Zakład o cud - Lis Agnieszka - ebook + książka

Zakład o cud ebook

Lis Agnieszka

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

CZASEM TRZEBA WYJECHAĆ, ŻEBY NAPRAWDĘ WRÓCIĆ DO SIEBIE.

Małżeństwo Luizy i Marcina może wydawać się idealne. Świetnie im się powodzi, oboje rozwijają swoje kariery i czerpią z życia w Warszawie tyle, ile się da. Dzieli ich tylko jedno. Święta Bożego Narodzenia.

Luiza je kocha i wierzy, że magia świąt potrafi zbliżać ludzi. Marcin najchętniej przespałby ten czas i za wszelką cenę unika rozmów na ten temat. Dlatego im bliżej Bożego Narodzenia, tym częściej para mija się w codziennym pośpiechu, zamiast naprawdę ze sobą rozmawiać.

Kiedy kolejna próba Luizy, by zarazić męża świąteczną radością, kończy się fiaskiem, kobieta postanawia spróbować czegoś zupełnie innego. W lutym zabiera Marcina do starego rodzinnego domu nad Biebrzą — z dala od luksusu, wygody i dobrze znanego im rytmu życia. Tutaj natura zagląda w okna, czas płynie wolniej, a sklep otwiera się tylko dwa razy w tygodniu.

W tej niezwykłej codzienności zaczynają wracać wspomnienia — o biedzie i bogactwie, o tym, co było kiedyś, i o tym, co oboje próbowali zostawić za sobą. Są też spotkania z mieszkańcami, ciekawskie spojrzenia, życzliwe gesty i porzucony cmentarz, który przypomina, że każda historia ma swoje korzenie.

Z dala od domu, do którego przywykli, Luiza i Marcin dostają coś, czego od dawna najbardziej im brakowało: czas, żeby się zatrzymać i naprawdę porozmawiać.

Bo niekiedy najważniejsze rzeczy przychodzą wtedy, kiedy przestajemy ich szukać.

A NA ŚWIĄTECZNY CUD TRZEBA CHWILĘ DŁUŻEJ POCZEKAĆ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 211

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght @ by Agnieszka Lis 2026 Copy­ri­ght @ by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Agnieszka Czap­czyk Korekta: Karo­lina Mro­zek, Justyna Tech­mań­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

ISBN 978-83-8343-839-9 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozdział 1.

Połowa listo­pada

– Nie cier­pię świąt – oznaj­mił Mar­cin.

– Powta­rzasz to od zawsze. – Luiza prze­wró­ciła oczami. Zerwała się z łóżka i pode­szła do toa­letki.

– Bo nic się nie zmie­niło.

– Wytłu­ma­czysz mi to kie­dyś?

– Może kie­dyś. – Wzru­szył ramio­nami.

Nie­chęć w jego gło­sie kon­tra­sto­wała z gestem, który chwilę wcze­śniej wyko­nał wobec żony. Po pro­stu przy­tu­lił ją, ot tak, bez powodu, czule i z przy­jem­no­ścią.

Kobieta wes­tchnęła ciężko. Spoj­rzała w lustro i wpięła w uszy pla­ty­nowe kol­czyki z per­łami.

– Znamy się od tylu lat, jeste­śmy po ślu­bie od pra­wie trzech, a ty cią­gle nie chcesz o tym roz­ma­wiać.

– Wystar­czy, że ty gadasz za dwoje – mruk­nął i uchy­lił się przed lecącą w jego stronę poduszką.

Luiza pokrę­ciła głową i zmie­niła temat.

– Muszę poje­chać po zakupy – stwier­dziła.

– Twoja ulu­biona roz­rywka. – Zaśmiał się, ale bez zło­śli­wo­ści. Uwiel­biał obsy­py­wać żonę pre­zen­tami. Nawet wręcz doce­niał, gdy wyda­wała pie­nią­dze, a raczej spo­sób, w jaki to robiła. Miała w tym klasę. Zda­rzało jej się prze­pu­ścić w jedno popo­łu­dnie wię­cej niż trzy śred­nie kra­jowe, a bywało, że i wię­cej. Ale to, co potem na sie­bie zakła­dała i jak to nosiła – warte było każ­dych pie­nię­dzy.

Nawet gdyby chciał zgło­sić jakie­kol­wiek obiek­cje – nie miał ku temu pod­staw. Pra­co­wali i zara­biali oby­dwoje. Wła­ści­wie nale­ża­łoby powie­dzieć, że jego pozy­cja w fir­mie rosła, cóż, dość jed­no­staj­nym ruchem, niczym wska­zówka ana­lo­go­wego zegara, pod­czas gdy kariera jego żony w tym samym cza­sie zdą­żyła roz­pę­dzić się jak halny w wąwo­zie.

Dokład­nie w tam­tym momen­cie było to zresztą dalece uza­sad­nione porów­na­nie, bio­rąc pod uwagę panu­jącą na zewnątrz aurę. Listo­pad zago­ścił na uli­cach mia­sta niczym nocny kosz­mar, który nie chciał znik­nąć w świe­tle dnia. Bo takie też były to dni – krót­kie, ciemne i depre­syjne. A jed­nak Luiza, szy­ku­jąc się do wyj­ścia, nie zwa­żała na aurę i zało­żyła białą jedwabną bluzkę oraz bla­do­nie­bie­ski weł­niany kostium ze spód­nicą przed kolano. Przy­go­to­wała też zamszowe błę­kitne szpilki i jasne raj­stopy. Zupeł­nie nie przej­mo­wała się plu­chą, która zresztą jej nie doty­czyła. Kobieta wsia­dała do samo­chodu w garażu, wysia­dała na pod­ziem­nym par­kingu. Prze­miesz­czała się po suchych trak­tach i w odle­gło­ściach nie więk­szych niż trzy­sta, czte­ry­sta metrów.

Biz­ne­swo­man. Kor­po­ka­rie­ro­wiczka pełną gębą. Wymu­skana lalu­nia nie­zna­jąca życia. Dokład­nie taki wize­ru­nek pre­zen­to­wała Luiza.

Jej dzi­siej­szy strój dosko­nale do niego paso­wał. Zresztą Luiza była ele­gancka zawsze, tego wyma­gało od niej sta­no­wi­sko. W pracy pro­fe­sjo­nalna, zimna, zwy­kle służ­bowo uśmiech­nięta. To po pro­stu była maska fachowca, którą tylko wizu­al­nie roz­świe­tlał blask kosz­tow­nej biżu­te­rii.

„Zimna i nie­do­stępna” – tak mawiali ci, któ­rzy postrze­gali ją jako kobietę ide­alną. Zawsze ele­gancka, opa­no­wana, z nie­na­gan­nymi manie­rami i tym szcze­gól­nym spo­ko­jem, który spra­wiał, że trudno było odgad­nąć, co naprawdę kryje się za jej spoj­rze­niem. Marzyć wolno każ­demu. Nawet oni jed­nak nie mieli wąt­pli­wo­ści, że ten ideał był skuty lodem.

Mar­cin tym­cza­sem znał Luizę z każ­dej strony. Wie­dział, że potra­fiła być cie­pła i rodzinna – jeśli tylko chciała. I wie­dział też, że jej chłód nie był obo­jęt­no­ścią.

Poznali się na stu­diach. Naj­pierw zetknęli się przez przy­pa­dek, ot, zrzą­dze­nie losu – wybrali te same ćwi­cze­nia, ich ścieżki prze­ci­nały się zatem kilka razy dzien­nie. To, że zwró­cili na sie­bie uwagę, wyszło samo z sie­bie. Przy­cią­gnęli także uwagę oto­cze­nia. Nie tylko kole­gów, ale rów­nież, co może nawet waż­niej­sze, pro­fe­so­rów. Wykła­dowcy lubią prze­cież stu­den­tów, któ­rzy anga­żują się w ich przed­miot. Oboje ambitni, szybko zaczęli ze sobą rywa­li­zo­wać, a trudno wyobra­zić sobie sku­tecz­niej­szy afro­dy­zjak w przy­padku tej dwójki. Już po kilku mie­sią­cach wpa­dli sobie w ramiona i tak już zostali, choć oczy­wi­ście to obra­zowe okre­śle­nie w prak­tyce bar­dziej prze­kła­dało się na wspólne przy­go­to­wa­nia do kolo­kwiów, dys­ku­to­wa­nie o lek­tu­rach, ewen­tu­alne trzy­ma­nie się za ręce w cza­sie spa­ce­rów, a potem współ­pracę w spra­wach zawo­do­wych. Po pro­stu chęt­nie spę­dzali wspól­nie czas, całe dnie, póź­niej także noce.

Ślub był oczy­wi­sto­ścią, choć rodzice panny mło­dej nie wyda­wali się zachwy­ceni. Dla nich ten zwią­zek sta­no­wił rodzaj meza­liansu, choć… Cóż, w ich rodzi­nie nie po raz pierw­szy miał się przy­tra­fić.

Luiza była jedy­naczką, uko­chaną, roz­piesz­czoną i przy­zwy­cza­joną do tego, by dosta­wać to, co chciała. Zawsze. Ale Mar­cin nie był jej zachcianką. Bycie z nim stało się jej pra­gnie­niem, palą­cym głę­boko w ciele, w gło­wie, duszy i w myślach.

Ona się po pro­stu zako­chała, po raz pierw­szy w życiu, całą sobą, ze wszyst­kimi obja­wami. Motyle w brzu­chu, wsta­wia­nie na gaz pustego czaj­nika, trzy­go­dzinne prze­bie­ranki przed wyj­ściem na spo­tka­nie, ale także poczu­cie jed­no­ści. Cał­ko­wi­tej – emo­cjo­nal­nej, ducho­wej, prze­ko­na­nio­wej, po pro­stu każ­dej. Było to zako­cha­nie abso­lutne i kom­pletne, nie­po­zo­sta­wia­jące miej­sca dla nikogo innego.

Rodzice zatem, choć bez entu­zja­zmu, pobło­go­sła­wili młodą parę, wcze­śniej dokład­nie prze­świe­tliw­szy kan­dy­data na męża. Poza dość kiep­skim pocho­dze­niem z mało majęt­nego domu wła­ści­wie nie miał wad. Byli w sta­nie wyba­czyć mu ten defekt ze świa­do­mo­ścią, że ich córka odzie­dzi­czy nie­praw­do­po­dobny wręcz mają­tek i że ni­gdy niczego nie będzie jej bra­ko­wało, bez względu na sta­tus mająt­kowy mał­żonka.

Ojciec uparł się na inter­cyzę, na którą Luiza nie chciała się zgo­dzić. Mar­cin z kolei poparł przy­szłego teścia, czym wzbu­dził jego sym­pa­tię i sza­cu­nek. Przy­szły pan młody stwier­dził, że nie zamie­rza żenić się dla pie­nię­dzy i podział majątku wnie­sio­nego do ich związku uważa za roz­sądny. Osta­tecz­nie usta­lono, że inter­cyza będzie obo­wią­zy­wała przez dwa­dzie­ścia lat, z zastrze­że­niem jed­nak, że okre­ślona część majątku na zawsze pozo­sta­nie wła­sno­ścią wyłącz­nie Luizy.

Poza tym posta­no­wiono, że Luiza zostawi rodowe nazwi­sko. Wła­ści­wie dwa, łączone nazwi­sko ojca i matki. Mar­cin przez chwilę zgrzyt­nął zębami, ale szybko mu prze­szło. Wła­ści­wie – jakie to miało zna­cze­nie? Szybko zorien­to­wał się, że ugo­do­wość w tej kwe­stii przy­spo­rzy mu sym­pa­tii teścia, a to było na tyle ważne, że posta­no­wił ustą­pić bez zgła­sza­nia jakie­go­kol­wiek sprze­ciwu.

Uro­czy­sta cere­mo­nia zaślu­bin odbyła się w Kościele Świę­tego Krzyża na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Panna młoda miała na sobie suk­nię z gru­bego kre­mo­wego jedwa­biu, ręcz­nie wyszy­wa­nego srebrną nicią, spe­cjal­nie dla niej zapro­jek­to­waną i uszytą na miarę w zna­nym pary­skim ate­lier. Nawet buty, choć prze­cież jed­no­ra­zo­wego zasto­so­wa­nia, obsta­lo­wano dla Luizy na miarę. Zabyt­kowy kościół był świą­ty­nią nie­zwy­kle ważną dla War­sza­wia­ków, cho­ciażby ze względu na figurę sto­ją­cego przed wej­ściem Chry­stusa dźwi­ga­ją­cego krzyż. Posąg cudem oca­lał w Powsta­niu War­szaw­skim i to przy nim gro­ma­dzili się ludzie, któ­rzy wtedy stra­cili wszystko. Tu spo­czy­wały serca Cho­pina i Rey­monta, tu modlił się Jan III Sobie­ski przed wyprawą na Wie­deń, stąd przez lata nada­wano trans­mi­sje mszy świę­tej, kiedy cho­dze­nie do kościoła było wła­ści­wie zaka­zane, tu miało miej­sce wiele istot­nych histo­rycz­nie wyda­rzeń. Dla­tego ślub tutaj był wyda­rze­niem bar­dzo uro­czy­stym. W ławach zasie­dli dys­tyn­go­wani goście, któ­rych stroje nada­wały się na medio­lań­ski tydzień mody. Zresztą stam­tąd wiele kre­acji pocho­dziło. Zapro­szeni na ślub nie przej­mo­wali się par­ko­wa­niem, tak kło­po­tli­wym w cen­trum War­szawy – przy­jeż­dżali po nich szo­fe­rzy w limu­zy­nach, któ­rzy zawieźli ich póź­niej na przy­ję­cie weselne w pod­war­szaw­skim pałacu…

Długo można wyli­czać luk­susy, w jakie obfi­to­wał dzień ślubu i wesela. Łatwo sobie wyobra­zić, jak żyli rodzice Luizy i jakiego życia chcieli dla wychu­cha­nej jedy­naczki.

Mar­cin pocho­dził ze znacz­nie mniej zasob­nego śro­do­wi­ska, co mogłoby być pro­ble­mem, ale… w rze­czy­wi­sto­ści wcale nim nie było. Ow­szem, spraw­dzono narze­czo­nego córki dość dokład­nie. Zacho­wa­nie w szkole, oceny, sty­pen­dium naukowe, co tam w rodzi­nie… Luiza o tym, rzecz jasna, nie miała poję­cia, ale jej ojciec wie­dział nawet, ile dopiero co naro­dzony Mar­cin otrzy­mał punk­tów w skali Apgar. Senior rodu uznał to za oczy­wi­ste – w końcu zdro­wie jego przy­szłych wnu­ków w poło­wie zale­żało od kon­dy­cji ojca i nie można było tu niczego zanie­dbać.

Jed­nak rze­czy­wi­sty powód akcep­ta­cji Mar­cina jako narze­czo­nego córki – pomimo jaskra­wej róż­nicy w sta­tu­sie mająt­ko­wym – leżał gdzie indziej. Przy­szła teściowa prze­szła dokład­nie taką samą drogę, też weszła do boga­tej rodziny i dosko­nale zda­wała sobie sprawę, co to ozna­cza dla osoby z klasy śred­niej. I wie­działa też, z wła­snego doświad­cze­nia, że róż­nice mająt­kowe nie unie­moż­li­wiają har­mo­nij­nego poży­cia. Ona i jej mąż rozu­mieli się dosko­nale i nic nie zmie­niło się pod tym wzglę­dem od wielu dekad. Pomimo ogrom­nej róż­nicy śro­do­wi­sko­wej i bez względu na upływ lat wciąż się kochali i chcieli spę­dzać ze sobą czas, co było dość rzad­kie w ich krę­gach. Raczej sły­szało się o roz­wo­dach i wymia­nach żon na młod­sze, plagą były obse­syjne ope­ra­cje pla­styczne doj­rza­łych kobiet, ich histe­ryczne diety i ćwi­cze­nia pro­wa­dzące aż do wynisz­cze­nia orga­ni­zmu. Straszny bywał też los tych, które utra­ciły sta­tus żony, a wraz z nim – ele­ganc­kie życie, dosta­tek i pozor­nie bez­pieczną pozy­cję.

W domu rodzi­ców Luizy patrzono na mał­żeń­stwo nieco ina­czej. Jej matka ni­gdy nie dała się spro­wa­dzić do roli ozdoby, wal­czyła o swoją pozy­cję inte­lek­tem i tego samego pra­gnęła dla córki. Pra­gnęła, by uko­chana jedy­naczka wyszła za kogoś mądrego i dobrego.

Oczy­wi­ście, że chciała także, by był to kan­dy­dat przy­stojny. Bo dla­cze­góż by nie? A wła­ści­wie – jakiż inny mógłby wieść życie obok jej wychu­cha­nej córeczki? Mar­cin szybko prze­ko­nał ich więc do sie­bie. Pozy­tywny był zarówno pierw­szy, jak i drugi ogląd kan­dy­data, a dys­kretny wywiad oko­ło­ro­dzinny oka­zał się koron­nym argu­men­tem. Nie było prze­ciw­wska­zań do ślubu.

Mar­cin osza­lał na punk­cie Luizy dokład­nie tak, jak ona stra­ciła głowę dla niego. Zga­dzali się we wszyst­kim. Bez żad­nych kon­flik­tów usta­lili nie tylko sprawy finan­sowe, ale także miesz­ka­niowe, te zwią­zane z przy­szłymi dziećmi i wszyst­kie inne. Po pro­stu świa­to­po­glą­dowo byli jed­no­ścią…

I tylko o tym jed­nym Mar­cin ni­gdy nie chciał roz­ma­wiać. Boże Naro­dze­nie. Dla­czego go tak nie lubił?

Wła­ści­wie nie była to sprawa, która miała ważący wpływ na ich codzien­ność. Po pierw­sze i oczy­wi­ste dla­tego, że Boże Naro­dze­nie obcho­dziło się wyłącz­nie raz w roku, co ogra­ni­czało roz­mowy na ten temat wyłącz­nie do kilku tygo­dni. A po dru­gie, bez względu na swoje sen­ty­menty czy też ich brak, Mar­cin bez zbęd­nych dys­ku­sji wyko­ny­wał wszyst­kie przed­świą­teczne i świą­teczne obo­wiązki. Kupo­wał pre­zenty, robił zakupy zgod­nie z życze­niem mał­żonki, nosił odpo­wied­nio ele­ganc­kie, odświętne ubra­nia. A nawet gotów był, choć tylko na prośbę Luizy i na krótko, zało­żyć swe­te­rek w reni­fery.

Zaraz po świę­tach temat odpły­wał w nie­byt na kolejne jede­na­ście mie­sięcy jako nie­wy­star­cza­jąco istotny, by go poru­szać. Cho­ciaż wła­ści­wie… Nie­zu­peł­nie. Luiza już kil­ka­krot­nie chciała o tym poroz­ma­wiać z mężem. Ba, nawet pró­bo­wała! Mar­cin zawsze jed­nak potra­fił zgrab­nie zmie­nić temat. Niby nie chciała naci­skać, a jed­nak… Cóż, fra­po­wało ją to coraz bar­dziej.

Teraz uznała po raz kolejny, że to nie jest dobry moment na tę roz­mowę. Śpie­szyli się prze­cież do biura, każde do swo­jego. W końcu muszę się tego dowie­dzieć! – posta­no­wiła. Nie teraz. Ale muszę.

O zaku­pach jed­nak potra­fiła roz­ma­wiać zawsze. Krótko i długo. O małych i dużych, choć wolała o tych dru­gich. Także wtedy, gdy szy­ko­wała się do pracy.

– Poje­dziesz ze mną? – zapy­tała, wyj­mu­jąc z szafy odpo­wied­nią torebkę. Osta­tecz­nie uznała, że błę­kitna od Jacqu­emusa będzie wła­ściwa, choć zasta­na­wiała się, czy nie za dużo będzie tego nie­bie­skiego. W końcu mach­nęła ręką.

W ogóle kostium w kolo­rze bła­wat­ków to nie był strój ade­kwatny do listo­pa­do­wego dnia. Jasne kolory zare­zer­wo­wane były prze­cież na lato, ale Luiza miała taką awer­sję do listo­pa­do­wej plu­chy, że cho­ciaż w taki spo­sób kon­te­sto­wała rze­czy­wi­stość. I zaku­pami. Lub cho­ciaż roz­mową o nich. One zawsze poma­gały.

– Poje­dziesz ze mną do gale­rii? – powtó­rzyła. – Po połu­dniu?

– Mam ci pomóc w wybo­rze sukienki? – Zdzi­wił się, bo zazwy­czaj Luiza sama wybie­rała ciu­chy. I zawsze były to decy­zje tra­fione. – Bo o kre­mach nawet nie podejmę roz­mowy. Pod żad­nym pozo­rem!

– Nie. – Skrzy­wiła się, patrząc z wyrzu­tem na męża. – Sukienkę możesz co naj­wy­żej zaapro­bo­wać. Zapra­szam cię na randkę! Pój­dziemy na dyniowe latte z cyna­mo­nem.

– Fuj – odpo­wie­dział zdu­miony.

– Chcia­łam cię tylko spro­wo­ko­wać. – Luiza się zaśmiała. – Zapra­szam cię na espresso. I ewen­tu­al­nie sałatkę. Albo steka, co wolisz.

– Steka? Wie­czo­rem?

– Po robo­cie. Mam prze­cież co uczcić.

– Ten ostatni deal ci wyszedł, bez dwóch zdań.

– Dzień jak co dzień – mruk­nęła pro­wo­ku­jąco. – Czyli oka­zja jest.

– Na randkę poszedł­bym z tobą także bez powodu. Na patrze­nie w oczy zawsze jeste­śmy umó­wieni. Pocze­kam na cie­bie pod biu­rem.

– Nie – zapro­te­sto­wała łagod­nie. – Zobaczmy się na miej­scu. Przy­po­mi­nam, wcze­śniej muszę wybrać sukienkę.

– Będę o szó­stej – zgo­dził się z uśmie­chem.

– Wpół do siód­mej – zażą­dała.

– A ta sukienka to wła­ści­wie dla­czego? Chyba nie ze względu na lukra­tywny kon­trakt?

Popa­trzyła na niego z poli­to­wa­niem.

– To mia­łaby być oka­zja? Nie kpij ze mnie. Jeśli w ogóle, to kupo­wa­ła­bym coś przed nego­cja­cjami, nie po. Szu­kam kre­acji na święta. Na Wigi­lię i pierw­szy dzień świąt. W drugi zosta­niemy w domu, prawda?

Mar­cin kiw­nął głową.

– Więc potrze­buję może jesz­cze jakiejś sek­sow­nej piżamki, nie sądzisz? – kon­ty­nu­owała Luiza, pozor­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na męża.

– Zawsze – zamru­czał. – Choć wła­ści­wie… Jak dla mnie to piżamka zupeł­nie nie jest potrzebna.

Uśmiech­nęli się do sie­bie.

– Naprawdę musimy spę­dzać święta z tym całym zamie­sza­niem? – ode­zwał się po chwili Mar­cin. – Z cho­inką, pre­zen­tami, lamp­kami… Prze­cież to kicz i zawra­ca­nie gitary.

– Jesz­cze nauczę cię cie­szyć się świę­tami, zoba­czysz – zade­kla­ro­wała twardo. – I tak, będziemy je spę­dzać ze wszyst­kimi nie­zbęd­nymi cere­mo­niami. Bo tak jest pięk­nie!

Cmok­nęła go w poli­czek, wsu­nęła stopy w szpilki i już jej nie było.

A punk­tu­al­nie o osiem­na­stej trzy­dzie­ści zadzwo­niła do męża, by przy­szedł do sklepu, w któ­rym wła­śnie prze­glą­dała się w lustrze. Decy­zja zapa­dła, Mar­cin o tym wie­dział. Miał ją po pro­stu zaapro­bo­wać. Co zresztą uczy­nił z wysma­ko­waną satys­fak­cją.

Choć jego kariera roz­wi­jała się spo­koj­niej niż Luizy, zarobki też miał spek­ta­ku­larne. Nie spy­tał zatem o cenę, po pro­stu nasta­wił się na dozna­nia este­tyczne. I się nie zawiódł.

Luiza wyglą­dała osza­ła­mia­jąco w dopa­so­wa­nej sukience przed kolano, z łód­ko­wym dekol­tem i ręka­wem trzy czwarte. Czer­wony mate­riał w kratkę z błysz­czącą nitką sta­wiał ją w rzę­dzie kre­acji na spe­cjalne wyj­ście. Poza tym w tej kiecce wszystko było eks­tra – szy­cie, dopra­co­wany fason, wykoń­cze­nie każ­dej nitki. Naj­bar­dziej efek­towna była cena, ale tej Mar­cin, z pre­me­dy­ta­cją zresztą, nie oglą­dał.

– Do świąt jesz­cze ponad mie­siąc – zauwa­żył tylko, gdy eks­pe­dientka pako­wała zakupy. Luiza nie pozwo­liła mu, oczy­wi­ście, zapła­cić. – Dla­czego już kupu­jesz kieckę?

– Bo to jest oka­zja, która wymaga szcze­gól­nych przy­go­to­wań.

Mar­cin prze­wró­cił oczami. Luiza pokrę­ciła głową i pocią­gnęła go za rękę. Wyglą­dało to dosyć zabaw­nie. Babka w ele­ganc­kim błę­kit­nym kostiu­mie, na błę­kit­nych zamszo­wych szpil­kach i z dopa­so­waną kolo­ry­stycz­nie, drogą torebką, cią­gnęła za sobą niczym nie­grzecz­nego dzie­ciaka przy­stoj­nego męż­czy­znę z trzy­dnio­wym, wypie­lę­gno­wa­nym zaro­stem, w mar­ko­wym gar­ni­tu­rze i zawią­za­nym pod szyją w gruby węzeł sto­no­wa­nym, jedwab­nym kra­wa­cie. Trudno było dociec, jakie odgry­wali role.

A oni po pro­stu byli sobą. Zako­chana para, któ­rej wszystko w życiu się uda­wało. Nic nie stało na prze­szko­dzie ich miło­ści. Mieli piękny dom. Na niczym nie musieli oszczę­dzać. Wspie­rali ich rodzice Luizy i matka Mar­cina, bo ojciec zmarł wiele lat temu. Wyko­ny­wali pre­sti­żową, dobrze płatną pracę. Podró­żo­wali.

Życie ide­alne.

I ten wie­czór też taki był. Usie­dli w nie­wiel­kiej knajpce nie­da­leko gale­rii. Pro­wa­dził ją eks­pre­syjny Włoch, który mówił rów­nie wiele, jak gesty­ku­lo­wał. Nawet nie musiał pytać, co podać. Od razu wje­chała na stół karafka bez­al­ko­ho­lo­wego wina i pół­mi­sek z uło­żo­nymi na lodzie świe­żymi ostry­gami. Obok w miseczce zaser­wo­wano sos migno­nette.

– A to nie jest fran­cu­ski sos? – zdzi­wiła się Luiza.

– Fran­cuzi? – wykrzyk­nął egzal­to­wa­nie wła­ści­ciel restau­ra­cji. – Fran­cuzi – dodał jesz­cze z poli­to­wa­niem. – Oni to się mogą od nas uczyć. Włosi to się znają na kuchni, ot co! A ten sos to moja spe­cjal­ność. Mamy tutaj doda­tek, o jakim Fran­cuzi mogą tylko poma­rzyć. Limonka i odro­bina miodu, poezja! – W tym momen­cie pochy­lił się teatral­nie nad ich sto­li­kiem. – A ostrygi z dzi­siej­szej dostawy. Takich nie zje­cie w całej War­sza­wie!

– Dla­tego zawsze przy­cho­dzimy do cie­bie, Fran­ce­sco!

– I u mnie zawsze zje­cie naj­le­piej! Naj­le­piej!

Kiedy wła­ści­ciel odszedł, Mar­cin chwy­cił rękę Luizy.

– Naj­le­piej to jest z tobą. Nie­ważne gdzie.

Uśmiech­nęła się głasz­cząc go po ręce.

– W pełni się zga­dzam. Ale jeśli mam wybór, wolę patrzeć ci w oczy w ele­ganc­kim miej­scu i z wyra­fi­no­wa­nym jedze­niem na stole. Masz coś prze­ciwko?

– Ni­gdy i nic. Byle z tobą.

Rozdział 2.

Boże Naro­dze­nie

Zawią­zu­jąc muchę, Mar­cin szpet­nie zaklął. Niby już się przy­zwy­czaił, ten dress code po pro­stu obo­wią­zy­wał u teściów na wszyst­kich uro­czy­sto­ściach, i już. Wią­za­nia muchy jed­nak wciąż nie mógł się nauczyć. Niby pro­sta sprawa, wła­ści­wie zwy­czajna kokarda, ale jakoś Luizie zawsze to lepiej wycho­dziło.

Teraz też tak było.

– Daj, pomogę – powie­działa z uśmie­chem.

– Dla cie­bie to tylko kilka ruchów dłońmi, ja się zawsze mor­duję niczym mrówka cią­gnąca worek bry­lan­tów. – Mar­cin wes­tchnął ciężko.

– Podoba mi się twoje porów­na­nie – prych­nęła roz­ba­wiona. – Dia­monds are the girls’ best friends.

– Polne kamie­nie nie byłyby prze­cież atrak­cyjne.

– Nie­oszli­fo­wane bry­lanty też nie są piękne – zauwa­żyła i par­sk­nęła śmie­chem.

– Ale poten­cjał w nich ciut więk­szy. Poza tym, nie mógł­bym obra­żać mojej żony pospo­li­tymi kamul­cami.

– A bry­lan­tami możesz bez żad­nych skru­pu­łów. Już.

– Mówi­łem. Trzy­dzie­ści sekund i po spra­wie. A ja pró­bo­wa­łem już z pięt­na­ście minut.

– Po pro­stu kobiety mogą wię­cej.

– Zawsze to powta­rzam. A poza tym nie powie­dzia­łem ci jesz­cze, że osza­ła­mia­jąco wyglą­dasz.

Ciem­no­sza­fi­rowa suk­nia z żakar­do­wego atłasu, dopa­so­wana na górze i lekko roz­klo­szo­wana dołem, była pierw­szym i jakże traf­nym wybo­rem Luizy. Na kolejne dni miała przy­go­to­wane kre­acje z bor­do­wego aksa­mitu i kre­mo­wego jedwa­biu. Plany słod­kiego tête-à-tête w pierw­szy dzień świąt pokrzy­żo­wało przy­ję­cie, na któ­rym zale­żało matce. Czer­wona sukienka w kratkę z błysz­czącą nitką osta­tecz­nie cze­kała na inną oka­zję. Może czy­jeś uro­dziny? Piżamka zaś nie musiała cze­kać. Miała się przy­dać, choć nie dru­giego dnia świąt, ale zaraz po nich.

Kobieta z sze­ro­kim uśmie­chem dobie­rała teraz dodatki, a z jesz­cze szer­szym chwilę wcze­śniej przy­jęła od Mar­cina pudełko prze­wią­zane błysz­czącą wstą­żeczką. Suge­stia o ide­al­nym wisiorku ze sporą perłą i kil­koma drob­nymi bry­lan­tami została przez jej męża zbyta mil­cze­niem. Teraz jed­nak biżu­te­ria dys­kret­nie poły­ski­wała na dekol­cie kobiety. I zna­ko­mi­cie kom­po­no­wała się z suk­nią.

Luiza spoj­rzała na swoje odbi­cie. Maki­jaż też pre­zen­to­wał się nie­na­gan­nie. Podob­nie jak fry­zura. Wiza­żystka i fry­zjerka spra­wiły się zna­ko­mi­cie. Kok wyglą­dał nie­zwy­kle ele­gancko. Wręcz wyra­fi­no­wa­nie.

Pocią­gnęła męża za rękę i oby­dwoje sta­nęli przed lustrem.

– Para ide­alna – skwi­to­wała z zado­wo­le­niem. Zer­k­nęła na zega­rek. Tak­sówka już zapewne pod­je­chała. – Pośpieszmy się – powie­działa łagod­nie. Spóź­nie­nie na wigi­lijną kola­cję do willi jej rodzi­ców nie wcho­dziło w rachubę.

Doje­chali w ciągu dwu­dzie­stu kilku minut. Wyjąt­kowo szybko, byli zatem ciut przed cza­sem. Przy­wi­tała ich w drzwiach gospo­sia, ta sama od wielu lat, z którą dziew­czyna była wręcz zaprzy­jaź­niona. Wyści­skały się. Luiza wrę­czyła jej pre­zent, pięk­nie zapa­ko­waną mar­kową apaszkę, jedyną paczuszkę, jaką ze sobą przy­wio­zła. Wszyst­kie pozo­stałe pre­zenty poprzed­niego dnia ode­brał szo­fer, teraz leżały już pod cho­inką. W nie­któ­rych przy­pad­kach opa­ko­wa­nia były trzy razy więk­sze od pre­zentów, ale prze­cież wszystko musiało wyglą­dać.

Przez drzwi widzieli wnę­trze jadalni. Stół nakryty śnież­no­bia­łym obru­sem, gęsto wyha­fto­wa­nym riche­lieu, kre­mową por­ce­lanę ze zło­co­nymi brze­gami, szla­chet­nie poły­sku­jącą w dys­kret­nym oświe­tle­niu. Bor­dowe ser­wetki, wypo­le­ro­wane sztućce, bogate deko­ra­cje… Wszystko było gotowe. Także przy­stawki poroz­sta­wiano już na stole. Na pół­mi­skach, pate­rach, tacach, w misach.

– A gdyby poja­wił się nie­ocze­ki­wany wędro­wiec, to na pewno nie zabrak­nie dla niego jedze­nia – mruk­nęła Luiza.

Mar­cin także skie­ro­wał wzrok w tamtą stronę.

– A gdyby poja­wił się pułk nie­ocze­ki­wa­nych wędrow­ców, to każdy by wyszedł naje­dzony – dodał Mar­cin.

– Myślę, że nie byliby w sta­nie wszyst­kiego zjeść – skwi­to­wała Luiza cicho. Gło­śno zaś dodała: – Jak zawsze wygląda to wspa­niale.

Gospo­sia uśmiech­nęła się deli­kat­nie.

– Kuch­nia pra­cuje od ponad mie­siąca – powie­działa uprzej­mie.

– To chyba… co nieco zdą­żyło się zepsuć? – zauwa­żył Mar­cin.

Gospo­sia spu­ściła głowę. Nie wypa­dało jej prych­nąć ze śmie­chu, a miała na to wielką ochotę.

– Nie­zu­peł­nie – odpo­wie­działa z powagą. – Wtedy przy­go­to­wu­jemy zaczyn na pier­nik. Musi pole­żeć, by doj­rzeć, a upie­czony według sta­ro­pol­skiego prze­pisu powi­nien odpo­czy­wać kilka tygo­dni, by zmięk­nąć i nabrać pełni smaku. Choć, oczy­wi­ście, więk­szość potraw przy­go­to­wu­jemy w ostat­nich dwóch dniach przed wie­cze­rzą. Zapew­niam, że wszystko jest świeże.

Luiza nie wytrzy­mała.

– Ty to potra­fisz pal­nąć – stwier­dziła roz­ba­wiona.

– Powia­do­mię pani rodzi­ców – stwier­dziła gospo­sia, odwra­ca­jąc się.

– Pani? – wyszep­tał Mar­cin. – Prze­cież ona cię prak­tycz­nie wycho­wała?

– Mówi do mnie po imie­niu, kiedy jeste­śmy same.

– Jestem twoim mężem! – Mar­cin prze­wró­cił oczami.

– Dla niej jesteś przy­by­szem z zewnątrz. W naszym domu w ludz­kich żyłach krąży dys­kre­cja zamiast krwi.

– Niby o tym wiem, a wciąż to dla mnie nie­praw­do­po­dobne.

– Chcia­ła­bym powie­dzieć, że przy­wyk­niesz, ale już tracę nadzieję.

– To dobrze – wyszep­tał. – Bo nie chcę, żeby nasz dom tak wyglą­dał.

Pokrę­ciła głową i pocią­gnęła męża do salonu. Na jadal­nię przyj­dzie jesz­cze czas.

Mar­cin spo­dzie­wał się widoku, a jed­nak – jak zawsze – się zdu­miał. Cho­inka przy­po­mi­nała tę z waszyng­toń­skiego Bia­łego Domu, zarówno wiel­ko­ścią, jak i deko­ra­cjami. Nie­po­li­czalne świa­tełka, czer­wone kokardy, złote bombki. Wszystko roz­wie­szone syme­trycz­nie, ide­al­nie. Z pew­no­ścią przy­go­to­wane przez deko­ra­tora wnętrz. Prze­cież nikt w tym domu nie miał aż takiego wyczu­cia! I szkoda rąk… Kłu­jące igły mogłyby pory­so­wać deli­katną skórę dłoni pani domu. No i czasu też szkoda. Skoro pracę może wyko­nać ktoś inny? Niech ją wykona. Mar­cin wciąż nie potra­fił do takiego stylu życia przy­wyk­nąć, choć nauczył się już nie komen­to­wać.

Pod cho­inką leżały arty­stycz­nie uło­żone pre­zenty, w błysz­czą­cych papie­rach, z kokar­dami dopa­so­wa­nymi kolo­ry­stycz­nie do tych umo­co­wa­nych na drzewku. Luiza dostrze­gła, że nawet upo­minki przy­go­to­wane przez nią zostały w ten spo­sób przy­stro­jone. Wes­tchnęła, choć wła­ści­wie nie powinna być zdzi­wiona. Prze­cież jej matka była per­fek­cjo­nistką. Prze­cież tak było zawsze, odkąd pamię­tała. Prze­cież w takim domu wyro­sła… i była do tego przy­zwy­cza­jona. A czy chciała, by jej dom wyglą­dał tak samo?

Wła­ści­wie nie… ale nie bar­dzo potra­fi­łaby sobie wyobra­zić, jak miałby wyglą­dać.

Matka i ojciec Luizy zeszli na dół po kilku minu­tach.

– Jeste­śmy tro­chę wcze­śniej… – Luiza zaczęła od tłu­ma­cze­nia się.

– Ależ prze­cież to jest wasz dom – stwier­dziła jowial­nie matka. – Może­cie tu przy­jeż­dżać, kiedy chce­cie, nawet i bez zapo­wie­dzi.

Aku­rat – pomy­ślał Mar­cin, uśmie­cha­jąc się.

– Cze­kamy jesz­cze na kogoś? – zacie­ka­wiła się Luiza. A widząc unie­sione pyta­jąco brwi matki, dodała: – Nakryte jest dla ośmiu osób.

– A tak, oczy­wi­ście – odpo­wie­działa matka. – Będzie bab­cia, co natu­ralne, bez wąt­pie­nia. I spo­dzie­wamy się jesz­cze sio­stry ojca z synem. No i zbłą­kany wędro­wiec.

– Jasne – odpo­wie­działa Luiza, krzy­wiąc się.

Mar­cin rozu­miał jej minę. Też nie lubił ciotki i kuzyna swo­jej żony. Ona była zawsze nabz­dy­czona, a syna­lek ni­gdy nie wycho­dził z roli roz­piesz­czo­nego bachora. Luiza opo­wia­dała, że kiedy byli młodsi, zda­rzało mu się poka­zy­wać ludzką twarz, ale czas na bycie miłym w życiu chło­paka chyba minął. Wiele lat temu.

– Cie­szę się, że was widzę – ode­zwał się w końcu senior rodu. Suro­wym tonem, jak zwy­kle.

– Witaj, tato.

Mar­ci­nowi wyda­wało się, że Luiza za chwilę dygnie. Nie było jed­nak czasu na roz­my­śla­nia. U drzwi wej­ścio­wych zadźwię­czał gong, ktoś otwo­rzył drzwi. Goście poja­wili się w salo­nie, czy­niąc har­mi­der i raban. Powi­ta­nia, poca­łunki w powie­trzu, wykrzyk­niki pełne emfazy. Jak pięk­nie wyglą­dasz, jaki wspa­niały wystrój, cudow­nie, dosko­nale, świet­nie, wyśmie­ni­cie.

Mar­cin pomy­ślał, że zaraz go zemdli od nad­miaru lukru, ale prze­sta­wił się na men­talny tryb „zwie­rzę socjalno-towa­rzy­skie”, w któ­rym zamie­rzał funk­cjo­no­wać przez naj­bliż­sze godziny. Dzięki temu potra­fił każdy gry­mas i komen­tarz brać za dobrą monetę. Ina­czej bym zwa­rio­wał – prze­mknęło mu przez głowę i uśmiech­nął się sze­roko.

Prze­trwał wszystko. Opła­tek, życze­nia, uśmie­chy. Poma­gała mu w tym myśl, że matka Luizy kie­dyś była zwy­czajną nasto­latką z nie­zbyt zasob­nego domu. Nie, to wła­ści­wie nie­prawda. Z bied­nego domu. Lub nawet bar­dzo bied­nego. Taki Kop­ciu­szek oże­niony z księ­ciem, tylko w realu. Wże­niła się w mają­tek chło­paka, który na jej punk­cie osza­lał. Podobno ojciec Luizy od zawsze był grzeczny. Od nie­mow­laka prze­cho­dził jakże sku­teczny tre­ning kar­no­ści i rygor pły­nął w jego żyłach zamiast krwi. Był po pro­stu posłuszny i uło­żony. Świetny uczeń. Ukoń­czył pod­sta­wową szkołę muzyczną na dwóch instru­men­tach. Brał udział w tur­nie­jach tenisa, zdo­by­wa­jąc nawet nagrody. Grał w golfa. Mówił płyn­nie w trzech języ­kach obcych. Kła­niał się wszyst­kim sąsia­dom, jeśli aku­rat któ­ryś go doj­rzał zza szyb limu­zyny. Potra­fił popro­wa­dzić każdy small talk, zacho­wać się w towa­rzy­stwie… Syn ide­alny. I tylko ta dziew­czyna, jakby go zacza­ro­wała. Tak przy­naj­mniej kie­dyś opo­wia­dała bab­cia Luizy, choć Mar­cin nie był pewien, na ile była to praw­dziwa histo­ria. Star­sza pani spra­wiała wtedy wra­że­nie mocno wsta­wio­nej, a w tych krę­gach prze­cież nikt się ni­gdy nie upi­jał.

Choć wła­ści­wie – jakie miało to znacz­nie? Może naprawdę się ubz­dryn­go­liła. I w jej opo­wie­ści ojciec Luizy uparł się i posta­wił wszystko na jedną kartę. Ta albo żadna, i już.

Babka Luizy ustą­piła. Uznała, że kie­dyś mu przej­dzie. Zanim to jed­nak nastą­piło, kobieta prze­ko­nała się do dziew­czyny. Oka­zała się nie tylko miła, ale też bystra. Bły­ska­wicz­nie zro­zu­miała, gdzie jej miej­sce, jak powinna się zacho­wy­wać, czego nie mówić i jak postę­po­wać. I zanim doszło do oświad­czyn, star­sza pani już była zako­chana w przy­szłej narze­czo­nej syna tak samo jak on sam. I wtedy nie było już moż­li­wo­ści, by cokol­wiek sta­nęło mło­dym na dro­dze. Ow­szem, została pod­pi­sana inter­cyza, ale chyba bar­dziej dla for­mal­no­ści. Nikt z boga­tej rodziny nie wie­rzył, żeby dziew­czyna wycho­dziła za mąż dla majątku. Dla­tego umowa mał­żeń­ska została zawarta na czas okre­ślony. Po dwu­dzie­stu latach tra­ciła waż­ność.

Mar­cin dowie­dział się tego dopiero nie­dawno i aż się sze­roko uśmiech­nął. Widocz­nie dwu­dzie­sto­let­nie inter­cyzy w tej rodzi­nie to codzien­ność każ­dego mał­żeń­stwa – pomy­ślał wtedy.

Ten okres dla rodzi­ców Luizy minął dawno temu, a wciąż pozo­sta­wali zgodną parą. Matka Luizy na­dal była żoną tego samego męża. Zno­siła wszystko z dumą i spo­ko­jem, niczym kró­lowa angiel­ska. Była po pro­stu na swoim miej­scu. Nie bez zna­cze­nia pozo­sta­wał fakt, że kobieta sub­tel­nie włą­czyła się w inte­resy męża. Naj­pierw nie­ofi­cjal­nie, potem wprost nad­zo­ru­jąc dział admi­ni­stra­cji. Była prze­cież inte­li­gentna i wykształ­cona, nie zamie­rzała być panią domu na cały etat.

Nestorka rodu zaak­cep­to­wała synową, jej córka wciąż jed­nak uwa­żała bra­tową za niż­szy sort i dawała temu wyraz. Matka Luizy miała to jed­nak gdzieś. Od czasu do czasu jeź­dziła w rodzinne strony, nad Bie­brzę, do domu swo­jej babci, która nad­ludz­kim wysił­kiem swoją córkę wysłała do sto­licy, na stu­dia. Po latach, gdy bab­cia już dawno zamiesz­ki­wała raj­skie kra­iny, matka Luizy wyre­mon­to­wała skromny domek, zacho­wu­jąc jego dawny, pro­sty cha­rak­ter. Mało kto o nim wie­dział, jedy­nie naj­bliż­sza rodzina. Bywały tam tylko ona i Luiza. Cho­dziły nad Bie­brzę wtedy, kiedy potrze­bo­wały ciszy i odde­chu. Takie miej­sce odosob­nie­nia, do któ­rego nie można było tra­fić przy­pad­kowo.

Mar­cin tęsk­nił za taką pustel­nią pod­czas tej ele­ganc­kiej wigi­lij­nej kola­cji, choć nie miał poję­cia, że ona ist­nieje. Zno­sił przy­tyki ciotki swo­jej żony, zno­sił jej roz­wy­drzo­nego synalka, który choć miał pra­wie trzy­dziestkę na karku – wciąż zacho­wy­wał się jak chły­stek. A może po pro­stu nim był. Roz­wy­drzo­nym smar­ka­czem.

Mar­cin nie paso­wał do tego świata i nie miał cier­pli­wo­ści do rodzin­nych gie­rek. Znów uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi świąt Bożego Naro­dze­nia. Każda chwila w domu teściów utwier­dzała go w tym prze­ko­na­niu.

Rozdział 3

Wró­cili do domu tuż po dwu­dzie­stej trze­ciej. Atła­sowa suk­nia wygnio­tła się bar­dziej, niż powinna, a żakar­dowy wzór wcale tego nie ukrył. Nie omiesz­kała tego wytknąć ciotka Luizy. Z uda­waną tro­ską zmarsz­czyła czoło i stwier­dziła:

– Kolor, ow­szem, nawet dość ładny, ale… coś chyba się temu pro­jek­tan­towi nie udało? Chyba nic wię­cej u niego nie kupisz?

Luizę oczy­wi­ście dopro­wa­dziło to do wście­kło­ści, któ­rej jed­nak nie mogła oka­zać. Posta­no­wiła w naj­bliż­szym cza­sie zro­bić u tego pro­jek­tanta więk­sze zakupy, tylko omi­jać atłas. Nie mogąc roz­ła­do­wać roz­draż­nie­nia, wypiła dusz­kiem wino i pod­sta­wiła Mar­ci­nowi kie­li­szek do uzu­peł­nie­nia.

On też tego wie­czoru, wyjąt­kowo, nie uni­kał alko­holu. Wpraw­dzie nie pił wina, za to nie odma­wiał teściowi, który raczył sie­bie i dwóch gości płci męskiej wyra­fi­no­wa­nymi konia­kami i brandy. Uwa­żał, że whi­sky są dla plebsu, zbyt pro­stac­kie dla jego pod­nie­bie­nia. Nawet te naj­droż­sze.

Mar­cin nie był przy­zwy­cza­jony do moc­nych trun­ków, a wła­ści­wie do żad­nych napo­jów wysko­ko­wych, więc szybko zaczął śmiać się głup­ko­wato, co jesz­cze bar­dziej ziry­to­wało Luizę. Nie mogła jed­nak wziąć męża za rękę i po pro­stu wypro­wa­dzić z rodzin­nego domu, więc popro­siła go o pomoc „z zam­kiem sukni”. Nikt nie zro­zu­miał, o co cho­dzi, Mar­cin też nie, a nawet ona sama nie wie­działa, co się za chwilę wyda­rzy. Nie wypa­dało jed­nak pytać. A gdy weszli na pię­tro, do jej byłego pokoju, który wciąż zresztą trwał w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, Luiza naj­pierw chwy­ciła męża za obie dło­nie, potem je puściła, unio­sła wła­sne ręce i spo­licz­ko­wała męża. Wła­ści­wie chciała spo­licz­ko­wać, bo w ostat­niej chwili zatrzy­mała ruch. Prze­moc była jej tak obca, że po pro­stu nie potra­fiła kogoś ude­rzyć.

– Masz natych­miast wytrzeź­wieć! – zażą­dała.

– Ja? – zdzi­wił się z pijac­kim uśmiesz­kiem.

– Ty.

– Ja w ogóle nie jestem pijany.

Zaci­snęła zęby i znów unio­sła ręce. Tym razem opu­ściła je na policzki męża. Deli­kat­nym ruchem, który nie mógł nawet przy­po­mi­nać ude­rze­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki