Opis

Powieść przygodowa angielskiego pisarza Arthura Conan Doyle’a Zaginiony świat należy do światowego kanonu literatury fantastyczno-naukowej. Opowiada o wyprawie badawczej grupy brytyjskich podróżników na odcięty od świata płaskowyż w dżungli południowoamerykańskiej. Ekscentryczny profesor biologii George Challenger i jego charyzmatyczni towarzysze, kolega po fachu i konkurent profesor Summerlee, doświadczony łowca dzikich zwierząt lord John Rox- ton i młody dziennikarz Edward Malone, docierają w niedostępne miejsce, by zostać tam podstępnie uwięzieni. Okazuje się, że na płaskowyżu przetrwały groźne prehistoryczne gatunki dinozaurów i człekokształtnych istot. Ryzykowne prace badawcze kończą się porwaniem obu profesorów przez małpoludy. Ostatecznie podróżnicy nawiązują kontakt z zamieszkującymi prehistoryczną krainę Indianami, tryumfują nad małpoludami i powracają do Londynu. Przywożą ze sobą żywego pterodaktyla, udowadniając istnienie ostatnich dinozaurów. Zaginiony świat był wielokrotnie ekranizowany w kinie i telewizji, zainspirował wiele książek, komiksów i filmów, między innymi King-Konga i Jurassic Park.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału:

The Lost Word

Na okładce ‌wykorzystano fotos z filmu

Park ‌Jurajski, ‌reż. Steven ‌Spielberg, ‌1993

Przekład z języka ‌angielskiego ‌M.G.

Przygotowanie ‌wydania ‌elektronicznego

Michał ‌Nakoneczny, hachi.media

© ‌Copyright ‌by Siedmioróg

ISBN ‌978-83-7791-942-2

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska ‌90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa ‌Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

INa ‌każdym ‌kroku znajduje się ‌sposobność do bohaterskich czynów

Pan Hungerton, jej ojciec, był najbardziej niedomyślnym człowiekiem na świecie. Wierzył święcie, że bywam trzy razy na tydzień w jego domu wyłącznie dla jego towarzystwa i wysłuchiwania jego poglądów na wpływ i następstwa wprowadzenia srebrnej waluty, obok złotej, czyli tak zwanego bimetalizmu. Owego pamiętnego wieczora słuchałem przeszło godzinę wykładu o wyższości złotej waluty nad bimetalizmem, ale, na szczęście, w najwyższym zapale wykładu pan Hungerton spojrzał na zegarek i porwał się z krzesła, gdyż zbliżała się godzina posiedzenia, na którym musiał być koniecznie.

Wreszcie zostałem sam z Gladysą! Wybiła stanowcza chwila… Cały wieczór doświadczałem takiego uczucia, jak żołnierz oczekujący sygnału wyruszenia do boju. Miotały moją duszą sprzeczne uczucia: i nadzieja zwycięstwa, i obawa porażki…

Gladysa siedziała spokojnie, a jej delikatny profil rysował się wyraźnie na tle czerwonych firanek. Jakże piękna wydała mi się wówczas! I jak wyniosła! Zawsze byłem z nią w przyjaźni, jak z dobrym kolegą i łączyły nas relacje szczere, serdeczne, ale… tylko przyjacielskie.

Gladysa miała niepospolite zalety. Niektórzy nazywali ją zimną i surową, lecz niesłusznie. Patrzyła na mnie wielkimi, czarnymi oczyma tak, jakbym był jej bratem lub dobrym kolegą… Postanowiłem zatem, że niech się dzieje co chce, dzisiejszego wieczora wyjaśnię, jak rzeczy stoją. Może odrzuci moją miłość, ale dłużej tak żyć już nie mogę…

Doszedłszy do tego punktu moich rozmyślań, zamierzałem właśnie przemówić, gdy Gladysa odezwała się nagle, uśmiechając się z łagodnym wyrzutem:

– Przeczucie mi mówi, Ned, że masz zamiar oświadczyć mi się dzisiaj. Wolałabym, abyś tego nie robił, bo obecny stan rzeczy jest daleko przyjemniejszy.

Mocno zdziwiony odpowiedziałem jej zapytaniem:

– A skąd wiesz, że mam zamiar oświadczyć się?

– Kobiety to zawsze odgadną… Ale, Ned! Nasza przyjaźń była zawsze taka poczciwa i miła! Szkoda ją popsuć… Czy to nie jest wspaniałe, że tacy przyjaciele, jak my dwoje, gawędzą ze sobą swobodnie?

– Nie wiem, Gladyso… Bo mnie przyjaźń nie wystarcza…

Powstała z krzesła i powiedziała z żalem:

– Ach! Popsułeś wszystko, Ned… Dlaczego nie umiesz zapanować nad sobą i milczeć?

– Bo… ja cię kocham! – wyjąkałem.

– Ale ja ciebie nie! Nie kochałam nigdy nikogo – odrzekła spokojnie.

– Ale może… może mnie pokochasz?!

– Nie wiem. Musimy czekać, aż się dowiemy.

– Dlaczego nie możesz mnie pokochać, Gladyso? Nie podobam ci się? Czy jest jakiś inny powód?

Podniosła się, położyła rękę na mojej głowie i przegięła ją nieco w tył. Przyjrzała się mojej przechylonej twarzy bardzo uważnie.

– Nie, nie to! – wyrzekła po namyśle. – Nie jesteś z natury zarozumiały, więc mogę ci spokojnie powiedzieć, że to nie to. Chodzi o coś ważniejszego niż uroda.

– A zatem mój charakter?

Skinęła głową potwierdzająco, z miną bardzo surową.

– Co mam zrobić, by go poprawić? – Pytałem. – Proszę, usiądź i porozmawiajmy o tym. Powiedz otwarcie, czego mi brakuje.

– Tego, że ja jestem zakochana… w kim innym – odrzekła.

Zerwałem się z krzesła.

– Ale w nikim osobiście – dodała, śmiejąc się z mojej miny. – Jestem zakochana… w moim ideale… Nigdy dotąd nie spotkałam człowieka podobnego do mego ideału.

– Powiedz mi coś o tym ideale. Jak wygląda?

– O! mógłby być podobny… do ciebie.

– Jakaś ty dobra, że to mówisz! Ale jak postępuje ten ideał? Co robi takiego, czego ja nie robię? Powiedz: czy jest jaroszem, czy nie pali i nie pije żadnych trunków, czy jest aeronautą, lotnikiem, teozofistą, nadczłowiekiem? Będę próbował go naśladować, jeżeli mi tylko powiesz, co ci się w nim podoba.

Zaczęła się śmiać z mojej gotowości.

– Otóż widzisz, po pierwsze: pewna jestem, że mój ideał nie powiedziałby nic podobnego. Mój ideał to człowiek poważny, silnego charakteru, nieskłonny stosować się do kaprysów panieńskich. A przede wszystkim to człowiek, który umie działać, który umie spojrzeć w oblicze śmierci bez lęku, człowiek zdolny do wielkich czynów i śmiałych przedsięwzięć. Kochałabym nie tyle człowieka, ile jego czyny i sławę, której blask padałby na mnie. Przypomnij więc sobie Stanleya1. Czytałeś książkę, jaką napisała o nim jego żona? Pamiętasz ostatni rozdział? Takiego człowieka kobieta może kochać i czcić całą duszą i być jego natchnieniem, dobrym duchem, wiodącym go do bohaterskich czynów.

Gladysa była przepiękna w swoim zapale, a ja, choć upokorzony przez nią, usiłowałem jednak bronić się od ostatecznej porażki.

– Nie każdy może być Stanleyem – odparłem. – Zresztą nie każdemu trafia się do tego sposobność. Gdyby mi się zdarzyła, nie opuściłbym jej niezawodnie.

– Ależ sposobności są wszędzie. Zależy to tylko od charakteru człowieka, czy umie stworzyć sobie sposobność. Nie spotkałam jeszcze takiego, jak mój ideał, ale wiem, czuję, że są tacy na świecie. Na każdym kroku spotyka się sposobność do bohaterskich czynów. Mężczyźni powinni je spełniać, a kobiety wynagradzać swoją miłością takich mężczyzn. Pamiętasz tego młodego Francuza, który wzbił się balonem w zeszłym tygodniu? Wicher wiał szalony, ale że wzlot był zapowiedziany, że oczekiwano go na wskazanym miejscu, Francuz uparł się i wzleciał. Wichura niosła go z szybkością 1500 mil na godzinę, aż wreszcie balon spadł w środkowej Rosji. Takiego człowieka mam właśnie na myśli… Pomyśl, jak ludzie muszą zazdrościć kobiecie, którą on kocha! Tego i ja bym pragnęła, ażeby mi zazdroszczono mego męża!

– Zrobiłbym wszystko, byle zaspokoić twoje pragnienia…

– Ależ nie tylko dla zadowolenia mnie! Powinieneś to robić dlatego, że nie możesz inaczej, że to leży w twoim charakterze, że twoja męska dusza wyrywa się, łaknie bohaterskich czynów… A ty, na przykład, gdyś opisywał wybuch gazów w kopalni w zeszłym miesiącu! Czy nie mogłeś spuścić się w głąb i ratować odurzonych, nie zważając na niebezpieczeństwo?

– Tak też zrobiłem.

– A nie powiedziałeś mi o tym?

– Bo nie było o czym mówić.

– Nie wiedziałam nic…

Przerwała i popatrzyła na mnie z zajęciem.

– Musiałem tak zrobić. Kto chce napisać dobre sprawozdanie, powinien być naocznym świadkiem roboty.

Podała mi rączkę, a ja schyliłem się i ucałowałem ją z uszanowaniem. Po chwili zaczęła mówić:

– Być może, że jestem niemądrą dziewczyną z głową przepełnioną romantycznymi pomysłami… A jednak nie mogę nad tym zapanować. Jeżeli pójdę za mąż, to tylko za człowieka sławnego.

– Czemu nie?! – zawołałem. – Właśnie takie kobiety jak ty umieją nakłaniać ludzi do bohaterskich czynów… Daj mi tylko sposobność, a przekonasz się, czy nie potrafię z niej skorzystać… Zresztą… masz słuszność. Człowiek powinien sam sobie stworzyć sposobność. Clive był tylko małym urzędnikiem, a podbił Indie! I ja też mogę dokonać wielkiego dzieła!

Roześmiała się z mojej irlandzkiej zapalczywości i rzekła:

– Czemu nie? Masz wszystkie warunki po temu: młodość, zdrowie, siłę, energię… Zmartwiłam się, żeś zaczął mówić. A teraz cieszę się z tego nawet, jeżeli takie myśli budzą się w tobie!

– A jeżeli mi się powiedzie?

Zatkała mi usta swoją aksamitną dłonią…

I tak się to stało, że owego listopadowego wieczora jechałem tramwajem do domu z sercem rozpromienionym silnym postanowieniem, że nim dzień następny upłynie, znajdę jakąś sposobność do czynu godnego pani mego serca. Ale kto byłby w stanie przewidzieć, jak niezwykłą postać ten czyn przybierze, jak dziwnymi drogami dojdę do jego spełnienia?

Choć ten wstęp może wydać się czytelnikowi zbyteczny, jednak bez niego nie byłoby opowieści, bo tylko wtedy, gdy człowiek ma przed sobą pragnienie bohaterskiego czynu, może się zdecydować na to, co ja uczyniłem: porzucić znajome drogi życia, zapuścić się w tajemnicze mroki, w krainę nadzwyczajnych przygód i… wielkich nagród.

Z takim postanowieniem przestąpiłem tego samego wieczora progi redakcji „Gazety Codziennej”, w której byłem mało znaczącym pionkiem, z niezłomnym postanowieniem zrobienia tego, czego żądała Gladysa. Czy było to z jej strony okrutne, samolubne, że wymagała ode mnie narażania życia dla sławy? Takie przypuszczenie może przyjść na myśl człowiekowi w średnim wieku, ale nie temu, kto ma dwadzieścia trzy lata i jest zakochany pierwszy raz w życiu!

IISpróbuj szczęścia z profesorem

Lubiłem zawsze pana McArdle, szorstkiego redaktora, starego, z wypukłymi plecami i czerwoną twarzą; pochlebiałem sobie, że i on mnie lubi. Rozumie się, że główną figurą w piśmie był Beaumont – wydawca, ale ten przebywał na niedostępnych, olimpijskich wyżynach, z których nie dostrzegał drobniejszych wydarzeń, poza przesileniem gabinetowym i międzynarodowymi problemami. Widywaliśmy czasem jego majestatyczną postać, gdy przesuwał się do swego przybytku zapatrzony w dal, duchem obecny na Bałkanach lub nad Zatoką Perską. Jego majestat przebywał po nad nami i poza nami. Ale pierwszym jego pomocnikiem był pan McArdle i my znaliśmy tylko jego.

Staruszek kiwnął mi głową na powitanie i podniósł okulary, nasuwając je wysoko na łyse czoło.

– Z tego co słyszę, panie Malone, wnoszę, że idzie panu niezgorzej – powiedział miłym, szkockim akcentem.

Podziękowałem.

– Wybuch w kopalni udał się doskonale. Pożar w Southwark również. Masz pan żyłkę opisową. Dlaczego chciałeś się ze mną widzieć?

– Chcę poprosić o łaskę.

Zaniepokoił się, a jego spojrzenie zaczęło unikać moich oczu.

– Co! co! O co idzie?

– Czy pan nie mógłby mnie wyprawić z jakąś misją dla dziennika? Postarałbym się spełnić ją jak najlepiej i dać dobry opis…

– Jakiego rodzaju misję ma pan na myśli?

– Taką, w której są przygody i niebezpieczeństwa. Będę się starał sprawić dobrze. Im trudniejsze będzie zadanie, tym lepiej.

– Pilno panu, jak widzę, pozbyć się życia?

– Nie! Pilno mi dokonać czegoś, co usprawiedliwiałoby moje prawo do życia.

– Boże mój! Panie Malone, to wielka, wielka przesada! Sądzę, że minęły już czasy odpowiednie do tego rodzaju przedsięwzięć. Koszty, jakie pociąga za sobą taka „specjalna misja” dla dziennika, nie odpowiadają zwykle otrzymanym wynikom. A w każdym razie, niezbędnym warunkiem jest, ażeby taka wyprawa odbyła się pod przewodnictwem człowieka doświadczonego, którego znane nazwisko, usprawiedliwiłoby wyprawę. Wielkie, puste przestrzenie na mapach, prędko się zapełniają i nie ma tam już miejsca na romantyczne przygody. Ale… zaczekaj pan! – dodał nagle, uśmiechając się. – Te puste przestrzenie na mapach nasuwają mi myśl… Gdyby tak szło o zdemaskowanie oszustwa, nowożytnego kłamcy w rodzaju Münchhausena, o okrycie go śmiesznością? Dowieść, że jest kłamcą? Człowieku! To by było wdzięczne zadanie! Cóż ty na to?

– Wszędzie… wszystko, co pan rozkaże! Mniejsza o szczegóły…

Pan McArdle zatonął w myślach.

– Zastanawiam się, czy zdołałbyś osiągnąć przynajmniej tyle, żeby doprowadzić do rozmowy z tym człowiekiem? – rzekł po długim namyśle. – Zdaje się, że ma pan specjalny dar do nawiązywania stosunków z ludźmi. Coś sympatycznego, jak przypuszczam: siłę magnetyczną czy żywotność młodzieńczą, czy coś podobnego… Ja sam odczuwam to na sobie.

– Pan jest dla mnie bardzo dobry!

– No! Więc czemu byś nie miał spróbować szczęścia z profesorem Challengerem, z Enmore Park?

Drgnąłem z zadziwienia i zawołałem:

– Challenger? Profesor Challenger, słynny zoolog! Ten, co to rozbił głowę Blundellowi z „Telegrafu”?

Wydawca uśmiechnął się posępnie.

– Pamięta pan to? Ale przecie sam pan mówił, że szukasz przygód.

– Wszystko zależy od tego, jakich – odrzekłem.

– Właśnie. Przypuszczam, że on nie zawsze bywa tak gwałtowny, jak wtedy. Myślę, że Blundell trafił na złą chwilę, a może wziął się do niego w sposób nieodpowiedni… Może pan będzie miał więcej szczęścia, albo więcej taktu. A jest tam właśnie coś w tym rodzaju, jak pan sobie życzy i „Gazeta” mogłaby wziąć ten interes w swoje ręce…

– Nic rzeczywiście nie wiem o profesorze – powiedziałem po namyśle. – Zapamiętałem tylko jego nazwisko, z procesu o pobicie Blundella.

– Mogę dać pewne wskazówki, panie Malone. Bo od niejakiego czasu, mam już profesora na oku…

Wyjął z szuflady papiery i dodał:

– Tu jest streszczenie jego działalności:

„Challenger, Jerzy Edward. Urodzony w Largs 1863 r. Studia odbywał w akademii w Largs i w uniwersytecie Edynburskim. W 1892 r. został asystentem w British Museum. W 1893 r. asystentem kustoszem w oddziale antropologii porównawczej. W tym samym roku podał się do dymisji, po wymianie cierpkich listów. Otrzymał złoty medal na konkursie Craystona za studia w zakresie zoologii. Członek towarzystw zagranicznych. No, cała lista drobnym drukiem: belgijskiego, amerykańskiego, tow. naukowego w La Plata itd. Były prezes Towarzystwa Paleontologicznego i sekcji H w brytyjskim związku i tak dalej, i dalej! Prace: Badania nad czaszkami kałmuków, studia nad rozwojem kości pacierzowej. Współpracownik rozmaitych wydawnictw; wykazanie fałszywych podstaw Weissmanizmu, odczyt, który wywołał gorące dysputy na zjeździe zoologów w Wiedniu. Drobiazgi: wędrówki, zwiedzanie Alp. Adres: Enmore Park, Kensington-W.”

– Weź pan to sobie. Nic więcej na dziś nie mam dla pana.

Schowałem do kieszeni notatkę.

– Jeszcze chwilę, panie redaktorze – zacząłem, zobaczywszy przed sobą już nie rumianą twarz, lecz blado różową, łysą czaszkę. – Niezupełnie jeszcze rozumiem, w jakim celu mam mieć wywiad z tym panem? Cóż on zdziałał dotąd?

Czerwona twarz znowu przede mną błysnęła.

– Pojechał do Ameryki Południowej na samotną wyprawę, przed dwoma laty. Wrócił zeszłego roku. Bez żadnej wątpliwości był w Ameryce Południowej, ale wzbrania się powiedzieć dokładnie, w którym miejscu. Opowiadał swoje przygody w sposób niejasny; ktoś mu zarzucił fałsz, a on zamknął się jak ostryga. Chyba zdarzyło się tam coś niezwykłego, albo ten człowiek jest kłamcą, jakiego świat nie widział, i to może najbardziej prawdopodobne przypuszczenie. Przywiózł jakieś zniszczone fotografie. Zrobił się tak drażliwy, że rzuca się na każdego, kto mu zadaje pytania, a reporterów spycha ze schodów. Moim zdaniem jest to rodzaj megalomana, zbrodniczego maniaka z upodobaniami naukowymi. Oto twój człowiek, panie Malone. Leć pan teraz do niego i zobacz sam, co się da z nim zrobić. Jesteś już w tym wieku, że możesz sam się sobą opiekować. Zresztą, nietykalność twojej osoby poręcza prawo o odszkodowaniu ludzi pełniących zawodowe czynności, jak ci wiadomo…

Czerwone oblicze z wyszczerzonymi w uśmiechu zębami znikło i zamieniło się w blado różowy owal czaszki, okolonej szarawym puchem. Posłuchanie się skończyło.

Poszedłem w stronę klubu, ale przystanąłem w drodze i oparłszy się na balustradzie tarasu Adelphi, wpatrywałem się długo z zadumą w ciemne, ociężałe wody rzeki. Najlepiej i najtrzeźwiej myślę zawsze na otwartej przestrzeni. Wyjąłem spis dokonanych przez profesora Challengera czynów i jego dzieł, i odczytałem go pod elektryczną latarnią. Nagle zstąpiło na mnie natchnienie! Jako dziennikarz mogłem być pewny, że nie dostanę się przed oblicze niebezpiecznego profesora. Ale te walki wymieniane dwukrotnie w jego biografii dowodziły, że jest fanatykiem nauki. Czy nie miał w tym względzie słabego punktu, w który można by go ugodzić? Spróbuję!

Wszedłem do klubu. Było już po jedenastej i w obszernym pokoju pełno ludzi, choć jeszcze się nie zaczął największy napływ. Zobaczyłem siedzącego w fotelu, przy kominku, wysokiego, chudego, kościstego człowieka. Obrócił się do mnie, gdy się przysunąłem z krzesłem. Oto człowiek, którego bym wybrał z pośród wszystkich, Henryk Tarp, z redakcji „Przyrody”; chudy, a zasuszony, jakby skórzany człowiek, pełen dobroci dla tych, którzy go dobrze znali.

Zagadnąłem bez żadnych wstępów:

– Co pan wie o profesorze Challengerze?

– O Challengerze?

Zmarszczył brwi z wyrazem uroczystej nagany i powtórzył:

– Challenger? Człowiek, który przywiózł jakąś bajeczną historię z Ameryki Południowej?

– Jaką historię?

– Ot, bujdy po prostu, o jakichś dziwnych zwierzętach, które tam odkrył. Zdaje mi się, że cofnął potem swoje twierdzenie. Co więcej, nawet wyparł się wszystkiego. Zwołał posiedzenie do Reutera, ale tam podniosło się takie wycie, że zrozumiał, iż nic nie poradzi. Kompromitująca sprawa. Paru ludzi chciało go brać na serio, ale i tych odstręczył.

– Czym?

– Swoją nieznośną szorstkością i niemożliwym postępowaniem. Na przykład tego biednego staruszka, Wadleya, z Instytutu Zoologicznego. Wadley napisał do niego list tej treści:

„Prezes Zoologicznego Instytutu, przesyła pozdrowienie profesorowi Challengerowi i uważać będzie za zaszczyt, jeżeli profesor raczy przybyć na najbliższe posiedzenie członków tegoż instytutu”.

Otrzymał odpowiedź niemożliwą do powtórzenia.

– Co pan mówi!

– Odpowiedź ta, w mocno złagodzonej formie, brzmi: „Profesor Challenger przesyła pozdrowienie prezesowi Zoologicznego Instytutu i uważać będzie za specjalną łaskę, jeżeli prezesa, razem z jego zaproszeniem, diabli wezmą!”.

– Wielki Boże!

– Tak, słyszałem to od samego Wadleya. Pamiętam, jak się uskarżał żałośnie na zebraniu, zaczynając swą mowę od tego: „W ciągu pięćdziesięciu lat stosunków utrzymywanych z uczonymi” itd. Staruszek był po prostu zgnębiony.

– Cóż więcej jeszcze o Challengerze?

– Jak pan wie, ja jestem bakteriologiem. Żyję w mikroskopie i niewiele zwracam uwagi na objawy, które mogę dojrzeć gołym okiem. Jestem strażnikiem granicznym, na samej granicy królestwa „Poznawalnego” i czuję się zupełnie wykolejony, ilekroć wyjdę z pracowni i zetknę się z wami, wielkimi, szorstkimi, ociężałymi stworzeniami. Jestem zbyt oderwany od świata, by powtarzać plotki, a jednak nasłuchałem się dużo o Challengerze, bo to jeden z tych ludzi, których nie można pominąć milczeniem. Bezsprzecznie jest mądry, istna bateria naładowana siłą i żywotnością, kłótliwy i maniak, bez żadnych skrupułów. Dobił się tymi fotografiami z Ameryki Południowej.

– Mówi pan, że to maniak. Jaką ma manię?

– Ma ich tysiąc, a najnowsza odnosi się do Weissmanna i ewolucji. Miał straszną awanturę w Wiedniu z tego powodu, jak słyszałem.

– Czy może mi pan opowiedzieć szczegóły?

– Nie w tej chwili, ale mamy tu tłumaczony protokół posiedzenia. Złożyliśmy go w biurze redakcji; może zechce pan tam pójść?

– Właśnie tego mi potrzeba. Chcę przeprowadzić wywiad z tym człowiekiem i szukam jakiejś myśli przewodniej do niego. Dziękuję bardzo za wskazówki. Chodźmy zaraz, jeśli nie jest za późno.

Pół godziny potem siedziałem w biurze redakcji nad ogromną księgą rozłożoną na artykule: „Weismann versus Darvin” z nagłówkiem „Ożywione protesty w Wiedniu. Burzliwe zajście”.

Naukowa strona mego wychowania była nieco zaniedbana, nie mogłem więc nadążyć za całą argumentacją rozpraw, ale łatwo było zrozumieć to, że angielski profesor ujął przedmiot w sposób mocno zaczepny i że do głębi oburzył naszych kolegów ze stałego lądu. „Protesty”, „Szmery niechętne” i „Ogólne odwołanie się do przewodniczącego” – oto na co padły moje oczy od razu. Większa część artykułu mogłaby, z dużą korzyścią dla mego umysłu, być napisana nawet po chińsku.

– Chciałbym to otrzymać przełożone na angielski język – powiedziałem żałośnie do mego towarzysza.

– Przecież to jest przetłumaczone…

– Więc może lepiej próbować szczęścia z oryginałem?

– Tak, istotnie… trochę to niezrozumiałe dla laika…

Gdybym mógł wyłowić choć jedno zdanie, coś namacalnego, co by miało jakąś określoną formę ludzkiej myśli, miałbym już podstawę do dalszego działania… Ach, mam już! Zdaje mi się, że zaczynam coś niecoś rozumieć… Przepiszę to sobie. To mi posłuży za ogniwo do połączenia się z profesorem.

– Czy mogę służyć czymś więcej jeszcze?

– Właśnie, chciałbym napisać do profesora. Gdybym mógł stworzyć list tutaj i podać pański adres, to już wytworzyło by pewien nastrój…

– Niezawodnie! Bo ten człowiek wpadnie, zrobi awanturę i poniszczy meble…

– Nie! nie! Przeczyta pan list; nie będzie w nim nic drażniącego, zapewniam!

– Siadaj pan przy moim biurku. Masz tu papier. Ale wolałbym przeczytać list przed wysłaniem.

Włożyłem sporo trudu, lecz pochlebiam sobie, że mi się udało. Przeczytałem mój utwór głośno bakteriologowi, nie ukrywając słusznej dumy.

„Szanowny Panie Profesorze!

Jako skromny badacz przyrody, interesowałem się zawsze żywo pańskimi spostrzeżeniami nad sprzecznością zasad Darwina i Weissmanna.

Niedawno miałem sposobność odświeżyć moje wrażenia, przeczytawszy”…

– Och! ty!… bezczelny kłamco!… – przerwał mi Henryk Tarp.

„przeczytawszy pański znakomity odczyt w Wiedniu; zdaje mi się, że jego jasne i przekonujące twierdzenia stanowią ostatnie słowo w tym przedmiocie. Lecz jest tam jedno zdanie, a mianowicie: «Protestuję najgoręcej, przeciw nieznośnemu i całkowicie dogmatycznemu twierdzeniu, że każdy osobno id, stanowi mikrokosm, posiadający historyczną budowę, wykształconą stopniowo pracą licznych pokoleń». Czy nie zgodziłby się Pan, na podstawie najnowszych badań, złagodzić to swoje twierdzenie? Czy Pan nie uważa, że jest ono zbyt stanowcze? Chciałbym prosić Pana o łaskę udzielenia mi chwilki rozmowy, gdyż zajmuje mnie żywo ten przedmiot i mam pewne wątpliwości, które mogę wyjawić tylko w ustnej rozmowie. Licząc na łaskawe zezwolenie, będę miał zaszczyt przedstawić się Panu pojutrze, w środę, o jedenastej przed południem.

Załączając zapewnienie wysokiego poważania, pozostaję uniżonym sługą.

Edward D. Malone”.

– No i cóż? – spytałem tryumfująco.

– Jeśli pana sumienie to strawi…

– Dotąd nigdy mnie jeszcze nie zawiodło.

– Ale co zamierza pan uczynić?

– Dostać się do niego. Gdy raz wejdę do jego pokoju, może znajdę dalszą drogę. Może go nawet doprowadzę do zwierzeń? Jeśli jest prawdziwym graczem, to moje zainteresowanie mu pochlebi…

– Pochlebi? Licz pan na to! Prawdopodobniejsze jest to, że on pana „połaskocze”! Radzę ubrać się w stalową misiurkę, albo w amerykański kostium do piłki nożnej… A teraz żegnam! We środę rano przyjdzie odpowiedź, jeżeli w ogóle profesor raczy odpisać. To człowiek gwałtowny, niebezpieczny, kłótliwy, znienawidzony przez każdego, kto miał z nim do czynienia; przedmiot drwin studentów, o ile się odważą na poufałość. Może lepiej byłoby dla pana nigdy nie słyszeć o tym osobniku.

IIIRzeczywiście niemożliwy człowiek

Nadzieje i obawy mego przyjaciela nigdy nie miały się urzeczywistnić. We środę zastałem list ze stemplem West Kensington i moim nazwiskiem na kopercie naskrobanym tak, jakby zamiast pióra służył do tego drut kolczasty. List był następującej treści:

„Enmore Park – W.

Panie! Otrzymałem pański list, w którym mi donosisz, że zwróciłeś uwagę na moje zapatrywania, choć nie wiem, czy dostępne one są dla mózgu pańskiego lub czyjegokolwiek w ogóle. Ośmieliłeś się Pan użyć odnośnie do moich prac nad Darwinizmem wyrazu „spostrzeżenia”; zwracam pańską uwagę, że podobne określenie stanowi już samo w sobie obrazę. Lecz dalszy ciąg listu przekonał mnie, że zgrzeszyłeś Pan przez nieuctwo i brak taktu, nie przez złą wolę, dlatego pomijam ten szczegół. Cytujesz oderwane zdanie z mego odczytu, którego zrozumienie przedstawia dla Pana pewne trudności. Sądziłem, że tylko „podludzka” inteligencja nie zdoła tego punktu zrozumieć, ale jeżeli istotnie potrzebuje on wyjaśnienia, zgadzam się przyjąć Pana o naznaczonej godzinie, choć wszelkie odwiedziny i goście budzą we mnie wstręt. Co się zaś tyczy pańskiego przypuszczenia, że może zmienię moje zapatrywanie, pragnąłbym wyjaśnić, że nie jest to moim zwyczajem po świadomym ogłoszeniu moich dojrzałych przekonań. Proszę o łaskawe pokazanie koperty niniejszego listu memu służącemu Austinowi, gdyż ma on ścisły rozkaz przedsięwzięcia wszelkich środków, dla uchronienia mnie od natrętnych łotrów, którzy nadają sobie tytuł «dziennikarzy».

Z szacunkiem

Jerzy Edward Challenger”.

Takiej treści list odczytałem Tarpowi, który przyszedł wcześniej po wiadomość o wyniku moich zabiegów. Wysłuchawszy powiedział tylko:

– Jest jakiś nowy środek, cuticura czy coś podobnego, skuteczniejszy podobno na potłuczenie niż arnika…

Niektórzy ludzie mają dziwne pojęcie o żartach…

Kiedy otrzymałem list, było już po wpół do jedenastej, lecz dzięki samochodowi, zdążyłem na umówioną godzinę.

Dom przedstawiał się okazale: wspaniały portyk i piękne firanki w oknach świadczyły o zamożności wojowniczego profesora. Drzwi otworzył człowiek dziwacznej powierzchowności: ogorzały, zasuszony i nieokreślonego wieku, w ciemnej kurtce pilota i brązowych, skórzanych kamaszach. Dowiedziałem się później, że to jest palacz, zastępujący zwykle uciekających nieustannie lokajów. Obejrzał mnie od stóp do głowy badawczymi, jasnoniebieskimi oczami.

– Wezwany? – zapytał.

– Naznaczona godzina – odrzekłem.

– A list gdzie?

Pokazałem kopertę.

– Dobrze!

Wydawał się małomówny. Idąc za nim przez korytarz, zostałem zatrzymany w drodze przez kobietę małego wzrostu, która znienacka wyszła z jadalnego pokoju. Była to osoba energiczna, wesoła, czarnooka, podobniejsza do Francuski niż do Angielki.

– Chwilkę tylko – powiedziała do mnie. – Zaczekaj tu, Austinie… Proszę, niech pan wejdzie do pokoju. Wolno zapytać, czy pan widział już kiedyś mego męża?

– Nie, pani. Nie miałem tego zaszczytu.

– W takim razie przepraszam pana zawczasu. Muszę ostrzec, że to jest człowiek niemożliwy, istotnie niemożliwy! Jeżeli zostanie pan ostrzeżony w porę, łatwiej przyjdzie panu zdobyć się na pobłażanie…

– Bardzo to łaskawie z pani strony…

– Gdy mąż zdradzi najlżejszy objaw niezadowolenia, wychodź pan natychmiast z pokoju. Nie próbuj żadnych argumentów. Wielu już ludzi ucierpiało dlatego, że to czynili. Wynikają z tego potem głośne skandale, które odbijają się na mnie i na nas wszystkich. Przypuszczam, że pańska bytność nie ma nic wspólnego z Ameryką Południową.

Nie mogłem okłamywać takiej kobiety.

– Boże mój! To najniebezpieczniejszy temat… Pan nie uwierzy ani jednemu jego słowu i wcale się temu nie dziwię… Ale nie mów mu tego, bo to doprowadza go do strasznego wzburzenia. Udawaj pan, że mu wierzysz, a może ujdziesz cało. Pamiętaj, że on sam święcie w to wierzy. Możesz pan być tego pewny… Uczciwszego człowieka nie ma na całym świecie! Ale jeśli spostrzeżesz jakiś objaw niebezpieczny, rzeczywiście niebezpieczny, zadzwoń i staraj się go ułagodzić, dopóki nie nadbiegnę. Zwykle nawet w najgorszych chwilach potrafię go uspokoić.

Po tej zachęcającej przemowie pani profesorowa oddała mnie milczącemu Austinowi, który stał jak śpiżowy pomnik dyskrecji podczas naszej krótkiej rozmowy; a on powiódł mnie w głąb korytarza. Zastukał do drzwi, a z wnętrza pokoju odpowiedział jakiś ryk i w tej samej chwili stanąłem oko w oko z profesorem.

Siedział na obrotowym krześle przed obszernym stołem, zarzuconym książkami, mapami i rysunkami. Gdy wszedłem, krzesło zakręciło się jak wrzeciono w moją stronę. Tchu mi zabrakło wobec tego, co ujrzałem! Byłem przygotowany na jakiś niezwykły widok, ale nie na ujrzenie równie zdumiewającej postaci… Zwłaszcza rozmiary wstrząsnęły mnie do głębi; rozmiary i wygląd imponujące. Głowa ogromna, największa, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć na ludzkim tułowiu. Nie wątpię, że gdybym włożył profesora cylinder, jeżeli bym się na to odważył, spadłby mi na ramiona. Twarz i broda przywiodły mi na myśl czczonego w Asyrii byka. Twarz o kwitnącej cerze, broda tak czarna, że aż wpadała w ciemny granat, rozłożysta jak łopata i skręcająca się w loki na piersiach. Włosy miał osobliwe, przyklepane z przodu w długi, zakręcony pukiel na potężnym czole. Oczy niebiesko-szare wyglądały spod wielkich kęp czarnych włosów, bardzo jasne, bardzo badawcze i bardzo przenikliwe! Rozłożyste ramiona i klatka piersiowa wypukła jak beczka ukazywały się nad stołem w towarzystwie dwóch rąk olbrzymich, porosłych długimi, czarnymi włosami. Oto co mnie uderzyło w osobie profesora Challengera, zanim jeszcze ryknął głosem grzmiącym i potężnym:

– I cóż! – zaryczał, patrząc na mnie wyzywająco. – Cóż teraz?

Musiałem bądź co bądź podtrzymywać jakiś czas mój podstęp, jeżeli wywiad nie miał skończyć się od razu.

– Pan był łaskaw udzielić mi posłuchania – wyrzekłem pokornie, wyjmując kopertę listu.

Wziął mój list, złożony na biurku i położył przed sobą.

– A to pan jest tym młodzieńcem, co to nie rozumie zwyczajnej angielskiej mowy, co? I który jest tak łaskaw, że raczy nie godzić się na moje ostateczne wnioski, jeżeli dobrze zrozumiałem?

– Ależ zgadzam się, panie profesorze! Zgadzam się najzupełniej! – wyrzekłem z silnym naciskiem.

– Na szczęście! To bardzo wzmacnia moje stanowisko, nieprawdaż? Pański wiek i powierzchowność nadają podwójną wartość temu poparciu. Ale w każdym razie jesteś więcej wart, niż ta trzoda świń w Wiedniu, których zbiorowe chrząkania tyle mnie obchodzą, co kwik pojedynczego, angielskiego wieprza…

Popatrzył na mnie tak, jakby mnie uważał za przedstawiciela tego rodzaju zwierząt.