Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
CZASEM TRZEBA WYJECHAĆ, ŻEBY NAPRAWDĘ WRÓCIĆ DO SIEBIE.
Małżeństwo Luizy i Marcina może wydawać się idealne. Świetnie im się powodzi, oboje rozwijają swoje kariery i czerpią z życia w Warszawie tyle, ile się da. Dzieli ich tylko jedno. Święta Bożego Narodzenia.
Luiza je kocha i wierzy, że magia świąt potrafi zbliżać ludzi. Marcin najchętniej przespałby ten czas i za wszelką cenę unika rozmów na ten temat. Dlatego im bliżej Bożego Narodzenia, tym częściej para mija się w codziennym pośpiechu, zamiast naprawdę ze sobą rozmawiać.
Kiedy kolejna próba Luizy, by zarazić męża świąteczną radością, kończy się fiaskiem, kobieta postanawia spróbować czegoś zupełnie innego. W lutym zabiera Marcina do starego rodzinnego domu nad Biebrzą — z dala od luksusu, wygody i dobrze znanego im rytmu życia. Tutaj natura zagląda w okna, czas płynie wolniej, a sklep otwiera się tylko dwa razy w tygodniu.
W tej niezwykłej codzienności zaczynają wracać wspomnienia — o biedzie i bogactwie, o tym, co było kiedyś, i o tym, co oboje próbowali zostawić za sobą. Są też spotkania z mieszkańcami, ciekawskie spojrzenia, życzliwe gesty i porzucony cmentarz, który przypomina, że każda historia ma swoje korzenie.
Z dala od domu, do którego przywykli, Luiza i Marcin dostają coś, czego od dawna najbardziej im brakowało: czas, żeby się zatrzymać i naprawdę porozmawiać.
Bo niekiedy najważniejsze rzeczy przychodzą wtedy, kiedy przestajemy ich szukać.
A NA ŚWIĄTECZNY CUD TRZEBA CHWILĘ DŁUŻEJ POCZEKAĆ.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 211
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright @ by Agnieszka Lis 2026 Copyright @ by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Agnieszka Czapczyk Korekta: Karolina Mrozek, Justyna Techmańska Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Szymanowicz
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
ISBN 978-83-8343-839-9 Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Połowa listopada
– Nie cierpię świąt – oznajmił Marcin.
– Powtarzasz to od zawsze. – Luiza przewróciła oczami. Zerwała się z łóżka i podeszła do toaletki.
– Bo nic się nie zmieniło.
– Wytłumaczysz mi to kiedyś?
– Może kiedyś. – Wzruszył ramionami.
Niechęć w jego głosie kontrastowała z gestem, który chwilę wcześniej wykonał wobec żony. Po prostu przytulił ją, ot tak, bez powodu, czule i z przyjemnością.
Kobieta westchnęła ciężko. Spojrzała w lustro i wpięła w uszy platynowe kolczyki z perłami.
– Znamy się od tylu lat, jesteśmy po ślubie od prawie trzech, a ty ciągle nie chcesz o tym rozmawiać.
– Wystarczy, że ty gadasz za dwoje – mruknął i uchylił się przed lecącą w jego stronę poduszką.
Luiza pokręciła głową i zmieniła temat.
– Muszę pojechać po zakupy – stwierdziła.
– Twoja ulubiona rozrywka. – Zaśmiał się, ale bez złośliwości. Uwielbiał obsypywać żonę prezentami. Nawet wręcz doceniał, gdy wydawała pieniądze, a raczej sposób, w jaki to robiła. Miała w tym klasę. Zdarzało jej się przepuścić w jedno popołudnie więcej niż trzy średnie krajowe, a bywało, że i więcej. Ale to, co potem na siebie zakładała i jak to nosiła – warte było każdych pieniędzy.
Nawet gdyby chciał zgłosić jakiekolwiek obiekcje – nie miał ku temu podstaw. Pracowali i zarabiali obydwoje. Właściwie należałoby powiedzieć, że jego pozycja w firmie rosła, cóż, dość jednostajnym ruchem, niczym wskazówka analogowego zegara, podczas gdy kariera jego żony w tym samym czasie zdążyła rozpędzić się jak halny w wąwozie.
Dokładnie w tamtym momencie było to zresztą dalece uzasadnione porównanie, biorąc pod uwagę panującą na zewnątrz aurę. Listopad zagościł na ulicach miasta niczym nocny koszmar, który nie chciał zniknąć w świetle dnia. Bo takie też były to dni – krótkie, ciemne i depresyjne. A jednak Luiza, szykując się do wyjścia, nie zważała na aurę i założyła białą jedwabną bluzkę oraz bladoniebieski wełniany kostium ze spódnicą przed kolano. Przygotowała też zamszowe błękitne szpilki i jasne rajstopy. Zupełnie nie przejmowała się pluchą, która zresztą jej nie dotyczyła. Kobieta wsiadała do samochodu w garażu, wysiadała na podziemnym parkingu. Przemieszczała się po suchych traktach i w odległościach nie większych niż trzysta, czterysta metrów.
Bizneswoman. Korpokarierowiczka pełną gębą. Wymuskana lalunia nieznająca życia. Dokładnie taki wizerunek prezentowała Luiza.
Jej dzisiejszy strój doskonale do niego pasował. Zresztą Luiza była elegancka zawsze, tego wymagało od niej stanowisko. W pracy profesjonalna, zimna, zwykle służbowo uśmiechnięta. To po prostu była maska fachowca, którą tylko wizualnie rozświetlał blask kosztownej biżuterii.
„Zimna i niedostępna” – tak mawiali ci, którzy postrzegali ją jako kobietę idealną. Zawsze elegancka, opanowana, z nienagannymi manierami i tym szczególnym spokojem, który sprawiał, że trudno było odgadnąć, co naprawdę kryje się za jej spojrzeniem. Marzyć wolno każdemu. Nawet oni jednak nie mieli wątpliwości, że ten ideał był skuty lodem.
Marcin tymczasem znał Luizę z każdej strony. Wiedział, że potrafiła być ciepła i rodzinna – jeśli tylko chciała. I wiedział też, że jej chłód nie był obojętnością.
Poznali się na studiach. Najpierw zetknęli się przez przypadek, ot, zrządzenie losu – wybrali te same ćwiczenia, ich ścieżki przecinały się zatem kilka razy dziennie. To, że zwrócili na siebie uwagę, wyszło samo z siebie. Przyciągnęli także uwagę otoczenia. Nie tylko kolegów, ale również, co może nawet ważniejsze, profesorów. Wykładowcy lubią przecież studentów, którzy angażują się w ich przedmiot. Oboje ambitni, szybko zaczęli ze sobą rywalizować, a trudno wyobrazić sobie skuteczniejszy afrodyzjak w przypadku tej dwójki. Już po kilku miesiącach wpadli sobie w ramiona i tak już zostali, choć oczywiście to obrazowe określenie w praktyce bardziej przekładało się na wspólne przygotowania do kolokwiów, dyskutowanie o lekturach, ewentualne trzymanie się za ręce w czasie spacerów, a potem współpracę w sprawach zawodowych. Po prostu chętnie spędzali wspólnie czas, całe dnie, później także noce.
Ślub był oczywistością, choć rodzice panny młodej nie wydawali się zachwyceni. Dla nich ten związek stanowił rodzaj mezaliansu, choć… Cóż, w ich rodzinie nie po raz pierwszy miał się przytrafić.
Luiza była jedynaczką, ukochaną, rozpieszczoną i przyzwyczajoną do tego, by dostawać to, co chciała. Zawsze. Ale Marcin nie był jej zachcianką. Bycie z nim stało się jej pragnieniem, palącym głęboko w ciele, w głowie, duszy i w myślach.
Ona się po prostu zakochała, po raz pierwszy w życiu, całą sobą, ze wszystkimi objawami. Motyle w brzuchu, wstawianie na gaz pustego czajnika, trzygodzinne przebieranki przed wyjściem na spotkanie, ale także poczucie jedności. Całkowitej – emocjonalnej, duchowej, przekonaniowej, po prostu każdej. Było to zakochanie absolutne i kompletne, niepozostawiające miejsca dla nikogo innego.
Rodzice zatem, choć bez entuzjazmu, pobłogosławili młodą parę, wcześniej dokładnie prześwietliwszy kandydata na męża. Poza dość kiepskim pochodzeniem z mało majętnego domu właściwie nie miał wad. Byli w stanie wybaczyć mu ten defekt ze świadomością, że ich córka odziedziczy nieprawdopodobny wręcz majątek i że nigdy niczego nie będzie jej brakowało, bez względu na status majątkowy małżonka.
Ojciec uparł się na intercyzę, na którą Luiza nie chciała się zgodzić. Marcin z kolei poparł przyszłego teścia, czym wzbudził jego sympatię i szacunek. Przyszły pan młody stwierdził, że nie zamierza żenić się dla pieniędzy i podział majątku wniesionego do ich związku uważa za rozsądny. Ostatecznie ustalono, że intercyza będzie obowiązywała przez dwadzieścia lat, z zastrzeżeniem jednak, że określona część majątku na zawsze pozostanie własnością wyłącznie Luizy.
Poza tym postanowiono, że Luiza zostawi rodowe nazwisko. Właściwie dwa, łączone nazwisko ojca i matki. Marcin przez chwilę zgrzytnął zębami, ale szybko mu przeszło. Właściwie – jakie to miało znaczenie? Szybko zorientował się, że ugodowość w tej kwestii przysporzy mu sympatii teścia, a to było na tyle ważne, że postanowił ustąpić bez zgłaszania jakiegokolwiek sprzeciwu.
Uroczysta ceremonia zaślubin odbyła się w Kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Panna młoda miała na sobie suknię z grubego kremowego jedwabiu, ręcznie wyszywanego srebrną nicią, specjalnie dla niej zaprojektowaną i uszytą na miarę w znanym paryskim atelier. Nawet buty, choć przecież jednorazowego zastosowania, obstalowano dla Luizy na miarę. Zabytkowy kościół był świątynią niezwykle ważną dla Warszawiaków, chociażby ze względu na figurę stojącego przed wejściem Chrystusa dźwigającego krzyż. Posąg cudem ocalał w Powstaniu Warszawskim i to przy nim gromadzili się ludzie, którzy wtedy stracili wszystko. Tu spoczywały serca Chopina i Reymonta, tu modlił się Jan III Sobieski przed wyprawą na Wiedeń, stąd przez lata nadawano transmisje mszy świętej, kiedy chodzenie do kościoła było właściwie zakazane, tu miało miejsce wiele istotnych historycznie wydarzeń. Dlatego ślub tutaj był wydarzeniem bardzo uroczystym. W ławach zasiedli dystyngowani goście, których stroje nadawały się na mediolański tydzień mody. Zresztą stamtąd wiele kreacji pochodziło. Zaproszeni na ślub nie przejmowali się parkowaniem, tak kłopotliwym w centrum Warszawy – przyjeżdżali po nich szoferzy w limuzynach, którzy zawieźli ich później na przyjęcie weselne w podwarszawskim pałacu…
Długo można wyliczać luksusy, w jakie obfitował dzień ślubu i wesela. Łatwo sobie wyobrazić, jak żyli rodzice Luizy i jakiego życia chcieli dla wychuchanej jedynaczki.
Marcin pochodził ze znacznie mniej zasobnego środowiska, co mogłoby być problemem, ale… w rzeczywistości wcale nim nie było. Owszem, sprawdzono narzeczonego córki dość dokładnie. Zachowanie w szkole, oceny, stypendium naukowe, co tam w rodzinie… Luiza o tym, rzecz jasna, nie miała pojęcia, ale jej ojciec wiedział nawet, ile dopiero co narodzony Marcin otrzymał punktów w skali Apgar. Senior rodu uznał to za oczywiste – w końcu zdrowie jego przyszłych wnuków w połowie zależało od kondycji ojca i nie można było tu niczego zaniedbać.
Jednak rzeczywisty powód akceptacji Marcina jako narzeczonego córki – pomimo jaskrawej różnicy w statusie majątkowym – leżał gdzie indziej. Przyszła teściowa przeszła dokładnie taką samą drogę, też weszła do bogatej rodziny i doskonale zdawała sobie sprawę, co to oznacza dla osoby z klasy średniej. I wiedziała też, z własnego doświadczenia, że różnice majątkowe nie uniemożliwiają harmonijnego pożycia. Ona i jej mąż rozumieli się doskonale i nic nie zmieniło się pod tym względem od wielu dekad. Pomimo ogromnej różnicy środowiskowej i bez względu na upływ lat wciąż się kochali i chcieli spędzać ze sobą czas, co było dość rzadkie w ich kręgach. Raczej słyszało się o rozwodach i wymianach żon na młodsze, plagą były obsesyjne operacje plastyczne dojrzałych kobiet, ich histeryczne diety i ćwiczenia prowadzące aż do wyniszczenia organizmu. Straszny bywał też los tych, które utraciły status żony, a wraz z nim – eleganckie życie, dostatek i pozornie bezpieczną pozycję.
W domu rodziców Luizy patrzono na małżeństwo nieco inaczej. Jej matka nigdy nie dała się sprowadzić do roli ozdoby, walczyła o swoją pozycję intelektem i tego samego pragnęła dla córki. Pragnęła, by ukochana jedynaczka wyszła za kogoś mądrego i dobrego.
Oczywiście, że chciała także, by był to kandydat przystojny. Bo dlaczegóż by nie? A właściwie – jakiż inny mógłby wieść życie obok jej wychuchanej córeczki? Marcin szybko przekonał ich więc do siebie. Pozytywny był zarówno pierwszy, jak i drugi ogląd kandydata, a dyskretny wywiad okołorodzinny okazał się koronnym argumentem. Nie było przeciwwskazań do ślubu.
Marcin oszalał na punkcie Luizy dokładnie tak, jak ona straciła głowę dla niego. Zgadzali się we wszystkim. Bez żadnych konfliktów ustalili nie tylko sprawy finansowe, ale także mieszkaniowe, te związane z przyszłymi dziećmi i wszystkie inne. Po prostu światopoglądowo byli jednością…
I tylko o tym jednym Marcin nigdy nie chciał rozmawiać. Boże Narodzenie. Dlaczego go tak nie lubił?
Właściwie nie była to sprawa, która miała ważący wpływ na ich codzienność. Po pierwsze i oczywiste dlatego, że Boże Narodzenie obchodziło się wyłącznie raz w roku, co ograniczało rozmowy na ten temat wyłącznie do kilku tygodni. A po drugie, bez względu na swoje sentymenty czy też ich brak, Marcin bez zbędnych dyskusji wykonywał wszystkie przedświąteczne i świąteczne obowiązki. Kupował prezenty, robił zakupy zgodnie z życzeniem małżonki, nosił odpowiednio eleganckie, odświętne ubrania. A nawet gotów był, choć tylko na prośbę Luizy i na krótko, założyć sweterek w renifery.
Zaraz po świętach temat odpływał w niebyt na kolejne jedenaście miesięcy jako niewystarczająco istotny, by go poruszać. Chociaż właściwie… Niezupełnie. Luiza już kilkakrotnie chciała o tym porozmawiać z mężem. Ba, nawet próbowała! Marcin zawsze jednak potrafił zgrabnie zmienić temat. Niby nie chciała naciskać, a jednak… Cóż, frapowało ją to coraz bardziej.
Teraz uznała po raz kolejny, że to nie jest dobry moment na tę rozmowę. Śpieszyli się przecież do biura, każde do swojego. W końcu muszę się tego dowiedzieć! – postanowiła. Nie teraz. Ale muszę.
O zakupach jednak potrafiła rozmawiać zawsze. Krótko i długo. O małych i dużych, choć wolała o tych drugich. Także wtedy, gdy szykowała się do pracy.
– Pojedziesz ze mną? – zapytała, wyjmując z szafy odpowiednią torebkę. Ostatecznie uznała, że błękitna od Jacquemusa będzie właściwa, choć zastanawiała się, czy nie za dużo będzie tego niebieskiego. W końcu machnęła ręką.
W ogóle kostium w kolorze bławatków to nie był strój adekwatny do listopadowego dnia. Jasne kolory zarezerwowane były przecież na lato, ale Luiza miała taką awersję do listopadowej pluchy, że chociaż w taki sposób kontestowała rzeczywistość. I zakupami. Lub chociaż rozmową o nich. One zawsze pomagały.
– Pojedziesz ze mną do galerii? – powtórzyła. – Po południu?
– Mam ci pomóc w wyborze sukienki? – Zdziwił się, bo zazwyczaj Luiza sama wybierała ciuchy. I zawsze były to decyzje trafione. – Bo o kremach nawet nie podejmę rozmowy. Pod żadnym pozorem!
– Nie. – Skrzywiła się, patrząc z wyrzutem na męża. – Sukienkę możesz co najwyżej zaaprobować. Zapraszam cię na randkę! Pójdziemy na dyniowe latte z cynamonem.
– Fuj – odpowiedział zdumiony.
– Chciałam cię tylko sprowokować. – Luiza się zaśmiała. – Zapraszam cię na espresso. I ewentualnie sałatkę. Albo steka, co wolisz.
– Steka? Wieczorem?
– Po robocie. Mam przecież co uczcić.
– Ten ostatni deal ci wyszedł, bez dwóch zdań.
– Dzień jak co dzień – mruknęła prowokująco. – Czyli okazja jest.
– Na randkę poszedłbym z tobą także bez powodu. Na patrzenie w oczy zawsze jesteśmy umówieni. Poczekam na ciebie pod biurem.
– Nie – zaprotestowała łagodnie. – Zobaczmy się na miejscu. Przypominam, wcześniej muszę wybrać sukienkę.
– Będę o szóstej – zgodził się z uśmiechem.
– Wpół do siódmej – zażądała.
– A ta sukienka to właściwie dlaczego? Chyba nie ze względu na lukratywny kontrakt?
Popatrzyła na niego z politowaniem.
– To miałaby być okazja? Nie kpij ze mnie. Jeśli w ogóle, to kupowałabym coś przed negocjacjami, nie po. Szukam kreacji na święta. Na Wigilię i pierwszy dzień świąt. W drugi zostaniemy w domu, prawda?
Marcin kiwnął głową.
– Więc potrzebuję może jeszcze jakiejś seksownej piżamki, nie sądzisz? – kontynuowała Luiza, pozornie nie zwracając uwagi na męża.
– Zawsze – zamruczał. – Choć właściwie… Jak dla mnie to piżamka zupełnie nie jest potrzebna.
Uśmiechnęli się do siebie.
– Naprawdę musimy spędzać święta z tym całym zamieszaniem? – odezwał się po chwili Marcin. – Z choinką, prezentami, lampkami… Przecież to kicz i zawracanie gitary.
– Jeszcze nauczę cię cieszyć się świętami, zobaczysz – zadeklarowała twardo. – I tak, będziemy je spędzać ze wszystkimi niezbędnymi ceremoniami. Bo tak jest pięknie!
Cmoknęła go w policzek, wsunęła stopy w szpilki i już jej nie było.
A punktualnie o osiemnastej trzydzieści zadzwoniła do męża, by przyszedł do sklepu, w którym właśnie przeglądała się w lustrze. Decyzja zapadła, Marcin o tym wiedział. Miał ją po prostu zaaprobować. Co zresztą uczynił z wysmakowaną satysfakcją.
Choć jego kariera rozwijała się spokojniej niż Luizy, zarobki też miał spektakularne. Nie spytał zatem o cenę, po prostu nastawił się na doznania estetyczne. I się nie zawiódł.
Luiza wyglądała oszałamiająco w dopasowanej sukience przed kolano, z łódkowym dekoltem i rękawem trzy czwarte. Czerwony materiał w kratkę z błyszczącą nitką stawiał ją w rzędzie kreacji na specjalne wyjście. Poza tym w tej kiecce wszystko było ekstra – szycie, dopracowany fason, wykończenie każdej nitki. Najbardziej efektowna była cena, ale tej Marcin, z premedytacją zresztą, nie oglądał.
– Do świąt jeszcze ponad miesiąc – zauważył tylko, gdy ekspedientka pakowała zakupy. Luiza nie pozwoliła mu, oczywiście, zapłacić. – Dlaczego już kupujesz kieckę?
– Bo to jest okazja, która wymaga szczególnych przygotowań.
Marcin przewrócił oczami. Luiza pokręciła głową i pociągnęła go za rękę. Wyglądało to dosyć zabawnie. Babka w eleganckim błękitnym kostiumie, na błękitnych zamszowych szpilkach i z dopasowaną kolorystycznie, drogą torebką, ciągnęła za sobą niczym niegrzecznego dzieciaka przystojnego mężczyznę z trzydniowym, wypielęgnowanym zarostem, w markowym garniturze i zawiązanym pod szyją w gruby węzeł stonowanym, jedwabnym krawacie. Trudno było dociec, jakie odgrywali role.
A oni po prostu byli sobą. Zakochana para, której wszystko w życiu się udawało. Nic nie stało na przeszkodzie ich miłości. Mieli piękny dom. Na niczym nie musieli oszczędzać. Wspierali ich rodzice Luizy i matka Marcina, bo ojciec zmarł wiele lat temu. Wykonywali prestiżową, dobrze płatną pracę. Podróżowali.
Życie idealne.
I ten wieczór też taki był. Usiedli w niewielkiej knajpce niedaleko galerii. Prowadził ją ekspresyjny Włoch, który mówił równie wiele, jak gestykulował. Nawet nie musiał pytać, co podać. Od razu wjechała na stół karafka bezalkoholowego wina i półmisek z ułożonymi na lodzie świeżymi ostrygami. Obok w miseczce zaserwowano sos mignonette.
– A to nie jest francuski sos? – zdziwiła się Luiza.
– Francuzi? – wykrzyknął egzaltowanie właściciel restauracji. – Francuzi – dodał jeszcze z politowaniem. – Oni to się mogą od nas uczyć. Włosi to się znają na kuchni, ot co! A ten sos to moja specjalność. Mamy tutaj dodatek, o jakim Francuzi mogą tylko pomarzyć. Limonka i odrobina miodu, poezja! – W tym momencie pochylił się teatralnie nad ich stolikiem. – A ostrygi z dzisiejszej dostawy. Takich nie zjecie w całej Warszawie!
– Dlatego zawsze przychodzimy do ciebie, Francesco!
– I u mnie zawsze zjecie najlepiej! Najlepiej!
Kiedy właściciel odszedł, Marcin chwycił rękę Luizy.
– Najlepiej to jest z tobą. Nieważne gdzie.
Uśmiechnęła się głaszcząc go po ręce.
– W pełni się zgadzam. Ale jeśli mam wybór, wolę patrzeć ci w oczy w eleganckim miejscu i z wyrafinowanym jedzeniem na stole. Masz coś przeciwko?
– Nigdy i nic. Byle z tobą.
Boże Narodzenie
Zawiązując muchę, Marcin szpetnie zaklął. Niby już się przyzwyczaił, ten dress code po prostu obowiązywał u teściów na wszystkich uroczystościach, i już. Wiązania muchy jednak wciąż nie mógł się nauczyć. Niby prosta sprawa, właściwie zwyczajna kokarda, ale jakoś Luizie zawsze to lepiej wychodziło.
Teraz też tak było.
– Daj, pomogę – powiedziała z uśmiechem.
– Dla ciebie to tylko kilka ruchów dłońmi, ja się zawsze morduję niczym mrówka ciągnąca worek brylantów. – Marcin westchnął ciężko.
– Podoba mi się twoje porównanie – prychnęła rozbawiona. – Diamonds are the girls’ best friends.
– Polne kamienie nie byłyby przecież atrakcyjne.
– Nieoszlifowane brylanty też nie są piękne – zauważyła i parsknęła śmiechem.
– Ale potencjał w nich ciut większy. Poza tym, nie mógłbym obrażać mojej żony pospolitymi kamulcami.
– A brylantami możesz bez żadnych skrupułów. Już.
– Mówiłem. Trzydzieści sekund i po sprawie. A ja próbowałem już z piętnaście minut.
– Po prostu kobiety mogą więcej.
– Zawsze to powtarzam. A poza tym nie powiedziałem ci jeszcze, że oszałamiająco wyglądasz.
Ciemnoszafirowa suknia z żakardowego atłasu, dopasowana na górze i lekko rozkloszowana dołem, była pierwszym i jakże trafnym wyborem Luizy. Na kolejne dni miała przygotowane kreacje z bordowego aksamitu i kremowego jedwabiu. Plany słodkiego tête-à-tête w pierwszy dzień świąt pokrzyżowało przyjęcie, na którym zależało matce. Czerwona sukienka w kratkę z błyszczącą nitką ostatecznie czekała na inną okazję. Może czyjeś urodziny? Piżamka zaś nie musiała czekać. Miała się przydać, choć nie drugiego dnia świąt, ale zaraz po nich.
Kobieta z szerokim uśmiechem dobierała teraz dodatki, a z jeszcze szerszym chwilę wcześniej przyjęła od Marcina pudełko przewiązane błyszczącą wstążeczką. Sugestia o idealnym wisiorku ze sporą perłą i kilkoma drobnymi brylantami została przez jej męża zbyta milczeniem. Teraz jednak biżuteria dyskretnie połyskiwała na dekolcie kobiety. I znakomicie komponowała się z suknią.
Luiza spojrzała na swoje odbicie. Makijaż też prezentował się nienagannie. Podobnie jak fryzura. Wizażystka i fryzjerka sprawiły się znakomicie. Kok wyglądał niezwykle elegancko. Wręcz wyrafinowanie.
Pociągnęła męża za rękę i obydwoje stanęli przed lustrem.
– Para idealna – skwitowała z zadowoleniem. Zerknęła na zegarek. Taksówka już zapewne podjechała. – Pośpieszmy się – powiedziała łagodnie. Spóźnienie na wigilijną kolację do willi jej rodziców nie wchodziło w rachubę.
Dojechali w ciągu dwudziestu kilku minut. Wyjątkowo szybko, byli zatem ciut przed czasem. Przywitała ich w drzwiach gosposia, ta sama od wielu lat, z którą dziewczyna była wręcz zaprzyjaźniona. Wyściskały się. Luiza wręczyła jej prezent, pięknie zapakowaną markową apaszkę, jedyną paczuszkę, jaką ze sobą przywiozła. Wszystkie pozostałe prezenty poprzedniego dnia odebrał szofer, teraz leżały już pod choinką. W niektórych przypadkach opakowania były trzy razy większe od prezentów, ale przecież wszystko musiało wyglądać.
Przez drzwi widzieli wnętrze jadalni. Stół nakryty śnieżnobiałym obrusem, gęsto wyhaftowanym richelieu, kremową porcelanę ze złoconymi brzegami, szlachetnie połyskującą w dyskretnym oświetleniu. Bordowe serwetki, wypolerowane sztućce, bogate dekoracje… Wszystko było gotowe. Także przystawki porozstawiano już na stole. Na półmiskach, paterach, tacach, w misach.
– A gdyby pojawił się nieoczekiwany wędrowiec, to na pewno nie zabraknie dla niego jedzenia – mruknęła Luiza.
Marcin także skierował wzrok w tamtą stronę.
– A gdyby pojawił się pułk nieoczekiwanych wędrowców, to każdy by wyszedł najedzony – dodał Marcin.
– Myślę, że nie byliby w stanie wszystkiego zjeść – skwitowała Luiza cicho. Głośno zaś dodała: – Jak zawsze wygląda to wspaniale.
Gosposia uśmiechnęła się delikatnie.
– Kuchnia pracuje od ponad miesiąca – powiedziała uprzejmie.
– To chyba… co nieco zdążyło się zepsuć? – zauważył Marcin.
Gosposia spuściła głowę. Nie wypadało jej prychnąć ze śmiechu, a miała na to wielką ochotę.
– Niezupełnie – odpowiedziała z powagą. – Wtedy przygotowujemy zaczyn na piernik. Musi poleżeć, by dojrzeć, a upieczony według staropolskiego przepisu powinien odpoczywać kilka tygodni, by zmięknąć i nabrać pełni smaku. Choć, oczywiście, większość potraw przygotowujemy w ostatnich dwóch dniach przed wieczerzą. Zapewniam, że wszystko jest świeże.
Luiza nie wytrzymała.
– Ty to potrafisz palnąć – stwierdziła rozbawiona.
– Powiadomię pani rodziców – stwierdziła gosposia, odwracając się.
– Pani? – wyszeptał Marcin. – Przecież ona cię praktycznie wychowała?
– Mówi do mnie po imieniu, kiedy jesteśmy same.
– Jestem twoim mężem! – Marcin przewrócił oczami.
– Dla niej jesteś przybyszem z zewnątrz. W naszym domu w ludzkich żyłach krąży dyskrecja zamiast krwi.
– Niby o tym wiem, a wciąż to dla mnie nieprawdopodobne.
– Chciałabym powiedzieć, że przywykniesz, ale już tracę nadzieję.
– To dobrze – wyszeptał. – Bo nie chcę, żeby nasz dom tak wyglądał.
Pokręciła głową i pociągnęła męża do salonu. Na jadalnię przyjdzie jeszcze czas.
Marcin spodziewał się widoku, a jednak – jak zawsze – się zdumiał. Choinka przypominała tę z waszyngtońskiego Białego Domu, zarówno wielkością, jak i dekoracjami. Niepoliczalne światełka, czerwone kokardy, złote bombki. Wszystko rozwieszone symetrycznie, idealnie. Z pewnością przygotowane przez dekoratora wnętrz. Przecież nikt w tym domu nie miał aż takiego wyczucia! I szkoda rąk… Kłujące igły mogłyby porysować delikatną skórę dłoni pani domu. No i czasu też szkoda. Skoro pracę może wykonać ktoś inny? Niech ją wykona. Marcin wciąż nie potrafił do takiego stylu życia przywyknąć, choć nauczył się już nie komentować.
Pod choinką leżały artystycznie ułożone prezenty, w błyszczących papierach, z kokardami dopasowanymi kolorystycznie do tych umocowanych na drzewku. Luiza dostrzegła, że nawet upominki przygotowane przez nią zostały w ten sposób przystrojone. Westchnęła, choć właściwie nie powinna być zdziwiona. Przecież jej matka była perfekcjonistką. Przecież tak było zawsze, odkąd pamiętała. Przecież w takim domu wyrosła… i była do tego przyzwyczajona. A czy chciała, by jej dom wyglądał tak samo?
Właściwie nie… ale nie bardzo potrafiłaby sobie wyobrazić, jak miałby wyglądać.
Matka i ojciec Luizy zeszli na dół po kilku minutach.
– Jesteśmy trochę wcześniej… – Luiza zaczęła od tłumaczenia się.
– Ależ przecież to jest wasz dom – stwierdziła jowialnie matka. – Możecie tu przyjeżdżać, kiedy chcecie, nawet i bez zapowiedzi.
Akurat – pomyślał Marcin, uśmiechając się.
– Czekamy jeszcze na kogoś? – zaciekawiła się Luiza. A widząc uniesione pytająco brwi matki, dodała: – Nakryte jest dla ośmiu osób.
– A tak, oczywiście – odpowiedziała matka. – Będzie babcia, co naturalne, bez wątpienia. I spodziewamy się jeszcze siostry ojca z synem. No i zbłąkany wędrowiec.
– Jasne – odpowiedziała Luiza, krzywiąc się.
Marcin rozumiał jej minę. Też nie lubił ciotki i kuzyna swojej żony. Ona była zawsze nabzdyczona, a synalek nigdy nie wychodził z roli rozpieszczonego bachora. Luiza opowiadała, że kiedy byli młodsi, zdarzało mu się pokazywać ludzką twarz, ale czas na bycie miłym w życiu chłopaka chyba minął. Wiele lat temu.
– Cieszę się, że was widzę – odezwał się w końcu senior rodu. Surowym tonem, jak zwykle.
– Witaj, tato.
Marcinowi wydawało się, że Luiza za chwilę dygnie. Nie było jednak czasu na rozmyślania. U drzwi wejściowych zadźwięczał gong, ktoś otworzył drzwi. Goście pojawili się w salonie, czyniąc harmider i raban. Powitania, pocałunki w powietrzu, wykrzykniki pełne emfazy. Jak pięknie wyglądasz, jaki wspaniały wystrój, cudownie, doskonale, świetnie, wyśmienicie.
Marcin pomyślał, że zaraz go zemdli od nadmiaru lukru, ale przestawił się na mentalny tryb „zwierzę socjalno-towarzyskie”, w którym zamierzał funkcjonować przez najbliższe godziny. Dzięki temu potrafił każdy grymas i komentarz brać za dobrą monetę. Inaczej bym zwariował – przemknęło mu przez głowę i uśmiechnął się szeroko.
Przetrwał wszystko. Opłatek, życzenia, uśmiechy. Pomagała mu w tym myśl, że matka Luizy kiedyś była zwyczajną nastolatką z niezbyt zasobnego domu. Nie, to właściwie nieprawda. Z biednego domu. Lub nawet bardzo biednego. Taki Kopciuszek ożeniony z księciem, tylko w realu. Wżeniła się w majątek chłopaka, który na jej punkcie oszalał. Podobno ojciec Luizy od zawsze był grzeczny. Od niemowlaka przechodził jakże skuteczny trening karności i rygor płynął w jego żyłach zamiast krwi. Był po prostu posłuszny i ułożony. Świetny uczeń. Ukończył podstawową szkołę muzyczną na dwóch instrumentach. Brał udział w turniejach tenisa, zdobywając nawet nagrody. Grał w golfa. Mówił płynnie w trzech językach obcych. Kłaniał się wszystkim sąsiadom, jeśli akurat któryś go dojrzał zza szyb limuzyny. Potrafił poprowadzić każdy small talk, zachować się w towarzystwie… Syn idealny. I tylko ta dziewczyna, jakby go zaczarowała. Tak przynajmniej kiedyś opowiadała babcia Luizy, choć Marcin nie był pewien, na ile była to prawdziwa historia. Starsza pani sprawiała wtedy wrażenie mocno wstawionej, a w tych kręgach przecież nikt się nigdy nie upijał.
Choć właściwie – jakie miało to znacznie? Może naprawdę się ubzdryngoliła. I w jej opowieści ojciec Luizy uparł się i postawił wszystko na jedną kartę. Ta albo żadna, i już.
Babka Luizy ustąpiła. Uznała, że kiedyś mu przejdzie. Zanim to jednak nastąpiło, kobieta przekonała się do dziewczyny. Okazała się nie tylko miła, ale też bystra. Błyskawicznie zrozumiała, gdzie jej miejsce, jak powinna się zachowywać, czego nie mówić i jak postępować. I zanim doszło do oświadczyn, starsza pani już była zakochana w przyszłej narzeczonej syna tak samo jak on sam. I wtedy nie było już możliwości, by cokolwiek stanęło młodym na drodze. Owszem, została podpisana intercyza, ale chyba bardziej dla formalności. Nikt z bogatej rodziny nie wierzył, żeby dziewczyna wychodziła za mąż dla majątku. Dlatego umowa małżeńska została zawarta na czas określony. Po dwudziestu latach traciła ważność.
Marcin dowiedział się tego dopiero niedawno i aż się szeroko uśmiechnął. Widocznie dwudziestoletnie intercyzy w tej rodzinie to codzienność każdego małżeństwa – pomyślał wtedy.
Ten okres dla rodziców Luizy minął dawno temu, a wciąż pozostawali zgodną parą. Matka Luizy nadal była żoną tego samego męża. Znosiła wszystko z dumą i spokojem, niczym królowa angielska. Była po prostu na swoim miejscu. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że kobieta subtelnie włączyła się w interesy męża. Najpierw nieoficjalnie, potem wprost nadzorując dział administracji. Była przecież inteligentna i wykształcona, nie zamierzała być panią domu na cały etat.
Nestorka rodu zaakceptowała synową, jej córka wciąż jednak uważała bratową za niższy sort i dawała temu wyraz. Matka Luizy miała to jednak gdzieś. Od czasu do czasu jeździła w rodzinne strony, nad Biebrzę, do domu swojej babci, która nadludzkim wysiłkiem swoją córkę wysłała do stolicy, na studia. Po latach, gdy babcia już dawno zamieszkiwała rajskie krainy, matka Luizy wyremontowała skromny domek, zachowując jego dawny, prosty charakter. Mało kto o nim wiedział, jedynie najbliższa rodzina. Bywały tam tylko ona i Luiza. Chodziły nad Biebrzę wtedy, kiedy potrzebowały ciszy i oddechu. Takie miejsce odosobnienia, do którego nie można było trafić przypadkowo.
Marcin tęsknił za taką pustelnią podczas tej eleganckiej wigilijnej kolacji, choć nie miał pojęcia, że ona istnieje. Znosił przytyki ciotki swojej żony, znosił jej rozwydrzonego synalka, który choć miał prawie trzydziestkę na karku – wciąż zachowywał się jak chłystek. A może po prostu nim był. Rozwydrzonym smarkaczem.
Marcin nie pasował do tego świata i nie miał cierpliwości do rodzinnych gierek. Znów uświadomił sobie, jak bardzo nienawidzi świąt Bożego Narodzenia. Każda chwila w domu teściów utwierdzała go w tym przekonaniu.
Wrócili do domu tuż po dwudziestej trzeciej. Atłasowa suknia wygniotła się bardziej, niż powinna, a żakardowy wzór wcale tego nie ukrył. Nie omieszkała tego wytknąć ciotka Luizy. Z udawaną troską zmarszczyła czoło i stwierdziła:
– Kolor, owszem, nawet dość ładny, ale… coś chyba się temu projektantowi nie udało? Chyba nic więcej u niego nie kupisz?
Luizę oczywiście doprowadziło to do wściekłości, której jednak nie mogła okazać. Postanowiła w najbliższym czasie zrobić u tego projektanta większe zakupy, tylko omijać atłas. Nie mogąc rozładować rozdrażnienia, wypiła duszkiem wino i podstawiła Marcinowi kieliszek do uzupełnienia.
On też tego wieczoru, wyjątkowo, nie unikał alkoholu. Wprawdzie nie pił wina, za to nie odmawiał teściowi, który raczył siebie i dwóch gości płci męskiej wyrafinowanymi koniakami i brandy. Uważał, że whisky są dla plebsu, zbyt prostackie dla jego podniebienia. Nawet te najdroższe.
Marcin nie był przyzwyczajony do mocnych trunków, a właściwie do żadnych napojów wyskokowych, więc szybko zaczął śmiać się głupkowato, co jeszcze bardziej zirytowało Luizę. Nie mogła jednak wziąć męża za rękę i po prostu wyprowadzić z rodzinnego domu, więc poprosiła go o pomoc „z zamkiem sukni”. Nikt nie zrozumiał, o co chodzi, Marcin też nie, a nawet ona sama nie wiedziała, co się za chwilę wydarzy. Nie wypadało jednak pytać. A gdy weszli na piętro, do jej byłego pokoju, który wciąż zresztą trwał w nienaruszonym stanie, Luiza najpierw chwyciła męża za obie dłonie, potem je puściła, uniosła własne ręce i spoliczkowała męża. Właściwie chciała spoliczkować, bo w ostatniej chwili zatrzymała ruch. Przemoc była jej tak obca, że po prostu nie potrafiła kogoś uderzyć.
– Masz natychmiast wytrzeźwieć! – zażądała.
– Ja? – zdziwił się z pijackim uśmieszkiem.
– Ty.
– Ja w ogóle nie jestem pijany.
Zacisnęła zęby i znów uniosła ręce. Tym razem opuściła je na policzki męża. Delikatnym ruchem, który nie mógł nawet przypominać uderzenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
