Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2004

Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych ebook

Irena Domańska-Kubiak  

4.52941176470588 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych - Irena Domańska-Kubiak

XIX wiek: dwa powstania, dwa zrywy, które miały przynieść Polsce utraconą wolność. Nie przyniosły, za to zaowocowały gromadną emigracją oraz licznymi represjami zaborców: zsyłką, konfiskatami dóbr, kontrybucjami podcinającymi gospodarcze podstawy istnienia majątków szlacheckich...

Opinie o ebooku Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych - Irena Domańska-Kubiak

Fragment ebooka Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych - Irena Domańska-Kubiak

OPRACOWANIE GRAFICZNE ANDRZEJ BARECKI

REDAKCJAMARIA MAGDALENA MATUSIAK

KOREKTAANNA SIDOREK

ZDJĘCIA NA OBWOLUCIE I W KSIĄŻCE POCHODZĄ ZE ZBIORÓW JANUSZA PRZEWŁOCKIEGO, TADEUSZA JEŁOWICKIEGO, TOMASZA MAŃKOWSKIEGO ORAZ AUTORKI

WYDANIE I

COPYRIGHT © BY IRENA DOMAŃSKA-KUBIAK, 2004

COPYRIGHT © BY WYDAWNICTWO ISKRY, WARSZAWA 2004

ISBN 978-83-244-0285-4

WYDAWNICTWO ISKRY

UL. SMOLNA 11, 00 375 WARSZAWA

DZIAŁ HANDLOWY: TEL./FAKS (22) 827 33 89

E-MAIL:ISKRY@ISKRY.COM.PL

WWW.ISKRY.COM.PL

konwersja.virtualo.pl

mojemu Ojcu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Raj utracony

Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny!

Jak świat jest boży, tak on był nasz własny!

Jakże tam wszystko do nas należało,

Jak pomnim wszystko, co nas otaczało;

Od lipy, która koroną wspaniałą

Całej wsi dzieciom użyczała cienia

Aż do każdego strumienia, kamienia,

Jak każdy kątek ziemi był znajomy

Aż po granicę, po sąsiadów domy!

A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Epilog, ww. 79-87

Te słowa to wspomnienie człowieka oddalonego od rodzinnych stron tak w czasie, jak i w przestrzeni. To samo myślały i czuły całe pokolenia Polaków, którzy z różnych przyczyn musieli opuścić swoje domy.

Wielka Emigracja 1831 roku to osiem do dziewięciu tysięcy osób, w trzech czwartych szlachty, ludzi, którzy musieli wyjechać z kraju w obawie przed carskimi represjami popowstaniowymi. Większość z nich spędziła resztę życia na obczyźnie, nie przestając jednak nigdy tęsknić za domem rodzinnym. Ta sama sytuacja powtórzyła się ponad trzydzieści lat później, po powstaniu styczniowym. Wtedy właśnie umocnił się do dziś niewygasły mit dworu. Lata sześćdziesiąte XIX wieku to jednocześnie czas narodzin nowoczesnej prozy realistycznej. Zarówno w powieściach, jak i w pamiętnikach sprawy powstania, a później wyrzucenia z domu są osią wszystkich innych zdarzeń; powstanie było punktem zwrotnym w życiu wielu rodzin, które traciły bliskich, a zaraz potem majątki. Po klęsce już nic nie mogło być tak jak przedtem.

Czas powstania to okres, w którym gospodarze, zajęci innymi sprawami, nie dbali o zasiewy czy inwentarz. Mężczyźni odchodzili do oddziałów powstańczych, odsyłano tam konie i zaopatrzenie. Wojsko w lesie potrzebowało prowiantu oraz mnóstwa przedmiotów do przetrwania i walki. Żołnierze rosyjscy rekwirowali na swoje potrzeby wszystko, co wpadło im w ręce, a po nich przychodziły grupy głodnych powstańców, którzy wymiatali resztki. Niektórzy właściciele majątków uciekali do miast, co powodowało jeszcze szybszą rujnację ich domów. Tych, którzy zostali, wciągał wir wydarzeń, bez względu na to, czy tego chcieli, czy nie. Czyż można było, na przykład, nie przyjąć pod swój dach obrońcy ojczyzny, który nie dość, że był głodny i pozbawiony domu, to jeszcze niejednokrotnie krwawił i musiał ukrywać się przed prześladowaniem? Nad takimi pytaniami nikt się nawet nie zastanawiał, toteż po upadku powstania władze carskie zawsze znajdowały pretekst do konfiskaty majątku.

Na właścicieli ziemskich, którym udało się pozostać we dworach, rząd carski nałożył ogromne, latami spłacane kontrybucje. Jednocześnie uwłaszczono chłopów. Wszystko to podcięło podstawy gospodarcze majątków szlacheckich, a kiedy doszedł do tego ogólny kryzys oraz światowy spadek cen zbóż, klęska materialna wielu dworów została przesądzona. Carat wyjątkowo skutecznie uderzył w słaby punkt szlachty, tej niepokornej warstwy społecznej, która sprawiała mu najwięcej kłopotów i powodowała ciągłe zamieszanie w imperium. Uderzył w podstawę ekonomiczną dworów z dwóch stron – przez kontrybucje i przez pozbawienie darmowej siły roboczej. Zmieniona sytuacja wymagała od ziemian przestawienia się na inny tryb gospodarowania, w którym chłopa trzeba było nie tylko wynagradzać za pracę, ale jeszcze często namawiać go, aby w ogóle się do niej zabrał.

DZIEDZIC, DZIEDZICZKA, PANICZE I PANIENKI, CZYLI PO PROSTU RODZICE I DZIECI. SAHINKA NA PODOLU

Konieczne okazało się przewartościowanie ideału szlachcica. Aby przetrwać, musiał on oszczędzać, poprzestawać na małym i rezygnować z wielu zbytków, do których przywykł w dzieciństwie. W mowach pogrzebowych tamtego czasu wśród zalet wychwalających dobrego obywatela wymienia się oprócz patriotyzmu i religijności takie cechy, jak skrzętna praca i oszczędność, utrzymanie i pomnażanie rodowego majątku oraz dbałość o los włościan. Wielu, zwłaszcza wykształconych i majętniejszych, sprostało temu trudnemu zadaniu i jeszcze przez parę pokoleń pozostali w swoich domach.

Ci, którzy nie potrafili gospodarować w nowych warunkach i żyć oszczędniej, w końcu sprzedawali zadłużone majątki i osiedlali się w mieście, gdzie próbowali funkcjonować zgodnie ze starymi zwyczajami. Im bardziej czuli się wysadzeni z siodła, tym silniej starali się przekazać dzieciom tradycje rodzinne i wspomnienie opuszczonego domu. Do tego dochodził kompleks i poczucie winy, że oddali rodzinne gniazdo w obce ręce. Utracone dwory przybierały w ówczesnej literaturze symboliczną postać utraconej ojczyzny, jak na przykład w wierszu Pługa:

Nędzarz, włóczęga, z błaganiem żebraczem

U murów zamku mych praojców stoję

I pierś mi wzbierajękami i płaczem,

Bo już nie moim dziś to gniazdo moje! (…)

Biada mej głowie! I wam wszystkim biada,

Którzy podobnym podążacie szlakâem.

Bo kto puściznę ojczystą postrada,

Jak ja nędzarzem będzie i żebrakciem,

A choć się spotka z lepszych losów gwiazdą,

Dawnego szczęścia nigdy nie odpyta,

I nigdy dusza w nim nie będzie syta,

Bo ją rodzinne tylko żywi gniazdo!

A. Pług, U straconego gniazda ojczystego

Dwór wspominany w takiej atmosferze podlegał idealizacji, utrwalał się jego stereotyp. Niegdysiejszy dom jawił się jako oaza ładu, dostatku i spokoju wbrew wszelkim okolicznościom zewnętrznym. Podkreślano takie cechy jego mieszkańców, jak prostota, gościnność, poszanowanie tradycji, wierność Bogu i ojczyźnie. Oprócz przywoływania obrazu wiejskiej sielanki dwór odgrywał też rolę placówki obronnej. Zgodnie z tradycją rycerską była to gotowość szlachty nie tylko do bohaterskich zrywów patriotycznych, ale i do utrwalania polskości na co dzień. Taki wizerunek dworu pielęgnowało wiele pokoleń Polaków i znajdowało jego potwierdzenie w lekturze Pana Tadeusza. Soplicowo wcielało ten stereotyp w stopniu niemal doskonałym. Pod wpływem tego utworu w XIX-wiecznej literaturze pojawiło się wielu obywateli ziemskich zachowujących sarmackie obyczaje i łączących wojaczkę z pracą na roli. Ten idealny, wzorcowy ziemianin miał być dobrym gospodarzem, nie ulegać przesądom stanowym, a w razie potrzeby skutecznie występować przeciwko wrogom ojczyzny.

W powieściach z przełomu XIX i XX wieku pojawiały się dodatkowo nowe motywy. Bohater – szlachcic, Polak i katolik – całym życiem dowodził, że jedynie praca na roli, w bliskim kontakcie z przyrodą, zapewnia spokój, pogłębia głęboką, tradycyjną religijność, a dwór stanowi jedyną i najpewniejszą ostoję polskości. Aż do ostatniej wojny był on symbolem patriotyzmu i trwania, a także miejscem gromadzenia pamiątek narodowych i kultywowania tradycji.

Po klęsce powstania styczniowego wiele posiadłości zostało skonfiskowanych przez władze. Właściciele innych opuścili je w parę lat potem z powodu bankructwa. Wyrugowani z majątków ziemianie obdarzali uczuciem dwory cudze; często dzierżawione przez siebie lub rodziców, czasem dwory krewnych, przyjaciół lub miejsca, w których spędzali wakacje. Znajdujemy takie sytuacje w literaturze, na przykład opisane w Nocach i dniach przywiązanie Bogumiła Niechcica do Serbinowa, który był jego miejscem pracy, a także we wspomnieniach – Stefan Żeromski, wówczas uczeń gimnazjum, umieścił w swoich Dziennikach następujący passus dotyczący dworu dzierżawionego przez jego ojca: „Księżyc kąpie się w wodzie. Kontury dworku naszego tak się cudownie, otulone w lip ramiona, od zachodniego słońca odbijały, żem go nie poznał. Uczułem, jak bardzo miejsce to kocham, że miłość do tego gniazda mojego jest niezmierzoną”.

W opozycji do miasta wieś stała się symbolem życia szczęśliwego, zgodnego z prawami natury, niezależnego w swej samowystarczalności. Nawet ziemianie mieszkający na stałe w mieście uważali, że „u siebie” są tylko na wsi. Chodziło zarówno o sposób zamieszkiwania, jak i o ludzi mających podobne poglądy i system wartości, wśród których sami czuli się naprawdę dobrze. Ich stosunek do tych spraw świetnie wyraża Maria Rodziewiczówna w powieści Wrzos: „Pan Bóg zrobił wieś i dwór, a czarny kamieni nawłóczył, pobudował miasto i w nim mieszka”.

W XX wieku nastąpiły kolejne wydarzenia, które sprawiły, że ziemianie znowu potracili swoje siedziby. Na Kresach był to czas rewolucji październikowej i wojny 1920 roku, a na pozostałym terenie okres po 11 wojnie światowej, kiedy to upaństwowiono majątki ziemskie. Wydarzenia te znalazły wyraz zarówno w literaturze, jak i pamiętnikach.

PARK

Opuszczali na zawsze swe gniazdo rodzinne – obchodzili zakątki wszystkie i żegnali takowe, żegnali sprzęty, progi, drobiazgi wszystkie.

T. T. Jeż, Dwór w Chrustowie

Gdy w 1920 roku w czasie ofensywy bolszewickiej przyjechałem do Raczkiewicz, nie zastałem tam już nikogo z rodziny. W przeddzień mojego przyjazdu wyjechali wszyscy na zachód. Dom był pusty. Obchodziłem kolejno wszystkie pokoje, żegnając się już na zawsze z domem mego dzieciństwa. W pokoju chłopców stały na półkach nienaruszone gabloty z motylami i kolekcją jaj ptasich.

B. Zaleski, Wspomnienia

Te dwa teksty powstały w odstępie stu lat, odpowiednio 1876 i 1981, a mówią dokładnie o tym samym. Wyrokiem losu opuszczanie rodzinnej siedziby stało się udziałem kilku pokoleń Polaków i na tak dużą skalę dotyczyło tylko warstwy szlacheckiej. Było to dla tych ludzi przeżycie tak traumatyczne, że świadomość wykorzenienia przekazywali w spadku dzieciom. Chcieli dla nich ocalić coś z tamtego nieistniejącego świata i pisali wspomnienia. Może dlatego właśnie większość pamiętników dotyczy życia na Kresach.

POSTACI Z RODZINNEGO ALBUMU

W kulturze szlacheckiej ziemia była nie tylko własnością i źródłem zamożności, ale  też symbolicznym potwierdzeniem tożsamości. Zaraz po wymienieniu nazwiska mówiło się, skąd się jest. Wywodzić się z jakiegoś miejsca znaczyło wskazywać na swoje związki z innymi ludźmi, z językiem i obyczajowością, z tradycjami i religią, a także z krajobrazem i klimatem. Ziemia nie tylko była własnością człowieka; człowiek należał do niej równie silnie. Chłop był do ziemi przypisany, a szlachcic „pisał się z ziemi”. Zagmatwane losy niektórych właścicieli dworów wskazują wyraźnie, że po zerwaniu kontaktu z miejscem urodzenia zupełnie nie potrafili oni znaleźć sobie miejsca w świecie.

Nie nęciły mnie kraje dalekie, kochałem swój kraj poleski, pełen uroku, bory pachnące żywicą, te puszcze zarzeczne porośnięte tak gęsto wyniosłym drzewostanem liściastym, z wijącym się dokoła pni dzikim chmielem, te jeziora większe i mniejsze, coraz to w rozległej puszczy spotykane, do których dojście w wiadomych tylko miejscach jest dostępne. Przez puszczę przechodziłajed-na tylko wąska ścieżka, po której można było iść tylko gęsiego. A jakie w tej puszczy kipiało życie! Gdy przechodziłeś ścieżką, raptem z trzaskiem i chrumkaniem pobiegło od ciebie stadko dzików. Nieco dalej dojrzało się na ścieżce stojącą klępę z małym źrebakiem. Z pobliskiego jeziora dochodziły odgłosy tysięcy swarzących się kaczek,.

Wszystko to minęło i już nigdy nie wróci.

A. Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu…

Jest oczywiste, że przeszłość oglądana z pozycji wygnańca musi być idealizowana, ale w przypadku życia szlachty doszło do hiperidealizacji. Może dlatego, że razem z dworami odeszła w niebyt kultura pewnego plemienia. Plemienia, którego członkowie wystarczali sami sobie, nie tylko żenili się między sobą, ale w ogóle wszelkie życiowe sprawy załatwiali we własnym gronie, a dzieci wychowywali tak, aby je raz na zawsze uchronić od zewnętrznych wpływów. Mieli nawet własną rodzinno-przy-jacielską gwarę i filozofię, która mówiła, że ich obowiązkiem, przeznaczeniem i szczęściem jest trwać na rodzinnej ziemi. Wszystkie ważne sprawy starali się załatwiać we własnym gronie; mało jest dokumentów z tamtej epoki, pod którymi widniałby inny podpis niż ziemianina-sąsiada. Niemal w każdym powiecie żył ktoś, oczywiście mężczyzna, o dużym autorytecie moralnym, do kogo zwracano się z prośbą o rozstrzygnięcie sporów wewnątrzrodzinnych, egzekucję testamentu, przewodniczenie radzie familijnej czy wreszcie o zwykłą radę w sprawach gospodarczych lub domowych. Ważną cechą życia ziemian była bowiem solidarność stanowa i gotowość niesienia pomocy w razie nieszczęścia. We wspomnieniach czytamy często o opiece, jaką roztaczali sąsiedzi nad wdową i jej dziećmi. W tamtych czasach śmierć częściej niż dzisiaj zabierała ludzi w sile wieku. Wdowy, zwłaszcza młode i bez doświadczenia w prowadzeniu gospodarstwa, potrzebowały pomocy. Jeśli umierający mąż zdążył poprosić przyjaciół o opiekę nad pozostawioną rodziną, to takie zobowiązanie wszyscy traktowali jak święty obowiązek. Czasem i bez tej obietnicy zaprzyjaźniony sąsiad przyjeżdżał doglądać gospodarstwa, nawet co dzień, pomimo że w swoim majątku też miał niemało pracy. Podobnie poczuwano się do odpowiedzialności za rodziny uwięzionych, zesłanych na Syberię czy zaginionych w zawierusze wojennej. Takich „kuratorów” było zazwyczaj dwóch lub trzech i solidarnie dzielili między siebie obowiązki związane z osieroconym majątkiem i rodziną. Poza decyzjami związanymi z gospodarstwem podejmowali oni ustalenia dotyczące kształcenia dzieci, ich małżeństw i dalszych losów. Wobec takich oznak przyjaźni kobieta czuła się tak bezpieczna, że nawet młoda i niedoświadczona była w stanie utrzymać majątek w swoich rękach. Poza tym działała tu zasada wzajemności – każdy z aktualnych opiekunów miał świadomość, że jego rodzina też może nieraz potrzebować pomocy. Pamiętnikarze opisują równie często przypadki sąsiedzkiej pomocy w chwilach nieszczęść, jak pożar czy klęska nieurodzaju. Pożary zdarzały się stosunkowo często, a drewniane domy płonęły błyskawicznie i doszczętnie. Przyjaciele przysyłali wtedy drewno na budowę i opłaconych ludzi do pracy. Często na jakiś czas przyjmowali pod swój dach pogorzelców, dzielili się sianem czy karmą dla zwierząt. Powszechnie pożyczali sobie pieniądze „na gębę”, bez weksli czy innych potwierdzeń. To w sposób szczególny zobowiązywało do terminowego zwrotu gotówki.

SANECZKI W KRASIŁOWIE NA PODOLU

Oczywiście kultura ziemiańska nie była zjawiskiem jednorodnym; istniała przecież całkiem uboga szlachta zaściankowa, a obok niej duże dwory mniej lub bardziej zamożne i w końcu arystokratyczne rezydencje, jakich nie powstydziłyby się najelegantsze stolice Europy. W każdym z tych miejsc życie toczyło się odmiennym trybem. Przy tym inne obyczaje panowały w różnych regionach kraju i inne prawa obowiązywały pod trzema różnymi zaborami – życie we dworach wielkopolskich wyglądało zupełnie inaczej niż na Litwie czy w Galicji. W tej książce piszę głównie o terenach pod zaborem rosyjskim i o Kresach Wschodnich. Po prostu większość autorów pamiętników, powieści i poematów pochodzi z tamtych terenów. Nie wiem, dlaczego właśnie tam ziemianie tak często i tak chętnie chwytali za pióro; może tamta ziemia w sposób szczególny nadaje się do pokochania?

Przy tym wszystkim nie można zapominać, że na początku XIX wieku właściciele ziemscy nadal korzystali z darmowej pracy chłopów, a po uwłaszczeniu musieli nauczyć się innego gospodarowania. Wielu z nich zostało wtedy zmuszonych do unowocześnienia swoich folwarków i zmniejszenia liczby zatrudnianych osób. Miało to oczywiście wpływ na styl życia, który stawał się bardziej otwarty i nowoczesny. Jedno pozostawało niezmienne – kolejne pokolenia wychowywały się pod tym samym dachem, wśród tych samych pamiątek rodzinnych, pod czujnym okiem tych samych antenatów spoglądających z portretów. Dwór zdawał się tym miejscem, w którym trwają, mimo wszelkich burz dziejowych, wciąż te same wartości i zawsze te same polskie obyczaje.

Razem z dworami zniknął na zawsze styl życia nie do odtworzenia w innym czasie i miejscu. Patriarchalny dom z zapracowanym ojcem, dziadem wspominającym młodzieńcze wojowanie, kobietami drepczącymi cały dzień po domu, by wieczorem śpiewać patriotyczne pieśni przy fortepianie, z mnóstwem służby i rezydentów zaludniających każdy kąt – oto przekazany przez literaturę obraz tego życia. Musiał mieć jakieś ciepło i magiczny urok, za którym tęsknili wygnańcy, a który do dziś promieniuje z kart ich pamiętników.

Już wjeżdżamy do alei wysokich topoli. Z dala… widać już studnię i bramę wjazdową, a jeszcze dalej zza gęstych, starych drzew wyglądają białe, okrągłe słupy ukochanego domu rodzicielskiego. Koniska wiedząc, że jest to już koniec ich pracy dzisiejszej, a być może nerwowo odczuwając pragnienie moje znalezienia się już w ramionach moich najdroższych – coraz to zwiększają tempo swojego kłusa i jak wryte stają przed gankiem. Zeskakuję z kozła i ze łzami w oczach, a radością w sercu padam w ramiona rodziców, sióstr, dziewczynek. Poza tym czule jestem witany przez cały personel domowy.

A. Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu…

Razem z owym stylem życia poznikały różne drobne szczegóły tego świata, jak, ot chociażby, róża Mareshal Niels. Nigdy jej nie widziałam, ale wiem o niej sporo, bo występuje w większości wspomnień, słyszałam też o niej od dziecka. Była to pnąca róża o mocno pachnących kwiatach herbacianego koloru, które zwisały w dół na długich ogonkach, jak „płaczące”. Kwitła w lutym. Hodowano ją w oranżeriach i przy różnych rodzinnych fetach wnoszono kwitnącą do salonu. Musiała być czymś szczególnym, skoro pamiętają o niej prawie wszyscy, którzy niegdyś zamieszkiwali dwory. Dziś, kiedy one już nie istnieją, nie spotyka się także tej odmiany róży. Być może uratowała się gdzieś w ogrodniczych kolekcjach, a może odeszła w niebyt razem z tamtą epoką.

Podejmuję próbę opisania świata, który sama znam tylko z opowieści, tak jak różę Mareshal Niels, której nigdy nie wąchałam. Nie zamierzam uciekać przed sentymentalizmem i nostalgicznym spojrzeniem wstecz, gdyż uważam, że ten sposób patrzenia przynależy do tamtej rzeczywistości. Staram się oddać mentalność tamtych ludzi, stąd taka mnogość cytatów zamieszczonych w tekście. Chciałam, by mieszkańcy dworów przemówili własnym głosem.

Nie będę pisać o chłopach, bez których żaden dwór by przecież nie istniał, ale którzy dla kultury szlacheckiej nie mieli większego znaczenia. Istnieli co prawda gdzieś poza granicami parku, ale dzieliła ich od panów ogromna przepaść cywilizacyjna. Na Kresach Wschodnich od katolickiego dworu oddzielała ich dodatkowo prawosławna religia i ruski lub litewski język. Byli jedynie terenem misyjnym, na którym panie z towarzystwa realizowały swoje filantropijne pomysły.

PRZYJACIEL RODZINY

Praca ta nie ma ambicji naukowych ani nie pretenduje do bycia kompendium wiedzy na temat ziemiaństwa kresowego. Nie zatrzymuję się też dłużej nad architekturą ani sztuką, jaką spotykało się we wnętrzach. Próbuję raczej rzucić snop światła na życie ludzi, którzy jako licząca się warstwa społeczna już odchodzili do historii, ale nadal tworzyli kulturę o tak wysokim stopniu atrakcyjności, że z czasem przyjmowali ją za swoją i chłopi, i mieszczanie, i robotnicy, a nawet ludzie innej narodowości. Lata Peerelu i zwycięskiego socjalizmu miały wymazać z pamięci społecznej każdy ślad istnienia tych ludzi, nazwanych wrogami ludu. Podejrzane i w związku z tym nieużywane było nawet słowo „ziemianie”. Kultura i wartości wyznawane przez ziemian okazały się jednak na tyle silne, że dziś ze zdumieniem odkrywamy na nowo ich atrakcyjność.

Zapraszam Cię więc, Czytelniku, do starego dworu; razem zobaczymy, jak żyli, czym się smucili i jak się radowali jego mieszkańcy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dom obszerny, wygodny, rodzinny

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, ks. 1, Gospodarstwo, ww. 23-28

Dwory bywały różne. Jedne, te ubogie, zamieszkane przez szlachtę zagrodową lub dzierżawców, były małe, kryte słomą, a od chłopskich chałup różniły się jedynie skromnym ganeczkiem. Inne, należące do średnio zamożnych ziemian, szeroko i pewnie rozparte, świeciły w słońcu równym szeregiem okien. Były też prawdziwie pańskie rezydencje – wielkie, ozdobne, niemalże pałace. Wszystkie je łączył specyficzny styl życia mieszkańców – wiejski w odróżnieniu od mieszczan i inteligencji, ale przecież zupełnie inny niż chłopski.

Dwór był nie tylko mieszkaniem, ale też miejscem pracy, ośrodkiem zarządzania majątkiem ziemskim i miejscem nauczania dzieci. W dużej mierze był samowystarczalny pod względem zaopatrzenia w żywność i wiele innych dóbr.

Typowy dwór polski był zbudowany na planie prostokąta, w stylu klasycystycznym, z wysokim, często łamanym dachem gontowym i z dużym podjazdem na froncie. Najczęściej był parterowy, drewniany, szalowany deskami i malowany na biało. Aby się do niego dostać, trzeba było przejechać przez zawsze otwartą bramę i długą aleją wysadzaną starymi drzewami.

W literaturze dworkowej w XIX wieku łatwo trafić na podobny opis.

Stał tam jeden z tych starych obecnie, modrzewiowych domów, które przenoszą wyobraźnię w odlegle czasy, przypominając dawną prostotę, dawne bogactwo i dawną gościnność. Dom ten o kilkunastu frontowych oknach, postawiony na wzgórzu panowal nad okolicą; poza nim nieruchoma i szeroko rozłożona stała ściana gęstej zieleni ogrodów, tak widać jak i dom starych, a wkoło wrzał ruch niezmierny, jakiego nigdzie więcej w okolicy nie spostrzegłam.

E. Orzeszkowa, Pamiętnik Wacławy

Dużą wagę przywiązywano do wejścia do domu, które powinno wyglądem zapraszać gości do wnętrza. A więc szerokie schody i obszerny, wsparty na kolumnach ganek, a przed nim gazon z kwitnącymi dywanowo kwiatami i posadzonym centralnie ozdobnym krzewem. Bardzo często ganek wyciągnięty był aż do klombu i tworzył podjazd, pod który zajeżdżały powozy. Był on zwykle brukowany, posypany piaskiem, tak że państwo, wychodząc z domu, mogli suchą nogą przejść do bryczki.

Z ganku wchodziło się do dużej sieni ozdobionej trofeami myśliwskimi. Mogły to być rogi jeleni i łosi, wypchane ptaki i głowy dzikich zwierząt. Spotykało się tu orła czy jastrzębia z rozpostartymi skrzydłami, pięknie upierzone bażanty i cietrzewie, odyńca z imponującymi kłami, a nawet szczerzącego zęby niedźwiedzia lub żubra. Stały tu także szafy na okrycia, dalej wieszaki dla gości, skrzynie i kufry zawierające futra lub inną nieużywaną aktualnie odzież. Często w sieni znajdowała się jeszcze otomana lub fotele i biurko. W starszych dużych dworach sień przechodziła na przestrzał przez cały dom i kończyła się z drugiej strony innym gankiem, wychodzącym na ogród. Mniej więcej w połowie XIX wieku sień zmniejszyła się, a na wprost wejścia pojawiły się drzwi do salonu.

POWOZ ZAPRZĘŻONY W CZTERY KONIE

W planach domostw widać wyraźny podział przestrzeni na część reprezentacyjną, mieszkalną i gospodarczą. Architekt Stanisław Szafarkiewicz w rozprawce Budowa dworków wiejskich z 1882 roku pisze: „Chociaż tak ilość jak i wielkość pokojów zależy od stanu majątkowego właściciela, to jednakże dworek taki powinien się składać co najmniej z pokoju do zajęć zwykłych, salonu, jadalni, pracowni dla właściciela, sypialni dla państwa i dla dzieci, pokoju dla bony lub nauczyciela domowego, z dwóch lub trzech pokojów gościnnych, z obszernej kuchni z jedną lub dwoma spiżarniami, z izby dla czeladzi i z sypialni dla służby, oprócz dostatecznej liczby piwnic i góry”. Najskromniej licząc, jest to jedenaście pokoi, bez pomieszczeń gospodarczych. Notabene architekt ten nie wymienia w ogóle łazienki i ubikacji.

Pokoje sytuowano najczęściej w amfiladzie, ale ówcześni ludzie przykładali mniejszą wagę do intymności życia niż współcześni. Chociaż być może Janina Żółtowska przesadza, kiedy pisze: „Całe życie koncentrowało się w salonie i poza nim nosiło cechy koczowania” (Inne czasy, inni ludzie), to jednak z całą pewnością najważniejszym pomieszczeniem w domu był salon. Umeblowanie tego pokoju było wizytówką właścicieli i świadczyło nie tylko o ich zamożności, ale i o dobrym lub złym guście, orientacji w światowych nowinkach i ewentualnie o zamiłowaniach artystycznych. Na początku XIX wieku modne były drogie meble mahoniowe w stylu empire, kryte adamaszkiem. Kupowano też pojedyncze sztuki z hebanu czy palisandru. Mniej zamożni zadowalali się krajowymi meblami wykonanymi na wzór tych drogich, zagranicznych, ale z tańszego surowca: z orzecha, dębu i jesionu. W połowie wieku w salonach zapanował biedermeier. Były to meble proste i wygodne. Mahoń pozostawał w łaskach jeszcze przez wiele lat, ale skutecznie konkurowały z nim całkiem ładne meble z surowca krajowego fornirowane drewnem z drzew owocowych – gruszy i czereśni. Chętnie wykorzystywano ozdobne układy słojów, stosowano intarsję. W skład garnituru mebli wchodziła długa kanapa i ustawiany przed nią okrągły czy owalny stół, a dookoła niego cztery lub częściej sześć foteli. W malowniczych grupach rozstawiono po kilka krzeseł i mniejszych stolików oraz wiele mebelków pomocniczych, np. do ręcznych robótek. W oszklonej serwantce można było podziwiać artystyczne bibeloty, a na drewnianych postumentach pyszniły się popiersia, świeczniki lub wazy. W salonie modne były wielkie lustra w ozdobnych ramach, a także żardyniery z roślinami doniczkowymi. Dużo miejsca zajmował fortepian z odpowiednim taboretem.

Całe pomieszczenie ogrzewał kominek. Często był ujęty w marmurowe ramy, a przed nim stał ozdobny parawan. Na gzymsie kominka z upodobaniem umieszczano zegar. Biedermeier nie znosił pustych miejsc, ściany zawieszano więc portretami rodzinnymi, pejzażami i fotografiami. Okna ubierano muślinowymi, upiętymi firankami, a za oknami, jak dodatkowa ozdoba, rozciągał się ogród. Przechodził on płynnie w krajobraz, z okien widać było łąki, może staw lub rzekę, czasem las. Ten widok w szczególny sposób stawał się częścią wystroju wnętrza. Tak wspomina poleski dwór swoich dziadków Janina Żółtowska: „Duży salon za przedpokojem zajmował całą szerokość domu. Trzy jego okna z jednej strony wychodziły na dziedziniec, a drugie trzy na coś, co mogło nazywać się tarasem, czyli partery kwiatów i rzekę. Latem od wody szły świetlane smugi ruszające się po suficie, zimą wielkie przestrzenie śniegu pokrywające rzekę i rozciągające się za nią łąki tworzyły wewnątrz domu atmosferę z kryształu i alabastru”.

Posadzka w salonie też była wytworna, układana z klepek, często w ozdobną mozaikę. Przynajmniej raz w tygodniu była woskowana i codziennie froterowana. W zimie przykrywano ją wełnianym dy wanem, aby ocieplić pomieszczenie. Stały tam jeszcze, dziś już całkiem zapomniane, drewniane spluwaczki napełnione piaskiem. Sprzęt ten zwano z francuska kruszuarką i umieszczano w każdym pokoju przynajmniej jedną. Spluwaczka była przedmiotem tak pospolitym, że czasopisma kobiece zamieszczały wzory „eleganckich kruszuarek”.

Salony te odznaczały się zarówno prostotą połączoną z brakiem pretensji, jak pewną okazałością. Łączyły się jak każdy dwór w Polsce z otaczającą przyrodą, ze słońcem, rzeką, wiosną i zapachem ogrodu. Jesienią i zimą zachody bliższe południa zapalały na niebie pomarańczowe smugi… latem otwarte drzwi prowadziły na ganek z białymi słupami i stopnie jego rozgrzane od upału.

J. Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie

W większych, zamożniejszych dworach salon łączył się z oranżerią. Przez szklane drzwi po paru schodkach schodziło się do ogrzewanego pomieszczenia, gdzie zimą kwitły żółte róże Mareshal Niels, a w dużych drewnianych donicach rosły agawy, drzewa pomarańczowe, cytrynowe i inne zamorskie rośliny. Między nimi stały lekkie meble ogrodowe i czasem podawano tam podwieczorek. Latem rośliny wynoszono na zewnątrz i ustawiano wokół gazonu. W literaturze tamtego czasu było to ulubione tło wydarzeń.

FRAGMENT SALONU

Wyjście to zamykało się oknem z jednej ogromnej tafli, przez którą widać było oranżerię, bo takie było przeznaczenie owej galerii. Posadzka jej była z marmuru czarnego i białego w kostki, a rzadkie rośliny i najpiękniejsze kwiaty, ułożone na półokrągłych i coraz mniejszej średnicy wschodkach, podnosiły się kunsztownie pod sufit. Przez tę lśniącą szybę i przez okna oranżerii szło oko dalej na ogród, biegło po czystym gazonie i gubiło się nareszcie pod cieniem drzew gałęzistych.

J. Korzeniowski, Spekulant

Salon był pomieszczeniem reprezentacyjnym, a więc dużym, a przez to zimą trudnym do ogrzania. Obok był mniejszy pokój, zwany salonikiem, i w nim, jako cieplejszym i bardziej przytulnym, rodzina spędzała zimowe wieczory. Podobnie jak w dużym salonie stał tutaj garnitur mebli: kanapa, stół, fotele, stoliki i krzesła. Na konsolach ustawiano rzeźby i wazy, a na stoliczkach i etażerkach fotografie w ramkach i porcelanowe figurki. Nierzadko znajdował się tam jeszcze stolik do gry w karty pokryty zielonym suknem i drugi – do gry w szachy, z intarsjowaną szachownicą. W drzwiach wisiały ciężkie portiery z tego samego materiału, co obicia mebli, zimą takie same zawieszano też na oknach. Pokój ten, podobnie jak duży salon, nazywano od koloru, jaki w nim dominował, a więc „salon zielony” czy „czerwony”.

Był to pokój, gdzie się toczyło życie rodzinne, a więc wszelkie rodzinne debaty, lektury książek i gazet, gromienie dzieci przez ojca lub matkę za większe lub najdrobniejsze przewinienia. Jednym słowem był to pokój zadomowiony, w którym toczyło się życie.

A. Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu…

Dalej był buduar pani. Obicia mebli, tapety, dywan starano się utrzymać wjednym, „kobiecym” kolorze, na przykład niebieskim lub modnym fraise, czyli różowym. W buduarze stała kanapka lub szezlong, foteliki, nieduży stół, etażerki oraz oszklone szafki na książki i bibeloty. Oczywiście kominek z zegarem na gzymsie, muślinowe firanki w oknach, a w końcu najważniejszy sprzęt – biureczko. Stały na nim eleganckie, srebrne lub porcelanowe przybory do pisania, lampa albo świecznik i arkusiki pachnącego papieru. Pani spędzała tu codziennie dużo czasu – prowadziła domowe rachunki i przede wszystkim pisała listy. Zajmowały się tym wszystkie kobiety – pisały do bliższej i dalszej rodziny, do przyjaciół i do sąsiadów. Opowiadały o wydarzeniach, relacjonowały opinie otoczenia, zapewniały o uczuciach. Składały okolicznościowe powinszowania i życzenia. Listy te były ważne, bo zapewniały kontakt ze światem i z bliskimi ludźmi.

Od dawna już pod okiem naszym odgrywa się najtkliwsza sielanka, której rozwiązanie uszczęśliwiające dwa serca, które się pokochały. Czy zgadniesz? Sielanka świeżości młodzieńczej, wiosennej, przy której i zwiędłe serce na chwilkę zakwita. Czy zgadujesz? Pamiętasz za ostatniej Twojej bytności tutaj onego pięknego młodzieńca na koniu, co tak wpadł niespodzianie, jak się potem na grzybobraniu kręcił i obracał na koźle, bo miał też patrzeć na kogoś w powozie. Ten młodzieniec, poczciwy Zygmunt, nasz kuzynek i sąsiad najbliższy, ukochał pierwszą, najsilniejszą, najpoetyczniejszą miłością – dręczył się i tłumił nie śmiejąc wyjawić, aż na koniec usłyszał pożądane słowo przyrzeczenia i dziś jest szczęśliwym, rozmarzonym narzeczonym Felisi, Felisi mojej najukochańszej, tej idealnej dziewicy, tej wzorowej córki, tej wyjątkowej istoty.

Fragment listu z 20 stycznia 1859 roku, napisanego przez Jadwigę Kieniewiczównę do przyjaciółki, a opublikowanego przez Stefana Kieniewicza w książce Dereszewicze 1863

Jeśli dama miała zamiłowania artystyczne, to właśnie w buduarku było miejsce na sztalugi czy specjalny stolik do rysowania. Większość panien uczyła się rysunku w domu rodziców lub na pensji i niektóre z nich kontynuowały to zajęcie w dorosłym życiu. Kopiowały znane dzieła, malowały mniej lub bardziej udane portrety lub rysowały scenki rodzajowe. Amatorskie uprawianie sztuki było w tym czasie bardzo modnym hobby.

Osobnym, bardzo ważnym sprzętem był stoliczek do ręcznych robótek. Mieścił w sobie mnóstwo szufladek i przegródek na różnokolorowe nici, koronki, atłasowe wstążki i inne tego typu drobiazgi. Czasem leżał na nim tamborek z niedokończonym haftem, a obok stała kanwa z rozpoczętą robotą. Na stolikach piętrzyły się dzienniki mód i magazyny, pokazujące, jak wykwintnie przemeblować dom. Z każdego kąta tego pokoju wyzierała kobiecość.

Kolejnym pomieszczeniem we dworze była jadalnia. Wszystkie wymienione dotąd pokoje miały ściany pokryte tapetą, ale w jadalni instalowano boazerie, jako łatwiejsze do czyszczenia. Na środku ustawiano duży stół, który w razie potrzeby można było jeszcze powiększyć, wstawiając w środek dodatkowe deski. Dookoła niego stało dwanaście lub więcej krzeseł o siedzeniach i zapleckach skórzanych lub wyplatanych trzciną. Nie ustawiano tu mebli wyściełanych materiałem z obawy przed zabrudzeniem. Karolina Nakwaska, autorka popularnego w tym czasie poradnika dla pań, radziła, aby w jadalni nie układać posadzki, ale podłogę ze zwykłych desek, łatwą do szorowania. Dalej zalecała, aby piec był otwarty, dający możliwość ogrzania potraw i aby miał wgłębienie na szerokość jednego kafla przeznaczone do wygrzewania talerzy.

Jeśli nie było tam szaf wpuszczonych w ścianę, to stały kredensy, w których przechowywano zastawę stołową. Szczególnie ładną porcelanę eksponowano w specjalnej oszklonej szafce. Pod oknami stało kilka małych, podręcznych stolików, w tym jeden z marmurowym blatem, na którym ustawiano samowar. W oknach zawieszano białe firanki bez frędzli i innych ozdób gromadzących kurz. Nad stołem zwieszała się lampa, a przy większych okazjach na stole ustawiano także wieloramienne świeczniki. Na ścianach wisiały obrazy – portrety przodków w kontuszach lub martwe natury. Czasem ściany ozdabiały rogi dzikich zwierząt i wypchane ptaki: jastrzębie, orły, głuszce. Jadalnia z przyczyn praktycznych była pokojem nieprzechodnim. Dzięki temu służba mogła bez przeszkód nakrywać do stołu i przygotowywać przyjęcia, w czasie gdy goście przebywali w salonie. Do jadalni przylegał jedynie kredens. Ponieważ zdarzało się często, że potrawy przynoszone z dalekiej kuchni po drodze stygły, trafiały najpierw do kredensu, gdzie je przed podaniem na stół odgrzewano na specjalnych fajerkach. Tu także gotowano na specjalnych maszynkach jajka na śniadanie, tutaj przyrządzano kawę, ozdabiano półmiski, krojono pieczywo i ciasto. Słowem, czyniono ostatnie przygotowania przed wydaniem potraw. W kredensie na środku stał duży stół, na który odstawiano schodzące ze stołu półmiski. Przepastne szafy kryły odświętną porcelanę i codzienny fajans, srebrną zastawę do herbaty, szkła, srebrne lub platerowane sztućce i ogromną liczbę obrusów i serwet. Były wśród nich codzienne, z własnego lnu, tkane na miejscu w paski, kratki czy łuski i były cienkie płótna odświętne, holenderskie, pochodzące zazwyczaj z wyprawy pani domu, tkane w piękne wzory, często kwiatowe. Do każdego z obrusów była odpowiednia liczba serwet, które misternie karbowano z okazji wielkich przyjęć, a na co dzień wsuwano w kółka srebrne, rogowe lub drewniane. Każdy domownik miał własne kółko oznaczone monogramem lub charakterystycznie rzeźbione, aby używane kilka dni z rzędu serwety nie myliły się. Z kredensu powinno być wyjście przez boczny korytarz na zewnątrz, stamtąd też często szły schody na pierwsze piętro.

OBSZERNA JADALNIA W HOŁUBOWEJ

Z buduarku lub saloniku były drzwi do następnych pokoi. Najczęściej była to sypialnia państwa, gdzie na środku stało podwójne łóżko nakryte kapą, a po obu jego stronach szafeczki nocne „z galeryjką” i schowaniem na fajansowy lub porcelanowy nocnik. Do sprzętów niezbędnych każdej pani należała „gotowalnia”, czyli toaletka. Był to prosty stół obity kolorowym materiałem i przybrany muślinem często takim samym jak ten, z którego była uszyta kapa na łóżko. Takie „ubranie” toaletki można było zdejmować do prania, a także od czasu do czasu odmieniać, by pokój wyglądał trochę inaczej. Na toaletce stało lustro w srebrnej ramie i leżał garnitur przyborów toaletowych z szylkretu lub srebra. Całe mnóstwo szczotek, grzebieni, pudełek na pudry, róże i pomady, flakonów i flakoników na wody toaletowe i perfumy. Taki garnitur zwykle dostawała panna młoda w prezencie ślubnym.

W sypialni stała jeszcze kanapa lub szezlong, na którym można było odpocząć w dzień, nie burząc zasłanego łóżka, a także stół i fotele. Z boku brzuchata komoda, na niej fotografie w ramkach i bibeloty. Na ścianach obrazy o treści religijnej, najczęściej Matka Boska Częstochowska lub Ostrobramska. Pod krucyfiksem klęcznik, na nim zaś książeczki do nabożeństwa, różańce i dzwonek loretański, którego dźwięk odpędzał burze i chronił od piorunów. W wielu domach przez kilka pokoleń przechowywano krzyże z różnymi relikwiami, które strzegły domowników od wszelkiego nieszczęścia.

Tego rodzaju wnętrz na wsi naliczyć by można dziesiątki, a jednak coś się za tym kryło, jakaś właściwa miejscowości i nieuchwytna atmosfera, zupełnie niezależna od mieszkających ludzi, smętek czy urok, jak gdyby z przedpokoju albo sali jadalnej w każdej chwili można było usłyszeć utajone westchnienie, czy też zwierzenie. Z całej okolicy był to jedyny dom nawiedzany przez duchy i przed śmiercią kogoś z rodziny po pokojach dźwięczał dzwonek loretański.

J. Żółtowska, Inne czasy, inni ludzie

Do sypialni przylegał pokoik zwany ubieralnią. Tutaj oprócz szaf, komód i lustra stał „myjnik”, czyli umywalnia z marmurowym blatem. Na nim miska, mydelniczka i parę innych drobiazgów z malowanego fajansu. Ciepłą wodę do mycia przynosiło się w takim samym fajansowym dzbanku, a brudną wylewało do wiaderka stojącego w szafce. Z zasady dama miała osobną ubieralnię, a pan domu swoją.

Gdzieś tutaj było miejsce na przemilczaną wstydliwie we wszystkich wspomnieniach wygódkę. A oto co na ten temat pisała Karolina Nakwaska w popularnym poradniku Dwór wiejski: „W gabineciku obok czy w komorze miej potrzebne do czystości sprzęty, te zawsze w bliskości, zwłaszcza u słabowitych osób znajdować się powinny, nie rażąc jednak oka. (…) U nas także łatwiej obaczyć srebrne lub przynajmniej malowane porcelanowe nocne naczynie niż wygodne krzesło, gdziebyś i rozwolnienia się nie lękała. A możesz być gorsza męka od tej – oszczędzać się w potrzebie codziennej? Miej wszelkie miednice, jedną ze stołeczkiem, ściereczki, serengi, bassony. W tym zbytku nie będzie a obfitość konieczną”. „Krzesło”, o którym mowa, był to rodzaj fotela z poręczami i okrągłym otworem zamiast siedzenia. W ten otwór wstawiano naczynie gliniane lub blaszane z pokrywką. Drugie takie urządzenie dla domowników umieszczano pod schodami lub w jakiejś innej komórce, trzecie czasami przy pokoju dziecinnym. Ubikacja dla służby mieściła się na zewnątrz, ukryta w krzakach. W każdej znajdował się worek pełen pociętego papieru. „Spodziewam się jednak, że do tych wkładać nie będziesz listów od przyjaciół, ani żadnych innych!” – przestrzegała Nakwaska i zaraz dodawała: „Smutno mi jest, że ci takie przestrogi i opisy najbrudniejszych rzeczy dawać muszę. Ale ten przedmiot jest u nas tak zaniedbany, a zdrowiu, porządkowi i przystojności tak konieczny, że go pominąć niepodobna”.

„KONIE ZAJECHAŁY!

Wróćmy jednak do pokojów mieszkalnych. Na parterze sytuowano zazwyczaj kancelarię. Okna tego pokoju wychodziły na podwórze i zabudowania, aby gospodarz miał na oku wszystko, co się tam dzieje. Ze względu na dużą liczbę oficjalistów i petentów ze wsi kancelaria miała drugie drzwi wychodzące na mały korytarzyk z bocznym wyjściem na zewnątrz. Umeblowanie tego pokoju było proste – przede wszystkim duże biurko oraz szafy na papiery, księgi rachunkowe i podręczniki rolnicze. Potrzebna była także kasa ogniotrwała, krzesła dla interesantów i obowiązkowo spluwaczka. Dalej komoda na drobiazgi oraz fotele przed kominkiem, aby można było odpocząć. Musiały tu jeszcze znaleźć miejsce dwa bardzo ważne dla rolnika przyrządy, a mianowicie termometr i barometr. Na wszelki wypadek, gdyby barometr się mylił, gdzieś z boku, w słoju trzymano pijawki lub piskorze i obserwowano ich zachowanie. Jeśli zakopywały się w mule, wnioskowano o nadchodzącej niepogodzie, jeśli pływały pod powierzchnią wody, spodziewano się słońca.

GAJÓWKA W CZYŻEWICZACH

To tu, w kancelarii, było miejsce na wszystkie przedmioty związane z ulubioną rozrywką właścicieli – polowaniem. W zamykanej, często oszklonej szafie przechowywano broń myśliwską oraz przybory łowieckie, na przykład trąbkę, naboje, wabiki, torby. Na ścianach oprócz obrazów o tej tematyce wisiały skóry, rogi i inne trofea dzikich zwierząt. Często gabinet pana był jedynym miejscem w domu, gdzie można było palić tytoń. W tamtych czasach dobre wychowanie zabraniało palenia przy damach, bowiem nie ma „nic nieznośniejszego niż zapach tytoniu lub cygar w pokojach. Jest coś w tem karczemnego, co dobry smak odrzuca” (K. Nakwaska, Dwór wiejski). Nie mówiło się jeszcze wtedy o szkodliwości palenia, toteż panowie, którzy ulegali temu nałogowi, z upodobaniem kolekcjonowali fajki i w zaciszu gabinetu palili dobre cygara. W pomieszczeniu tym panował więc szczególny zapach tytoniu, prochu, skóry. Bardzo męski zapach.

W większych dworach były osobne biblioteki. Stały tu wysokie oszklone szafy zapełnione książkami, w bogatych domach oprawionymi i zaopatrzonymi w ekslibris.