Zagubieni w Neapolu - Heddi Goodrich - ebook

Zagubieni w Neapolu ebook

Heddi Goodrich

4,3

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Przejmująca historia o pierwszej miłości i niesamowitym mieście, napisana w duchu neapolitańskich powieści Eleny Ferrante.

Wiadomość, którą Heddi otrzymuje od Pietro kilka lat po opuszczeniu Neapolu, wywołuje u niej lawinę wspomnień i z powrotem przenosi do studenckich lat spędzonych w tym pięknym mieście, które na zawsze pozostanie w jej pamięci.

Książka Heddi Goodrich osadzona w zabytkowej scenerii Quartieri Spagnoli – Dzielnic Hiszpańskich Neapolu – opowiada o szukających miłości młodych ludziach i tętniącym życiem, pełnym namiętności mieście, które urasta tu do rangi prawdziwego bohatera. Dla Amerykanki Heddi Neapol staje się symbolem miłości i młodości, miejscem zderzenia z inną kulturą i językiem, natomiast dla jej włoskich przyjaciół – uosobieniem wolności i ucieczki z rodzinnych domów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Heddi Goodrich Zagubieni w Neapolu Tytuł oryginału Perduti nei Quartieri Spagnoli ISBN Copyright © 2019 by Giunti Editore S.p.A., Firenze-Milano www.giunti.it Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020All rights reserved Redakcja Paulina Kaczmarek Korekta Jadwiga Jęcz, Katarzyna Marcisz Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Pamięci mojego Ojca

Powieść ta jest dziełem wyobraźni autorki, toteż — z wyjątkiem kilku osób publicznych i dzieł cytowanych dla oddania kontekstu — wszystkie osoby i wydarzenia są całkowicie wymyślone. Jakakolwiek zbieżność nazwisk, podobieństwa fizyczne i zawodowe z istniejącymi osobami są więc zupełnie przypadkowe.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Wysłane: 22 listopada

Wiem, że wolałabyś myśleć, że umarłem, ja jednak chyba nadal żyję. Nie spodziewam się odpowiedzi i więcej już się nie odezwę, ale od prawie czterech lat próbuję do Ciebie napisać. Powinienem napisać list długi na co najmniej sto stron, aby spróbować Ci to wszystko wytłumaczyć, ale nie dałbym rady, teraz też niczego nie wytłumaczę. Jestem po prostu nieudolny. Zawsze ufałem swojemu instynktowi, ten jednak mnie zawiódł, zdrajca. Kilka lat temu popełniłem największy błąd życia, niewyobrażalny, niewytłumaczalny i niemożliwy do naprawienia. Łudziłem się przez jakiś czas (czasami do teraz mi się to zdarza), że zrobiłem to, co mój rozum, mój instynkt nakazywał mi zrobić… Być może było to właściwe, ale zniszczyło mi życie. Tylko to chciałem Ci powiedzieć.

Powinnaś wiedzieć, że moje życie nie jest warte złamanego grosza. Powinnaś wiedzieć, że za każdym razem, kiedy siadam do stołu i biorę do ręki sztućce, przez ułamek sekundy odczuwam pokusę, żeby wbić sobie nóż w oko.

Wierzę ze wszystkich sił, że wywoła to u Ciebie choć uśmiech satysfakcji, mam też nadzieję, że czas spędzony ze mną jest dla Ciebie tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, a nie prawdziwą udręką.

Pragnę, by moje życie szybko się skończyło i abym reinkarnował się w coś lub kogoś lepszego niż to moje obecne „ja” i być może spotkał Cię gdzieś na lotnisku w Sztokholmie albo w Buenos Aires.

Nie chcę, byś mi wybaczyła, nie chcę, być odpisywała, nie chcę, byś była smutna. Bądź szczęśliwa, miej dzieci, pisz książki, nagrywaj kasety i rób mnóstwo zdjęć… Tak właśnie lubię o Tobie myśleć przez cały czas. Jeżeli możesz i jeżeli chcesz, wspomnij mnie od czasu do czasu.

p.

1

— Heddi!

Usłyszałam, jak ktoś wymawia moje imię tak, jak nie robił tego nikt od lat, jakby była to nazwa jakiejś egzotycznej rośliny. Brzmiało to nieco pytająco, ale perfekcyjnie, jakby ktoś recytował to wiele, wiele razy. Moje imię wydostało się z ust z zaskakującą swobodą, delikatnym wdechem i krótkimi samogłoskami. Żaden inny dźwięk w całej dzielnicy zwanej Quartieri Spagnoli — ani morderczy krzyk zdradzonej kobiety, ani świst kul jakiejś strzelaniny w bandyckich porachunkach — nie sprawiłby, bym oddaliła się od gwaru i ciepła kominka w tę lodowatą mroźną noc.

Przede mną stał chłopak, mężczyzna. Miał zamknięte usta, tak jakby wszystko już powiedział i teraz była moja kolej. Koszulę włożył w jeansy; jej rękawy były podwinięte do łokci, a małą kieszonkę, tuż nad sercem, wypychała paczka papierosów. Zupełnie nie był podobny do innych gości, którzy za pomocą piercingu, dredów i chorobliwej bladości usiłowali ukryć swoje dostatnie dzieciństwo, pełne ziemniaczanych klusek i wypraw nad morze. Mimo późnej godziny słodkawy zapach paczuli, haszyszu i ubrań z drugiej ręki unosił się jeszcze w kuchni, mieszając się z zapachem zwietrzałego piwa i risotto z szafranem. Nie, on zdecydowanie nie należał do naszego plemienia — ludzi studiujących języki wschodnie.

A jednak był tam jak cicha woda na dnie głębokiego jeziora.

— Proszę, zrobiłem to dla ciebie… — powiedział, wyciągając coś z kieszeni spodni. Bez wątpienia miał akcent śródziemnomorski, jeżeli nie całkowicie neapolitański. Gdy dawał mi kasetę w ręcznie zdobionym opakowaniu, ręka mu zadrżała, ale tak lekko, że przypominało to raczej delikatne drżenie wody. Dla Heddi, tak właśnie było napisane, począwszy od dużej litery H aż do atramentowego kleksa tworzącego punkcik nad tym „i”, o którym zdążyłam już prawie zapomnieć.

Byłam poruszona. Taki zapis mojego imienia przeinaczał wymowę, bo wówczas łatwo było dojść do ostatniej litery, przy „e” melodramatycznie wydłużonym i „d” starannie wzmocnionym przez geminatę, którą tu, na południu, wszyscy tak bardzo brali sobie do serca. Było całkowicie wybaczalne, że wszyscy zapominali o „H”, w Neapolu bowiem przydech zarezerwowany był wyłącznie dla śmiechu. Jak Eddie Murphy?, pytano, a ja po prostu przytakiwałam. Nie było to dla mnie specjalnie przykre. Kiedyś byłam Heddi, teraz stałam się Eddie.

— Muzyka? — zapytałam, a on skinął głową z wyraźnym zakłopotaniem i zacisnął rękę na pustej butelce po piwie.

Moje plecy były rozgrzane drżącym tańcem płomieni i śmiechem niczego nieświadomych przyjaciół, których czule nazywałam „dzieciakami”. Fakt, że ja też stanowiłam część tego klanu i że w każdej chwili mogłam do nich wrócić, dawał mi poczucie uprzywilejowania i bezpieczeństwa, które w tym momencie odebrałam jako swoistą niesprawiedliwość.

Drzwi wejściowe na piętrze pod nami zawibrowały głucho, prawdopodobnie to ostatni z gości chwiejnym krokiem opuścił mieszkanie. Facet od prezentu zadrżał, zdając sobie sprawę, że impreza, która toczyła się wokół nas, właśnie się skończyła. Próbował ukryć zakłopotanie, ale ja też je odczuwałam. To było jak uszczypnięcie, leciutki wyrzut sumienia, że kolejny raz zostałam jedyną trzeźwą osobą.

— Trochę późno — powiedział.

— Tak mi się wydaje, ale w całym domu jest tylko jeden zegar.

Nagle przełożył ciężar z jednej nogi na drugą, a ja bezwiednie odzwierciedliłam tę asymetrię, przechylając głowę. W ten sposób mogłam przynajmniej dostrzec jego twarz, którą ciemna grzywa skutecznie zasłaniała za każdym razem, gdy patrzył w dół, szukając pocieszenia w swoich bardzo wygodnych i praktycznych butach. Dałabym sobie głowę uciąć, że nigdy wcześniej go nie spotkałam, bo gdybyśmy kiedykolwiek spojrzeli sobie w oczy, nie zapomniałabym jego spojrzenia, wzroku człowieka zdecydowanego na czekanie.

— Dobra — delikatnie postawił na kredensie butelkę po piwie, jakby bał się ją rozbić, choć w kuchni panował chaos i pełno było porozrzucanych butelek, tłustych patelni i poplamionych winem, pożółkłych jak stare zęby kubków.

— Przepraszam, ale jak masz na imię?

— Pietro. — Miał tradycyjne imię, brzmiące trochę twardo. Uniósł więc brew, jakby chciał za nie przeprosić.

— Dziękuję za kasetę — powiedziałam, ale jego imię zamarło mi w ustach. — Więc wychodzisz?

— No tak, muszę wcześnie wstać. Wracam do domu na kilka tygodni, to znaczy do rodziców, do Avellino. Jeżdżę tam zawsze na Wielkanoc, no nie tylko na Wielkanoc… Wiesz, jak to jest…

Nie wiedziałam, jak to jest,ale i tak przytaknęłam, wdzięczna za te kilka zdań. Żywiłam jeszcze nadzieję, że w tych ostatnich sekundach przed odejściem (bo prawdopodobnie nigdy więcej już go nie zobaczę) odkryję tajemnicę tego, kiedy udało mu się tak dobrze nauczyć mojego imienia i dlaczego zadał sobie trud, by zrobić dla mnie ten prezent.

— No to cześć.

— Cześć, miłej zabawy na wiosce. To znaczy miłej bytności, tam w domu, na wsi.

Chciałam, żeby już sobie poszedł, bo stał się świadkiem mojego semantycznego błędu. To było wykańczające, jak we włoskim — moim ulubionym języku obcym — plątał mi się język w chwilach takich jak ta, kiedy ktoś zagadał do mnie znienacka.

Pożegnaliśmy się i poszedł sobie. Wróciłam na swoje miejsce koło kominka, wpychając kasetę do kieszeni zamszowej minispódniczki vintage. Ogień buzował, trawiąc bezwstydnie to, co kiedyś było nogą od jakiegoś cennego krzesła albo wezgłowiem jednoosobowego łóżka. Po kilku sekundach ciepło usunęło wszelkie ślady zakłopotania, które można było wyczytać z mojej twarzy.

— Jak miał na imię ten chłopak? — zapytał Luca, stając obok mnie. Wrzucił do ognia niedopałek papierosa, wypuszczając z ust białą smugę dymu.

— Chyba Pietro — powiedziałam, smakując solidność tego imienia.

— Rozumiem, to jakiś przyjaciel Davide.

— Jakiego Davide?

— Tego niziutkiego z kręconymi włosami… — wtrąciła Sonia, druga dziewczyna w naszym towarzystwie.

No tak, Davide. Luca grał czasem w jego zespole. Davide, Pietro, co to za różnica? Faktem było to, że nie potrzebowaliśmy nikogo nowego w naszej bandzie. Było nam dobrze tak, jak dotąd.

Mnie było dobrze.

Zaczarowani płomieniami pozwoliliśmy nocy odpłynąć w bezczasową, bezksiężycową otchłań. Rozmawialiśmy o hinduizmie, o alfabecie fenickim, o Mani Pulite. Od czasu do czasu jakieś płonące polano zapadało się w ogień, wywołując jaskrawą girlandę iskier i kilka westchnień zdumienia na widok tego trwającego zaledwie chwilę spektaklu. Kiedy płomienie zaczęły wykazywać symptomy uśpienia, Luca poszedł grzebać w drewnie z odzysku, obok którego stała gitara. W jej kierunku wyciągnęła się owłosiona ręka Tonino.

— Może spalisz i ją — powiedział Angelo, kolejny z chłopaków.

— Nie, Tonino, proszę! — zawołała Sonia.

— Impreza się skończyła, dzieciaki! — oświadczył z wyraźnym akcentem apulijskim, opierając gitarę na kolanie. — Cholera jasna, kołysanki wam trzeba, żebyście to zrozumieli?

To była ta część, która zawsze podobała mi się najbardziej. Przekleństwa Tonina, które przywoływały bliskość między nami, i jego okrągłe okulary, błyszczące jak złote pierścienie w blasku ognia, kiedy grał piosenkę niejasno kojarzącą się z piosenką Attenti al lupo. Brzdąkał na gitarze krzepkimi, owłosionymi rękoma ogrodowego karła, który jakimś cudem ożył. Tonino zresztą cały był owłosiony. Raz nawet zapytał mnie, czy nie wydepiluję mu pleców, bo chciał rozprawić się ostatecznie z jątrzącymi się zadrapaniami — jedynym niepodważalnym dowodem na to, że naprawdę udało mu się zaciągnąć do łóżka jakąś dziewczynę, która podobno była Hiszpanką.

Ale pod tym wszystkim, gdyby ostrzyc go jak jagniątko na wiosnę, Tonino miał dość delikatne rysy, co sprawiało, że pod wieloma względami przypominał mojego brata.

Zaśpiewał wrzaskliwym, prawie grzmiącym głosem:

Jest profesorka mała o tak,

ale oblewa studentów jak szlag.

Jest student malutki, o tak,

uczyć się musi, bo ocen mu brak.

Ma mózg wielki, o tak,

a w środku pomysłów jak szlag.

— Cholera, to będzie wielki sukces — stwierdził Angelo. — Przyznaj mi rację, daj spokój studiom i załóż kapelę punkową.

— Jasne, dlaczego nie? I jeszcze poproszę profesorkę od sanskrytu, żeby zagrała na perkusji, w ten sposób wyżyje się na czymś innym zamiast na mnie.

— Zaśpiewaj lepiej jedną z tych starych neapolitańskich piosenek — zasugerował Luca.

Tonino oddał mu jednak gitarę.

— Nie jestem pieprzonym tubylcem. — Powiedział, ale w jego ustach brzmiało to jak uznanie. — Jestem tylko w połowie neapolitańczykiem.

— Ale w tej dolnej połowie oczywiście! — stwierdził Angelo.

Luca objął instrument i choć jego twarz była teraz ukryta za długimi aż do ramion włosami, uśmiechnął się krzywo, a jednak popatrzył na mnie. Ten półuśmiech sam w sobie był komplementem, bo Luca był oszczędny tak samo w uśmiechach, jak i w słowach, zupełnie jakby przeżył już ostatnią reinkarnację i poznał całą ironię świata, a w tym wcieleniu osiągnął zen. On też jednak był technicznie jednym z „dzieciaków”, choć ja zawsze uważałam, że jest inny od dwóch pozostałych. Był po prostu Luką Falcone.

— Ta jest dla ciebie.

Już od pierwszych nut rozpoznałam Tu vuo’fa’l’americano, piosenkę Renato Carosone; to właśnie śpiewał Luca. Poczułam się zdemaskowana. Byłam przecież Amerykanką incognito, a Luca zwrócony w moją stronę czekał.

Nie bardzo miałam na to ochotę, ale od drugiej zwrotki zaczęłam śpiewać. Zrobiłam to, bo zdałam sobie sprawę, że inni naprawdę nie znają słów i że to ja muszę czymś wypełnić ciszę, która zapadła. Może zrobiłam to też dla niego, by zobaczył, że umiem doskonale udawać neapolitański akcent, bardziej naturalny niż jego własny, i choćby tylko po to, żeby się uśmiechnął.

Właśnie dla niego zaśpiewałam, gestykulując trochę komicznie, tak jak zazwyczaj gestykulują sprzedawcy ryb. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przedzierzgnęłam się we właścicielkę „basso” — jednoizbowej parterowej chatki zajętej grzybem. Byłam nią, byłam czekającą na progu domu matką, siostrą, przyszłą narzeczoną o przymrużonych oczach, gotową na wrzaski albo śmiech, gdy wreszcie wróci ten rozbitek, który uważa się za nie wiadomo jaką grubą rybę, choć język mu się plącze od whisky z sodą, a nogi od „rochendrola”. Dopadłabym go albo prośbą, albo groźbą, a potem powiedziałabym mu jasno i prosto w twarz przy całej dzielnicy: „jesteś neapolitańczykiem”, a dopiero gdy zacząłby przepraszać jakimś patetycznym „ajlawju”, zmieniłabym się w bestię. Były to słowa z dialektu i słowa na wpół amerykańskie, których nigdy nie udałoby mi się napisać i których bez muzyki nie ośmieliłabym się wypowiedzieć. Były paskudne i prawdziwe, musowały w tej satyrze, którą neapolitańczycy tak zręcznie stosowali tak do siebie samych, jak i do upadku swojego miasta. Te właśnie słowa opowiadały o mnie, byłam bohaterką tego tekstu, przez jedną chwilę nie byłam Amerykanką, a właśnie właścicielką chałupiny, która w całej tej amerykańskości widziała jedynie przedstawienie.

Inni przytupywali do taktu nogami i dołączali się do refrenu. Na koniec Luca uciszył struny.

— Nie pamiętam zakończenia.

Opadłam na oparcie siedzenia spocona i oszołomiona. Gdzieś wewnątrz mnie — gotów, aby się przebudzić — od zawsze drzemał uliczny mim albo hazardzista. Wstałam, korzystając z leniwego trzaskania ognia.

— Potrzebujemy większych kawałków drewna. Idę na górę.

— Idę z tobą, Eddie — rzuciła Sonia. — Łyk świeżego powietrza nam nie zaszkodzi.

Muzyka przeszła w jakąś piosenkę Pearl Jam. Chłopakom naturalniej wychodził angielski niż neapolitański, ale śpiewali dość pobieżnie, mamrocząc dyftongi i upraszczając grupy spółgłoskowe. Sonia i ja weszłyśmy na ślimakowe schody usytuowane obok kominka. Było tak mało przestrzeni, że ona, wysoka, musiała się schylić. Metalowe stopnie wibrowały pod jej wojskowymi butami i prawie dotykała ich długimi czarnymi włosami. Weszłyśmy na dach.

— Madonno, ale zimno! — powiedziała, a słowa popłynęły w noc i zmieniły się w obłoczki.

— Zamarzam. — Sonia splotła ramiona, żeby się rozgrzać, dodając z wyraźnym i jasnym jak słońce akcentem sardyńskim.

— A więc znasz Pietro?

— Pietro? Tego, co tu dziś przyszedł?

— Tak, tak, Pietro.

Imię spłynęło z jej języka z delikatną lekkością. Przez chwilę miałam dziwne wrażenie, że ona i ja rozmawiamy od dwóch zupełnie innych osobach.

— Jaki on jest według ciebie?

— Tak naprawdę to go nie znam. — Pochyliłam się, aby pogrzebać w stosie drewna; były to fragmenty zniszczonej półki ułożone w stos, aż do samego gzymsu.

— Dlaczego chcesz wiedzieć?

— Nie mów tego chłopakom. — Sonia uklękła na porowatym dachu. Jej blada twarz była jak księżyc w pełni i zrozumiałam, że wcale nie chciała odetchnąć świeżym powietrzem, po prostu miała ochotę na zwierzenia. W tej pozycji wydawała się mniej szczupła i starsza niż w rzeczywistości, a była dopiero na drugim roku studiów.

Szeptała, jakby gwiazdy mogły ją podsłuchać.

— Zamieniliśmy ze sobą ledwie kilka słów, ale jest w nim coś szczególnego, sama nie wiem…

— Cóż, wydaje się sympatyczny. — Instynktownie pomacałam kieszeń. Kaseta bezczelnie z niej wystawała.

— Naprawdę mi się podoba. Następnym razem, gdy go zobaczę, podejdę do niego.

— Jasne, zrób to, nie masz nic do stracenia.

Sonia, kiedy była czymś zaniepokojona, miała zwyczaj przygryzania dolnej wargi. Oddychała głęboko, jakby szykowała się do sprintu.

— Odważ się, jesteś piękna i inteligentna. Ten Pietro byłby ostatnim głupkiem, gdyby nie dał ci szansy.

Uwielbiałam uśmiech Sonii, był jak słodki grymas. Głupek. Zauważyłam z przykrością i z ogromnym zakłopotaniem, że użyłam tego słowa, wiążąc je z osobą nieznanego chłopaka o imieniu Pietro. Sonia biorąc w rękę kawał drewna, zaproponowała, że mi pomoże, a jednak drżała.

— Zimno ci — powiedziałam. — Zanieś to drewno na dół, a ja tu poszukam.

— OK.

Gdy tylko zostałam sama, położyłam drewno na ziemi i oparłam się o barierkę, jedyne zabezpieczenie przed upadkiem z wysokości siódmego piętra.

— Tonight… — odezwałam się półgłosem w ojczystym języku, nie mając pojęcia, co właściwie chciałam powiedzieć.

Powiał lekki, mroźny wiatr, wysycony zapachem ryb, soli i nafty. To był zapach zatoki. Pode mną miasto migotało światłami aż po samo morze, jak łańcuchy żółtych lampionów przetykane tu i tam perłami światła dochodzącego z okien kuchni, w których jeszcze nie zgaszono jarzeniówek.

Neapol nigdy nie zasypiał, nigdy całkowicie.

Nawet głęboką nocą lampy jarzeniowe oświetlały tanim, nieestetycznym światłem czuwających jeszcze członków rodzin, kotłujących się wokół kuchennych stołów, kto wie przy jakiej kłótni, przemowie czy wyznaniu. Te białe światła przyciągały mnie jak ćmę. Gdybym tylko mogła, myślałam, polecieć tam do nich i wlecieć przez okno, przycupnęłabym cichutko, zamaskowana w deseniu tapety, starając się poskładać ich roztrzaskane zdania w narrację, która miałaby jakiś sens.

Zawyła syrena. Kto wie, z którego statku. W czarnej jak smoła nocy nad zatoką statki kontenerowe były widoczne tylko jako światełka, jak w dziecięcej zabawie rysunkowej „połącz kropki”. To była jedna z tych rzadkich przejrzystych nocy, ale bez księżyca nie było widać nawet wulkanu. Jedyną wskazówką jego obecności w krajobrazie były oświetlone domy, które obrysowywały kształt tak wysoko, jak tylko się odważyły.

Już od pół wieku Wezuwiusz nie odezwał się ani słowem, ale przyglądałam mu się przez ciemny namiot nocy, wyobrażając go sobie żywego i plującego ogniem, jak na wielu dziewiętnastowiecznych obrazach. Wpatrywałam się w niego tak intensywnie, że prawie, prawie uwierzyłam, iż mogę go obudzić samą siłą spojrzenia.

Choć moje ręce skamieniały z zimna, nie mogłam przestać napawać się zapachem Neapolu, nie mogłam przestać pożerać go oczami. Wszystko na próżno. To miasto było wodą, która przeciekała mi przez palce i sama miłość do niego sprawiała, że ogarniał mnie smutek, szczególnie nocą. To była melancholia, której nie umiałam ani rozgonić, ani zrozumieć. Oddałam się temu miastu całą sobą, być może nawet zdradziłam siebie, a mimo wszystko po tylu latach Neapol wciąż trzymał mnie na dystans.

Vir’Napule e po’muor’ — tak się mówi. Przesadzone zdanie, którego nigdy nie włączyłabym do rozmowy, ale tego wieczoru wyszeptałam je w noc, jakby było prawdą. Potem pozbierałam kawałki drewna i zeszłam na dół.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Wysłane: 30 listopada

Pietro,

Nie wiem, co ci powiedzieć. To już cztery długie lata, jak czekam na wieści od Ciebie. Czas łagodzi wszystko, może uczynić znośnym nawet czekanie. A może po prostu nie pamiętam już, na co czekałam?

Nadal nie rozumiem, dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś. Czasami nocą patrzę w gwiazdy i w nich szukam wytłumaczenia. To absurd, wiem, tak jakby w konstelacjach zapisana była jakaś opowieść, taka z początkiem, wątkiem i szczęśliwym zakończeniem. Szczerze mówiąc, ja niczego nie umiem z nich wyczytać. Nie jestem w stanie rozpoznać nawet najprostszych konstelacji. Niebo tutaj wydaje mi się jakieś nie takie, odwrotne, pogmatwane. Mimo wszystko lubię patrzeć na gwiazdy. Każda z nich mimo wszystko jest śladem świetlistego ciała, jedynego w swoim rodzaju i doskonałego, które już nie istnieje. Świetliste wspomnienie?

Starałam się zapomnieć wszystko to, co się z tobą wiąże. To taka amnezja na życzenie, która odrobinę się udała. Pomaga mi to, że dookoła nie ma miejsc, przedmiotów ani ludzi przywołujących wspomnienia. Oprócz rzymskiego posążka, który prawdopodobnie przedstawia nie człowieka, ale jakiegoś niewielkiego boga. Niestety, nie jest to coś, co można komuś podarować czy wyrzucić. Może najlepiej byłoby pewnego dnia zwrócić go ziemi…

Na moich kolanach siedzi kot, wystawia pazury. To szara kotka, którą wzięłam ze schroniska dla zwierząt, więc w jakimś sensie uratowałam jej życie, ale być może to ona bardziej uratowała moje. Czuję się dobrze. Odnalazłam siebie, mam pracę, którą lubię i nowych przyjaciół, którzy wiedzą o mnie i o mojej przeszłości tyle tylko, ile chciałam im powiedzieć. Miło Cię było usłyszeć. A może tylko włożyłam swoje słowa w Twoje usta?

h.

2

Nazajutrz było bardzo skacowanym „nazajutrz”. Siedziałam z książką na skrzypiącym łóżku, gdy zorientowałam się, że przyszedł Luca, jeszcze zanim jego głos przebił się przez lament bułgarskich piosenek i szmer deszczu. Zdradził go tytoń. Dym dotarł do mnie przez otwarte drzwi i zatrzymał się przede mną falujący i nienamacalny jak pragnienie.

Luca Falcone od zawsze palił te skręcane ręcznie papierosy. Palił takiego i wtedy, kiedy został mi przedstawiony po raz pierwszy. Stał wsparty o brzydki tynk baru naprzeciw mojej uczelni. Z drinkiem w ręku, w niemodnych skórzanych spodniach wydawał się nie zwracać uwagi ani na epokę historyczną, ani na miejsce geograficzne, w którym to się zdarzyło. Był już na trzecim czy czwartym roku, a twarz miał naznaczoną kaprysami pogody jak podróżnik, który przebył pustynię, aby dotrzeć do tego baru, do tego burbona, do tego efemerycznego miejsca.

Ten moment naznaczył początek mojego życia uniwersyteckiego — takiego, jakie znałam do dziś — bo nieoczekiwanie Luca obdarzył mnie sympatią i wciągnął do kręgu swoich najbliższych przyjaciół, kręgu ludzi zapisanych na urdu, suahili czy koreański z wydziału studiów arabsko-islamskich i śródziemnomorskich albo z orientalistyki, których zaginione początki (Apulia, Basilicata, Sycylia, Sardynia) jawiły się jeszcze jako obce.

— Zaczyna się film — powiedział ze swoim melodyjnym akcentem z Varese, wchodząc do mojego pokoju.

— Skończę stronę i przyjdę.

Z bliska Luca pachniał mydłem lawendowym. Pocałował mnie w czoło, tak jak całują ludzie idący na dworzec kolejowy, potem jednak zatrzymał się w drzwiach. Popatrzył na mnie tak, jak czasami to robił, tym swoim prawie hipnotyzującym spojrzeniem, którego znaczenia nigdy nie udało mi się zrozumieć, ale które mówiło mi — przynajmniej w chwili, kiedy tak na mnie patrzył — że nasza przyjaźń nie jest związana z chwilą ani okolicznościami, ale będzie trwała wiecznie. Wiedziałam, że to śmieszne i że nie jestem wyjątkiem, każdy chciał mieć dla siebie odrobinę Luki Falcone.

Po obu stronach wejścia, teraz już pustego, przykleiłam taśmą klejącą kilka moich czarno-białych fotografii zrobionych teleobiektywem i wydrukowanych ręcznie. Były piękne, odrobinę abstrakcyjne.

Deszcz robił z mojego okna wielką planszę do gry w „węże i drabiny”, która wraz z budynkiem naprzeciwko zasłaniała widok na tę dzielnicę, zniszczoną przez wodę i czas. Była niedziela i o tej porze sklepy były już zamknięte, a targowiska poskładane i każdy, kto żyw, wracał do domu, aby stawić czoła kulinarnemu maratonowi, a potem sjeście. Niedziela w porze obiadu była jedynym momentem, gdy ludzie odczuwali zakłopotanie z mojego powodu. Biedna bezdomna dziewczyna, tak daleko od rodziny.

Dom. Samo to słowo wprawiało mnie w zakłopotanie. Czy dom to mój ojciec przypiekający steki na grillu, czy moja macocha psychoterapeutka, która interpretowała moje sny? Czy dom to były masaże shiatsu mojej mamy o zimnych rękach i ciepłym sercu albo mój brat, który szarpał struny gitary basowej? Koty? Wydawało się, że nie, bo dla wszystkich innych studentów zamiejscowych dom był miejscem. Colle Alto w Benevento, Adelfia w Bari, był czerwonym punkcikiem na mapie, maleńkim punktem odniesienia, maleńkim, ale zdolnym pomieścić, jak się wydaje, wszystko. Było to słowo uważane za pewnik, tak jakby chodziło po prostu o jedno z najbardziej podstawowych ludzkich uczuć — radość, wściekłość, smutek, dom, nawet spojrzenie tego, kto je wymawiał, rozjaśniało się.

Jak osoba autystyczna starałam się pojąć ten kosmiczny koncept, ale tak naprawdę tego nie czułam. Aby go zrozumieć, musiałam używać logiki. Ja pochodziłam skądkolwiek i znikąd zarazem. Waszyngton, D.C., Maryland, Virginia Beach, peryferie Bostonu, Athens w Ohio i każde inne miejsce równie zapomniane. Tak było aż do chwili, gdy w wieku szesnastu lat z powodu wymiany kulturalnej AFSAI dostałam własny punkt na mapie. Państwo Włochy, prowincja Neapol, miejscowość Castellammare di Stabia, dom pewnej rozwiedzionej kobiety z dwojgiem dorosłych już dzieci, która kazała o sobie mówić mama Rita. To ona poprosiła mnie, żebym została dłużej, gdy minął rok mojej wymiany, i sprawiła, że ja, jej „amerykańska córka”, zrozumiałam powagę dyplomu z języka włoskiego.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że nic na tym świecie nie jest dziełem przypadku. Ten dyplom pozwolił mi dostać się na studia. Babka w sekretariacie patrzyła na mnie, mrużąc oczy. Nie byłam Włoszką, ale z tym dyplomem nie mogłam nie być Włoszką. Stemplując moje podanie na formularzu czterema cennymi znaczkami skarbowymi, przekształciłam się w studentkę uniwersytetu jakich wiele, a w grupie przyjaciół Luki, która była odtąd i moją grupą, moje zamaskowanie było prawie idealne.

Ja i „dzieciaki” mieliśmy taką zabawę, która zaczynała się od zimnego piwa, a zazwyczaj kończyła na filiżance gorącej herbaty.

— Proszę cię, dziewczyno — błagał mnie tego popołudnia Tonino, wylegujący się jak rozgwiazda na łóżku Luki. W drgającym świetle telewizora widać było albo jego zmarnowaną twarz, albo zmarnowaną starą tapetę pokrytą jak leci kartkami ozdobionymi pismem arabskim Luki.

— Jeżeli nie wprowadzę do krwiobiegu kolejnej porcji alkoholu, nigdy już się nie pozbędę tego pieprzonego bólu głowy.

— Zachciało ci się rowerka? — zapytał Angelo.

— Zachciało ci się fajki wodnej, blondasku?

— Posłuchajcie mnie — powiedziałam fałszywie poważnym tonem, w żadnym razie nie zwracając się do Luki, który właśnie skręcał sobie papierosa. — Jutro macie szkołę od samego rana. Do roboty, chłopaki, to ostatni tydzień przed feriami, dacie radę! Z miodem czy z cukrem?

Tonino tak dla zasady zaklął w trzech dialektach. Nie opierali się. Uśmiechnęłam się sama do siebie i poszłam do kuchni. Poza czymś do picia potrzebowali odrobinę matczynej miłości.

Przez na wpół przymknięte drzwi pokoju Angelo dostrzegłam jego dywanik ze skóry czarno-białej, łaciatej krowy, na którym często popijaliśmy zieloną herbatę z japońskich filiżanek, odcyfrowując każdy własne znaki, kanji i cyrylicę. Weszłam na schody, które nie miały już poręczy, omijając na górze pęknięcie w podłodze z powodu przesądu z dzieciństwa. Step on a crack, break your mother’s back. Pęknięcie biegło od komina w kuchni, pół metra od ściany, a potem przez salon, dzieląc płytki aż do tarasu. Dziwne, że nie zwróciłam uwagi na tak zuchwałą rysę, kiedy przeprowadzałam się tu z chłopakami. Była to z pewnością wina przekwitłego piękna tej rezydencji, rozpraszającego swoimi kominkami, freskami i płaskorzeźbami, które starzały się w jej półmroku.

Wróciłam z dwoma dzbankami herbaty i paczką biszkoptów; łóżko ugięło się pod naszą wspólną wagą. Straciłam kilka początkowych scen, ale był to nowozelandzki film, który oglądaliśmy już wiele razy. Tylko instynkt. Znałam już fabułę. Maoryskie męty z powodu doznanych krzywd biją się nocą na parkingach, w barach i na polach, pokrywają się tatuażami, krwią i wyzwiskami dubbingowanymi w ugrzecznionym języku włoskim.

— Piękna jest ta Nowa Zelandia — powiedział Angelo zamyślony.

— Piękna, kurwa… — rzucił Tonino.

— Nawet jeżeli jest tam tak niebezpiecznie, patrz, ile otwartych przestrzeni! I robią tam, co im się, cholera, podoba. Chciałbym tam pojechać.

— Jasne, lepiej dać się skatować maoryskim gangsterom, niż żeby mafia przestrzeliła ci kolana, prawda?

Angelo nadąsał się i szarpnięciem przyciągnął pled. Miał kolczyk w nosie i mówił z dumnym akcentem sykulijskim, który miał sprawiać wrażenie, że Angelo jest twardzielem. Ale nic z tego. Angelo był słoneczny, podchodził do wszystkiego jak dziecko w sklepie ze słodyczami, a Tonino nie zamierzał puszczać mu tego płazem. Nie pomagała mu też jego karnacja — bardziej szwedzka niż katańska, jego bladość, która nie kończyła się na anielskich lokach.

Odkryłam to kiedyś, robiąc za pielęgniarkę z powodu jego bólu karku. Angelo położył się z twarzą do dołu na dywaniku z krowy i ściągnął spodnie, a ja, zanim się rozmyślił, szybko zagłębiłam igłę strzykawki ze środkiem przeciwzapalnym w jego prawym pośladku.

— Tak czy siak kiedyś tam pojadę — stwierdził z ciastkiem w ustach.

— Straciłeś rozum.

— Jedź, czemu nie, świat jest księgą…

To dziwne zdanie Luki wyłoniło się z dymu. Nie sądziłam, że w ogóle nas słucha. Nocna scena pogrążyła pokój w ciemnościach, ale żyrandol — wyrzeźbiony chyba z kości — odbijał światło z jakiegoś nieznanego źródła.

— Ale Nowa Zelandia jest daleko — powiedziałam, bo wolałam Sardynię, Umbrię, Holandię, Kijów czy Wiedeń, z rodziną czy bez, albo lepiej jeszcze Capri, Procidę, Pola Flegrejskie, zaułki Neapolu.

— A może w czasie przerwy świątecznej ktoś chce pojechać do kościoła Najświętszej Marii Panny w Carmine? — zasugerowałam.

To był kolejny z moich wypadów, jak to określali koledzy.

— Iść do kościoła w Wielkanoc? — zapytał Angelo. — Nie, to nie jest właściwe, trzeba siedzieć przy stole i jeść „torta cassata”.

— Nazywa się też Cmentarz Fontanelle — powiedział Luca. — Warto tam pojechać.

Zapłonęła we mnie nadzieja na to, że może tym razem Luca Falcone odłoży badania do swojej pracy albo próby zespołu, by towarzyszyć mi w odkrywaniu miasta, które prawem krwi należało do niego, ale on nie dodał nic więcej i zniknął ostatecznie w półcieniu.

— Ja nie mogę pojechać za żadną cholerę — odpowiedział Tonino. — Przecież w marcu u nas przycina się drzewka oliwne! Ano tak, wy, intelektualiści, nie chcecie za cholerę ubrudzić sobie rąk ziemią, a to czasem dobrze robi. Przecież te wszystkie mięśnie nie są tylko dla urody.

Chłopcy wybuchnęli śmiechem, a ja zadrżałam. Pietro. Nie spojrzałam na kasetę od chwili, kiedy dał mi ją poprzedniego wieczoru. Miałam zwyczaj odkładać listy i paczki, które przychodziły z Ameryki czasami nawet na kilka dni dla czystej przyjemności oczekiwania. A może po prostu chciałam zapomnieć o kasecie po tym, co powiedziała mi Sonia? Teraz jednak zapragnęłam jak najszybciej się jej przyjrzeć. Gdzie ja ją położyłam?

— Hej, gdzie lecisz? — zawołał Angelo za moimi plecami. — Teraz jest ten kawałek, gdy Nig przechodzi inicjację!

Moja zamszowa spódniczka zachowała wspomnienie poprzedniej nocy; śmierdziała ogniskiem i miała w sobie ten delikatny pakunek, który jej powierzyłam. Teraz przy odpowiednim świetle udało mi się zobaczyć, że spis piosenek wykonano porządnym, niekonwencjonalnym pismem. Kaseta była ozdobiona w rogach komiksowymi rysunkami, biedronkami i rybkami narysowanymi rdzawym atramentem. Był to detal tak radosny, szczery i bezsprzecznie intymny, że aż zakręciło mi się w głowie.

Usiadłam na łóżku i włożyłam kasetę do magnetofonu. Pierwsza piosenka Son of a Preacher Man w wersji śpiewanej przez Arethę Franklin. Prawdziwa miłość, syn kaznodziei. Westchnęłam. Moje życie uczuciowe aż do tej chwili było serią melodramatów i nieporozumień.

W Castellammare poznałam Franco, wschodzącą gwiazdę camorry. W tamtym czasie myślałam, że to miłość — albo może film o miłości. Scena, w której obejmowałam go w pasie na vespie kluczącej pomiędzy ruderami jego dzielnicy widma, dzielnicy przez wieki nękanej trzęsieniami i obsunięciami ziemi. Scena w źle oświetlonej chałupie, w której jego matka narzekała na chroniczny ból nóg, spuchniętych jak dwa pieńki. Inna, w której słuchałam historii o przyjacielu zamordowanym przez wrogi klan. Jeszcze inna, w której trzymałam w ramionach Franca, płaczącego wbrew wszelkim kodeksom honorowym, a w tle stary dom, wynajęty od przyjaciela i oczywiście pozbawiony elektryczności. Miałam szesnaście lat i chciałam go uratować. Pewnego dnia bez wyjaśnienia po prostu mnie rzucił — finał przewidywalny, a nawet właściwie korzystny. Od tamtej pory nastoletnie zachody słońca nad pełnym zanieczyszczeń morzem wydawały mi się jeszcze piękniejsze, bardziej krwawe i kuszące jak sycylijskie pomarańcze.

Cesare był błędem w ocenie, za który drogo zapłaciłam. Z perspektywy czasu wiem, że powinnam była zdawać sobie sprawę, że jego genialność i ekscentryzm były pierwszymi oznakami schizofrenii, ale wówczas byłam zakochana w jego miłości do mnie, w jego gorącym spojrzeniu i krzywych zębach. Był nieporządny, może nawet brzydki, ale miał płomienny szacunek do samego siebie, poza tym pisał oschłe i gęste jak haiku poezje. U Cesare wkrótce pojawiły się oznaki obsesji i dopiero potem odkryłam, że zrobił mi niewiele znaczący, wręcz bezsensowny prezent ze swojego dziewictwa. Jeszcze długo po tym, jak porzucił studia, by leczyć się w szpitalu psychiatrycznym, czasami wysyłał mi paczki ze swojej rodzinnej miejscowości Catanzaro na adres domu mojego ojca i Barbary w Waszyngtonie. Paczki te zawierały własnoręcznie wykonane zbiory wierszy albo ściśle tajne instrukcje budowy bomb. Z każdym kolejnym wyznaniem jego dozgonnej miłości, coraz bardziej pretensjonalnym, pogarszała się nie tylko moja opryszczka, ale i wstyd, który graniczył z obrzydzeniem, bo zabawiłam się w bezpruderyjną dziewczynę i użyłam seksu jako cielesnego eksperymentu intelektualnego. Wstydziłam się mojego braku bystrości i instynktu samozachowawczego, który szybko wziął górę nad współczuciem.

Potem był Luca. Albo właściwie go nie było. Kiedyś późnym wieczorem, gdy oglądaliśmy film, zasnęliśmy razem na jego łóżku i spałam w jego ramionach. Nagle się obudziłam. Film się skończył, a pierś Luki wznosiła się i opadała w spokojnym i zarazem chłodnym rytmie, który wydał mi się sam w sobie po prostu niesamowity. Luca miał rozpuszczone włosy, bo rozwiązał mu się kucyk, i półotwarte usta, ale nawet we śnie zachował swój szorstki urok. Tylko udawałam, że śpię. Sparaliżowana przyjemnością i niepewnością pozwoliłam, żeby noc przepływała powoli z każdym cyfrowym tyknięciem i zielonym błyskiem światełek radiobudzika. Pozwoliłam, żeby wisiorek Luki odcisnął na moim ciele swój tajemny szyfr. Bałam się go obudzić. Chciałam zostać przy nim przez cały ten czas, który został mi cudownie dany, aby wchłonąć z niego wszystko. Jego wiedzę ezoteryczną, jego niefrasobliwość, spokój i pewność siebie. Podczas tej przecudnej i bardzo długiej nocy wydało mi się, że odkryłam coś niesamowicie ważnego — to, co do niego czułam, to nie było zakochanie, to było coś więcej. Ja nie pragnęłam Luki Falcone, ja pragnęłam nim być.

Umościłam się na poduszce, aby posłuchać tekstu piosenki mówiącej pełnym otuchy szeptem o ukradkowym pocałunku. Było w tej piosence coś pięknie upojnego. Pobrzmiewała w niej wyraźna zmysłowość, której nigdy dotąd nie zauważyłam, mimo że słuchałam jej już z tysiąc razy w życiu. Zastanawiałam się, czy Pietro był w stanie zrozumieć ją do głębi i czy zdał sobie sprawę, że podarował mi piosenkę o miłości.

3

Nie byłam w stanie przypomnieć sobie twarzy Pietro: spotkanie trwało zaledwie kilka minut i ja sama przyspieszyłam nasze pożegnanie. Im usilniej starałam się wyobrazić sobie jego twarz, tym bardziej mi umykała — mgliste rysy, które ginęły pośród wielu oczu, nosów i ust ludzi obecnych w kinie Astra w czasie godziny językoznawstwa. Ze strachu, że na zawsze zgubię go w tłumie, postanowiłam nie myśleć o nim zbyt wiele. Starałam się skoncentrować na zajęciach.

Kino było ciemne i ciepłe jak wnętrze brzucha, fotele wygodne i obite czerwonym welurem, głos profesora niski. Dzikie konie nie dałyby rady wydrzeć mnie stąd, zdążyłam pomyśleć, zanim zdałam sobie sprawę, że bezwiednie cytuję drugą piosenkę z kasety Pietro, Wild horses Rolling Stonesów.

Znów skupiłam uwagę na zeszycie, próbując notować wszystkie słowa padające ze sceny.

— Wszystkie języki świata zmieniają się wokół taksonów, to znaczy systemów pokrewnych. — Zapisałam pismem wyraźnym i ścisłym. — Kolor jest typem taksonomii właściwej, w rzeczywistości można by mówić o chromatyzmie etnicznym.

— Co za pieprzenie — ciemnowłosa dziewczyna obok mnie szerzej otworzyła oczy i dodała szeptem: — A poza tym Signorelli ma łeb jak wielkie jajo Kinder niespodzianka.

— Ale jest świetny! — Cóż, dla mnie był jak gwiazda rocka.

— Tak, ale nie umie uczyć. Czyta po prostu z podręcznika.

To nie do końca była prawda, ale znów poczułam, że muszę odegnać swoją obawę, że zapisałam się na studia, jak często słyszałam, w stanie totalnego rozpadu.

— Widziałam cię kilka razy na kursie rosyjskiego. Jak masz na imię?

— Eddie, a ty?

— To ty jesteś tą cudzoziemką? — Moja towarzyszka przysunęła się bliżej. Była teraz zdecydowanie za blisko, jakbym na skórze miała magiczny pył. Nie znałam jej, ale rozpoznałam ten głód, tak powszechny na wydziale języków europejskich: pragnienie, by zostać teleportowanym do bardzo, bardzo odległej galaktyki. Na jednym oddechu zapytała: — Skąd pochodzisz? Jesteś Niemką? Dlaczego przyjechałaś do Neapolu?

— Jestem… Pochodzę z Quartieri Spagnoli.

Umiałam gubić końcówki i zmiękczać „sp” po neapolitańsku, potrafiłam ukryć zachwyt, gdy przechadzałam się po mieście, ale od mojej mało śródziemnomorskiej fizjonomii nie dało się uciec. I rzeczywiście, dziewczyna nie dała się nabrać, ale przynajmniej zmieniła swój obiekt zainteresowania. Tymczasem przeniosła wzrok na profesora.

— …różnica między białym błyszczącym i białym matowym. W języku greckim melas to kolor czarny z połyskiem, jest to koncept, który kompletnie zaginął przy przejściu od języków antycznych do współczesnych. Nie wiadomo zresztą dlaczego. W antyku bardzo zwracano uwagę na połysk…

— Dosyć, przejrzę sobie książkę w domu. — Dziewczyna zamknęła notatnik, szepcząc z namacalną wręcz radością. — W Sala Consilina, jadę tam jutro rano, pociągiem.

— Sala Consilina…

— To w prowincji Salerno. Nie możesz wiedzieć, gdzie leży, bo to bardzo mała miejscowość.

Widziałam, że była zakłopotana. Chciałam jej powiedzieć, żeby się tym nie przejmowała, że to ja jestem prawdziwą prowincjuszką, bo wychowałam się w jałowych amerykańskich pipidówkach, ale ona by tego nie zrozumiała. Poniżenie tego, kto przyjeżdżał z prowincji, było głęboko zakorzenioną prawdą historyczną. Mój wstyd był za to całkowicie współczesny, niejasno pomieszany ze skrępowaniem każdego Amerykanina zdającego sobie sprawę, że koniec końców jest w jakiś sposób uprzywilejowany.

— W takim razie szczęśliwej podróży.

— Wesołych świąt wielkanocnych.

Popatrzyłam znowu na łysą głowę Signorellego. To był mózgowiec zdolny przekazać nie tylko mnóstwo fascynujących rzeczy na temat ewolucji mowy, ale także naprowadzić na zaskakujące spostrzeżenia dotyczące ludzkiej natury w ogóle. Te ulotne stwierdzenia niewerbalne — czy może bardziej pozawerbalne — pojawiały się w mojej głowie podczas lekcji albo w chwilach najbardziej zaskakujących, ale nigdy nie udało mi się ich zapisać, bo zaraz znikały jak ważki.

Bardzo rzadko zdarzała mi się natomiast inna niesamowita rzecz. Niektóre z tych niemych olśnień, których nie byłam w stanie uchwycić, ale ewidentnie nie całkiem mnie opuściły, zaczynały się łączyć i szeptać coś zawzięcie między sobą. Sekrety wypowiadane w nieznanym mi języku, może nawet zwierzęcym, połączone ze sobą tworzyły gwar. Po jakimś czasie intensyfikował się on w dziwną, ekscytującą kakofonię, jakby strojonych przed koncertem instrumentów. Te nieuchwytne tony powoli zaczynały się organizować i konsolidować w jedną dominującą ideę, która mogła wyjaśnić wszytko. I na pewno nie byłoby to proste stwierdzenie, ale łoskot, grzmot, coś nigdy niesłyszanego i tak zdumiewającego, że byłoby w stanie rozsadzić bębenki. Byłaby to cała prawda.

Gdyby tylko udało mi się powstrzymać oddech na dostatecznie długi czas, myślałam, aby te nuty w crescendo ześliznęły się wszystkie razem w jednej eksplozji, w tej tajemnej wiadomości, wówczas byłabym zdolna wiedzieć. Chciałam wiedzy pochodzącej od pradawnych bodźców ludzkości, prawdziwych odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie robią to, co robią i są tacy, jacy są i z jakiego świata jest ten świat. Sztuka, wojna, religia… miłość.

Zaczęłam podśpiewywać Wild Horses. Nagle poczułam się więźniem tego fotela i kina, pomieszczenia bez okien. Chciałam uciec, pobiec do domu, aby jeszcze raz posłuchać kasety. Przesłuchać ją „między wierszami”.

Wyszłam. Studenci wylewali się z barów i antykwariatów, spowalniając samochody i naginając ich ruch do swojej woli. Tu miasto należało do nas. Zobaczyłam naszych współplemieńców — Constantina, który zapisał się na japoński i Rinę, która uczyła się francuskiego, ale nie będąc w stanie przystanąć w tym ścisku, ograniczyliśmy się do przesłania sobie gorących pozdrowień gestami. Szłam pod prąd. Wyglądało to tak, jakby wszyscy oddalali się od historycznego centrum w kierunku stacji kolejowej. Ten dziś, tamten jutro, wszyscy wyjeżdżali do miast i miasteczek, z których pochodzili. Ocierano się o mnie, popychano, potrącano. Nie było w tym złości, ale raczej poufałość. Ja szłam prosto swoją drogą, Spaccanapoli, tą długą arterią, która z premedytacją dzieli na pół serce miasta i prowadzi wprost do Quartieri.

Wolne dni były dla mnie szansą na wycieczkę do kościoła Najświętszej Marii Panny w Carmine. Było w tym coś dla mnie niezwykłego: pojechałam autobusem, choć nie znałam drogi do dzielnicy Sanità. Panował tam taki spokój, że odczuwało się coś w rodzaju dyskomfortu. Kilka pięter nade mną usłyszałam dźwięk noża na desce do krojenia, w oddali leniwy warkot motoru. Zdecydowanie nie było to miejsce, gdzie powinno się używać aparatu fotograficznego Minolta, który należał niegdyś do mojego ojca. Zamiast niego wyciągnęłam wytartą mapę, wygładzając jej wygodne zagięcia, i skręciłam w lewo.

Zaułki zachowywały się po swojemu i ściskały jak imadła. Buty zdradzały mnie, co krok rozlegało się lekkie stuknięcie o neapolitański bruk, o te wulkaniczne płyty kwadratowe albo opływowe, pokryte pęknięciami, które zamieniały ulice w długie potargane narzuty. Szłam miarowym krokiem w prawie muzycznym rytmie. I tak oto kolejna piosenka Pietro, a właściwie U2, dyktowała mi drogę. Where The Streets Have No Name.

Zatrzymałam się. Jak w głębi opustoszałego wąwozu stanęłam przed wysokimi ścianami z tufu. Wszystko było koloru piasku, ale słońce tu nie docierało. Z naturalnych jaskiń wyłaniały się domy, biedniusieńkie chaty bez okien, najwyraźniej przyciśnięte ciężarem skały. Młoda kobieta w ciąży stała w piżamie w półcieniu wejścia do jednego z nich. Czasami myśląc, że jestem niewidzialna, pozwalałam sobie na luksus obserwowania. Kiedy jednak kobieta mnie zobaczyła, zamknęła drzwi.

Szłam wzdłuż zewnętrznej granicy dzielnicy, aż dotarłam do kościoła. On także znajdował się w zagłębieniu skały. Miał ten sam kolor — kolor tufu, ale sprawiał wrażenie, że nie jest produktem skały, a elegancką manifestacją wielkości wbrew warunkom otoczenia.

Weszłam tam, szukając schronienia bardziej niż czegokolwiek innego. Wątpiłam, żeby to był właściwy kościół. Wnętrze nie miało w sobie nic niezwykłego — jak wszędzie kolorowe marmury, kadzidło i kilka staruszek klepiących różaniec. Jedna z kobiet wyszła mi na spotkanie.

— Jesteś tu z powodu zmarłych, co, piękna?

— Rzeczywiście. — Po czym aż tak było to widać? Po moim zdyszanym wejściu, po tym, że zapomniałam dźgnąć palcem święconą wodę?

— Ja cię zaprowadzę na dół. — Kobieta mówiła w sposób typowy dla neapolitańskich wdów, dusząc każdy dźwięk, jakby wypowiedziała walkę sylabom, ale przy tym uśmiechała się. Kiedy szłam za nią w kierunku ołtarza, odwróciła się do mnie i powiedziała.

— Nie jesteś stąd.

— Nie.

Potem zaprowadziła mnie na kręcone schody. Śmierdziało wilgocią. Panowała prawie całkowita ciemność, więc schodziłam po omacku, aż w końcu poczułam pod stopami ubitą ziemię. Powoli, w miarę jak przyzwyczajałam się do słabego światła, coraz wyraźniej widziałam rozciągającą się przede mną przestrzeń. Żwirowa dróżka prowadziła przez niestabilne hałdy kości usypane pod ścianami jaskini. Jedyny otwór w górze — kwadrat nieba zasłonięty chwastami — wpuszczał światło dzienne. To zielonkawe światło sprawiało, że hałdy przybierały potworne kształty.

— Czyje są?

— Tylko Bóg to wie. — Głos kobiety rozszedł się echem. — To bezimienni zmarli. Ci, co ginęli podczas trzęsień ziemi czy epidemii dżumy. Ludzie padali jak muchy w tamtych czasach.

Uderzyła mnie ta przypadkowa bliskość ludzi. W niektórych miejscach za tą zewnętrzną warstwą można było zobaczyć kości udowe, kręgi kręgosłupa i dużo mniejsze kości, które mogły być fragmentami kości palców. Ja dotychczas stanęłam ze śmiercią twarzą w twarz tylko raz, na pogrzebie matki mojej macochy. Śmierć wydawała mi się dziwnym banałem, kukłą. Nie bałam się śmierci, tylko myśli, że popełnię jakąś gafę, wypowiem niewłaściwe słowo, wykonam nieodpowiedni krok.

— Tutaj wierni poświęcają swoje modlitwy tym ludziom — dodała kobieta. — Mają nadzieje, że zobaczą ich potem w snach.

Podeszłam do szczególnie delikatnej i skrzywionej kości. O co chodziło tej kobiecie, gdy mówiła, że ludzie mają nadzieję zobaczyć ich potem w snach? Odwróciłam się, aby zapytać, ale już jej nie było. Dopiero teraz zaczęłam stąpać pełnym szacunku krokiem. Zrozumiałam, że prawdziwy kościół był właśnie tutaj. Dróżka zwężała się, kości było coraz więcej. Nie było przerażająco, ale bardzo cicho, jak w lesie powalonych sosen, na drodze pośród porozrzucanych gałęzi, gałązek i igieł, ale moja fantazja szalała. Może podczas jednej z wielu epidemii cholery, które spadły na miasto, zmarła jakaś kobieta, mężatka, może matka dwójki, trójki dzieci, która potem głęboką nocą została wrzucona jak szmaciana lalka do tej tufowej jaskini? Albo może wulkan zaczął pluć lawą, gdy odbywał się niedzielny targ i chłopiec, który sprzedawał kaki — te kwaśne, pierwsze w sezonie, które sprawiają, że drętwieje język — udusił się trującym gazem, unoszącym się z wulkanu? Nie, niemożliwe. Wezuwiusz już od dawna był nieaktywny. Stanowił tylko element tła po drugiej stronie zatoki. Może jakieś trzęsienie ziemi zwaliło chłopcu ścianę na głowę, a owoce jak szklane kule potoczyły się po bruku?

Wilgoć panująca w grocie zaczęła drażnić moje kości. To było artretyczne odczucie, które doskonale znałam, jako że przez lata mieszkałam w nieogrzewanych pokojach, gdzie farba obłaziła płatami jak stare łaty, a rany na tynku po dawnych trzęsieniach ziemi nigdy się nie zabliźniały.

Stanęłam przed trumną wykonaną z takiego samego drewna, jakie ja i chłopaki zbieraliśmy, by palić nim w kominku. Pusta, stwierdziłam z wdzięcznością pomieszaną z niewyobrażalnym zawodem. Potem z przodu dostrzegłam inną trumnę. Była starsza, na co wskazywało zmurszałe już drewno, i o wiele mniejsza, wielkości małego dziecka.

Pojawiłam się tu bezprawnie, teraz wiedziałam to z całą pewnością. Ale moje oczy były zbyt zachłanne, szłam więc dalej tą dróżką, aż dotarłam do stosu czaszek. Były gładkie, jakby od długoletniego głaskania, jakby wykonano je z lakierowanego drewna. Niektóre złożono w nieheblowanych skrzyniach, ozdobionych ręcznie wydrapanymi krzyżami. Przykucnęłam przed jedną z tych skrzyń. Twarz, jedyny materialny dostęp do duszy. Wielkie czarne oczy patrzyły na mnie zaskoczone własnym losem, usta rozchylone w ostatnim niemym krzyku. To już nie była wycieczka. Nie czułam się już ani radosna, ani zaciekawiona. Chciałam zostać tu z tą osobą, znaleźć odwagę, by musnąć ręką jej głowę, jakby ułożyć do snu dziecko i czuwać nad jego snem. Chciałam udowodnić, że nie boję się śmierci, bo los doskonale wie, co robi. Albo i nie?

— Wszystko w porządku? — Głos kobiety przerwał ciszę. Wróciła, żeby sprawdzić, co się dzieje, a może po prostu nie wolno było zostawiać w ossarium nikogo bez nadzoru.

— Za każdą czaszkę jest odpowiedzialny jeden parafianin. — Mówiła powoli, a ja zrozumiałam, że to nie z powodu żałoby, ale wysiłku, by mówić po włosku zamiast lokalnym dialektem. — Zajmuje się nią, jakby to był członek jego rodziny. Utrzymuje ją w czystości, buduje dla niej ołtarz i codziennie modli się za to, żeby ten biedny chrześcijanin mógł opuścić czyściec.

Słuchałam, nic nie mówiąc. Czyściec wyobrażałam sobie jako poczekalnię, a piekła nie zaznałam jeszcze nigdy życiu, raju raczej także nie.

— W życiu trzeba zawsze mieć kogoś, kto się nami zajmie. Taki ktoś robi za adwokata u Pana Boga — kontynuowała, odrobinę zbaczając na dialekt; niektóre prawdy można wyrazić tylko po neapolitańsku. Gdybym była wierząca, z pewnością powiedziałabym: Amen. Na podstawie moich studiów antropologicznych wiedziałam, że ta kobieta ma rację — jesteśmy przede wszystkim istotami społecznymi. Zauważyłam, że jej słowa skierowane były nie do ludzkości jako takiej, ale do mnie osobiście, dopiero gdy dodała ochrypłym szeptem palaczki.

— A ty masz narzeczonego?

— Ja? Nie.

Była to jedyna możliwa odpowiedź, a jednak w tym momencie serce mi się ścisnęło. Bo razem z tym zaprzeczeniem, które bardziej niż faktem wydawało się protestem, w mojej wyobraźni pojawiła mi twarz Pietro — tak wyraźnie i z taką dokładnością, o jaką nie podejrzewałam swojej pamięci. Surowa powierzchowność, ostre spojrzenie, duży i lekko skrzywiony nos, usta, które pieczętowały potajemną przyjemność.

— Taka piękna dziewczyna jak ty? Na pewno ktoś jest. — Kobieta przechodziła na dialekt, zupełnie jakby wkładała wygodne kapcie do chodzenia po domu. Wzięła moją rękę w swoje ciepłe pomarszczone dłonie.

— Jest jakiś mężczyzna. Czeka na ciebie, jestem tego pewna. Założyłabym się o ostatni grosz.

Mężczyzna, który na mnie czeka? Popatrzyłam na kobietę. W jej oczach było ciepło, tak łatwo dostępne między prawdziwymi neapolitańczykami, które nieomal skłoniło mnie do wyznania tej obcej kobiecie — tu, w tym w zbiorowym grobie — historii chłopaka, który zrobił mi prezent i którego nie umiałam wybić sobie z głowy. To był zupełnie obcy człowiek, którego być może nigdy już nie zobaczę, ale który ewidentnie zauważył we mnie albo w nas coś, czego ja nie potrafiłam dostrzec.

Zamiast tego jednak powiedziałam tylko:

— Lubię być sama.

— Sama? Tak? — Zanim mnie puściła, kobieta uderzyła moją dłoń. Zrobiła to zdecydowanie za mocno, jakby chciała mnie spoliczkować. Intymność między nami rozpadła się. Czy ona przed chwilą nie zajrzała do mojej duszy, a może nawet do przyszłości?

Na zewnątrz słońce grzało nieznośnie mocno, a dzielnica była nadzwyczaj ożywiona mimo dość wczesnej pory sjesty, zamkniętych straganów i paskudnych graffiti. Czy ulice tu miały nazwy? Do oczu napłynęły mi łzy — nie wiedziałam, czy z powodu przykrości czy wzruszenia. Zasłoniły mi widok, robiąc z Sanità rozmyty, zaskakujący pejzaż. To był świat, który naginał się do mojej wizji albo to były moje atomy, które wirując jak tańczący derwisze, mieszały się ze światem, który je otaczał. Na chwilę, na moment nieskończonego, bolesnego prawie piękna, zatarły się wszelkie granice. Wszystko było możliwe.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Wysłane: 3 stycznia

Droga Heddi,

Powinienem był odpisać wcześniej. Spróbuję zrobić to teraz po raz enty, choć nie jestem pewien, czy mam dość odwagi. Zbierałem ją przez te wszystkie lata, by napisać Ci prawdę o swoim życiu.

Moje życie zupełnie mi się nie podoba. Od około dwóch lat pracuję na Morzu Adriatyckim, na platformach naftowych. Jestem robotnikiem przez piętnaście dni w miesiącu, a pozostałe piętnaście jestem (że tak powiem) wolny. Praca nie daje mi żadnej satysfakcji. Obawiam się, że dzień po dniu robię wciąż to samo.

Nadal staram się o wyjazd do pracy gdzieś na Zachód. Za każdym razem, gdy wysyłam curriculum, spędzam całe dnie na fantazjowaniu, że znajdę pracę niezbyt daleko od Ciebie, choćby po to, żebyśmy mogli spotkać się na kawę i porozmawiać.

Ciągle zdarza mi się myśleć o błędach, jakie popełniłem (a jest ich wiele), co doprowadziło do czegoś w rodzaju całkowitego upadku. Zastanawiasz się pewnie, czego od Ciebie oczekuję. Nie wiem, ale jesteś jedyną kobietą, którą naprawdę kochałem. Zrobiłem Ci krzywdę. Z punktu widzenia lat, które minęły, nie umiem znaleźć prawdziwego powodu mojej ucieczki. Doskonale wiem, że zmarnowałem jedyną możliwość na szczęśliwe życie z Tobą. Dojrzała we mnie świadomość, jak okrutnie podeptałem uczucia, szacunek i miłość najpiękniejszej osoby, jaką znam i jaką kiedykolwiek poznam. Mam pewność, że postawiłem wszystko na jedną kartę i zmarnowałem swoje szanse, choć mogłem wygrać wszystko.

Wracam do swojego pytania, czego od Ciebie chcę? Chcę, żebyś wiedziała, że mój szacunek do siebie samego zredukował się do minimum; chcę, żebyś wiedziała, że nigdy nie będzie w moim życiu kobiety takiej jak Ty. Miałem nic nieznaczące i krótkie związki z kobietami; wyszedłem z tych związków jeszcze bardziej przekonany i świadomy ilości gówna, w którym jestem zakopany. Chcę, żebyś zobaczyła, jak paskudne życie wiodę i chcę być pewien, że wykazałem Ci, że miałaś rację.

Sprawia mi przyjemność myśl, że nie zapomniałaś jeszcze całkiem mojego imienia, że opowiedziałaś mi o sobie i o swoim kocie. Mam nadzieję, że zechcesz znowu do mnie napisać. Chciałbym móc wyobrażać sobie, co porabiasz, gdzie robisz zakupy, co gotujesz, jak spędzasz weekendy. Tymczasem pozdrów ode mnie tych meksykańskich kowbojów i jeżeli będziesz uważać za stosowne — Barbarę i Twojego Ojca.

p.

4

— Zgadnij, kto dzisiaj przyjdzie… — powiedziała Sonia, gdy nakrywałyśmy do stołu, z tej okazji wyniesionego na taras.

— Angelo go zaprosił — szepnęła i uśmiechała się. Ten uśmiech był jak sierp księżyca na jej pięknym śródziemnomorskim obliczu, kiedy podmuchy łagodnego wiatru unosiły kosmyki włosów i sprawiały, że wydawały się jakby bezwładne w powietrzu, jak czarne algi w morzu.

Sirocco zaczął wiać kilka dni temu, podchodząc nas cichutko, skradając się za naszymi plecami. Saharyjski wiatr pojawiał się zawsze punktualnie w tym okresie, a jednak za każdym razem brał nas z zaskoczenia. Wirował dołem po zaułkach Quartieri Spagnoli ciepły i gęsty jak błotna lawina. Swoim miękkim podmuchem wciskał się bezczelnie we wszystko na swojej drodze, w spódnice mężatek, sierść bezpańskich psów, w przekrojone na pół główki kapusty. Wkradając się do dzielnicy, szybko skręcał w najwęższe zaułki, na lewo, na prawo, na północ i południe, nie mając, prawdę powiedziawszy, żadnego celu poza dmuchaniem pustynnym, delikatnym piaskiem w koronki wywieszonych na sznurach majteczek, w mechaniczne części motorynek, które zaparkowano na zbyt długi czas, czy owijaniem każdej żywej istoty w wełniste, poskręcane ciepło.

W sirocco była jednak pokrętna przyjemność, w jego czasowej anarchii, w uczuciu niemocy i w jego cieple. Jego obecność pozwalała wreszcie na kolacje na świeżym powietrzu. Wiatr, który powoli nabierał sił nad Afryką, zwiastował nadejście lata, a ja chciałam teraz bardziej niż kiedykolwiek tej długiej i przyjaznej pory roku. Była to chęć, która wraz z wiadomością Sonii zmieniła się w pragnienie, wypełniające moje wnętrzności głuchym bólem. Usłyszałam, jak coś szepce mi do ucha. To był wiatr. Pośpiesz się, mówił.

— Zdecydowałam się, dziś z nim porozmawiam.

— Doskonale, Soniu, dobry pomysł.

— O, makaron!

— Ja pójdę.

W kuchni na szczęście nie było nikogo, nawet wiatru. Zabrałam się do mieszania makaronu bucatini. Miał długie blade wstążki, które nigdy nie zwijały się jak należy, i teraz też nie dawały się pokonać mojej drewnianej łyżce. Nie minęło wiele czasu, jak usłyszałam głosy na piętrze poniżej. Kroki na schodach. Angelo piszczał.

— O w chuj, to jest naprawdę bombowe.

Potem jakiś męski, niejasno znany mi głos powiedział:

— Rzeczywiście, moi dziadkowie robią to w domu.

W końcu niski i zdecydowany głos dodał.

— Nie jest tak dobre jak to z zeszłego roku, jednak mam nadzieję, że mimo wszystko wam posmakuje.

Jak udało mi się wtedy, w dzień tamtej imprezy, pozostać obojętną na moc tego głosu? Pietro wyłonił się z klatki schodowej jako pierwszy, z butelką wina domowej roboty w dłoni. Nie patrzyłam na niego, ale na kędzierzawego chłopaka za nim. Rozpoznałam, to był Davide, a jeszcze za nim szedł Angelo, który trzymał coś zawiniętego w papier śniadaniowy.

— Popatrz, co Pietro przywiózł nam z domu — powiedział zachwycony Angelo, rozpakowując i pokazując mi. — Soppressata, domowej roboty kalabryjskie salami. Co na to powiesz?

— Dobre — powiedziałam, przyglądając się Pietro, który czekał nieruchomo, dokładnie pod zdobiącą sufit rozetą. Miał niepewny wyraz twarzy i przełożył ciężar ciała na jedną nogę, jakby był kulawy. Odłożyłam parującą łyżkę.

— Tędy — powiedziałam półgłosem i czy mnie słyszał, czy nie, ruszył za mną na zewnątrz.

— O Madonno! — Było pierwszym słowem, jakie wypowiedział. — Czy to pałac królewski?

Patrzył na stojącą na tarasie, wyszczerbioną z jednej strony stiukową fontannę. W lepszych czasach z ust diabolicznego maszkarona woda wypływałaby wprost do miski.

Tonino wymierzył porządnego kuksańca w plecy Pietro, zanim odebrał od niego wino.

— Ten, kto kazał to zbudować, na pewno był gnojkiem. Uważał się chyba za króla Ferdynanda IV. Widziałeś freski? Koszmarnie nieudolne.

— Inaczej mówiąc, to piętro to oczywista samowolka — skomentował Luca. — Zbudowane na osiemnastowiecznym budynku, a pochodzi najwyżej z lat trzydziestych.

— Abstrahując od wieku… — odparł Pietro. — Właściciele musieli mieć kasy jak lodu!

— Może lata temu, gdy ta dzielnica trochę bardziej nadawała się do życia — uzupełnił Angelo. — Obecni właściciele to biedacy, mają tylko skromne domki. Pozerzy i oszuści. Powinniście usłyszeć, jak elegancko mówią po włosku, kiedy do nas dzwonią, żeby podnieść czynsz.

— W parterowej chałupie spędzają dzień, ale sypialnie mają na piętrze.

— Wielka mi różnica.

— Skąd ty to wszystko wiesz, Falcone? — zagadnął Tonino.

— Nie mogłem nie zauważyć waszego wyrafinowanego sąsiada — wtrącił Davide. To fakt, tego przebierańca czy transwestyty o końskich nogach, stojącego w wejściu do mieszkania na parterze naprzeciwko naszego budynku, po prostu nie dało się nie zauważyć. Nie było łatwo przejść obok drzwi i nie zwolnić kroku, tak jak nie można było oderwać wzroku od wnętrza pojedynczego pokoju, umeblowanego krwistoczerwoną kanapą, akcesoriami ze sztucznego złota i syntetycznego marmuru. Te wnętrzności chciały cię wessać jak chiński burdel.

— To jest tak dobre, że aż chciałoby się być ciotą — rzucił Tonino ze swoją jeszcze całkowicie dziewiczą męskością.

Angelo pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Ale z jakiej racji ktoś wybrałby mieszkanie na dole, zamiast mieszkać tu u góry jak pasza? Zupełnie tego nie pojmuję.

— Choćby po to, żeby uniknąć tych pieprzonych schodów — skwitował Tonino. — Mówię wam, że te sześć pięter kiedyś mnie zabije.

— Albo po to, żeby być w centrum dzielnicy, w sercu tego, co się dzieje — zaryzykował Luca, podając Pietrowi opakowanie tytoniu luzem.

Pietro odmówił serdecznym gestem ręki. Wyjął paczkę marlboro. Wystarczyło, że pierwszy raz zaciągnął się dymem i od razu wydał się bardziej rozluźniony.

— Są light — powiedział, zwracając się do mnie. To było usprawiedliwienie.

Weszła Sonia z garnkiem pełnym bucatini alla puttanesca. Było to danie, którego składniki wydobyte zostały z dna kredensu i których niepewne pochodzenie (Sycylia? Rzym? Ischia?) sprawiało, że była to potrawa idealna dla naszej mocno zróżnicowanej paczki.

Usiedliśmy wszyscy do stołu, Pietro naprzeciwko mnie. Podane zostało jego czerwone wino. Byłam prawie abstynentką — alkohol właściwie powodował u mnie tylko mdłości, ale tego wieczoru pozwoliłam, żeby nalano mi odrobinę. No dobrze, dwie odrobiny. Z grzeczności wypiłam łyk i nagle ciepło zaczęło krążyć w moich żyłach w sposób tak natrętny, ale i przyjemny, jak sirocco, gdy wsuwał swoje ciepłe palce w moje włosy. Złapałam je i spięłam w niezbyt udany kok.

— Smacznego.

Jedliśmy w zgodnej ciszy, jaką powoduje smaczne jedzenie. Poza tym chaos spowodowany wiatrem narzucał pewną koncentrację. To był najlepszy moment, żeby przyjrzeć się Pietro, nie będąc zauważoną, by móc sprawdzić, czy moja pamięć była zgodna z rzeczywistością. Rysy były te same, ale teraz uderzyły mnie swoją wyrazistością. Pietro miał ogromne, piękne oczy leśnego jelenia, ale przy długim i kościstym nosie jego profil miał coś z babilońskiego majestatu. Jeżeli chodzi o usta, moje oczy nie chciały za bardzo się im przyglądać.

Patrzyłam na niego, gdy znów napełniał kieliszek Davide. (To nie jest prawdziwe wino — powiedział — ale zawsze lepsze niż woda) i nagle zdałam sobie sprawę, że jego twarz nie była zwyczajnie ładna, ale raczej przesadnie piękna tą urodą, która prawie przekracza cienką linię brzydoty. Jednakże nawet jeśli Pietro wciąż balansował na granicy między pięknem i zwyczajną wulgarnością, nigdy tej granicy nie przekroczył. Był dziwny i wspaniały. Badałam go tak uważnie, że choć dzielił nas od siebie stół, przysięgłabym, że mogę poczuć ciepło jego oddechu i łaskotanie spowodowane piórkami jego rzęs. Pospiesz się, podpowiedział mi znowu sirocco.

Wypiłam duży łyk wina i zauważyłam, że Sonia też mu się przygląda. Patrzyła na jego wargi, lekko zaczerwienione od pomidorów, które właśnie się poruszały. Dopiero po chwili zadałam sobie sprawę, że Pietro coś mówi. Tonino o coś go zapytał.

— Hydrogeologia — mówił Pietro — służy odnajdowaniu wody pod ziemią. Wskazuje na przykład, gdzie należy wykopać studnię.

— Istnieją jeszcze ludzie, którzy kopią studnie? — zapytała Sonia.

— Czy ty nie pochodzisz z Sardynii? — dopytywał Tonino.

— Ach ta dzisiejsza miastowa młodzież… — rzucił Angelo, udając zrezygnowane westchnienie. Lubił dobrodusznie nabijać się z Sonii, bo ona także, tak jak on sam, urodziła się na obrzeżach państwa.

— Nie można użyć jednego z tych kijków do szukania wody? — zapytał Davide.

— Starzy ludzie z moich stron nadal tak robią — odpowiedział Pietro.

— Chodzi o te kije, których używa się do bicia żon? — chciał wiedzieć Tonino. — Ojciec taki ma.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, ja też roześmiałam się solidarnie. Śmiał się też Pietro, aż do momentu, gdy zwinął swoje szczupłe palce wokół ust w geście zamyślenia i skierował wzrok wprost na mnie. Miał ciężkie spojrzenie, tak jakby od początku wieczoru czekał tylko na ten gwar, na tę hałaśliwą możliwość, w której wszyscy byli roztargnieni, by zwrócić je ku mnie.

Ta odrobina beztroski, którą udało mi się u siebie wywołać, opuściła mnie niemal natychmiast. Nie słyszałam wszystkich tych radosnych odgłosów, bo w rzeczywistości nie było mnie tam, między przyjaciółmi siedzącymi przy stole. Byłam z Pietro w świecie głębokim i przejrzystym jak morski horyzont, gdzie królowała cisza, pulsująca w uszach w zwolnionym, ale nieuchronnym rytmie fal. Tam oboje byliśmy sami. Pietro był kimś zupełnie innym niż tamten nieznany mi chłopak. Patrzył na mnie, ale zaglądał do mojego wnętrza tymi nieruchomymi oczami. Dostrzegł wszystko, co leżało mi na sercu, i nie wypowiadając ani słowa, powiedział do mnie: Dziś wieczorem przyszedłem tu dla ciebie.

Zrozumiałam. Widelec zrównoważony w moich palcach zmienił się w ołów — o mało nie wypadł mi z ręki — i zbladłam tak gwałtownie, że został ze mnie ledwie duch unoszący się w powietrzu. Sirocco robił ze mną, co mu się podobało, ale nie miałam siły ani mu się przeciwstawić, ani znosić spojrzenia Pietro ani sekundy dłużej.

Odwróciłam się. Śmiechy znów zadźwięczały mi w uszach. Pietro odwrócił oczy w drugą stronę i zniknęła pewność tak bezsporna jeszcze chwilę temu, że on i ja prowadziliśmy między sobą dialog bez słów. Z pewnością byłam obłąkana, jeżeli nie pijana.

— Studiujesz także wulkanologię? — zapytał go Luca.

Pietro odpowiedział bez okazywania szczególnych emocji, nie zwracając się właściwie do żadnego z nas, że studiował ją tylko przez rok.

— Nie specjalizuję się w wulkanach, ale mam do nich ogromny szacunek, ujmijmy to w ten sposób.

Czyli był zapisany na geologię. Kieszonka koszuli, buty, teraz wszystko pasowało. Co takiego było w tym studencie geologii, że budził we mnie aż taki niepokój?

— Wezuwiusz… — powiedziałam zaskoczona własnym głosem. — Badałeś go?

— Cóż, trochę. Jest doskonałym przykładem stratowulkanu.

— A co to znaczy? — zapytała Sonia i Pietro wytłumaczył, że stratowulkany to typowe wulkany w kształcie stożka, które tworzyły się przez tysiące lat. Powstawały dzięki periodycznym erupcjom, powtarzającym się wypływom lawy, które wynosiły na światło dzienne bazalt, ryolit i inne tajemnice.

— W sumie to taki gigantyczny pryszcz — podsumował Davide, żując plasterek soppressaty.

Pietro uśmiechnął się, znów zakrył usta i pogładził się po gładko ogolonym podbródku.

— Można tak powiedzieć, ale to są najbardziej niebezpieczne wulkany na Ziemi.

— O Boże, naprawdę powinniśmy się przejmować? — zapytała Sonia.

— Może? Około połowa wulkanów, które wybuchły ostatnio, to były właśnie stratowulkany.

— Zdefiniuj termin ostatnio — poprosił Tonino

— Chodzi o ostatnie dziesięć tysięcy lat.

Z drugiej strony stołu Davide i Angelo śmiali się hałaśliwie z kto wie jakich pierdoł. Hałas sprawił, że popatrzyłam poza taras, poza miasto, poza zatokę, aż mój wzrok spoczął na wulkanie promieniującym w pomarańczowej poświacie sirocco.

— To znaczy… — powiedziałam nagle — …że w takim razie nie będzie erupcji Wezuwiusza przez całe nasze życie. Może nie zdarzyć się przez tysiąclecia.

— Kto to wie? Nie ma sensu jednak się tym przejmować. To są po prostu prawa chaosu, niewiele możemy zrobić, niewiele albo nic.

Pietro mówił z pewnym fatalizmem, niepasującym do brzmienia jego pięknego barytonu, który jak głos meteorologa zapowiadającego burzę idealną, był zdecydowany, ale i dodawał otuchy.

— W takim razie nie wpadam w panikę — stwierdziła Sonia.

Widok jej twarzy rozjaśnionej uśmiechem przywrócił mnie do rzeczywistości. Ten wieczór nie należał do mnie, to był wieczór Sonii. Możliwe, że wyznała już swój sekret Angelo, który starał się jej pomóc, przekazując Pietro zaproszenie na kolację. Wzięłam też pod uwagę możliwość, że Pietro nie zrozumiał ani jednego słowa na tej kasecie z amerykańskimi piosenkami, że dla niego była to po prostu muzyczna wymiana z dziewczyną urodzoną na ziemi rock and rolla. Byłam teraz przekonana, że to, co zinterpretowałam jako nasz niemy dialog przez stół, było tylko spojrzeniem w moją stronę i, jak to bywa w przypadku spojrzeń, najpewniej trwało zaledwie kilka sekund. Było też możliwe, że Pietro przyszedł do naszego domu właśnie z powodu Sonii albo zupełnie bez powodu. Postanowiłam nie dramatyzować — i nie wypić już ani jednego łyczka jego wina.

Pietro dołożył na stół jeszcze trochę soppressaty.

— W każdym razie będziemy mieli ostrzeżenie w postaci trzęsień ziemi.

— To samo mówił Pliniusz Młodszy — wtrącił się Luca i jak zawsze, kiedy już mówił, wszyscy ucichli. — Mieszkańcy Pompejów także czuli wstrząsy kilka dni przed erupcją, ale nie połączyli tego faktu z wybuchem Wezuwiusza.

— A woda smakowała siarką, zanim całkowicie zniknęła ze studni — dodał Pietro. — Ale nie zrozumieli związku. Brakowało im wiedzy. Ludzie nie wiedzieli nawet, że to jest wulkan, dla nich była to góra, na której dobrze udawały się winogrona na wino. — Jakby dla powstrzymania śmiechu, który byłby nie na miejscu, albo jakby powiedział zbyt dużo, znów zakrył usta ręką.

Były to detale, które wyraźnie zaciekawiły Lukę, bo od tej chwili oddał głos Pietro z pełnym galanterii uznaniem dla każdego szczegółu geologicznego w jego opowieści. Największą mądrością Luki było chyba to, że zdawał sobie sprawę z tego, iż czegoś nie wie, a Pietro dopowiadał albo wyjaśniał pewne fakty z największą pokorą. Pewnego dnia około pierwszej, według ich opowieści, rozległ się huk i pojawiła się kolumna erupcyjna wysokości około trzydziestu kilometrów. Po zderzeniu z nieboskłonem rozszerzyła się ona w kształt parasola podobnego do sosny — pinii, według osiemnastoletniego Pliniusza, który obserwował katastrofę z Miseno — po jakimś czasie jednak ziemia zapragnęła, by wróciło do niej to, co do niej należało i cały wyrzucony materiał zaczął spadać — popioły, pumeks, kamienie. Nagle zrobiło się ciemno, jakby zapadła noc. Przez całe popołudnie i kolejną noc z nieba spadały skały jak okrutny deszcz, który rozbijał dachy i wypełniał pomieszczenia, ulice, grzebiąc Pompeje i Stabię, ale oszczędzając Herkulanum. Zostawił je na pożarcie błotnym lawinom. Chmury duszącego popiołu dopadły ocalałych w trakcie ucieczki. Morze też oddaliło się od wybrzeża, pozostawiając morskie zwierzęta na pozbawionym wody piasku. Nawet bogowie opuścili ludzi.

Podczas gdy Luca opowiadał, sirocco targał dymem jego papierosa raz na wschód, a raz na zachód, zanim rozwiał go w noc.

— Poza tym były tam toksyczne gazy.

— I ogromna temperatura — powiedział Pietro. — Oraz lawiny piroklastyczne.

Luca przytaknął z uznaniem, zanim dokończył.

— Tego dnia zmarło ponad dziesięć tysięcy ludzi.

Słuchałam jak przyrośnięta do krzesła. Przez wszystkie te lata, odkąd żyłam właśnie tutaj, w Stabii, ni mniej ni więcej w miejscu, gdzie zmarł z powodu uduszenia Pliniusz Starszy — podobnie jak wszyscy inni ja też nie zastanawiałam się nad tymi historiami dotyczącymi ziemi, po której stąpałam. Teraz z jakiejś nieznanej mi przyczyny ta codzienna prawda wypełniła mnie paraliżującym strachem, który graniczył z euforią, być może z powodu tych świetlistych smug, które Luca wplótł do opowieści, a być może z zupełnie innego powodu.

Spojrzałam w stronę Pietro. Podobnie jak ja patrzył na Lukę, który pił ze swojej filiżanki, zupełnie nie zwracając uwagi na afrykański wiatr, który wyplatał mu kosmyki z końskiego ogona. Robił to w taki sam sposób jak ja: z podziwem, który desperacko próbowałam ukryć, szczególnie w momentach, gdy rozwiązywał mu się język — z powodu wina albo wiatru, nie potrafiłam tego odróżnić. Inni natomiast wyciągali szyje, żeby ponad światłami miasta lepiej zobaczyć wulkan, jakby dopiero teraz zdali sobie sprawę z jego obecności.

— Nie mówiąc już o niszczącej erupcji z 1631 — rzucił Luca.

Nikt nie ośmielił się zapytać o 1631. W zaułkach pod nami usłyszeliśmy krzyk i pisk opon motoru, wszystko wydawało się takie odległe. Pietro wyjął Marlboro Light, które odznaczały się w kieszonce jego koszuli idealnym prostokątem. Rozpięta koszula rozsunęła się odrobinę, ukazując fragment srebrnego wisiorka. To było chyba słońce.

Natychmiast odwróciłam spojrzenie. Nie powinnam była na to patrzeć, ale sirocco dyszał mi w szyję i bawiąc się kołnierzykiem podniszczonego żakietu, szeptał moje imię. Heddi, Heddi, pospiesz się.

Wino się skończyło, soppressata też, ale wieczór jeszcze trwał. Krzesła powoli odsunęły się od stołu jak kostki domina, Davide usiadł na brzegu nieczynnej fontanny, rozmawiając o czymś poważnie z Luką, a nasza rozmowa zeszła na lżejsze tematy. W pewnym momencie Angelo wziął skórkę chleba i ułożył ją na swojej górnej wardze.

— Jak wyglądam z wąsami?

— Zupełnie jak signor Rossi — skomentował sucho Tonino.

— Ach, signor Rossi, ten gruby facecik z kreskówki — powiedziała Sonia. — Uwielbiałam go, gdy byłam mała.

— To w tamtych czasach na Sardynii mieli telewizję? — zapunktował Angelo.

Znowu się roześmialiśmy. Nie patrzyłam w stronę Pietro, żeby sprawdzić, czy się śmieje czy nie. On z pewnością wiedział, tak samo jak inni, kim był signor Rossi z bajek ich dzieciństwa. Wstałam, żeby posprzątać ze stołu.

— Pomogę ci — powiedział Pietro, stając tuż przy mnie i zbierając brudne talerze. Podziękowałam mu, dając znak, żeby poszedł za mną do kuchni. Usłyszałam, jak mówi za moimi plecami.

— Słyszałem, że jesteś świetna z języków obcych.

— Kto ci to powiedział?

— I że mówisz pięcioma.

— Nie, tylko czterema. Z rosyjskiego jestem noga — wyznałam, stawiając talerze na stole, obok tych postawionych wcześniej przez niego.

— Rosyjski, gratulacje, przecież trzeba się nauczyć całkiem innego alfabetu.

— Nie jest trudny, w pięć minut mogłabym cię nauczyć go ­czytać.

— Bardzo bym chciał.

Czy byłam na tyle nachalna, że zaproponowałam mu prywatną lekcję? Nie to miałam na myśli, ale przecież zabrałam go ze sobą do środka z dala od innych, co było niezbyt rozsądne, zwłaszcza że sama bez problemu mogłam posprzątać ze stołu.

To, czego byłam pewna, to że w miejscu osłoniętym od niespokojnego wiatru łatwiej będzie rozmawiać. Przywołałam go do siebie przed zimny, okopcony kominek. Z bliska mogłam wyczuć zapach jego płynu po goleniu. Był świeży, sosnowy.

Wskazałam brązowe kwiaty na kafelkach.

— A co powiesz o tym pęknięciu?

— Ach… — mruknął. — Dokąd to dochodzi?

— Aż do tarasu.

Patrzyłam, jak idzie wzdłuż pęknięcia z taką ostrożnością, na jaką zasługiwałoby co najmniej urwisko.

— Sądzę nawet, że się poszerza, ale chłopaki nie zwracają na to specjalnie uwagi, nawet Angelo, który ma szczelinę też na suficie swojej sypialni.

— Cóż, nie rokuje to dobrze, biorąc pod uwagę, że biegnie przez całą zewnętrzną ścianę. — Zatrzymał się i przykucnął.