Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
102 osoby interesują się tą książką
Miłość to dla niej ostatnie, czego szuka. Ale on nie zamierza z niej zrezygnować.
Dahlia przyjeżdża do Pacific Shores, żeby zostawić za sobą przeszłość i w końcu przejąć kontrolę nad własnym życiem. Everett zdecydowanie nie pasuje do tego planu – pewny siebie i niebezpiecznie pociągający staje się błędem, który powinien skończyć się na jednej nocy.
Szybko jednak okazuje się, że to nie było jednorazowe spotkanie. Ich drogi przecinają się ponownie, a przypadek przeradza się w układ, który ma zapewnić Dahlii bezpieczeństwo. Udawany związek wydaje się prosty, dopóki Everett nie zaczyna traktować go zbyt poważnie, a w grę wchodzą prawdziwe uczucia.
Dahlia nie może sobie pozwolić na kolejne ryzyko. Ale pierwszy raz od dawna ktoś sprawia, że zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę warto trzymać się tej zasady.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 581
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Wicked & Wildflower (Pacific Shores Series Vol. 2)
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Ewelina Czajkowska
Redakcja: Ewa Kosiba
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcie na okladce: © R / Stock.Adobe.com
Grafika na stronach rozdziałowych: © airmel / Stock.Adobe.com
Wicked & Wildflower: Copyright © 2026 by Sarah A. Bailey
Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint
of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Ewelina Gałdecka, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-908-6
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla wszystkich niegrzecznych dzikich kwiatków – jesteście bezcenne!
A jeśli nadal nie czujecie się przekonane,
odwróćcie stronę.
Everett już na Was czeka.
Szelma
Zaraz zacznę szczekać
Blondynka przy stole bilardowym. – Wskazuję głową na drugi koniec baru. – Co pije?
Emilio spogląda na mnie, unosząc brwi.
– Wódkę z wodą sodową, a co?
– Daj spokój, człowieku. – Ryan kręci głową. – Przecież wyraźnie widać, że ona jest tu na randce.
– Masz rację. Jest na randce i wyraźnie widać, że umiera z nudów.
Przyjaciele podążają za moim wzrokiem do ślicznej dziewczyny, która właśnie stara się ukryć ziewnięcie. Nie umyka nam, jak dyskretnie przewraca oczami, kiedy facet, z którym tu przyszła, próbuje posłać białą bilę w kierunku dwóch połówek na środku stołu, ale fatalnie pudłuje i zamiast nich wbija do łuzy jedną pełną.
– Chyba trochę wyszedłem z wprawy. – Śmieje się sztucznie. – Ale w college’u grałem bardzo często i byłem niepokonany. Wspominałem, że studiowałem na Uniwersytecie Cornella*?
Emilio, Ryan i ja odwracamy się do baru, tłumiąc jęk. Oni podejmują toczoną wcześniej rozmowę, ale ja nadal zerkam na dziewczynę.
Uśmiecha się delikatnie, udając zainteresowanie jego opowieściami ze studenckich czasów, po czym również psuje uderzenie.
– Wygląda na to, że ja też nie jestem za dobra.
Kłamie.
Wychylenie jej biodra na zewnątrz oraz ugięcie łokcia nie były naturalne. Zmusiła się do przyjęcia kiepskiej pozycji. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że ograłaby tego dupka z palcem w nosie, ale z jakiegoś powodu robi z siebie głupią. Co mówi mi, że nie znają się zbyt dobrze. To ich pierwsza randka, a może nawet pierwsze spotkanie.
Dzięki czemu czuję się znacznie mniej winny, że zamierzam mu ją ukraść.
Pstryknięciem palcami zwracam uwagę Emilia.
– Możesz jej zanieść kolejną wódkę z wodą sodową i dopisać ją do mojego rachunku?
– Nie – odpowiada, nawet na mnie nie patrząc.
– Nie bądź dupkiem, Everett – mamrocze Ryan.
Spoglądam na przyjaciół. Ryan przeczesuje dłonią gęste brązowe włosy i spogląda na mnie bez śladu rozbawienia. Emilio pochmurnieje i piorunuje mnie wzrokiem, jakbym był jakimś pariasem. Unoszę dłonie w geście kapitulacji.
– Nie jestem dupkiem. Ratuję ją! Wygląda na nieszczęśliwą.
Ryan prycha nad kuflem piwa.
– Jasne. Na pewno właśnie o to ci chodzi. Twój gest jest całkowicie bezinteresowny i nie ma zupełnie nic wspólnego z tym, jaka jest seksowna.
No dobra, może ma odrobinę wspólnego z tym, jaka jest seksowna.
Dziewczyna jest, kurwa, zachwycająca.
Sięgające ramion blond włosy. Pomalowane na czerwono paznokcie palców dłoni, którymi ciągle wkłada za ucho proste kosmyki, eksponując przy tym uroczy zadarty nosek i pełne różowe wargi. Już samo to, jak jej ciemna, dżinsowa spódniczka podkreśla biodra, wystarczyłoby, żeby postawić w stan alarmowy każdą komórkę mojego ciała, a co dopiero, jeśli dołożyć do tego długie do nieba, gładkie nogi…
– Jezu, Everett! Wyglądasz jak śliniący się pies! – kpi ze mnie Ryan.
– Zaraz zacznę szczekać.
– Dobra… Zaniosę jej tę wódkę, ale tylko dlatego, że nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak cię nią oblewa – rzuca Emilio, po czym się odwraca, by przygotować drinka.
Ryan opowiada mi o najnowszej aferze w pracy. Jest zastępcą szeryfa hrabstwa, więc nie brakuje mu naprawdę zwariowanych historii, ale słucham go tylko jednym uchem. Uśmiecham się do siebie, kiedy Emilio podchodzi z drinkiem do blondynki przy stole bilardowym. Jej oczy rozbłyskują, gdy go przyjmuje, a mój przyjaciel wskazuje głową na mnie. Chociaż dziewczyna stara się powstrzymać uśmiech, jej policzki różowieją. Unoszę szklankę i kiwam głową, a towarzyszący jej facet odwraca się w moją stronę i sztyletuje mnie wzrokiem.
Wypina klatkę piersiową, ale i tak jest ode mnie o jakąś połowę mniejszy. Zaciskając dłonie w pięści, rusza w moją stronę, dziewczyna kładzie jednak dłoń na jego barku. Szepcze mu coś do ucha, a on wędruje wzrokiem pomiędzy nią a mną. W końcu potakuje i się cofa.
Blondynka spogląda na mnie, unosząc brew, jakby mnie oceniała. Wyraźnie podoba jej się to, co widzi. Niezależnie od tego, czy chodzi o moje wytatuowane ręce wyglądające spod rękawów T-shirtu, brodę czy brązowe oczy, w których, jak niejednokrotnie słyszałem, można zatonąć, patrzy na mnie zdecydowanie inaczej niż na swojego dzisiejszego partnera. Przechodzi przez bar, stawiając kroki powoli i z rozmysłem. Na jej ustach błąka się szczwany uśmiech.
Wślizguje się na stołek obok mnie i stawia przede mną drinka, którego dla niej zamówiłem. Jej włosy kołyszą się, kiedy opada na miejsce, i teraz widzę, że ich naturalny kolor to brudny blond, ale rozświetliła go platynowymi pasemkami podkreślającymi burzowy błękit jej oczu.
– Nikt ci nie powiedział, że to niegrzecznie podrywać kobietę, która jest na randce z innym facetem?
Przesuwam szklankę w jej stronę.
– Chyba chciałaś powiedzieć „dziękuję”.
Prycha zaskoczona i kręci głową, ale jej pełne lśniące usta drgają, kiedy próbuje ukryć uśmiech. Znowu wsuwa włosy za ucho, odsłaniając gładkie policzki usiane piegami.
– Bezpośredniości nie można ci odmówić. – Odwraca się i spogląda prosto na mnie. – Czy to było aż tak oczywiste?
– Tak. – Upijam piwa z kufla. – A na przyszłość… Jeśli musisz udawać, że nie potrafisz grać w bilard, albo w ogóle cokolwiek udawać, by zadowolić faceta, to pewnie tylko tracisz na niego czas.
Mruczy potwierdzająco.
– A jak ty sobie radzisz z bilardem?
Powoli unoszę brew.
– Chcesz się dowiedzieć?
Jej oczy – kalejdoskop różnych odcieni błękitu – spoglądają prosto w moje, kiedy powoli unosi szklankę do ust i pociąga łyk. Nie potrafię powiedzieć, czy rzuca mi wyzwanie, czy przyjmuje propozycję. Spuszcza wzrok i odstawia drinka na bar.
– To randka w ciemno. Nie mój pomysł. – Chichocze do siebie. – Jestem nowa w mieście i zostałam zmuszona do wyjścia z domu, ale tak naprawdę nie interesuje mnie poznawanie nikogo.
– A co cię interesuje? – pytam, nachylając się do niej. Nie mogę się powstrzymać. To instynkt.
Pachnie kokosem i czymś tropikalnym.
Jej spojrzenie ponownie wędruje po moim ciele, od góry do dołu i z powrotem, aż w końcu zatrzymuje się na twarzy. Przygląda mi się, jakbym był ryzykiem, a ona nie miała pewności, czy warto je podjąć.
– Jeśli mam być szczera, dobry seks z facetem, który nie będzie potem do mnie wydzwaniać.
Nie mogę powstrzymać wybuchu śmiechu, ona jednak przygląda mi się z kompletnie pozbawioną emocji miną. Choć było to ostatnie, czego spodziewałbym się z jej ust, bynajmniej nie czuję się zakłopotany.
Przywołuję Emilia, który stoi plecami do baru, udając, że wcale nie podsłuchuje.
– Możesz nam podać dwa kieliszki… – Odwracam się, żeby na nią spojrzeć.
Zastanawia się przez chwilę, a potem wzrusza ramionami.
– Fireballa**.
– Fireballa? – prycham.
Na jej błyszczące różowe wargi wypływa lubieżny uśmieszek.
– Chyba mam ochotę na szczyptę czegoś rozgrzewającego.
Emilio stawia przed nami dwa kieliszki, więc sięgam po nie i podaję jej jeden, a drugi biorę dla siebie.
– Mam przeczucie, że zaraz zrobi się jeszcze goręcej. – Unoszę szkło, wyciągając rękę w jej stronę. – Zdrówko… – Urywam. – Nie podałaś mi swojego imienia, cariño.
Waha się przez chwilę. Rozgląda się po barze, omijając wzrokiem jedynie faceta, z którym tu przyszła, a który teraz piorunuje nas spojrzeniem. W końcu ponownie patrzy mi w oczy.
– Zaproponujesz mi dobry seks, którego dzisiaj potrzebuję?
Próbuję powstrzymać uśmiech, ale bezskutecznie.
– Nie planowałem być aż tak bezpośredni, ale jasne. Zdecydowanie zamierzałem spróbować. – Kurwa. Wzięła mnie do galopu. Ta konwersacja nie toczy się tak, jak zwykle je rozgrywam, ale i tak idzie dobrze.
Zazwyczaj jestem bardziej opanowany. Kontroluję sytuację. Trzymam się sprawdzonej strategii. Coś mi jednak podpowiada, że tym razem by ona nie zadziałała. Że ta dziewczyna właściwie nie uważa, abym był wart jej czasu, ale i tak oferuje mi tę jedną rzecz, którą ja sam jestem zainteresowany. Kompletnie mnie zaskoczyła, a nawet nie znam jej imienia.
Szybko stuka kieliszkiem w mój, przełyka Fireballa, a następnie zapija go wódką z wodą sodową.
– Jeszcze raz to samo, Emilio – rzuca, z sykiem wciągnąwszy powietrze, i unosi przy tym jeden palec.
Przyjaciel spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. Wypijam swój likier, a on podaje dziewczynie drugi, który ta natychmiast pochłania. Widzę, jak wstrząsa nią dreszcz, kiedy alkohol rozlewa się w jej żyłach. Mrużąc oczy, odkłada szkło na blat, po czym ponownie odwraca się do mnie.
– Żadnych imion.
– Co?
Przesuwa puste kieliszki po barze i zakłada nogę na nogę.
– Żadnych imion. Nic, co mogłoby nas w jakiś sposób ze sobą związać. Jesteś seksowny, a ja potrzebuję zaliczyć i zakładam, że nie będziesz miał nic przeciw. Więc możemy się pieprzyć, ale nie chcę cię poznać.
Słyszę, jak Ryan próbuje ukryć kaszel. Emilio znika zza baru, zapewne żeby nie wybuchnąć otwarcie śmiechem. Nigdy nie zdarzyło mi się uprawiać seksu z kobietą – z mężczyzną zresztą też, skoro już o tym mowa – która powiedziałaby mi przed tym, że nie jest zainteresowana poznaniem mojego imienia.
Znowu wbija we mnie intensywne, pozbawione emocji spojrzenie. To dla niej czysty biznes. Ale kiedy tonę w jej niebieskich oczach i czuję gorąco rozlewające się po całym moim ciele na widok gładkiej skóry i delikatnych warg, decyduję się w to wejść.
Jeśli nie wykorzystam szansy, którą daje mi ta kobieta, będę się przez całą wieczność zastanawiał, co by było gdyby. Może i patrzy na mnie, jakbym był ryzykiem, ale za to ja wiem na pewno, że ona jest wyzwaniem. I to takim, które chętnie przyjmę.
– Pieprzyć to. – Uśmiecha się, kiedy kopnięciem odsuwam swój stołek i biorę ją za rękę. – Znam jedną fajną kryjówkę… – Zeskakuje ze swojego miejsca i idzie za mną, ale zostajemy zatrzymani.
– Co do chuja?! – woła jej dzisiejszy partner z drugiego końca sali.
Cholera! Zapomniałem o nim.
Zatrzymuję się i zaczynam puszczać jej dłoń, lecz ona zaciska chwyt. Kiedy się odwracam, widzę, jak posyła mu przepraszający uśmiech.
– Przykro mi, ale… – Wzrusza ramionami tak mocno, że niemal dotykają jej uszu, i głośno wciąga powietrze. – Czasem to się po prostu wie, nie sądzisz?
– Żartujesz sobie? – syczy facet.
Odwracam się do Emilia, który obserwuje tę scenę, jakby oglądał jedną ze swoich oper mydlanych.
– Dopisz wszystkie jej drinki do mojego rachunku. – Przenoszę wzrok na jej byłego już partnera. – Sorry, stary.
Dziewczyna chichocze, pozwalając się poprowadzić za bar, do biura na zapleczu. Emilio mnie potem opieprzy, ale mam to gdzieś. Wpisuję kod na klawiaturze i czekam na kliknięcie, po czym otwieram drzwi. Obok nich stoi czarna skórzana kanapa, a naprzeciw niej biurko. Poza tym w pomieszczeniu znajdują się jedynie: lampa w rogu, staromodny bar pod oknem oraz chodniczek na podłodze na środku.
– To twój lokal? – pyta.
– Nie. Właściciel wisi mi przysługę. – Tak naprawdę wcale nie, ale wymieniam gnojkowi olej za darmo, więc musi to przełknąć.
Dziewczyna mruczy, kiedy zamykam za nami drzwi i ją do nich przyciskam. Napieram na nią torsem i czuję miękkość jej pełnych piersi. Opieram dłonie o drewno nad nami i opuszczam głowę, tak że mój nos zawisa tuż nad jej nosem.
– Jesteś pewna, że tego chcesz? – pytam.
Jej oddech przyśpiesza w reakcji na naszą bliskość, policzki się rumienią. Przygryza wargę zębami. Błękitne oczy, na wpół przysłonięte powiekami, wypełnia głód, ale widzę w nich też nieśmiałość. To spojrzenie mówi mi wyraźnie, że nie jest to coś, co często jej się zdarza, i niech mnie chuj, jeśli nie nakręca mnie to jeszcze bardziej. To pociąg do mnie sprawia, że robi się taka lekkomyślna.
– Niech sprawdzę.
Jedna z jej dłoni powoli wsuwa się pod mój T-shirt. Czuję dotyk chłodnej skóry, kiedy palce wędrują po moim brzuchu, a potem dalej w dół. Trzymam ręce ciągle w tym samym miejscu z obawy, że zrobię coś, co jej się nie spodoba.
Głośno wciągam powietrze, kiedy muska mojego kutasa, twardego jak stal pod materiałem dżinsów. Drugą dłoń unosi do mojej szyi, chwyta mnie za kark i zmusza do nachylenia się. Przyciąga mnie niczym grawitacja. Ściskając mojego fiuta, szepcze:
– Muszę zobaczyć, z czym mam tu do czynienia.
– Skarbie… – chrypię z ustami przy jej ustach. – Pozwól, że ci pokażę.
Zanim zdąży powiedzieć choćby słowo, przywieram do jej warg.
* Należący do słynnej Ligi Bluszczowej Uniwersytet Cornella (Cornell University) to jedna z najbardziej prestiżowych uczelni w USA. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
** Fireball to popularny likier o smaku cynamonu na bazie kanadyjskiej whisky, charakteryzujący się słodko-pikantnym smakiem.
Szelma
Zwykle potrafię się do tego doprowadzić tylko samodzielnie
Unieś dla mnie nogę, cariño. – Natychmiast stosuje się do polecenia i opiera ją o moje biodro. – Jaka z ciebie posłuszna dziewczynka – mówię, skubiąc i drażniąc miękką skórę jej szyi. Czuję, jak zaciska się na moim kutasie w reakcji na te słowa. Lubi moje pochwały.
W barze to ona kontrolowała sytuację, i dobrze to rozegrała, ale jest jasne, że nie robi tego często. Ja zresztą również. Chociaż mam na koncie sporą liczbę przypadkowych podrywów i jednorazowych numerków, nigdy nie zdarzyło mi się nie poznać wcześniej imienia partnerki czy partnera. Zwykle zresztą zabierałem ich do siebie albo jechaliśmy do nich.
Obserwowanie, jak ta dzika, wygadana kobieta niemal od razu po tym, jak zamknęły się za nami drzwi, zmienia się w moich ramionach w uległą i nieśmiałą, jest niespodzianką – aczkolwiek nie nieprzyjemną. Zawsze lubiłem rządzić w sypialni. Czy jak w tym wypadku: w biurze.
Sunę ustami po jej obojczyku i pieprzę ją ostro pod drzwiami, a ona wbija mi paznokcie w plecy. Nie hamuje jęków, które wyrywają się z pięknych ust, kiedy trafiam w ten idealny punkt w jej wnętrzu.
Gdy tylko usłyszałem kliknięcie zamka, pocałowałem ją do utraty tchu, ustami uwalniając ją od wszystkich wątpliwości. A potem zrobiłem to samo za pomocą penisa, kiedy podciągnąłem jej spódnicę na biodra, założyłem prezerwatywę i powoli się w niej zanurzyłem. Poczułem się, jakbym się nią upił. Nie stać mnie było nawet na to, żeby przenieść się na kanapę czy choćby biurko. Potrzebowałem jej natychmiast. Potrzebowałem jej przy drzwiach.
Wydawało się jednak, że nieznajomej to nie przeszkadza. Pozwoliła mi się poprowadzić, jakby ufała, że dam jej wszystko, czego potrzebuje.
Nasza pozycja pozwala mi pieprzyć ją naprawdę ostro i przysięgam, że to najciaśniejsza, najbardziej wilgotna cipka, w jakiej w życiu byłem. Obejmuje mnie ściśle jak pieprzona rękawiczka. Przyjmuje każdy mój cal, odpowiada na każde pchnięcie, kiedy dociskam jej ciało do drewna.
– Mocniej – jęczy.
Kurwa.
– Jesteś giętka, maleńka? – Odchylam się, żeby na nią spojrzeć. Głowę ma odrzuconą do tyłu, na twarzy maluje się czysta ekstaza.
Nie otwiera oczu, nie zamyka rozchylonych warg, tylko potakuje. Chwytam ją pod kolanem i unoszę, a potem, wsunąwszy rękę pod jej drugą nogę, podtrzymuję tak, że teraz obie łydki dyndają przy moich bicepsach. W efekcie jej biodra wychylają się w przód, dzięki czemu mogę ją pieprzyć szybciej i wbijać się głębiej.
– O mój… – Głośno wciąga powietrze. – O kurwa! Tak. Właśnie tam.
Odchodząc od zmysłów, przyśpieszam tempo do wręcz lekkomyślnego poziomu. Elektryzujące dreszcze spływają mi po plecach, gromadząc się w kręgosłupie. Moje ciało płonie, kutas pulsuje, gotowy wylać się w nią. Czuję wilgoć spływającą po wewnętrznej stronie jej ud, ciepło jej cipki jest euforyczne, a to, jak zaciska się na mnie za każdym razem, kiedy trafiam w tamten punkt w jej wnętrzu, sprawia, że oczy uciekają mi gdzieś w głąb czaszki.
Z każdą sekundą robi się ciaśniejsza i bardziej śliska, jej jęki przybierają na sile. Jeśli jakiś klient korzysta w tej chwili z barowej łazienki, to na pewno nas słyszy. Nic mnie to jednak nie obchodzi. Nadal wbijam się w nią mocno i szybko, zdeterminowany, żeby razem z nią zeskoczyć z krawędzi i zapomnieć się w rozkoszy.
– Zaraz…
– Właśnie tak, cariño. Dojdź dla mnie. Tak dobrze mnie bierzesz.
– Kurwa! – jęczy miękko, słodko, bez tchu. Robi się niemożliwie ciasna, a mój umysł rozpada się na kawałki, kiedy żar w moim wnętrzu eksploduje wrzącą falą przyjemności. Dziewczyna krzyczy w ekstazie i czuję zalewający mnie gorący strumień jej wytrysku.
Zostaję w jej wnętrzu, wtulam twarz w zagłębienie szyi i powoli opadamy na ziemię z orgazmicznego szczytu. Mam wrażenie, że oboje pogrążamy się w pełnej oszołomienia ciszy; pokój wypełniają jedynie nasze ciężkie oddechy.
Unoszę głowę. Jej oczy otwierają się z trzepotem powiek, a ja tonę w lśniącym od żądzy błękicie. Na jej policzki wypływa delikatny, gorący rumieniec, który rozlewa się w dół, na unoszącą się gwałtownie klatkę piersiową. Nadal przyciskam ją do drzwi – nadal w niej jestem – ale czuję się, jakbym zastygł, niezdolny wyjść, niezdolny się odsunąć. Chwila się przeciąga. Wydaje się, że trwa jednocześnie wiecznie i krócej niż sekundę.
Ona jest… taka ładna. Niewiarygodnie ładna.
Nie znam jej imienia, a jeśli wierzyć w to, co powiedziała w barze, nie zamierza się nigdy więcej ze mną spotkać. Ale i tak nie mogę się powstrzymać – nachylam się. Jej oczy otwierają się szeroko, kiedy przyciskam wargi do jej warg, łagodnie i delikatnie, żeby ostatni raz posmakować tej tajemniczej, dzikiej, kuszącej kobiety, której więcej nie zobaczę.
Przyjmuje pocałunek. Odwzajemnia go. Z jej ust wymyka się cichy jęk, a ja wykorzystuję okazję, żeby zakraść się do nich językiem. Zaplata mi ręce na szyi i przyciąga mnie do siebie mocniej, tak że przylegamy do siebie jeszcze ściślej. Wciągam jej wargę między zęby i daję się ponieść. Oderwawszy się od drzwi, odwracam się z nią w ramionach, po czym się pochylam, żeby posadzić ją na podłokietniku kanapy.
Wysuwam się z niej powoli i przerywam pocałunek.
Mruga, wpatrując się we mnie, a na jej twarz wypływa najłagodniejszy, najbardziej nieśmiały z uśmiechów.
To właśnie w tej chwili decyduję, że poznam jej imię. Jej numer. Przekonam ją, żeby spotkała się ze mną ponownie, bo zdecydowanie jeszcze z nią nie skończyłem. Zdecydowanie nie skończyłem z tymi ustami, z tymi oczami, z tym ciałem, którego nawet jeszcze w całości przede mną nie odsłoniła. Muszę zobaczyć, jak dochodzi, zobaczyć, jak robi to na moim języku, na moich palcach. Chcę zobaczyć ją pięknie wyciągniętą na moim łóżku. Chcę wiedzieć, co lubi pić poza wódką i Fireballem. Chcę wiedzieć, jak dobrze tak naprawdę gra w bilard. Chcę wiedzieć, dlaczego jest nowa w mieście i jak długo planuje zostać, czemu tu jest i skąd przyjechała.
Zaczynam układać w głowie plan. Jeśli jest coś, co o sobie wiem, to na pewno to, że potrafię, kurwa, oczarowywać ludzi. Przekonam ją, żeby znowu się ze mną umówiła. Muszę tylko zatrzymać ją w tym barze na tyle długo, by mieć na to szansę.
Kiedy się odsuwam, żeby zdjąć prezerwatywę, robi wielkie oczy, a z jej ust wymyka się ciche:
– O mój Boże…
Podążam za jej wzrokiem i dopiero teraz dociera do mnie, że na dolnej części mojego T-shirtu widnieje mokra plama. Tłumiąc uśmiech, odwracam się i wyrzucam gumkę do śmietnika przy drzwiach, uważając przy tym, żeby nie wdepnąć w niewielką kałużę, którą zostawiła również na podłodze.
Nie żartowałem, kiedy powiedziałem, że eksplodowała i mnie zalała.
Kurwa, to takie nakręcające.
Chcę zobaczyć, jak dochodzi w taki sposób tysiąc, milion razy.
Kiedy odwracam się do niej przodem, obciąga krawędź spódnicy i poprawia top. Pośpiesznie przeczesuje włosy dłonią i zastyga na chwilę, żeby ponownie mi się przyjrzeć. Moje spodnie są gdzieś w tym pokoju, ale na szczęście nie zdjąłem do końca bielizny, więc podciągam ją na biodra. Jej wzrok koncentruje się na moim mokrym brzuchu.
– Strasznie cię przepraszam – mamrocze, prostując się, po czym śmieje się z przymusem. – Zwykle potrafię się do tego doprowadzić tylko samodzielnie. – Szybko zamyka usta i szeroko otwiera oczy, jakby wcale nie chciała tego powiedzieć.
Zupełnie się pogubiłem.
– Przepraszasz? Ale za co mnie…?
– No cóż… Dobrze się bawiłam. Jeszcze raz przepraszam za to… – Macha dłonią w kierunku mojego krocza. – W każdym razie… eee… miłego życia.
– Nie, poczekaj, ja… – zaczynam błagalnie, szybko rozglądając się za swoimi dżinsami. Zanim udaje mi się je znaleźć albo chociaż dokończyć zdanie, dziewczyna znika już za drzwiami.
Kurwa.
Miotam się po gabinecie Emilia w poszukiwaniu spodni jak pieprzona postać z kreskówki. W końcu znajduję je zwinięte w rogu za kanapą. Nie wiem nawet, skąd się tam wzięły. Kiedy zaczęliśmy się całować, wszystko zlało się w jedną wielką plątaninę jęków, ciał i pogoni za rozkoszą.
Wyskakuję z biura i pędzę korytarzem, zapinając rozporek i upychając koszulkę do spodni. Nie widzę nieznajomej w barze, więc natychmiast ruszam do wyjścia. Wypadam przez frontowe drzwi i mrugając, rozglądam się po parkingu w gasnącym świetle dnia, ale jej już dawno nie ma.
Przeczesuję włosy wytatuowaną dłonią.
– Niech to szlag!
Kiedy wracam do środka i podchodzę do kontuaru, żeby uregulować rachunek, moi przyjaciele szczerzą się do mnie jak pojebani.
– Nigdy nie widziałem, żeby jakaś kobieta wybiegła z tego baru tak szybko – kpi Ryan.
– Odpieprz się – burczę.
Dałem jej dokładnie to, czego chciała, ale coś musiało się stać, skoro uciekła w taki sposób. Na pewno nie zrobiła tego dlatego, że jej się nie podobało. Mam na koszulce mokrą plamę, która dowodzi, jak dobrze się bawiła. Chciała się pieprzyć i puścić to w niepamięć, tyle że takiej kobiety nie da się zapomnieć.
Nawet nie znam jej imienia.
Stwierdziła, że nie chce, by cokolwiek mogło nas jakoś ze sobą związać, ale w tej chwili niczego nie pragnę bardziej niż tego, żeby coś takiego istniało.
Dziki Kwiatek
Pieczenie jako lekarstwo na stres
Stresuję się, więc piekę. To dla mnie żadna nowość. Zawsze, gdy mam mętlik w głowie, zabieram się do pieczenia. Patrząc jednak na ogromną miskę pełną ciasta na brownie i zegar na mikrofalówce wyświetlający godzinę pierwszą trzydzieści cztery, zaczynam myśleć, że to może być pewien problem.
Przepis, z którego korzystam, miał mi dać tuzin porcji, ale przemnożyłam składniki razy cztery i teraz zastanawiam się, co ja, do cholery, zrobię z czterdziestoma ośmioma kawałkami brownie. Nie mam nawet wystarczająco dużo blach, żeby je wszystkie upiec.
Błądzę wzrokiem po kuchni siostry i odnotowuję bałagan, którego narobiłam: wszystkie blaty pokryte są mąką, cukrem i brudnymi od czekolady przyborami. Nagle czuję się bardzo zmęczona i nie tylko nie wiem, co zrobić z całym tym ciastem, ale też brakuje mi energii, by posprzątać. Wiem, że Monica w końcu się obudzi, a nie chcę, żeby zobaczyła, w jakiej jestem rozsypce, bo zacznie wypytywać o moją randkę. Nie mam w tej chwili siły na taką rozmowę.
Nie wiem, jak jej powiedzieć, że wystawiłam faceta, z którym mnie umówiła, i przeleciałam jakiegoś przypadkowego mężczyznę w biurze na zapleczu baru, a następnie uciekłam.
Wzdychając, owijam miskę z ciastem folią, wkładam ją do lodówki, po czym zaczynam uprzątać naczynia. Dobrze chociaż, że Darby i Leo są poza krajem, więc nie dowiedzą się, że zostawiam wszystko na noc w zlewie.
Wyjmuję telefon, zastanawiając się, czy to dobry moment, by zadzwonić do siostry. W Portugalii musi być chyba późny poranek, więc pewnie już wstała, ale nie jestem pewna, czy chcę się zmierzyć z pytaniem, dlaczego ja nadal nie śpię o tej porze.
Odnotowuję trzy nieodebrane połączenia oraz kolejną wiadomość od taty, który domaga się, żebyśmy obie odpisywały na jego listy, i robi się przy tym coraz bardziej agresywny, coraz bardziej zdesperowany. Przewracam oczami i kasuję ją bez czytania. Jest też SMS od mojej siostry wysłany kilka godzin temu, pewnie kiedy się obudziła i uznała, że jeszcze śpię.
Tata znów do mnie dzwonił.
Do mnie też.
Nie myślisz chyba, że tu przyjedzie?
Odpisuje natychmiast.
Leo mówi, że nie.
Tata za bardzo się go boi.
Wyrywa mi się chichot i szybko zakrywam usta dłonią, bo jego echo niesie się głośno w cichym domu. Nie chodzi o to, że się nie zgadzam. Leo ma prawdopodobnie rację. Jest chyba jedyną osobą, która kazała Dane’owi Andrewsowi spierdalać i uszło jej to na sucho. W życiu mojego ojca najważniejsze są pieniądze i status, a pod tym względem Leo ma się czym poszczycić. Osiągnął więcej, niż tata mógł sobie wymarzyć. Wykradł moją siostrę z jej ślubu i upokorzył naszą rodzinę, a kiedy ojciec zażądał, żeby Leo odwiózł Darby, ten w zasadzie kazał mu się pieprzyć, a potem anonimowo odkupił od niego dom babci.
Nikt dotąd nie potraktował naszego ojca w taki sposób i na jego miejscu trzymałabym się od Leo najdalej, jak się da. Ta wiedza pozwala mi jeszcze mocniej uwierzyć, że Pacific Shores to jedyne miejsce na ziemi, gdzie ja i moja siostra jesteśmy bezpieczne.
Mój telefon wibruje, sygnalizując kolejną wiadomość od Darby.
Nie potrafię pojąć, dlaczego miałby
w ogóle zawracać sobie nami głowę.
Ja jednak wiem dokładnie, czemu miałby zawracać sobie głowę mną. Czego dokładnie ode mnie chce. Ale Darby nie ma pojęcia, więc się z nią zgadzam i informuję, że wracam do łóżka, zanim zacznie wypytywać, dlaczego w ogóle nie śpię o tej godzinie.
Zawsze planowałam uwolnić się od rodziców, wyjechać i zacząć gdzieś od nowa, ale nagła przeprowadzka mojej siostry do Kalifornii na początku tego lata gwałtownie przyśpieszyła ten krok. Nie mogłam zostać w Kansas bez niej, więc przy pierwszej okazji przeniosłyśmy się z Lou do Pacific Shores.
Jednak z powodu pośpiechu i braku przemyślanego planu Lou i ja zjechałyśmy do miasteczka kilka dni po tym, jak Darby i jej narzeczony Leo wyjechali na zawody surfingowe do Portugalii. Co znaczy, że wprowadziłam się z córką do domu babci – cóż, z formalnego punktu widzenia to teraz dom Leo – nie znając w tym mieście absolutnie nikogo.
Kilka dni po tym, jak się rozpakowałyśmy i urządziłyśmy, adopcyjna mama Leo, Monica, pojawiła się u nas z kolacją, żeby nas poznać. Lou od razu się w niej zakochała i nie mogę jej za to winić. Monica jest super. Poza tym wydaje mi się, że czuje się nieco samotna, od kiedy Leo i Darby wyjechali. Jej córka Elena mieszka w Nowym Jorku i nieczęsto wpada z wizytą. Podobno, kiedy Leo powiedział Monice, że wrócili do siebie z Darby po dziesięciu latach i że planują się pobrać na wiosnę, była tym zachwycona i natychmiast zaczęła traktować moją siostrę jak córkę, a to wspaniale, biorąc pod uwagę, że nasza własna matka nigdy nie była szczególnie opiekuńcza. Teraz zaś wzięła pod swoje skrzydła również Lou i mnie.
Monica oprowadziła nas po mieście, pomogła mi zapisać córkę do pobliskiej podstawówki, a nawet zaczęła dla mnie szukać mieszkania. Leo załatwił mi pracę, którą mam zacząć po jego powrocie z Europy, kiedy Lou zadomowi się w nowej szkole. Pewnej nocy, gdy położyłam już małą do łóżka, zasiedziałyśmy się z Monicą do późna i wypiłyśmy za dużo margarity, w efekcie czego opowiedziałam jej swoją randkową historię, a ona uznała, że jestem zbyt młoda, atrakcyjna i bystra, żeby zaakceptować mój status singielki. Postawiła sobie za cel znalezienie mi chłopaka.
Nie miałam serca jej opowiedzieć o swoich głęboko zakorzenionych problemach z zaufaniem i skomplikowanych relacjach z ojcem, więc udałam, że się zgadzam, licząc, że o wszystkim zapomni. Toteż kompletnie mnie zaskoczyła, informując nagle, że umówiła mnie z synem znajomych znajomego – bo najwyraźniej w tym mieście wszyscy się znają – i że chętnie poniańczy Lou.
Uparcie twierdziłam, że nigdzie się nie wybieram, ale kiedy zjawiła się dziś wieczorem i zażądała, żebym wyszła, nie potrafiłam odmówić. Poza tym nie mogłam nie skorzystać z okazji do wyjścia z domu i poczucia się przez chwilę jak dorosła.
Randka skończyła się jednak katastrofą: dałam się poderwać nieznajomemu, pieprzyłam się z nim na zapleczu, a potem uciekłam w panice jak szczur z tonącego okrętu. Nie miałam nawet transportu do domu, więc ukryłam się na tyłach budynku i stamtąd zadzwoniłam po Ubera, bo bałam się, że niesamowity facet, którego imienia nie poznałam, wyjdzie mnie szukać.
Boże, naprawdę był niesamowity.
Potężne ramiona, sznury mięśni i wszystkie te tatuaże! Jest idealnie w moim typie i kurwa, zawisłam na nim jak małpka na drzewie.
– Mogłaś mnie obudzić, wiesz? – Głos w ciemności sprawia, że wzdrygam się zaskoczona i wybudzam z marzeń na jawie.
– Cholera! – Unoszę dłoń do piersi. – Przestraszyłaś mnie, Monico.
Mama Leo stoi w drzwiach prowadzących do salonu, uśmiechając się sennie. Kiedy wróciłam do domu z randki, Lou była już w łóżku, a ona przysypiała na kanapie. Nie chciałam jej budzić, więc po cichu zabrałam się do pieczenia brownie, żeby rozładować stres.
– Uznałam, że dam ci pospać. Pomyślałam, że kiedyś sama wstaniesz.
Uśmiecha się do mnie.
– Jak poszła randka?
Krzywię się.
– Nie sądzę, żeby były szanse na kolejną.
Monica marszczy brwi, a potem wzdycha z irytacją.
– Tak, Colin to trochę niewypał. Muszę przyznać, że od początku to wiedziałam, ale stwierdziłam, że dobrze ci zrobi zanurzenie stóp w Pacific Shores, zanim skoczysz na główkę do randkowego basenu.
– Cóż… Na pewno dostałam to, czego potrzebowałam.
Unosi starannie wypielęgnowaną brew, ale na szczęście nie domaga się wyjaśnień. Ziewając, wchodzi powoli do kuchni i zaczyna dokładać naczynia do zlewu.
– Lucy poszła do łóżka o wpół do dziesiątej.
Lucy. Moja córka jest dzieckiem o wielu ksywkach. Ale nie mogło być inaczej, skoro nosi imię Lucille. Moi rodzice zawsze zwracali się do niej jego pełnym brzmieniem. Ja zaczęłam do niej mówić „Lou”, kiedy była jeszcze dzidziusiem, bo uznałam, że wygląda jak staruszek. W dodatku moja mama nienawidziła tego zdrobnienia. Darby czasami nazywa ją „Lulu”, a Leo podłapał to od niej. Monica jednak najchętniej posługuje się formą „Lucy”.
– Wydajesz przyjęcie, o którym nie wiem? – pyta, rozglądając się po zabałaganionej kuchni.
– Nie. Po prostu piekę, kiedy nie mogę spać. – Wzruszam ramionami.
Monica parska śmiechem.
– Tak przy okazji… Powiedziałam Lou, że wyszłaś z nowym kolegą, więc rano na pewno cię o to zapyta. Była bardzo zainteresowana, z kim się zaznajomiłaś, bo jej zdaniem nie masz żadnych przyjaciół.
Prycham.
– Szczerości nie można jej odmówić.
Nie dzielę się z córką tym, że chodzę na randki. Nie chcę, by narobiła sobie nadziei, że wprowadzę do jej życia kogoś, kto zapełni pustkę pozostawioną przez jej tatę, bo kiedy nic z tego nie wyjdzie, ponownie zostanie porzucona.
A jeśli jest coś, czego jestem absolutnie pewna, to tego, że z moich jednorazowych przygód nic nigdy nie wyjdzie. Więc nie przedstawiam tych facetów swojej córce.
– Nie musisz sprzątać – mówię. – Jest późno.
– Nie przejmuj się. – Monica zbywa mnie machnięciem dłoni, kręcąc się po kuchni. – Jestem nocnym markiem, a i tak zamierzałam nieco przearanżować tę przestrzeń. Kto wkłada pojemniki na żywność do szafek? Przecież powinny być w szufladzie! Straszny tu bajzel.
Uśmiecham się. Darby będzie wkurzona, gdy wróci do domu i odkryje, że w jej kuchni zapanowały zupełnie nowe porządki. Ale to jej teściowa, nie moja.
– Nie chcę, żebyś po mnie sprzątała, Monico.
– Sprzątanie po dzieciach to moje ulubione zajęcie. Przypomina mi, że jestem matką. – Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi, a słowa wypływają z jej ust tak naturalnie, jakby nie wymagały żadnego namysłu.
Pewnie nie powinnam być zaskoczona, biorąc pod uwagę to, jak przygarnęła dwunastoletniego Leo, gdy jego mama zmarła, a ojciec odszedł. Ma to wpisane w DNA. Nie musi znać mnie od lat, żeby się o mnie troszczyć. Ale dla mnie to coś tak obcego, że kiedy te zdania do mnie docierają, odruchowo robię krok do tyłu.
– Dziękuję.
Podnosi wzrok i się uśmiecha, ponieważ wie, że nie mam na myśli tylko jej propozycji posprzątania kuchni.
– Kiedy upieczesz te brownie, odwdzięczysz mi się solidną porcją.
– Oczywiście – odpowiadam, chichocząc.
– Wiesz, mogłabyś je zabrać w poniedziałek do biura i poznać się z personelem. Wprawdzie zostało ci kilka tygodni do rozpoczęcia nowej pracy, ale warto się wcześniej oswoić z miejscem i ludźmi. Możesz się też spotkać z Everettem.
Nie miałam dotąd okazji poznać brata Leo. Jest współwłaścicielem sklepu ze sprzętem surfingowym Bezbożnik i spółka, a niedawno przejął też interes ich taty. Prowadzenie dwóch biznesów sprawia, że jest mocno zapracowany. I pewnie również dlatego Monica czuje się nieco samotna.
– Dlaczego Leo przeniósł biuro z ratusza do lokalu nad Bezbożnikiem? – pytam.
Inicjatywa na rzecz Małych Przedsiębiorców z Pacific Shores to finansowany przez mojego przyszłego szwagra program partnerski, którego celem jest zwiększanie świadomości w zakresie znaczenia niewielkich lokalnych firm oraz ich wsparcie. Kiedy Leo dowiedział się, że mam dyplom z marketingu i projektowania graficznego, natychmiast zaproponował mi stanowisko dyrektorki do spraw marketingu. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście potrzebują pomocy, czy może tylko to wymyślił, żeby zapewnić mi miejsce pracy, ale w każdym razie będę w ramach tej działalności współpracować z małymi firmami, by pomóc im się promować w internecie.
Siedziba Inicjatywy początkowo znajdowała się w ratuszu, lecz niedawno Leo przeniósł ją do loftu nad Bezbożnikiem, przerobiwszy swoje dawne mieszkanie na przestrzeń biurową.
– Chyba chciał, żeby było wygodniej i bardziej domowo. Poza tym i on, i Everett oszczędzają w ten sposób czas, którego potrzebowali, żeby dojeżdżać na zebrania. – Monica wzrusza ramionami. – Ale wszystko idzie naprawdę dobrze, w Wiciokrzewie też. – Ma na myśli kwiaciarnię, którą Leo kupił mojej siostrze. Lokal po sąsiedzku ze sklepem dla surferów jest obecnie remontowany i przerabiany zgodnie z jej wizją, a otwarcie zaplanowano na początek przyszłego roku. – Powinnaś tam zajrzeć w tym tygodniu. Zabierz brownie, przywitaj się. Kiedy dotrzesz na miejsce, zapytaj o Everetta, a on cię oprowadzi.
Uśmiecha się do siebie chytrze, ale jestem zbyt zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać.
Dziki Kwiatek
Zabieraj od niej te pieprzone łapy!
Kiedy idę przez parking, z mojej kieszeni rozlega się nieustanne, irytujące, uporczywe brzęczenie. Balansując trzema pojemnikami z brownie w jednej ręce, drugą wyjmuję telefon. To znowu tata. Wiem, że w końcu będę musiała odebrać. Nagrywa mi się również na pocztę głosową, ale kasuję wiadomości bez odsłuchania. Nie jestem gotowa na konfrontację.
Ojciec nie ma już żadnej władzy ani nad moją siostrą, ani nade mną, nie przewidziałyśmy jednak, że będzie się aż tak usilnie starał z nami skontaktować po naszym wyjeździe. Ucieczka Darby z jej własnego ślubu go upokorzyła, ale ponieważ mam w rękach klucz do jego dobrobytu, sądziłam, że w końcu zostawi nas w spokoju. Przyniosłyśmy mu wstyd, zaszkodziłyśmy jego reputacji, a być może także interesom. Myślałyśmy, że nie będzie chciał mieć z nami nic wspólnego i zostawimy dawne życie za sobą. A tymczasem jego upór okazuje się większy niż kiedykolwiek.
Na razie nie jestem gotowa się z nim zmierzyć.
Dlatego też chyba po raz milionowy w ciągu ubiegłego miesiąca naciskam „ignoruj”. Mam właśnie włożyć telefon do kieszeni dżinsów, kiedy wyświetla się wiadomość.
Wiem, gdzie jesteś. Musimy porozmawiać.
Kasuję ją natychmiast i chowając komórkę, podchodzę do drzwi, nad którymi widnieje napis: „Bezbożnik i spółka. Sprzęt surfingowy”. Obok niego wisi szyld z motywem fali. Kompleks przy promenadzie to właściwie szereg wykończonych drewnem i przypominających nadmorskie chatki lokali, które sąsiadują ze sobą przez ścianę. To taka urocza, klasyczna kalifornijska sceneria. Jej tło stanowi wcinające się w ocean molo z diabelskim młynem, drewnianym rollercoasterem i restauracją na samym końcu. Wzdłuż chodnika oddzielającego promenadę od głównej ulicy rosną palmy.
Bezbożnik znajduje się na skraju kompleksu. Ma pomarańczowe drzwi, po których lewej stronie ustawiono na zewnątrz cały rząd kolorowych desek surfingowych. Z lokalu po sąsiedzku dobiegają odgłosy remontu – to tam powstaje kwiaciarnia, która będzie należeć do mojej siostry. Kiedy wchodzę do sklepu, widzę dziesiątki desek surfingowych podwieszonych do drewnianych belek ciągnących się wzdłuż sufitu. Na tej na środku widnieje imię Leo.
Ale ich asortyment jest znacznie szerszy. Mają wszystko, o czym mógłby zamarzyć ktoś, kto pragnie życia w kalifornijskim stylu. Pianki i kostiumy kąpielowe, ubrania, okulary przeciwsłoneczne, ręcznie robioną biżuterię, a nawet buty i deskorolki. Na ścianach zawieszono oprawione w ramki profesjonalne zdjęcia surferów oraz kilka pięknych obrazów przedstawiających plaże i okoliczne nadmorskie miasteczka.
– Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? – woła ktoś z drugiego końca pomieszczenia.
Podchodzę do kasy i stawiam brownie na blacie. Uroczy młody mężczyzna w okularach i z okrągłym kolczykiem w nosie uśmiecha się do mnie.
– Cześć, jestem Dahlia i za kilka tygodni zaczynam tu pracę. Pomyślałam, że wpadnę i przywitam się z resztą personelu. – Wyciągam do niego pojemnik i jednocześnie przeszukuję wzrokiem przestrzeń za jego plecami. – Miałam zapytać o Everetta. – Mężczyzna potakuje, wyjmuje telefon i zaczyna pisać. – Przyniosłam brownie. Wszyscy mówią, że świetnie piekę, więc pomyślałam, że może zrobię dobre pierwsze wraże… – Moje nerwowe paplanie urywa się gwałtownie, kiedy dociera do mnie, co mam przed sobą.
Na ścianie za ladą, nad głową sprzedawcy, wisi ogromne zdjęcie. Dwaj nienaturalnie wprost atrakcyjni mężczyźni siedzą na bliźniaczych deskach surfingowych unoszących się na falach i uśmiechają się do siebie. Jeden z nich to Leo – rozpoznaję niebieskie oczy, dołeczki i blond włosy w kolorze piasku. Ale to na widok tego drugiego zaczyna mnie mrowić skóra.
Opalenizna. Ciemna broda. Czekoladowe oczy. Potężne ręce pokryte tatuażami, które sięgają od szyi po palce. Z tej odległości wzory zlewają się ze sobą, ale wiem, że z bliska dostrzegłabym róże i ciernie na jednej oraz fiołki i winorośle na drugiej. Odnotowałam to, kiedy przyglądałam się, jak jego dłonie chwytają mnie za uda i unoszą, żeby posadzić na…
Próbuję odepchnąć od siebie tę myśl, ale ona i tak wraca z rykiem.
„Unieś dla mnie nogę, cariño”.
„Tak dobrze mnie bierzesz”.
To wspomnienie przeszywa mnie dreszczem sięgającym gdzieś głęboko do mojego wnętrza. Przez ostatnie kilka dni nie byłam w stanie wyrzucić z głowy tych słów, tych oczu i tych rąk. Nie znam nawet imienia tego mężczyzny, ale przez niego rozpadłam się na kawałki. Sprawił, że… Boże, nie potrafię wypowiedzieć tego słowa nawet we własnej głowie. Sprawił, że zatraciłam się tak, jak nigdy nie zrobił tego żaden inny mężczyzna.
Zależało mi tylko na szybkim rozładowaniu napięcia. Nie chciałam poznać jego imienia. Nie chciałam niczego, co mogłoby nas ze sobą połączyć. W tej chwili nie mam czasu ani energii na faceta w swoim życiu. W najmniejszym stopniu.
Wpatruję się w zdjęcie nieznajomego, którego pieprzyłam w barze, a żołądek ciąży mi tak, że chyba zaraz wypadnie na podłogę. Zastanawiam się, jakim cudem ten facet zna mojego przyszłego szwagra. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
To pewnie jakiś model, przekonuję samą siebie. Albo jego kolega surfer.
Na pewno nigdy więcej go nie spotkam.
Ale gdzieś w moich trzewiach odzywa się dokuczliwe, drażniące przeczucie, że się mylę.
Nagle orientuję się, że urwałam w pół zdania, a kasjer gapi się na mnie zdezorientowany Bóg jeden wie jak długo.
– Eee… Kto to jest? – pytam, wskazując na zdjęcie nad ladą.
Ogląda się.
– Aaa… To… – Urywa, bo jego uwagę odwraca dzwonek nad drzwiami wejściowymi.
– Dahlio.
Podskakuję, a pudełka z brownie lądują na podłodze. Głos jest znajomy niczym pieszczota z nawracającego koszmaru. Rozlega się echem w mojej piersi, gdy moja przeszłość i teraźniejszość zlewają się w jedno w najgorszy możliwy sposób.
Oddech więźnie mi w płucach. Poczuwszy za plecami jego obecność, zmieniam się w słup soli. Zbyt wiele rzeczy dzieje się jednocześnie. W głowie mam pustkę. Zaciskam powieki. Boję się odwrócić. Chcę, żeby odszedł. Chcę, żeby zniknął z mojego życia.
Nie może go tu być. Nie ma go tutaj.
– Dahlio. – Jego szorstki głos znowu przebija się do mojej świadomości. Wyraźnie jak upiorne dzwonki.
Zbieram całą odwagę, która mi jeszcze pozostała, i odwracam się, żeby spojrzeć w twarz Dane’a Andrewsa.
– Dlaczego? – To jedyne, co wychodzi z moich ust.
Dlaczego mi to robisz?
Dlaczego nie mogę ci uciec?
Myślałam, że jestem tu bezpieczna.
– Jak to „dlaczego”? – Szczękę ma napiętą, spojrzenie szalone. Podchodzi do mnie, a ja cofam się w kierunku lady. – Dobrze wiesz dlaczego. Ignorujesz moje telefony i uciekasz? Nie masz prawa. Szukałem cię. Musiałem za tobą przyjechać aż tutaj. – Jego ton ocieka obrzydzeniem, kiedy wyrzuca z siebie te słowa.
– Jak nas znalazłeś? – pytam słabo.
Ojciec nigdy nie zagroził mi czysto fizycznie, ale chyba głównie dlatego, że nie musiał się do tego uciekać. Zazwyczaj nie daje się ponieść temperamentowi i nie wybucha gniewem, zbyt dobrze nad sobą panuje. Wszystko, co robi, jest zaplanowane i wyrachowane. Używa słów, żeby zadawać ciosy, dręczyć i niszczyć. Potrafi za pomocą głosu zranić mnie o wiele dotkliwiej, niż mógłby to zrobić rękami.
Miałam tu zacząć od nowa, uciec od niego na zawsze.
Ale on tu jest. A ja jestem sama.
Ponieważ tak właśnie wygląda skrupulatne planowanie w jego wykonaniu. Poczekał, aż moja siostra wyjedzie, aby mieć pewność, że zostanę sama w nieznanym mieście, bez nikogo, kto mógłby mnie ochronić – nie tak, jak Leo chroni Darby – i dopiero wtedy się tutaj pojawił.
Rodzice nigdy nie kochali mnie ani mojej córki, ale wciągnęli nas obie za kurtynę pieniędzy i władzy. I w związku z tym roszczą sobie prawo do mnie i – co bardziej przerażające – do Lou.
Jedynym, co przeważa nad moim strachem przed ojcem, jest miłość do córki.
Prostuję się i podchodzę do niego. Mam pięć stóp i dziesięć cali* wzrostu, niemal dokładnie tyle co on. Kiedy byłam nastolatką, garbiłam się przy nim, ale teraz unoszę głowę i wyciągam szyję.
– Jak nas znalazłeś? – pytam ponownie.
– Moja córka uciekła ze swojego ślubu z jakimś sportowcem celebrytą klasy D. Nietrudno było się domyślić, dokąd wyjechała. A potem znikasz również ty, i to kilka tygodni po tym, jak wyciągnęłaś całe to gówno. Założenie, że do niej dołączyłaś, wydawało się raczej oczywiste. – Prycha sarkastycznie. – Darby znalazła sobie milionera. Oczywiście, że będziesz chciała wykorzystać sukces siostry.
Przełykam ciężko. Żółć pali mnie w gardle. Jego słowa zagłębiają się w moją duszę niczym płonące ostrze.
Zapominam o leżących na podłodze kawałkach brownie, zapominam o stojącym za mną kasjerze i o tym, że niedługo będzie to moje miejsce pracy. Zapominam nawet, po co tu jestem, bo nagle przytłacza mnie potrzeba ucieczki. Muszę jechać po swoje dziecko.
Przypominam sobie, że Lou jest bezpieczna z Monicą, na plaży niedaleko stąd, ale nie poczuję się znowu dobrze, dopóki nie znajdę się przy niej i nie wezmę jej w ramiona.
– Powiedziałam ci, że chcę jedynie, żebyś zostawił nas w spokoju. Staram się chronić swoją siostrę i córkę. Przed tobą. – Próbuję wyminąć ojca. – Nie wiem, na co liczyłeś, przyjeżdżając tutaj, ale możesz już wracać. Pozwól nam zacząć nowe życie. – Sama się dziwię zaskakującemu opanowaniu pobrzmiewającemu w moim głosie, lecz zastanawiam się jednocześnie, czy nie bierze się ono z tego, że nie patrzę tacie w oczy.
Chwyta moją rękę i ściska mocno, kiedy próbuję się wyrwać.
– Nie tak szybko, skarbie. – Uśmiecha się do mnie, ale z tego grymasu przebija wstręt. – Jeszcze nie skończyliśmy. Masz coś, co należy do mnie.
– Nie.
Zacieśnia chwyt i mam wrażenie, że zaraz wyciągnie mnie na zewnątrz, kiedy nagle w cichym wnętrzu sklepu rozlega się trzaśnięcie zamykanych drzwi, a donośny głos pyta:
– Mamy tu jakiś problem?
Ten głos również rozpoznaję.
W tej chwili jednak to raczej latarnia zwiastująca bezpieczny ląd niż przekleństwo.
Materiał czarnego T-shirtu ciasno opina zaplecione na piersi wytatuowane ręce. W brązowych oczach, które uważnie obserwują rozgrywającą się scenę, buzuje cichy gniew. Cieszę się, że w sklepie nie ma klientów, ale jednocześnie czuję się upokorzona tym, że właśnie on jest świadkiem tej sytuacji. Mężczyzna z baru spogląda na palce zaciskające się na moim ramieniu z takim ogniem, że mógłby roztopić metal.
– Zabieraj od niej te pieprzone łapy!
* Dahlia ma około 178 centymetrów wzrostu.
Szelma
Jestem jej chłopakiem. A kim ty, kurwa, jesteś?
Mężczyzna natychmiast puszcza jej rękę i cofa się o krok. Z dumą odnotowuję błysk strachu w jego oczach.
Nie mogę uwierzyć, że znów ją widzę, chociaż zastanawiam się, czy w ogóle powinno mnie to dziwić. Wpadła do tamtego baru niczym huragan, po czym zniknęła z mojego życia równie nagle, jak się pojawiła, odebrawszy mi cały wewnętrzny spokój i zostawiwszy mnie w rozsypce. A teraz stoi przede mną w moim sklepie, wśród rozrzuconego po podłodze ciasta, i raz jeszcze potrzebuje ocalenia przed jakimś dupkiem.
– Znowu muszę cię ratować, cariño?
Jej nozdrza falują na dźwięk tego pieszczotliwego określenia, ale nie wiem, czego się spodziewała, skoro nie podała mi swojego imienia. Słyszałem wystarczająco duży fragment tej rozmowy, żeby się domyślić, kim jest stojąca przede mną kobieta.
Nie pozwalam sobie zbyt dużo myśleć o ewentualnych konsekwencjach tego, co zaszło między nami wcześniej.
W białej koszulce i obciętych dżinsowych szortach wygląda równie ładnie jak tamtej nocy w barze. Ma delikatniejszy makijaż i włosy upięte w luźny kok. Teraz, kiedy się jej przyglądam, dociera do mnie, że rzeczywiście przypomina siostrę. Ma jej usta, nos i piegi, ale zmyliły mnie oczy. Są innego koloru niż u Darby. Jestem właściwie pewien, że taki odcień błękitu nie istnieje nigdzie poza jej tęczówkami.
Przestrzeń wokół nas blednie gdzieś w oddali, kiedy wpatruję się w te oczy, podczas gdy one wpatrują się we mnie. Widzę rumieniec barwiący jej policzki, spływający po szyi i znikający w trójkątnym dekolcie koszulki. Jestem ciekaw, czy zapamiętała wszystkie te detale co ja.
– Jak zwykle szybko się uwinęłaś, Dahlio – sarka z niedowierzaniem stojący obok niej mężczyzna, wędrując wzrokiem pomiędzy nami dwojgiem. Zastanawiam się, czy głód malujący się na mojej twarzy jest aż tak oczywisty, czy może on zna ją na tyle dobrze, żeby dostrzec go również u niej. – Pewnie nie powinno mnie to dziwić. – Kiedy widzę, jak dziewczyna fizycznie się wzdryga na jego słowa, zalewa mnie fala wściekłości. – Zawsze byłaś dziwką.
Dahlia cofa się przed nim i kuli w sobie w reakcji na ostatnie zdanie. Tyle wystarczy, żebym kompletnie stracił nad sobą panowanie. Zanim dociera do mnie w pełni, co właściwie robię, już jestem po drugiej stronie pomieszczenia i przyciskam dupka do ściany, wbijając mu łokieć w gardło. Gnojek jest, a i to przy dobrych wiatrach, ze dwa razy mniejszy ode mnie, a nienawistne spojrzenie, które mi rzuca, jasno mówi, że ma tego świadomość. Jego skóra czerwienieje, gdy odcinam mu dopływ tlenu. Przekrwione oczy spoglądają to na mnie, to na kobietę za moimi plecami.
– Nie patrz na nią. Patrz na mnie. – Wypełnia polecenie, a kiedy jego wzrok całkowicie skupia się na mojej twarzy, dodaję: – Poproszę cię teraz grzecznie, żebyś opuścił mój sklep. – Naciskam nieco mocniej, a on się dławi i desperacko próbuje nabrać powietrza. – Nigdy więcej nie będziesz o niej mówił w taki sposób. Nie chcę słyszeć imienia Dahlii z twoich ust. Jeśli nadal będziesz zawracał jej głowę, na pewno się o tym dowiem, a wtedy będę, kurwa, znacznie mniej uprzejmy. Rozumiemy się?
– Kim jesteś? – wydusza, walcząc o oddech.
Uśmiecham się.
– Jestem jej chłopakiem. A kim ty, kurwa, jesteś?
Słyszę, jak Dahlia wzdycha na te słowa, ale nie mam czasu, żeby się nad nimi zastanowić ani żeby sprawdzić jej reakcję. Nadal wpatruję się w faceta.
Jest starszy. Nie wygląda mi na jej byłego. Nie sądzę, by przebywała w mieście wystarczająco długo, żeby już tu takiego mieć. Im dłużej patrzę w jego brązowe oczy, tym bardziej dociera do mnie, że przypominają mi oczy Darby. Przyglądam się jego włosom – chociaż są poprzetykane siwizną, ich brudny blond odpowiada naturalnemu kolorowi kosmyków Dahlii.
Coś mi się wydaje, że przyciskam do ściany i trzymam za gardło ich ojca.
Spogląda na mnie, jakby nie zamierzał ulec, ale ja się nie wycofuję. Nawet nie drgnę. Nie pozwalam mu odetchnąć, dopóki w końcu nie odpowiada mi lekkim skinieniem głowy. Odsuwam się, pozwalając mu się odkleić od ściany. Poprawia spodnie i wygładza wymiętą koszulę.
– Mamy pewne kwestie do przedyskutowania, Dahlio – mamrocze, nie nawiązując kontaktu wzrokowego z żadnym z nas.
– Nie, nie mamy – odpowiada cicho i nieśmiało. Jest przerażona.
Ruszam groźnie w jego kierunku, a on wycofuje się tyłem do szklanych drzwi i sięga za plecy do klamki. Obaj zastygamy, kiedy Dahlia – tym razem głosem mocniejszym niż wcześniej – pyta:
– Dlaczego się tu na mnie zaczaiłeś?
Jej ojciec marszczy brwi, na usta wypływa mu paskudny, obleśny uśmiech.
– Wiedziałem, że ten bydlak ma sklep gdzieś w tym miasteczku. Uznałem, że rozejrzę się po okolicy i cię znajdę.
Śmieję się.
– Jeśli mówiąc „ten bydlak”, masz na myśli mojego brata, na twoim miejscu zastanowiłbym się dwa razy, zanim znowu, kurwa, otworzysz usta.
Wybałusza oczy, jego twarz oblewa się szkarłatem, nozdrza falują. Na chwilę przenosi wzrok na stojącą za mną kobietę.
– Wiesz, że musimy porozmawiać. Gdybyś odbierała ode mnie telefony, sytuacja nie eskalowałaby do tego stopnia. Wylatuję jutro po południu. Zadzwonię do ciebie później i sugeruję, żebyś tym razem podniosła słuchawkę. – Popycha drzwi. – Wolałbym nie wracać do tego pieprzonego miasta, ale odzyskam to, co jesteś mi winna. – Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na córkę, mamrocze do siebie pod nosem: – I pomyśleć, że chciałem być dla niej miły.
Dahlia nie odpowiada, a ja blokuję wejście do sklepu, patrząc, jak mężczyzna odchodzi. Nie odrywam od niego wzroku, dopóki nie pokonuje promenady i nie skręca w Main Street. Dopiero kiedy zupełnie znika mi z oczu, odwracam się do niej.
Adama dawno już nie ma. Napisał do mnie na samym początku awantury, a ja od razu zszedłem na dół. Domyśliłem się, że kobieta, która wpadła do sklepu, to siostra Darby, gdy tylko wspomniał, że ma tu pracować, ale nie miałem pojęcia, że okaże się nieznajomą z baru. Kazałem mu wyjść na zewnątrz i zamknąć drzwi, podczas gdy ja zajmę się tą sytuacją, by nie ryzykować, że któryś z naszych klientów stanie się jej mimowolnym świadkiem. Poza tym nie chciałem, aby Dahlia poczuła się jeszcze bardziej zażenowana, niż już na pewno jest.
Adam to beznadziejny plotkarz, więc odnotowuję w myślach, żeby potem z nim pogadać. Jeśli szepnie komuś choćby słowo na temat tego incydentu, straci pracę, zanim jeszcze zamknie jadaczkę.
Dahlia opiera się o ladę, drżąc na całym ciele. Wzrok wbija w podłogę, jakby się bała na mnie spojrzeć. Podchodzę do niej powoli i przykucam u jej stóp, żeby pozbierać rozrzucone po podłodze brownie. Odkładam kawałki do pojemnika, a potem wstaję i stawiam go obok niej.
– Jesteś siostrą Darby. – To nie pytanie.
W końcu unosi głowę, a ja nie widzę już nic poza błękitem jej oczu.
– Jesteś bratem Leo – mówi cicho. Potakuję. – Zajebiście…
Nie mogę powstrzymać wybuchu śmiechu.
Chyba jednak znalazłem jakąś łączącą nas nić.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Ostrzeżenie
Meritum publikacji
