Zacznijmy od nowa - Stec-Kotasińska Agnieszka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zacznijmy od nowa ebook

Stec-Kotasińska Agnieszka

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść o nowych początkach i o tym, że często, by coś zmienić, trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.

Hania po rozwodzie stara się odnaleźć własne miejsce w życiu – dotąd poświęcała się domowi i dzieciom, teraz stawia pierwsze kroki w pracy zawodowej. W firmie poznaje Daniela, himalaistę z pasją, który wkrótce wyrusza na wyprawę życia.

Daga, mieszkająca od lat w Meksyku, nagle wraca do Polski. Nigdy nie była zwolenniczką zakładania rodziny, tymczasem musi przemyśleć niespodziewane oświadczyny swojego partnera.

Laura, dojrzalsza niż rówieśnicy, od dawna marzy o pianinie. Instrument pojawia się w jej życiu przypadkiem, za sprawą emerytowanego antykwariusza, i odmienia codzienność dziewczyny.

Czy bohaterkom uda się odnaleźć szczęście i spełnić marzenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 432

Data ważności licencji: 3/28/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Stec-Kotasińska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja i korekta . MAQ PROJECTS

 

Projekt okładki . Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie . Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektroncznej: Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-75-6

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected] . www.replika.eu

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

 

 

Ten szum w głowie. Już od tak dawna go nie słyszał, jednak wiedział zbyt dobrze, że nie zwiastuje niczego dobrego. Tak samo jak zbyt płytki oddech, mozolne ruchy ciała, jakby ktoś na spowolnionych obrotach przewijał starą kasetę VHS z nim w roli głównej, a on oglądał samego siebie z perspektywy widza. Zmrużył oczy, skupiając się na obrazie przed sobą, by dostrzec przyjaciela choć odrobinę wyraźniej. Ta migocząca przed nim postać to przecież musiał być on. Raz zdawało mu się, że kumpel jest tuż na wyciągnięcie ręki, lecz po zaledwie kilku sekundach obraz ten rozmywał się tak bardzo, że nie był już niczego pewien. I ta chęć położenia się na zalegającym pod nimi puchu. A gdyby tak tylko na chwilę? To wszystko przecież wygląda tak zachęcająco, a on jest tak zmęczony. Tak bardzo, jak jeszcze nigdy wcześniej.

 

 

 

 

 

1.

 

 

 

 

 

Odgłos wyłączającego się ekspresu do kawy sprawił, że Edmund odwrócił głowę od okna i tym samym przerwał wędrówkę ścieżkami własnych myśli. Zapach parującej arabiki, jedynej, jakiej był wierny od lat, bez cukru i mleka, jak co rano zdążył się zadomowić w każdym kącie pomieszczenia. Na pewno dotrzyma mu towarzystwa przez większą część dnia, a być może nawet wyczują go klienci, którzy postanowią zajrzeć do jego małego królestwa w przeciągu kilku najbliższych godzin. Nie było ich ostatnimi czasy wielu, ale jakoś specjalnie się tym nie przejmował. Niektórzy przychodzili regularnie, zawsze wychodząc z jakimś niepowtarzalnym, skrzętnie wyszukanym starociem w dłoniach i z uśmiechem satysfakcji na ustach, inni zaglądali ostrożnie, jednak z pewną dozą ciekawości, czasem szukali jakiegoś upominku albo chcieli wiedzieć, czy uda im się znaleźć coś, co mogłoby przypomnieć im o czasach młodości.

Traktował prowadzenie antykwariatu bardziej jako hobby aniżeli solidne źródło utrzymania, nie rwał więc włosów z głowy, jeśli bywały miesiące, w których po opłaceniu czynszu za wynajem i podatków nie zostawało mu zbyt wiele. Był przecież na emeryturze. Nie miał rodziny na utrzymaniu, wnuków, byłych żon, alimentów, niczego, co mogłoby mu regularnie zaciskać na szyi pętlę. Nie miał też już zbyt wielu marzeń, o czym przekonywał się coraz częściej, kiwając markotnie głową do swojego odbicia, ilekroć udało mu się je przypadkiem złapać, a to w szybie, a to w jednym ze starodawnych luster, które ostatnio sprowadził do sklepu. Odwracał jednak szybko wzrok. Był czas na marzenia, on jednak minął bezpowrotnie. Teraz Edmund chciał jedynie w spokoju doczekać końca swoich dni. I by jego ulubiona kawa smakowała mu tak samo po sam kres ziemskiego żywota.

