Zamach. Trylogia Wojna. Część 1 - Jan Ali - ebook

Zamach. Trylogia Wojna. Część 1 ebook

Jan Ali

0,0
34,00 zł

lub
Opis

Zamach – pierwsza część trylogii WOJNA – to wizja Polski, w której dwa antagonistyczne obozy wyczerpują możliwości dialogu i w walce o władzę sięgają po środki dalekie od demokratycznych standardów. Z jednej strony legalna władza i obowiązująca konstytucja, z drugiej – opozycja uzurpująca sobie prawo do bycia jedynym i prawdziwym reprezentantem aspiracji narodu. 

W takiej Polsce, podzielonej i gotującej się od ideologicznych konfliktów, porwanie córki urzędującego premiera daje początek wydarzeniom, wymykającym się spod wszelkiej kontroli… 

Następujące po sobie dramatyczne zdarzenia mają wymiar zarówno ogólnonarodowy, jak i osobisty dla wszystkich występujących w książce postaci. Polska popada w chaos, a walka pomiędzy dwoma wrogimi obozami staje się bezpardonowa. Jej przejawy nabierają charakteru prawdziwej wojny. Pojawiają się ofiary – według oceny niektórych polityków to wręcz niezbędne… Bo przecież wszystko jest dobre, jeżeli prowadzi do celu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 451

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Redakcja: BOGNA PIOTROWSKA
Korekta: SYLWIA KOZAK-ŚMIECH
Projekt graficzny/rysunek: Marucha
Skład/przygotowanie do druku: BOGAT.CO
All rights reserved Wszelkie prawa zastrzeżone © Copyright by Maru House 2016 © Copyright by Jan Ali 2016
Wszystkie postaci w książce są fikcyjne. I oby nigdy nie stały się prawdziwe.
ISBN 978-83-944944-1-4
Wydawnictwo Maru House Sp. z o.o. ul. Dąbrowiecka 8/4, 04-932 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

ZAMACH

(1)

Zbierało się na burzę. Pierwszą od wielu tygodni słońca i bezchmurnego nieba. Może to i lepiej. Kurz spłynie z liści drzew. Odetchną trawniki. Przemoczeni do cna ludzie pobiegną Alejami Ujazdowskimi w poszukiwaniu schronienia. Będą się śmiać, jak to ludzie w deszczu, śmiać się, mimo że krople wody pieszczą im plecy, spływając lodowatą kaskadą w dół. Tacy już są ludzie. Zawsze skorzy do radości, nierozumni, nierozważni. Może głupi. I jak na to wszystko, zdumiewająco wytrzymali. A burza? Tak, burza to czasem dobra rzecz.

Kardynał wstał. Przy długim, owalnym stole zajmującym środek sali kolumnowej zgromadzonych było kilkanaście osób. Wszyscy bez wyjątku patrzyli teraz na jego wyprostowaną sylwetkę. Z pewnością niejeden zastanawiał się, jak od tylu lat utrzymuje tak doskonałą formę. Był już dobrze po siedemdziesiątce; wielu młodszych od niego biskupów wyglądało przy nim jak staruszkowie, którym co najwyżej można już tylko było zmienić pieluchy. Patrzył teraz na zgromadzonych, uważnie, na każdego z osobna. Spojrzenie miał jasne i czyste, całkowicie pozbawione wątpliwości tak częstych w tych trudnych, skomplikowanych czasach u ludzi odpowiedzialnych za los państwa i narodu.

– Jesteśmy chrześcijanami, a chrześcijaństwo to religia miłości. Ale na zdradę i wiarołomstwo nie możemy odpowiedzieć łagodnie. Nasza kultura i nasze wartości, nasze uniwersalne, święte wartości, w prostej linii od Pana naszego pochodzące, wymagają troski i obrony. Przeciwnik jest chytry, bezwzględny i bezlitosny w działaniu. Nie wolno nam zatem okazywać litości. Bo litość, to dodatkowa siła dla zła.

Podszedł do wysokiego okna i wyjrzał. W głuchym milczeniu sali słychać było wyraźnie stąpanie jego obutych w eleganckie mokasyny stóp po dębowej mozaice posadzki. Po chwili, w której zabrzmiał w oddali grzmot, znowu zaczął mówić.

– Ci ludzie, którzy tam, na ulicy, czekają na nas i na nasze słowa, już wiedzą. Oni chcą bronić Boga i naszego życia. Takiego, jakim je kochamy. Uczciwego, prawdziwego, pełnego wiary i miłości Bożej. Nie możemy ich zawieść. Nie możemy zawieść Polski, która zawsze takim życiem żyła i tylko dlatego, że była mu oddana, jest dzisiaj państwem wolnym, choć zniewolonym przez wewnętrznego wroga. Dlatego wzywam was, członkowie Komitetu Wiary i Zwycięstwa, do podpisania tego dokumentu. Bez zbędnej zwłoki, bo każda chwila opieszałości to pożywka dla sił cienia. Na nas ciąży odpowiedzialność za Polskę i za jej przyszły kształt. Z Bogiem.

– Z Bogiem! – odpowiedział mu chór głosów z sali. Kardynał popatrzył po osobach siedzących wokół stołu – było ich jedenaście, kardynał przewodniczył zgromadzeniu – i pokiwał głową. W ciszy podszedł do pulpitu, na którym leżał kilkustronicowy dokument. Wyjął pióro wieczne i złożył podpis na ostatniej stronie. Następnie odszedł na bok, robiąc miejsce innym.

Po kolei jedenastu uczestników zgromadzenia podchodziło do pulpitu i podpisywało dokument. Trwało to, jak zanotował wyłącznie na własny użytek stojący przy drzwiach strażnik, dokładnie dziewięć minut i dwadzieścia dwie sekundy. Sekretarz kardynała włożył dokument do niewielkiej skórzanej teczki, po czym kardynał zaintonował krótką modlitwę. Następnie zgromadzeni ruszyli ku drzwiom. Przy wyjściu zrobił się lekki zator; jeden przepuszczał drugiego, a nawet trzeciego, i chwilami już zupełnie nie wiadomo było, kto ma wyjść pierwszy. Uprzejmość spowalniała proces opuszczania sali, ale teraz przynajmniej przez jakiś czas nie było się dokąd spieszyć. Wykonali dzieło zasadnicze. Położyli fundament nowej Polski. Nowej, ale tej samej, odwiecznej. Wielkiej Rzeczpospolitej, której tradycje żyły i domagały się potwierdzenia w prawie współczesnego państwa polskiego. Tworzyli historię. Mogli więc zmitrężyć te kilka chwil wieczności przy wysokich, wąskich drzwiach sali.

Kiedy ostatnia z osób wreszcie wyszła, w sali kolumnowej pojawiły się bezszelestnie dwie sprzątaczki. Szybko i sprawnie uprzątały ze stołu filiżanki po kawie i herbacie, szklanki po wodzie i soku. I słone paluszki.

– Mało dzisiaj pili – powiedziała starsza. – Zawsze coś jest, jak mało piją.

– Będzie deszcz – uśmiechnęła się młodsza. Zalotnie, bo w drzwiach wciąż jeszcze stał strażnik, więc tak na wszelki wypadek.

Zdążył w ostatniej chwili.

– Eminencjo, czy mogę zająć chwilę?

– Proszę – kardynał ręką wskazał drzwi czarnego mercedesa S600. – Nie mam wiele czasu, więc pojedzie pan ze mną. W ten sposób uda się nam zamienić kilka słów. Coś ważnego?

– Dziękuję.

Wsiedli. Mercedes ruszył majestatycznie, a siedzących wewnątrz otoczyła aksamitna cisza. Automat bezszelestnie przełączał biegi, dwunastocylindrowy silnik mruczał niczym drzemiąca bestia, w każdej chwili gotowa wydać z siebie ochrypły ryk.

– Słucham, synu.

Mężczyzna spojrzał niepewnie na kierowcę pojazdu, ubranego w nieskazitelny ciemny garnitur, białą koszulę i błękitny krawat. Oczy zakrywały mu okulary przeciwsłoneczne. Ray-bany, zdążył zauważyć charakterystyczny znaczek.

Kardynał uśmiechnął się.

– Naszą przewagę stanowi to, że wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Prawdziwą rodziną. Mamy do siebie zaufanie, które płynie od Boga. To właśnie nasza siła.

– Oczywiście.

– Słucham. O czym chcesz, synu, mówić?

– Eminencjo... – zaczął, a kardynał wbił w niego swoje jasne niebieskie oczy. – Dokument, który został przed chwilą podpisany...

– Karta Wiary i Zwycięstwa – uściślił kardynał.

– Tak, właśnie tak – pokiwał głową, mimowolnie zerkając w stronę kierowcy. – To dokument, który pozwala na wiele. Niemal na wszystko, można by powiedzieć. A jednak...

– Czy coś pana martwi?

– Są w nim ustępy, na które musiałby wyrazić zgodę rząd.

– No i?

– Nie mamy przecież takiej zgody.

– Nie.

– Czyż nie czynimy w ten sposób znaczącego kroku w stronę destabilizacji państwa? A to w końcu nasze państwo, w którym działa demokratycznie wybrany rząd i prezydent, stabilne państwo prawa – powiedział i opuścił głowę, jak gdyby w obawie przed reakcją kardynała.

Ale ten milczał. Można było odnieść wrażenie, że interesują go tylko przesuwające się za oknem limuzyny widoki mijanych ulic. Właśnie przejeżdżali obok Urzędu Rady Ministrów przy cudownie rozkwitłych Alejach Ujazdowskich. Dojrzałe promienie letniego słońca łagodnie pieściły oczy. Trudno o piękniejsze miejsce na letni spacer z dziewczyną, pomyślał kardynał. Z dziewczyną – sam nie wiedział, skąd mu to przyszło do głowy. W jego stanie i wieku. Życie jest dziwne, w każdej swojej odsłonie. Dziwne i piękne. Jeszcze przez chwilę obserwował migocące w świetle liście drzew. Wreszcie spojrzał na swojego rozmówcę, ale w jego oczach nie było śladu gniewu.

– Cieszę się, że wyrażasz troskę o wartości tak fundamentalne, jak państwo.

– Tak mnie wychowano.

– Rzeczywiście, nie ma nowoczesnej wspólnoty bez sprawnie funkcjonującego państwa prawa, potrafiącego skutecznie zarządzać i egzekwować, a zarazem dbać o dobro obywateli...

Samochód zahamował gwałtownie, wymijając kobietę z wózkiem wchodzącą niespodziewanie na pasy. Kierowca z całej siły przycisnął klakson i rzucił jedno niecenzuralne słowo. Pojechali dalej. Kardynał nie zareagował na wulgaryzm; może go nie usłyszał.

– Ale czyje jest to państwo, czy zastanawiałeś się? Czyje jest państwo, w którym dyskutuje się o in vitro? W którym rok w rok setki tysięcy dzieci giną niczym w Auschwitz, wydłubywane z wnętrz ich matek? W którym rządzą nie-Polacy? Agenci obcych wywiadów, podający się za polskich patriotów? Którzy za pomocą haseł modnych i nowoczesnych chcą unicestwić jądro polskości, przerobić je na papkę, która nigdy już, nawet gdy zabrzmi dzwon Zygmunt na trwogę, nie da odporu wrogim siłom?

– Nie rozumiem...

– To nie jest polskie państwo. To nie jest Polska. Jesteśmy coraz bardziej gośćmi w naszym własnym domu, a panoszą się i gospodarzą obcy. Dlatego powstała Karta Wiary i Zwycięstwa. To zaczyn nowego, prawdziwie polskiego państwa.

– Ono...

– Ono powstanie. Ręczę za to. Są nas miliony. Miliony polskich katolików i patriotów, którzy chcą żyć we własnym, katolickim domu. Którzy chcą czynić znak krzyża bez wstydu i docinków wokół.

– Ale co z tym państwem, które jest?

– Musi zniknąć.

– Czyli wojna... – wyszeptał, jak gdyby teraz dopiero zrozumiał istotę dzisiejszego zgromadzenia i podpisanego dokumentu.

– Wojna już jest, trwa od dziesięcioleci – odparł kardynał. – Wrze w każdym z nas niczym uśpiony wulkan. Dzisiaj ten czas uśpienia dobiega końca. Teraz wydobędziemy ją na powierzchnię i zetrzemy wrogów w pył.

– Mój Boże...

– Bóg jest z nami. Ale siły ciemności też mają swoją moc, nie lekceważmy ich. Dlatego potrzebna nam twarda, bezlitosna postawa. Miłosierdzie należy zawiesić na ten czas, a Pan uczyni nad nami znak zgody. Bo w Jego imieniu i na Jego chwałę czynimy to, co czynimy.

– Ale nasza nauka...

– Dzisiaj nasza nauka mówi przede wszystkim, żeby nie dać się ponieść emocjom. Może czasem przemawiam emocjonalnie, ale pamiętaj, że to wszystko polityka. A w polityce przede wszystkim należy być praktycznym. Jeszcze można uniknąć wojny. Jeżeli wrogowie oddadzą nam władzę po dobroci, postaramy się uszanować ich odmienność.

– W jaki sposób?

– Zobaczymy – odparł kardynał. – Może pozwolimy im wszystkim wyjechać? Albo oddamy kawałek Mazur i niech tam gospodarzą, jak potrafią? – Spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. Nie było jasne, czy żartuje. Głupio było zapytać. Na wszelki wypadek uniósł kąciki ust, niemal niezauważalnie.

Mercedes zatrzymał się.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział kierowca.

– Coś jeszcze? – zapytał kardynał, otwierając drzwi.

– Nie, eminencjo, nie. Bóg zapłać!

– Z Bogiem.

Kardynał otworzył zdobną furtkę z kutego żelaza i wszedł na posesję willi nuncjusza papieskiego. Wysoki, postawny mężczyzna, mimo sutanny pełen energii i siły. Musiał w młodości uprawiać sporty, albo wciąż uprawia, pomyślał. Na pewno uprawia; co innego mógłby robić po godzinach pracy? Majsterkować? Kardynał znikł za drzwiami willi; mercedes odjechał z lekkim pomrukiem. Był na ulicy sam. Światło kładło się coraz dłuższym cieniem na nierównych kamiennych płytach chodnika. Stał tak przez chwilę, podziwiając grę cieni; chodnik przypominał teraz wielką szachownicę, na której wkrótce giganci zagrają o los narodu. Bzdury. Jacy giganci. Wielcy ludzie byli tylko po jednej stronie. To nie miały być szachy; raczej mecz do jednej bramki. Ruszył w głąb alei Szucha. Potrzebował uporządkować myśli. I uspokoić serce, które nie wiadomo czemu biło jak szalone.

(2)

Wytarł zroszone nagłym potem czoło. Myślał, że nic już w życiu nie zrobi na nim wrażenia po tym, jak był świadkiem egzekucji więźnia politycznego w jednym z krajów arabskich. Więźniowi odcięto głowę. Bezgłowe ciało usiadło po turecku. Głowa patrzyła na nie bezradnie i ze spokojnym zdziwieniem, a potem na nich, świadków egzekucji, jak gdyby prosząc o pomoc w dotarciu na swoje zwykłe miejsce na czubku szyi. Wtedy myślał, że skończył się świat. Ale może kończył się właśnie dzisiaj. Tamto to było preludium.

– To jeszcze dziecko – powiedział teraz.

– Dziecko – prychnęła pogardliwie. – Jak na dziecko, ma czym oddychać.

– To dziecko premiera!

– Świetnie, o to chodzi.

– A opinia publiczna?

– Która? – R. odwróciła się wreszcie i poprawiła pancerz lakieru na miedzianorudej głowie. – Nasza czy ich?

– To prawda. – Senator Kozłowski spuścił wzrok. – Dzisiaj jesteśmy już nieodwracalnie po dwóch stronach barykady.

– Dobrze powiedziane: barykady! Jesteśmy w stanie wojny. Może niewypowiedzianej. Ale ona trwa. Wkrótce zacznie zbierać swoje żniwo. Ważne jest w tym wszystkim jedno...

– Co takiego? – zapytał senator, jak gdyby obawiając się odpowiedzi.

R. odczekała teatralną chwilę, by wreszcie rzec:

– Ważne jest, kto wygra, oczywiście. Reszta to koszty.

– Trudno mi tak na to patrzeć.

– A to niby dlaczego?

– Jestem senatorem. Mój urząd...

– Pamiętaj, kto cię wybrał – przerwała mu. – Ci ludzie oczekują teraz od ciebie nie tylko jasnego określenia się, co już uczyniłeś, lecz także skutecznego działania.

– Jestem jednak wciąż senatorem w demokratycznie wybranym parlamencie...

– Z pewnością łatwiej jest filozofować, niż działać – zauważyła z niechęcią R. – Mogłam się tego spodziewać. Ale nie wiem, czy będę to tolerować. – W ostatnich słowach zabrzmiała ostrzejsza nuta i przypomniał sobie okoliczności, w jakich się poznali. – Jasne?

Skinął głową ze z trudem skrywaną rezygnacją.

– Jasne.

– Dobry chłopiec. – Poklepała go po ramieniu. – A teraz posłuchaj. Pójdziesz do Rakoczego i zlecisz mu zadanie. Dziewczyna znika. Nikt nie może wiedzieć, co się z nią stało. Musicie zrobić to bez rozgłosu, cichuteńko. Wsadzić ją do jakiejś mysiej dziury. I niech tam siedzi! O tym nie może wiedzieć naprawdę nikt. Dlatego tobie i Rakoczemu powierzam to zadanie, chociaż co do ciebie, senatorze, mam... pewne wątpliwości.

– Czy eminencja...

– Co eminencja? – Pożałował, że zaczął, kiedy usłyszał jej lodowaty ton.

– Czy eminencja wie?

– Eminencja to jest... – zawahała się, jak gdyby szukając odpowiednich słów, ale Kozłowski wiedział, że to tylko poza. Doskonale wiedziała, co chce powiedzieć. – To jest... bardzo zacny człowiek. Z pewnością oddany Polsce i naszej wierze. Ale powiem ci o nim coś więcej. Coś, co może wyda się dziwne w moich ustach, może niepokojące, zważywszy na jego pozycję i sytuację w państwie... – Znowu zawiesiła głos. Próbował zachować spokój, przynajmniej na tyle, żeby nie latały mu ręce. Nie pierwszy już raz przyszło mu do głowy, że się do tego wszystkiego nie nadaje. Powinien zaprenumerować „Wiadomości Wędkarskie” i wyjechać na mazursko-suwalski północny wschód. Komórkę zostawiając w warszawskim mieszkaniu. Niech dzwoni.

– Co to takiego? – zapytał, żeby przerwać nieznośną ciszę.

Rozległ się sygnał telefonu. R. zerknęła na wyświetlacz, odebrała, powiedziała krótkie „Nie teraz”, odłożyła komórkę i popatrzyła na senatora niczym na stare, wygodne kapcie.

– On jest miękki jak dojrzała figa.

– Nie rozumiem.

– Soczysta, świeża, rozpływa się w ustach i ma słodki smak. Ale gdybyś chciał nią kogoś ogłuszyć, nie da rady. Najwyżej poplamisz mu włosy... Do tego celu lepiej się nadaje kokos. A właśnie tym kokosem... jestem ja.

– Lubię polskie jabłka i gruszki – odparł senator. – I czerwone porzeczki. To moje smaki.

– Cieszę się, że ma pan patriotyczny gust, senatorze. Ale proszę sobie zapamiętać: kardynał nie może o niczym wiedzieć. Nie ufam jego umiejętnościom konkretnego działania. Będzie przemawiał, kluczył, zwlekał, odprawiał modły, licząc na to, że któregoś pięknego dnia sam archanioł zstąpi na ziemski padół i zabierze wszystkich naszych przeciwników hurtem do czyśćca, albo jeszcze lepiej do piekła, na wieczne nieoddanie. Tymczasem mocny cios z naszej strony sprowokuje tamtych do jeszcze mocniejszej odpowiedzi... wtedy kardynał nie będzie już mógł dalej być figą, mimo najszczerszych chęci. Wtedy, z moją pomocą, stanie się karzącym mieczem. I zrobi to, co będzie potrzebne.

– Potrzebne do czego?

– Senatorze – spojrzała na niego chłodno – proszę pamiętać, że jeszcze może być tak, że zostanie pan politycznym zerem. W tej chwili zależy to ode mnie. Ale również od pana. Jeżeli za chwilę wyjdzie pan z mojego gabinetu i pojedzie do Rakoczego, i akcja „Córa Koryntu” powiedzie się, z pewnością odpowiednio pana wynagrodzę i będę o panu pamiętać przy podziale tortu zwycięstwa.

– Córa Koryntu?

– Ładny kryptonim, prawda? W sam raz, jak ulał.

– Kto ją wymyślił?

– Osobiście... ja.

– Gratuluję.

– Chyba już wystarczy tego przepytywania, nie sądzi pan?

– Przepraszam... Dużo się dzieje i czasem zmęczenie bierze górę. Pójdę już.

– Dokąd?

– Do Rakoczego, oczywiście.

– Dzielny chłopiec.

Senator Kozłowski opuścił gabinet R. Idąc pustym, długim korytarzem oświetlonym ponurymi jarzeniówkami, mokrą już chusteczką znowu ocierał pot z czoła. Miał powody. Nie każdy otrzymuje zadanie porwania córki urzędującego premiera. W dodatku przeprowadzenia całej akcji tak, żeby nie dowiedział się o tym najpotężniejszy człowiek państwa, tego państwa po drugiej stronie lustra. Czy on sam będzie mógł spojrzeć w lustro na siebie? Po tym wszystkim? Miał już pięćdziesiąt dwa lata i mógł sobie odpowiedzieć: tak, spojrzy w lustro bez wahania. Pod warunkiem, że akcja się uda. Może gdyby miał lat dwadzieścia pięć, byłoby inaczej. Może nawet odesłałby panią R., pierwszą po Bogu w państwie, tym państwie po drugiej stronie, może by odesłał ją do wszystkich diabłów i poszedł z kolegami na piwo, i nawet po piątym dużym pamiętałby, w co wierzy i o co mu w życiu chodzi. Teraz jednak pragnął czegoś więcej. Całe życie ciężko pracował, z nadzieją na lepsze jutro. Dzisiaj był zmęczony. Pracą i nadzieją. Czy istniało coś więcej? Czy mu się należało? Za te wszystkie lata pracy i wyrzeczeń. I niepowodzeń, dodał w duchu, bo jednak jakoś starał się być uczciwy wobec siebie. W pewnym wieku przychodzi nagle taki dzień, kiedy człowiek przestaje grać. Zaczyna widzieć siebie takiego, jakim jest. To przykre uczucie. Trudne do zniesienia. I gdyby nie był politykiem, zapuściłby wtedy brodę, żeby przy goleniu nie oglądać codziennie rano swojej twarzy w lustrze. Potem jednak człowiek zaczyna cenić sobie tę nową szczerość. Czy nie jest ciekawsza od dawnych dyrdymałów? Wartości. Wartości! Jakie wartości? Wartością jest przetrwanie, zabezpieczenie rodziny, zabezpieczenie siebie na stare lata, kiedy nie będzie już siły do walki. Wartością jest posłuch innych i dobre miejsce w stadzie. To są wartości. Reszta jest milczeniem. Wsiadł do samochodu i wystukał numer Rakoczego.

– Będę za pięć minut – powiedział tylko. Nie czekając na odpowiedź, rozłączył się i ruszył ostro swoim audi A6 quattro. Po chwili w samochodzie rozległy się dźwięki muzyki z Vanilla Sky. Jeśli czegoś miałby słuchać, czekając na Sąd Ostateczny, mógłby to być tylko Sigur Rós.

(3)

– To świetnie robi na cerę – powiedziała Marta, wystawiając ładną, młodą buzię na działanie jurackiej bryzy.

– Mnie już raczej nie pomoże – odparł sceptycznie ojciec, aktualnie urzędujący premier siódmego pod względem wielkości demokratycznego państwa Europy.

Marta uśmiechnęła się.

– Oj tam. Przystojniak z ciebie. Każda dziewczyna – i kobieta! – marzy o takim mężczyźnie.

– Jesteś bardzo miła, kochanie – odwzajemnił uśmiech. – Obawiam się jednak, że tym, co mówisz, rządzi wspólna krew.

– Brr, jak to brzmi! – wzdrygnęła się. – Ohyda.

– Wspólna krew? Krew cię brzydzi?

– Oczywiście. Nie lubię krwi. Jest zbyt dosłowna.

– Życie opiera się na dosłowności. Na biologii, chemii, fizyce, połączeniu ich wszystkich razem. Na neurofizjologii...

– To wszystko? – spytała, przekrzywiając głowę.

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział premier. – To są fundamenty życia. Ważne, ale nie najważniejsze. Tyle że bez nich nie ma całej reszty.

– Nie każdy by się z tobą zgodził, tatusiu – powiedziała. – Według wielu mądrych ludzi fundamentem życia jest wiara, a nie jakaś fizjologia.

– Łapiesz mnie za słówka, kochanie – uśmiechnął się. – A ja przecież nie jestem filozofem. Jestem tylko premierem.

Roześmiali się. I był to szczęśliwy śmiech dwojga bliskich sobie ludzi. Marta sięgnęła po karton soku jabłkowego i nalała do dwóch szklanek.

– Zdrówko!

– Zdrówko! – Stuknęli się szklankami i upili po łyku.

Rozległo się pukanie i w tym samym momencie stanął w drzwiach Andrzej, brat Marty.

– Widzę, że niezła balanga – powiedział na widok szklanek z sokiem jabłkowym.

– Szampańska! Właśnie doprawiamy się jabcokiem. – Premier wychylił szklaneczkę do dna. – Jedziemy?

– Płyniemy. Mam łódkę.

– Superfajnie! – ucieszyła się Marta. – Pogoda w sam raz.

– Babcia jest z nami – rzekł premier. – Nie za duża to dla niej przygoda?

– Będziecie dobrze trzymać babcię i dopłynie. Jej też się należy coś z życia!

– Szaleństwo. To przywilej młodych. Tylko czemu ja, stary cap, się na to godzę? – skrzywił się lekko premier.

– Może dlatego, że jesteś fantastycznym, supermęskim facetem? – uśmiechnęła się Marta.

Machnął ręką, jak gdyby na znak, że nie bierze takiej możliwości pod uwagę. Że to raczej okoliczności chwilowo odjęły mu rozum i tylko dlatego godzi się na morską wyprawę z babcią na pokładzie.

– Lepiej się zbierajmy. Nim ochrona dojedzie, będziemy po drugiej stronie zatoki. Mam nadzieję.

– Babciu, babciu, płyniemy motorówką! – Marta poszła do drugiego pokoju, żeby pomóc matce premiera ubrać się w coś cieplejszego. Po chwili radośnie uśmiechnięte stanęły razem w drzwiach. Premier przyglądał się im przez chwilę. Dwie najważniejsze żyjące kobiety w jego życiu. Co by zrobił bez nich? Nie miał pojęcia. Chociaż... kiedyś już zadawał sobie to pytanie, i potem musiał znaleźć odpowiedź. Jakoś znalazł.

Łódka, niewielka motorówka, czekała zacumowana przy molo. Szybko przemknęli się, nie wzbudzając szczególnego zainteresowania wśród spacerowiczów. Prawdę mówiąc, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Andrzej i premier usiedli z przodu, Marta z babcią na tylnych siedzeniach. Na plastikowych fotelikach nie było zbyt wygodnie. Twardy plastik wrzynał się w ciało, jak gdyby przypominając, że morze to groźny żywioł i nie ma co oczekiwać wygód.

– Dobrze jest, dobrze! – Babcia oganiała się, kiedy Marta próbowała otulić ją grubym kocem. – Dzięki Bogu, mam jeszcze na czym siedzieć.

– Gdzie kamizelki? – zapytał premier.

– Zostały w porcie. Zapomniałem – odpowiedział Andrzej. I zaraz dodał usprawiedliwiająco, wytrzymując pytające spojrzenie ojca: – Zaraz będziemy w domu.

Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zagadał nierówno, po czym ryknął ogłuszająco, by po chwili wydać z siebie wysoki, miarowy dźwięk.

– Żaden z niego Herkules – zauważył premier.

Andrzej spojrzał na niego; trudno byłoby dopatrzyć się w jego oczach jakichkolwiek wątpliwości:

– Na zalew wystarczy. Pogoda dobra, śmigniemy i w pół godziny będziemy w domu! Jazda!

Ruszyli. Rzeczywiście, pogoda była wyśmienita: łagodne słońce, bez najmniejszego podmuchu wiatru. Motorówka cięła wodę niczym rzeźnicki nóż. Powoli tracili z oczu Hel, ale drugiego brzegu jeszcze nie było widać. Po kilku minutach ze wszystkich stron widzieli już tylko wodę. Ląd miał się ukazać dopiero za jakiś czas.

Wiem, że to niezbyt mądre, pomyślał premier, ale człowiekowi czasem potrzebna jest choćby chwila prawdziwej prywatności, takiej, której nie zmąci twarz najbardziej nawet delikatnego i nierzucającego się w oczy ochroniarza.

– Ahoj, przygodo! – krzyknął na całe gardło. Nagle poczuł radość – z życia, z wiatru, z tego, że są tutaj wszyscy razem. Babcia, jego własna matka od pięćdziesięciu lat, zawtórowała mu.

– Ahooooj!

Andrzej spojrzał na zegarek.

– Jeszcze dwadzieścia minut i jesteśmy. Malina!

W tym momencie silny podmuch wiatru uderzył w bok motorówki. Po chwili drugi. Brzegu jeszcze nie było widać.

– Fale się robią – powiedziała Marta.

– Co? Nie słyszę, wiatr! – odkrzyknął Andrzej.

– Fale! – zawołała.

Skinął głową, nie odpowiadając. Premier spojrzał w górę. Przyjazne słońce znikło, przysłonięte postrzępionymi, szarymi chmurami, płynącymi po niebie nieprzyzwoicie nisko. Jak mogli tych chmur wcześniej nie zauważyć?

– Nie było ich – powiedział Andrzej, jak gdyby słysząc myśli ojca.

Łup! Łup! Motorówka raz po raz opadała całym ciężarem na wodę. Kolejna wysoka fala uniosła pasażerki w górę, by za moment rzucić je z wielką siłą na twardy plastikowy pokład. Krzyknęły z bólu.

– Marta na przód, ja na tył! – próbował przekrzyczeć wiatr premier.

Ale łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Fale były coraz wyższe. Próba przejścia na tył groziła kąpielą w szarych, zimnych wodach zatoki. Nie wyłowiliby go, uprzytomnił sobie. Dureń. Stary, głupi dureń! Jak mogłem powierzyć temu żółtodziobowi i jego marnej łupinie życie własnej córki i matki? Bez ochrony. Dureń! Pogoda pogarszała się z minuty na minutę. Silnik motorówki pracował na najwyższych obrotach, a mimo to ledwo poruszali się do przodu.

Andrzej, z mocno zaciśniętymi, poszarzałymi od zimna wargami, próbował utrzymać kurs. Już od dawna się nie uśmiechał. Nikt się nie uśmiechał. Radość sprzed kilkunastu minut zamieniła się w strach. Sielanka stała się walką o życie.

– Silnik za słaby – rzucił Andrzej. – W taką pogodę nie damy rady! Zadzwoń, tata, po pomoc, ratujmy je!

Pomoc. Pomoc! Premier wyciągnął telefon z mokrej kurtki. Nic. Krople wody za szkiełkiem wyświetlacza wskazywały, że z tego telefonu nigdzie nie zadzwoni. Cholera! Zawsze mówił, że powinien mieć taki specjalny, wodo- i wstrząsoodporny. Spojrzał do tyłu. Marta ostatkiem sił przytrzymywała babcię, która nie była już w stanie bronić się przed napierającymi falami. Przy każdym uderzeniu unosiła się z miejsca, by następnie ciężko opaść na twardy plastikowy fotelik. Idiota! Skończony idiota!, powtarzał w myślach.

– Nie damy rady! Dzwoń!

– Telefon nie działa!

– Kurwa!

O burtę motorówki uderzyła wyjątkowo wysoka fala i wyrzuciła ją w powietrze przynajmniej na metr w górę. Kiedy łódź opadła na powierzchnię, mimo ogłuszającego, huraganowego wiatru usłyszał krzyk córki:

–Babciaaaaaaa! Babciaaaaaaaaa! Jezus Maria!

Obejrzał się. Fotelik, na którym jeszcze przed chwilą siedziała jego matka, był pusty. Już po niej, pomyślał. A życie pozostałych jest w rękach dwudziestoletniego studenta, który zapomniał o kapokach i wypłynął w burzę łódką niewiele większą od kajaka. Nie, nie wypłynął sam. On mu na to pozwolił. Dorosły. Dojrzały. Później, później. Teraz nie czas na biczowanie się.

– Babcia wypadła – krzyknął do Andrzeja. – Uważaj, idę po nią. Tylko nas nie zgub z oczu!

– Tata, nie!

Zdążył jeszcze zobaczyć rozszerzone strachem oczy syna, kiedy skoczył tam, gdzie, jak przypuszczał, matka wpadła do morza. Woda była lodowata. Dobrze, że nie miał na sobie kurtki. Dzięki temu mógł swobodniej poruszać się w brudnoszarej, ciemnej wodzie. Przenikający do szpiku kości chłód uspokoił go. Andrzej zajmie się Martą. To nie jest głupi gość, może tylko trochę narwany. Ale kocha siostrę. Dadzą radę. A ty pomyśl o matce. Jeśli jej nie ocalisz, nie warto się wynurzać. Proste. Życie jest proste.

Nic nie widział. Cholernie, cholernie zimno. Zagarniał wodę ramionami szeroko, jak najszerzej, niczym dziurawą wąską siecią, w którą pragnął złowić największy skarb. Jeden już stracił. Teraz drugi? Tego nie zniesie. Lepiej już do końca szukać, do ostatniego tchu w płucach. Do ostatniego tchu. To niedaleko. Kilka chwil i będzie po wszystkim. Nie znajdzie jej przecież w tym bezkresie. Nie ma żadnych szans. Żadnych. Powoli zaczynało brakować mu tlenu. Machał rozpaczliwie rękami i nogami w nadziei, że zaczepi o jakiś fragment ubrania matki, o cokolwiek. Ale nie miał już siły, a dookoła nic nie było widać. Koniec. Koniec. Żeby tylko Andrzej zaopiekował się Martą. Na szczęście będzie renta po mnie, dom jest spłacony, dadzą sobie radę, nawet beze mnie. To jeszcze taki gówniarz. Straszny gówniarz. Zapomnieć kamizelek i wypłynąć na morze! Kto jest gówniarzem? Kto się zgodził? Kto ma pięćdziesiątkę na karku, jest premierem rządu i zgodził się na rejs przez zatokę? Dobrze wiedział, że to nie byle kałuża, tylko morze rządzące się własnymi surowymi prawami. Kto się na to zgodził i nawet nie powiadomił ochrony? Kto mógł być takim idiotą, jak nie on, on sam.

Nie zwalaj na Andrzeja, to dobry chłopak. Zaraz rozerwie ci płuca. Zaraz będzie po wszystkim. Machnij jeszcze raz. Porządnie! Machnij w tej brudnej, zimnej, nieprzejrzystej ciemnej zupie, może złapiesz. Nagle lewa dłoń coś napotkała. Rozpaczliwie podpłynął w tę stronę i chwycił mocniej. Materiał! Rękaw? Może nogawka spodni? Rękaw. A w nim ręka. Szczupła, drobna ręka jego matki. Przyciągnął bezwładne ciało mocno do siebie. Brak powietrza rozrywał mu płuca. Do góry. Teraz tylko do góry. Jezu! Kilka ruchów ramion i znaleźli się na powierzchni. Matka miała zamknięte oczy, jej głowa zwisała bezwładnie. Żyła? First things first. Teraz znaleźć łódkę. Znaleźć łódkę! Kolejne niemożliwe do wykonania zadanie. Zdarzył się jeden nieprawdopodobny cud, teraz musi się zdarzyć jeszcze jeden. Przecież się nie zdarzy. Nagle usłyszał:

– Tataaaaa! Taaaataaaaaaa!

Głos Marty. Głos Marty! I wtedy dojrzał przed sobą bladoniebieską burtę motorówki i wyciągniętą rękę córki. Chwycił ją mocno, ale była za słaba, żeby ich wyciągnąć.

– Trzymaj babcię! Chwyć jej rękę!

Puścił ją, a sam jednym silnym ruchem podciągnął się na łódkę. Przydały się lata wyciskanych co rano pompek. Złapał matkę za ręce i ostrożnie wciągnął na pokład, nie zważając na potworny ból w plecach.

– Tam! Nad nami! – krzyknęła Marta.

Spojrzał w górę. Helikopter! Dopiero teraz dobiegł go hałas. Zawisł nad nimi na minimalnej wysokości, a po drabince sznurowej zsuwała się postać w wojskowym sztormiaku.

– Panie premierze! Proszę podać mi dłoń!

– Moja matka!

– Proszę zapiąć ją w szelki! W szelki!

Uprząż ratownicza z hukiem uderzyła w pokład. Kilkoma ruchami opletli ją wokół nieprzytomnej. Po chwili unosiła się do góry wraz z ratownikiem. Kolej na drugą kobietę życia.

– Dasz radę sama? – krzyknął do Marty.

Kiwnęła głową. Wydawało mu się, że płacze, ale może to była tylko woda. Tu wszędzie była woda. Za dużo wody. Miał ochotę nie myć się do końca życia. Jeśli przeżyją.

– Do góry! Jazda!

Marta wczepiła się w drabinkę, kurczowo, niczym małpka w sierść matki. Ledwo dojrzał w gęstniejącej mgle ratownika, który opuścił się po drabince i asystował jego córce we wspinaczce do góry. Andrzej. Spojrzał w bok. Syn wciąż kurczowo trzymał ster łódki, która coraz szybciej nabierała wodę.

– Andrzej! Chodź!

– Muszę do portu... łódka!

– Zostaw!

– Nie!

– Już po niej, kretynie! Jazda do góry! – krzyknął mu prosto w ucho, ale Andrzej pokręcił głową.

– Teraz będzie lżejsza, dam radę dopłynąć. Szkoda tracić!

Idiota. Kretyn. Palant. Debil. Wariat. Ile można znaleźć epitetów, by w kilka sekund opisać jednego nieodpowiedzialnego szczeniaka? Ale przecież nie mógł go zostawić. Pomachał przecząco rękami w górę, a potem dał im znak, żeby lecieli, żeby ratowali jego matkę i córkę. Oni tu jeszcze mają coś do zrobienia. I nie wiadomo nawet, czy warto to robić i czy to jest mądre. Może to najgłupsza decyzja w życiu. Kolejna najgłupsza. Ale może właśnie dla nich dwóch, dla zestrachanego, lecz dzielnego młokosa i dla dojrzałego faceta, wciąż jeszcze mężczyzny pełnego siły, ale już widzącego kres drogi, te następne pół godziny razem będzie czymś, co zbuduje fundament? Fundament czegoś trwałego, ważnego i prawdziwego. A gdyby tak jego syn mógł być zarazem jego największym przyjacielem? Takim na śmierć i życie. Tak, to byłoby coś. Osiągnięcie większe niż to całe premierostwo i w ogóle politykowanie. Życiowy sukces. Jest szansa. Pod warunkiem, że łódki nie zatopi fala i nie trafi ich szlag w tej nędznej łupinie, którą przez głupotę młodego wybrali się na potężną wodę w nieodpowiednim czasie.

– Daj, wybiorę wodę! – krzyknął premier. – A ty cała naprzód! Czas do domu.

I właściwie wystarczyło mu to, co zobaczył w oczach Andrzeja. Ten fundament. Byle tylko dopłynęli w mydelniczce bezpiecznie do domu. Usłyszał, jak odlatuje helikopter. Zabrał się do wybierania wody. Do dyspozycji miał małe wiaderko, parę szybkich rąk i chęć życia.

(4)

– Dobrze pan wie, że nie interesują mnie poglądy. Ani pana, ani innych ze zgromadzenia. Ani nawet samego papieża – mówił Rakoczy. Jedyne, co czuł Kozłowski, to dyskomfort na myśl o tym, że w żaden sposób nie może rozgryźć tego człowieka. Że jego żywioł jest nie do opanowania. Dlaczego sam tak nie potrafił? Dlaczego wystarczyła jedna niewyżyta bigotka z dolepionymi rzęsami, żeby poczuł, gdzie jego miejsce? Ten tutaj to był samiec alfa. Macho. Mężczyzna. Gorące oczy południowca, którego szlachetną prababkę wieki temu zgwałcili Tatarzy, pozostawiając na zawsze w spojrzeniu jej potomków dziką butę. Do tego białe zęby w uśmiechu pełnym uroku, a zarazem wzbudzającym strach. Nawet wystający nieco brzuch niczego mu nie ujmował – tak jak nie przeszkodził mu w zdobyciu sławy jednego z najlepszych w swoim czasie zawodników MMA w Europie.

– Kiedy jest coś konkretnego do zrobienia, mogę się tym zająć. Ale filozofowania nie trawię.

– Mam zadanie.

– Cieszę się. Od kogo?

– Od R.

– Ta stara jeszcze żyje? – roześmiał się w głos, szeroko i swobodnie, a Kozłowski znowu poczuł ukłucie zazdrości. – Zawsze mam wrażenie, że leci na mnie.

Ona leci na każdego, głupku. To niewyżyty demon, pomyślał senator Kozłowski, ale myśli zachował dla siebie. Wiedział, gdzie jego miejsce.

– Zresztą, co tam – machnął ręką Rakoczy. – Ja o starej dupie, a zadanie czeka. Słucham.

– Sprawa jest delikatna.

– Jak zwykle.

– Bardziej.

– Rozumiem.

– Nikt nie może wiedzieć.

– Jezus! – klepnął się po udach Rakoczy. – Czy ja kiedyś coś...

– Nie – przerwał mu Kozłowski. – Ale powiem jeszcze raz. Nikt nie może wiedzieć.

– Nawet moja mamusia? – zapytał Rakoczy i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Senator zbył uwagę milczeniem. Odczekał chwilę i mówił dalej:

– Chodzi o osobę z najbliższego kręgu premiera.

Zapadła cisza. Po chwili Rakoczy powiedział:

– Premiera? Tego premiera?

– Tego.

– I co to ma być?

– Jeżeli pan się waha, to nie ma potrzeby, żebym mówił dalej – zauważył Kozłowski.

– Nie waham się.

– Na pewno?

– Niech pan mówi. Proszę usiąść. – Pierwszy raz, od kiedy Kozłowski znalazł się w jego mieszkaniu, Rakoczy zachował się jak gospodarz. – Może kawy?

Kozłowski usiadł.

– Dziękuję. Nie mam wiele czasu.

– Słucham.

– Chodzi o porwanie córki premiera. Porwanie i przetrzymanie jej przez pewien czas w całkowitym odosobnieniu i w całkowitej tajemnicy.

– Jak długo?

– Aż do wyjaśnienia sytuacji.

– Co to znaczy, to wyjaśnienie sytuacji?

– Nie wiem.

– Kto wie?

– R.

– Kto zleca?

– R.

– Kto płaci?

– R.

– Z kim rozmawiam o pieniądzach?

– Ze mną.

– Ile?

– No właśnie. Ile?

– Pięć milionów euro. Plus koszty.

– Pan zwariował! Pięć milionów euro za jedno zlecenie? Nie chodzi o porwanie tankowca albo o wywołanie wojny pomiędzy Izraelem a Iranem. To tylko jedna dziewczyna.

– Jak to mówią, cherchez la femme.

– To dużo za dużo!

– Płatne przed. Czyli jutro. I żadnych trefnych kont. Gotówka.

– Obawiam się, że...

– To moje ostatnie słowo. A teraz proszę iść i jutro zjawić się z pieniędzmi.

– Panie Rakoczy – zdobył się wreszcie na stanowczość Kozłowski. – Czy zdaje pan sobie sprawę, czego pan żąda? W ogóle widział pan kiedyś tyle pieniędzy?

Oczy Rakoczego, tak żywe zazwyczaj, tym razem były nieprzeniknione, ciemne niczym dwa kawałki węgla. Twarz pozbawiona zwykłego uśmiechu nagle wydała się Kozłowskiemu znacznie starsza. Ile on mógł mieć lat? Czterdzieści? Może więcej. A zawsze myślał o nim jak o gnojku, któremu tylko dobra zabawa w głowie. Mylił się. To na pewno nie był gnojek. Naszła go nagle chęć, żeby zapytać o wiele rzeczy, ale Rakoczy powiedział cichym głosem:

– Proszę być jutro z pieniędzmi, w południe. Potem idę na siłownię. A siłownia to dla mnie rzecz święta.

I znowu był dawnym Rakoczym. A raczej tą swoją uśmiechniętą, na wpół dziką, na wpół bezczelną pozą, na którą wszyscy się nabierali, sądząc, że mają do czynienia z pospolitym prostakiem. Tymczasem prawdziwy Rakoczy siedział gdzieś wewnątrz, głęboko w nieprzeniknionych czeluściach. I medytował. Czekał. Może właśnie czekał na te pięć milionów euro, żeby skończyć ze wszystkim i zacząć podziwiać malwy we własnym ogrodzie.

– A pięć milionów euro? Oczywiście, że widziałem – dodał jeszcze, kiedy Kozłowski był już na schodach.

– Do jutra – odrzekł senator. Potem pomyślał, że powinien powiedzieć coś sprytniejszego. Ale nic nie przychodziło mu do głowy. Rakoczy zamknął drzwi. Nie było miejsca na esprit d’escalier. Zszedł na dół, z niechęcią myśląc o czekającym go spotkaniu.

(5)

– Pięć milionów euro? – zaśmiała się R. – Co za palant! Już ja go nauczę rozumu.

– Jak można nauczyć rozumu kogoś takiego jak Rakoczy? – powiedział z powątpiewaniem Kozłowski. R. wstała z fotela. Kozłowski nie mógł się zdecydować, czy ma do czynienia z obleśnym babskiem, czy też było w niej jednak coś. Jakiś promil seksu. Jednak był. Zobaczył przez ułamek sekundy ich razem w niedwuznacznej sytuacji. Poczuł mrowienie w spodniach i niemal jednocześnie zrobiło mu się niedobrze. Może przydałby się psychiatra?

– Po prostu – powiedziała R. – Nigdzie pan jutro nie pójdzie. Nie zaniesie mu pan żadnych pieniędzy. Poczekamy.

– Będzie wściekły.

Prychnęła śliną, i znowu zrobiło mu się niedobrze.

– Mam gdzieś jego humory! Ma robić, co każę, i tyle. A jeśli przestanie być przydatny, pójdzie precz. Na każdego mam sposób. W sam raz przystający do jego życiorysu.

Tak jak na mnie masz, ruda suko. Ale jeszcze trochę i będziemy kwita. Wtedy odzyskam wolność, a ty... będziesz tańczyć, jak ja zagram. Jak każę, nawet na rurze. Ty ruro jedna. Na jego twarzy malował się spokój, nawet życzliwość. Senator Stanisław Kozłowski. Ani jedna z jego myśli nie znalazła odbicia w wyrazie twarzy senatora. Senator! Kiedy podziwiano jego nieskazitelne krawaty i garnitury w telewizji, gdy udzielał wywiadu bądź komentował ostatnie wydarzenia polityczne wyważonym, mądrym głosem, nikt nie domyślał się – nie mógł się przecież domyślać – że na smyczy prowadzi go R., szara eminencja partii. Zastanawiał się, czy ma coś także na kardynała. Pewnie tak. Miała na każdego.

– Witam drogich kolegów i koleżanki! – rozległ się od drzwi mocny głos.

– Eminencjo! – uśmiechnęła się uwodzicielsko R. – Czemu zawdzięczamy tak wyjątkową wizytę?

– Uszanowanie – powiedział cicho Kozłowski i lekko skłonił głowę.

– Widzę, że senatora Kozłowskiego zaprzątają jakieś poważne problemy – rzekł kardynał, spoglądając na Kozłowskiego. – Nad czym tak radzicie w skupieniu?

– Jego największym problemem jest on sam! – roześmiała się R. i wzięła kardynała pod rękę. – Jak przygotowania?

– Idą pełną parą. Z chwilą podpisania Karty nie ma już praktycznie żadnych przeszkód do przejęcia władzy w państwie.

– Czy możemy tu bezpiecznie rozmawiać? – zapytał Kozłowski.

– Możemy – odparła R. – Jesteśmy u mnie; a u mnie tylko ja nagrywam.

Znowu się roześmiała. Zawtórował jej kardynał głośnym, pewnym swego śmiechem. Stary ośle, pomyślał Kozłowski, najpierw cię oszuka, potem wyssie i zgwałci boleśnie, a ty sam dowiesz się o wszystkim, kiedy będziesz już na śmietniku, a rybitwy dziobać cię będą po pustych oczodołach. Ciekawe, jaką wtedy będziesz miał minę!

Udał, że sprawdza wiadomości w telefonie.

– Senatorze! – zwrócił się do niego kardynał. – Proszę powiedzieć mi, czy ta dama znowu zleca panu niewykonalne zadania?

Kozłowski stężał lekko. Zupełnie nie był teraz w nastroju na gładkie kłamstwa. Wiedział, że R. patrzy na niego ostrzegawczo, ale nawet nie chciało mu się spojrzeć w jej stronę.

– Pani przewodnicząca zawsze ma w zanadrzu coś oryginalnego – odpowiedział z wysiłkiem. – Jej zadania zawsze wydają mi się z początku niewykonalne. Potem jednak okazuje się, że widziała dużo dalej ode mnie, i że jej widzenie było niezwykle ostre i przenikliwe.

– Dobrze powiedziane, brawo. – Kardynał złożył ręce jak do oklasków.

– Dziękuję, senatorze – rzekła R. głosem o ćwierć mikrotonu ciemniejszym niż wszystko, co powiedziała dotychczas. – Senator wie, jak sprawić przyjemność kobiecie takiej jak ja.

– Brzmi to dość dwuznacznie! – zauważył kardynał. – Senator jest wytrawnym politykiem... Nie odpowiedział wszak na moje pytanie. Co tu knujecie za moimi plecami?

– Nic nie knujemy. – Senator spojrzał kardynałowi mu prosto w oczy. – Omawiamy bieżącą sytuację.

– Bieżącą.

– Naturalnie! – podchwyciła R. – Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę.

– Czyli co? – zapytał kardynał.

– Jak to, co?

– No, co omawiacie?

R. ponownie wzięła senatora pod rękę.

– Eminencjo, tu, w tym budynku, wszyscy czekają na jedno. Na znak. Do walki.

– No, no, nie tak szybko. Walka to ostateczność.

– Walka to jedyne rozwiązanie! Nic już nie osiągniemy dyplomacją, rozmowami, knowaniami. Sytuacja jest jasna jak jeszcze nigdy dotąd. Jak pod mikroskopem widać, gdzie w społeczeństwie tkwi zło, które należy wyplenić.

– Zło jest wszędzie – odparł kardynał.

– To metafizyczne rozważania, kardynale – powiedziała R. – Ja jestem politykiem, i kiedy będzie trzeba, nie zawaham się przed rozwiązaniami ostatecznymi.

– Proszę nie zapominać, że nie jest pani ostateczną instancją.

– Nigdy o niczym nie zapominam. O niczym ważnym.

– Dla pani dobra!

– Dziękuję, eminencjo. – Skłoniła lekko głowę. Wydawało się, że właśnie stary mistrz udzielił reprymendy młodej adeptce sztuk. A może to adeptka wykonała mistrzowski unik? Kozłowski obserwował z boku. Jak zwykle z boku.

– Wygląda na to – ciągnął kardynał – że druga strona, widząc naszą determinację, zrobiła się bardziej skłonna do kompromisu. Pojutrze mam się widzieć z premierem i nawiązać dialog. Wiemy, gdzie tkwi zło, i wiemy, co jest najdroższe naszemu sercu. Jednak możliwości dialogu nie zostały jeszcze wyczerpane. A jeśli ciągle jest szansa, powinniśmy rozmawiać. Zło jest wszędzie, tak jak i dobro, pani przewodnicząca. Może występować w różnych proporcjach, ale nie dajmy się zwieść prostackiej propagandzie: że wróg to diabeł wcielony... Wróg, to człowiek taki jak my. Musimy z niego zrobić diabła, żeby być w stanie go zabić. Ot co. Cała filozofia wojennej propagandy.

– Eminencjo – powiedziała R. – Po tamtej stronie są ludzie, którzy pragną, żeby kościoły stały puste, a ofiary naszych przodków leżały zapomniane niczym tacki w nieczynnym McDonaldzie. Chcą płodzić sztucznie dzieci. Chcą traktować seks jako źródło przyjemności, a nie dar od Boga dla powoływania nowego życia. Życia, które jest blaskiem świętości! Czy na to mamy pozwolić? Na szydzenie z wiary? Na wyśmiewanie naszych przodków? Fundamentów, na których stoi niepodległa, najjaśniejsza ojczyzna. Jeśli to nie jest zło, co nim jest?

Kozłowski w skupieniu sprawdzał wiadomości w telefonie. Było ich dwanaście, i wszystkie nieważne.

– Codziennie modlę się za nienarodzone maleństwa, których nie ma już i nigdy nie będzie!

Kardynał położył jej rękę na ramieniu.

– Doceniam wasze zaangażowanie. Na tym właśnie opiera się nasza siła. A jednak... Nie lękajcie się! To oznacza także: bądźcie na tyle odważni, żeby w drugim człowieku zobaczyć człowieka. Nie czyńcie z niego rzeczy nienawistnej. Wsłuchajcie się w bicie jego serca.

– Bicie serca nienarodzonych jest tym, co nam zabrali. Jak mam wsłuchiwać się spokojnie w bicie ich serc, odliczające czas do następnej skrobanki?

Ten ogień. Jak wygląda, kiedy leży na niej mężczyzna, zastanawiał się Kozłowski. Coś jednak w niej było, mimo jej lat. A może to jego własna słabość tęskniła za mocą. Przeklęta słabość. Ecce homo. Nagi, głupi, śmiertelny. Grzeszny. Próżny. Chciwy. Pełen ambicji. Widzący tylko siebie, siebie i nic więcej, jak gdyby nie istniała cała planeta z miliardami ludzi i zwierząt, bilionami roślin i wszystkiego co pomniejsze. Senator Kozłowski w całej okazałości. W garniturze, majtkach, butach i skarpetkach. Może jednak przydałby się psycholog.

Kardynał zatrzymał się wreszcie, a jego buty na słoninie przestały skrzypieć po posadzce. Stanął przed R. i spojrzał jej prosto w oczy z wysokości swojego smukłego, wysportowanego ciała.

– Nie chciałbym zabierać wam zbyt wiele czasu. Ani tracić własnego na dyskusje. To ja wydaję tutaj rozkazy. Mnie należy słuchać. Nie robić nic zasadniczego bez mojego polecenia. Zwłaszcza teraz, w tak delikatnej sytuacji. Bo jest szansa, naprawdę jest taka szansa, że pójdą na znaczne ustępstwa bez przemocy. Bez przemocy, czyli bez rozlewu krwi. Bez cierpienia, z którego rodzą się kolejne mity i kolejne podziały. Kolejne nienawiści i krzywdy, które trzeba pomścić. Takie porozumienie byłoby bezcenne. Dlatego proszę czekać na moje spotkanie z premierem i nie robić nic, czego nie poleciłem. Jasne?

Patrzył na nią tak długo, jak było trzeba, żeby wreszcie odpowiedziała:

– Oczywiście, eminencjo. Jesteśmy do twojej dyspozycji.

Chwilę jeszcze spoglądał na nią badawczo. Potem omiótł wzrokiem senatora Kozłowskiego, tak jak się patrzy na zużyte opakowanie po kanapce z tuńczykiem.

– Dziękuję – powiedział wreszcie.

Wyszedł, skrzypiąc podeszwami ze słoniny. Kiedy zostali sami, R. spojrzała na senatora:

– Tym bardziej nie możemy teraz zlecić Rakoczemu zadania. Trzymajmy go na bocznym torze. Niech mu pan powie, że sprawy się skomplikowały i że niebawem się odezwiemy. Proszę mu też przekazać, że chyba pomylił mu się rząd wielkości, jeśli chodzi o wynagrodzenie. I że w razie potrzeby mam namiar na dobrego psychoterapeutę.

Senator Kozłowski skinął głową i wyszedł. Chętnie sam wziąłby ten namiar. Twarz miał bladą jak ściana, a jego nieskazitelna biała koszula była mokra od potu. Potrzebował drinka. Wódki. Tak, potrzebował wódki. Setki wódki w dwóch kieliszkach, a do tego nóżki w galarecie polane szczodrze octem. Obrzydliwe – tak się spocić tylko dlatego, że ktoś coś powiedział.

Słabość rządzi światem. I senatorem Kozłowskim. Przynajmniej w jego obecnym wydaniu. Oby wydania przyszłe były lepsze. Dla świata i samego senatora Stanisława Kozłowskiego. Wyszedł na ulicę. Z ulgą odetchnął świeżym powietrzem. Balsam.

Oprócz oczywistych wad, bycie w centrum miasta miało swoje zalety. Już po chwili siedział przy barze. Przed nim stały dwie pięćdziesiątki. Chwilę później młody kelner postawił przed nim nóżki w galarecie i niewielkie naczynko z octem. Na pewno gej, stwierdził Kozłowski po powłóczystym spojrzeniu, z jakim kelner go obsługiwał. W wiklinowym koszyczku, przykryty śnieżnobiałą serwetką, czekał chleb. Biały i razowy. Sięgnął po razowy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki