przez chwilę, czy wyja­wić i ten sekret. Ale sta­ruszka poznała już więk­szość histo­rii… a reszty zda­wała się domy­ślać. Mogła spra­wiać wra­że­nie sza­lo­nej pustel­niczki, ale jej umysł był ostry jak żyletka.

– Matka Ger­truda – wyznał w końcu.

– Nie sły­sza­łam o takiej – stwier­dziła sta­ruszka, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Była taka rodzina, w któ­rej wszyst­kim kobie­tom dawano na imię Ger­truda. Kiedy to było…? Oj, bar­dzo dawno temu, miesz­kali po dru­giej stro­nie rzeki… Ale nikt tam nie parał się opieką nad dziećmi.

Kapral z całych sił sta­rał się ukryć fru­stra­cję. Zda­wało się, że doszło do strasz­li­wej pomyłki… Ale co się stało, to się nie odsta­nie, a decy­zja nie nale­żała do niego. Kró­le­stwo doświad­czyło już dość cha­osu i tra­ge­dii. A gdyby kró­lowa Arianna nagle pomy­ślała, że doko­nała złego wyboru, gdyby pomy­ślał tak król Fry­de­ryk… mogłoby to ich zabić. A poza wszyst­kim ta Ger­truda spra­wiała wra­że­nie wystar­cza­jąco kom­pe­tent­nej pia­stunki.

– Cóż, zdaje się, że nie mam tu nic do roboty – stwier­dziła sta­ruszka. Dokoń­czyła zupę i rozej­rzała się nieco nie­swojo. – Tro­chę… wiesz, tro­chę cie­szy­łam się na to zada­nie. Na dziecko. Mia­łam kie­dyś jedno… Dawno temu. Umarł, zanim skoń­czył dwa lata… Miło by było popa­trzeć na parę weso­łych oczek i wypeł­nić dom śmie­chem. Myśla­łam o tym przez całą drogę. Gdzie posta­wię łóżeczko, jakie zioła uchro­nią ją przed ospą, jak popro­sić o pomoc duchy rzeki…

– Przy­kro mi, mateczko – powie­dział Tregs­burg zupeł­nie szcze­rze. – Przy­kro mi z wielu powo­dów. Ale nic wię­cej nie można zro­bić. Może poszu­kam kogoś, kto zabie­rze cię na wozie tak daleko, jak potrze­bu­jesz? Aż do domu? Zatrosz­czę się o pro­wiant?

– Och, nie trudź się – odparła z uśmie­chem i puściła do niego oczko. – Taki miły i nie­źle zbu­do­wany. Gdy­bym tylko była młod­sza… Myślę, że spę­dzę tro­chę czasu w sto­licy, skoro już prze­by­łam taki szmat drogi. Zoba­czę zabytki, odwie­dzę parę sta­rych zna­jo­mych drzew, naku­puję jakichś dro­bia­zgów. Aha, mogę zatrzy­mać tę łyżkę?

Straż­nik zamru­gał, zasko­czony nagłą zmianą tematu.

– Co? Niech będzie. Jeśli to konieczne. Poda­rek od króla Fry­de­ryka za poświę­cony czas.

– Wyborna, wprost wyborna – stwier­dziła kobieta z wes­tchnie­niem, oglą­da­jąc swoją miskę. – Porządna robota. Solidna. No dobrze, młody czło­wieku, odpro­wadź mnie tylko do bramy, a nie będę zaj­mo­wać ci wię­cej czasu.

– Już się robi, mateczko – odpo­wie­dział Tregs­burg i się ukło­nił.

Sta­ruszka pod­nio­sła się ostroż­nie z krze­sła, ści­ska­jąc w dłoni cenną zdo­bycz, i podrep­tała do wyj­ścia.

– Och, prze­każ temu, kto tak wspa­niale zaj­muje się tymi dzwon­kami, o tam na gzym­sie, że zbliża się przy­mro­zek, za trzy dni… Oso­bliwy mróz – rzu­ciła przez ramię, wycho­dząc. – Niech je wstawi do środka.

– Ale prze­cież mamy czer­wiec! – zdu­miał się Tregs­burg.

I tymi sło­wami poże­gnał sta­ruszkę na wiele, wiele lat.

A po trzech dniach dzwonki zwię­dły, ich bla­do­nie­bie­skie płatki naj­pierw zamar­zły, a potem odta­jały, zmie­nia­jąc się w paste­lową maź, która roz­pły­nęła się w desz­czu.

Centrum Onkologii Memorial Sloan Kettering

Zaraz, chwi­leczkę.

Daniella sie­działa bez ruchu, poru­szały się tylko jej usta. Nie otwo­rzyła nawet oczu, zbyt prze­mar­z­nięta i wyczer­pana, by zdo­być się na cokol­wiek poza paroma sło­wami. Ale jej ton był sta­now­czy, nie­ugięty i zgrzyt­nął o czaszkę Bren­dana jak paznok­cie albo kreda o tablicę – za co był sza­le­nie wdzięczny.

– A co z kró­lową? – spy­tała.

– Kró­lową? – powtó­rzył Bren­dan zasko­czony. – No wiesz, smu­ciła się tym, co trzeba było zro­bić, i wró­ciła do wła­da­nia kró­le­stwem ze swoim mężem. Spo­kojna, ale przy­ga­szona i mało­mówna…

– Ehe, nie. Nie ma mowy. – Daniella zna­la­zła siły na deli­katne pokrę­ce­nie głową. – To jedno, jak ktoś porwie ci dziecko, a ty nie wiesz kto i wciąż go szu­kasz, ale co innego, gdy to ty decy­du­jesz się je oddać. Kró­lowa wie, kto ma jej córkę, a może nawet, gdzie jej szu­kać. Nie powiesz mi, że nie chce choćby spraw­dzić, jak sobie radzi!

– Dobra, słuszna uwaga – przy­znał Bren­dan po chwili zasta­no­wie­nia. Czy pod­dałby się tak łatwo, gdyby sio­stra nie była chora? Czy wtedy w ogóle roz­wa­żyłby jej kry­tykę? Chciał myśleć, że odpo­wiedź brzmi „tak”.

– Twoja męska per­spek­tywa zabu­rza całą histo­rię – stwier­dziła Daniella, uśmie­cha­jąc się zadzior­nie. Potra­fiła przej­rzeć go nawet w pół­śnie. – Wielki patriar­chat dba tylko o fabułę, o to, co popy­cha ją do przodu, ale nie rozu­mie, jak te wyda­rze­nia wpły­wają na wszyst­kie postaci poza głów­nym boha­te­rem o tysiącu twa­rzy i cha­rak­te­rze z gumy…

– Dobra, już dobra, czaję!

– Wyobraź sobie, że to mama.

– Powie­dzia­łem: dobra – powtó­rzył Bren­dan, pró­bu­jąc powstrzy­mać śmiech. – W porządku, lecimy dalej. Pro­szę o wyba­cze­nie, wiel­kie bogi­nie, straż­niczki Drzewa Świata i całego istot­nego pod­tek­stu.

– Kró­lowa Arianna, odarta z nadziei…

Królowa Arianna

…odarta z nadziei, opła­ki­wała stratę pierw­szego – i z całym praw­do­po­do­bień­stwem jedy­nego – dziecka tak długo, jak ocze­ki­wa­łoby tego od niej kró­le­stwo.

Oczy­wi­ście nikt poza kró­lem i jego naj­bliż­szymi dorad­cami (oraz tym jed­nym straż­ni­kiem) nie znał prawdy i nie zda­wał sobie sprawy z tego, jak inna była jej żałoba od tej, jakiej doświad­czy­łaby kobieta, któ­rej dziecko naprawdę umarło. Ona zgo­dziła się oddać Rosz­punkę. Kró­lewna miała dora­stać kąpana i cze­sana innymi rękoma, nauczyć się cho­dzić, bie­gać, śpie­wać, mówić – robić wszystko – pod innym okiem. Pod okiem innej matki. Ta matka miała się nią opie­ko­wać, kar­mić ją, ubie­rać, wyszy­wać jej kwiatki na sukien­kach, śpie­wać koły­sanki przed snem.

Kró­lowa ledwo była w sta­nie ruszyć się z łóżka, tak była przy­bita tęsk­notą i smut­kiem.

Signore dot­tore Alzi zapro­po­no­wał, by spró­bo­wali zachę­cić Ariannę do zna­le­zie­nia sobie zaję­cia, które roz­pro­szy­łoby jej zgry­zotę. Albo do przy­gar­nię­cia psa, takiego małego i puszy­stego.

Król się nie zgo­dził.

Ksiądz zasu­ge­ro­wał, że kró­lowa powinna poświę­cić się dobrym uczyn­kom i modli­twie. Może ufun­do­wa­nie i nad­zo­ro­wa­nie budowy nowego kościoła w sto­licy kró­le­stwa, a naj­le­piej dwóch, pozwo­li­łoby jej sku­pić się na czymś innym.

Król przy­znał, że pomysł jest szczytny, ale niczego nie naprawi.

Stara Babka Berta wyra­ziła opi­nię, że nic nie ule­czy zła­ma­nego mat­czy­nego serca. Nawet matki, któ­rym kolejne dzieci odbie­rają głód, cho­roby czy wojny, ni­gdy nie zapo­mi­nają o takiej stra­cie.

Król odpo­wie­dział: „Nie, to nie może być prawda, o Boże, niech to nie będzie prawda”. Ta myśl wydała mu się nie do znie­sie­nia.

A jeśli cho­dzi o samą Ariannę, gdy już nie mogła dłu­żej znieść pustki w swo­jej duszy, zaczęła bła­gać kaprala Tregs­burga, by w tajem­nicy zabrał ją do jej dziecka.

Straż­nik pró­bo­wał odwieść kró­lową od tego pomy­słu na tyle, na ile pozwa­lała mu na to jego pozy­cja. Sam miał wspa­nia­łego, dorod­nego dzie­się­cio­let­niego sio­strzeńca oraz mądrą i ładną pięt­na­sto­let­nią sio­strze­nicę, ale stra­cił też drugą sio­strze­nicę, która przy­szła na świat już mar­twa. Poza tą jedną stratą byli zdrową, szczę­śliwą rodziną, lecz jego sio­stra, prze­ko­nana, że nikt o tym nie wie, wciąż ukrad­kiem kła­dła kwiaty na sło­necz­nej pola­nie, gdzie pocho­wali nie­mowlę.

– Wasza Kró­lew­ska Mość, nie wynik­nie z tego nic dobrego – powie­dział, dobie­ra­jąc słowa tak, jak zasu­ge­ro­wała mu sio­stra. – Nie poczu­jesz się od tego lepiej, a jedy­nie gorzej.

– Dzię­kuję za radę, ale muszę to zro­bić – odparła Arianna życz­li­wie, tak jak to miała w natu­rze, mimo bólu, który malo­wał się na jej twa­rzy i tkwił drza­zgą w sercu.

Straż­nik nie­chęt­nie zabrał ją do serca pusz­czy.

Ta kobieta, Ger­truda, cze­kała na nich na roz­staju dróg. Dygnęła i oka­zy­wała kró­lo­wej mini­mum wyma­ga­nego sza­cunku, lecz uwa­dze Tregs­burga nie uszło, że zawią­zy­wa­nie chustki wokół oczu Arianny wyda­wało się jej spra­wiać nieco zbyt wiele ucie­chy.

– Czy to naprawdę konieczne? – spy­tał ostro. Coś w tej kobie­cie przy­pra­wiało go o ciarki na ple­cach, choć nie był do końca w sta­nie stwier­dzić, co to takiego.

– To dla dobra kró­le­stwa – przy­po­mniała mu Ger­truda tonem, który rów­nież mu się nie spodo­bał.

– W porządku – powie­działa Arianna, zby­wa­jąc jego nie­po­kój nie­obec­nym uśmie­chem.

Ruszyła za pia­stunką, trzy­ma­jąc ją za rękę, ścieżką, któ­rej nie mogła zoba­czyć, bo nie pozwo­lono jej wie­dzieć, gdzie ukry­wano jej dziecko. Dla­tego Tregs­burg został i strzegł miej­sca, w któ­rym go zosta­wiły, naj­le­piej, jak potra­fił, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie było to konieczne. W oko­licy nie zja­wił się nikt prócz przy­pad­ko­wego grzy­bia­rza, który, choć wyraź­nie zacie­ka­wiony, prze­ląkł się męż­czy­zny w zbroi, dotknął więc jedy­nie ronda kape­lu­sza i pospie­szył dalej.

Tym­cza­sem Arianna szła w ciszy za swoją prze­wod­niczką, a las wokół nich zastą­piła jakaś wil­gotna, cia­sna ska­li­sta prze­strzeń. Tunel? Jaski­nia? Lepiej, żeby jej dziecko nie było trzy­mane w jaskini! Lecz po chwili poczu­cie cia­snoty zelżało, aż zna­la­zły się w prze­stron­niej­szym miej­scu. Dźwięk niósł się ina­czej, a twarz Arianny musnął wie­trzyk. Poczuła zapach polnych kwia­tów. Kobiety szły po mięk­kiej tra­wie, minęły drew­niane drzwi… i ruszyły w górę. Coraz wyżej i wyżej, i wyżej po wąziut­kich krę­tych scho­dach, gdzie przy­trzy­mać się można było tylko sznura prze­wią­za­nego supłami, który zwi­sał pośrodku spi­rali stopni. Mimo smutku i nie­po­koju Arianna czuła też nieco cie­ka­wo­ści. Gdzie też mogły się znaj­do­wać?

Lecz za każ­dym razem, gdy otwie­rała usta, by coś powie­dzieć, cza­row­nica uci­szała ją syk­nię­ciem lub kła­dła jej palec na war­gach. Doprawdy śmiały gest wobec kró­lo­wej, lecz z dru­giej strony palec był miękki i pach­niał dro­gimi olej­kami, więc Arianna nie miała jej tego za złe.

W końcu dotarły do miej­sca, które zda­wało się koń­cem scho­dów, choć wokół wciąż było cia­sno. Ger­truda zdjęła jej chu­stę i przez moment Arianna czuła, jak kręci się jej w gło­wie i wszystko wokół wiruje, bo mimo sze­roko otwar­tych oczu wciąż ota­czała ją cał­ko­wita ciem­ność. Potem roz­legł się odgłos, jakby ktoś coś odsu­wał, i jej oczom uka­zał się pro­sto­kąt świa­tła, a za nim prze­dziw­nie spo­kojna scena. Zbli­żyła się do nie­wiel­kiego otworu w ścia­nie.

Ujrzała prze­stronną, dobrze wypo­sa­żoną i sło­neczną kom­natę z oknami przy­stro­jo­nymi dro­gimi kota­rami i meblami, które poda­ro­wała Ger­tru­dzie sama kró­lowa. Za oknem widać było błę­kitne niebo i kilka bia­łych obło­ków, poza tym nic. Musiały znaj­do­wać się bar­dzo wysoko.

Pośrodku kom­naty stała koły­ska, w niej zaś leżała Rosz­punka. Jej sre­brzy­ste włosy lśniły w bla­sku słońca, a jasne oczy tań­czyły, obser­wu­jąc karu­zelę migo­czą­cych cacu­szek, które wisiały tuż poza zasię­giem jej rączek.

Obok koły­ski poja­wiła się Ger­truda, która wzięła nie­mowlę na ręce i przy­tu­liła, gru­cha­jąc do niego łagod­nie. Zbli­żyła się do miej­sca, w któ­rym ukry­wała się kró­lowa, i unio­sła wesołe maleń­stwo na wyso­kość otworu w ścia­nie, lecz nie sta­nęła wprost naprze­ciw niego, by w cało­ści poka­zać matce dziecko.

Rosz­punka wes­tchnęła i zaczęła się wier­cić w obję­ciach Ger­trudy z czy­stej rado­ści bycia w ruchu.

– Och, dzielne maleń­stwo – zaświer­go­tała Ger­truda. – Ho, ho, a kto to jest taki zadziorny?

Arianna wycią­gnęła rękę, lecz ta dotknęła jedy­nie zim­nego drewna, które dzie­liło ją od jej córeczki. Cała ener­gia, świa­tło, uczu­cie i wola uszły z jej ciała, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie śladu. Upa­dłaby na posadzkę, gdyby nie to, że nie chciała stra­cić ani jed­nej chwili, w któ­rej dane jej było widzieć Rosz­punkę.

W końcu Ger­truda odło­żyła nie­mowlę i wró­ciła do ukry­tego poko­iku po kró­lową. Arianna mil­czała. Łkała bez­gło­śnie przez całą nie­koń­czącą się drogę po krę­tych stop­niach i potem ścieżką, która dopro­wa­dziła je do straż­nika. Gdy zdjęła chu­stę z oczu, ta była ciężka od łez.

– Ni­gdy wię­cej – zdo­łała tylko powie­dzieć.

I już bez żad­nych słów dała się zapro­wa­dzić z powro­tem do zamku.

Tregs­burg na odchod­nym rzu­cił Ger­tru­dzie sakiewkę monet, którą tamta zła­pała z iro­nicz­nie usłuż­nym uśmie­chem.

Choć wizyta miała zostać utrzy­mana w ści­słej tajem­nicy przed wszyst­kimi miesz­kań­cami zamku, nie­któ­rzy nawet nie pyta­jąc, domy­ślili się, co się wyda­rzyło. Król bez słowa objął Ariannę i tulił ją do póź­nej nocy. Dok­tor i ksiądz roze­grali wie­lo­go­dzinną par­tię sza­chów, od czasu do czasu posy­ła­jąc posępne spoj­rze­nia w kie­runku kró­lew­skich apar­ta­men­tów.

Mie­siąc póź­niej Babka Berta uznała, że ma tego dosyć.

Zastała Ariannę wyglą­da­jącą przez okno i mar­kot­nie wpa­tru­jącą się w bawiące się na dzie­dzińcu dzieci służby. Stara niańka wyczuła, że to prze­ło­mowy moment dla zbo­la­łej kró­lo­wej. Zbli­żyła się.

– Wiesz, Naj­ja­śniej­sza Pani – ode­zwała się nieco szorstko – jest wiele maleństw, które stra­ciły matkę i rów­nie wiele innych matek, któ­rym los ode­brał dzieci. Może odwie­dzisz przy­tu­łek dla ubo­gich i wes­przesz tych, któ­rzy zna­leźli się w znacz­nie cięż­szej sytu­acji niż ty? Albo sie­ro­ci­niec? Sio­stry zakonne ledwo wiążą koniec z koń­cem przy skrom­nych środ­kach, które mają do dys­po­zy­cji.

– Sie­roty? – spy­tała kró­lowa, mru­ga­jąc ze zdzi­wie­niem. – Posy­łamy im jedze­nie…

– Uwa­żasz, że jedze­nie to jedyne, czego potrze­buje cho­ro­wite, pozba­wione matki dziecko? – spy­tała Babka Berta, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Zda­wała sobie sprawę, że balan­suje na cien­kiej gra­nicy. Lecz kochała swoją kró­lową, tak jak i całe kró­le­stwo, a bywały chwile, które wyma­gały zde­cy­do­wa­nego dzia­ła­nia. Wszy­scy pamię­tali, kim stała się hra­bina Batory tylko dla­tego, że nikt nie odwa­żył się być przy niej szcze­rym.

– Dobrze… Zabierz mnie do tych miejsc – pole­ciła w końcu kró­lowa.

Udo­wod­niła tym siłę swo­jego cha­rak­teru i wro­dzoną dobroć: nie pozwoli, by jej oso­bi­ste nie­szczę­ście przy­ćmiło nie­dolę tysięcy potrze­bu­ją­cych w jej kró­le­stwie.

Pod­czas wizyty w sie­ro­cińcu wzięła na ręce nowo­rodka pokry­tego wrzo­dami i przy­tu­liła go do piersi mimo okrzy­ków prze­ra­że­nia i bła­gań sióstr zakon­nych i pia­stu­nek. Rozej­rzała się po ciem­nym i obskur­nym pomiesz­cze­niu, gdzie trzy­mano nie­mow­lęta i małe dzieci, i udała się do sali, gdzie bez celu snuły się nie­chciane star­sze dzieci. Te sie­roty od czasu do czasu znaj­do­wały miej­sce w gospo­dar­stwach potrze­bu­ją­cych dodat­ko­wej pary rąk do pracy lub w bogat­szych domach szu­ka­ją­cych służby.

Widok tych dzieci zmu­sił kró­lową do otwar­cia oczu, wcze­śniej rów­nie pustych jak jej serce.

– To będzie moje zaję­cie – powie­działa cicho.

I tak się stało.

Arianna wciąż była w żało­bie po utra­co­nej córce i spę­dzała bez­senne noce w kom­na­cie, w któ­rej po raz ostatni dane jej było ją trzy­mać na rękach. Lecz dni wypeł­niła odtąd budo­wa­niem naj­lep­szych sie­ro­ciń­ców, jakie widział świat. Upew­niła się, że wszy­scy ich miesz­kańcy mają co jeść, w co się ubrać, a nad ich dobro­sta­nem czu­wają odpo­wiedni ludzie. Dostar­czono im książki (głów­nie egzem­pla­rze Biblii), a wraz z nimi nauczy­cieli. Zwy­czaj posy­ła­nia star­szych dzieci do pracy został zanie­chany, a pary, które nie mogły mieć potom­stwa, i rodziny, które szcze­rze pra­gnęły mieć go wię­cej, były przyj­mo­wane ser­decz­nie – lecz po dro­bia­zgo­wej kon­troli.

– Widzi­cie? – powie­dział dok­tor. – Mówi­łem, że dodat­kowe zaję­cie zmniej­szy jej ból.

– Widzi­cie? – powie­dział ksiądz. – Dobre uczynki wlały spo­kój w jej duszę.

Babka Berta tylko prze­wró­ciła oczami.

Roszpunka

Było lato, więc słońce poja­wiło się w lewym dol­nym rogu dużego okna kwa­drans po szó­stej.

Mniej wię­cej.

Trudno było to stwier­dzić ze stu­pro­cen­tową dokład­no­ścią, dopóki nie pod­nio­sło się odro­bi­neczkę wyżej, aż jego pro­mie­nie mogły wlać się przez dziurki pie­czo­ło­wi­cie wydrą­żone w kawałku drewna, nad któ­rym wid­niały wyma­lo­wane pięk­nymi zawi­ja­sami godziny. Ten pro­sty zegar sło­neczny zwi­sał z sufitu na solid­nie wbi­tym weń patyku, bo gdyby zawie­sić go na sznurku, krę­ciłby się w kółko, a co za tym idzie, nie nada­wałby się do śle­dze­nia ruchów słońca.

Za to dzwo­neczki wietrzne, także wyko­nane z kawał­ków drewna, metalu oraz frag­men­tów cera­miki, mogły dyn­dać i brzę­czeć, ile tylko chciały. Ota­czały je pod­niebne bibe­loty, które rów­nież zwi­sały na sznur­kach z sufitu i bujały się z roz­ma­chem przy każ­dym podmu­chu wia­tru. Były wśród nich gwiazdy z papier mâché, komety ze zbie­ra­nych przez lata kawał­ków szkła i zbi­tego lustra, bar­dzo ostroż­nie odwzo­ro­wana (i złota) replika gwiaz­do­zbioru Oriona, wyko­nany z pozszy­wa­nych i hafto­wa­nych skraw­ków mate­riału model słońca i kilka obra­zów na pro­sto­kąt­nych pane­lach zawie­szo­nych rów­no­le­gle do pod­łogi. Dzięki temu, leżąc w łóżku, można było patrzeć na nie i uda­wać, że są oknami lub przy­ja­ciółmi, w zależ­no­ści od tego, co przed­sta­wiały.

Ta osza­ła­mia­jąca, migo­cząca i pobrzę­ku­jąca wystawa przy­wi­tała Rosz­punkę po prze­bu­dze­niu, napeł­nia­jąc ją dużo więk­szą rado­ścią, niż powinna w przy­padku kogoś, kto spę­dził ostat­nie sześć tysięcy i w przy­bli­że­niu dzie­więć­set dni samot­nie w zamknię­tej wieży.

– Te uro­dziny będą fan­ta­styczne. Czuję to!

Rosz­punka wie­działa o ist­nie­niu uro­dzin tylko dla­tego, że prze­czy­tała o nich w jed­nej z trzy­dzie­stu sied­miu ksią­żek, które miała w swoim posia­da­niu: książce nr 3: „Histo­ria Rzymu i innych wiel­kich impe­riów”. Marek Anto­niusz obcho­dził ponoć uro­dziny bar­dzo hucz­nie, a Kle­opa­tra szy­ko­wała mu nie­sa­mo­wi­cie wymyślne pre­zenty. W każ­dym razie uro­dziny wyda­wały się świet­nym pomy­słem, a Rosz­punka posta­no­wiła, że będzie je obcho­dzić aku­rat tego dnia roku.

Gdyby w wieży miesz­kał ktoś poza nią, byłby ocza­ro­wany jej urodą. Po pierw­sze zwró­ciłby uwagę na jej policzki, zaska­ku­jąco rumiane jak na kogoś, kto spę­dził całe życie w zamknię­ciu.

(Było tak, ponie­waż w sło­neczne śro­dowe i sobot­nie popo­łu­dnia pie­czo­ło­wi­cie podą­żała za plamą słońca po całej kom­na­cie i kła­dła się w jego cie­płych pro­mie­niach).

Swoje duże zie­lone oczy zawdzię­czała rodzi­com, któ­rych ni­gdy nie poznała.

Jej usta zwy­kle ukła­dały się w peł­nym ocze­ki­wa­nia uśmie­chu, bo była Rosz­punką: pogodną, wesołą i bystrą dziew­czyną, która nie zamie­rzała się pod­da­wać ponu­remu nastro­jowi mimo oko­licz­no­ści, w jakich przy­szło jej żyć.

– Ale uro­dziny muszą pocze­kać – powie­działa na głos. – Naj­pierw obo­wiązki!

Odkła­da­nie cze­goś przy­jem­nego na póź­niej – nawet odro­binę póź­niej – zawsze potę­go­wało radość.

Wysko­czyła z łóżka, pusz­cza­jąc w brzę­kliwy ruch ozdoby zawie­szone we wło­sach, pod­czas gdy deko­ra­cje zawie­szone nad jej głową wyda­wały podobne, choć gło­śniej­sze odgłosy.

Włosy. Nie było wąt­pli­wo­ści, że to one sta­no­wiły naj­bar­dziej zachwy­ca­jący ele­ment jej urody.

Dłu­gie na sąż­nie, prze­piękne, poły­skliwe srebrne włosy.

Sple­cione w war­ko­cze, zwi­nięte w śli­maki, upięte w koki tak cia­sno, jak tylko się dało. Nie­które war­ko­cze były tak dłu­gie, że two­rzyły pętle, przez które Rosz­punka mogła z łatwo­ścią prze­ło­żyć rękę. Zwi­sały po jej bokach jak obszerne rękawy daw­nych sukien.

Całą tę kon­struk­cję ozda­biały tuziny świe­ci­de­łek – rów­nie srebr­nych jak jej włosy – egzo­tyczne kamie­nie, takie jak lapis lazuli i tur­kusy. Były wśród nich także dzwo­neczki, malut­kie księ­życe, dło­nie, słońca, sze­ścio­ra­mienne gwiazdy, oczy i wszystko, co na prośbę córki wyna­la­zła Matka Ger­truda.

Te amu­lety były despe­racką próbą okieł­zna­nia wło­sów, kon­tro­lo­wa­nia ich, pozba­wie­nia ich magicz­nej mocy.

Dzie­sięć z trzy­dzie­stu sied­miu ksią­żek w kolek­cji Rosz­punki doty­czyło magii: cza­rów, zaklęć, ludo­wych obrzę­dów, wie­dzy sta­ro­żyt­nych Egip­cjan, mądro­ści ludzi żyją­cych jesz­cze przed Chry­stu­sem. Nie­stety, żadna z nich nie wspo­mi­nała o pano­wa­niu nad magicz­nymi wło­sami. Opi­sy­wały tali­zmany wyko­nane z pukli nie­win­nych dzie­cią­tek, zaklę­cia miło­sne pie­czę­to­wane wło­sem obiektu uczuć, słu­żące zemście inkan­ta­cje wyma­ga­jące war­ko­cza uple­cio­nego z wło­sów wroga. Lecz nic na temat wło­sów, które same w sobie były magiczne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki