Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwa dotąd niepublikowane w języku polskim utwory Marlen Haushofer, autorki kultowej Ściany.
Zabijemy Stellę to mistrzowska nowela, w której autorka poddaje bezlitosnej analizie więzy małżeńskie i rodzinne, rozkłada na czynniki pierwsze relacje międzyludzkie, a wreszcie obnaża kłamstwo, okrucieństwo i zdradę kryjące się za fasadą perfekcyjnego mieszczańskiego życia, nad którym, niczym w greckiej tragedii, od samego początku ciąży fatum. Nowela została wyróżniona Nagrodą im. Arthura Schnitzlera, a w 2017 roku sfilmowana przez Juliana Pölslera. Obok Ściany stanowi najbardziej znane dzieło Marlen Haushofer.
Piąty rok to debiut książkowy autorki. Narratorką opowiadania jest mała dziewczynka wychowująca się w gospodarstwie dziadków, w otoczeniu przyrody i zwierząt. Jej dzieciństwo, choć z pozoru beztroskie i szczęśliwe, nie jest jednak całkowitą idyllą – wdzierają się doń bowiem trwoga, doświadczenie przemijania, straty i śmierci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 157
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Marlen Haushofer
Zabijemy StellęPiąty rok
Nowele
Przełożyła
Małgorzata Gralińska
ArtRageWarszawa 2026
Jestem sama. Richard wraz z dziećmi pojechał na weekend do swojej matki, a pomoc domową odesłałam. Oczywiście Richard prosił mnie, żebym wybrała się razem z nimi, lecz dobrze wiedział, że odmówię. Moja obecność jedynie przeszkadzałaby jemu i Annette. Poza tym chciałam wreszcie zostać sama.
Przede mną zatem dwa dni, dwa dni, żeby spisać wszystko, co mam do opowiedzenia. Odkąd jednak ten ptak krzyczy w gałęziach lipy, nie potrafię zebrać myśli. Żałuję, że odkryłam go dzisiaj wczesnym rankiem. Zawdzięczam to swojemu złemu nawykowi, żeby wystawać godzinami przy oknie i gapić się na ogród. Gdybym spojrzała jedynie przelotnie, nigdy bym go nie zauważyła. Ptasie pióra mają szarozieloną barwę, zupełnie niczym kora drzewa. Dostrzegłam go dopiero po półgodzinie, kiedy zaczął nawoływać i trzepotać skrzydłami. Jest jeszcze tak młody, że nie potrafi latać ani tym bardziej złapać wielu much.
Z początku myślałam, że zaraz przyleci matka i zabierze go do gniazda, tak się jednak nie stało. Zamknęłam okno, ale wciąż słyszę jego krzyk. Matka na pewno przyleci i go zabierze. Prawdopodobnie musi opiekować się też innymi młodymi. Pisklę nawołuje zresztą tak głośno, że matka, jeśli żyje, nie może go nie usłyszeć. To śmieszne, że ten maleńki ptaszek tak mnie irytuje – oznaka kiepskiego stanu, w jakim znalazły się moje nerwy. W tej opłakanej kondycji są już od kilku tygodni. Nie mogę znieść hałasu, a czasem kiedy idę na zakupy, nagle zaczynają uginać się pode mną kolana i oblewa mnie pot. Czuję, jak zimne, kleiste krople spływają mi po piersiach i udach. Boję się.
Teraz nie odczuwam strachu, w moim pokoju nic nie może mi się stać. Poza tym przecież nikogo tu nie ma. Tylko szyba w oknie powinna być znacznie grubsza, wtedy nie musiałabym słuchać tego krzyku. Gdyby Wolfgang tu był, spróbowałby uratować ptaka, choć, rzecz jasna, podobnie jak ja nie wiedziałby, co należy zrobić. Trzeba zaczekać, ptasia matka na pewno wróci. Musi wrócić. Pragnę tego z całych sił.
Zresztą na ulicy też nic nie może mi się przytrafić. Kto, na Boga, miałby mi coś zrobić? A nawet gdybym wpadła pod samochód, nic złego by się nie stało, to znaczy nic naprawdę złego.
Ale przecież jestem taka ostrożna. Za każdym razem, zanim przejdę przez ulicę, patrzę w lewo i w prawo, robię to z przyzwyczajenia; tak mnie nauczono, kiedy byłam małą dziewczynką. Jedynie otwarta przestrzeń wokół budzi mój lęk, lecz wcale tego po mnie nie widać, nikt nigdy niczego nie zauważył.
Matka musi być najdalej w sąsiednim ogrodzie albo w jeszcze następnym. Do każdego domu w okolicy przylega ogród, nasz należy do największych i najbardziej zaniedbanych. Mamy go tylko po to, żebym mogła patrzeć na niego z okna. Teraz, kiedy zrobiło się wreszcie ciepło, lipa wypuściła liście. W tym roku wszystko spóźnia się o kilka tygodni. Tak, w ostatnich latach odnoszę wrażenie, że nasz klimat powoli się zmienia. Gdzie podziały się skwarne lata mojego dzieciństwa, śnieżne zimy i nieśmiałe, powoli rozkwitające wiosny?
Jeśli nagle znów zrobiłoby się zimno, młode wpadłoby w poważne tarapaty. Niepotrzebnie się jednak martwię, przecież powiał nawet fen i przyniósł ciepłe i suche powietrze. Nie chodzi też wcale o tego maleńkiego ptaszka, wokół jest ich pełno. Gdybym go nie zobaczyła i nie usłyszała, byłby mi najzupełniej obojętny.
Nie zamierzałam zresztą pisać o tym nieszczęsnym ptaku, tylko o Stelli. Muszę o niej napisać, zanim zacznę ją zapominać. Bo będę musiała o niej zapomnieć, jeśli znów chcę wieść swoje dawne, spokojne życie.
Właśnie tego naprawdę pragnę: móc żyć w spokoju, bez strachu i wspomnień. Wystarczy mi, jak do tej pory, troszczyć się o dom, opiekować się dziećmi i patrzeć przez okno na ogród. Jeśli człowiek zachowuje się spokojnie, tak sądziłam, nie może zostać wplątany w sprawy innych ludzi. I myślałam o Wolfgangu. Cudownie było go mieć codziennie obok siebie. Od dnia swoich narodzin zawsze należał do mnie. Czy z powodu Stelli miałam wystawić na niebezpieczeństwo naszą zgodną współegzystencję?
Gdybym to jednak zrobiła, wszystko i tak nie mogłoby się skończyć dla mnie gorzej. Stella mści się na mnie i odbiera mi jedyną rzecz, do której wciąż czuję się przywiązana. Jakie to niedorzeczne. Stella wcale nie może się mścić, jeszcze za życia była taka bezbronna, więc co dopiero teraz. Ja sama mszczę się na sobie za Stellę, taka jest prawda. To najzupełniej słuszne, choćbym nie wiadomo jak się przed tym wzbraniała.
Prawdę mówiąc, zawsze wiedziałam, że nadejdzie kiedyś ten dzień, wcale nie było potrzeba do tego Stelli. Prędzej czy później straciłabym Wolfganga. Jest typem człowieka, który nie robi sobie żadnych złudzeń i potrafi wyciągać konsekwencje. Ja też nie mam złudzeń, mimo to żyję tak, jakbym jednak jakieś miała. Dawniej sądziłam, że mogę zacząć od początku, ale na to jest już za późno, właściwie zawsze było na to za późno, tylko ja nie chciałam tego przyjąć do wiadomości.
Zresztą nie miałoby to znaczenia, ponieważ Wolfgang i tak by ode mnie odszedł. Dla niego to dobrze.
Przeczytałam gdzieś, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i że nawyk jest najpotężniejszą siłą w naszym życiu. Zupełnie w to nie wierzę. To jedynie wymówka potrzebna nam, żeby nie myśleć o cierpieniach naszych bliźnich, a nawet o własnych cierpieniach. Doprawdy, człowiek umie wiele znieść, lecz nie z przyzwyczajenia, tylko dlatego, że tli się w nim słaba iskierka, która pozwala mu mieć po cichu nadzieję, że pewnego dnia będzie potrafił zerwać z rutyną. Fakt, że zazwyczaj – ze słabości i tchórzostwa – nie potrafi, wcale nie przeczy tej tezie. A może istnieją dwa gatunki ludzi: ci, którzy się przyzwyczajają, i inni, którzy nie są w stanie tego zrobić? Nie sądzę; prawdopodobnie to tylko kwestia naszej konstytucji. Kiedy osiągamy pewien wiek, dopada nas strach i próbujemy sobie z nim jakoś poradzić. Przeczuwamy, że stoimy na straconej pozycji, i podejmujemy rozpaczliwe drobne próby ucieczki.
Kiedy pierwsza z nich się nie powiedzie, a tak z reguły się dzieje, kapitulujemy aż do kolejnej, już bardziej niemrawej, która wtrąca nas w poczucie jeszcze większej nędzy i porażki.
Dlatego Richard regularnie pije czerwone wino, a także ugania się za kobietami i pieniędzmi, moja przyjaciółka Luise dybie na młodych mężczyzn, dla których mogłaby być matką, ja zaś wystaję przy oknie i spoglądam na ogród. Stelli, tej głupiej młodziutkiej osobie, powiodło się już przy pierwszej próbie.
O wiele bardziej wolałabym zamienić się z nią miejscami, niż siedzieć tutaj i spisywać jej żałosną historię, to jest również moją żałosną historię. O wiele bardziej wolałabym umrzeć jak ona i nie musieć słuchać nawoływania małego ptaszka. Dlaczego nikt mnie nie uchroni przed jego krzykiem, przed martwą Stellą i męczącą czerwienią tulipanów na komodzie? Nie lubię czerwonych kwiatów.
Mój kolor to niebieski. Dodaje mi odwagi i odgradza mnie od ludzi i rzeczy. Richard sądzi, że noszę niebieskie ubrania tylko dlatego, że jest mi w nich do twarzy; nie wie o tym, że noszę je jak tarczę. Kiedy mam je na sobie, nikt nie może mnie zranić. Niebieski trzyma ode mnie wszystko z daleka. Stella kochała czerwień i żółć, w czerwonej sukience, którą jej podarowałam, wbiegła pod żółtą ciężarówkę.
Myślę, że ta promiennie żółta śmierć, co runęła na nią niczym słońce, była piękna i przerażająca, taka, jaką znamy z dawnych podań.
Musiałam ją zidentyfikować. Jej twarz była nietknięta, za to zielonkawobiała i o wiele mniejsza, niż wydawała się za życia. Wzburzony i na wpół obłąkany wyraz ostatnich dni ustąpił miejsca lodowatej ciszy.
Stella była zawsze nieco ociężała i wstydliwa. Nawet kiedy się cieszyła, jej regularna, szeroka twarz pozostawała nieporuszona. Dopiero później rozkwitała od wewnątrz, aż po same wargi. Przez krótki czas Stella była bardzo szczęśliwa, lecz nie potrafiła przyswoić reguł gry, nie umiała się dopasować i dlatego musiała zginąć.
Jeszcze jako dziecko została umieszczona w internacie przez lekkomyślną i chciwą matkę. Pamiętam, jak wtedy, mniej więcej przed pięciu laty, obserwowałam ją w kościele. Klęczała obok mnie z twarzą zwróconą ku monstrancji, z szeroko otwartymi oczami i lekko wydętymi, otwartymi ustami. Z takim samym oddaniem wpatrywała się później w gazetę wieczorną, za którą skrywał się Richard. Wolfgang również to widział. Poczerwieniał i zbladł, a w końcu zaczął się krztusić, żeby odwrócić moją uwagę od Stelli. W wieku piętnastu lat wiedział tak samo dobrze jak ja, co się rozgrywa na naszych oczach, i rozpaczliwie próbował mnie przed tą wiedzą uchronić, tymczasem ja starałam się jedynie trzymać go od wszystkiego z daleka i robiłam dokładnie to, czego robić nie powinnam, a mianowicie nie robiłam nic.
Podczas kiedy Stella, niezdolna ukryć jedynego wielkiego uczucia, niechybnie osuwała się w swoje nieszczęście, Richard próbował zwieść nas układną prostodusznością, ja zaś starałam się nic nie widzieć ani nie słyszeć. Z powodu Wolfganga i dla własnego dobra, ponieważ niczego bardziej nie znoszę niż scen i konfliktów, a już sama napięta atmosfera wystarczy, żeby na wiele tygodni wytrącić mnie z równowagi i zburzyć mój spokój.
Samotność i cisza pokoju, widok na ogród, czułość wypełniająca moje serce w obecności Wolfganga – czyżbym miała to wszystko, a dla mnie jest to wszystkim, zaryzykować dla jakiejś dziewczyny, która niepowstrzymanie i na oślep pędzi naprzeciw własnemu losowi, od samego początku skazana, żeby wraz ze swoim prostym, naiwnym uczuciem ponieść klęskę w starciu z naszym rozpadającym się, podzielonym światem?
Cóż, nie wydawało mi się to warte wysiłku, choć powinno mi się takie wydać, ponieważ Stella była młodą, żywą osobą, tymczasem ja pozwoliłam jej wbiec pod tę morderczą kupę złomu.
Człowiek może zginąć na wiele sposobów, tak samo z głupoty, jak i z przesadnej ostrożności; pierwszy rodzaj, jak sądzę, zdaje się mieć więcej godności, ale to nie mój przypadek.
Luise, matka Stelli, zjawiła się u nas dopiero po pogrzebie. Przebywała w podróży i nikt w prowincjonalnym miasteczku, w którym mieszka, nie wiedział, dokąd wyjechała. Kiedy wreszcie udało nam się z nią skontaktować, było już po wszystkim. Richard, jak ma to w zwyczaju, załatwił całą sprawę dobrze i stosownie. Luise – okazało się, że bawiła we Włoszech ze swoim młodym przyjacielem, magistrem – siedziała naprzeciw nas w salonie i szlochała.
Richard prawił jej jakieś komunały, które w jego ustach brzmiały o wiele bardziej przekonująco niż w moich, słowa szczerego współczucia. Jego oczy przybrały ciemnoniebieską barwę i zwilgotniały. Tak samo dzieje się, kiedy jest wzburzony albo pijany. Ja myślałam o wieńcach na nagim pagórku. Nie było ich zresztą dużo, bo Stella miała w tym mieście tylko nas i kilka koleżanek ze szkoły. Myślałam o pagórku i o wykrwawionym, zmiażdżonym ciele Stelli w drewnianym więzieniu. Po raz pierwszy poczułam współczucie. Zupełnie niedorzeczne i absurdalne, przecież dziewczyna nie żyła, uczucie to jednak wzmagało się we mnie niczym fizyczny ból, który zbił się w mojej piersi w grudkę i promieniował aż po opuszki palców. Ból nie dotyczył już samej Stelli, lecz jej martwego ciała, które miało ulec rozkładowi.
Słyszałam, jak Richard mówi, ale nie rozumiałam ani słowa. Przerażona widziałam tylko jego oczy, tak wilgotne i pełne życia. Każdy jego włos był żywy, skóra, oddech, ręce – na ten widok zabrakło mi tchu.
Dla postronnego obserwatora stanowiliśmy parę w średnim wieku, małżeństwo usiłujące pocieszyć złamaną bólem matkę. Tyle że Luise to nie matka złamana bólem. Śmierć Stelli była jej jak najbardziej na rękę. Wiedzieliśmy o tym, a ona wiedziała, że my wiemy, mimo to wzdychała i płakała, jak wymagała tego od niej rola.
Teraz, kiedy przypadła jej część spadku należąca do Stelli, czyli apteka, Luise może poślubić swojego magistra. Bez tego wiana nigdy by się z nią nie związał. Może kupić młodego, silnego mężczyznę i przez jakiś czas wmawiać sobie, że spotkało ją szczęście.
Stella była dla nas wszystkich ciężarem, przeszkodą, którą wreszcie usunięto z drogi. Oczywiście stałoby się o wiele lepiej, gdyby wyszła szczęśliwie za mąż, wyjechała czy w jakikolwiek inny sposób zniknęła z pola naszego widzenia. Zniknąć w każdym razie zniknęła, można więc było definitywnie wymazać ją z pamięci.
Widziałam po Richardzie, jak bardzo zdążył już o niej zapomnieć, u niego za ten proces odpowiada ciało. Jego ciało zapomniało o Stelli; wielki, barczysty, spragniony nowych kobiet i podniet, siedział obok mnie i głaskał chude, ptasie palce Luise swoją szeroką, wypielęgnowaną dłonią, zawsze tak przyjemnie suchą i ciepłą w dotyku.
Od tego ciepła i uspokajającego głosu Richarda kwilenie Luise ucichło.
– Tyle razy jej mówiłam – jęczała – uważaj, jak przechodzisz przez ulicę. Chciałabym tylko wiedzieć, o czym wtedy myślała.
– Tak – odparł z troską Richard – też byśmy chcieli wiedzieć, nieprawdaż, Anno?
Popatrzył na mnie, a ja skinęłam głową. W jego głosie nie pobrzmiewała ani odrobina ironii. Przeprosiłam ich i powiedziałam, że muszę zajrzeć do kuchni. Nie poszłam tam jednak, tylko udałam się do łazienki i nałożyłam odrobinę różu na policzki. Z bladością nie jest mi do twarzy.
W ostatnich tygodniach Stella również była blada, ale ona miała dziewiętnaście lat i cierpienie uszlachetniło jej rysy, nadało im dojrzały i czarujący charakter. Kobieta po trzydziestce musi przestać cierpieć, bo wtedy już nie wpływa to korzystnie na jej wygląd.
Kiedy Stella się u nas pojawiła, miała lekko opaloną skórę. Była ładna, lecz całkiem pozbawiona uroku i wdzięku. Jak na współczesne gusta wyglądała nieco zbyt zdrowo i krzepko. Potrzeba było przecież masywnej ciężarówki, żeby wycisnąć życie z jej ciała. Stella wykazała się niezwykłym taktem, zstępując z chodnika jakby mimochodem, co pozwoliło przypuszczać, że doszło do wypadku. To pokazuje również, jak słabo Luise znała swoją córkę, skoro uwierzyła w nieszczęśliwe zdarzenie. W swoim rozmarzeniu Stella przypominała rozespane, silne, młode zwierzątko, które jakby przez sen odnajduje drogę w miejskim tłoku. Nawet kierowca ciężarówki, prymitywny młodzieniec, nie uwierzył w wypadek. Stella chciała umrzeć i z tym samym bezgranicznym oddaniem, z jakim rzuciła się życiu w ramiona, wypadła z życia, które zapomniało przytrzymać ją odrobiną miłości, dobroci i cierpliwej uwagi. Mamy powód do wdzięczności. W jakiej kłopotliwej sytuacji byśmy się znaleźli, gdyby zażyła tabletki nasenne albo rzuciła się z okna. Ta szlachetność, szlachetność jej serca, znalazła odzwierciedlenie w tym, jak umarła: Stella darowała nam wszystkim możliwość uwierzenia w bezsensowny wypadek.
Lecz cóż mi z tego przyjdzie, skoro jedyny człowiek, który rzeczywiście powinien był dać temu wiarę, nie wierzy w to i nigdy wierzyć nie będzie. Stella na zawsze pozostanie między mną a Wolfgangiem. Skończył się czas dziecięcej czułości i zaufania. Wolfgang czuje odrazę do swojego ojca, a mną pogardza za tchórzostwo. Zrozumie o wiele później, wtedy, kiedy podobnie jak ja będzie chodzić z jednego pomieszczenia do drugiego, sam ze swoim niepokojem i świadomością całkowitej niemożności wyrwania się z więzienia. Lecz mnie wtedy zabraknie, podobnie jak nie ma już mojego ojca: jego ironiczna aprobata napełniała mnie w dzieciństwie niepewnością. Spojrzenie, które napotykałam, bawiąc się lalkami, jest tym samym spojrzeniem, jakie posyłam Wolfgangowi, kiedy idzie na tenisa ze swoim kolegą, albo którym on sam już teraz obserwuje zabawy swojej młodszej siostry.
Gdyby Wolfgang tu ze mną był, próbowałby uratować ptaka na lipie, a ja musiałabym go powstrzymać, jeśli bowiem ptasia mama nie wróci, maleństwo nie ma szans. Ptaszek nie potrafi się jeszcze samodzielnie odżywiać. Tylko matka może mu pomóc, ale ja zaczynam wątpić w jej powrót. Młode nawołuje tak żałośnie, że jego krzyk przyzywa mnie do okna. Ptak z pewnością zrobił się jeszcze mniejszy, chociaż już rankiem był tak maleńki, że trudno wyobrazić sobie drobniejszy okaz. Widzę go teraz wyraźnie: pierzasta kupka, która ze strachu i głodu zawzięcie rozdziawia dziób i otwiera oczy. Jego matka nie przyleci. Znów zamknęłam okno. Teraz ptaszka oświetlają promienie słońca. Może zaśnie, a ja zyskam kilka godzin spokoju, jeśli będę wiedzieć, że jest bezpieczny. Przez to nawoływanie zbyt wcześnie straci siły. Chyba chce mu się pić, nawet na pewno. To jednak śmieszne, że taki ptak zakłóca mój spokój. Richard by mnie wyśmiał. Muszę po prostu wierzyć, że matka go znajdzie. Czasem wydaje mi się, że to właśnie moja niemożność uwierzenia przyciąga nieszczęście. Być może Richard nigdy nie stałby się tym, kim jest dziś, gdybym ślepo mu wierzyła, może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby ojciec wówczas, kiedy przyprowadziłam Richarda do domu, tak dziwnie się nam nie przyglądał. Skąd wiedział, kto dał mu prawo, żeby wiedzieć, co się stanie? I kto dał mi prawo, żeby ścigać spojrzeniami Wolfganga, podobnie jak ścigałam spojrzeniami Richarda i Stellę?
Trzeba nauczyć się omijać wzrokiem ludzi i rzeczy, nigdy nie wolno zdradzać swoich myśli. Jeszcze lepiej byłoby w ogóle przestać myśleć, bo nawet nasze spekulacje potrafią zabić. Dywagowałam: „On zniszczy Stellę”. Tak długo, aż wreszcie się to stało. Wiem, że Richard boi się moich myśli. Jak każdy człowiek obdarzony żywotną naturą jest przesądny i obawia się tego, czego nie potrafi pojąć i zrozumieć o własnych siłach. Lecz ma wystarczająco dużo energii, żeby odsunąć ten strach na bok, podobnie jak odsuwa od siebie wszystko, co mogłoby pokrzyżować jego plany.
Dlaczego nic mnie nie ostrzegło tamtego wrześniowego wieczoru, kiedy Stella pojawiła się w naszym domu? Dlaczego po prostu nie odmówiłam prośbie Luise? Przecież w ogóle mi nie odpowiadało, że mam przyjąć pod swój dach tę obcą młodą dziewczynę, zresztą Richard też nie był zachwycony tą myślą. Wyraził zgodę jedynie ze względu na mnie i dlatego że Stella miała zostać u nas tylko przez dziesięć miesięcy. Luise jest moją przyjaciółką czy raczej od trzydziestu lat twierdzi, że nią jest. Nigdy jej nie lubiłam, nawet w szkole, bo już jako dziecko była skąpą, złośliwą intrygantką. Luise zawsze pragnęła moich rzeczy, zabierała mi gumki do ścierania, lakierowane paski i kanapki z kiełbasą, potem chciała mężczyzn, którzy okazywali mi względy, a w końcu z pomocą swojej córki zniszczyła mój mozolnie osiągnięty spokój. Ta cała Luise nie ma szczęścia, jest brzydką, zasuszoną nimfomanką. Nigdy jednak nie zdołałam przekonać Richarda, że traktuję ją wyłącznie jako ciężar. Nie potrafi pojąć, jak można odczuwać do kogoś odrazę i jednocześnie go nie unikać. Richard nigdy w życiu nie wplątałby się w podobną sytuację. Sam pozbywa się każdego, kto w jakiś sposób nie przynosi mu korzyści. Stelli również nie potrzebował długo, zaledwie kilka tygodni. Stała się dla niego zbyt uciążliwa. Cóż taki gracz jak on mógł począć z tym ociężałym, poważnym dzieckiem? Żadna kobieta nie znudziła mu się tak szybko jak Stella.
Richard nigdy wcześniej jej nie widział. Luise zazwyczaj podróżowała bez swojej córki, dlatego miał o niej zupełnie fałszywe wyobrażenie. Nawet dziś nie mogę uwierzyć, że Stella rzeczywiście była córką Luise, choć co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ojciec Stelli musiał być pozbawionym skrupułów łajdakiem, skoro udało mu się spłodzić dziecko z Luise. Później najwidoczniej pożałował tamtego uniesienia i próbował ochronić dziewczynę przed swoją żoną poprzez sporządzenie w równym stopniu chytrego, co krótkowzrocznego testamentu. Luise otrzymała prawo do korzystania z majątku, ale apteka została zapisana w spadku Stelli. Lepiej jednak, gdyby tak się nie stało, ponieważ tym sposobem ojciec stworzył dla córki bezlitosną przeciwniczkę. Największą przysługą, jaką Luise wyświadczyła Stelli, która zwykle siedziała zahukana w kącie, lecz z czasem zaczęła coraz bardziej przeszkadzać matce, było umieszczenie córki w szkole klasztornej. Tam w każdym razie dziewczyna znalazła wystarczająco dużo miłości, żeby żyć nią przez kolejne osiem lat. Właściwie powinna była studiować farmację, ale takie wykształcenie nie leżało w interesie Luise – im mniej Stella znała się na tym, na czym miała się znać, tym lepiej dla jej matki. Ponieważ jednak Stella ostatecznie musiała mieć jakieś zajęcie, matka, która zwyczajnie nie potrzebowała jej wśród swoich przyjaciółek, psów i kochanków, wpadła na pomysł, żeby wysłać ją do mnie, przynajmniej na rok, to znaczy tak długo, jak trwał kurs handlowy. W tamtym czasie Luise z cichą rozpaczą musiała wciąż sobie uświadamiać, że dzień osiągnięcia pełnoletności przez Stellę zbliża się wielkimi krokami. Rzecz jasna wcale nie oznaczałoby to dla niej końca, przecież zostawał jej jeszcze legat. Z pewnością też zdążyła się wystarczająco wzbogacić w minionych latach, nijak niepowstrzymywana przez starego, niespełna rozumu opiekuna. Lecz był jeszcze ten młody mężczyzna, za którego koniecznie chciała wyjść za mąż, dobrze jednak wiedziała, że może go tylko sobie kupić. Przyznaję, znalazła się w sytuacji bez wyjścia.
I tak Stella pojawiła się u nas, znów odsunięta na bok przez swoją matkę i również tutaj niewyczekiwana z radością.
Nasze życie domowe jest bowiem urządzone w taki sposób, że nie ma w nim miejsca dla intruza ani nawet dla gościa. Ze względów aż nadto zrozumiałych. Przyjaciele Richarda nigdy nie staną się moimi przyjaciółmi, z kolei wśród moich przyjaciół Richard czuje się nieswojo. Inni nie znają także niezliczonych tabu, których musimy przestrzegać w naszych wzajemnych stosunkach. Nawet dzieci nauczyły się je respektować. Wprawdzie tematy naszych rozmów są nieco ograniczone, ale lepsze to niż nieustanne utarczki. Obca osoba na pewno zakłóciłaby też moją relację z Wolfgangiem. Wtedy przeszkadzali nam wszyscy, także mała Annette i naturalnie Richard. Z tego powodu nie zatrudniłam służącej, lecz jedynie pomoc domową, milczącą, mrukliwą osobę. Nie interesuje się nami, dla niej jesteśmy jedynie ludźmi, u których za przyzwoite wynagrodzenie myje podłogi. Całkowicie pochłonięta własnymi myślami oraz troską o nieznane nam osoby, w milczeniu wykonuje swoją pracę. Mieszkańcy Księżyca nie mogliby jej być bardziej obcy niż my. Choć nigdy nie zostało to uzgodnione, w naszym domu istniały dwa stronnictwa: Richard i Annette oraz Wolfgang i ja. Przestrzegaliśmy skrupulatnie reguł gry. Richard odbywał krótkie i aż nazbyt serdeczne rozmowy z synem, a Wolfgang uczestniczył w nich z wzorową uprzejmością. Annette siadywała mi czasem na kolanach. Oczywiście kładłam ją też spać, a ona mnie całowała i obejmowała. To jednak też nie do końca prawda. Sądzę, że Wolfgang zawsze kochał swojego ojca, chociaż potrafił go przejrzeć. Jeśli w życiu Richarda istnieje jakaś ukryta rana, nosi ona imię: Wolfgang. Z całą pewnością Richard cierpi z powodu odmienności syna, o ile w ogóle pozwala sobie na cierpienie, w rzeczywistości bowiem szuka przyjaciela, a Wolfgang nigdy nim nie będzie. Jeśli chodzi o małą Annette, to pewnie kochałabym ją instynktownie, gdyby nie przypominała tak bardzo swojego ojca. Nie jest temu winna, że nieraz na jej widok wpadam w przerażenie. Patrzę na tę kwitnącą twarzyczkę, czuję dziecięce ciepło, słyszę śmiech i wiem, że – podobnie jak ciepło i śmiech Richarda – nic nie znaczą. Oboje, Annette i jej ojciec, są jak przynęty, pułapki, które Bóg czy ktokolwiek zastawił na innych: poważnych, wiernych, pełnych fantazji i uczuć. Może też Annette jest zbyt zdrowa i szczęśliwa, żeby naprawdę ją kochać. To dziecko zawsze zdobędzie wszystko, czego tylko sobie zażyczy, i nigdy nie będzie życzyć sobie czegoś nieosiągalnego. Dokładnie tak słabe i bezbronne jak młode tygrysiątko czy mięsożerna roślina. Richard jest dumny z takiej córki, chociaż w gruncie rzeczy dobrze wie, z kim ma do czynienia: Annette pozostaje wesołą kompanką tak długo, jak on spełnia jej kaprysy.
Lecz ponieważ niczego nie kocha tak mocno jak siebie, musi też kochać swoją małą kopię.
Czasami wymierza Annette mocnego klapsa, a ona znosi to z cichym kwileniem. Wolfganga nigdy nie uderzył, chłopiec należy do tych dzieci, których się nie bije. Richard jest o wiele za sprytny, żeby się skompromitować i samemu dopuścić się niegodziwości.
W pierwszych tygodniach każdy z nas odbierał obecność Stelli jako sporą uciążliwość. Wieczorami Richard uwielbia popijać czerwone wino, palić i czytać, a wtedy czuł się zmuszony prowadzić konwersację, i to z dziewczyną taką jak Stella – potwornie nużące i zupełnie bezcelowe zajęcie. Annette była po prostu zazdrosna, jak o każdą osobę skupiającą na sobie uwagę otoczenia. Wolfgang czuł się zaniepokojony zmianą atmosfery, ja zaś miałam wrażenie, że za dużo milczę i nie wiem, jak postępować z młodymi dziewczętami. Zupełnie nie potrafiłam odgadnąć myśli Stelli ani wyjść im naprzeciw. To duże, ładne, nieco zbyt postawne dziewczę było w naszym domu ciałem obcym i z pewnością samo też to czuło. Wydawała się bardziej spłoszona niż nieśmiała, skrępowana przez długoletni pobyt w internacie. Sądzę, że również tam mogła uchodzić za nieco dziwną. Inaczej niż dziewczęta w jej wieku, nie była słodka, głupia ani dziecinna. Właściwie wyglądała jak kobieta, która przypadkiem pozostała dzieckiem. I chociaż zachowywała się niezwykle cicho, nie dało się jej przeoczyć. W okropnych burych sukienkach zakupionych przez Luise prezentowała się nad wyraz niekorzystnie, lecz po prostu nie sposób było jej nie zauważyć.
Pokój gościnny, w którym Stella miała zamieszkać, starałam się urządzić z myślą o jego nowej lokatorce. Poustawiałam kilka bibelotów, tak jak lubią młode dziewczyny, a ciemne meble przykryłam koronkowymi serwetkami. Kiedy potem zobaczyłam Stellę, miałam ochotę od razu sprzątnąć ten cały kram, okazało się to jednak niemożliwe, bo widziała już swoje lokum. Tak więc konie, psy i baleriny zostały na komodzie – i przedstawiały doprawdy dziwaczny widok obok wysokiej, poważnej dziewczyny. Przypuszczam, że Stella w rzeczywistości nigdy się nie uczyła. Siedziała nad zeszytami i książkami, lecz najwyraźniej nudziło ją to. Nie potrafiła dobrze liczyć, ze stenografii była pewnie najwolniejsza w klasie. Właściwie nie umiałabym powiedzieć, do czego by się nadawała. Wiedziała, jak się obchodzić ze zwierzętami i roślinami, chętnie wykonywała ciężkie prace, z grubej szarej wełny dziergała swetry i skarpetki dla jakichś biednych ludzi. Te dość bezkształtne wyroby wysyłała później do swojego dawnego klasztoru. Richard miał w zwyczaju dokuczać jej z powodu tej dobroczynności. W takich chwilach Stella podnosiła jasne, szerokie powieki i śmiała się cicho, nieporadnie, jak człowiek, który dopiero musi się tego nauczyć. Robiła na drutach tylko po to, żeby nie narażając się na zarzut lenistwa, móc całymi godzinami siedzieć pogrążona we własnych myślach.
Nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym rozmyślała. Czasem powątpiewałam, czy w ogóle się nad czymś zastanawiała, tak nieporuszona była jej twarz. Lubiła zajmować się Annette, dziecko więc w końcu zaczęło odwzajemniać jej sympatię. Na początku Wolfgang wciąż obserwował ją z mieszaniną ciekawości, wstydu i uprzedzeń. W tym także okazał się moim nieodrodnym synem, nie przyszłoby mu do głowy, żeby spoufalać się z obcą osobą. Kiedy uświadomiłam sobie, że nigdy nie nawiążę ze Stellą prawdziwej relacji, zaprzestałam swoich wysiłków i powróciłam do dawnego życia, jakby w naszym pokoju gościnnym nie mieszkała młoda dziewczyna. Wprawdzie nadal mi przeszkadzała, wiedziałam jednak, że ta niedogodność nie potrwa zbyt długo. Zawsze byłam wobec Stelli uprzejma, w taki sam sposób, w jaki byłam uprzejma wobec swojej pomocy domowej, listonosza czy kolegów z klasy Wolfganga.
Znów zaczęłam pogrążać się w dawnych myślach, chodziłam od okna do okna z papierosem w palcach lub z rękoma wsuniętymi w rękawy i spoglądałam na ogołocony ogród. Kupowałam kwiaty – im było zimniej, tym coraz bardziej drożały – chodziłam na obowiązkowe spacery z Annette i rozmawiałam z Wolfgangiem o książkach. Połykał jedną za drugą, choć część z nich chyba w ogóle się dla niego nie nadawała. Rzecz jasna zajmowałam się również domem, złościłam się na Annette, która była leniwą i niedbałą uczennicą, oraz jak zwykle omawiałam z Richardem wszystkie sprawy dotyczące domu i dzieci. Robiłam to na zasadzie rutyny, jedynie gapienie się na ogród, niespokojne chodzenie po pokojach i ciepło w piersi na widok Wolfganga należały do rzeczywistego świata.
Przed laty przytrafiło mi się coś, co sprawiło, że zastygłam w zredukowanym stanie, niczym automat, który wykonuje swoją pracę, już niemal nie odczuwa bólu i tylko na kilka sekund zamienia się w żywą, młodą kobietę z przeszłości. Rozczulająca linia karku Wolfganga, róże w białym wazonie, podmuch powietrza wydymający zasłony – i nagle czuję, że wciąż żyję.
A potem pojawia się to inne: napełnia mnie strachem, przerażeniem, poczuciem, że już w następnej chwili coś do mnie doskoczy i rozbije niewidzialną ścianę.
Wiem, że to nie ma prawa się dziać, ale wciąż na mnie napiera, spogląda z obcych oczu na ulicy, odzywa się w wyciu psa, u rzeźnika uderza w nozdrza zapachem krwi, dotyka niczym zimna dłoń na widok pełnej, zadowolonej twarzy Richarda.
Coś musiało mi się przytrafić przed laty, od tamtej pory nie umiem pogodzić się z myślą, że – w sposób niewyobrażalny dla mojego umysłu i serca – dobro i zło stanowią jedno. Żeby znieść taką świadomość, potrzeba siły życiowej olbrzyma. Lecz olbrzymy nigdy nie znajdą się w podobnej sytuacji, myślenie zastąpiła u nich solidna pałka. Wolą żyć. Myślący zawsze muszą rezygnować z życia, a żyjący nie mają potrzeby myśleć. Zbawczy akt nigdy nie nastąpi, bo ten, kto miałby siłę go dokonać, nie wie, że musi się tego podjąć, a ten, kto wie, jest niezdolny do działania.
Stella należała do żyjących. O wiele bardziej niż człowieka przypominała wielką szarą kocicę albo młode liściaste drzewko. Bezmyślnie i niewinnie siedziała przy naszym stole i czekała na to, co przyniesie jej los. Wystarczyło, żeby Richard tylko wyciągnął rękę – i już mógł objąć jej smagły przegub. Nie zrobił tego, ale się uśmiechał, powoli i z przyjemnością krojąc mięso na talerzu.
Richard jest urodzonym zdrajcą. Obdarzony ciałem, które pozwala mu na doznawanie nieustannej rozkoszy, mógłby żyć w pełni zadowolony, gdyby jednocześnie nie wyróżniał się olśniewającym umysłem. To właśnie ten umysł zamienia rozrywki jego spragnionego rozkoszy ciała w niegodziwości. Richard to potwór: troskliwy ojciec rodziny, szanowany adwokat, namiętny kochanek, zdrajca, kłamca i morderca.
Znam to wszystko od lat i jeśli bym wiedziała, kogo mogę obarczyć odpowiedzialnością za tę wiedzę, po prostu bym go zabiła. Wcześniej obwiniałam jedynie Richarda i dlatego zaczęłam go nienawidzić. Od dawna jednak zdaję sobie sprawę, że nie on ponosi winę za sposób, w jaki reaguję na fakt jego istnienia. Jest tylu podobnych mu ludzi, cały świat widocznie to wie i toleruje, nikt nie robi z tego wielkiej sprawy. Kogo mam winić, że ja też nie mogę tego po prostu zaakceptować? Powoli przestaję mieć nadzieję, że ten Ktoś pewnego dnia się zjawi, a nawet gdyby tak się stało, nie wiedziałabym, co mu powiedzieć. Mój gniew już dawno wygasł, pozostała tylko groza: zupełnie mną zawładnęła, mieszkam w niej niczym w znienawidzonej przestrzeni. Groza we mnie wniknęła, nasyciła mnie, wszędzie mi towarzyszy. Nie ma ucieczki. Najbardziej przeraża mnie myśl, że śmierć może okazać się zbyt mało śmiertelna, by w końcu ją wyeliminować.
Lecz groza i świadomość prawdy, której nie powinno się poznać, są włączone w codzienną rutynę. Tak, trzymam się kurczowo rutyny, regularnych posiłków, obowiązków powracających co dnia, wizyt i spacerów. Kocham ów porządek, bo dzięki niemu w ogóle mogę żyć.
Pewnego dnia uświadomiłam sobie, z jakim wzruszającym opanowaniem Stella nosi swoje ubrania, brązowe, bordowe lub liliowe okropieństwa, zbyt szerokie albo przyciasne, świadczące o złośliwości Luise.
– Gdyby kupić jej jakieś porządne ubrania – powiedziałam do Richarda – byłaby pięknością.
Podniósł wzrok znad gazety, spojrzał na mnie zdziwiony i zapytał:
– Tak sądzisz?
Znam jego słabość do wytwornych, eleganckich kobiet, zaczęłam więc zachwalać zalety Stelli. Śmiał się z tego, z politowaniem kiwał głową w tę i we w tę, a wreszcie oznajmił, że to nie do nas należy kupowanie jej ubrań. Za dwa lata, kiedy zostanie właścicielką apteki, zacznie się porządnie nosić.
– Luise – powiedziałam – jest potworem.
Richard z rozbawieniem wzruszył ramionami, lekko się otrząsnął i roześmiał. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. A co, jeśli nauczyłabym Stellę, jak się ubierać? Zamknęłam oczy i zobaczyłam ją w białej sukni, kroczącą w dół po schodach, z uśmiechem na wydętych wargach i rozpuszczonymi, połyskującymi włosami w rudawym odcieniu brązu. Młoda, piękna i ponętna. Patrzyłam na białe, silne dłonie Richarda, w których trzymał gazetę, i wypełniał mnie jakiś rodzaj satysfakcji, że zepsuty upodobaniem do sztucznej, wyrafinowanej urody, nie jest zdolny dostrzec tego piękna.
W następnym tygodniu w naszym domu pojawiła się krawcowa i uszyła dla Stelli parę sukienek, z tanich materiałów, za to w jasnych kolorach, odpowiednich dla młodej dziewczyny.
Przemiana była absolutna. Stella stała przed lustrem i po raz pierwszy widziała samą siebie.
– Jesteś piękna, Stello – stwierdziłam, poprawiając jakąś fałdę.
Nie patrzyła na mnie, tylko powiedziała z powagą do lustra:
– Jestem piękna. – Zdziwiona, zaskoczona, wreszcie obezwładniona nowym uczuciem, które wywołały w niej moje słowa i własny obraz. – Jestem piękna – powtórzyła raz jeszcze.
Właściwie miałam powody do triumfu. Luise, ta jędza, została przechytrzona. Nie dało się absolutnie wykluczyć, że zmieniona Stella przyprowadzi do domu narzeczonego, a ten postara się, żeby w przyszłości majątek Stelli nie szedł na sukienki, kapelusze i kochanków jej matki. Dziwnym trafem przestało mnie to cieszyć. Zresztą jeszcze żaden triumf nie przyniósł mi satysfakcji, zazwyczaj wprawiają mnie one w zakłopotanie lub nawet wywołują lekki, męczący smutek. Może bierze się to stąd, że mój triumf oznacza porażkę drugiego człowieka, z którym się utożsamiam i któremu zaczynam współczuć. Jednak do Luise odczuwałam tak wielki wstręt, że nie zdobyłabym się wobec niej na podobne uczucie. Tym, co mąciło moją radość, było oblicze Stelli w lustrze, jej promieniejąca twarz, młode, kwitnące ciało i oddane spojrzenie, całkiem uległe temu nowemu urokowi. Ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Stella przestała być dzieckiem. W jej piersi otworzyła się jakaś pusta przestrzeń. Wiedziałam, że owa przestrzeń wkrótce przyciągnie do siebie świat. Wcale mi się to nie podobało. Nie leżało bowiem w mojej mocy pokierować strumieniem, który miał tę pustkę wypełnić.
– Stello – powiedziałam pośpiesznie – Stello, czy nie powinnaś poćwiczyć dziś jeszcze stenografii?
Rozczulająco dziecinnym gestem zasłoniła oczy dłońmi i odwróciła się do mnie. Jej ramiona opadły, blask w źrenicach zgasł, z westchnieniem skierowała się ku drzwiom.
Tamtego wieczoru Richard jeszcze nie zauważył, że naprzeciwko niego siedzi nowa Stella. Ale nie uszło to uwagi Annette ani Wolfganga, który w zamyśleniu spoglądał na mnie pytająco.
Stella, w sukience koloru truskawek, prawie nic nie jadła, patrzyła tylko przed siebie rozmarzonym wzrokiem. W doskonałej harmonii ze swoim zdrowym, młodym ciałem, zatopiona we własnych myślach, popijała małymi łykami herbatę.
Ptak wciąż siedzi w koronie lipy. Nie ruszył się z miejsca przez całą noc. Już nie krzyczy, jedynie słabo popiskuje. Nie słyszę go, kiedy zamknę okno. Zrobił się teraz tak maleńki, że ledwie można go nazwać ptakiem. Jego matka nie przyleciała, sądzę, że już nie wróci.
Zawsze gdy jestem w domu sama, uświadamiam sobie, że to nie mój dom. Czasem czuję się jak gość, który zatrzymał się w nim na pewien czas. Tylko widok na ogród należy do mnie, poza tym nic. Dawniej wyobrażałam sobie niekiedy, że przynajmniej mam swoje miejsce, odkąd jednak Stella nie żyje, złota klatka zamieniła się w więzienie. O ile się nie mylę, ogród także odsunął się od domu. Odchodzi ode mnie powoli, niemal niezauważalnie, pewnego dnia zniknie, a ja będę wpatrywać się z okna w pustkę i wspominać, że kiedyś rosła tu lipa, a tam był skrawek trawnika z krzewami kaliny. Może to przez okna. Stopniowo matowieją, nadejdzie czas, że zasłonią mi cały widok.
Zaczęło padać. Tak długo, jak deszcz nie jest zimny, to dobrze dla ptaka. Trochę się orzeźwi, musi już chyba umierać z pragnienia. Nie sądzę, żeby bardzo cierpiał. Z całą pewnością osłabienie sprawia, że jest wyczerpany i śpiący. Wypadł ze swojego świata, z ręki ptasiego boga: nie potrafię mu pomóc, muszę spróbować o nim zapomnieć.
Ale przecież chcę napisać o Stelli i o tym, w jaki sposób ją zabiliśmy.
Zaczęło się od tych przeklętych nowych ubrań, nie, nie od nich, zaczęło się od tego, że przyjęłam ją pod nasz dach. Musiałam przecież wiedzieć, że Richard nie zna granic, że niczego nie uszanuje, a duże, naiwne dziecko może stanowić kuszące urozmaicenie dla mężczyzny odczuwającego przesyt wszelkiego rodzaju miłością. Nie wolno prowadzić jagnięcia do nory wilka. A ja właśnie to zrobiłam. Zastanawiam się, dlaczego mnie to tak dręczy. Komu jestem winna wyjaśnienia, czyjej kary muszę się obawiać? Wiem, że nie prześladują mnie wątpliwości natury moralnej czy etycznej. Wierzę, że każdy człowiek nosi w sobie własne prawo, że wyznaczono mu granice, których nie może przekraczać, jeśli nie chce się sam zniszczyć. Moim prawem była nietykalność życia, przekroczyłam swoją granicę, kiedy spokojnie i bezmyślnie pozwoliłam na to, żeby życie Stelli zostało unicestwione na moich oczach.
Nie mnie oskarżać Richarda. Powinnam była ustrzec życie, ochronić je przed morderczymi zakusami. A co takiego robiłam? Wiodłam egzystencję kobiety w komfortowych warunkach, stałam oparta przy oknie i wdychałam zapach pór roku, gdy tymczasem wokół mnie zadawano śmierć i rany.
Nic więc dziwnego, że ogród zaczyna mnie odrzucać. Ta sama tajemnicza siła, co każe zielenić się liściom na gałęziach lipy, toczyła krew w młodym ciele Stelli, delikatny, czerwony sok, który utworzył wielkie kałuże na bruku.
Lipa wie o mojej zdradzie, podobnie jak umierający ptak. Już mnie nie chcą. Wyczytuję to w oczach dzieci, czuję, głaszcząc obce psy czy koty, a kiedy podchodzę do hiacynta na stoliku, widzę, jak przestraszony zastyga w geście obrony. Dla zdrajców nie ma przebaczenia, oznajmiają mi jego lśniące kwiaty, a zapach przywodzi na myśl słodkawą woń, która wznosiła się znad katafalku Stelli.
Naturalnie wciąż mogłabym uciekać przed tą świadomością, lecz mam już dość. Wiem, że nie poczuję się lepiej, kiedy przyznam się do winy. Nawet nie przyniesie mi to ulgi. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć dobrodziejstwa spowiedzi. Być może jest nim dla innych, mam nadzieję, że jest, ale siły mające nade mną władzę nie zapominają i nie przebaczają. Nieodwołalnie skazują krnąbrne dziecko na wygnanie.
Pamiętam, jak pewnego razu obcięłam pączki piwonii ze zwiędłych krzewów. Miałam nadzieję, że uda mi się utrzymać je przy życiu jeszcze przez kilka dni. I rzeczywiście, następnego dnia zaczęły się otwierać. Maleńkie listki wysunęły się na moich oczach, potem jednak nastąpiło coś przerażającego: nagle różowe kuleczki opadły na obrus, jakby wypuszczone z zielonych rąk swoich martwych matek.
Tak i mnie wypuściła wielka zielona dłoń, z której wzięłam swój początek. Cały czas spadam i nikt mnie nie złapie.
Stello, w wilgotnej ziemi wciąż pieszczona i dotykana setkami małych palczastych korzeni, jestem definitywniej martwa niż ty!
Dwa miesiące po tym, jak Stella pojawiła się w naszym domu, ujrzałam w oczach Richarda ten baczny, oceniający wzrok, jakim zazwyczaj taksuje kobiety. Prawdopodobnie już wcześniej patrzył na nią w ten sposób, tylko ja tego nie zauważyłam. Nikt nie daje się łatwiej oszukać niż ja. Konieczność mieszania się w sprawy innych ludzi mnie nuży, a ponadto napawa najgłębszym wstrętem.
Wtedy, w połowie listopada, byłam całkowicie pochłonięta Wolfgangiem. Wspólnie tłumaczyliśmy Iliadę. To zajęcie oraz widok jego skupionej, młodej twarzy nie mogły kogoś takiego jak ja napełnić większym spokojem i zadowoleniem. Wiem, że to nie było szczęście, lecz coś zupełnie innego – substytut dla ludzi, którzy z prawdziwego szczęścia z jakiegoś powodu musieli zrezygnować. Mój pokój był naszym małym statkiem, a kiedy staliśmy u bram Troi, rzeczywisty świat wokół nas znikał. Wolfgang twierdził, że Achilles po prostu histeryzował. Z dezaprobatą marszczył nos, ja zaś rozumiałam go aż nadto dobrze, choć zawsze żałowałam, że piękne szaleństwo starożytnych w naszej epoce tak haniebnie przepoczwarzyło się w histerię. Wolfgang, rzecz jasna, nie może jeszcze przypuszczać, że ta nasza tania histeria w nieodległym czasie znów przyjmie postać pięknego szaleństwa.
Wówczas jego serce należało do Kasandry – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ponieważ nie sądziłam, że może być ona pociągającą postacią dla młodego chłopca. Lecz właściwie dlaczego miał nie przeczuwać, że to prawdziwa bohaterka? Dlaczego tak bardzo nie doceniamy swoich dzieci? Niedawno wpadło mi w ręce jedno z moich starych szkolnych wypracowań i wprawiło mnie w niepomierne zdumienie. Nie mogłam sobie przypomnieć, że je kiedyś napisałam. Rozpoznałam jednak dobrze znajome dziecięce pismo, litery ufnej, niezrażonej czternastoletniej istoty. Dokąd odeszła w kolejnych latach? Nie mam pojęcia. Pełna zazdrości i podziwu, ja, czterdziestoletnia kobieta, wpatrywałam się w kartkę papieru, przekonana w sercu o niepowetowanej stracie.
Niekiedy Wolfgang powie coś genialnego. Z biegiem lat będzie mu się to zdarzać coraz rzadziej, aż wreszcie, tak jak ja, stanie przy oknie przepełniony głuchym żalem za tym, co na wpół zapomniane i nigdy niepoznane. Wysoki, nieco zbyt szczupły człowiek z zamyślonymi szarymi oczami i nerwowymi dłońmi będzie zapalał jednego papierosa za drugim, a potem zgniatał niedopałki, bezsilny jak ja, jak mój ojciec i jak tamten odległy praprzodek, który jako pierwszy poczuł tykający niepokój i stanął przy oknie swojej chaty.
Wtedy zatem, w listopadzie, gdy byłam tak pochłonięta Iliadą i Wolfgangiem, pewnego wieczoru Stella oznajmiła mi, że zapisała się na kurs włoskiego i trzy razy w tygodniu będzie wracać do domu dopiero o dziewiątej. Przypatrywałam się stojącej przede mną dziewczynie: na jej nieco zbyt wystających kościach policzkowych pojawił się delikatny rumieniec, zaplotła długie palce, unikała mojego wzroku. Pomyślałam, że nigdy nie nauczy się włoskiego, nie ma przecież za grosz talentu do języków, ale sam zamiar z pewnością zasługiwał na pochwałę. Było mi to zresztą najzupełniej obojętne, jak dla mnie mogła się nawet uczyć kirgiskiego, co zresztą o wiele bardziej by do niej pasowało. Stella nie była moim dzieckiem, miała prawo postępować według własnego uznania. Wspomniałam coś o zimnej kolacji, a potem znów zanurzyłam się w świecie Troi.
Stella uczęszczała na kurs z niezwykłą systematycznością. Wtedy też zaczęła rozkwitać i zamieniać się w młodą kobietę. Jej kanciaste ruchy nabrały miękkości, a twarz nieco się zaokrągliła. Była raczej ładna niż piękna, ale chociaż teraz patrzyło się na nią z przyjemnością, dawniej w swoich starych, burych sukienkach niemal podobała mi się bardziej.
Potem Richard zaczął z nią wychodzić. Pamiętam zresztą, że nastąpiło to z mojej inicjatywy. Nie cierpię brać udziału w pewnych spotkaniach towarzyskich, byłam więc zadowolona, że znalazłam mu partnerkę. Myślę, że na początku nawet się przed tym wzbraniał, jak wspomniałam, Richard jest niezwykle inteligentny. Krawcowa, która przychodziła do naszego domu, uszyła dla Stelli suknię z taniej białej tafty. Dziewczyna wyglądała jak księżniczka z kolorowego filmu. Richard nie potrafił ukryć dumy, zachowywał się jak dobrotliwy wujek. Zresztą ta wujkowatość nie jest nawet udawana, po prostu leży w jego naturze, obok innych, zupełnie przeciwstawnych cech, on natomiast potrafi się nią bardzo umiejętnie posługiwać. Richard jest dyplomatą i brutalem, nic więc dziwnego, że prawie zawsze odnosi sukces. Z ogromną cierpliwością i uporem próbuje grzecznie osiągnąć swój cel. Dopiero kiedy jego urok zawodzi, staje się brutalny. Lecz o tym wie niewiele osób, a tych, którzy to wiedzą, Richard trzyma w garści, tak że nawet nie odważą się przeciwko niemu wystąpić.
Wybrali się więc na przyjęcie: dobry wujek i głupiutkie młode dziewczątko.
Kiedy wyszli, udałam się do kuchni, żeby przygotować kolację dla dzieci. Ustawiłam wszystko na tacy i zaniosłam ją do pokoju dziecięcego. Annette leżała na dywanie z nogami w górze i czytała o przygodach Myszki Miki. Śmiała się w głos, aż się wzdrygnęłam. Jej śmiech zawsze wywołuje we mnie lekki szok. Nie pojmuję, jak ośmioletnie dziecko może się śmiać tak jak Richard, czy raczej jak śmiałby się Richard, gdyby był małą dziewczynką. Annette to jedyna osoba wśród nas, która nie ponosi żadnej winy za śmierć Stelli. Wolfgang, niczego nie podejrzewając, stał się narzędziem. Dla jego dobra, żeby podtrzymywać wobec niego iluzję dorastania w przyzwoitej rodzinie, przymykałam na wszystko oko. Lecz nie tylko dla dobra Wolfganga, także ze zwyczajnego tchórzostwa i wygody.
Wolfgang wyszedł ze swojego pokoju, wziął ode mnie tacę z mlekiem, a potem razem usiedliśmy do stołu. To dziecko od razu po przyjściu na świat miało w sobie coś wzruszającego. Już jako niemowlę – jeśli to w ogóle możliwe – było taktowne i rozważne.
I chociaż nie zachowuje się inaczej niż chłopcy w jego wieku, czasem odnoszę wrażenie, że w swoim postępowaniu kieruje się wyłącznie koleżeństwem i wyczuciem tego, co stosowne. Są takie chwile, kiedy nagle role się odwracają, ja jestem naiwnym dzieckiem, a łagodne, wyrozumiałe spojrzenie jego ciemnoszarych oczu spoczywa na mnie niczym ojcowski wzrok. Pod jego uległością i zewnętrznym posłuszeństwem kryje się coś zupełnie odmiennego.
Wolfgang to jedyny człowiek, który potrafi wprawić Richarda w zakłopotanie. Poza tym schodzą sobie z drogi, nawet wtedy, kiedy siedzą przy wspólnym stole.
Objęłam Wolfganga ramieniem i zapytałam:
– Czyż Stella nie wyglądała dziś jak jakaś księżniczka?
Spojrzał na mnie z gniewem.
– Jak księżniczka? Śmieszne, przecież to głupia gęś. Ty jesteś sto razy piękniejsza.
Uśmiechnęłam się, mile połechtana.
– Uprzejmie z twojej strony – odparłam – ale to nieprawda, Stella rzeczywiście wyglądała jak księżniczka.
Zamilkł i unikał mojego wzroku.
Później usiadłam na brzegu jego łóżka. Światło latarni ulicznej padało mu na twarz. Widziałam, że usilnie o czymś myśli.
– Co się dzieje? – spytałam, wciąż jeszcze żartobliwym tonem.
Jego oblicze, przed momentem poważne i skupione, przybrało naraz łagodny, dziecinny wyraz.
– Dlaczego – powiedział – nie możesz latem gdzieś ze mną wyjechać, tylko ze mną? W tym czasie babcia zaopiekowałaby się Annette, a tata jest przecież na tyle duży, że raz może pojechać sam.
Zastanowiłam się. Wolfgang miał rację. Razem moglibyśmy spędzić wspaniały czas nad jakimś jeziorem albo w górach. Dlaczego co roku musiałam wyjeżdżać z Richardem, który o niebo lepiej bawiłby się beze mnie? Richard uwielbia pędzić samochodem, „zaliczać” jednego dnia pięć miast, a wieczorem jeszcze wychodzić. Każdy wspólny urlop wyczerpuje moje siły do ostatka, później muszę dochodzić do siebie aż do zimy. Co roku obawiam się tych wakacji i co roku jadę z nim bez najmniejszego sprzeciwu. W rzeczy samej, dlaczego wreszcie nie miałabym zrobić tego, na co mam ochotę i o czym od dawna marzyłam?
– Porozmawiam z tatą – obiecałam.
Wiedziałam, że to niełatwe. Richard czuje się w obowiązku spędzać ze mną urlop. Najbardziej ze wszystkiego nienawidzi okoliczności, które określa jako nieuporządkowane i bezładne, może dlatego, że sam permanentnie znajduje się w takim stanie. Za niesolidne i ekscentryczne uznaje, kiedy śpi się w oddzielnych sypialniach, nie wyjeżdża na wakacje z małżonką, a w niedzielę nie chodzi z dziećmi do zoo czy kina. Nigdy też by się ze mną nie rozstał. Jestem strażniczką jego domu i dzieci, a jako człowiek, który potajemnie żyje w największej anarchii, niczego nie ceni bardziej niż zewnętrznego ładu i dokładności. Nikt nie broni moralności surowiej niż ten, kto skrycie łamie zasady, ponieważ dobrze wie, że ludzkość by zginęła, gdyby każdy mógł żyć tak jak on.
Kiedy byłam jeszcze młodą kobietą, zapytałam go raz:
– Dlaczego mnie kochasz?
– Bo do mnie należysz – odpowiedział prędko i bez wahania.
Nie kochał mnie zatem za mój wygląd czy za ujmujące cechy, lecz jedynie jako swoją własność.
Tak samo kochałby dowolną osobę na moim miejscu, w identyczny sposób kocha dzieci, dom, jednym słowem – wszystko, co do niego należy. Już wtedy jakaś cząstka mnie wzbraniała się przed taką miłością, ale milczałam, bo od dawna wiedziałam, że rozmowa między nami nie jest możliwa.
Żadna z jego kochanek nie skłoni go nigdy, żeby zrezygnował z rodziny, to znaczy ze swojej własności, a gdyby pewnego dnia przyszło mi do głowy go zostawić, uparcie i mściwie niszczyłby moje życie. Richard jednak należy do tych mężczyzn, którzy swoim kobietom psują apetyt na kochanków. Nie umiałabym przyjąć choćby najlżejszej pieszczoty od innego mężczyzny. Jestem wyłącznie kobietą Richarda, a skoro nie mogę tego znieść, skazałam się na życie w samotności.
Przez jakiś czas wszystkie moje uczucia skupiały się na Wolfgangu. Wnet sama pojęłam, że stałam się zwariowaną matką. Zaczęłam się surowo kontrolować. Nikt nie ma pojęcia, ile razy cofałam już na wpół wyciągniętą rękę, która tęskniła za dotykiem jego czoła albo włosów. Nikt nie wie, ile razy stałam pod drzwiami dziecięcego pokoju, a potem odwracałam się bez słowa i szłam do siebie. Odgrodziłam się od zapachu skóry Wolfganga, od jego głosu, od powabnych czarnych rzęs nad zaokrąglonymi policzkami. Pozwoliłam sobie na taką dozę czułości, która utrzymuje mnie przy życiu, a jemu nie wyrządza szkody.
Lecz kto wie, może i tak mu szkodzę, może zawsze mu szkodziłam.
– Wolfgangu, powinieneś już iść spać – powiedziałam.
Założył mi ręce na szyję i przycisnął zimny nos do mojego policzka.
– Przecież Stella to głupia gęś – powtórzył.
Wyswobodziłam się łagodnie z jego objęć i wyszłam z pokoju. Było mi przykro, że Wolfgang nie lubi Stelli, bo zaczęłam już przyzwyczajać się do jej obecności.
Richard i Stella wrócili późno. Udawałam, że śpię, żeby nie wdawać się w rozmowę i zupełnie nie rozbudzić. Przez lekko uchylone powieki widziałam, jak Richard się rozbiera i odkłada starannie ubrania – w takich sprawach jest niezwykle pedantyczny – a potem idzie do łazienki. Po chwili znów się zjawił, pachnący mydłem i pastą do zębów, i położył obok mnie. Wsunął mi dłoń pod ramię i natychmiast zasnął. Ten gest oznacza: a więc wróciłem, mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, dla mnie zaś ten porządek zupełnie przypadkiem nazywa się Anna i śpi w moim łóżku.
Już dawno przestałam odsuwać się od jego ręki, wtedy też leżałam w ciszy, przez jedwab koszuli nocnej czułam ciepło dłoni Richarda i patrzyłam w ciemność. Tamtej nocy śniło mi się, że na oczach przechodniów rzuciłam kamieniem w biedną Kasandrę, rozdrażniona jej przepowiedniami. W tej samej jednak chwili, kiedy się przebudziłam, zupełnie zapomniałam, jak brzmiały jej słowa.
Richard wyszedł ze Stellą na jeszcze dwa czy trzy przyjęcia. Wkrótce dziewczyna zaczęła pewniej się poruszać, swobodniej mówić i przypominać swoich rówieśników. Wtedy także nie umiałam nawiązać z nią prawdziwego kontaktu. Słyszałam nieraz, jak rozmawia w kuchni z pomocą domową, widziałam, jak spędza czas na zabawie z Annette, i złościłam się, że nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłabym jej powiedzieć. Wolfgang wyraźnie schodził Stelli z drogi, a Richard wydawał się prawie nie zwracać na nią uwagi. Zresztą tak mało przebywa w domu. Jego biuro znajduje się w centrum miasta, dlatego w ciągu dnia nie przyjeżdża do domu na obiad. Często też wraca bardzo późno. Nie wiem, jak spędza wiele swoich wieczorów, i nie chcę wiedzieć.
W niedzielę zazwyczaj jeździmy z dziećmi albo Richard zabiera je do kina, w ostatnich miesiącach raczej samą Annette. Wolfgang bowiem zaczyna chodzić własnymi drogami, nie zaprzątał więc sobie głowy Stellą. W niedzielę najchętniej zostawała w domu, cerowała i robiła pranie, malowała paznokcie i trochę się uczyła. Musiała umierać z nudów, bo nic nie czytała. Czasem dawałam jej jakąś książkę. Dziękowała, a po przekartkowaniu kilku stron z powrotem ją odkładała. Chyba największą przyjemność sprawiało jej kino, skąd wracała pobudzona, z rumieńcami na twarzy. W tamtym czasie często odnosiłam wrażenie, że Richard wyczekuje tylko dnia, aż to ciało obce zniknie z naszego domu. Wtedy robiło mi się żal Stelli, choć sama wydawała się nie dostrzegać obojętnej postawy Richarda.
Nigdy nie mówiłam ze Stellą o niczym innym jak tylko o najbanalniejszych codziennych sprawach. Niekiedy próbowałam wciągnąć ją w rozmowę, ale nie natrafiałam na najmniejszy odzew. Najwidoczniej w mojej obecności nie potrafiła się pozbyć skrępowania. Uznałam, że przyczyną takiego zachowania jest złe traktowanie ze strony Luise. Każdą kobietę w jej wieku czy w ogóle każdą matkę Stella mogła traktować jako zagrożenie.
Pewnego marcowego wieczoru siedziałam przy stole z Wolfgangiem. Annette położyłam wcześniej spać. W pokoju panowała zupełna cisza – oboje nie lubimy słuchać muzyki przy czytaniu. Pomyślałam, że zaraz Richard wróci do domu i wypełni naszą piękną ciszę gorączkowym ożywieniem. Myśl ta wzbudziła we mnie taki niepokój, że nie mogłam dłużej skupić się na książce. Wolfgang opuścił głowę, ciemny kosmyk spadł mu na czoło i połyskiwał rudawo w świetle lampy. Jak zawsze, kiedy obserwowałam syna podczas lektury, zapragnęłam go pogłaskać. Powstrzymałam się jednak, kto wie, czy by mu się to spodobało. Zadowoliłam się podsunięciem mu kilku herbatników, które położył, mrucząc słowa podziękowania, obok książki. Słodyczami też nie da się go przekupić. Przyjmuje je wprawdzie, lecz potem leżą w jego pokoju, dopóki mała Annette nie znajdzie ich i nie spałaszuje.
Wstałam i podeszłam do okna. Od kilku dni padało. Nagle na ogrodowej ścieżce zobaczyłam Stellę. Szła ze spuszczoną głową, lekko się zataczając, jakby była pijana lub strasznie zmęczona.
– Stella wraca – powiedziałam i odwróciłam się od okna.
Wydawało się, że Wolfgang nie słucha. Stella otworzyła drzwi i zniknęła w głębi domu. Słyszałam, jak idzie po schodach, przestępuje próg mieszkania i rozbiera się w przedpokoju. Po pięciu minutach weszła. Zamknęła oczy, oślepiona jasnym światłem.
– Jesteś kompletnie przemoczona – stwierdziłam z dezaprobatą. – Zapomniałaś parasola?
– Tak – odparła Stella wciąż bez tchu. – Zapomniałam parasola.
Mokre, błyszczące włosy przylegały jej do głowy. Nalałam herbaty. Stella przysiadła się do nas, piła łapczywie, jakby umierała z pragnienia.
– Ależ ty się cała trzęsiesz. Co ci jest? – zapytałam.
Spojrzała na mnie niemal ze złością.
– Nic – powiedziała. – Absolutnie nic. Po prostu musiałam iść pieszo, uciekł mi tramwaj.
Z odwróconą twarzą kruszyła bułkę.
Nagle spostrzegłam, że Wolfgang przestał czytać. Patrzył z boku na Stellę spod na wpół przymkniętych powiek i oblewał się rumieńcem aż po czubek głowy. Podążyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam, że przy bluzce Stelli brakuje dwóch guzików, a na jej szyi widać dziwne plamy.
– Wolfgangu, robi się późno – powiedziałam. – Lepiej idź spać.
Bez słowa protestu wstał i wyszedł z pokoju. W tym czasie zastanawiałam się, czy powinnam powiedzieć coś Stelli, ale w końcu dałam spokój. Z pewnością sama zauważy przy rozbieraniu albo już zauważyła w przedpokoju. Musiała być ogromnie zmęczona, nie potrafiła nawet prosto siedzieć. Od razu położyła się do łóżka, a ja wróciłam do swojej książki. Po kwadransie w najlepszym humorze przyszedł do domu Richard. Choć jest inteligentny, zawsze zdradza go cała masa szczegółów. Znakomity nastrój i wesołość świadczą o tym, że pił albo że wraca od jakiejś kobiety. Tamtego wieczoru jednak nie pił, wyczułam to po jego oddechu. Zrobił się głodny, zjadł więcej, niż – według mnie – służy mu wieczorem. Przy posiłku opowiadał mi z ożywieniem o rozprawie, w której uczestniczył przed południem, i że jego klient został uniewinniony. Miało to wzbudzić wrażenie, że właśnie ów fakt wprawił go w tak doskonały humor.
Lecz mnie nie mógł oszukać. Wiem, jak wyglądają radość po odniesieniu sukcesu zawodowego, wesołe samopoczucie po wieczorze spędzonym w męskim gronie, a także wzmożony nastrój po miłosnej przygodzie – triumf samca, który posiadł swoją samicę. Za każdym razem kiedy Richard usiłuje mnie zwieść, odczuwam niezrozumiałe zażenowanie. A przecież to nie ja powinnam się wstydzić. Tymczasem właśnie ten jego bezwstyd sprawia, że staję przed nim oniemiała ze wstydu. Nie potrafię mu spojrzeć w oczy, nie jestem zdolna do prowadzenia konwersacji w lekkim tonie, a taki w podobnych sytuacjach Richard uznaje za stosowny. Jestem wyjątkowo kiepską aktorką, ale on gra za nas oboje. W końcu przestał zabawiać mnie swoją opowieścią i oddał się lekturze gazety. Popijał przy tym czerwone wino, ukradkiem błogo się uśmiechając.
Położyłam się do łóżka, a kiedy Richard przyszedł do sypialni, udawałam, że śpię. Z troską zgasił światło. Wsunął pod moją kołdrę rękę i położył mi ją na ramieniu. Leżałam bez ruchu. Jego dłoń była ciepła i pełna życia. Jeszcze kilka godzin wcześniej pieściła obcą kobietę. Nie czułam obrzydzenia. W Richardzie nie ma nic, czego można by się brzydzić. Gdybym mogła odsunąć na bok wiedzę o jego prawdziwej naturze, nic nie stałoby na przeszkodzie naszemu szczęściu. I nawet dziś ogarnia mnie czasem pragnienie, by o wszystkim zapomnieć i powierzyć się temu wielkiemu, silnemu ciału, stworzonemu do dawania i brania rozkoszy.
To nie odraza wypełniała mnie, kiedy czułam lekki ucisk ręki Richarda, lecz strach. Znam go aż nazbyt dobrze. Strach przed na pozór poskromionym drapieżnikiem, który przy odpowiednim odżywianiu i właściwej pielęgnacji zadowala się drobnymi nocnymi łowami, po nich zaś, mrucząc z zadowolenia, wraca do legowiska. Bywało, że zwierz zapominał zatrzeć na czas ślady swoich wypraw. Wówczas pachniał nieznajomymi perfumami ofiar, a na jego białych kołnierzykach widniały krwistoczerwone plamy ze szminki.
Naturalnie mogłam uciec, nosiłam się z tą myślą całymi latami, ale w rzeczywistości ucieczka jest niemożliwa. Życie z Richardem zepsuło mnie i sprawiło, że do niczego się nie nadaję. Czegokolwiek bym się podjęła, okazałoby się to bezsensowne, odkąd wiem, że istnieją dobrotliwi mordercy. Przedstawiciele prawa, którzy dzień w dzień to prawo łamią, odważni tchórze i wierni zdrajcy. Monstrualne połączenie anielskiego oblicza i diabelskiego pyska stało mi się tak dobrze znane, że każdy czysty, nieskalany obraz budził co najwyżej moje najgłębsze niedowierzanie.
Richard zasnął. Jego ręka wciąż spoczywała na moim ciele, teraz ciężka, nieznośnie ciężka i ciepła.
Wyślizgnęłam się z łóżka i poszłam do kuchni po szklankę wody.
Kiedy przechodziłam pod drzwiami Stelli, usłyszałam jej jęki. Przystanęłam i nasłuchiwałam. Stella płakała. W odróżnieniu od dorosłych ludzi, którzy przeżywają swój smutek zgodnie z przyjętą konwencją, nie tłumiła płaczu, nie próbowała go powstrzymać. Płacz Stelli był dziki i nieopanowany. Brzmiał okropnie. Przypomniały mi się plamy na jej szyi. Bez wątpienia dziewczyna zeszła na manowce. Pewnie było moim obowiązkiem ją ostrzec, zmitygować albo przynajmniej pocieszyć.
Niczego takiego nie zrobiłam. Nienawidzę niepohamowanych eksplozji uczuć, poza tym wiedziałam dobrze, że skoro ta dziewczyna została już raz rozbudzona, nie da się jej zatrzymać. Całymi latami więziono ją w dusznym, nienaturalnym dzieciństwie i odmawiano jej wszelkiej czułości. Ten wybuch nie powinien był mnie zaskoczyć. Przeklinałam własną bezmyślność, która podpowiedziała mi, żeby podarować jej nowe ubrania i wysłać ją na przyjęcia. Znałam bywających na nich mężczyzn, żaden nie lepszy od Richarda, ale większość nie tego formatu co on – mali, odrażający, lubieżni kłamcy. Każdemu przyszłoby z łatwością uwieść takie głupie, niedoświadczone stworzenie jak Stella.
Pomyślałam o jej wieczornym kursie i postanowiłam pójść kiedyś za nią niepostrzeżenie, żeby zobaczyć, z kim się spotyka.
W tej samej chwili, w której powzięłam swój zamiar, wiedziałam dobrze, że go nie zrealizuję. Wszystko to wydawało mi się zbyt odstręczające i żałosne.
Kiedy wróciłam do łóżka, uświadomiłam sobie, że Richard pachnie tylko swoją wodą po goleniu. Tamta kobieta nie używa więc perfum. Usiadłam i spojrzałam na twarz przy swoim boku: stapiała się z poduszką. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Położyłam się z powrotem, przez kilka sekund nie odczuwałam absolutnie niczego. Gdy znów byłam w stanie zebrać myśli, po omacku wyszukałam w szafce nocnej tabletkę nasenną, a potem popiłam ją szklanką wody. Jak nieraz podczas dawno minionych nocy miałam wrażenie, że coś koszmarnego podpełzło do mojej kruchej szklanej ściany, znalazło się bardzo blisko, mogłam poczuć jego cuchnący oddech.
Nazajutrz Stella była blada i miała zaczerwienione powieki. Richard szykował się do wyjścia trochę później niż zwykle, Stella poprosiła go, żeby podwiózł ją kawałek samochodem. Wydawał się nieszczególnie ucieszony z powodu jej prośby, ale nie dał po sobie poznać gniewu i zaproponował Wolfgangowi, żeby też z nimi pojechał. Wiedziałam, że nie chce z nią zostać sam na sam. Nawet on mógł się czuć skrępowany w tej sytuacji. Wolfgang jednak odmówił, obiecał wcześniej koledze, że po niego przyjdzie. Zwracał się do ojca uprzejmym tonem, lecz ja wyczuwałam lekką krnąbrność pobrzmiewającą w jego głosie. Richard uniósł brwi, chyba zamierzał coś powiedzieć, potem się jednak rozmyślił i tylko wymownie spojrzał na zegarek.
Kiedy w końcu, jak zwykle jako ostatnia, ulotniła się Annette, usiadłam wreszcie do śniadania i przejrzałam gazety. Potem ułożyłam menu na cały tydzień i wzięłam się do podlewania kwiatów, co zawsze trwa dobre pół godziny. Wszędzie wokół mamy mnóstwo roślin, a to zajęcie daje mi złudzenie, że robię coś właściwego i pożytecznego. Dobrze jednak wiem, że marnuję swoje uczucia na sprawy, którym w ogóle nie są one potrzebne. Nocne szlochy Stelli właściwie mnie nie wzruszyły, co najwyżej napełniły odrazą i wprawiły w zakłopotanie, lecz to, że zmarniał młody kaktus, autentycznie mnie zmartwiło.
Kocham kwiaty jeszcze bardziej niż zwierzęta, bo nic nie mówią, nie skaczą dookoła i nie przeszkadzają mi w bezowocnych, maniakalnych rozważaniach.
Przyszła nasza pomoc i krzątała się po kuchni, a ja tymczasem stałam przy oknie w salonie z małą konewką w ręku i gapiłam się na ogród. Poranny wiatr przeczesywał wciąż jeszcze nagie krzewy, zdawało mi się, że to nieustające drżenie gałęzi, ten cichy, ukryty niepokój chcą mi coś oznajmić, coś, czego nie mogę pojąć, co jednak jest niezmiernie istotne. Pewne dni z mojego dzieciństwa wspominałam bez smutku i melancholii, a nawet bez sympatii. Tamta mała dziewczynka była martwa, udusiły ją i pogrzebały duże, zręczne dłonie. Żadna strata, sama prawie się nie broniła, a z powodu spraw i ludzi, którzy się nie bronią, nie ma co rozpaczać.
Pomoc domowa weszła do pokoju, udałam się więc do sąsiedniego pomieszczenia i stamtąd patrzyłam na ogród.
Przyszedł listonosz. Słyszałam, jak wrzuca pocztę przez szparę, ale nie ruszyłam się z miejsca. Nie czekam na nią. Nigdy nie czekam na listy. Jedyną osobą, która mogłaby napisać mi coś ważnego, jestem ja sama, dlatego też taki list nigdy nie powstanie. Zarejestrowałam, że dziewczyna zanosi pocztę do salonu, i wciąż wpatrywałam się w plątaninę gałęzi. Pąki na drzewach i krzewach zaokrągliły się nieco po deszczu, młoda trawa lśniła od wilgoci.
Dawniej ulegałam niekiedy pokusie i schodziłam do ogrodu, lecz za każdym razem czułam się rozczarowana. Stąd, z okna, znajduje się dla mnie w odpowiedniej odległości.
Stałam więc przy oknie i wiedziałam, że będę musiała rozmówić się z Richardem. Słyszałam już jego zdziwiony, protestujący głos. Nigdy – to stanowi część jego taktyki – do niczego się nie przyznaje. W tym tkwi jego siła, dzięki niej łatwowierni ufają mu bez reszty, a wątpiący odbijają się od gładkiej ściany zaprzeczeń. Jeśli choć odrobinę zależało mu na Stelli, to znaczy dopóki pociągało go jej młode, zdrowe ciało, nie zrezygnuje z niej, skoro jednak jego namiętność wygaśnie, nic nie powstrzyma go przed porzuceniem dziewczyny. Wiedziałam też, że Stella jest mu całkowicie posłuszna i oddana i że prędzej dałaby się zabić, niż by go zdradziła.
Spoglądałam na gęstwinę obsypanych pąkami gałęzi, myślałam, jak krótko Stella będzie się cieszyć swoim szczęściem, i nagle wydało mi się bezsensowne niszczyć ten i tak niedługi stan swoją interwencją.
W rzeczywistości nie dało się już nic naprawić. Stella przez pewien czas będzie strasznie cierpieć, a potem zacznie się uspokajać – przecież wszyscy musimy zachować spokój, jeśli chcemy pozostać przy życiu. Poślubi jednego z tych mężczyzn, za których wychodzi się za mąż po przeżytym rozczarowaniu, urodzi dzieci i powoli zapomni. Lecz nigdy nie będzie już taka jak kiedyś, zanim pojawiła się w naszym domu i wzbudziła pożądanie Richarda.
Nienawidzę kłótni z Richardem i obawiam się ich. Wymyśla dla mnie mściwe, okrutne kary. Zawsze mają coś wspólnego z Wolfgangiem. Richard jest inteligentny jak sam diabeł, a ja się boję. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że to nikczemna kalkulacja. Mój spokój i wygoda, tak, nawet spokój Wolfganga, były niczym w porównaniu z tym, że dla przyjemności, którą Richardowi mogła zapewnić pierwsza lepsza dziewczyna z ulicy, niszczono na moich oczach młodą, bezbronną istotę.
Zamknęłam okno. Wiedziałam, że nie porozmawiam z Richardem.
Nadeszła wiosna. Stella zrobiła się spokojniejsza, całkowicie wypełniało ją sekretne szczęście. Wyglądała teraz jak młoda kobieta, co czyniło ją kimś zwyczajniejszym, niż była dawniej. Często zaszywała się w swoim pokoju. Nikt zresztą za nią nie tęsknił, oprócz małej Annette. Dziewczynka nieraz na próżno pukała w jej drzwi, aż w końcu zwracała się ku innym zabawom.
Wolfgang, tak jak do tej pory, schodził jej z drogi, a Richard przecież nigdy się nią nie przejmował. Z wyjątkiem niedziel prawie nie widywał jej w domu. W tamtych tygodniach cechowała go męcząca ruchliwość, wracał zawsze późno, a jego nieustannie dobry humor zaczynał mi działać na nerwy. Richard należy do ludzi, którzy swoją witalnością tak wypełniają przestrzeń, że inni w ich obecności niemal się duszą.
W naszym gronie nie odczuwała tego jedynie Annette. Bliskość ojca sprawiała, że jej żywiołowość przeradzała się w swawolę. Nie dało się też nie zauważyć, że Richard upodobał sobie jej towarzystwo. Annette potrafi wskórać u niego, co tylko zechce, wykorzystuje ten fakt z uroczą bezczelnością, w czym także jest jego nieodrodną córką. Za to w towarzystwie Wolfganga Richard zaczął czuć się nieswojo. Cicha uprzejmość syna w zestawieniu z jowialnością ojca ocierała się niemal o pychę.
Wolfgang stał przy oknie i spoglądał na ogród. Kiedy mnie usłyszał, odwrócił się, a ja zauważyłam, że jego oczy pociemniały – od gniewu, smutku, a może tylko od rozmyślań.
Natychmiast jednak na jego twarzy zagościł ten nieśmiały uśmiech, który miał mnie zmylić co do stanu jego ducha.
– Nad czym się tak zastanawiasz? – zapytałam.
– Wiesz, mamo – powiedział – pomyślałem, że byle piesek lub choćby pszczoła są o wiele więcej warte niż wszystko inne, na przykład katedra czy samolot.
Wpatrywałam się w niego pełna zachwytu i radości. Czy to nie dziwne, że ta myśl, której nigdy nie wypowiedziałam na głos, zakiełkowała w jego umyśle? Ucieszyło mnie to i jednocześnie napełniło smutkiem, lecz już w tej samej chwili Wolfgang złagodził swoje słowa.
– A może jednak to nie tak, bo psa dostaje się prawie za darmo, nieprawdaż?
Coś w tym spostrzeżeniu wydało mu się nie na miejscu, bo rzeczywiście to nie do końca w porządku. Widziałam, że nurtują go wątpliwości, nie potrafił ukryć zakłopotania.
– Racja – powiedziałam prędko. – Rzeczy mają nie tylko wartość materialną, lecz także tę przypisaną z natury, niezmienną od tysięcy lat. Wszystko inne nie ma znaczenia, tak naprawdę liczy się tylko życie.
Wypowiadając te słowa, czułam się trochę nieswojo, wolałabym, żeby jeszcze przez jakiś czas mógł żyć wolny od takich myśli, beztroski, pozbawiony wątpliwości.
Bardzo szybko, dobrze o tym wiedziałam, on również zacznie cierpieć. Może jestem zbyt przywiązana do tego dziecka, ponieważ podczas tylu wojennych dni i nocy targałam je ze sobą do piwnicy, mocno przyciskając do ciała, żeby zapewnić mu choć odrobinę ciepła. Była we mnie tylko jedna myśl: uratować ten mały zalążek życia. Wtedy wierzyłam jeszcze w miłość i w Richarda, co znaczyło dla mnie jedno i to samo. Został mi jednak Wolfgang, w snach wciąż dźwigam niewielkie zawiniątko przez ciemne piwnice, pośród pyłu i woni spalenizny zawalających się domów.
Za to w przypadku Annette wszystko wydawało się takie nieskomplikowane: poród w czystej, cichej klinice, karmienie piersią przy odpowiedniej diecie. Działo się to bez wysiłku, niemal mimochodem, jakby człowiek sprawił sobie małego kotka, który zaczął raczkować po pokojach, a wnet miał stanąć na własnych nogach. Annette równie dobrze mogła być dzieckiem znajomej przybyłej z wizytą: karmi się je, kąpie, czesze, zakłada się mu białe skarpeteczki i rozkoszuje po cichu zdrowym dziecięcym zapachem.
Annette nigdy nie była i nie będzie problematyczna. Lekki dyskomfort, jaki czasem dopada mnie w jej obecności, kiedy wspina mi się na kolana i zaczyna całować, nie ma nic wspólnego z nią samą. Odganiam to uczucie, gdy tylko się pojawi.
Pocałunki Annette są przyjemne, nawet jeśli wiem, że tak samo namiętnie, jak nieraz mnie, obsypuje nimi swojego ojca, mleczarkę, doktora i psa z sąsiedztwa. Te czułości są jedynie nagłym uniesieniem, tak naprawdę nic nie znaczą, zupełnie niezobowiązujące, już w następnej chwili odchodzą w niepamięć.
Wolfgang nikogo nie całuje. Kiedy na moment przyciśnie nos do mojego policzka, w przeciwieństwie do pocałunków Annette ma to niesłychane znaczenie.
Ponownie odwrócił się do okna, a ja z jakiegoś powodu uznałam za stosowne odciągnąć go od tych rozważań.
– Nie miałbyś ochoty odwiedzić Fritza? – zapytałam. – Albo cioci Elli?
Nie chciał. Widziałam wyraźnie, że zaczynam mu przeszkadzać, dlatego go zostawiłam. Stał bez ruchu przy oknie.
Po kwadransie znalazłam go w tej samej pozycji. To mi się nie spodobało.
– Możemy obejrzeć film edukacyjny – zaproponowałam – a potem odebrać tatę z kancelarii.
Odwrócił się gwałtownie.
– Nie – powiedział – nie chcę iść po tatę. Ale możemy wybrać się na spacer, pooglądać wystawy czy coś w tym rodzaju.
Było mi wszystko jedno. Z poczuciem, że spełniam ważny obowiązek, włożyłam płaszcz i kapelusz. Nie potrafiłam wprawdzie zrozumieć, dlaczego Wolfgang, który jeszcze wczoraj opowiadał mi, jak chętnie zobaczyłby ten film, nagle zapragnął oglądać wystawy, do tego przy nieprzyjemnej wietrznej pogodzie, ale kto wie, może świeże powietrze obojgu nam dobrze zrobi.
Przez jakąś godzinę szwendaliśmy się po ulicach, Wolfgang popadł w gorączkową wesołość, zwracał mi uwagę raz na to, raz na tamto, odgrywał przedstawienie w tak widoczny sposób, że moje serce zrobiło się ciężkie od smutku. Coś było z nim nie w porządku. Kiedy wróciliśmy do domu, szumiało mi w głowie. Wolfgang usiadł przy stole i nagle z minuty na minutę zaczął gasnąć. Blady, z cieniami pod oczyma, siedział przed kubkiem kakao i wydawał się potwornie wycieńczony. Sama zaprowadziłam go do łóżka i poczekałam, aż zaśnie. Przypomniałam sobie, że wiosna to dla niego zawsze wyczerpujący, trudny czas, który mocno daje mu się we znaki.
Sama też czułam się zmęczona, nie czekałam na Richarda. Annette była u babci, mogłam się więc spokojnie położyć. Nie słyszałam, jak Richard wraca. Stellę też zobaczyłam dopiero przy śniadaniu.
![Zabijemy Stellę, Piąty rok [Nowele] - Marlen Haushofer - ebook + audiobook](https://files.legimi.com/images/55dfadd0b196d56b090c667b33b691f4/w200_u90.jpg)