Odłożył kubek na parapet, przeciągnął się wciąż lekko ospale i już miał odejść od swojego miejsca przy oknie, gdy kątem oka zauważył uciekających sprzed budynku dwóch chłystków. Mogli mieć może po kilkanaście lat.

– Tchórze z was! – Usłyszał dziewczęcy głos i wychylił się przez okno, by zobaczyć, do kogo należał. – Ale może to was przynajmniej czegoś nauczy! Nie wolno niszczyć cudzego mienia! W swoich pokojach sobie tak sprayem popiszcie, a najlepiej to na czole! – krzyczała dalej dziewczyna, z wyglądu najpewniej ich równolatka, lecz chłopcy nie mieli już możliwości jej słyszeć, gdyż zniknęli za zakrętem.

– Co tu się dzieje? – zapytał zdumiony Edmund, a jego twarz przybrała groźny wyraz.

Ledwo co minęła siódma, a jakaś banda dzieciaków – jak się mógł domyślić, chodząca do pobliskiej szkoły – postanowiła właśnie skutecznie uprzykrzyć mu poranek.

– Popisali panu sprayem po drzwiach – odpowiedziała dziewczyna. – Nie dokończyli jednak, bo wystraszyli się Menela. I uciekli, aż się za nimi kurzyło, widział pan. Tacy z nich bohaterowie. Znam ich, bo są z równoległej klasy.

Edmund był już konkretnie rozdrażniony. Zamknął okno, podszedł do drzwi wejściowych i pomimo siarczystego mrozu, nie wkładając nawet płaszcza, wyszedł na zewnątrz. O czym opowiada ta dziewucha? Jakim sprayem, jaki znowu menel? Jeszcze mu tu pijaków potrzeba! A przecież to taka spokojna okolica, pomimo tego, że prawie w centrum miasta. Blisko szkoły, biur, sklepów, idealne miejsce na jego antykwariat. Od lat wynajmował mieszkanie na parterze jednego z osiedlowych bloków, by prowadzić w nim swój mały interes, i przecież do tej pory nie miał podobnych problemów. Było to dla niego niezwykle praktyczne i wygodne rozwiązanie, gdyż do sklepu można było wejść bezpośrednio z ulicy, a on sam mieszkał zaledwie dwa kroki dalej. A teraz? Nie wyobrażał sobie, by nagle musiał się stąd wynieść i szukać innego miejsca, bo jacyś niewychowani gówniarze będą sobie robić z niego pośmiewisko.

Spojrzał na dziewczynę, która patrzyła na niego dość niepokornym i tryumfującym wzrokiem, aż rzucił okiem na napis, który widniał na drzwiach wejściowych. „Tu siedzi stary pry” – przeczytał na głos, czując, jak gotuje się w nim krew. Ostatnia litera była zamazana, a po niej widoczne były plamy po rozlanym sprayu.

– Chyba chodziło im o pryka – powiedziała dziewczyna.

– Nie wpadłbym na to, gdybyś mi nie podpowiedziała – odparł z nutą złośliwości. Ten dzień ledwo się zaczął, a już podobał mu się coraz mniej, jak również to, że teraz, zamiast siedzieć w ciepłym pomieszczeniu, musi tu stać i zastanawiać się nad tym, jak i czym miałby usunąć te bohomazy.

– Niech się pan nie martwi, panie Mundku. To się szybko usunie, spokojna głowa. Sprawdzę w internecie, jak to zrobić.

Edmund westchnął przeciągle i przytaknął. Nie pozostało mu nic innego jak tylko zgodzić się na propozycję dziewczyny, on sam niewiele się na takich sprawach znał.

– A skąd ty wiesz, jak ja mam na imię? – zapytał, rozmyślając nad zdrobnieniem, którego użyła nastolatka. Od lat nikt się tak do niego nie zwracał. W zasadzie, kiedyś w przeszłości, istniała tylko jedna osoba, która mówiła do niego właśnie w ten sposób, ale było to tak dawno temu, że zdążył już od tego odwyknąć i wyrzucić to wspomnienie z głowy. Dźwięk zdrobnienia dotarł do jego mózgu i serca z zupełnie niespodziewanym natężeniem, poruszył struny, które od lat pozostawały uśpione i Edmund poczuł się z tym faktem jeszcze bardziej niekomfortowo. Dlaczego ten dzień, na samym początku nowego roku, nie mógłby być tak samo przewidywalny jak pozostałe dni jego mizernej egzystencji?

– Bo tutaj przecież wszyscy pana znają – odpowiedziała śmiało dziewczyna, kończąc tym samym jego mentalną podróż do przeszłości i sprowadzając go z powrotem w mroźny, styczniowy poranek. – A ja jestem Laura – dodała, wyciągając przed siebie dłoń włożoną we włochatą rękawiczkę na jeden palec.

Edmund uścisnął ją niepewnie, nie wiedzieć czemu czując lekkie skrępowanie. Niewiele miał do czynienia z dziećmi, a z nastolatkami to już w ogóle. Stanowiły dla niego czarną magię, zagadkę, której wcale nie miał ochoty rozwiązywać. Wolał przeważnie ich unikać i schodzić im z drogi. Zwłaszcza że ni w ząb nie potrafił się zorientować w ich współczesnych modach, zachowaniu oraz całej tej technologii internetowej. Może jeszcze do niedawna żałował tego, że nigdy nie założył rodziny, nie miał dzieci oraz wnuków, a przecież w wieku prawie siedemdziesięciu lat mógłby się już jakichś dorobić. Teraz jednak doceniał swoje niespieszne, przewidywalne życie introwertycznego emeryta, o ile oczywiście – tak jak było właśnie tego dnia – ktoś nie postanowił mu go zakłócić.

– A to jest właśnie Menel – dodała Laura, wskazując na leżącą bez ruchu przy jej boku górę czarnego futra.

– Pies – stwierdził fakt Edmund, uśmiechając się do siebie w duchu.

Jak to możliwe, że do tej pory go nie zauważył? A więc to nie żaden pijak wystraszył tych dwóch smarkaczy, tylko wielki włochaty stwór, który najwidoczniej wyłonił się im zza rogu, ukazując rzędy białych kłów na tle czarnego jak noc pyska.

– Ale nie mój – dodała dziewczyna. – Takiej pani, która mieszka, o tam – Edmund podążył wzrokiem za jej dłonią – w jednym z tych szeregowców. Wyprowadzam go regularnie i dostaję za to pieniądze. Bo wie pan, ja zbieram na pianino.

– Pianino? – zapytał zdumiony, myśląc jednocześnie o swoim dawnym instrumencie, tym samym, który przez lata zbierał jedynie kurz w jego małym mieszkaniu, a teraz od wielu miesięcy czekał w antykwariacie, aż ktoś się nim wreszcie zainteresuje. Nie cieszył się jednak powodzeniem. Ludzie chcieli teraz kupować elektroniczne sprzęty z wieloma funkcjami, gwarancją, z renomowanych sklepów muzycznych. Nikt nie zwracał uwagi na stare pianino z duszą, pomimo tego, że po odkurzeniu i nastrojeniu niektórych strun wciąż mogłoby wydać z siebie wiele pięknych dźwięków. – A umiesz grać? – zapytał.

– Tylko teoretycznie. Dlatego zbieram również na lekcje.

Edmund powtrzymał się przed wybuchnięciem śmiechem.

– To można umieć grać na czymś teoretycznie?

– Można – odpowiedziała, a zobaczył w jej oczach pewność i determinację. – Uciekam, panie Mundku, bo jeszcze trochę, a spóźnię się do szkoły. A muszę przecież najpierw odprowadzić Menela. Zajrzę do pana niebawem, tylko sprawdzę w internecie, czym najlepiej usunąć spray z drzwi.

Laura odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę wspomnianych przez nią wcześniej szeregowców.

Stał jeszcze chwilę zadumany i wpatrywał się w coraz intensywniejszy ruch na ulicach. Było prawie przed ósmą i miasto zdawało się już całkowicie rozbudzone. Z ulic i skwerów wciąż nie zdążyły zniknąć świąteczne dekoracje, a on w drodze do pracy, choć miał do pokonania zaledwie kilka kroków, nadal znajdował butelki, wypalone petardy, serpentyny – dowody na dopiero minionego sylwestra oraz na to, że ludzie potrafią śmiecić, zanieczyszczać i nie dbać o wspólne dobra, o czym przekonał się dzisiaj na własnej skórze.

Po kilku minutach wszedł do antykwariatu i zaparzył sobie ciepłą herbatę z miodem i cytryną. Sklepik był jego drugim domem, miejscem, w którym czuł się najlepiej, tak więc zawsze dbał o to, by ulubione przez niego produkty znajdowały się w zasięgu ręki. Zawahał się chwilę, zanim podszedł do pianina i otworzył jego klapę. Sprzęt bez wątpienia był stary i być może wymagający renowacji, ale wciąż nie mógł uwierzyć, że do tej pory jeszcze nikt się nim nie zainteresował. Ile to już lat nie grał? Dziesięć? Może piętnaście? Edmund przesunął palcami po klawiaturze. Czy pamięta cokolwiek, co umiałby zagrać bez nut? Teraz wszystko można ściągnąć z tego całego internetu, a on przecież miał kilka grubych zeszytów z nutami, które od lat kurzyły się gdzieś w czeluściach piwnicy, o ile jeszcze do tej pory nie zjadły ich myszy.

Po chwili palce same poprowadziły go po utworze Schumana pt. „Marzenie” i już po kilku sekundach Edmund nie mógł wyjść z wrażenia, że tak doskonale wszystko pamięta. Może nie jest z niego jeszcze taki stary pryk? Zatopił się w wychodzącej spod jego dłoni melodii, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi.

– Czy dostanę u pana może takie książki? – pytała jego stała klientka, pani Stenia, kobieta zapewne o kilka lat młodsza od niego. Prawie jej nie poznał, była tak szczelnie opatulona czerwonym, moherowym szalem. – Wszędzie już szukałam, ale to takie rzadkie wydania i pewnie już wypadły z obiegu.

– Coś powinno być – odparł, zerkając na trzymaną przez nią listę. – Niedawno nabyłem kilka staroci.

Ruszył w kierunku regałów, na których prym wiodły często zapomniane i niedostępne w księgarniach książki i po kolei zaczął wyszukiwać pozycje z listy kobiety. Dałby sobie głowę uciąć, że pomysł kupna książek był jedynie pretekstem, a tak naprawdę od lat robiąca do niego maślane oczy Stenia po prostu chciała go odwiedzić i zamienić z nim kilka słów. Było mu jej trochę szkoda, niestety nie był nią zainteresowany. Nią ani nikim innym. W głowie wciąż nucił melodię do zagranego właśnie utworu.

Jakże niezwykłe jest to, że często ze zdarzeń, które początkowo wzbudzają naszą irytację, może w rezultacie wyjść coś dobrego – myślał. Przecież gdyby tych dwóch młodocianych hultajów nie pomazało mu drzwi sprayem, nie nawiązałby rozmowy z tą młodą dziewczyną, ona nie wspomniałaby mu o pianinie, a on na pewno nie przypomniałby sobie dzisiaj o tym, że kiedyś całkiem nieźle na nim grał. Edmund musiał przyznać, że ciąg zdarzeń z tamtego poranka uruchomił w nim jakąś tęsknotę. Może jego czas na marzenia nie przepadł jeszcze bezpowrotnie? Czy on jeszcze mógłby w ogóle w życiu jakieś mieć? Oprócz tego, oczywiście, żeby ten durnowaty napis znikł z drzwi do jego antykwariatu?

– I jak? – zapytała Stenia, zaglądając w stronę regałów. Stała w sklepie już dłuższą chwilę i widocznie zrobiło jej się ciepło, gdyż uwolniła swoją szyję i twarz z grubego szala, a oczom Edmunda ukazał się jej dość głęboki dekolt.

– Wszystko mam! – krzyknął z dumą.

– Cieszę się. Wiedziałam, że na pana to można liczyć. Z pana to jednak prawdziwy ekspert w dziedzinie staroci, a do tego dżentelmen. Przy najbliższej okazji znów do pana zajrzę, panie Edmundzie. A ten napis na drzwiach to jakimś detergentem trzeba potraktować. Niech się pan nie przejmuje, ta dzisiejsza młodzież to w ogóle wychowania nie ma. Takie czasy, a ja postaram się coś wymyślić.

Edmund nucił półgłosem melodię zagranego utworu na długo po tym, gdy kobieta opuściła antykwariat.

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

– Jestem! – Powstały przeciąg sprawił, że drzwi do mieszkania zatrzasnęły się za Laurą z łomotem, a stojące na przedpokojowym regale ramki ze zdjęciami przewróciły się, cudem unikając upadku na podłogę. Laura podeszła do nich i postawiła wszystkie trzy z powrotem w pionie. – Bezsensowne zbieracze kurzu – rzekła pod nosem, dziwiąc się jednocześnie, że mama nie wyszła jeszcze z kuchni po hałasie, jaki niechcący narobiła jej córka. Bo przecież, jak co dzień, jej mama z pewnością spędzała czas w tym właśnie pomieszczeniu, kończąc przygotowywać obiad dla całej rodziny. Teraz ze szkoły wróciła Laura, Franek dołączy do nich w najbliższym czasie, a wujek Ignacy na samym końcu, jak załatwi wszystkie swoje niecierpiące zwłoki sprawy służbowe. Powstrzymała się przed przewróceniem oczami na to wspomnienie i bezwiednie przypatrzyła się każdej fotografii z osobna.

Na pierwszej z nich ona i Franek byli bardzo małymi dziećmi, chyba chodzili jeszcze do przedszkola, i właśnie spędzali wakacje u dziadków na wsi. Były to czasy sielskie i jednocześnie tak odległe, że pamiętała je jak przez mgłę. Nie wiedziała, co dokładnie robiła, jak spędzała dnie, co lubiła jeść, a czego nie znosiła. Jedyne, czego mogła być pewna, to fakt, że czuła się szczęśliwsza niż teraz. Dziadkowie jeszcze żyli, mama i wujek Ignacy wydawali się jacyś bardziej dostępni, uśmiechali się też częściej, a Laura nie rozstawała się ze starymi drewnianymi cymbałkami, które kiedyś przypadkiem znalazła na strychu. Grała na nich koncerty dla całej rodziny i wszyscy bili brawo. Nikt jednak nigdy nie brał na poważnie jej dziecięcych zapewnień, że będzie tak robić do końca życia. Gdzie one teraz mogą być? – zamyśliła się na chwilę.

Drugie zdjęcie przedstawiało ciocię Dagmarę, trzymającą Laurę do chrztu. To dopiero było dawno. Prawie trzynaście lat temu. Laura postawiła je jako pierwsze, przywracając wspomnieniom kolejność chronologiczną i zamyśliła się nad postacią ulubionej cioci. Tak dawno już jej nie widziała. Pięć, może sześć lat? Nie mogła przypomnieć sobie dokładnie, kiedy ciocia Daga odwiedziła Polskę, ale z pewnością Laura była jeszcze wtedy mała.

Na trzecim zdjęciu była jedynie jej mama, jako bardzo młoda dziewczyna. Stała na plaży z ręcznikiem narzuconym na ramiona i mokrymi, przylepionymi do ciała włosami. Pewnie dopiero co wyszła z wody. Śmiała się do obiektywu całą sobą, jakby usłyszała właśnie najlepszy w życiu żart. Kto robił to zdjęcie? – zapytała Laura samą siebie w myślach i aż nie mogła wyjść ze zdumienia, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Czyżby jej tata? Zanim jeszcze tym tatą został i od tego momentu nie zdołał wywołać na twarzy mamy tak szczerego uśmiechu? A może jednak ktoś inny? Laura wzruszyła ramionami, odłożyła zdjęcie na półkę i uzmysłowiła sobie w jednej sekundzie dwie rzeczy. Po pierwsze, zaczęło jej się robić bardzo gorąco, gdyż nie zdjęła jeszcze nawet kurtki, butów, czapki ani szalika, a po drugie, jej mama wciąż nie wychodziła z kuchni, co było do niej bardzo niepodobne. Zdjęła buty, rzuciła niedbale ubrania na wieszak, zajrzała do kuchni, ze zdumieniem orientując się, że nikogo w niej nie ma, i poszła w kierunku sypialni.

– Słyszałam, jak wchodzisz, ale nie chciałam sobie przerywać pracy, bo sama widzisz, ile tu tego wszystkiego.

– Cześć, mamo… – odpowiedziała dziewczynka i rozejrzała się po pomieszczeniu. Para z pracującego na pełnych obrotach żelazka wypełniała cały pokój, a na łóżku przewalały się sterty ubrań, z których dziewczynka nie mogła zidentyfikować ani jej własnych, ani jej brata, a na pewno nie wujka Ignacego, który zazwyczaj chodził do pracy w eleganckich koszulach i garniturach. – To wszystko twoje? – zapytała.

– A co? Dużo, prawda? – odpowiedziała Hanna, posyłając córce uśmiech. – Sama nie uwierzyłabym, że tyle ich mam. Wiesz, jak się przez całe lata spędza czas w domu, to człowiek przestaje zwracać uwagę na ciuchy. A teraz… nowa praca i nowe wyzwania. Ale ty głodna przecież jesteś, Lauro. Idź do kuchni i odgrzej sobie zupę. Drugie danie będzie dopiero gdy wróci wujek, bo nie miałam do tej pory zbyt wiele czasu.

– Zaraz pójdę… Nie jest tak źle – odpowiedziała i ostrożnie podeszła do odłożonej na bok wyprasowanej już sterty ubrań. – W tym… zamierzasz tam chodzić? – zapytała. – A nie są zbyt… – Dziewczynka próbowała poszukać odpowiedniego słowa, jednak żaden delikatny zamiennik „starodawnego” nie przychodził jej do głowy.

– Oficjalne? – pomogła Hanna. – Są i takie właśnie mają być. Nie mogę na poważnym biurowym stanowisku występować w podartych jeansach i bluzie. No idź już do tej zupy. Być może nawet nie musisz podgrzewać, powinna wciąż być ciepła.

Laura westchnęła, odeszła w stronę drzwi, zawróciła jednak i oparła się o framugę, wciąż przyglądając się matce. Miała skończone trzydzieści pięć lat. Dziewczynka nie wiedziała do końca, czy to mało, czy dużo, ale gdy jej mama się uśmiechała, co robiła obecnie bardzo rzadko, była całkiem podobna do tej roześmianej dziewczyny na plaży. Do siebie samej sprzed lat. Czy nie mogłaby z okazji tej całej nowej pracy sprawić sobie choć kilku modnych ubrań? Laura do końca nie wiedziała, jakie są popularne wśród kobiet w wieku jej mamy, a sama faktycznie najczęściej chodziła w jeansach i bluzie, więc pewnie jej porady na nic by się zdały, sięgnęła jednak myślami do mam swoich koleżanek i musiała ze wstydem przyznać, że wizerunek prawie każdej z nich prezentował się znacznie lepiej niż jej własnej. Nie widziała ich często, bo Laura też wielu koleżanek nie miała. Te, które chodziły z nią do klasy, rozprawiały na tematy, które dziewczynkę kompletnie nie interesowały, takie jak chłopaki i kosmetyki do makijażu. Jednak gdy którąś z ich mam napotkała przypadkiem, musiała przyznać, że najczęściej była to kobieta w modnych ciuchach, z pomalowanymi paznokciami i z uśmiechem prawie takim, jaki jej mama miała na tym zdjęciu z plaży. Dlaczego tak nie może być i teraz?

– Co się tak zamyśliłaś? – Hanna przerwała prasowanie i spojrzała na córkę. – Jak w szkole?

– Dobrze – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Dostałam piątkę z matematyki. Z małym minusem, ale nauczycielka powiedziała, że…

– I dopiero teraz mi o tym mówisz?! – Hanna wyłączyła żelazko, podeszła do córki i złapała ją za ramiona. – Trzeba było tak od razu! I tak trzymaj, dziecko. Tylko odpowiednie wykształcenie zapewni ci spokojną przyszłość. Widzisz? Matematyka nie jest wcale taka zła i trudna. Popraw jeszcze tę trójkę z polskiego, bo to aż wstyd, że zapomniałaś o sprawdzianie, i w zasadzie jesteś już na prostej. Zobaczysz – skończysz podstawówkę, liceum, pójdziesz na dobre studia. Takie z prawdziwego zdarzenia, żeby była po nich pewna praca. Wujek Ignacy zaharowuje się na śmierć, żebyście wraz z Frankiem mogli w życiu coś osiągnąć. Teraz będzie też i moja pewna pensja. Pamiętaj, że nie możesz zrobić nigdy tak jak ja – zostać w domu, imać się co chwilę jakichś zajęć, robić internetowe kursy, aż w końcu…

– Ale przecież znalazłaś stałą pracę – zauważyła Laura, której wreszcie udało się wbić w rozemocjonowany monolog rodzicielki.

– No i całe szczęście. – Spojrzała w kierunku żelazka, jakby nad czymś się zastanawiała. – Znalazłam dopiero teraz i nie wiem, jak to psychicznie wytrzymam, jestem tak zestresowana. I w głowę zachodzę, jakim to tak naprawdę stało się cudem, skoro nie jestem ani świeżo po studiach, ani z doświadczeniem, ani… dobra, nieważne. – Hanna machnęła ręką, uzmysławiając sobie, że jej córka jest zdecydowanie za młoda na tak dorosłe rozmowy. Jej zadaniem jest po prostu nauka. Coś, co ona sama zawsze robiła chętnie i miała jako takie plany na przyszłość, które później jednak ktoś skrzętnie pokrzyżował. – Chodź wreszcie na jedzenie – zawyrokowała, klasnęła w dłonie i skierowała kroki ku kuchni.

Laura posępnie poczłapała za matką.

– A czy bycie pianistką to nie jest ta pewna praca, o której mówisz? – zaryzykowała dziewczynka, mając cichą nadzieję na to, że zarówno tak wysoka ocena z matmy, jak i perspektywa na rychłe i regularne reperowanie domowego budżetu sprawią, że mama zmięknie w sprawie jej największego marzenia.

– Nie sądzę – odpowiedziała, mieszając chochlą w garnku z zupą. – Artystyczne zawody to w ogóle nie jest nic pewnego. Proszę, jedz. – Postawiła przed córką parujący talerz pomidorowej z makaronem. – Tak przekazali mi kiedyś moi rodzice, więc i ja mówię tobie.

– Ale ja nie chcę robić niczego innego – odpowiedziała markotnie.

– Córciu... – Hanna westchnęła, starając się nie pokazywać znużenia. Przerabiały ten temat wielokrotnie. Co jakiś czas w życiu dwójki jej dzieci – trzynastoletniej Laury i jedenastoletniego Franka – przewijała się cała gama rozmaitych zachcianek. A to wycieczka do Disneylandu, smartwatch połączony z telefonem, a ostatnio Franek wspominał jej nawet o tym, że chciałby mieć ściankę wspinaczkową w pokoju. Hanna powstrzymała śmiech na wspomnienie propozycji syna. Wszystko to ucinali z Ignacym tak szybko, jak tylko mogli, aż w końcu za jakiś czas pojawiało się kolejne, rzekomo wielkie marzenie. Oczywiście, że – zwłaszcza teraz – gdy ona będzie miała również swoją stałą pensję, będą mogli niektóre z nich spełnić, ale litości… nie sprowadzą do ich pięćdziesięciu metrów kwadratowych fortepianu i nie zapiszą Laury na lekcje tylko dlatego, że jest to jej znowu jakieś kolejne życzenie. Z jakiegoś powodu jednak Hanna nie chciała pamiętać, że o tym jednym słyszy akurat regularnie już od bardzo dawna. – Gra na instrumencie, a myślę, że zwłaszcza na fortepianie, to wcale nie jest łatwa sprawa. Ponadto taki sprzęt zajmuje strasznie dużo miejsca.

– Pianino to mniejszy instrument, zajmie mniej przestrzeni. To dlatego, że jego struny ułożone są w pionie – zauważyła rezolutnie dziewczynka. – Poza tym obecnie mamy jeszcze pianina elektroniczne, one są jeszcze mniejsze.

Hanna westchnęła.

– Ale to nie zmienia faktu, że lekcje są diabolicznie drogie. I trzeba dużo, naprawdę dużo ćwiczyć, żeby coś z tego było. A to odciągałoby twoją uwagę od najważniejszej rzeczy, jaką jest…

– Wiem, nauka – dokończyła cicho.

– No właśnie. Poza tym, moja droga, masz trzynaście lat. Może się nie znam, ale to trochę zbyt dużo, by dopiero zaczynać przygodę z graniem i po jakimś czasie zostać poważanym wirtuozem.

Laura mieszała niemrawo łyżką w talerzu, dochodząc do wniosku, że mama faktycznie się nie zna. Nie wiedziała nawet tego, że Laura mogłaby już teraz coś zagrać. Tak zupełnie z głowy, choć chyba nigdy nie dotykała dłońmi prawdziwych klawiszy. Nie licząc dziecięcego keyboardu, który kiedyś dostał na Mikołaja Franek, ale wujek Ignacy komuś go oddał, bo bardzo denerwował go jego dźwięk. Na nim też potrafiła coś zagrać. Odtworzyć to, co leciało w radiu. Nie chwaliła się tylko tym specjalnie nikomu, bo miała dziwne przeczucie, że nikt nie chciałby jej słuchać. – Mam trzynaście lat, ale mówię przecież o tym już od bardzo dawna – dokończyła ledwo słyszalnym szeptem.

– Chcę dla ciebie jak najlepiej, Laurusiu – dodała delikatnie Hanna, łapiąc córkę za rękę. Gdy dorośniesz na tyle, żeby zarabiać własne pieniądze, będziesz mogła wydawać je na swoje hobby. A gdy skończysz dobrą szkołę, zdobędziesz dobrze płatną pracę, nie dasz sobie nikomu niczego wmówić, to już w ogóle…

Laura odetchnęła z ulgą, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Właśnie wrócił Franek. Nareszcie uwaga mamy rozproszy się po równo na dwójkę jej dzieci.

– Ale ze mnie gapa! – Hanna zawróciła w pół kroku z przedpokoju, do którego udała się, by otworzyć drzwi synowi. – Zapomniałabym o najważniejszym. Mam dla ciebie niespodziankę. – Uśmiechnęła się tajemniczo, gdy udało jej się złapać wzrok wciąż naburmuszonej córki. – Zgadnij, kto przylatuje do nas niedługo zza granicy?

– Ciocia Dagmara? – zapytała Laura nieśmiało.

– We własnej osobie. I zostanie na kilka tygodni. Cieszysz się? Trochę jej już nie było.

Laura odcięła się od głosów dochodzących do niej z przedpokoju – wchodzącego do mieszkania Franka i pytającej go również standardowo o postępy w szkole mamy. Przyjeżdża ciocia Dagmara. Jej ulubiona, zabawna, barwna niczym egzotyczny ptak, z tatuażami na ciele, z dredami na głowie, fascynująca jak najbardziej wymyślne danie lub podróż do najdalszego zakątka Ziemi. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebowała, i miała wrażenie, że wręcz przywołała ją dzisiaj myślami, gdy tak przyglądała się jej fotografii. Dziewczynka dokończyła pomidorówkę z większym apetytem i nagle nabrała odrobinę pewności co do tego, że przyjazd ciotki oznacza przebicie się pozostałych barw przez szarość życia Laury. Być może jednak zrobią to bardzo nieśmiało i ostrożnie.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej