Zabić Amerykę - Bogusław Wołoszański - ebook + książka

Zabić Amerykę ebook

Bogusław Wołoszański

4,0
54,00 zł

lub
Opis

Dlaczego Adolf Hitler w grudniu 1941 roku, u szczytu potęgi III Rzeszy, wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym? Powód był prosty: dał się zwieść Franklinowi D. Rooseveltowi, który zręcznie podsunął Führerowi fałszywą wiadomość o planie skierowania do Europy 10 milionów żołnierzy. W ten sposób prezydent USA uzyskał możliwość odrzucenia ograniczeń nakładanych przez ustawę o neutralności.

Po II wojnie światowej Stalin popełnił ten sam błąd. Przekonany o potędze radzieckich sił zbrojnych szykował się do wojny z byłym sojusznikiem. Nie zdążył jednak jej wypowiedzieć. Śmierć zabrała go w szczytowym okresie przygotowań.

Jego następca Nikita Chruszczow był przekonany o swojej sile, gdyż plany wykradzione z amerykańskich laboratoriów nuklearnych pozwoliły skonstruować bombę atomową. B-29 Superfortress, przechwycony w 1944 roku na Dalekim Wschodzie, umożliwił budowę kopii tych ciężkich bombowców – Tu-4. Radzieccy naukowcy zaprojektowali rakietę, która mogła zaatakować amerykańskie miasta.

Wydawało się, że dzięki temu Chruszczow mógł rozpocząć wcielanie w życie wielkiego planu „zabicia Ameryki”.

Ostatecznie cel ten nie został osiągnięty, ale wielka rozgrywka wciąż trwa...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 363

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Opracowanie redakcyjne: Editio
Korekta:Editio
Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Jung
Fotografia na okładce: Krzysztof Dubiel
Zdjęcia: archiwum autora Boeing Aircraft NASA US Air Force US Navy
Skład Studio Editio,ul. Miła 6B, 05-830 Nadarzyn, www.editio.eu
Copyright © Bogusław Wołoszański
ISBN 978-83-61232-35-3
Wydawnictwo Wołoszański
01-217 Warszawa, ul. Kolejowa 15/17
tel. 601 205 420
sklep internetowy: www.woloszanski.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

Wyzwanie

Niemcy zniszczyła niekompetencja ludzi, którym Hitler oddał najważniejsze urzędy w nagrodę za ich wierność. Gdy w połowie lat trzydziestych powierzał Hermannowi Göringowi kluczowe dla gospodarki stanowisko komisarza Planu Czteroletniego, liczył, że powstanie niewielka komórka ekspertów monitorujących przygotowania przemysłu do produkcji sprzętu dla nowych sił zbrojnych – Wehrmachtu. Szczególnie zależało mu na zakładach lotniczych, gdyż w rodzącej się koncepcji wojny błyskawicznej to samoloty, obok broni pancernej, miały odgrywać główną rolę. Hermann Göring, as myśliwski z czasów I wojny światowej, był naturalnym wyborem na szefa lotniczych ekspertów. Tymczasem utworzył on ogromną organizację zatrudniającą tysiące urzędników i kontrolującą wszystkie państwowe instytucje mające cokolwiek wspólnego z gospodarką. Tak wielką, że nikt nie mógł skutecznie nią zarządzać, a zwłaszcza Göring, coraz bardziej pogrążający się w narkomanii i otaczający się niebywałym luksusem.

W tym czasie w Stanach Zjednoczonych na lotnisku Boeing Field w Seattle wytoczono prototyp czterosilnikowego bombowca. Roland Smith, reporter lokalnej gazety „The Seattle Times”, obserwując wielki samolot, napisał: „wydaje się, że ma karabiny maszynowe wystawione z kadłuba we wszystkich kierunkach. To jest »latająca forteca«!”. Zakłady chętnie przejęły tę nazwę i taka przeszła do historii. Do sukcesu było jeszcze jednak daleko.

Tragedia wydarzyła się kilka dni po pierwszej publicznej prezentacji. 30 października 1935 roku w czasie pokazu na lotnisku w Dayton w stanie Ohio samolot wzbił się w powietrze, a po kilku minutach zanurkował i runął na ziemię. Trzech lotników zdołało wydostać się z płonącego wraku i ujść z życiem. Wewnątrz pozostało jednak dwóch, którzy zginęliby w płomieniach, gdyby nie dzielny porucznik stojący wśród widzów. Przedarł się przez płomienie i wyciągnął jednego lotnika. Po chwili zorientowawszy się, że w kabinie pozostał jeszcze jeden, wrócił po niego. Uratował go, choć sam został poważnie poparzony.

Szczątki XB-17 (Model 299) na lotnisku Dayton (US Air Force).

Zadziwiające, że powód katastrofy był taki sam, jak wypadku w Niemczech, w którym zginął generał Walther Wever[1]: niechlujstwo obsługi naziemnej, która nie usunęła nakładek blokujących lotki, zakładanych na lotnisku, aby zapobiec poruszaniu ich przez wiatr. Wydawało się, że katastrofa nowego bombowca przekreśliła jego przyszłość. Jednakże wrażenie, jakie zrobił na dowódcach United States Army Air Corps, było tak silne, że zdecydowali się podtrzymać zamówienie, choć zmniejszono liczbę egzemplarzy z pierwotnych 65 do 13. Powodem jednak nie była katastrofa, lecz koszty. Boeing obliczał, że produkcja jednego samolotu będzie kosztować bez mała 100 tysięcy dolarów. Konkurent, zakłady Douglas, żądały za dwusilnikowy bombowiec B-18 Bolo o 42% mniej – 58 tysięcy dolarów. I ten producent otrzymał zamówienie na egzemplarze, na które zaoszczędzono, zmniejszając liczbę samolotów zamówionych u konkurenta. Boeing powoli odzyskiwał utraconą, jak się wydawało, pozycję. Wkrótce okazało się, że wypadek w Ohio był nic nieznaczącym incydentem. Żaden z konkurentów nie mógł zagrozić pozycji B-17, który stał się jednym z najliczniej produkowanych samolotów bombowych na świecie.

Dornier Do-19 podczas lotu (archiwum autora).

W tym samym czasie, gdy w zakładach w Seattle powstawały plany B-17, w Niemczech zakłady Junkersa i Dorniera przystąpiły do projektowania ciężkich czterosilnikowych bombowców, których osiągi można byłoby porównywać z amerykańską Latającą Fortecą.

Niemcy przystąpiły do wyścigu w rozwoju bombowców, choć dopiero w marcu 1935 roku Hitler wypowiedział traktat wersalski zabraniający Niemcom budowania samolotów bojowych. Dlatego wszystko musiało odbywać się w sekrecie. Zachowując ścisłą tajemnicę, zakłady Junkersa i Dorniera odpowiedziały na równie tajne zamówienie Ministerstwa Lotnictwa, które określało parametry wielkich czterosilnikowych bombowców: udźwig 2000 kilogramów bomb przy zasięgu 2500 kilometrów.

Prototyp Dorniera wystartował do pierwszego lotu 28 października 1936 roku. Junkers spóźnił się o pół roku, co nie miało większego znaczenia. Za to uzyskał lepsze osiągi od rywala: 380‒400 km/h wobec 315 km/h Dorniera. W ocenie Ministerstwa obydwa zapowiadały się obiecująco, choć silniki, w które je wyposażono, osiągały za małą moc. Istniała duża szansa, że co najmniej jeden z nich, Do 19 lub Ju 89, trafi na linie produkcyjne.

Minister obrony, feldmarszałek Werner von Blomberg, był zachwycony, widząc pełnowymiarowy model Dorniera i obiecał pełne poparcie dla planów produkcji tego samolotu. Gorącym entuzjastą stworzenia lotnictwa bombowego dalekiego zasięgu w Niemczech był pierwszy szef sztabu powstającej Luftwaffe – generał Walther Wever. Nie stało się tak. W 1936 roku zginął w lotniczym wypadku. Wkrótce odszedł drugi wielki sprzymierzeniec lotnictwa bombowego. W 1938 roku minister von Blomberg musiał zrezygnować ze stanowiska z powodu jego ślubu z prostytutką. Dymisja feldmarszałka była też efektem intryg Göringa, który upatrzył dla siebie stanowisko ministra wojny. Równie przebiegle zniszczył innego wysokiego oficera stojącego na jego drodze do wojskowej władzy. Szef Dowództwa Wojsk Lądowych, generał Werner von Fritsch, został bezpodstawnie oskarżony o homoseksualizm. W 1938 roku oczyszczono go z zarzutów, ale jego kariera wojskowa już się zakończyła.

W Wehrmachcie zabrakło ludzi, którzy rozumieli, że państwo o globalnych aspiracjach musi mieć samoloty dalekiego zasięgu. Do ministra lotnictwa Hermanna Göringa to nie przemawiało. „Hitler pyta mnie, ile mam samolotów, a nie jakich” – zwykł kończyć wszelkie dyskusje na ten temat. Produkcja czterosilnikowych maszyn była bardzo kosztowna. Zamiast jednego ciężkiego bombowca można było wyprodukować cztery samoloty myśliwskie lub dwa bombowce dwusilnikowe, a Niemcy, uwolnione od zakazów Wersalu, rozpoczęły intensywne zbrojenia i musiały oszczędzać pieniądze i surowce. W wyłaniającym się kryzysie gospodarczym III Rzeszy nie było miejsca na rozrzutność, a taką wydawała się produkcja wielkich samolotów. Dwusilnikowe bombowce były bronią całkowicie wystarczającą do pokonania ówczesnych wrogów. Nikt nie myślał o wojnie z USA! Zapewne Göring kierował się tymi względami, ale jako dowódca lotnictwa powinien myśleć perspektywicznie i strategicznie. On tego nie potrafił. W kwietniu 1937 roku podjął decyzję o skreśleniu z listy produkcyjnej obydwu bombowców. W decydującym czasie siły zbrojne III Rzeszy szykującej się do wojny straciły oręż, którego brak, jak się okazało, miał przyczynić się do klęski Wehrmachtu.

Tak zanikła niemiecka odpowiedź na amerykańskie wyzwanie, którym była Latająca Forteca. A niebawem rząd USA miał rzucić kolejne, zamawiając jeszcze większy, jeszcze potężniejszy samolot, dla którego nazwa Latająca Forteca była za słaba. Dlatego nazwano go Superfortecą.

Rozgrywka

Afera jak bomba wybuchła w pogodny grudniowy poranek 1941 roku. Przeciek tajnych dokumentów do redakcji „Chicago Daily Tribune” był tak ważny, że kontrwywiad zajął się znalezieniem jego źródła.

Gazeta, jedna z największych w USA, a za nią największy stołeczny dziennik „Washington Times-Herald” na pierwszych stronach zamieściły wielkie tytuły „FDR War Plans!”. Chodziło oczywiście o prezydenta Franklina Delano Roosevelta. To zabrzmiało jak alarm pożarowy! Prezydent nie mógł kreślić wojennych planów w czasie, gdy cztery ustawy gwarantowały neutralność USA.

Pierwsza strona „Chicago Daily Tribune” z 4 grudnia 1941 roku (archiwum autora).

Przemówienie Roosevelta w hali sportowej Boston Gardens (archiwum autora).

Gazeta była przeciwna Rooseveltowi, obawiając się, że oszuka Kongres i wciągnie USA do wojny. A przecież wygrał wybory w 1940 roku, zapewniając Amerykanów, że ich państwo pozostanie neutralne wobec tragicznych wydarzeń w Europie. Dobrze pamiętali jego słowa. Jak chociażby te, wypowiedziane do tłumów w wielkiej hali sportowej Boston Gardens:

Mówiąc do was, matki i ojcowie, ponownie zapewniam was. Mówiłem to wcześniej, ale muszę powiedzieć ponownie, i ponownie, i ponownie: wasi chłopcy nie zostaną wysłani na żadną obcą wojnę!

Powtarzał to przy każdej okazji i do każdego audytorium, zapewniając w dramatyczny sposób:

Wasz prezydent mówi: ten kraj nie pójdzie na wojnę!

Amerykanie zawsze wierzyli prezydentom. Uwierzyli Rooseveltowi. Głosowali na niego. Wygrał wybory.

Czy oszukiwał wyborców?

Gazetowe informacje o tajnych planach wojennych wyglądały wiarygodnie, a Biały Dom milczał. Nie dementował, nie kwestionował prawdziwości publikacji. Wydawało się, że władzę interesowało jedynie, jak doszło do przecieku. Tak bardzo, że prowadzenie śledztwa w tej sprawie powierzono samemu szefowi Federalnego Biura Śledczego (FBI) – J. Edgarowi Hooverowi. A może była to część gry, a właściwie najważniejszego końcowego elementu? A jej sznurki biegły do Gabinetu Owalnego w Białym Domu?

Przewidujący prezydent

Roosevelt już wcześniej przewidział, że Stany Zjednoczone będą musiały przystąpić do wojny przeciw siłom zła, które rozlewały się po świecie. Łatwo je było wskazać, obserwując wydarzenia w Europie i w Azji. Wszędzie sytuacja gwałtownie się zaostrzyła w latach trzydziestych.

Na Dalekim Wschodzie wojska japońskie uwikłały się w krwawą i okrutną wojnę w Chinach i nie było szans, że zdołają ją szybko zakończyć. Gdyby jednak tak się stało lub gdyby wycofały się z tego konfliktu i zwróciły się na wschód, w stronę Pacyfiku, wówczas zagroziłyby amerykańskiej strefie wpływów.

Najgroźniejsza wydawała się sytuacja w Europie.

W ZSRR Józef Stalin zademonstrował agresywną siłę Armii Czerwonej, prezentując w 1935 roku na manewrach pod Kijowem nieznane innym państwom oddziały powietrznodesantowe i sprawność wojsk pancernych. Już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że Armia Czerwona przygotowuje się do podbojów.

W Niemczech Hitler odrzucił ograniczenia traktatu wersalskiego i rozwijał Wehrmacht z zakazanymi do tej pory wojskami pancernymi, lotnictwem bojowym i flotą podwodną. Wkrótce, wykorzystując lęk państw demokratycznych przed Armią Czerwoną, wymusił zgodę na przyłączenie Austrii do Rzeszy, a następnie na zajęcie zachodnich terenów Czechosłowacji. Stało się to zgodnie z układem zawartym we wrześniu 1938 roku w Monachium, gdzie Wielka Brytania i Francja wyraziły na to zgodę. Kilka miesięcy później złamał tę umowę i zajął całe Czechy. Już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że Niemcy weszły na drogę prowadzącą do wojny, która wybuchnie w ciągu kilku miesięcy.

Prezydent Franklin Delano Roosevelt mógł tylko biernie przyglądać się, jak wojska niemieckie zajmują sąsiednie państwa. Nie mógł ich wspomóc, gdyż ograniczały go ustawy o neutralności z lat 1935, 1936, 1937 i 1939. Na ich straży stały liczne i wpływowe ugrupowania izolacjonistów. Gotowi byli zrobić wszystko, aby ojczyzna trzymała się z dala od spraw Starego Kontynentu. Nadchodził termin kolejnych wyborów prezydenckich i dla Roosevelta było oczywiste, że nie może zadzierać z izolacjonistami. I tak wątpliwości i protesty budziła jego decyzja przystąpienia do kolejnych, trzecich wyborów, co stało w sprzeczności z zasadą ustanowioną w XVIII wieku przez pierwszego prezydenta USA George’a Washingtona. A Wendell Willkie, rywal Roosevelta do urzędu prezydenta, uczynił to głównym zarzutem w swojej kampanii. Roosevelt mógł jednak rozbudowywać potencjał militarny. Nikt nie odważyłby się zakwestionować takiej polityki, gdyż chodziło o bezpieczeństwo państwa.

W marcu 1938 roku, gdy Hitler przyjmował w Wiedniu paradę Wehrmachtu, dowództwo amerykańskich sił powietrznych zwróciło się do koncernu Boeinga o przedstawienie nowego projektu bombowca dalekiego zasięgu. Siły powietrzne uznały, że skala i geografia zagrożeń wymagają czegoś więcej niż produkowany już B-17.

Wymagania, jakie postawiono nowemu bombowcowi, mogły się wydać szokujące. Po pierwsze: hermetyzowany kadłub, który pozwalałby załodze działać bez niewygodnych i potęgujących zmęczenie masek tlenowych. Lot miał się odbywać na wysokości odpowiednio dużej, aby samolot mógł uniknąć ognia artylerii przeciwlotniczej. Podwozie z przednim kołem miało ułatwiać lądowanie, manewrowanie na polowym lotnisku oraz naziemną obsługę. Kolejne żądania znacznie zwiększały poziom trudności dla konstruktorów: większa prędkość, większy zasięg, większy udźwig bomb, zapas paliwa, który można byłoby zmieniać w zależności od wymogów misji (więcej bomb – mniej paliwa i krótszy zasięg i odwrotnie). Efektem zrealizowania żądań dowództwa lotnictwa miał być samolot, jakim nie dysponowały siły powietrzne innych państw: zasięg 8500 kilometrów, prędkość 650 km/h, maksymalny udźwig 9 ton bomb, z silnym uzbrojeniem obronnym (10 karabinów maszynowych kaliber 0,5 cala, tj. 12,7 mm).

Z biegiem miesięcy dowództwo wycofywało się z nierealnych żądań, gdyż były sprzeczne z prawami fizyki. A i tak samolot, który 12 września 1942 roku wytoczono z wielkiego hangaru zakładów Boeinga nr 2 w Seattle był zadziwiający. Nie tylko ze względu na niezwykłe rozmiary. Ten samolot dokładnie odpowiadał wymaganiom tajnego planu nazwanego w sierpniu 1941 roku AWPD-1 (od nazwy oddziału, w którym go opracowano – Air War Plans Division). Przewidziano w nim wyprodukowanie 61 800 samolotów, z których 11 800 miało być samolotami bojowymi, a w tym 5000 – ciężkimi i bardzo ciężkimi bombowcami. W kolejnej wersji planu liczbę samolotów podwojono. Przewidziano, że zaatakują 154 cele na obszarze Niemiec i państw okupowanych: elektrownie, węzły komunikacyjne, rafinerie i bazy Luftwaffe. Plan stał się częścią „Rainbow Five”, nazywanego również „Victory Program”.

Prototyp XB-29 startujący do próbnego lotu (Boeing Aircraft).

Tego rodzaju studia, które miały przygotować amerykańskie siły zbrojne do wojny, określano kolorami np. „War Plan Orange” dotyczył Japonii, grey – Włoch, green – Meksyku, black – Niemiec.

Jednakże „Rainbow Five” był dużo poważniejszy i aktualniejszy. Fakt, że nazwa odwoływała się do kolorów tęczy, oznaczał, że chodziło o wojnę z kilkoma wrogami. Co najważniejsze: plan wskazywał na Niemcy jako głównego wroga, gdy Japonia miała być tylko „trzymana w szachu”.

Tajemnicza „Tęcza Pięć”

Te założenia stały się powszechnie znane o świcie 4 grudnia 1941 roku, gdy rozwieziono gazety „Chicago Daily Tribune” do kiosków.

Dziennikarz Chesly Manly[2], który w swojej gazecie zamieścił opis sensacyjnego dokumentu, ujawnił, że amerykańskie dowództwo przewidywało sformowanie 10-milionowej armii[3], w tym 5-milionowego korpusu ekspedycyjnego, którego wysłanie do Europy zaplanowano na rok 1943.

W takiej sytuacji ustalenie, jak tajny plan „Rainbow Five” trafił do gazet, a tym samym w ręce potencjalnych wrogów, nabrało wagi bezpieczeństwa narodowego.

Pierwsze podejrzenia padły na generała Alberta C. Wedemeyera[4], członka Zarządu Planowania Wojennego. Obciążało go niemieckie nazwisko (jego dziadek był z pochodzenia Niemcem), ale była to marna poszlaka. Dodano do tego kolejny wątek: w latach 1936‒1939 studiował w Akademii Wojennej (Kriegsakademie) w Berlinie. To wciąż były słabe dowody wiarołomności oficera, ale znaleziono jeszcze inne. Podobno w sejfie w biurze generała znaleziono kopię „Rainbow Five”. FBI wykryło, że w tym czasie wpłacił na swoje konto w Riggs Bank w Waszyngtonie kilka tysięcy dolarów, co odpowiadałoby na chwilę obecną kilkudziesięciu tysiącom dolarów. Tłumaczenie, że te pieniądze pochodziły ze spadku po bliskiej osobie uznano za mało wiarygodne. Najbardziej jednak obciążały go powiązania z organizacją America First Committee, wielką, liczącą 800 tysięcy członków, opowiadającą się za zachowaniem neutralności Stanów Zjednoczonych wobec wojny, która rozgorzała w Europie. Zastanawiające jest to, że wszystkie podejrzenia o popełnienie tak ciężkiego przestępstwa, jakim było ujawnienie tajnych dokumentów, nie miały najmniejszego wpływu na jego dalszą karierę wojskową, gdy doszedł do wysokich stanowisk i zaszczytów.

Tajny plan „Rainbow Five” (archiwum autora).

Śledczy nie podjęli głównego wątku, który wydawał się najbardziej oczywisty. Chodziło o niemieckiego attaché wojskowego w Waszyngtonie, generała Friedricha von Boettichera[5]. Wysoki stopień oficerski, dyplomatyczna ranga i szlacheckie „von” zupełnie nie pasowały do jego aparycji i manier prostego sierżanta. Nieznane są powody, dla których jego ojciec, lekarz z dolnośląskiej wsi Berthelsdorf (obecnie Uniegoszcz), uzyskał szlachecki tytuł. Stało się to w 1903 roku, gdy Friedrich miał 22 lata. Już służył w wojsku, ale jego kariera dyplomatyczna zaczęła się po I wojnie światowej, gdy jako oficer Reichswehry wyjechał w zespole Friedricha Eberta, pierwszego prezydenta Republiki Weimarskiej, na międzynarodową konferencję w Spa. Później dał się poznać jako autor ciekawych analiz sytuacji międzynarodowej. W kwietniu 1933 roku, w wyniku decyzji prezydenta Paula von Hindenburga, wysłano go do Stanów Zjednoczonych jako attaché militarnego. Tuż przed wyjazdem uzyskał generalski stopień Generalleutnant. Ten awans był konieczny, aby nadać niemieckiemu przedstawicielstwu wysoką rangę i zademonstrować gospodarzom, że nazistowskie Niemcy przykładają dużą wagę do nawiązania współpracy wojskowej.

Friedrich von Boetticher (archiwum autora).

Kiedy 1 kwietnia 1933 roku schodził z pokładu statku w nowojorskim porcie, von Boettichera witał na nabrzeżu tłum amerykańskich członków Stahlhelmu, organizacji niemieckich żołnierzy z I wojny światowej, stojących pod flagami amerykańskimi i nazistowskimi ze swastykami.

Był tam też pułkownik Truman Smith[6], który zakończył już dyplomatyczną służbę amerykańskiego attaché militarnego w Berlinie. I on stał się przewodnikiem von Boettichera po waszyngtońskim świecie polityki. Wprowadził go również do tajnego świata, w którym odgrywał ważną rolę. W jego domu zbierała się niewielka grupa wpływowych osób połączonych niechęcią, a nawet wrogością do Roosevelta. Wśród nich był lotnik Charles Lindbergh wsławiony samotnym lotem nad Atlantykiem w 1927 roku. W tym gronie znalazł się ktoś, kto wykradł dokumenty „Rainbow Five” i przyniósł na zebranie. Do dzisiaj jego nazwisko nie jest znane. Wiadomo tylko, że był to oficer w stopniu kapitana, którego w zastanawiający sposób nie objęto śledztwem.

Truman Smith (po środku) w rozmowie z generałem Ludwikiem Beckiem (archiwum autora).

Wieczorem 3 grudnia 1941 roku, gdy był sam w biurze War Plans Division, owinął w papier pakowy gruby plik dokumentów „Rainbow Five” i wyniósł na zewnątrz. Nie niepokojony przez nikogo dotarł do swojego domu. Stamtąd zadzwonił do senatora Burtona K. Wheelera[7], znanego z izolacjonistycznego nastawienia, i poprosił o spotkanie w domu senatora na Kalorama Road. Tam przekazał wykradzione dokumenty, informując, że jest to najbaczniej strzeżona tajemnica w Waszyngtonie.

– Nie obawia się pan dostarczenia tego do mnie? – zapytał senator.

– Kongres jest częścią władzy. Myślę, że ma prawo wiedzieć, co naprawdę dzieje się w aparacie wykonawczym, gdy dotyczy to ludzkiego życia – odpowiedział kapitan.

Senator zadzwonił do Chesly Manly’ego, dziennikarza „Chicago Daily Tribune” znanego z krytycznych artykułów na temat polityki Roosevelta. Mieszkał niedaleko, więc szybko przybył do domu senatora. Od 20. przez 4 godziny wybierał najważniejsze fragmenty dokumentu. Zapewne dyskutował na ich temat z senatorem, mając pewność, że publikacja spotka się z ogromnym zainteresowaniem Amerykanów. Następnego dnia „Chicago Daily Tribune” oraz dwie inne gazety równie przeciwne polityce Roosevelta zamieściły artykuł Manly’ego.

Czytelnicy mogli dowiedzieć się, że czytają „Poufny raport, przygotowany przez połączone sztaby wojsk lądowych i marynarki wojennej, pod kierownictwem Prezydenta Roosevelta [wskazania na prezydenta oczywiście nie mogło zabraknąć – B.W.] (...), który jest planem totalnej wojny na niespotykaną skalę, przynajmniej na dwóch oceanach i trzech kontynentach: Europy, Afryki i Azji”.

Było to kłamstwo, ale kto widział kiedykolwiek prawdę w polityce i propagandzie?

Manly ujawnił, że „na 1 lipca 1943 roku ustalono datę rozpoczęcia ostatecznego najważniejszego wysiłku amerykańskich sił lądowych, którym byłoby pokonanie potężnych wojsk niemieckich w Europie”.

Następnego dnia attaché von Boetticher otrzymał od senatora Wheelera kopertę z uwagami. Kilka godzin później, o 16.36, przesłał do dowództwa Wehrmachtu swój komentarz. Starał się mu nadać sensacyjny i alarmujący charakter. Musiał tak robić, gdyż od początku swojej szpiegowskiej kariery w USA słał do Berlina tylko uspokajające raporty. Nie mogło nagle okazać się, że nie miał racji lub, co gorsze, że ukrywał prawdę o amerykańskich zamiarach. Uważany był za świetnie zorientowanego, uzyskującego informacje od bardzo ważnych amerykańskich polityków i generałów. Raporty podobały się Hitlerowi, co było zasługą nie tyle wiadomości z dobrych źródeł, ale przede wszystkim fachowych komentarzy Boettichera, które Führer czytał z zadowoleniem, gdyż potwierdzały jego widzenie świata: „Ameryką rządzą Żydzi”, „prezydent Roosevelt podporządkował się im całkowicie”, a nawet nazywał go „przedstawicielem Żydów” itd. Tym bardziej jego oceny, że Stany Zjednoczone nie zagrożą Niemcom, gdyż koncentrują się na wydarzeniach w rejonie Pacyfiku, wydawały się całkowicie pewne. Podkreślał to wielokrotnie, nawet po wybuchu wojny w Europie.

Oczywiście dostrzegał rozbudowę amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego i wzrost produkcji, ale oceniał, że siły zbrojne tego państwa osiągną gotowość bojową najwcześniej w końcu 1942 roku. Hitler mógł z tego wyciągnąć wniosek, że ma dość czasu, aby podbić Związek Radziecki i zmusić Wielką Brytanię do zawarcia pokoju na jego warunkach, zanim Amerykanie mu w tym przeszkodzą. Uznał więc, że może zlekceważyć doniesienia o „Rainbow Five”. Jedynie dowiedziawszy się o planach rozbudowy sił powietrznych przez Amerykanów, kazał zwiększyć produkcję armat przeciwlotniczych.

W zadziwiający sposób sensacja, którą było ujawnianie tajnego planu, wydawała się nie mieć wpływu na dalszy rozwój wypadków. Można było odnieść wrażenie, że ktoś pociągał za sznurki tej wielkiej afery.

Czy był to J. Edgar Hoover? Czy dlatego powierzono mu osobiste prowadzenie śledztwa, które w zastanawiający sposób nie miało dalszego ciągu?

Sprawa była niezwykle zagmatwana, tym bardziej, jak się okazało po wojnie, że łączyła się z działalnością British Security Coordination (BSC) – komórki brytyjskiego wywiadu w USA, który starał się doprowadzić do wojny między USA i Niemcami. To oni dostarczyli prezydentowi Rooseveltowi sfałszowane mapy, z których wynikało, że Niemcy planują zajęcie Ameryki Południowej. Prezydent uznał, albo udawał, iż są to prawdziwe dokumenty i wykorzystał je w przemówieniu wygłoszonym 9 grudnia 1941 roku.

Wiele lat później prawda o ujawnieniu tajnego planu „Rainbow Five” zaczęła wychodzić na jaw, ale w tak niewielkich fragmentach, że nie pozwalały na złożenie obrazu całości wielkiej intrygi.

Frank C. Waldrop, dziennikarz z „Washington Times-Herald”, w 1963 roku, już na wysokim stanowisku w tej gazecie, ujawnił, co po wojnie powiedział mu Louis B. Nichols, zastępca szefa FBI:

– Biuro (FBI) wyjaśniło sprawę w ciągu 10 dni.

Za przeciekiem miał stać „generał, otoczony szacunkiem i o szczególnych zasługach w czasie wojny”. Czy był to generał Henry „Hap” Arnold, dowódca sił powietrznych? Były takie podejrzenia, a słowa Nicholsa zdawały się to potwierdzać:

– Kiedy w śledztwie doszliśmy do Arnolda, pozostawiliśmy tę sprawę – wyjaśnił Nichols.

Jeden z głównych podejrzanych, zacny generał Albert C. Wedemeyer, ujawnił w 1986 roku:

– Zawsze byliśmy przekonani, w dużej mierze intuicyjnie, że to prezydent Roosevelt autoryzował przeciek.

Jeżeli to on wymyślił tę prowokację, to wypadało mu już tylko czekać, aż Hitler wpadnie w tę pułapkę.

Hitler się spieszy

Wiadomość o japońskim ataku na Pearl Harbor dotarła do Wilczego Szańca wieczorem 7 grudnia 1941 roku. Do pokoju wpadł szef prasowy rządu SS-Obergruppenführer Otto Dietrich, nie bacząc, że odbywa się tam narada. Hitler spojrzał na niego gniewnie, ale dostrzegł kartki, które Dietrich trzymał wysoko, jako najbardziej oczywisty powód jego zachowania.

– Mein Führer, angielski oddział agencji Reutersa podał przed chwilą wiadomość, że Japończycy dokonali powietrznego ataku na okręty amerykańskie w Pearl Harbor na Hawajach!

Hitler odebrał kartki od Dietricha, przejrzał je szybko.

– To jest punkt zwrotny! – krzyknął.

Był tak podekscytowany, że nie polecił Dietrichowi, aby poinformował o tym szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht, OKW) feldmarszałka Wilhelma Keitla i szefa sztabu dowodzenia OKW generała Alfreda Jodla, lecz zdecydował się zrobić to sam. Chciał w ich reakcji znaleźć potwierdzenie swoich nadziei. Bez czapki i płaszcza wybiegł ze schronu.

Mijający dzień był szczególnie trudny na froncie wschodnim. Spod Leningradu nadchodziły wiadomości o wypieraniu z rejonu Tichwina wojsk Grupy Armii „Północ”. To było ważne. Oznaczało, że Rosjanie obronili drogę, przez którą zaopatrywali Leningrad. Stało się oczywiste, że tej zimy nie uda się zamknąć miasta w szczelnym pierścieniu i pozbawić go dostaw żywności, broni i amunicji.

Jeszcze bardziej niepokojące raporty napływały spod Moskwy, gdzie 5 grudnia 1941 roku wojska radzieckie przeszły do kontrofensywy. Milion żołnierzy trzech radzieckich Frontów[8] uderzyło na Grupę Armii „Środek”. Niemieckie wojska, które dotarły pod Moskwę, były wyczerpane półrocznymi walkami i brakami zaopatrzenia, które docierało do nich coraz wolniej i w coraz mniejszej ilości. Pociągi przywoziły tylko 50% składanego zapotrzebowania, co było wynikiem malejącej przepustowości linii kolejowych, a niemieckie lokomotywy stały uszkodzone na bocznicach. Hitler uznał jednak, że była to wina głównodowodzącego Grupą Armii, feldmarszałka Fedora von Bocka, i zwolnił go ze stanowiska.

Jeszcze nikt w niemieckim dowództwie nie zdawał sobie sprawy, jak przełomowy był to czas w tej wojnie. W następnych tygodniach wojska niemieckie zostały odrzucone o 150‒250 kilometrów od Moskwy. Nie chodziło o przejściową utratę opanowanego już terenu. Wojna błyskawiczna, doktryna, która dawała Niemcom zwycięstwa w każdej z dotychczasowych kampanii, przestała funkcjonować. Rozpoczęła się wojna na wyczerpanie, którą Niemcy musiały przegrać, gdyż uderzyły na ZSRR nieprzygotowane do kampanii na tak gigantycznym obszarze. Ani Hitler, ani żaden z jego dowódców nie potrafił wyobrazić sobie jak wielkim.

Luftwaffe miało 4882 samoloty, zaledwie o 100 więcej niż rok wcześniej (4782), gdy Wehrmacht podbijał Francję. Żadna z gałęzi niemieckiego przemysłu, od których zależał wynik tej wojny, nie była przygotowana do zaopatrywania i wyrównywania strat.

Zapasy paliw (w tym syntetycznych) wynosiły 14 milionów ton, co pozwalało armiom niemieckim walczyć przez 3 miesiące! Co byłoby później? Hitler tym się nie przejmował. Uważał, że do tego czasu wojskowe pojazdy będą napełniały baki w zdobytych radzieckich rafineriach. Sztabowcy wyliczyli, że Wehrmacht zwycięży w ciągu najpóźniej 17 tygodni! Walka miała trwać w miesiącach letnich i ewentualnie zaczynającej się jesieni. Rosyjskich mrozów nikt nie brał pod uwagę, więc wojsko wyruszyło 22 czerwca 1941 roku bez zimowych mundurów, a parowozy, od których zależało utrzymanie dostaw dla armii, nie były przystosowane do surowej rosyjskiej zimy! W 30-stopniowym mrozie Rosjanie uruchamiali czołgi, rozpalając ogniska pod dieslowskimi silnikami. Niemcy nie mogli zastosować tego sposobu, gdyż ich czołgi miały silniki benzynowe[9], podatne na ogień.

Nikt w dowództwie Wehrmachtu, przygotowując plany wojny, nie analizował możliwości odnawiania frontowych strat w ludziach.

Niemcy miały 80 milionów obywateli. Ludność ZSRR była ponad dwukrotnie większa i liczyła 180 milionów, a to oznaczało, że Armia Czerwona mogła wykorzystać ogromne rezerwy szacowane na 9‒12 milionów ludzi, o czym dowództwo Wehrmachtu mogło się przekonać już na początku tej wojny.

W sierpniu 1941 roku, po dwóch miesiącach walk, szef sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres, OKH) generał Franz Halder, zanotował: „Cała sytuacja pokazuje coraz bardziej jasno, że nie doceniliśmy ogromu Rosji. (...) Liczyliśmy się z około 200 dywizjami [radzieckimi – B.W.]. Teraz zidentyfikowaliśmy 360. Te dywizje nie są oczywiście uzbrojone i wyekwipowane w naszym rozumieniu tych pojęć i są źle dowodzone. Ale one są. Kiedy zniszczymy tuzin – Rosjanie po prostu tworzą następny tuzin”.

Raporty frontowe potwierdzały tę ocenę. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy walk Armia Czerwona straciła 4 308 094 żołnierzy (zabitych, rannych, w niewoli, zaginionych), w tym bez mała 3 miliony stanowiły tzw. straty bezpowrotne, a więc zabitych lub w niewoli. Mimo to w pierwszym kwartale 1942 roku radzieckie oddziały frontowe liczyły 4 186 000 żołnierzy.

W grudniu 1941 roku siły wojsk niemieckich zaczęły się wyczerpywać; od 16 października do 16 grudnia w walkach straciły około 55 tysięcy zabitych, 100 tysięcy rannych, a także ponadto 777 czołgów, 297 dział i moździerzy.

Wehrmachtowi nie udało się zniszczyć radzieckiego przemysłu obronnego. Z rejonu bezpośredniego zagrożenia Rosjanie ewakuowali około 1500 zakładów przemysłowych, kluczowych dla produkcji uzbrojenia, i przewieźli je za Ural, poza zasięg samolotów niemieckich. Tam w niewiarygodnie krótkim czasie uruchamiano fabryki, które często pod gołym niebem, zanim postawiono mury i zadaszono hale, rozpoczynały produkcję.

Najważniejsze Charkowskie Zakłady Parowozowe produkujące czołgi ewakuowano w sierpniu 1941 roku do odległego o 2300 kilometrów Niżnego Tagiła na Uralu. Już po czterech miesiącach, 20 grudnia 1941 roku, wyjechały stamtąd pierwsze czołgi. Mimo przestoju spowodowanego relokacją zakładów, przemysł radziecki dostarczył frontowi do końca roku 5600 pojazdów pancernych; fabryki niemieckie wyprodukowały w tym czasie o 1000 pojazdów pancernych mniej.

Pojazd ewakuacyjny Woroszyłowiec holujący uszkodzony czołg T-34 (archiwum autora).

Nikt nie zważał, że nie dotrzymywano norm technologicznych. Na pancerzu T-34 były miejsca twarde jak stal, a obok miękkie jak glina. Właz kierowcy czołgu T-34 trafiony pociskiem przeciwpancernym wpadał do wnętrza wozu. Warunki, w jakich musiała walczyć załoga, były koszmarne. Wieża była za ciasna dla dowódcy i działonowego. Zła wentylacja sprawiała, że po kilku strzałach wypełniała się dymem prochowym tak gęstym, iż trudno było oddychać. Nie pomagało otwarcie włazów na górze wieży, więc otwierano klapę włazu kierowcy, narażając go na pociski wroga. Silniki były bardzo zawodne, a w dodatku ich żywotność obliczano na 100 motogodzin. Potem trzeba było je remontować, co w warunkach polowych ze względu na brak części zamiennych, a nawet narzędzi, było niewykonalne. Brakowało pojazdów ewakuacyjnych Woroszyłowiec, które mogłyby ściągać z pola bitwy uszkodzone czołgi.

W efekcie 32. Dywizja Pancerna straciła 146 ze 173 T-34, a połowa tych strat wynikała z awarii i braku części zapasowych. Nic nie było ważne. Tylko liczba czołgów. Nikt w dowództwie nie przejmował się śmiercią załóg, często w płomieniach silnika i zbiorników z paliwem. Na miejsce jednego zniszczonego miały wjechać inne – gotowe do walki. I tak było.

W 1941 roku Armia Czerwona straciła 20 000 czołgów z 22 600, które miała przed rozpoczęciem walk, 24 500 dział polowych z 33 000 na początku wojny, 18 000 z 20 000 samolotów bojowych. A mimo to walka trwała. W najgorszym okresie Stalin rozważał podjęcie rozmów pokojowych z Niemcami, ale ostatecznie do tego nie doszło. Wojna pochłaniająca miliony ludzi trwała i nic nie wskazywało, że może się szybko zakończyć.

Dlatego Hitler wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym? Niemiecka propaganda mogła w ten sposób tłumaczyć słabsze postępy Wehrmachtu na wschodzie i brak zwycięstwa w boju z Wielką Brytanią. Wydawałoby się, że rozpoczęcie nowej wojny Niemcom nie zagrażało. Ameryka była bardzo daleko, a zaufany szpieg Hitlera, generał Boetticher, informował, że najwcześniej w końcu 1942 roku będzie gotowa do wojny. Potwierdzały to ujawnione fragmenty planu „Rainbow Five”. Nie było się czego obawiać.

Führer nie rozumiał świata. W 1940 roku w czasie spotkania z Mussolinim zapewnił go, że w nadchodzącym roku Luftwaffe otrzyma bombowce zdolne zaatakować Stany Zjednoczone. Wydawało się to prawdopodobne, gdyż w 1938 roku Fw 200 Condor w wersji pasażerskiej wykonał lot z Niemiec do USA i wylądował na lotnisku Floyd Bennett Field w Nowym Jorku.

Jak wygrywać wojny?

Przekonany o swojej dziejowej misji i nieomylności Hitler nigdy nie zastanawiał się długo przed wydaniem rozkazu. Wszystko, co działo się od 1935 roku, gdy odrzucił ograniczenia traktatu wersalskiego i powołał Wehrmacht, przekonywało go, że miał rację. Wiele wygrał, nawet nie wysyłając wojsk do bitwy.

Wiele zwycięstw odniósł... w swoim gabinecie w Kancelarii Rzeszy! Żaden mąż stanu ówczesnego czasu nie potrafił tak dużo zyskać na nieszablonowych posunięciach. Dyplomaci starej daty nawet nie pomyśleli, że można zniżyć się do metod i zachowań łamiących wszelkie zwyczaje cywilizowanego świata.

Tak było 26 września 1938 roku, w czasie kryzysu czechosłowackiego, gdyż zażądał od tego państwa oddania Niemcom zachodnich rejonów. Mocarstwa demokratyczne miały wówczas niepowtarzalną szansę zatrzymania Hitlera dążącego do europejskiego konfliktu zbrojnego. I miały taki zamiar, wierząc w siłę dyplomatycznych argumentów.

Tego dnia do gabinetu w Kancelarii Rzeszy przybył przedstawiciel brytyjskiego rządu sir Horace Wilson. W teczce miał ultimatum premiera Neville’a Chamberlaina zawierające groźbę interwencji wojsk brytyjskich i francuskich w obronie Czechosłowacji. Wydawałoby się, że Hitler jest na przegranej pozycji. Musiał ustąpić wobec zbrojnego konfliktu z mocarstwami.

Początkowo rozmowa przebiegała w dość miłej atmosferze, tym bardziej, że angielski wysłannik wydawał się onieśmielony i niezdecydowany. Jednakże dobrze pamiętał 15 września 1938 roku, gdy obok premiera Chamberlaina jechał do górskiej rezydencji Führera Berghof na Obersalzbergu. Patrząc przez szybę samochodu na szpaler esesmanów w czarnych mundurach wzdłuż wąskiej drogi do Berghofu, szepnął przestraszony:

– Zastanawiam się, czy wyjdziemy stąd żywi...

Po chwili powtórzył:

– Zastanawiam się, czy zjedziemy stąd na dół.

Nie żartował. On rzeczywiście obawiał się o życie. Lęk powrócił, gdy niecałe dwa tygodnie później usiadł na kanapie w gabinecie Hitlera w Kancelarii Rzeszy.

Wejście do gabinetu Hitlera w Kancelarii Rzeszy (archiwum autora).

Ten gabinet zbudowano po to, aby straszył gości. Wszystko w nim było wielkie: drzwi wejściowe, strzeżone przez dwóch rosłych esesmanów ze specjalnej jednostki Leibstandarte, miały 5 metrów wysokości. Pomieszczenie, do którego prowadziły, było równie imponujące. Wysokie na 9,75 metra, miało 391,5 metra kwadratowego (27 metrów na 14,5 metra). Było tam pięć okien wychodzących na ogród, wysokich na 6 metrów. Biurko Hitlera było równie imponujące. Intarsja z forniru na blacie przedstawiała miecz do połowy wyciągnięty z pochwy. Hitler zadowolony mówił do Alberta Speera[10], architekta, który zaprojektował wielki budynek Kancelarii i nadzorował budowę trwającą zaledwie jeden rok:

– Dobrze, dobrze! Kiedy zobaczą to dyplomaci siedzący naprzeciw mnie przy tym biurku, nauczą się bać.

Po drugiej stronie gabinetu były wygodne fotele i kanapa. Tam Wilson, posadzony naprzeciw Hitlera tak blisko, że ich kolana się stykały, nie wyjął ultimatum z teczki. Bał się nieobliczalności rozmówcy.

Spokojnie zapewniał, że rząd brytyjski podejmie wysiłki, aby doprowadzić do spotkania przedstawicieli Niemiec i Czechosłowacji.

– Ta stara świnia musi być wariatem, jeżeli myśli, że można na mnie wpływać w ten sposób! – wykrzyknął Hitler, co zmroziło Wilsona. Nigdy w czasie swojej dyplomatycznej kariery nie spotkał się z tak brutalnym zachowaniem. Opanował się na tyle, żeby odpowiedzieć:

– Jeżeli Herr Hitler ma na myśli premiera, to muszę zapewnić, że nie jest wariatem, lecz interesuje go zachowanie pokoju.

– Ograniczenia tego dupoliza mnie nie interesują! – wrzeszczał Hitler. – To, co mnie interesuje, to moi ludzie w Czechach, którzy są mordowani i torturowani przez tego sodomitę Beneša! – mówił o prezydencie Czechosłowacji. – To jest ponad wytrzymałość dobrego Niemca!

Pochylił się w stronę Wilsona, aby krzyknąć mu prosto w twarz.

– Czy słyszysz mnie, ty głupia świnio?!

Osiągnął swój cel. Przestraszył Anglika tak bardzo, że ten w obawie o swoje życie nie odważył się wspomnieć o ultimatum, a tym bardziej wyjąć ten dokument z teczki.

Tłumaczył się potem:

– Kiedy wróciłem do Londynu, wielu członków gabinetu było wściekłych [że nie odczytał ultimatum – B.W.], ale ja nie mogłem zapomnieć atmosfery, w jakiej przebiegała ta rozmowa. Hitler wciąż szalał. (...) Pomyślałem wówczas: „Jeżeli powiem to, co powinienem teraz powiedzieć [tj. poinformuje o ultimatum – B.W.], to może spowodować, że przekroczy on wszelkie granice”.

Hitler patrzył na dyplomatów jak na zwykłych ludzi, mających swoje uprzedzenia, wątpliwości i lęki. Nie interesował go protokół. Dla niego nie byli przedstawicielami innych państw, chronionymi przez immunitet lub zwyczaje międzynarodowe.

Prezydent Czecho-Słowacji Emil Hácha na audiencji u Hitlera (archiwum autora).

W taki sposób osiągnął następny sukces, gdy zdecydował się zająć całe Czechy. Zażądał przyjazdu do Berlina prezydenta Czecho-Słowacji Emila Háchy. Ten 14 marca 1939 roku wysiadł na peronie berlińskiego dworca Anhalter Station o godzinie 22.40, po 6-godzinnej podróży z Pragi. Hitlera nie było na peronie, aby powitać szefa czecho-słowackiego państwa. Oglądał najnowszy film Beznadziejna sprawa (Ein Hoffnungsloser Fall) z udziałem ogromnie popularnej w tym czasie austriackiej aktorki Jenny Jugo. Dopiero po 1.00 w nocy przyjął czeskiego polityka. Dla 67-letniego Háchy, zmęczonego 6-godzinną podróżą kolejową z Pragi, oznaczało to poważny wysiłek. To był początek pastwienia się nad głową czechosłowackiego państwa. Hitler krzyczał, groził, że armia niemiecka jest gotowa do wymarszu i szybko złamie opór na granicy, co „oznaczać będzie całkowite zniszczenie Pragi!”. Do gróźb przyłączył się Hermann Göring, który oczywiście działał według scenariusza ustalonego wspólnie z Hitlerem. Mówił, że na miasto uderzą setki bombowców. Hácha zasłabł. Postawiony na nogi zastrzykami, które zaaplikował mu dr Morel, lekarz Hitlera, o godzinie 3.55 zgodził się podpisać oświadczenie, w którym „oddawał w ręce Führera Rzeszy Niemieckiej los ludności Czech”.

Adolf Hitler wygrał, zanim pierwsze oddziały Wehrmachtu przekroczyły granicę.

Takie sukcesy polityczne w połączeniu z militarnymi zwycięstwami, które następowały do 1939 roku, rozjuszały go. Analizy sztabowców i ich przestrogi, że Wehrmacht nie jest gotowy do wojny, wywoływały furię. Nie wierzył im, gdy ostrzegali go, że jego śmiałe plany są sprzeczne z zasadami sztuki wojennej. Oni poznawali ją w czasie wieloletnich studiów w akademiach wojskowych. On miał jedynie bardzo niewielkie doświadczenia z I wojny światowej, gdy był łącznikiem. To było bez znaczenia, gdyż uważał się za proroka. Generałów widział jako drętwych oficerów, bez polotu i wyobraźni. A nawet bez odwagi.

Nie wierzył ich opracowaniom, w których dowodzili, że przemysł wojenny w Niemczech osiągnął fazę „Breitrüstung”, co można przetłumaczyć jako zbrojenia ogólne, wstępny etap, podczas których na poligonach testuje się nowe typy broni, aby przemysł mógł się przygotować do realizacji nowych projektów. W Niemczech, które ze względu na ograniczenia narzucone przez traktat wersalski nie mogły produkować czołgów, samolotów bojowych, okrętów podwodnych i ciężkiej artylerii, budowa armii, która miała podbić Europę, rozpoczęła się dopiero w 1935 roku, gdy Hitler odrzucił wersalskie zakazy. Cztery lata, które dzieliły ten czas od wybuchu wojny, były zbyt krótkim okresem. Wehrmacht i przemysł zbrojeniowy nie zdążyły przejść do „Tiefrüstung”, zbrojeń głębokich, gdy gospodarka była gotowa do działania w warunkach długiej wojny i ciężkich bitew pochłaniających dużo materiału. W rezultacie we wrześniu 1939 roku trzonem wojsk pancernych były ćwiczebne czołgi PzKpfw I i II, słabo opancerzone i uzbrojone[11]. Zwycięstwo stało się możliwe dzięki fatalnemu planowi obrony przygotowanemu przez polski Sztab Główny i słabości naszych wojsk, głównie pancernych i lotniczych. W tej kampanii Hitler mógł się przekonać o skuteczności doktryny wojny błyskawicznej, która, przewidując samodzielne działania wojsk pancernych i ścisłe współdziałanie z lotnictwem, zaskoczyła później alianckich dowódców. Oni wciąż hołubili w pamięci działania z minionej wojny.

Już podczas kampanii w Polsce we wrześniu 1939 roku okazało się, że niemieckie fabryki amunicji nie nadążają z pokrywaniem frontowego zapotrzebowania. Nie było to groźne, gdyż w poprzednich latach zgromadzono wystarczające zapasy, a kampania trwała względnie krótko; pocisków wystarczyło. Już 13 listopada 1939 roku Dowództwo Wojsk Lądowych zleciło centrali Dynamit-Aktien Gesellschaft (DAG), wielkiemu koncernowi produkującemu amunicję, wybudowanie pod Bydgoszczą DAG Fabrik Bromberg. Nakazywano natychmiastowe rozpoczęcie prac przygotowawczych, zamawianie maszyn i instalacji do produkcji prochu. Pośpiech wydawał się uzasadniony, zważając, że w listopadzie 1939 roku Wehrmacht miał uderzyć na Francję, a jedynie fatalna pogoda, a przede wszystkim mgły utrudniające czy nawet uniemożliwiające działania lotnictwa, nakazały przesunięcie terminu agresji na wiosnę przyszłego roku. Było jednak oczywiste, że wybudowanie wielkiej fabryki na obszarze 23 kilometrów kwadratowych będzie trwało wiele miesięcy. Przejście niemieckiego wojska i gospodarki zbrojeniowej z „Breitrüstung” na „Tiefrüstung”, czyli ze zbrojeń ogólnych na zbrojenia głębokie, opóźniało się, co musiało mieć decydujący wpływ na możliwości prowadzenia wojny. To jednak miało się ujawnić dopiero w 1943 roku.

Wszyscy ludzie Hitlera

Hitler nie dbał o oddanie zarządzania przemysłem zbrojeniowym i dowodzenia wojskiem w ręce najlepszych i najbardziej doświadczonych oficerów. Uznał, że wojna z Polską, a potem wygrana z tak potężnym wrogiem, jak państwa Zachodniej Europy z francuskim mocarstwem na czele, całkowicie potwierdziła jego koncepcje.

Ludzie, których postawił na najwyższych stanowiskach III Rzeszy byli jego druhami z czasów, gdy walczył o władzę. Oni mu zaufali, gdy był biednym kapralem z I wojny światowej, i stanęli przy jego boku: Hermann Göring, Rudolf Hess, Hans Frank, Alfred Rosenberg, Julius Schreck, Ernst Röhm. Bojownicy tacy jak oni oraz ci, którzy wstąpili do partii nazistowskiej, gdy ta jeszcze niewiele znaczyła, mieli za swoją odwagę i wierność otrzymać sutą nagrodę. Żaden z nich nie posiadał przygotowania i doświadczenia koniecznego do sprawowania stanowisk, które Hitler im powierzył, gdy zdobył władzę.

Najważniejszy był Hermann Göring, zaufany druh, którego obsypywał zaszczytami nie tylko już istniejącymi (generał, marszałek), ale i tworzonymi specjalnie dla niego (marszałek Rzeszy).

Göring był przecież dzielnym lotnikiem z czasów I wojny światowej, który zestrzelił 22 samoloty wroga. Nie był to rekordowy wynik, ale po śmierci Manfreda von Richthofena, legendarnego pilota myśliwskiego, który odniósł 80 zwycięstw powietrznych, przejął dowodzenie jego eskadrą[12]. Wydawało się to dziwne, gdyż kilkudziesięciu lotników niemieckich odniosło więcej zwycięstw (od 30 do 60) w powietrznych walkach, jak na przykład Ernst Udet[13], który miał na swoim koncie 60 wygranych powietrznych starć. Ale z nieznanych powodów wybrano lotnika o znacznie uboższym wyniku – Hermanna Göringa.

Hermann Göring w kabinie myśliwca Albatros D.III (archiwum autora).

Po wojnie, gdy zarabiał na życie jako pilot w prywatnej linii lotniczej, poznał kobietę, która stała się wielką miłością jego życia – Carin von Kantzow. To ona pierwsza uwierzyła w nazizm i jego przywódcę Adolfa Hitlera, który był tylko chuliganem związanym z piwiarnianą partyjką, ale jego talent oratorski, pasja, z jaką głosił antysemityzm i nienawiść do traktatu wersalskiego, zyskiwała zwolenników. W 1921 roku było ich tak dużo, że organizatorzy musieli wynająć cyrk Krone, gdzie zebrało się 6 tysięcy ludzi ciekawych przemówienia Hitlera.

Jak Göring trafił do powiększającej się masy zwolenników mężczyzny z wąsikiem? Prawdopodobnie właśnie za sprawą żony, gdy w 1922 roku przenieśli się do Monachium.

Spotkanie z Hitlerem było dość przypadkowe. W niedzielny wieczór w listopadzie 1922 roku wybrał się na wiec na Königsplatz w Monachium, gdzie zebrał się tłum, aby zaprotestować przeciwko postawieniu przed sądem niemieckich generałów odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne, czego żądali alianci. Jeden z mówców wezwał do zbrojnej akcji. Był to Adolf Hitler.

Göring, urzeczony jego wystąpieniem, gdy dowiedział się, że w każdy poniedziałkowy wieczór Hitler przychodzi do małej Café Neumaier na rogu Petersplatz i Viktualien Markt w Monachium, poszedł tam z Carin. Potwierdził swoje pierwsze wrażenie, że ten człowiek zmieni Niemcy, i następnego dnia stawił się w partyjnej siedzibie.

– Zdecydowałem się przystąpić do partii narodowych socjalistów – wspominał Göring. – Była mała, co oznaczało, że wkrótce pojawi się tam wielki człowiek. Apelowała do zawiedzionych weteranów, a to oznaczało, że wkrótce będzie miała siły do przeprowadzenia puczu. Atakowała Wersal [traktat wersalski – B.W.], co tworzyło odpowiedni cel dla weteranów.

– Wspaniale! Bohater wojenny z Pour le Mérite! To wspaniała propaganda! – wykrzyknął Hitler, dowiadując się o nowym członku partii.

Göring pasował do roli dowódcy Sturmabteilung (SA), szturmowych oddziałów nazistowskiej partii. Była to zbieranina łobuzów, kryminalistów i bezrobotnych żołnierzy, którzy mogli poddać się tylko komuś równie brutalnemu jak oni, o silnej ręce i wojennej sławie. Na dowódcę lotnictwa, a tym bardziej przemysłu lotniczego, zupełnie się nie nadawał.

Zyskał przyjaźń Hitlera w najbardziej dramatycznym czasie, gdy w południe 9 listopada 1923 roku ruszyli spod Bürgerbräukeller, aby zdobyć władzę w Monachium, a potem w całych Niemczech. Jak przystało na wojennego bohatera, szedł na czele 3-tysięcznego pochodu, ramię w ramię z Hitlerem i generałem Erichem Ludendorffem.

Byli blisko celu, kilkaset metrów od Ministerstwa Wojny, w miejscu, gdzie wąska Residenzstrasse dochodzi do Odeonsplatz, gdy drogę zagrodził im kordon policji.

Tam rozpoczęła się bezładna strzelanina.

Hitler, jak przystało na żołnierza z frontowym obyciem, słysząc strzały, rzucił się na ziemię. Poczuł ból w prawym ramieniu, co mógł uznać za efekt postrzelenia, ale było to tylko zwichnięcie.

Göring nie miał tyle szczęścia. Pocisk przeszedł przez pachwinę, powodując gwałtowne i obfite krwawienie. Esamani pochwycili swojego dowódcę za ramiona i wyciągnęli spod ognia. Krwawiącego zawlekli do najbliższego domu z tabliczką informującą, że jest tam gabinet lekarski.

Nie było przy nim Carin, gdyż mocno przeziębiona pozostała w domu i czekała zaniepokojona o los męża. Wiedziała już od siostry, że marsz został rozpędzony i padły strzały.

Wieczorem do jej drzwi zastukali esamani wysłani przez rannego. Narzuciła płaszcz na nocną koszulę i w zimną deszczową noc pobiegła do kliniki profesora Ascha, dokąd przeniesiono Göringa i gdzie otrzymał fachową pomoc lekarską.

Carin uratowała ukochanego przed policją, wywożąc go przy pomocy ochroniarza z SA do Garmisch Partenkirchen, a potem, gdy pościg za uciekinierem był coraz bliżej, przemyciła go przez granicę do Austrii.

Nadchodził najtrudniejszy czas. Skromne zapasy finansowe Carin wyczerpały się. Żyli biednie w hotelu, którego właściciel ulitował się, obniżając cenę o 30%. Matka Carin ze Sztokholmu przysyłała paczki żywnościowe. Na nic więcej nie mogli liczyć.

W biedzie dotrwali do października 1927 roku, gdy z okazji 80 urodzin narodowego bohatera, prezydenta Paula von Hindenburga, zwycięzcy spod Tannenbergu, gdzie w 1914 roku jedna niemiecka armia rozgromiła dwie rosyjskie, ogłoszono amnestię dla skazanych za działalność polityczną, w tym oczywiście dla uczestników monachijskiego puczu.

Göring natychmiast wrócił do Niemiec, licząc, że odzyska dawną pozycję przy Hitlerze. Zawiódł się. Nie był już potrzebny. Tym bardziej, że do głosu doszła zła sława morfinisty. Na domiar złego stowarzyszenia pierwszowojennych weteranów utrzymywały, że wcale nie był myśliwskim asem, lecz oszukańczo przypisał sobie zwycięstwa powietrzne, których nie odniósł.

A jednak po pewnym czasie Hitler zmienił podejście do starego druha. Jak to się stało? Nie należy sądzić, że ożyły sentymenty, a tak później Carin relacjonowała swojemu synowi (z pierwszego małżeństwa) tę nieoczekiwaną zmianę. Według niej Hitler zaprosił Göringa na spotkanie do hotelu Sans Souci w Berlinie, gdzie powitał go z otwartymi ramionami.

Bardziej prawdopodobna wydaje się wersja Ernsta „Putziego” Hanfstaengla[14], według której Göring w czasie spotkania w monachijskim mieszkaniu Hitlera zaszantażował go ujawnieniem tajnych źródeł finansowania partii nazistowskiej.

Prawda o nagłej zmianie podejścia Hitlera do dawnego towarzysza walki pozostaje nieznana, ale bez względu na to, gdzie się odbyło spotkanie i jakich argumentów użył Göring, efektem była całkowita zmiana w nastawieniu Hitlera. Przypomniał sobie o wspólnej walce i poświęceniu Göringa. Zapewne uświadomił sobie, że jest to człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, odwadze i politycznej zręczności. A wielu takich w swoim otoczeniu nie miał. Zdecydował o umieszczeniu jego nazwiska na liście wyborczej NSDAP.

Niemcy, bardziej niż partyjni koledzy, pamiętali o jego wojennych zasługach, gdy w majowych wyborach 1928 roku wybierali posłów do parlamentu. Göring jako jeden z dwunastu nazistowskich posłów zasiadł w Reichstagu. Zyskał możliwość odbywania bezpłatnych podróży, dietę poselską, co w jego sytuacji finansowej bardzo się liczyło. Zyskał też immunitet, a nade wszystko wysoką pozycję społeczną. Tak zaczęła się jego droga do ogromnego, do dziś niepoliczonego bogactwa.

Początkowo pieniądze płynęły głównie od niemieckich przemysłowców, którzy zdecydowali się postawić na niego, licząc, że w przyszłości będzie pamiętał o ich datkach. Na pierwszym miejscu uplasował się Friedrich „Fritz” Thyssen, założyciel i szef Vereinigte Stahlwerke AG, koncernu zatrudniającego 250 tysięcy pracowników, produkującego 40% stali i 20% węgla w Niemczech. Po wojnie w czasie procesu denazyfikacyjnego zeznał, że w 1930 roku trzykrotnie przekazał Göringowi kwotę 50 tysięcy marek (tj. po około 200 tysięcy euro w dzisiejszych cenach), a nie była to jedyna darowizna.

Od innego przemysłowca, Franza Neuhausena, na każde urodziny Göring dostawał 14-kilogramową sztabę złota lub srebra. Odwdzięczył się, mianując Neuhausena przedstawicielem ds. planu czteroletniego w okupowanej Jugosławii, a potem, gdy wyszły na jaw oszustwa, które ten popełniał za granicą, chronił go przed poważniejszymi konsekwencjami.

Göring nie bawił się w elegancję w zdobywaniu majątku. Zwykle otwarcie domagał się pieniędzy od ludzi, którym zależało na jego przychylności.

W końcu 1930 roku rozmawiając z Ottonem Wagenerem, finansowym doradcą Hitlera, zażądał 50 tysięcy marek. Powiedział wprost:

– Odnawiam mój dom na Bismarckstrasse, dwa piętra. To odpowiednia siedziba dla mnie, gdzie mogę przyjmować gości i wydawać przyjęcia. Architekci czekają na pieniądze. Na 50 tysięcy marek! A pieniądze nie wpływają!

Natychmiast wpłynęły.

Szef firmy tytoniowej Reemtsma wpłacał milion marek rocznie za doprowadzenie do umorzenia sprawy sądowej, którą rząd wytoczył koncernowi za unikanie płacenia podatków.

Prawdziwe bogactwo zaczęło spływać do kieszeni Göringa wraz z przejęciem władzy przez nazistów w 1933 roku.

Adolf Hitler oddał mu wiele lukratywnych stanowisk, ważnych dla jego wpływów i splendoru: premiera i ministra spraw wewnętrznych Prus[15], ministra lotnictwa, a od 1935 roku także dowódcy lotnictwa wojskowego.

Jako inspektor (minister) lasów i wielki łowczy trzymał w ręku całą gospodarkę leśną, która ze względu na zapotrzebowanie wojska na drewno stała się gałęzią strategiczną. Przy tej okazji zrobił dużo dobrego dla ochrony przyrody. Wprowadził prawa, które obowiązują do dzisiaj: zakaz używania wnyków i sideł, obowiązek uzyskania licencji myśliwego, polowania z psem tropiącym, aby jak najszybciej znaleźć ranne zwierzę, a nawet zakaz palenia papierosów w lesie.

W 1937 roku stanął na czele potężnego koncernu „Reichswerke Hermann Göring”.

Na żadnej z tych dziedzin zupełnie się nie znał. Nawet jego dowodzenie lotnictwem miało wątłe podstawy. Stanowisko dowódcze objął w lipcu 1918 roku, gdy powierzono mu eskadrę Richthofena liczącą 12 samolotów. W dodatku sprawował je tylko przez trzy miesiące. To było jego jedyne doświadczenie. Jako pilot myśliwski nie rozumiał znaczenia lotnictwa bombowego i potrzeby rozbudowy tej formacji. Musiał więc powierzyć to zadanie swoim zastępcom. Równocześnie stawał się zazdrosny o ich kompetencje i obawiał się, że zechcą usunąć go w cień. Dlatego po ich nominowaniu podejmował z nimi walkę, starając się osłabiać ich pozycję, doprowadzając do rywalizacji i kłótni szefów działów Luftwaffe. Jako minister zarządzający przemysłem lotniczym nie miał pojęcia o logistyce, strategii i technologii.

Udało mu się jednak znaleźć odpowiedniego człowieka, który miał cechy i przymioty umysłu, których brakowało szefowi przeciążonemu nadmiarem obowiązków i zamiłowaniem do wystawnego życia.

1 marca 1935 roku, tuż po utworzeniu Luftwaffe, powierzył stanowisko szefa sztabu generałowi Waltherowi Weverowi, choć ten nie służył w lotnictwie w czasie I wojny światowej. Może z tego względu nie miał szczególnego sentymentu do samolotów myśliwskich ani niechęci do lotnictwa bombowego. Miał jednak ogromnie ważną cechę: potrafił myśleć strategicznie. Uważał, że siły powietrzne muszą dysponować bombowcami dalekiego zasięgu, bez których nie da się zniszczyć lotnictwa bombowego wroga ani jego potencjału przemysłowego, koniecznego do prowadzenia wojny. Nie dożył czasu, w którym mógłby znaleźć potwierdzenie swoich poglądów. Zginął 3 czerwca 1936 roku podczas lotu samolotem He 70 Blitz z Drezna do Berlina.

Walther Wever (archiwum autora).

Wznieśli się na niewielką wysokość, gdy zablokowane lotki spowodowały spadek siły nośnej i przeciągnięcie. Samolot gwałtownie zanurkował i runął na ziemię. Wever zginął na miejscu. Niemcy straciły szansę na budowę lotnictwa strategicznego, co kosztowało ich przegraną wojnę.

Nikt z ludzi, którzy po śmierci Wevera kształtowali niemieckie siły powietrzne, nie potrafił patrzeć tak jak on i żaden z nich nie widział potrzeby budowania floty bombowców dalekiego zasięgu o dużym udźwigu. A w tej dziedzinie Niemcy wysunęły się na czoło, wyprzedzając lotnicze potęgi tamtego czasu: Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię.

Wiosną 1935 roku Hermann Göring przyjechał do Dessau, aby wizytować tamtejsze zakłady Junkersa. Prowadzony przez pułkownika Wilhelma Wimmera z Biura Technicznego przez otwarte drzwi hangaru dostrzegł model wielkiego czterosilnikowego samolotu.

– Co to, u diabła, jest? – zapytał zdziwiony i zły, że on, dowódca Luftwaffe, nie wie, co to za samolot.

– Ju 89, Uralbomber – wyjaśnił Wimmer.

Niespodziewanie 29 kwietnia 1937 roku Ministerstwo Lotnictwa nakazało zakładom Junkersa i Dorniera wstrzymanie prac nad nowymi samolotami. Nie podano powodów. Przeciwko tej decyzji usiłował protestować szef Stowarzyszenia Niemieckiego Przemysłu Lotniczego (Präsident des Reichsverbandes der Deutschen Luftfahrt-Industrie), kontradmirał Rudolf Lahs, pisząc do Ministerstwa:

Obydwa typy [Ju 89 i Do 19 – B.W.] mogły być lepsze niż amerykańskie i angielskie bombowce dalekiego zasięgu.

To