Zaburzenia u dzieci i młodzieży. Co obciąża nasze dzieci i jak możemy im pomóc - Michael Schulte-Markwort - ebook + audiobook

Zaburzenia u dzieci i młodzieży. Co obciąża nasze dzieci i jak możemy im pomóc ebook

Schulte-Markwort Michael

4,0

Opis

Naszym dzieciom powodzi się lepiej niż jakiemukolwiek pokoleniu wcześniej, a mimo to ich troski są ogromne. W jaki sposób zmotywować Lenę, która boi się chodzić do szkoły? Jak dotrzeć do agresywnego chłopca, którego nic nie obchodzi? Co robić, kiedy dziecko nie może spać? Albo gdy brat uważa, że jego siostra jest wstrętna? I jak pomóc nastolatkowi, który już nie widzi sensu w swoim życiu?

Znany psychiatra dzieci i młodzieży, profesor Michael Schulte-Markwort, z empatią przedstawia perspektywę dzieci i zrozumiale wyjaśnia, jak kompetentnie i troskliwie towarzyszyć im w życiu. Zwraca się do rodziców, wychowawców, nauczycieli i wszystkich osób mających do czynienia zarówno z najmłodszymi, jak i nastolatkami. Porusza szeroko zakrojone tematy – od zagadnień związanych z korzystaniem z komputerów, przez terapie dzieci po lęk przed rozwodem rodziców, fobie, natręctwa i ataki wściekłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KINDERSORGEN by Michael Schulte-Markwort Copyright © 2017 Droemer Verlag. An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co. KG, München Copyright © 2019 for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o. Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Guzowska
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja: Justyna Jakubczyk
Korekta: Jolanta Chrostowska-Sufa
Projekt okładki i stron tytułowych: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcie na okładce: Copyright © by mariesacha (stock.adobe.com)
Zdjęcie autora: Copyright © by Nina Grützmacher
Skład graficzny: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-66473-19-5
Słupsk/Warszawa 2020
Wydawnictwo Dobra [email protected]lwww.literaturainspiruje.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Pippi i Ronji. I innych.

Wprowadzenie.Perspektywa dzieci

Próba tłumaczenia

Emil

Emil ma osiem lat. Niesamowicie się cieszy, kiedy rodzice zdradzają mu plan wspólnej wizyty w cyrku. Na plakacie wiszącym na ulicy widać lwy, słonie i śmiesznych klaunów. Emil wkłada najlepsze spodnie i ulubioną koszulę. W wielkim namiocie rzeczywiście wszystko jest bardzo ekscytujące. Pachnie trocinami i zwierzętami, z jednej strony stęchle i ostro, z drugiej tak zupełnie inaczej. W przerwie na arenie montowana jest ogromna klatka, żeby zaraz później mógł się odbyć wielki pokaz z lwami. Emil dostał gęsiej skórki, jeszcze gdy swoje sztuczki pokazywał żongler, a orkiestra zaczęła przygrywać do głównego występu. Lwy czekają już w zakratowanym przejściu na wypuszczenie na scenę. Emil jest zafascynowany. Jak to możliwe, żeby tak spokojnie przeprowadzić lwy z ich wagonu, który widział w przerwie, do tego przejścia, a potem na arenę? Chłopiec jak urzeczony obserwuje lwy w przyciemnionym korytarzu. Stoją spokojnie, czasem potrząsają swoimi wielkimi grzywami, a kiedy ziewają, widać przerażające zęby. Treser czuwa obok korytarza i od czasu do czasu macha na swoje zwierzęta krótkim kijkiem. Tata Emila siedzi za synkiem i co chwilę bierze w dłonie jego głowę, żeby przekierować spojrzenie chłopca na to, co dzieje się na arenie. Nie interesuje cię to, co jest przed tobą? Patrz przed siebie! Emil nie daje za wygraną. Fascynuje go to, co rozgrywa się za kulisami. Uparcie raz po raz wyrywa się z rąk ojca, który w końcu się poddaje, głośno wzdychając.

Chwilę później nadchodzi wreszcie kolej na klaunów. Zdaniem Emila są bardzo głośni i bezwzględni. Idą po prostu do pierwszego rzędu i wciągają dzieci na arenę. Jak dobrze, że Emil siedzi w trzecim rzędzie. Niektóre żarty są naprawdę zabawne, więc Emil głośno się śmieje. Ale potem nagle zaczynają wybuchać petardy ukryte „w pupie” jednego z klaunów. Coś, co miało przypominać głośne puszczanie bąków i najwyraźniej bawi wielu małych i dużych widzów, jest dla Emila okropne. Chłopiec strasznie się boi i wyobraża sobie, jak to jest mieć „petardę w pupie”. Z płaczem wybiega na zewnątrz, a mamie ledwie udaje się go uspokoić. Chociaż – co cały czas podkreśla mama – wszystko było udawane, przerażenie Emila mija bardzo powoli. To wcale nie jest śmieszne! Co niby jest śmiesznego, kiedy petardy eksplodują komuś w tak wrażliwym miejscu? Ojciec Emila jest wkurzony. Przedstawienie ma trwać jeszcze pół godziny, a oni wszyscy stoją na zewnątrz i marzną. Najpierw chłopiec nie interesuje się tym, co się dzieje na arenie, a teraz jeszcze swoim nieuzasadnionym strachem psuje całej rodzinie wyjście do cyrku. Oczywiście żona patrzy teraz na niego karcąco, ale pan E. jest zdania, że Emil znowu traktowany jest zdecydowanie zbyt łagodnie. Choć tak naprawdę i jego żona kucająca obok syna potrząsa głową i właściwie nie rozumie, o co chłopcu chodzi.

Moim zdaniem Emil ma rację. Wiele żartów i dowcipów robionych jest kosztem innych. Ich źródłem są częściej agresywne impulsy niż chęć wywołania wspólnej radości czy wesołości. Emil jest dzieckiem, które ze szczególnie twórczą mądrością zainteresowało się sprawami toczącymi się za kulisami. Nic dziwnego, że ta umiejętność idzie w parze z ponadprzeciętną wrażliwością. I dlatego jego przerażenie i obrzydzenie agresywnymi żartami są jak najbardziej na miejscu i powinny nakłonić rodziców do zgłoszenia cyrkowi niezadowolenia z elementów wieczornego przedstawienia, które rodzą lęk. Nawet jeśli jeden z rodziców odczuje taką potrzebę, nic z nią nie zrobi. Tak wynika z moich doświadczeń. Dzisiejsi rodzice bardzo się starają, żeby nie wyglądać na przewrażliwionych, przeczulonych, helikopterowych. Emil natomiast poczuje, że jest zbyt wrażliwy.

Poważne potraktowanie obaw i przerażenia Emila oznaczałoby zajęcie się sprawami z jego perspektywy i przyznanie, że nie tylko ma on prawo do własnego spojrzenia, lecz także że jego ocena agresywnych klaunów jest zasadna. A jednak we wszystkich podejmowanych przez jego mamę próbach pocieszenia chłopca właśnie to nie następuje. Emil zasługuje na odważnego tatę, który stanąłby po jego stronie, zamiast opowiadać się za fałszywie rozumianą męskością. Emil nie jest nadwrażliwym chłopcem – jest dzieckiem, od którego możemy się nauczyć, jak bardzo przywykliśmy do otaczającej nas zewsząd agresji. W repertuarze naszych zachowań rodzicielskich zbyt rzadko pojawia się gotowość, by naprawdę – a nie na poziomie słów nieznajdujących pokrycia – uczyć się od naszych dzieci. W każdym razie dla Emila z tej wizyty w cyrku popłynęła lekcja, że jest nadwrażliwym chłopcem. Jeśli nie zniszczy w sobie tej wrażliwej strony i uda mu się pozostać sobą, być może w przyszłości będzie dobrym psychiatrą dzieci i młodzieży.

Pogrzebane dzieciństwo

Ta książka jest o dzieciach. Zamiast opisywać dzieci czy informować o dzieciach, w pierwszej kolejności skupia się na ich perspektywie. To spojrzenie bardzo często nam dziś umyka. Umyka, ponieważ dorośli zapominają o dziecięcej perspektywie, którą przecież wszyscy kiedyś mieliśmy. Dziecięca perspektywa jest czasami zakopana tak głęboko, że brakuje jakichkolwiek wspomnień. To zapominanie jest naturalnym procesem. Dorośli często mają też dobre powody, by nie pamiętać o własnym dzieciństwie wcale lub mieć tylko częściowe wspomnienia z tego okresu. Poza tym bardzo ludzkie jest zjawisko utraty zdolności rozumienia subiektywnych zapatrywań innych, gdy bardziej pochłaniają nas aktualne zagadnienia dotyczące nas samych. I odnosi się to również do naszej relacji z dziećmi. Jako psychiatrę dzieci i młodzieży czasami naprawdę zadziwia mnie, jak bardzo niektórzy rodzice sprawiają wrażenie, jakby sami nigdy nie byli dziećmi. Niezwykłe wydaje mi się również to, że niektórzy rodzice nie przejawiają potrzeby przypominania sobie swojego dzieciństwa. Wyobrażam sobie wtedy, że tym dorosłym brakuje ważnej części ich własnego Ja. Nie powinno więc dziwić, że tacy rodzice nie mają pojęcia, co dzieje się w głowie ich dziecka albo jak wygląda świat z jego perspektywy.

Kwestia przekładu

Książka, którą trzymasz w ręku, jest dla dorosłych, ale też dla dzieci i młodzieży, którzy interesują się sobą. Moim celem było opisanie subiektywnego spojrzenia naszych dzieci. A wszystko po to, by dzięki tej publikacji rodzice, dziadkowie i wszyscy ci, którzy mają do czynienia z dziećmi zawodowo – jak za sprawą przekładu przez tłumacza – zrozumieli zjawiska zachodzące w dziecięcej psychice. Jeżeli mój przekład okaże się udany, będziesz w stanie zrozumieć, co się dzieje we wnętrzu dziecka, jakie nękają je troski. Wtedy dzieci będą się czuły zrozumiane – a przed rodzicami otworzy się nowe spojrzenie na własną pociechę.

Znam to z praktyki. Tam często muszę wchodzić w rolę tłumacza. I takie tłumaczenie często wystarcza, by wszystkie strony poczuły ogromną ulgę. Coś, co wcześniej było niezrozumiałe i wyglądało na sytuację bez wyjścia, dzięki mojemu przekładowi daje się zobaczyć w nowym świetle, z innej strony, i staje się rozwiązywalne. W tym sensie można tę książkę potraktować jako przekład zagłębiający się w dziecięce troski, objawy i zaburzenia.

Jednym z najintensywniejszych doświadczeń w mojej codziennej pracy, często pojawiającym się już podczas pierwszych rozmów z dziećmi i młodzieżą, jest to, że za sprawą zadawanych przeze mnie pytań u rodziców pojawia się nowy sposób rozumienia ich dzieci. W tej książce chcę przekazać to doświadczenie, ponieważ jest dla mnie rzeczą bardzo poruszającą, kiedy wyłącznie za sprawą mojego pośrednictwa w rodzinach udaje się uruchomić proces zmiany.

Dzięki tej książce chcę uruchomić proces przebudzenia – umożliwiając inne spojrzenie na nasze dzieci. Nie za sprawą nowej normy, nowej soczewki, ale wyłącznie dzięki skupieniu się na tym, co dzieci mają nam do powiedzenia. Wtedy konkretne rady nie są już tak istotne, chociaż od czasu do czasu opisuję tu na podstawie mojej praktyki, jaka specyficzna wskazówka okazała się pomocna. Ostatecznie moje rady są częścią drogi, którą dane dziecko ze mną przebyło.

Beztroskie dzieciństwo

Jak wpadłem na pomysł, że w dziecięcej psychice skrywają się troski, które powinny ujrzeć światło dzienne? Wielu dorosłych uważa, że troski i dzieciństwo nie idą w parze. Dzieciństwo – takie jest najwyraźniej powszechne przekonanie – jest tym okresem życia, przez który idzie się radośnie, beztrosko, bez obciążeń i nie przeczuwając niczego złego. Jest czasem zabawy, uciechy z otaczającego świata, życia chwilą, bieżącym dniem. Troski są domeną dorosłych, którzy usilnie starają się trzymać wszelkie trudne myśli z dala od milusińskich. Chętnie patrzymy na radosne dzieci, cieszymy się ich beztroską i mamy nadzieję, że utrzyma się ona możliwie długo.

Przywykliśmy też, że to my, dorośli, przykładamy do dzieci nasze normy i konwencje niczym miarę. Ale co jest normalne? O tym, czy dziecko rozwija się prawidłowo, czy też należy wdrożyć działania korekcyjne, decydujemy my, dorośli. Ktoś, kto ma wgląd w dziecięcą psychikę, kto ją dostrzega, ujawnia automatyczną skłonność do mierzenia trosk. Te miary oraz sposób, w jaki je oceniamy, zmieniają się. Ja także rozwijałem swoje rozumienie w ciągu niespełna 30 lat pracy jako lekarz specjalizujący się w psychiatrii dzieci i młodzieży. Będąc młodym lekarzem stażystą, sądziłem, że zawsze wiem, co jest dobre dla dzieci i ich rodzin. Później, jako doświadczony lekarz i psychoterapeuta, zrozumiałem, że często wystarczy zadbać o to, by wszystkie zaangażowane strony zyskały spojrzenie „od środka” i by sobie taką perspektywę uświadomiły. Nierzadko pozytywnie zaskoczony stwierdzam wtedy, że samo ukazanie tej perspektywy może już zainicjować zmiany.

Przeszedłem więc drogę od normy i konwencji do obserwacji subiektywizmu i stresu psychologicznego. Dawniej z powodu niepewności i niewiedzy chętnie sięgałem po wystandaryzowane metody diagnostyczne (za pomocą kwestionariuszy) i byłem skazany na możliwie jasne miary i konwencje, które z zewnątrz przykładałem do dziecka i jego rodziny. Dzisiaj już wiem, że skuteczna pomoc możliwa jest jedynie dzięki pogłębionemu zrozumieniu spojrzenia moich pacjentów. I stosownie do tego będę postępował w tej książce, opisując, jak takie pogłębione zrozumienie wygląda, jak można je osiągnąć i co daje się dzięki niemu uzyskać.

Przypadek Pippi Langstrumpf

Podziwiamy Pippi Langstrumpf, ikonę dziecięcej beztroski i wolności, która mimo przeciwności losu wiedzie radosne życie, nie podporządkowuje się nikomu i obśmiewa każdy problem. Wesołość tej piegowatej rudej dziewczynki symbolizuje dzieciństwo pełne radości i samostanowienia. Pippi pokazuje światu dorosłych, że już nie możemy z każdym dzieckiem zrobić tego, na co mamy ochotę. Niezależne dziecko sprowadzające naszą pedagogikę ad absurdum i wymagające ze swojej strony od dorosłych maksymalnej empatii – i jednocześnie wciąż sprawiające, że ponosimy porażkę. Przyjemnie patrzeć, jak konsekwentnie Pippi wodzi dorosłych za nos. Któż z nas jako dziecko choć raz nie chciał być taki jak ona? Kto nie chciał być tak silny i nietykalny, żeby raz a dobrze pokazać tym wszystkim dorosłym? Czy to nie dziwne, że Pippi Langstrumpf mimo zachowań, które w prawdziwym życiu sprowadziłyby na nią sankcje i wykluczenie, jest w tym świecie idealizowana?

Druga strona Pippi, głębia jej psychiki, nie znajduje wyrazu. Pippi i troski? Mimo pojawiających się czasem zmartwionych pytań Anniki i Thomasa sama taka możliwość jest przez Pippi za pomocą nadludzkiej siły fizycznej i przebojowości wciąż na nowo tłumiona, wypierana i maskowana.

Zakładam, że Pippi podczas pierwszej rozmowy ze mną w początkowo intensywnej fazie upierałaby się przy swoim bagatelizowaniu i obśmiewaniu. Później jednak, jeśli udałoby mi się nawiązać z nią relację, być może posmutniałaby z powodu swojej samotności, zagubienia i zaprzeczającej postawy. W psychoterapii z Pippi stałoby się oczywiste, jak z konieczności – a nie w rezultacie wolnego wyboru – stała się silniejsza i doroślejsza, niż wynikałoby to z jej rozwoju i niż jest to dla niej dobre, i jak bardzo każdego dnia ją to wszystko przerasta, za cenę wykluczenia ze szkoły i społeczności. W ramach leczenia stacjonarnego powoli uczyłaby się mierzyć ze swoją bezkresną żałobą i brakiem rodziców. Ostrożnie pod opieką profesjonalisty nawiązywałaby kontakty z innymi dziećmi i w szpitalnej szkole uczyłaby się, jak inaczej niż poprzez nieustanne odrzucanie wszystkiego może pokazać, jaka jest mądra. Intensywnie staralibyśmy się, by Pippi nigdy nie musiała poczuć, że ma deficyty – podczas wspólnych sesji terapeutycznych próbowalibyśmy pokazać jej, że powinna po prostu swoją niesamowitą siłę wykorzystywać w inny sposób. Nie byłaby wtedy taka wykluczana i samotna. Pokazalibyśmy jej, jak bez wstydu i utraty twarzy może doświadczyć, że rezygnacja z postawy odrzucającej wszystkich i wszystko dookoła może prowadzić ją ku dobrej przyszłości – na przykład w placówce terapeutycznej, gdzie byłaby też stajnia. Ale wtedy mit Pippi Langstrumpf zostałby definitywnie odczarowany, a my, rodzice, musielibyśmy wymyślić nową zabawną historię.

W mojej książce SuperKids zrelatywizowałem dominujący ideał dzieciństwa z Bullerbyn, a kiedy kwestionuję tu kolejne piękne i romantyczne spojrzenie na świat proponowane nam przez Astrid Lindgren, wychodzę z założenia, że nie przerwiesz lektury i zdasz się na motywację, która mną kierowała, gdy pisałem tę książkę: wciąż uważam, że możemy lepiej rozumieć dzieci i nie upiększać ich w romantycznym duchu ani nie ignorować poważnych konfliktów lub wewnętrznych okoliczności życiowych. Gdyby Pippi Langstrumpf żyła dzisiaj, życzyłbym sobie, by znalazł się dorosły, który odważyłby się ją do mnie przyprowadzić. Spotkałem już wiele takich „Pippi”, a wiele „Ronji” codziennie na nowo rzuca wyzwanie wszystkim pracownikom kliniki i mnie, aż uda nam się w troskliwej relacji terapeutycznej uczynić je zdolnymi do życia, w tym pozytywnym znaczeniu.

Dziecięce troski bez końca?

Dziecięce troski – może zadajesz sobie pytanie, czy jest ich aż tyle, żeby uzasadnione było poświęcanie im całej książki. Dzieciństwo to etap życia, w którym troski pojawiają się rzadko – z takiego założenia wychodzi w każdym razie wielu dorosłych. Wraz z biegiem życia trochę narastają, ale i w wieku młodzieńczym nie można ich porównywać z „poważnymi troskami” dopadającymi nas, dorosłych. W każdym razie słyszę takie komentarze od rodziców. Jakże często dziecięce pytania i „małe” troski wyzwalają naszą wesołość, uśmiechamy się i cieszymy na widok powagi, z którą „maluchy” próbują nam dorównać. Prawdziwe troski, o czym przekonanych jest wielu dorosłych, wyglądają jednak zupełnie inaczej.

Po wielu latach pracy jako psychiatra dzieci i młodzieży jestem już przeczulony na punkcie takiej relatywizacji dziecięcych doświadczeń. Ból jest również wśród dorosłych zjawiskiem subiektywnym i nieporównywalnym. Kto daje nam prawo wyrokowania, że dziecięcy ból, dziecięca troska jest „mniejsza”, mniej ważna i można ją zbagatelizować? Czy to własne wspomnienia – w porównaniu z naszym dzisiejszym dorosłym życiem – „beztroskiego” dzieciństwa uprawniają nas do tego, by mniej poważnie podchodzić do dzieci i ich zmartwień? Skąd wiemy, że z dziecięcej perspektywy sprawy wyglądają tak samo jak z naszej? Jak widzą to dzieci?

Tak naprawdę nie istnieją powody, by sądzić, że dziecięce troski mają mniejszy ciężar gatunkowy. W tej książce chcę wiele tych domniemanych „drobnych” zmartwień dokładniej objaśnić, pozwolić dzieciom, by o nich opowiedziały – i wtedy, mam nadzieję, stanie się jasne, jak bardzo poważnie należy wiele z nich potraktować. Jako czytelnik sam na końcu zdecydujesz, ile przesady znajduje się w opisanych dziecięcych troskach!

Często spotykam się z zarzutem przesadnego podejścia do problemów „małych ludzi”, słyszę, że je wyolbrzymiam i dramatyzuję. Jakże często pojawia się pytanie, czy niektóre dzisiejsze dziecięce problemy nie wynikają wyłącznie z tego, że zbyt intensywnie się nimi zajmujemy, że wmawiamy dzieciom i sobie istnienie trudności, zamiast je tak jak wcześniej zignorować. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wmawiał dzieciom problemy. Nawet jeśli rodzice – szczególnie ojcowie – początkowo byli sceptyczni, z reguły po zakończonej diagnostyce czy terapii rozstawaliśmy się w jednomyślności.

Dokładniejsze przyjrzenie się własnym dzieciom może przed nami otworzyć nowe perspektywy, które nie wpisują się automatycznie w założenie o istnieniu wyłącznie szczęśliwego dzieciństwa. Rozumiem to, wszyscy chcemy, by nasze dzieci czuły się jak najlepiej, były zadowolone i rosły zdrowo, dając sobie czas na zbliżenie się do problemów tego świata. Ale czy dzięki temu są też automatycznie radosne?

Radosne dzieciństwo – mit czy rzeczywistość

Na podstawie wspomnień o własnym dzieciństwie chętnie wnioskujemy, że troski z wiekiem przybierały na sile. Dzieciństwo było zasadniczo bardziej sielskie – bez porównania ze zmartwieniami, które spędzają dziś sen z powiek nam, dorosłym. Jakże często w rozmowach ze mną rodzice podkreślają, że ich dzieci „poza tym” (czyli abstrahując od powodu wizyty w moim gabinecie) są bardzo, bardzo radosne.

Ta sugestia wypowiadana z naciskiem sprawia, że pojawia się we mnie znak zapytania. Zbyt często obserwowałem, że za takie postrzeganie odpowiada życzenie rodziców, by dzieci były szczęśliwe, a nie to, czy rzeczywiste są radosne.

A tak w ogóle to nikt – również dzieci – nie może być zawsze szczęśliwy! Wszyscy znamy takich ludzi, którzy sobie i światu muszą nieustannie udowadniać, że są weseli. Jakie to jest męczące!

Co w takim razie się liczy? Chodzi mi o to, że o wiele ważniejsze od bycia radosnym jest bycie zadowolonym z życia. A satysfakcja z życia nie idzie automatycznie w parze z wesołością. Każdy człowiek – każde dziecko – może być niezwykle zadowolony z siebie i świata, a jednocześnie bawić się i rozkoszować w ciszy.

Po niespełna 30 latach pracy jako psychiatra dzieci i młodzieży dostrzegłem, że założenie o beztroskim dziecięcym życiu jest projekcją rodzicielskiego życzenia. Rzutujemy naszą tęsknotę za beztroską i wolnością od problemów na nasze dzieci, ponieważ tak trudno znieść, że całemu naszemu życiu – raz bardziej, a raz mniej – towarzyszą zmartwienia. Przynajmniej dzieci powinny dorastać pozbawione zmartwień. Przy tym narażamy się na ryzyko niedostrzegania znaczenia dziecięcych trosk i ich bagatelizowania.

Czyste dzieciństwo

Celem tej książki jest sprostowanie mitu o beztroskim dzieciństwie, bez dramatyzowania i bez obrzydzania tego etapu życia. Różowy lukier, którym tak chętnie oblewamy dzieciństwo, przesłania nam psychikę naszych pociech.

Żeby to zmienić, najpierw przyjmuję perspektywę dzieci, pozwalam im opowiadać. Przywykliśmy do czegoś innego. To nie perspektywa dzieci jest w centrum, ale nasze spojrzenie na dzieciaki. Patrzymy na nie, obserwujemy, postrzegamy, i w zależności od dziecka, naszej osobowości i sytuacji powstaje z tego troskliwe, życzliwe spojrzenie – albo otwiera się perspektywa budząca obawy, a nawet alarmująca. W tym wszystkim gubimy to, jak samo dziecko patrzy na siebie, rodzinę, przyjaciół, szkołę – na nas i na świat.

Moim zdaniem najwyższy czas, by ta perspektywa znalazła się w centrum zainteresowania. Jak wygląda świat oczami dzieci? Jak my jawimy się z takiego punktu widzenia? Co się zmienia wraz ze zmianą perspektywy? Co możemy zrozumieć? Jakie troski nagle pojawiają się w polu widzenia? Czy zmienia się przez to też nasza postawa, nasze wsparcie i opieka nad dziećmi? Jaka pomoc jest możliwa przy dużych troskach – i czy musimy w ogóle pomagać, czy wystarczy, że okażemy wsparcie?

A zatem opisując w tej książce dziecięce troski, obejmuję tylko pewną część tego, co składa się na całościową relację z dzieckiem. Z samego rozumienia automatycznie nie wynikają wskazówki dla działań, ale niewykluczone, że zmieni ono twoje nastawienie do dziecka czy nastolatka. W mojej codziennej pracy zmiana postawy wynikająca z pogłębionego zrozumienia jest często ważniejsza niż konkretna porada odnośnie do zachowań. Rodzice są czasem rozczarowani, wszak chcą się ode mnie przede wszystkim dowiedzieć, co mają teraz zrobić, żeby ich dziecko się zmieniło albo by pozbyło się zmartwień. Ja jednak wychodzę z założenia, że lepsze zrozumienie automatycznie prowadzi do nowej postawy, zmienionego nastawienia. Również w naszych zespołach terapeutycznych wiele czasu poświęcamy na nieustanną refleksję i analizę naszych postaw wobec dziecka, ponieważ wiemy, jak skuteczna dla relacji jest zmieniona postawa, która często działa cuda, także wtedy, kiedy wprost na ten temat z dzieckiem w ogóle nie rozmawiamy. Wtedy nowe nastawienie wobec dziecka się opłaca.

Proszę, nie oczekuj wyłącznie konkretnych porad – jeśli po lekturze tej książki wykształcisz życzliwe spojrzenie na dziecięcą psychikę i zrozumienie szerokiego zakresu normy, to nie tylko udało mi się zmniejszyć twoje troski, lecz także z pewnością zmartwienia dzieci pozostających pod twoją opieką.

Trochę prywaty

Piszę tę książkę również dlatego, że nie motywuje mnie wyłącznie moja działalność jako psychiatry dzieci i młodzieży, ale też moje wspomnienie z dzieciństwa: już jako dziecko często napędzała mnie i fascynowała fantazja, co by się stało, gdybym mógł przenieść się za oczy mojego rozmówcy, jako małe stworzonko stanąć za gałkami ocznymi innego człowieka, żeby stamtąd, jak teleskopem, móc oglądać świat. Ta głęboka tęsknota za zmianą perspektywy i fascynacja tematem postrzegania przez siebie i przez innych towarzyszą mi całe życie. Pragnienie, by zostać psychiatrą dzieci i młodzieży, narodziło się między innymi z tej dziecięcej fantazji. Do dziś do najbardziej radosnych przeżyć w mojej pracy należą sytuacje, w których odnoszę wrażenie, że mój rozmówca rzeczywiście czuje się przeze mnie zrozumiany, że rzeczywiście udaje mi się ustanowić coś takiego jak zgodność oceny psychicznych zależności. Głęboką relację, która powstaje w takich momentach, trudno jest z czymkolwiek porównać i zastąpić czymkolwiek materialnym. Wdzięczność dzieci i nastolatków – które mogą się w relacji ze mną zobaczyć jak w lustrze – jest codzienną zapłatą za moją pracę. To jest czasem męczące, ponieważ daje się osiągnąć wyłącznie dzięki pełnemu zaangażowaniu własnej psychiki. Nagroda jest ogromna, zaangażowanie spotyka się z tak intensywną emocjonalną odpowiedzią i odwzajemnieniem, że odczucie zmęczenia niezmiennie i zadziwiająco szybko znika.

Dziecięce problemy – problemowe dzieci

Mali pacjenci, którzy do mnie trafiają, to dzieci, które mają problemy. Przeważnie nie są to dzieci problemowe, czyli takie, które od chwili pojawienia się na świecie są dla swoich rodziców źródłem poważnych trosk i zmartwień. Dziecięce troski są czymś innym. Bardzo zależy mi na tym, żeby przerwać to automatyczne połączenie dziecięcych problemów z problemowymi dziećmi. Nie dlatego, że chcę bagatelizować rozmiar trosk, ale dlatego, że same troski zazwyczaj nie uzasadniają tego, by uznać dzieci za dzieci problemowe. Najczęściej każde dziecko z dziecięcymi zmartwieniami dysponuje wystarczającymi innymi zasobami i jest w stanie sobie w życiu właściwie radzić. Mimo to jego troski nie powinny być ignorowane.

Dziecięce troski są z perspektywy psychiatrii dzieci i młodzieży często powiązane z objawami i zaburzeniami. Strach Emila, o którym pisałem na początku tego wprowadzenia, prawdopodobnie nie zamienił się w stan wymagający leczenia. Być może chłopiec przez dłuższy czas nie będzie miał chęci odwiedzać cyrku, późnej też będzie gotów na taką wizytę jedynie przy wyszukanym programie. Mimo to trzeba zrozumieć, że coś, co przy bliższym spojrzeniu zasługiwało na obronę przez oboje rodziców, zostało, przynajmniej przez ojca, zinterpretowane jako wrażliwość, a nawet nadwrażliwość. Doświadczenie Emila jest przykładem na to, jak szybko perspektywa dziecka i jego przeżycia uznawane są za przesadne i skazywane na niebyt.

W kolejnych rozdziałach kieruję się nie tylko tematami, które tak często zajmują nasze dzieci, lecz także powszechnymi objawami i diagnozami, za pomocą których rodzice przedstawiają mi swoje młodsze i starsze pociechy. Mimo to nie jest to kierowany do rodziców podręcznik z zakresu psychiatrii dzieci i młodzieży, ponieważ ograniczam się do perspektywy dziecka oraz jej zrozumienia i interpretacji.

Konsekwencje z tego wynikające mają swoje źródła tylko w naszym zagłębieniu się w dziecięcą perspektywę. Nigdy nie można w sposób uogólniony przewidzieć, jak będą wyglądały. Zależy mi, żeby świadomie pozostawić to tobie, drogi czytelniku, ponieważ to, co możemy określić jako zmiana postawy czy zmiana zachowania, może powstać wyłącznie w wewnętrznym dialogu między tym, kto zawierzy dziecięcej perspektywie, i rzeczywistym lub fikcyjnym dzieckiem.

Oczekujesz konkretnej porady? Oto ona: zmiana postawy i zachowania ze strony rodziców jest olbrzymim krokiem w każdej diagnostyce i terapii dziecięcych trosk. A osobiste zmierzenie się rodziców z ich własnym spojrzeniem na swoje dziecko i dostrzeżenie jego zmartwień są pierwszymi i najważniejszymi krokami na drodze do zmiany!

Jeśli niektóre przypadki będą ci się wydawały „banalne”, ponieważ nie opisuję żadnych dramatów, wiedz, że i te historie są dla mnie ważne, ponieważ i w „drobiazgach” mogą znajdować się cenne wskazówki – tak jak u Emila: można odebrać opis jego wizyty w cyrku jako coś błahego, coś, co każdego dnia przytrafia się dzieciakom. Ale można również, jeśli odważymy się spojrzeć przez szkło powiększające, zrozumieć, że dziecko w Emilu nie jest właściwie postrzegane.

Struktura książki

W poszczególnych rozdziałach przytaczam przynajmniej jeden przypadek, który obok diagnostyki zawiera również strategię terapii lub zalecenia. Perspektywa rodziców pojawia się wyłącznie wtedy, kiedy jest w mojej ocenie niezbędna dla zrozumienia dziecka.

W każdym rozdziale przyświeca mi pomysł, by na plan pierwszy wysunąć subiektywne spojrzenie dziecka, a następnie przyporządkować temat fachowym czy ogólnospołecznym aspektom. Tam, gdzie wydaje mi się to pomocne, przedstawiam zarys przebiegu terapii.

„Dziecięce troski” kończą się rozdziałem poświęconym aktualnemu opisowi stanu dziecięcej psychiki w szerszym kontekście. Jest to próba nakreślenia – na podstawie wszystkich pojedynczych opisów przypadków – czegoś w rodzaju mapy umożliwiającej nam, dorosłym, wyjaśnienie i zrozumienie dzisiejszego dzieciństwa z perspektywy psychiatrii dzieci i młodzieży.

Wszystkie opisane historie są anonimizowane, by nikt nie mógł się w nich rozpoznać. Dziękuję wszystkim dzieciom, nastolatkom i ich rodzinom za zgodę, bym na podstawie spotkań z nimi mógł przygotować tę książkę, ułatwiającą rozumienie naszych dzieci.

Zobaczysz, że rozumienie czy zrozumienie dzieci nie oznacza ani ograniczenia zainteresowania nimi, ani zainteresowania przesadnego.

Coś takiego jak przesadne zrozumienie nie istnieje, tak samo jak nie można okazać zbyt dużo miłości.

Rozdział 1.„Kiedy się wścieknę, czuję się lepiej”

Agresja

Ahmad

„Ponoszę winę za to, że zostawiłem moich rodziców i że mój brat musiał umrzeć. Gdybym w szkole koranicznej nic nie powiedział, żylibyśmy jeszcze z naszą rodziną w Syrii. Tu, w Niemczech, wszyscy czegoś ode mnie chcą. Mam zrobić to i tamto, mam nie być taki agresywny. Jestem samotny. Kiedy się wścieknę i komuś stanie się krzywda, jest mi to obojętne, nie dbam też o to, czy i mi się coś stanie. Moje życie tak czy siak jest już bezwartościowe. Moja rodzina prawdopodobnie musiała zginąć, ponieważ byliśmy przeciwnikami Al-Kaidy. Codziennie wpadam w stany, które są niemal nie do wytrzymania. Wtedy wystarczy, że ktoś wejdzie mi w drogę i wybucham. Jakbym był pod napięciem, jestem niespokojny, moje mięśnie drżą. Kiedy się wścieknę, czuję się lepiej, ale wtedy mam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Aż do następnego wybuchu... Nikt nie może zobaczyć, jak naprawdę się czuję. Mężczyzna nie może być taki słaby jak ja teraz. Jestem stracony. Ale właściwie jestem wściekły i silny. Wtedy nikt nie może mi podskoczyć. Pokazuję całemu światu, jaka spotkała mnie niesprawiedliwość”.

Ahmad ma 17 lat. Jest nieletnim uchodźcą, który od trzech miesięcy mieszka w Niemczech, i należy do tej grupy uchodźców, którzy przybyli do Niemiec ze swojego kraju – w tym przypadku z Syrii – bez rodziców. Poznajemy go, ponieważ w placówce, w której przebywa, zwrócił na siebie uwagę szybko pojawiającymi się agresywnymi reakcjami, na przykład grożeniem innym, wywracaniem mebli. Ostatnio groził opiekunce, że ją uderzy. Z lekarką w naszej przychodni w ogóle nie rozmawia, nie odzywa się również do wezwanej ordynatorki. Koleżanki proszą mnie, bym do nich dołączył. Nie lubię takich sytuacji. Nie dlatego, że nie chcę pomóc albo że taka interwencja „ostatniej instancji” nie należy do moich obowiązków, ale dlatego, że Ahmad niejako zmusza mnie do obniżenia rangi moich współpracowniczek, kiedy się z nim zgodzę, że tylko mężczyzna jest w stanie tu zaradzić. Nie chcę, by moje koleżanki po fachu były deprecjonowane, jednocześnie jestem zobowiązany do objęcia Ahmada opieką lekarską. Chcę wiedzieć, jakie zmartwienia leżą u źródeł jego zachowań.

Na szczęście w kontakcie ze mną postawa Ahmada natychmiast się zmienia, chłopak staje się bardziej przystępny, chociaż jednocześnie oskarża i robi wyrzuty. „Źle traktujecie swoje kobiety, nie chronicie ich, wysyłacie je do pracy. To źle. Mężczyzna nie mówi w obecności kobiety o swoich problemach. Nie chcę mieć kłopotów, przecież nie jestem żadnym psycholem! Już wystarczy, że musi mi pomagać tłumaczka, żebyście mnie zrozumieli”.

Nie daję się wciągnąć w tę dyskusję i na początku chcę spróbować stworzyć przestrzeń, by Ahmad w ogóle opowiedział, o co chodzi i co się dzieje w jego głowie, żebym mógł się na tej podstawie zastanowić, jak całą sytuację załagodzić lub w jaki sposób możemy mu pomóc.

Ahmad mówi dalej: „Uciekałem przez rok. Wcześniej, jak zawsze, po południu poszedłem z młodszym bratem do szkoły koranicznej. Pewnego dnia byli tam nowi nauczyciele, których nie znaliśmy. Mówiono nam, że za każdego martwego niewiernego zostaniemy nagrodzeni przez Allaha. Zgłosiłem się i oświadczyłem, że wcześniej uczono nas czegoś innego. Nauczyciele spojrzeli na mnie gniewnie, a kiedy po południu opowiedziałem o tym ojcu, przekonał nas, że musimy natychmiast uciekać. Wtedy poszedłem z młodszym bratem do wujka w sąsiednim mieście, żeby pracować w jego piekarni. Po trzech tygodniach nagle w sąsiedztwie pojawili się bojownicy Al-Kaidy i o nas pytali. Wujek się nas wyparł. Kiedy pojawił się mój brat, zaczęli strzelać i go zabili. Ja się schowałem. Gdy sobie poszli, wujek kazał mi natychmiast uciekać, zanim wrócą. Dał mi pieniądze. Chciałem dostać się do Niemiec, bo tu mieszka mój inny wujek. Podczas ucieczki straciłem wszystkie pieniądze, bo ci, którzy mi pomagali uciekać, chcieli wszystko. Gdy już nic więcej nie miałem, to mnie zgwałcili. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie umiałem ochronić mojego brata. Musiał umrzeć, a ja nie mam prawa żyć. Ale nie umiem się zabić, jestem tchórzem. Nie wiem nic o losach mojej rodziny. Mój wujek mieszka w Monachium, a ja jestem teraz w Hamburgu. Nienawidzę wszystkiego. I kiedy opiekunka w placówce mi mówi, że nie mogę się tak głośno zachowywać, wybucham. Jest mi wszystko jedno. Czasami śni mi się, że policja do mnie strzela i mnie zabija. Wtedy byłby przynajmniej spokój. Już więcej nie pozwolę, żeby ktoś mi mówił, co mam robić. Każdego dnia zwodzą mnie, że moje dokumenty będą lada moment gotowe, ale to trwa w nieskończoność. I wszędzie gołe dziewczyny. Tak nie wolno. Jestem sam, nie mam przyjaciół. A kiedy staje za mną mężczyzna, muszę odejść, bo się boję, że mnie skrzywdzi”.

Ahmad jest drobnym ciemnowłosym młodym mężczyzną, wyglądającym na starszego niż jest w rzeczywistości. Może ma już 19 lat, ale odmłodził się z powodu ucieczki i przede wszystkim z powodu przybycia do Niemiec. Ja jestem siwym postawnym mężczyzną – trudno o większy kontrast między nami. Chłopakiem targają na przemian strach i potrzeba znalezienia oparcia. Z jednej strony tak bardzo tęskni za autorytetem ojca, który by go chronił i o niego dbał, z drugiej ja również odczuwam jego agresywną obronę. Pani D. (akurat ona! – myślę zawstydzony i sam za chwilę jestem za to na siebie zły), blondwłosa lekarka z naszej przychodni, obawia się Ahmada. On co chwilę patrzy na nią gniewnie. Tłumaczka zdaje się zastraszona. Dzięki mojej interwencji łagodzącej nieco sytuację udaje się trochę uspokoić Ahmada i nawiązać z nim kontakt. Wyraźnie widać, jak bardzo jest przyzwyczajony do przyjmowania zaleceń od mężczyzn przypominających ojca. Przemawiam do niego uspokajająco i staram się mu pokazać, że nie chodzi nam o poniżanie go czy karanie. Mówię mu, że rozumiem podwójny szok, jakiego doznał: z jednej strony jest wywołany traumą, psychicznymi urazami, z drugiej związany z obcą mu kulturą.

Skutki traumatyzacji są u Ahmada bezpośrednio wyczuwalne i zrozumiałe. Równocześnie chłopak swoją odrzucającą agresywną postawą wyzwala w nas strach i odwzajemnioną agresję. Oczywiście odczuwam pokusę, by go nie przyjmować, jeśli nie okaże gotowości do współpracy z moimi współpracowniczkami i tłumaczką. Wszyscy musimy teraz koniecznie wykonać pracę umysłową, by nie dać się sprowokować agresji Ahmada wysuwającej się na pierwszy plan i nie zareagować agresywnym odcięciem się od niego. Jeśli coś ma się w nim zmienić i jeśli ma zaakceptować propozycję terapii, niezbędny jest pewien poziom zaufania we wzajemnej relacji.

I tak w ambulatorium powstaje napięta sytuacja, w której wszystkim zaangażowanym brakuje wiedzy na temat tego, czy uda się ją załagodzić i opanować. Problemu nie da się rozwiązać szybko. Wszystko utrudnia fakt, że nie mogę Ahmada tak po prostu przyjąć na oddział dla ostrych przypadków, ponieważ wiem, że spotkanie młodego mężczyzny – jak Ahmad, który ma moim zdaniem ponad 18 lat – z przebywającą tam na terapii 16-letnią samookaleczającą się dziewczynką zagrożoną samobójstwem nie jest dobrym pomysłem. Moja chęć chronienia dziewczynki stoi w sprzeczności z etycznym nakazem, by podjąć się również terapii Ahmada. Jest bowiem oczywiste, że Ahmad pilnie potrzebuje terapii swojej traumy. Nie jesteśmy w stanie tak szybko zapewnić mu miejsca w oddziale, próbujemy więc tymczasowo wesprzeć go wizytami ambulatoryjnymi. Równocześnie chłopak nie poradzi sobie bez leku, który obniży napięcie i ma działanie antydepresyjne. Nie ma pewności, że będzie go regularnie przyjmował. W tym przypadku musimy oprzeć się na moim autorytecie. Dodatkowo będzie go odwiedzał jeden z naszych lekarzy odpowiedzialny za opiekę nad młodymi uchodźcami przebywającymi w placówkach. Lekarz pomaga też pracującym tam pracownikom socjalnym, by lepiej radzili sobie z Ahmadem i bardziej umiejętnie reagowali na jego agresywne zachowania.

Ostatecznie Ahmad zgadza się na moją propozycję i potwierdza wolę przyjmowania leku, wyraża również zgodę na ambulatoryjne leczenie traumy. Wyraźnie widać jego zadowolenie, że lekarz w naszym zespole jest mężczyzną.

W karcie Ahmada opisujemy jego objawy jako zespół stresu pourazowego z objawami depresji i agresją. Są one przykładem tego, jakie skutki dla psychiki młodego człowieka mają skrajne przeżycia, trauma. Jeżeli nie chcemy, by chłopak stał się żywą tykającą bombą dla siebie i innych lub chciał się nią stać, należy szybko podjąć skuteczną terapię. Gdy po zakończeniu rozmowy w trzyosobowym zespole patrzymy sobie w oczy, dostrzegamy w nich ostrożny optymizm. Ordynatorka i ja musimy szybko nadrobić czas, który poświęciliśmy Ahmadowi (inni pacjenci czekają). To także nie może wywołać w nas negatywnych uczuć wobec Ahmada. A wysiłek emocjonalny, który był niemały, jest częścią naszego zawodu.

Terapia traumy, która zapowiada się w przypadku Ahmada, może być prowadzona na podstawie istniejących procedur terapeutycznych, jak terapia behawioralna czy psychoterapia zorientowana psychodynamicznie. Konkretne działania w terapii zespołu stresu pourazowego są za każdym razem modyfikowane i dostosowywane, zasadniczo jednak obejmują trzy etapy: stabilizacji, przepracowania traumy i ostatecznie integracji. W zależności od objawów można pomocniczo włączyć farmakoterapię. Specjalnym postępowaniem jest EMDR (eye movement desensitization and reprocessing – terapia odwrażliwiania za pomocą ruchu gałek ocznych), w którym za pośrednictwem kierowanych przez terapeutę ruchów gałek ocznych stymulowana jest reorganizacja połączeń nerwowych w mózgu. Wszystkie metody powinny być stosowane wyłącznie przez właściwie wykształconych i doświadczonych psychoterapeutów z wykształceniem lekarskim lub psychologicznym.

Ben

Przykład Ahmada pokazuje, jak traumatyzacja prowadzi do nadmiernej agresji. Oczywiście agresywne zachowania pojawiają się również u młodszych dzieci, także niemieckich, a doznanie traumy w dosłownym znaczeniu tego słowa wcale nie jest konieczne. Przykładem na to może być Ben. O troskach kryjących się w psychice tego dziecka nie od razu się od niego dowiadujemy.

Ben ma 11 lat. Pediatra skierowała go do naszej kliniki, ponieważ nie można sobie z nim poradzić ani w domu, ani w szkole. Szkoła ostatnio odmówiła dalszego kształcenia chłopca, który codziennie wikła się w bójki, bije i dręczy inne dzieci, a nawet wyzywa i napastuje nauczycieli. Jego matka jest zrozpaczona, ponieważ Ben również w domu nie respektuje zasad, nieustannie się z nią kłóci, a niedawno stał przed nią z nożem w ręku, który ostatecznie z wściekłością wbił w kuchenny stół.

Ben widzi to całkiem inaczej. Oto jak chłopiec opisuje swoją sytuację podczas rozmowy przy przyjęciu do szpitala: „Nie mam pojęcia, czego wszyscy ciągle ode mnie chcą. W szkole wciąż mnie denerwują, a kiedy się bronię, mam kłopoty. Moja mama też już nie staje po mojej stronie. Zostawcie mnie wszyscy w spokoju! A teraz muszę jeszcze iść do wariatkowa. Tu wszyscy są totalnie surowi. Całe moje życie jest wstrętne”.

Zaburzenia zachowania Bena nie da się zrozumieć bez dodatkowych informacji z wywiadu lekarskiego, z historii jego życia. Matka Bena miała 21 lat, kiedy zaszła w niechcianą ciążę ze swoim pierwszym chłopakiem. Zauważyła ciążę dopiero, kiedy było już za późno na jej przerwanie. Chłopak na tę nowinę natychmiast ją porzucił. Od tamtej pory pani B. samotnie wychowuje Bena. Gdy Ben był już na świecie, przerwała naukę zawodu sprzedawczyni. Od samego początku zajmowanie się dzieckiem ją przerastało, chociaż bardzo je kocha, co wciąż na nowo podkreśla. Nie mogła liczyć na pomoc dziadków, ponieważ jej rodzice nie chcieli mieć z tym „bękartem” nic wspólnego. Wraz z narastającym poczuciem, że jej młodość ginie bezpowrotnie, coraz częściej imprezowała, czemu towarzyszyła duża ilość alkoholu. Benem zajmowała się wtedy sąsiadka. Chłopiec często w nocy się budził i stał z płaczem przed drzwiami do mieszkania. W przedszkolu bardzo wcześnie zwrócił na siebie uwagę agresywnym zachowaniem. Urząd do spraw dzieci i młodzieży zorganizował asystentkę rodziny, która miała pomagać pani B. Szybko jednak okazało się, że niewłaściwe zachowania Bena nie słabły, ale wręcz się nasilały. Ambulatoryjna psychoterapia, na którą Ben został skierowany w wieku sześciu lat, została niestety po roku przerwana bez wdrożenia dalszych działań, ponieważ terapeutka nie widziała postępów. Wciąż dziwię się moim kolegom, którzy nie mają w sobie gotowości do wzięcia na siebie odpowiedzialności za całość systemów opieki społecznej i zdrowotnej odpowiadających za Bena. Zadowalają się etykietą „oporny na terapię”, bez żadnej troski o to, kto i jak dalej zajmie się takim chłopcem.

W szkole podstawowej od trzeciej klasy Ben miał nauczyciela wspomagającego, który mniej lub bardziej pomagał mu radzić sobie ze szkolną codziennością, ale i w tej placówce wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy poszedł do państwowej szkoły odpowiedzialnej za dalszy etap edukacji. Wtedy sprawy zaczęły toczyć się swoim torem. Zachowanie Ben stawało się coraz trudniejsze, aż w szóstej klasie w szkole uznano, że nie może kontynuować tam swojego kształcenia.

Również w naszym oddziale dziecięcym personel pielęgniarski i wychowawcy nieustannie doprowadzani byli do granic wytrzymałości, ponieważ Ben potrafił błyskawicznie wyjść ze skóry, najdrobniejsze reguły i wskazówki natychmiast traktował jak obelgi, a wtedy jego reakcje stawały się tak trudne do opanowania, że pojawiała się myśl, czy nie powinien jednak trafić na oddział zamknięty.

Podczas spotkania ze mną Ben jest w złym humorze. Ma właśnie za sobą przedpołudnie pełne konfliktów i spodziewa się, że będzie teraz karcony przez „szefa”. Napięcie chłopca jest ogromne, czuję, że cała sytuacja może błyskawicznie eskalować. Zdanie typu: „Co się z tobą działo dziś rano, Ben?” zostanie natychmiast przez chłopca zinterpretowane jako: „Dlaczego znowu nie dałeś rady zachowywać się jak należy? Za mało się starasz i jesteś okropnym chłopcem!”. A zatem najpierw przyjaźnie się przedstawiam i pytam go, czy mogę go poznać. W ten sposób sygnalizuję, że Ben sam może wyznaczać granice i nie musi się obawiać, że będę je przekraczał. Jest zaskoczony. Nie ma pretensji?

Krótki etap rozluźnienia pozwala chłopcu nieco się przede mną otworzyć. „Boję się, że stracę mamę. Oboje jesteśmy całkowicie pozostawieni sami sobie. Mój ojciec się zmył, nawet go nie znam. Nienawidzę go. Czasami nienawidzę całego świata. Zawsze to ja mam kłopoty, zawsze to ja mam brać na siebie całą winę. Ale to ja mam rację! Czasami mógłbym rozwalić cały świat. Wtedy wszystko rwę na kawałki. Wszystko mi jedno, czy mnie przy tym szlag nie trafi! Gdy będę duży, będę kulturystą i komandosem do szczególnie niebezpiecznych zadań. Wtedy będę najsilniejszy”. Kiedy na chwilę zapada cisza, czekam, ponieważ czuję, że za tą wrogą postawą kryje się zupełnie inny Ben. Chłopiec kontynuuje: „Wtedy pomogę mojej mamie, żeby nikt nie mógł jej skrzywdzić. Nie wpuszczę wtedy żadnych facetów do naszego mieszkania. Nikt mi nie podskoczy. Jeśli wyślą mnie teraz do poprawczaka, wszystko rozwalę. Tylko czasami, gdy nikt nie widzi, jestem smutny i zrozpaczony. Wtedy naciągam kołdrę na głowę i płaczę. Gdy pielęgniarka chciała mnie ostatnio pocieszyć, odesłałem ją do diabła. Kiedy jakaś pielęgniarka się do mnie życzliwie uśmiecha, mam ochotę jej przywalić”.

„Obaj wiemy, jak rozpaczliwa jest twoja sytuacja, Ben – odpowiadam – i obaj wiemy, że mama i ty na razie nie macie wspólnej przyszłości!” Ben patrzy na mnie wystraszony i wyraźnie czuję, że balansujemy na krawędzi. Albo poderwie się i wybiegnie, trzaskając drzwiami, albo... Ben zaczyna płakać.

Mówię tylko: „Wiem, jakie to jest teraz dla ciebie trudne”. Ben milknie ze łzami w oczach, a ja po chwili zmieniam temat, by chłopiec mógł wyjść z tej sytuacji bez poczucia wstydu. Rozmawiamy o piłce nożnej...

U Bena również nie obejdzie się bez przejściowej farmakoterapii, która wyeliminuje najsilniejsze napady agresji, i zapewne trzeba będzie również zadbać o to, by trafił do placówki z grupą terapeutyczną. Praca podczas psychoterapii będzie nastawiona na stworzenie przestrzeni na jego żałobę i na to, by pomóc mu w jakimś momencie pogodzić się ze swoim losem. Ben będzie na swój sposób codziennie testował pracowników oddziału, czy potrafią utrzymać równowagę między zrozumieniem a ograniczaniem. Będą dni dobre i złe – po obu stronach.

Dwa lata później Ben ponownie trafia do mojego gabinetu. Potrzebny był aż rok, by umiał się zachowywać w sposób mniej agresywny w grupie terapeutycznej w swoim miejscu pobytu. Zarówno wśród współmieszkańców grupy terapeutycznej, jak i w szkole zaczął sobie od tego czasu nieźle radzić. Z matką spotyka się raz w miesiącu, a pani B. również zrozumiała, że to, iż jej syn mieszka w placówce, jest warunkiem koniecznym jego prawidłowego rozwoju i tym samym tego, by relacja matka–syn była spokojniejsza.

Ale co konkretnie dolega Benowi? Na czym polega jego zaburzenie zachowań społecznych?

W klasyfikacji ICD-10 (International Classification of Diseases – Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 przygotowana przez WHO) opisywane jest jako kod F91, zaburzenie psychiczne charakteryzujące się „powtarzającymi się, utrwalonymi reakcjami cechującymi się dysocjalnością, agresywnością lub buntowniczością” (Dilling H., Mombour W. i Schmidt M.H.: Internationale Klassifikation psychischer Störungen. wydanie 8. Huber-Verlag, 2011). „W najskrajniejszych następstwach zachowania te mogą obejmować poważne naruszenia społecznych oczekiwań, właściwych z punktu widzenia określonego wieku rozwojowego”. Dysocjalne dzieci czy młodzież nie trzymają się zasad, dopuszczają się łamania prawa, biją lub dręczą innych ludzi lub zwierzęta, często nie potrafią być częścią grupy, podpalają, niszczą, są nadmiernie agresywne – żeby wymienić tylko najważniejsze kryteria diagnostyczne. Zaburzenie dotyka około 7% wszystkich dzieci. Ben nie jest więc odosobnionym przypadkiem.

Czego możemy nauczyć się od Ahmada i Bena

Ahmad i Ben – dwie bardzo różne historie, które łączy jedno: niebywała agresja i wściekłość. Podczas gdy u Ahmada to ewidentna trauma sprawia, że jest wściekły i zrozpaczony, u Bena to przeciążona matka z zaburzoną umiejętnością tworzenia więzi odpowiada za niewykształcenie bezpiecznego przywiązania. Ben sam mówi: „Pomagam mojej mamie, żeby nikt nie mógł jej skrzywdzić”. Ileż niepewności tkwi w tym zdaniu!

Na tym przykładzie wyraźnie widać, co daje przywiązanie. Zgodnie z teorią psychologii rozwojowej każdy ma wrodzoną potrzebę tworzenia bliskiej i intensywnej więzi z najbliższym mu człowiekiem. Jeżeli ta potrzeba nie jest właściwie realizowana przez matkę i/lub ojca, u dzieci pojawia się niepewny styl przywiązania, przez co nie są one w stanie budować relacji i ich utrzymywać. Ben najwyraźniej nie posiada tej umiejętności.

Ahmad, całkowicie zdrowy psychicznie i fizyczne, został tak głęboko zraniony, że mechanizmy obronne już nie wystarczają. Ben od początku dorastał w relacjach, które dawały mu odczuć, że nie jest wystarczająco kochany i zaopiekowany. Dzieci, które tego doświadczają, wychodzą z założenia, że to coś w nich sprawia, iż nie można ich kochać – i reagują na to wściekłością i rozpaczą.

Agresja w naszym życiu

Agresja – nieprzyjemny temat. Jak często w trakcie mojej zawodowej kariery życzyłem sobie, żebyśmy mogli funkcjonować bez agresji. I to nie tylko po stronie naszych pacjentów, lecz także po stronie nas, profesjonalistów. Nie lubię tego tematu, a jednak ma on kluczowe znaczenie dla mojej pracy, dla rozumienia dzieci i młodzieży, rozumienia otaczającego świata.

Ileż to apeli o pokój towarzyszy rozwojowi ludzkości, ile traktatów pokojowych nie zostało utrzymanych? Wszystko, co dotyczy dużej skali, nie jest w małej skali ani mniej znaczące, ani jego wpływ na życie nie jest mniejszy. Żaden człowiek, żadne dziecko, nie może funkcjonować bez agresji. Dla psychiatry dzieci i młodzieży codzienne zmaganie się z tym tematem ma zasadnicze znaczenie. Z jednej strony dlatego, że leczymy agresję i agresywne objawy, z drugiej dlatego, że także niektóre nasze działania mogą być rozumiane jako agresywne albo rzeczywiście są przemocowe w znaczeniu przekraczania granic, na przykład gdy poddajemy leczeniu dziecko wbrew jego woli albo wręcz – bardzo rzadko wprawdzie, ale jednak – musimy podać lek z użyciem siły lub przywiązać pacjenta do łóżka specjalnymi pasami.

Po wielu latach pracy przekonałem się, że zaprzeczanie agresji niesie ze sobą duże zagrożenie, że się ona nasili. Kto jest przekonany, że nie ma w nim żadnych agresywnych impulsów, ryzykuje, że znajdą one sobie własne ujście na zewnątrz albo do wewnątrz, w ciało, i w ukryty sposób staną się wyraźne i skuteczne. Dlatego także w odniesieniu do życia z dziećmi tak ważne jest zrozumienie, jak może rodzić się nadmierna agresja, w jakich objawach może się przejawiać i jak można sobie z nią radzić.

Dzieci często bardzo martwią się agresją, zarówno tą, która pojawia się u nich, jak i tą, której doświadczają u innych. Boją się, że także ich niewyrażone agresywne impulsy mogą prowadzić do łamania zasad i ostracyzmu. Dla ich zdrowia psychicznego jest bardzo ważne, żeby znalazły dobry sposób na radzenie sobie z nimi i – co jeszcze ważniejsze – by miały w swoim otoczeniu dorosłych, którzy swoim zachowaniem pokazują, jak radzić sobie z normalną oraz z nadmierną chorobliwą agresją. Dzieci potrzebują dorosłych, którzy pokażą im, jak można dać ujście agresywnym impulsom w sposób niepowodujący dużych szkód u innych. Muszą doświadczyć, jak rozwiązuje się konflikty, jak się kłócić i jak się siłować. Agresja jest obecna i odczuwana od początku naszego życia.

Od narodzin?

Agresja nie jest wrodzona. W odróżnieniu od wielu innych uczuć należących do naszego psychicznego repertuaru od samego początku agresywne impulsy powstają w trakcie rozwoju osobniczego, czyli na podstawie nadmiernego odrzucenia czy psychicznego zranienia. Wtedy agresja staje się mechanizmem przetrwania, zapewniającym, że dotknięty człowiek się nie załamuje, niezdolny do egzystencji. W życiu każdego dziecka pojawiają się ograniczenia, których nie da się uniknąć, zatem każdy człowiek staje się wściekły i agresywny, ale w normalnym zakresie, który jest do wytrzymania i zaakceptowania przez innych.

Jeśli znamy historię rozwoju Ahmada i Bena, możemy zrozumieć ich nadmierną agresję. Mimo to zrozumienie nie może przeradzać się w usprawiedliwienie ich zachowania. Ahmad i Ben mają prawo do bycia traktowanymi poważnie. Oznacza to, że traktuję poważnie ich rozpacz, ale nie odmawiam im prawa do wzięcia za nią odpowiedzialności. W obu przypadkach było to ewidentne podczas spotkania ze mną: próbuję w każdej sytuacji z nimi wycofać się na tyle, by Ahmad i Ben nie czuli się osaczeni, a w zamian mogło się u nich pojawić poczucie, że są rozumiani. Mimo to konfrontuję Bena z rzeczywistością nadchodzącego rozstania z matką.

W takich sytuacjach potrzebuję strategii terapeutycznych, które z jednej strony potwierdzają zrozumienie dla doznanej krzywdy, z drugiej umożliwią jasne i rzetelne wdrożenie zasad. Potrzebuję też strategii terapii behawioralnej, dzięki którym Ahmad i Ben mogą nauczyć się radzenia sobie z wewnętrznym ciśnieniem i skrajną łatwością, z jaką czują urazę, bez naruszania granic innych ludzi. To jest możliwe tylko w jeden sposób: niezbędna jest solidna baza, która musi najpierw powstać między terapeutą a pacjentem. Głównym założeniem jest tu emocjonalna elastyczność. Wtedy dopuszczalne są konfrontacje i ćwiczenia, będące koniecznym elementem terapii. Za pomocą odgrywania ról albo w prawdziwej grupie obaj mogą się nauczyć lepszego tolerowania frustracji. Doświadczą (być może po raz pierwszy), że mimo swoich trudniejszych cech nadal są wspierani i będą mogli na tej podstawie stawiać kolejne kroki, a więc się rozwijać.

Napisałem, że agresja jest częścią emocjonalnego inwentarza człowieka. I naprawdę każdy z nas jest na wszystkich etapach życia zmuszany do wyrażania własnej agresji wobec innych w sposób akceptowalny. Umiejętność panowania nad własną agresją i kontrolowania jej jest bardzo ważna zarówno dla pojedynczego człowieka, jak i dla całej społeczności. Ludzie codziennie stosują wiele postaci sublimacji (przekształcania agresywnych impulsów w postać społecznie akceptowaną). Rąbanie drewna zamiast zrobienia awantury sąsiadowi może tu posłużyć za przykład, podobnie jak uprawianie sportu jako pokojowa forma rywalizacji albo odreagowania. Nasza kultura dostarcza wielu możliwości i stwarza konieczne warunki pokojowego, demokratycznego współżycia, w którym dba się o prawa człowieka. Ludzkie życie i agresja są na całym świecie ściśle ze sobą powiązane.

Agresja na świecie

Żyjemy w czasach, w których na całym świecie prześladuje nas kolektywna agresja. Samotnym zamachowcom wywodzącym się z religijnych, pseudoreligijnych lub terrorystycznych (sub)kultur udaje się wywoływać u nas strach i przerażenie, a całe fundamentalistyczne czy terrorystyczne armie sprawiają, że świat wstrzymuje oddech. Wiele społeczeństw, także w Europie i na Zachodzie, się rozpada, dzieli na reakcjonistyczne, zorientowane na przeszłość i kolektywnie agresywne nurty po jednej stronie i grupy zainteresowane osiągnięciem pokojowego i tolerancyjnego oświeceniowego postępu po drugiej. Nie dziwi, że i dzieci martwią się rozwojem spraw na świecie. Albo cierpią: Ahmad jest przykładem na to, że te wyobrażenia nie są wcale takie odległe, że mógłby stać się szaleńcem albo jednak poddać się ideologii Al-Kaidy. Ben natomiast rzeczywiście mógłby zostać najemnikiem albo bramkarzem w jakiejś dyskotece, siejącym w dzielnicy postrach i zaprowadzającym tam swój porządek. To właśnie jest dla mnie w obu tych przypadkach bardzo istotne: agresywne impulsy, które stają się przestępstwami, nie rodzą się w potworach, w kierowanych zewnętrznie „obłąkanych” (to słowo powinno zniknąć z naszego słownika!), ale w ludziach, którzy musieli lub muszą dorastać z poważną traumą albo deficytem. Trauma Ahmada może zasadniczo przytrafić się każdemu z nas.

Zrozumieć i usprawiedliwić

Wciąż obowiązuje zasada: zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić, zrozumienie jednak jest podstawą terapii, a tym samym zmiany.

Dlatego ważne jest, żeby jako społeczeństwo, kolektyw, obok odpowiednich działań obronnych („zasad” i prawa), stosować i podtrzymywać strategie deeskalacji. Gdybyśmy Ahmada po prostu zamknęli ze strachu, że mógłby stać się rzeczywistym zagrożeniem (do czego w demokratycznym państwie prawa na szczęście nie ma podstaw), jego wściekłość by się zwielokrotniła. Jedynie połączenie pełnej zrozumienia terapii i konfrontacja z koniecznością, by się samemu kontrolować podczas przekraczania granic, może ostatecznie doprowadzić do tego, że Ahmad nauczy się żyć ze swoim bezgranicznym cierpieniem bez zadawania go innym. Społeczność terapeutyczna złożona z wykształconych wychowawców i pracowników socjalnych w połączeniu z psychoterapią stwarzają podstawy innego, korzystnego rozwoju dla Bena.

Wszyscy musimy mieć na uwadze, że agresywne zachowania w dzieciństwie bardzo szybko przechodzą w stan przewlekły, czyli przeradzają się w zachowanie, które później bardzo trudno modyfikować. Dlatego tak istotne jest, by nadmierną agresję szybko i skutecznie ukrócić. Często marzą mi się rodzice będący w stanie reagować na agresywne dziecko nie tylko wyrzutem i lękiem, lecz także połączeniem sił z innymi rodzicami, również rodzicami agresywnego dziecka, by wspólnie, najlepiej po omówieniu sprawy ze wszystkimi rodzicami, nauczycielami i innymi dziećmi, zasygnalizować: chcemy, żeby nadmierna agresja więcej się nie pojawiała, a przy tym nie ignorujemy tego, jakie cierpienie do niej doprowadziło.

Pracownicy naszych klinicznych oddziałów są do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Wiedzą, że każde przekroczenie granic, na które nie reaguje się łagodząco i/lub ograniczająco, może prowadzić do utrwalenia się spirali przemocy, z której w krótkim czasie nie będzie już wyjścia. Każde przekroczenie granic jest omawiane i w zależności od rozmiaru i układu natychmiast odbywają się rozmowy, w których przekaz jest jasny: pomoc jest możliwa i konieczna, ale niezbędne jest wzajemne wychodzenie sobie naprzeciw. Rodzice albo nauczyciele w takich sytuacjach zbyt często stają po jednej stronie i ograniczają się po prostu do żądania: „Zmień się, trzymaj się naszych zasad, dostosuj się!”. Albo po drugiej: „Wiem, że nic nie możesz na to poradzić”. Brakuje równowagi między zrozumieniem a ograniczeniem, między ustąpieniem a narzuceniem swojej woli. Codzienne ustalenie nowej równowagi dla każdego dziecka z osobna jest bardzo wyczerpujące. Zwłaszcza gdy mamy przed oczami liczbę dzieci w klasie. Albo to, że dziecko ma rodzeństwo, które należy dostrzec. Albo że rodzice muszą pracować – a właśnie to dziecko nie daje spokoju. Wszyscy powinniśmy zadać sobie pytanie: „Czy jestem gotów po raz tysięczny z empatią podejść do tego maratonu (osobiście nie znoszę biegania...!) terapii agresywnych objawów?”. Wtedy bowiem istnieje szansa, by te objawy zmienić.

W codziennym życiu również stykamy się z agresją i również tu powinniśmy jej zawsze i zdecydowanie przeciwdziałać. Pokazuje to przykład Emila z początku tej książki: dziecko właściwie postrzega niedopuszczalną lub przynajmniej balansującą na granicy agresję klaunów. Ale dorośli robią z ujawnienia przez dziecko jego sposobu postrzegania problem nadwrażliwego Emila, który swoją wrażliwością wytrąca całą rodzinę z równowagi. Właściwe byłoby pokazanie chłopcu, że jego sposób postrzegania jest uzasadniony. Zwłaszcza ojcowie obawiają się w takich sytuacjach, by nie wypaść na zbyt miękkich. W ogóle mężczyźni często mylą empatię ze słabością i ukrywają swoją agresję, karmiącą się niemal wyłącznie lękami, za męską twardością. Odważni ojcowie to ci, którzy pokazują swoim dzieciom, jak wygląda empatia, i którzy zdejmują przebranie kowboja najpóźniej po przekroczeniu progu domu.

Wciąż nie jest to codziennością, na razie nadal funkcjonują „stare” męskie role. Często się dziwię, jak przejawy agresji są, przykładowo w programach rozrywkowych, obśmiewane jako świetny żart (na czyjś koszt). Podobnie zastanawia mnie postawa sugerująca, że rozwiązywanie konfliktów przez chłopców na drodze rękoczynów jest dobre i normalne. Obrazek przedszkolanek z pełnym spokojem przyglądających się dwóm chłopcom, którzy szarpiąc się, szaleją na placu zabaw, wyznających zasadę, że „muszą się nauczyć samodzielnie rozwiązywać konflikty”, jest formą zaniedbywania – i czymś oburzającym.

Właściwe postępowanie z agresywnymi objawami

Agresja jako zjawisko nieodłącznie ludzkie daje się ograniczać za pomocą nieustannej kontroli i odreagowywania (sport!). Dojrzałe, demokratyczne państwo opiekuńcze nie może istnieć bez mechanizmów kontrolnych. I o ile w mojej pracy bezwzględnie obowiązuje zasada, że „kontrola jest dobra, ale zaufanie jest lepsze”, to w odniesieniu do zachowań agresywnych nauczyłem się, że należy ją odwrócić. Kiedy mam przed sobą dziecko, które nie potrafi kontrolować swoich agresywnych impulsów, wiem, że zdanie: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola jest lepsza” musi obowiązywać tak długo, jak długo ja i wraz ze mną cały zespół musimy kontrolować agresywne napady razem z dzieckiem. Celem jest zawsze jak najszybsze odwrócenie przytoczonej zasady, ponieważ rozwój psychiczny może odbywać się wyłącznie w atmosferze wzajemnego zaufania.

Gdy jako młody lekarz stażysta miałem do czynienia z dysocjalnymi, agresywnymi chłopcami, sądziłem, że muszę szybko na siłowni wypracować sobie mięśnie, żeby być przygotowanym na przemoc i w razie konieczności móc samodzielnie fizycznie opanować pacjenta. Przed specjalnymi pomieszczeniami służącymi izolacji i uspokojeniu agresywnych dzieci (w których można było się z takim dzieckiem zamknąć) stały chwilami prawdziwe kolejki szalejących małych pacjentów. Już dawno nauczyliśmy się, że możemy zajść o wiele dalej dzięki działaniom łagodzącym oraz że odwzajemniając przemoc, jedynie doprowadzamy do dalszej eskalacji u pacjentów. Łagodzenie – deeskalacja – nie oznacza jednak, że ustępujemy (chociaż w pojedynczych przypadkach może to być konieczne). Oznacza natomiast, by natychmiast egzekwować trzymanie się zasad. Deeskalacja oznacza też, by się fizycznie, w widoczny sposób, cofnąć o krok, aby zasygnalizować pacjentowi, że z naszej strony nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

Rodzicom zawsze zalecamy, by w domu w wymykających się spod kontroli sytuacjach nie próbowali doprowadzać do wyjaśnienia sprawy, ale zatroszczyli się o czasowe przerwanie konfliktu. „Stop. Każde z nas idzie do swojego pokoju i spotykamy się znowu za pół godziny. Albo powiedz, kiedy będziesz gotowy” – oto przykładowa wypowiedź, która powinna paść możliwie szybko. Dzieci, które nie posłuchają i idą za rodzicami, słyszą coś w rodzaju: „Teraz nie będę z tobą rozmawiać”. Czasami – na szczęście bardzo rzadko – rodzice pytają, co mają zrobić, kiedy dziecko ucieka się do agresji fizycznej i ich uderza lub rzuca przedmiotami. Wtedy zawsze w odpowiedzi pytam, jak rodzice radzą sobie w innych sytuacjach granicznych, i stanowczo ich zachęcam, by postąpili tak i w takim wypadku. Może to oznaczać konieczność wezwania do domu policji. Rodzice reagują na te słowa strachem i rozczarowaniem, że nie jestem w stanie wyciągnąć z rękawa żadnej czarodziejskiej sztuczki. Zbyt często jednak doświadczałem, co się dzieje, kiedy nie broni się swoich granic – osobistych i tych w klinice: agresja dzieci i młodzieży przez to się wzmaga, ponieważ sytuacja, w której w swojej bezgranicznej wściekłości nie napotyka się na żadne ograniczenia, jest przerażająca. W przypadkach nagłych w klinice znaczy to, że na pierwszym etapie eskalacji, kiedy wszelkie działania łagodzące nie przyniosły skutku, wzywani są wszyscy pracujący w klinice mężczyźni. Jeśli to nie działa, pojawia się ochrona kliniki. Kolejnym krokiem przy braku opamiętania jest interwencja policji. Żeby nie doszło do żadnych nieporozumień z funkcjonariuszami, regularnie oferuję im szkolenia. Nastolatkowie (w przypadku dzieci zazwyczaj wystarcza pierwszy poziom) widzą w ten sposób, że bezwzględnie bronimy naszych granic oraz bezpieczeństwa pacjentów i pracowników. Kiedy eskalacja wygaśnie, możemy znowu rozpocząć odbudowę zaufania i omówienie, jak mają wyglądać kolejne kroki podejmowane z tym pacjentem.

Ważne jest przy tym, że nie żywimy urazy! To w oczywisty sposób odróżnia profesjonalistów od rodziców, którzy mogą czuć się głęboko zranieni agresywnymi zachowaniami własnych dzieci. Zwłaszcza rodzicom często bardzo ciężko jest sprawić, by te rany nie dawały się wyczuć w relacjach z dzieckiem. Mimo to także rodzice agresywnych dzieci potrzebują co jakiś czas nowego otwarcia, ponieważ w innym razie zbyt silna nieufność powoduje wycofanie z relacji rodzice–dziecko, której nie daje się już dalej właściwie przeżywać. Nieufność w ogóle jest dla związków toksyczna, jest trucizną w każdej relacji! Dlatego należy jak najszybciej wrócić do założenia, że „kontrola jest dobra, ale zaufanie jest lepsze”. Aż do kolejnego rozczarowania.

Tylko ten, kto wytrzyma ten cykl ze zrozumieniem warunków maratonu, ma szansę na zmianę. Nie wolno nam przy tym zapomnieć jednego: na całym świecie wokół nas powstał naprawdę wysoki poziom agresji.

Strach jako wyzwalacz

W czasach, w których globalnie i kolektywnie konfrontowani jesteśmy z intensywnością agresji, jakiej, przynajmniej w Niemczech i w Europie, nie doświadczyliśmy, a której jesteśmy jedynie historycznie świadomi (!), można zobaczyć, jak szybko agresja przenosi się na postronnych ludzi. Bezpośredni przekaz informacji praktycznie w czasie rzeczywistym rodzi w nas poczucie, że przemoc nieustannie przybiera na sile. A to wyzwala strach – i powstają agresywne reakcje, które prowadzą do odwzajemniania agresji. I bardzo szybko nikt już nie jest w stanie wskazać, kiedy i kto był jej pierwotnym źródłem. Kto i kiedy zaczął? Wszyscy upierają się, że racja leży po ich stronie. Narastanie strachu i agresji, którego doświadczamy zarówno u siebie samych, jak i w naszym społeczeństwie, jest dobrym przykładem tego, jak nadmierna agresja powstaje również wśród dzieci i młodzieży. U nich jednak wynika ona z niewystarczająco rozwiniętych mechanizmów psychicznych lub, jak w przypadku Ahmada, z potwornej traumatyzacji.

Perspektywa