Wydawca: Sensacje XX Wieku Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Władcy Ognia - Bogusław Wołoszański

Książka Władcy Ognia odkrywa najważniejszy okres historii powojennego świata, gdy dwa supermocarstwa rozpoczęły wyścig zbrojeń. Stawką było panowanie nad światem.

Tworzyli tę historię szpiedzy wykradający najściślej strzeżone tajemnice atomowych laboratoriów, specjalne zespoły poszukujące naukowców, dokumentów i nuklearnych zapasów w podbitych Niemczech, politycy prowadzący grę, od której zależał los całych narodów.

Dopiero teraz, gdy archiwa ujawniły dokumenty ściśle strzeżone przez dziesiątki lat, możemy zrozumieć najważniejsze wydarzenia XX wieku. Możemy poznać ludzi, którzy je tworzyli, ich prawdziwe zamiary i broń, jaką się posługiwali. To fascynująca historia.

Opinie o ebooku Władcy Ognia - Bogusław Wołoszański

Fragment ebooka Władcy Ognia - Bogusław Wołoszański

Drogi Czytelniku

Wciąż mało znany jest niezwykle ważny okres, gdy największe mocarstwa zerwały wojenny sojusz i rozpoczęły rywalizację o przewodzenie światu. Musiały minąć dziesiątki lat, aby najtajniejsze dokumenty mogły ujrzeć światło dzienne, umożliwiając poznanie pasjonującej gry, jaką wówczas toczyli wielcy tego świata: Stalin, Chruszczow, Truman, Eisenhower i Kennedy. Ich kartami była broń nuklearna. Wydawałoby się, że wszystkie atuty znalazły się w rękach amerykańskich prezydentów. Stany Zjednoczone pierwsze skonstruowały bombę atomową i zademonstrowały światu jej siłę w 1945 roku. Przez cztery lata, do 1949 roku, gdy Związek Radziecki dokonał próbnej eksplozji nuklearnej, niepodzielnie władały najpotężniejszą bronią. A jednak powojenne lata przyniosły sukces graczowi słabszemu: Stalinowi. On nie dał się przestraszyć. Rozumiał, że przez wiele lat bomba atomowa, która przerażała możliwościami destrukcji, będzie miała jedynie moc psychologicznego oddziaływania. Prezydent Stanów Zjednoczonych mógł ją wykorzystać do zastraszenia Japonii, państwa pokonanego, pozbawionego sił koniecznych do dalszego prowadzenia wojny, ale za pomocą kilkudziesięciu bomb atomowych nie mógłby wygrać wojny z państwem o tak licznej armii i potężnym przemyśle, jak Związek Radziecki. Tym bardziej że do końca lat pięćdziesiątych jedynymi nosicielami broni nuklearnej były samoloty. Łatwo mogły one dokonać nalotu na Hiroszimę czy Nagasaki – Japonia nie miała odpowiedniej liczby samolotów myśliwskich, aby zapewnić ochronę swym miastom – lecz dotrzeć do największych radzieckich ośrodków przemysłowych byłoby o wiele trudniej, o ile w ogóle było to możliwe.

Stalin, nie obawiając się amerykańskiej potęgi nuklearnej, osiągnął wszystko, co zamierzał. W ciągu kilku powojennych lat doprowadził do przejęcia przez partie komunistyczne władzy w państwach Europy Środkowej i Południowej. Blokując Berlin, wytworzył zapalną sytuację w Europie, zajmując uwagę demokratycznych mocarstw do tego stopnia, że nie zauważyły one, iż tymczasem w Chinach zwyciężają komuniści. Powstanie Chińskiej Republiki Ludowej było kolejnym wielkim sukcesem Stalina. W tym samym czasie Stany Zjednoczone, ufne w siłę nowej broni, demobilizowały swoje wojska w takim tempie, że już w 1946 roku brakowało marynarzy do obsadzenia wodowanego lotniskowca. Dopiero wieść o pierwszej radzieckiej próbie nuklearnej w 1949 roku i wybuch wojny w Korei przerwały sen o potędze i zmusiły Stany Zjednoczone do przyspieszenia zbrojeń. Kongres uchwalił zwiększenie budżetu obronnego, naukowcy mogli dokończyć prace nad bombą wodorową, zakłady lotnicze przystąpiły do konstruowania rakiet i bombowców strategicznych.

Nikita Chruszczow, który przejął władzę po śmierci Stalina, znalazł się w znacznie trudniejszej sytuacji. Postęp zbrojeń na Zachodzie był tak szybki, że Związek Radziecki, pozornie dorównujący Stanom Zjednoczonym, coraz bardziej pozostawał w tyle. Bombowce strategiczne miały za mały zasięg, aby móc zaatakować amerykańskie cele, były zawodne i było ich za mało. Okręty podwodne z napędem dieslowskim mieściły ledwie po dwie rakiety, i to o zasięgu kilkudziesięciu kilometrów, co sprawiało, że ich wartość bojowa była znikoma. Rakiety balistyczne miały tak duże rozmiary, skomplikowaną budowę i było ich tak niewiele, że nie stanowiły realnego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. A w dodatku naród, skłonny ugiąć się przed Stalinem i zaakceptować biedę pod jego rządami, nie miał zamiaru wybaczać jego następcy pustych sklepów, kolejek po chleb i braku mieszkań. Pieniędzy, które Chruszczow mógł przeznaczyć na zbrojenia było coraz mniej. Do tego przytłaczała go świadomość, że na początku lat sześćdziesiątych Stany Zjednoczone mogą uzyskać ostateczną przewagę, budując lepsze rakiety, o większym zasięgu i celności, doskonalsze bombowce strategiczne, mając ponadto o wiele więcej nuklearnych okrętów podwodnych. Cóż więc mógł zrobić Chruszczow? Nie mógł się poddać. Zdecydował się więc na ryzykowny, wymagający niesłychanego tupetu polityczny blef. Prowadził rozgrywkę z prezydentem Dwightem Eisenhowerem nadzwyczaj zręcznie. Wygrał pierwsze partie z prezydentem Kennedym. Aż w 1962 roku doszło do wielkiej licytacji, która zamieniła się w najostrzejszy kryzys, jaki dotknął świat od końca drugiej wojny światowej. Wydarzenia na Kubie w 1962 roku miały przesądzić o dalszym biegu światowej polityki. Chruszczow przegrał.

Prawdopodobnie stało się to za sprawą jednego szpiega, Olega Pienkowskiego, którego informacje pozwoliły prezydentowi Kennedy’emu prowadzić zwycięską kampanię polityczną i militarną. Wszyscy uczestnicy tej rozgrywki zapłacili za to bardzo wysoką cenę, najwyższą zaś – John Kennedy, zamordowany w listopadzie 1963 roku w Dallas, i Oleg Pienkowski, skazany w maju tego roku na śmierć. Wkrótce Nikita Chruszczow został pozbawiony urzędu. Wielka powojenna gra zakończyła się zwycięstwem Stanów Zjednoczonych. Ale nowi władcy ognia podjęli inną grę.

Część I
Ogień
Beria

Wielka brama pomalowana na bladozielony kolor drgnęła i powoli zaczęła się rozsuwać, odsłaniając krótki wjazd, na którego końcu już otwierała się druga brama. Na podwórzu grupa oficerów w mundurach z amarantowymi wyłogami na kołnierzach stała na baczność, zerkając niepewnie na czarny samochód, który minął bramę i zatrzymał się przed nimi. Jeden z żołnierzy podbiegł, aby otworzyć drzwi przed wysiadającym komisarzem NKWD, Ławrentijem Berią, za którym z wnętrza wynurzył się zwalisty Wiktor Abakumow[1], jego zastępca. Spośród oczekujących oficerów wyłonił się najstarszy stopniem i podszedł sprężyście do wysiadającego Ławrentija Berii.

– Towarzyszu komisarzu, naczelnik więzienia... – zaczął przepisowo, ale przerwał, widząc gest zniecierpliwienia gościa.

– Zapraszam do mojego gabinetu... – zawiesił głos, nie będąc pewny, czy Beria będzie chciał tam pójść. Nie dostrzegając sprzeciwu, dał znać oficerom, aby pozostali na miejscu, gotowi do wezwania, sam zaś usłużnie podążał pół kroku z przodu, aby wskazywać drogę.

Październikowy poranek 1941 roku był zimny i dżdżysty, więc Beria postawił kołnierz płaszcza. Za to Abakumow był w samej bluzie. Ci dwaj ludzie, szef NKWD i jego zastępca całkowicie różnili się od siebie. Beria był niski, szczupły, o wyglądzie urzędnika, zaś Abakumow rosły, krzepki, o nalanej twarzy zawsze okolonej ciemnym zarostem, który pozostawiał ślady nawet po najbardziej starannym goleniu. Obydwaj stanowili parę, która wzbudzała strach nawet w człowieku tak okrutnym, jak naczelnik lefortowskiego więzienia. Kiedy poprzedniego wieczora został poinformowany, że Beria i jego zastępca zamierzają przeprowadzić krótką inspekcję, od razu wiedział, co należy przygotować. Kazał natychmiast opróżnić kilka dodatkowych cel, aby przez pewien czas można było tam przetrzymać zwłoki, zaś z ciężarówek przygotowanych już do przewożenia więźniów polecił usunąć ławki.

W gabinecie naczelnik położył na biurku stertę akt.

– To lista więźniów przewidzianych do ewakuacji, towarzyszu komisarzu. Rozumiem, że wobec konieczności oddania frontowi środków transportu wszystkich nie zdołamy wywieźć, ale chciałbym podkreślić, że jesteśmy przygotowani do wykonania każdego rozkazu... – podał białą tekturową teczkę ozdobioną roślinnym motywem wzdłuż brzegów.

Beria usiadł za biurkiem i zaczął uważnie przeglądać kartki. Na niektórych zaznaczał coś ołówkiem i pokazywał Abakumowowi. Ten zerkał do swojego notesu. Od początku wybuchu wojny z Niemcami odpowiedzialny był za likwidację dowódców wojskowych oskarżonych o tchórzostwo w obliczu wroga, miał więc najlepsze rozeznanie, który z nich nie powinien umknąć sprawiedliwości, a czas był taki, że mogło się to zdarzyć. Wojska niemieckie rozpoczęły ofensywę w stronę Moskwy. 1 października 1941 roku korpus pancerny generała Heinza Guderiana rozerwał radzieckie linie obronne i w ciągu dwóch dni wdarł się w głąb na 170 kilometrów, zdobywając Orzeł. XLVII korpus pancerny postępujący za jednostkami Guderiana zdobył Briańsk. Na północy Panzergruppe IV posuwała się szybko w kierunku Wiaźmy i 7 października miasto zostało zdobyte przez korpus generała Stummego.

Niemcy ogłosili, że w rejonie tych dwóch miast wzięli do niewoli 663 tysiące radzieckich żołnierzy i zdobyli 1242 czołgi oraz 5412 dział.

Moskwa szykuje się do obrony, władza do ewakuacji...

Bez względu na to, czy dane te były prawdziwe[2] , straty wojsk radzieckich na centralnym kierunku były wielkie i wszystko wskazywało, że Niemcy szybko dojdą do Moskwy. Należało więc przygotować ewakuację urzędów centralnych ze stolicy, i to było główne zadanie Ławrentija Berii. Odpowiadał również za ewakuację więzień do Kujbyszewa, ale szybko przekonał się, że z powodu braku ciężarówek i wagonów zadania wykonać nie będzie można. Duża grupa więźniów musiała pozostać w stolicy i gdyby wróg zajął miasto, zyskałaby wolność. Stalin nie wybaczyłby mu tego. Ci, dla których nie starczało miejsca w wagonach, musieli pozostać w Moskwie... martwi.

Beria wiedział, jakie nazwiska powinien wypatrzeć na liście, a gdyby zapomniał, obowiązkiem Abakumowa było odnaleźć je. Na przykład generał Siergiej Kalinin, dowódca 24. armii. Ośmielił się podważyć fachowość służb NKWD. Było to w połowie lipca 1941 roku, gdy Beria otrzymał wiadomość, że w rejonie miasta Biełyj, na prawym skrzydle 24. armii wylądowali niemieccy spadochroniarze. Poinformował natychmiast generała Gieorgija Żukowa, szefa Sztabu Generalnego, aby ten nakazał wojskom podjęcie odpowiednich działań mających na celu zniszczenie wrogiego desantu. Żukow zadzwonił do generała Kalinina, a ten spokojnie stwierdził, że nic nie wie o akcji Niemców. I taką odpowiedź Żukow, nie bez satysfakcji, przekazał komisarzowi NKWD. Beria był wściekły.

– A co to za człowiek, ten Kalinin? – zapytał Żukowa.

– Niewiele o nim wiem – odpowiedział szef Sztabu Generalnego.

– Jeżeli go nie znacie, to dlaczego zgodziliście się na mianowanie go dowódcą armii? – warknął Beria i nie czekając na odpowiedź wyszedł z gabinetu.

Ławrentij Beria

Los Kalinina był przesądzony. Następnego dnia został odwołany i uwięziony, choć istotnie nie mógł wiedzieć o desancie niemieckich oddziałów, gdyż nie miał on miejsca. Generała pod strażą przywieziono do Moskwy, gdzie oczekiwał na proces. Beria nie miał wątpliwości, że ten człowiek powinien zostać rozstrzelany, a nie wywieziony do Kujbyszewa.

Po kilkunastu minutach Beria oddał bez słowa teczkę naczelnikowi. Ten natychmiast ruszył do drzwi, wezwał adiutanta i wydał mu polecenia.

– Wasze rozkazy zostaną wypełnione natychmiast! – zameldował.

– Dobrze – mruknął Beria. Zapalił papierosa.

W gabinecie zapadło milczenie. Dopiero po kilku minutach, gdy w drzwiach ponownie stanął adiutant, meldując, że wszystko gotowe, ruszyli do wyjścia. Przeszli długim korytarzem łączącym budynek administracji z więziennym i zatrzymali się w miejscu, gdzie tuż nad podłogą było niewielkie zakratowane okno. Naczelnik wskazał je ręką. Beria pochylił się, żeby lepiej widzieć.

Pod nim znajdował się niewielki pokój, bez okna, oświetlony silną lampą w metalowym kloszu zwisającą z sufitu. Ściany pomalowane były olejną farbą, a w kamiennej podłodze umieszczona była kratka ściekowa.

Wewnątrz stał mężczyzna w ceratowym fartuchu, długich motocyklowych rękawicach i motocyklowych okularach zsuniętych na czoło. Masywne drewniane drzwi otworzyły się i dwaj enkawudziści wprowadzili nagiego mężczyznę. Ręce wykręcili mu do tyłu tak, że szedł pochylony, niezdolny stawić oporu. Podprowadzili go nad kratkę i wciąż trzymając, odwrócili głowy. Mężczyzna w fartuchu zsunął okulary na oczy i podszedł z tyłu do więźnia. Uniósł pistolet i przykładając lufę do głowy skazanego, nacisnął spust. Ten bezwładnie osunął się na podłogę. Oprawca przetarł rękawicą okulary opryskane krwią. Patrzył przez chwilę na ciało, jakby oczekując na oznaki życia, ale pocisk dobrze wymierzony, błyskawicznie uśmiercił skazańca.

Żołnierze podnieśli ciało i wywlekli je do drugiej celi. Wrócili po chwili i wyszli na korytarz, zapewne aby wprowadzić następnego skazańca.

Beria zgasił papierosa.

– Dobrze, dobrze – pochwalił naczelnika i skierował się do wyjścia.

Scena egzekucji zrobiła na nim jak najlepsze wrażenie. Była bardzo sprawnie przeprowadzona, strzał był celny. Żadnej niepotrzebnej szarpaniny, błagania o darowanie życia, dobijania rannego.

Beria potrafił to docenić. W latach dwudziestych często uczestniczył w masowych egzekucjach w Gruzji. Był to krytyczny okres w jego karierze. Stalin oczekiwał, że Beria, ówczesny szef lokalnej policji politycznej WCzeKa[3], zaprowadzi porządek w kraju, z oporem poddającym się bolszewizacji. I nie zawiódł się. Beria swoją gorliwość posunął tak daleko, że osobiście torturował więźniów, którzy nie chcieli przyznać się do działań antyradzieckich, i nadzorował egzekucje. A nieraz się zdarzało, że pijani egzekutorzy niecelnie strzelali i ofiary padały na ziemię ledwo muśnięte pociskiem z naganta[4], który zamiast rozłupać czaszkę, ledwo prześlizgnął się po włosach albo zranił szyję. Wyjmował wówczas z drewnianej kabury swojego mausera[5], nieco ciężkiego, ale niezawodnego, takiego co przystoi rewolucjoniście. Podchodził do dołu, gdzie wpadali skazani i strzelał do tych, którzy dawali jeszcze znaki życia. Bywało, że sam szedł wzdłuż szpaleru nagich ludzi ustawionych nad brzegiem masowego grobu i zabijał ich. Nie czuł wyrzutów sumienia. To była rewolucja, a on był rewolucjonistą.

Beria i Abakumow wsiedli szybko do samochodu i żegnani przez salutującego naczelnika i jego podkomendnych szybko wyjechali za bramę. Zapowiadał się ciężki dzień, musieli więc jak najszybciej dotrzeć do nowej siedziby. Od czasu rozpoczęcia przez wojska niemieckie ofensywy na Moskwę Beria, który urzędował w przestronnym gabinecie w więzieniu na Łubiance, przeniósł się do piwnic na ulicy Dzierżyńskiego 2. Nie był to równie luksusowy lokal, ale lepiej chronił przed skutkami bombardowań, a niebezpieczeństwo nalotów zwiększało się, w miarę jak wojska niemieckie zbliżały się do Moskwy.

Od razu zabrał się do porządkowania dokumentów. Zawsze dbał o idealny porządek w papierach. Uważał to za podstawę sukcesu każdego przedsięwzięcia. A na początku października liczba spraw, jakie trafiały do jego rąk, zdawała się przekraczać ludzkie możliwości. Kreml powoli ogarniała fala paniki, którą potęgowały decyzje o przygotowaniach do ewakuacji miasta: urzędów centralnych, archiwów i muzeów, fabryk i więźniów. To, czego nie udałoby się wywieźć, nie mogło wpaść w ręce wroga. Należało więc zniszczyć obiekty pozostawiane przez odstępujących na wschód obrońców Moskwy. To zadanie również należało do Berii. Jemu Stalin zlecił przygotowanie planu i nadzór nad zaminowaniem rządowych gmachów, mostów, najważniejszych obiektów, takich jak poczta, budynki radia, telekomunikacja, dworce kolejowe, parowozownie, warsztaty naprawcze.

Wykonał to nadzwyczaj skrupulatnie. Pozostało mu tylko oczekiwać na rozkaz, który nadszedłby od Stalina, a który on przekazałby saperom NKWD.

Tamtego październikowego dnia, gdy przeglądał dokumenty, zwrócił uwagę na raport podpisany przez pułkownika Potapowa. To był sumienny i doświadczony oficer wywiadu. Raport, który przygotował, powstał na podstawie meldunków nadesłanych przez „Wadima”, szefa placówki radzieckiego wywiadu w Londynie. Pod tym pseudonimem krył się Anatolij Wiemianowicz Gorski. Beria nie miał o nim wysokiego mniemania. Pracował w Londynie już w latach trzydziestych, dając się poznać jako człowiek nadzwyczaj ostrożny, bez wyobraźni i odwagi, koniecznych w tym zawodzie. W końcu 1939 roku szefowie NKWD stracili zaufanie do londyńskiej ekspozytury i tamtejszych agentów, odwołali więc do Moskwy wszystkich oficerów wywiadu. Przerwa w funkcjonowaniu brytyjskiej siatki nie trwała jednak długo i Gorski powrócił do Londynu w lutym 1940 roku, gdy Centrala uznała, że wycofanie się z Wielkiej Brytanii było błędem. Odtworzył siatkę wywiadowczą, która zaczęła odnosić coraz większe sukcesy w penetrowaniu tajemnic rządu brytyjskiego. Nie było to bynajmniej jego zasługą, lecz jego poprzedników, którzy w połowie lat trzydziestych zwerbowali kilku absolwentów elitarnych wyższych szkół w Cambridge. Werbownicy z NKWD nie dotrwali do czasu, gdyby mogli zbierać owoce swojej pracy, gdyż w latach 1937–1938 zostali odwołani do Moskwy i rozstrzelani. W tym czasie ludzie, których namówili do współpracy z radzieckim wywiadem, doszli do wysokich stanowisk rządowych i stali się nadzwyczaj cennymi informatorami. Jednym z nich był John Cairncross[6], pseudonim „Liść”. We wrześniu 1940 roku objął stanowisko sekretarza lorda Hankeya[7], nadzorującego pracę tajnych służb, a także przewodniczącego kilku komitetom rządowym. Z tego powodu na jego biurko trafiały najtajniejsze materiały rządu brytyjskiego. Oczywiście przechodziły przez ręce „Liścia”, który z zapałem kopiował je i dostarczał Gorskiemu tak często i w takich ilościach, że radziecki rezydent narzekał, iż nie ma czasu ich przejrzeć. W ten sposób lord Hankey stał się tak ważnym źródłem informacji dla radzieckiego wywiadu, że nadano mu pseudonim „Boss”, o czym oczywiście nie wiedział.

Przed Berią leżał raport opracowany na podstawie materiałów dostarczonych przez „Liścia”, który dotarł do stenogramu narady Komitetu Uranowego, która, pod przewodnictwem „Bossa”, odbyła się w Londynie 16 września 1941 roku.

Beria czytał:

„Bomba uranowa może zostać skonstruowana w ciągu dwóch lat, zwłaszcza jeżeli Imperial Chemical Industries[8] zostanie zobowiązane do wyprodukowania tej broni w trybie pilnym. (...) Szefowie Sztabów w czasie narady 20 września 1941 roku podjęli decyzję o bezzwłocznym rozpoczęciu budowy w Brytanii zakładów, które wyprodukują bombę uranową”.

Na kolejnej kartce pułkownik Potapow zawarł omówienie kilku innych raportów nadesłanych przez „Wadima”. W pierwszych dniach października powiadomił, że „Wadim” informuje o zdobytym przez „Liścia” raporcie Komitetu Uranowego, który był dyskutowany na posiedzeniu gabinetu wojennego 21 września.

Józef Stalin i lord Beaverbrook

Czy „Liść” nie został wprowadzony w błąd przez brytyjskie tajne służby, które za pośrednictwem „Bossa” podsunęły mu sfałszowane stenogramy? Zawsze należało się liczyć z taką możliwością, choć Gorski oceniał wiarygodność tych raportów jako bardzo wysoką. Rząd brytyjski był wrogo nastawiony wobec Związku Radzieckiego, zaś sojusz, jaki obydwa państwa zawarły na początku października tego roku, był tymczasowy. Premierowi Churchillowi zależało na tym, aby z Niemcami walczyli i ginęli żołnierze radzieccy, a nie brytyjscy. Gotów więc był wspierać ich walkę, ale wiedział, że po wspólnym zwycięstwie obydwa sojusznicze państwa powrócą do dawnej wrogości. Musiał więc zapobiegać wzrostowi radzieckiej potęgi, a mógł to uczynić, podsuwając fałszywe informacje o pracach nad nową bronią o niezwykłej sile niszczenia. Jak łatwo było przewidzieć, zmusiłoby to Związek Radziecki do podjęcia badań i wydawania miliardów na cel, który mógłby zostać osiągnięty za dziesiątki lat.

Jeżeli jednak informacje agentów były prawdziwe i rzeczywiście Wielka Brytania przystępowała do tworzenia nowej broni, to zlekceważenie tej sprawy mogło mieć nieobliczalne konsekwencje w niedalekiej przyszłości.

Beria podkreślił czerwonym ołówkiem ostatnie zdanie:

„Donoszą, że wybuch bomby uranowej może nie tylko dokonać straszliwej destrukcji, ale sprawić też, że powietrze w rejonie eksplozji zostanie nasycone cząsteczkami radioaktywnymi zdolnymi zniszczyć wszystko, co żyje”.

Beria złożył teczkę z raportami. Musiał rozważyć, czy przedstawić tę sprawę Stalinowi, bez którego decyzji nie mógł myśleć o jakimkolwiek działaniu. Czy jednak mógł iść do Stalina i referować fantastyczne projekty brytyjskich uczonych, kiedy Niemcy właśnie zbliżali się do Moskwy? Uznał, że jednak powinien podjąć to ryzyko, choć nie spodziewał się, aby materiały, które leżały przed nim na biurku, mogły przekonać Stalina.

Sygnał

– Co jeszcze? – Stalin spojrzał na Ławrentija Berię, który już wstał z fotela przed biurkiem i nie mógł się zdecydować, czy wyjść.

– No, mów... – Stalin dostrzegł jego niezdecydowanie. Wskazał na fotel, jakby chcąc zachęcić szefa NKWD nie tylko do ponownego zajęcia tam miejsca, ale odrzucenia zastrzeżeń, które utrudniały mu wyjawienie sprawy.

– Koba – Beria rozpoczął zwracając się do Stalina poufale, co wskazywało, że chce nieformalnie przedstawić problem. – W ciągu ostatnich dni otrzymałem dwa raporty od naszego rezydenta z Londynu – mówił z wahaniem. – Są na tyle ciekawe, że postanowiłem poinformować cię o nich. – Wydobył z teczki kartki, ale nie położył ich na biurku przed Stalinem, jak zwykł to czynić z innymi dokumentami. – Zostały sporządzone na podstawie doniesień jednego z naszych najlepszych agentów, który dotarł do stenogramów z posiedzeń angielskiego rządu. Omawiano sprawę budowy bomby uranowej. Jest to nowa broń o niezwykłej sile niszczącej... – zawiesił głos.

Stalin machnął ręką.

– Wiem, słyszałem. Na razie mamy inne zmartwienia. To wszystko?

Beria skinął głową, zebrał papiery do teczki i czekał chwilę na pozwolenie odejścia, ale Stalin nie zwracał już na niego uwagi. Beria jeszcze raz skinął głową, odwrócił się i wyszedł.

Stalin stał długo przy oknie. Moskwa była zaciemniona, wszystkie światła uliczne wygaszono, a okna domów szczelnie zasłonięto. Nieliczne samochody, znajdujące się jeszcze po północy na ulicach, poruszały się z reflektorami osłoniętymi blaszanymi tarczami z wąskimi szparami, dającymi tak niewiele światła, że kierowcy jechali niemal na oślep. Syreny ostrzegające przed nalotem niemieckich samolotów mogły zawyć w każdej chwili. Cofnąć się, czy podjąć walkę o stolicę? To było pytanie, na które musiał odpowiedzieć w ciągu kilku najbliższych dni.

W tym krytycznym czasie jedyną pociechą wydawała się myśl o wizycie delegacji amerykańskiej i brytyjskiej, które przybyły do Moskwy 29 września. Przewodniczyli im lord Beaverbrook[9], wysłannik premiera Churchilla i reprezentujący prezydenta Stanów Zjednoczonych, Averell Harriman[10], ludzie, którzy, choć nie piastowali wysokich stanowisk, mieli duże wpływy w swoich państwach. Po trzydniowych negocjacjach podpisano porozumienia umożliwiające Związkowi Radzieckiemu skorzystanie z amerykańskiej pożyczki wojennej Lend-Lease i przewidujące na początek dostawę 150 artykułów, od jeepów, czołgów i samolotów po buty i medykamenty. Udział Związku Radzieckiego w dostawach Lend-Lease oceniono wstępnie na miliard dolarów.

Dostawy najbardziej potrzebnych materiałów miały się zacząć lada tydzień, ale Stalin wiedział, że minie wiele miesięcy, zanim do jego państwa dotrze tyle czołgów, samolotów, prochu, materiałów chemicznych, że będzie to cokolwiek znaczyć w dostawach dla frontu. Tymczasem rodzima produkcja gwałtownie załamywała się, co wiązało się z koniecznością rozmontowania i ewakuowania setek fabryk poza zasięg niemieckich bombowców. Nadchodził decydujący okres wojny, a położenie Armii Czerwonej było coraz gorsze. Mógł się tylko pocieszać, że straty Wehrmachtu były też duże, linie komunikacyjne coraz dłuższe, a jesienne deszcze i nadchodząca surowa rosyjska zima coraz bardziej spowalniały postępy wroga.

Towarzysz Oppenheimer

Był późny grudniowy wieczór 1941 roku, gdy dwaj mężczyźni wyszli z restauracji przy 3 Avenue w Nowym Jorku. Wyglądali na dobrych znajomych, którzy spotkali się niespodzianie na ulicy i wstąpili do lokalu, aby przypomnieć sobie stare czasy. Jednym z mężczyzn był Robert Oppenheimer[11]. I nie byłoby nic podejrzanego w tym, że spędził on wieczór w towarzystwie starego znajomego, gdyby nie fakt, że tym znajomym był agent radzieckiego wywiadu Gregory Cheifetz.

Robert Oppenheimer

Kariera Cheifetza była długa, a powiązania nadzwyczaj interesujące. Był sekretarzem Nadieżdy Krupskiej, wdowy po Leninie. Działał aktywnie w Kominternie, organizacji powołanej do życia w Moskwie w 1919 roku, aby kontrolować międzynarodowy ruch komunistyczny. W latach trzydziestych został wysłany jako dyplomata do Niemiec, a następnie Włoch, gdzie pełniąc funkcję zastępcy rezydenta wywiadu, starał się nawiązać kontakty z włoskimi naukowcami. Do Stanów Zjednoczonych przyjechał w 1938 roku pod nazwiskiem Brown, jako wicekonsul, z poleceniem zbierania informacji o działalności amerykańskich trockistów. Było to jednak rutynowe zadanie, które zlecano każdemu z pracowników radzieckich tajnych służb, co wynikało z obsesyjnej nienawiści Józefa Stalina wobec Lwa Trockiego[12], dawnego rywala do władzy, wypędzonego ze Związku Radzieckiego i zamordowanego przez radzieckiego agenta w Meksyku 20 sierpnia 1940 roku.

Cheifetz, błyskotliwy, biegle władający francuskim, włoskim, niemieckim i angielskim szybko zdobył wielu wpływowych przyjaciół, którzy umożliwili mu poznanie ludzi interesujących radziecki wywiad. W ten sposób dotarł do Oppenheimera, którego spotkał 6 grudnia 1941 roku na przyjęciu zorganizowanym przez komitet zbierający pieniądze dla ofiar hiszpańskiej wojny domowej. Niewykluczone, że kominternowska przeszłość Cheifetza zrobiła najlepsze wrażenie na amerykańskim naukowcu, znanym z lewicowych sympatii i powiązań z działaczami komunistycznymi. Spotkali się jeszcze dwa razy, zanim Oppenheimer przyjął zaproszenie na kolację w nowojorskiej restauracji. W czasie tego spotkania Oppenheimer wyjawił, co stało się w Białym Domu 11 października 1939 roku.

Do Owalnego Gabinetu przyszedł wówczas Aleksander Sachs, przemysłowiec i doradca prezydenta. Franklin D. Roosevelt cenił przenikliwość jego umysłu, świetną znajomość międzynarodowego rynku i celne prognozy finansowe. Tamtego dnia, 11 października, Sachs przybył w zupełnie innym charakterze. Zaufanie, jakim darzył go prezydent, miało jedynie zagwarantować, że sprawa, którą miał zreferować, nie zostanie zlekceważona.

Sachs przyniósł list podpisany przez słynnego uczonego, Alberta Einsteina. W istocie autorem był inny uczony, Leo Szilard[13], ale ponieważ jego nazwisko nic nie mówiło prezydentowi, Einstein zgodził się użyczyć dla podkreślenia znaczenia sprawy swojego autorytetu. Chodziło o ostrzeżenie prezydenta, że niemieccy naukowcy podjęli badania nad skonstruowaniem bomby nuklearnej.

W czasie pierwszego spotkania, gdy Sachs odczytał list, wydawało się, że misja zakończy się fiaskiem. Prezydent wyglądał na znudzonego i można było odnieść wrażenie, że nie zrozumiał wagi listu uczonych. Sachsowi udało się jednak uzyskać zaproszenie na śniadanie w następnym dniu.

Prezydent Franklin D. Roosevelt

– Cóż to za wspaniały pomysł przynosi pan dzisiaj? – zapytał Roosevelt swego doradcę, gdy ten wszedł do jadalni. – Ile czasu potrzebuje pan, aby mi to wyjaśnić?

Nietrudno było wyczuć w tym pytaniu ironię, ale Sachs nie dał się zbić z tropu.

– Niewiele, właściwie chciałbym opowiedzieć panu, panie prezydencie, anegdotę.

Już wtedy, widząc zainteresowanie na twarzy prezydenta, poczuł, że wybrał właściwą drogę.

– W czasie wojen napoleońskich pewien młody wynalazca nazwiskiem Fulton zgłosił się do cesarza Francuzów z projektem wybudowania floty statków parowych, na których Napoleon mógłby wylądować w Anglii bez względu na pogodę i wiatr. Cesarzowi wydało się to jednak tak mało prawdopodobne, że odprawił Fultona. Zdaniem angielskiego historyka lorda Actona, krótkowzroczność przeciwnika ocaliła wówczas Anglię.

Roosevelt nic nie odpowiedział. Przywołał kelnera i wydał mu jakieś polecenie. Ten wrócił po chwili z pakunkiem i na polecenie prezydenta ostrożnie odwinął papier. W zawiniątku była butelka koniaku z czasów napoleońskich.

Toast, który wznieśli, był potwierdzeniem sukcesu misji Aleksandra Sachsa. Tym bardziej że chwilę później prezydent wezwał swojego sekretarza, „Pa” Watsona, i przekazując mu list przyniesiony przez Sachsa, powiedział:

– To tutaj oznacza, że trzeba działać!

W jakim stopniu Oppenheimer znał przebieg wizyty Sachsa u prezydenta? Zapewne wiedział tylko, że amerykańskim naukowcom udało się zainteresować prezydenta możliwościami stworzenia nowej broni. Bez względu na to, co zdradził Cheifetzowi, miało to charakter plotki z Białego Domu, z której niewiele wynikało.

Cóż więcej mógł ujawnić amerykański naukowiec? Okazuje się, że wiele. W listopadzie 1939 roku Oppenheimer wziął udział w dwudniowej sesji specjalnej komisji Amerykańskiej Akademii Nauk, w czasie której szczegółowo omawiano możliwości budowy bomby atomowej. Informacje o przebiegu sesji i postulatach uczonych były ogromnie ważne dla wywiadu radzieckiego. 6 grudnia 1939 roku rząd amerykański zdecydował się finansować program badań nad nową bronią.

Oppenheimer oddawał usługi radzieckiemu wywiadowi z chęcią i naiwnością, jakiej nie można się było spodziewać po wybitnym naukowcu. Bez wątpienia zaważyły na tym jego lewicowe poglądy. Od dawna był sympatykiem ideologii komunistycznej i choć nigdy do partii komunistycznej nie wstąpił, wspierał ją finansowo. W latach trzydziestych mówiło się o jego romansie z Jane Tatlock, żarliwą komunistką. Kontakty z nią zerwał po ślubie z Katherine „Kitty” Puening w listopadzie 1940 roku, ale jego żona też była członkinią partii komunistycznej. Ponadto jej pierwszy mąż, Joe Dallet, działał aktywnie w tej partii. W 1936 roku wyjechał do Hiszpanii, aby walczyć w brygadzie im. Abrahama Lincolna w obronie władz republikańskich. Rok później jego śladem pojechała „Kitty”. Nie jest jasne, czy chciała tylko odwiedzić męża, czy walczyć z nim ramię w ramię. Nie spotkała go już. Najbliższy przyjaciel, Steve Nelson, poinformował ją, że Joe zginął w czasie walk o Madryt. Powróciła do Stanów, gdzie wkrótce odnalazł ją Steve. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Mesarosh. Od 1925 roku należał do amerykańskiej partii komunistycznej. Na początku lat trzydziestych wyjechał do Związku Radzieckiego. Tam rozpoczął studia w Instytucie Lenina, uczelni bardzo energicznie penetrowanej przez radzieckie tajne służby, które wśród studentów z całego świata wyszukiwały kandydatów na agentów. Bez wątpienia Steve wówczas podjął współpracę z wywiadem radzieckim, o czym świadczyły późniejsze meldunki FBI[14].

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych zamieszkał w Berkeley, w Kalifornii. Znowu był bliski „Kitty” Oppenheimer, której mąż wykładał na miejscowym University of California i pracował w Laboratorium Promieniowania, gdzie badano możliwości oddzielenia uranu 235, w którym może dojść do reakcji łańcuchowej, od nierozszczepialnego uranu 238. Sieć wywiadowcza zaciskała się wokół Oppenheimera, choć w 1941 i na początku 1942 roku nie mógł być tak ważnym źródłem informacji, jak w następnych latach. Jednakże wywiad jest cierpliwy. Największym sukcesem szpiega jest wytypowanie ludzi, którzy w przyszłości mogą zająć ważne stanowiska, i utrzymywanie z nimi kontaktu, nawet jeżeli początkowo wydają się zupełnie nieprzydatni. Cheifetz i Nelson dokonali tego, choć na pełny sukces musieli poczekać jeszcze wiele miesięcy. Na początku 1942 roku najważniejszy informator radzieckiego wywiadu był nie w Stanach Zjednoczonych, lecz w Wielkiej Brytanii.

Szpiedzy i naukowcy

Klaus Fuchs[15] rozejrzał się bacznie, ale hall wejściowy do stacji metra Warren Street w Londynie był pusty o tej porze dnia, i nic nie mogło wzbudzić jego niepokoju. Wsiadł do windy zwożącej pasażerów na peron. Za nim weszła kobieta tuląca rozpłakane dziecko. Nie wyglądała na śledzącą go agentkę kontrwywiadu, więc skupił uwagę na plakacie reklamującym nowy szampon, dzięki któremu włosy miały zachowywać puszystość nawet pod hełmem. Spóźnił się o dobre kilkanaście minut, ale nie było w tym jego winy, gdyż wozy strażackie gaszące pożar w zbombardowanym budynku zatarasowały wjazd w Tottenham Court Road i musiał przejść kawał drogi, aby dojść do stacji.

Dr Klaus Fuchs

Gdy tylko winda zatrzymała się, kobieta poszła przodem w stronę drugiego peronu, co już ostatecznie rozwiało podejrzenia Fuchsa. Usiadł na ławce i wyciągnął gazetę z kieszeni. Przeglądał ją pobieżnie, co chwila zerkając na zegarek, zastanawiając się, czy dojdzie do spotkania. Bardzo go to niepokoiło, gdyż rozminięcie się z agentem, któremu miał przekazać dokumenty, oznaczało, że trefne papiery pozostaną u niego przez wiele dni, aż do następnego spotkania. Instrukcja, jaką otrzymał od radzieckich towarzyszy, nakazywała w takiej sytuacji pozbyć się kompromitujących dokumentów, ale ich zdobycie kosztowało go zbyt wiele pracy, aby mógł je zniszczyć. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy zauważył, jak na schodach pojawił się „Aleksander”. Podszedł do ławki Fuchsa i usiadł obok.

– Witajcie – powiedział cicho. – Jakieś trudności? Spóźniliście się...

– Bombardowania – lakonicznie wyjaśnił Fuchs.– W gazecie jest ważny raport.

Odwrócił tytułową stronę, aby „Aleksander” mógł dostrzec kartki, które włożył do gazety.

– Kiedy spotkamy się ponownie? – zapytał Fuchs, składając gazetę i kładąc ją obok siebie na ławce.

– Mam dla was ważną informację – „Aleksander” nie odpowiedział na jego pytanie. – Wasze przyjazdy do Londynu mogą wzbudzić podejrzenie.

– Mówię, że jeżdżę do lekarza – Fuchs usiłował rozwiać niepokój „Aleksandra”, ten jednak zdawał się nie słyszeć wyjaśnienia.

– Będziecie się kontaktowali z „Sonią”. To piękna kobieta i zaufana towarzyszka. Siostra towarzysza Kuczynskiego. Mieszka blisko was. Odezwie się... – przerwał i niespokojnie rozejrzał się po peronie. – Za długo rozmawiamy. Idźcie już. Bywajcie.

Fuchsa nie zdziwiło jego zachowanie. „Aleksander” zawsze był bardzo ostrożny. Do tego stopnia, że ich pierwsze spotkania odbywały się w gmachu ambasady radzieckiej. Kiedy zaś musiał wyruszyć poza bezpieczny teren radzieckiej placówki, podróżował kilkoma taksówkami, a na dodatek przesiadał się do autobusów, aby zmylić śledzących.

Fuchs wstał z ławki i podszedł do brzegu peronu, jakby chciał sprawdzić, czy nadjeżdża pociąg. Poczuł na twarzy uderzenie powietrza, nieomylny znak, że pociąg był już blisko. Cofnął się o krok i zerknął na „Aleksandra”. Ten sięgnął po gazetę, co nikomu nie mogło wydać się podejrzane: ot, jeden pasażer pozostawił na ławce niepotrzebną już gazetę, drugi wziął ją do przeczytania. Było to całkowicie naturalne w londyńskim metrze.

Po chwili Fuchs wsiadł do pociągu, patrząc jeszcze przez szybę, jak „Aleksander” przegląda jego gazetę.

Spotkali się po raz pierwszy kilka miesięcy wcześniej, w połowie 1941 roku. Siedzieli na ławce w Hyde Parku, gdy „Aleksander” powiedział:

– Towarzysz Kuczynski dobrze was opisał, doktorze Fuchs. Nie miałem żadnych trudności z rozpoznaniem was. Nazywajcie mnie „Aleksander”, ale jak się domyślacie, jest to mój pseudonim. I dla was i dla mnie będzie lepiej, jeżeli nie będziecie znali mojego prawdziwego nazwiska.

Fuchs był wyraźnie speszony i podenerwowany sytuacją, w jakiej się znalazł. Było to pierwsze w jego życiu spotkanie z oficerem wywiadu. Nigdy nie przypuszczał, że on, naukowiec, kiedyś zostanie szpiegiem, ale traktował to jako szczególne oddanie nauce i idei.

Był komunistą, żarliwym, do głębi przekonanym, że ta ideologia zapewni światu szczęśliwą przyszłość. Urodzony w 1911 roku w Rüsselsheim, na południe od Frankfurtu, po samobójstwie matki i siostry był wychowywany przez ojca. W 1930 roku, na studiach na uniwersytecie w Lipsku wstąpił do partii socjalistycznej, ale niedługo pozostał w jej szeregach. Zniechęciła go decyzja władz partii o udzieleniu poparcia prezydentowi Hindenburgowi[16], który dla Fuchsa był opoką niemieckiego imperializmu. Porzucił socjalistów i wstąpił do partii komunistycznej. Był rok 1933. W Niemczech władzę z nadania prezydenta Hindenburga przejął Adolf Hitler. Nazistowski terror zagrażał Fuchsowi szczególnie, gdyż był on komunistą i Żydem. Dlatego w lipcu 1933 roku zdecydował się emigrować z Niemiec. Wyjechał do Paryża, ale pozostał tam krótko. Przyjaciele umożliwili mu wyjazd do Wielkiej Brytanii.

Za nim, aktywnym działaczem komunistycznym, postępowała zemsta nazistów, starających się nie tracić z oka uchodźców, którzy mogli być dla nich groźni lub przydatni. Niemiecki konsul w Londynie powiadomił brytyjską policję, że Fuchs jest komunistą. Jednakże ta informacja nie zrobiła na angielskich urzędnikach z Home Office (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) większego wrażenia: ostatecznie chodziło o 22-letniego studenta, jednego z wielu politycznych imigrantów, a żydowska rodzina, u której zamieszkał, wystawiła mu jak najlepszą opinię.

W 1937 roku Fuchs ukończył studia na wydziale fizyki uniwersytetu w Bristolu, a znakomite wyniki, jakie osiągnął, sprawiły, że otrzymał stypendium uniwersytetu w Edynburgu, gdzie natychmiast udał się, aby pracować pod kierunkiem znanego naukowca, profesora Maksa Borna[17].

17 lipca 1939 roku Fuchs wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa brytyjskiego, ale zanim otrzymał odpowiedź, wybuchła wojna i, podobnie jak tysiące Niemców zamieszkujących Wielką Brytanię, musiał pojechać do obozu internowanych na Isle of Man, a potem do Sherbrook w Quebek, w Kanadzie. Pozostawił jednak w Wielkiej Brytanii wielu przyjaciół, w tym profesora Borna, którzy zaczęli energicznie zabiegać o jego zwolnienie.

W styczniu 1941 roku powrócił do Szkocji i podjął pracę na uniwersytecie w Edynburgu, ale nie na długo. Znakomite wyniki sprawiły, że zwrócił na niego uwagę profesor Rudolf Peierls z uniwersytetu w Birmingham i zaproponował zdolnemu fizykowi tak dobre warunki, że ten już w maju 1941 roku przeniósł się do nowej placówki, gdzie z pełnym oddaniem włączył się do pracy nad skonstruowaniem bomby atomowej, które to przedsięwzięcie oznaczono w Wielkiej Brytanii kryptonimem „Tube Alloys”. Oczywiście włączenie do tajnego projektu nowego pracownika poprzedzone było sprawdzeniem go przez kontrwywiad MI5, ale z nieznanych powodów nie odnaleziono donosu napisanego przez niemieckiego konsula. Nie odkryto również, że angielscy Żydzi, którzy w 1934 roku zaprosili Fuchsa, umożliwili mu zadomowienie się w Anglii i wystawili najlepsze referencje, byli komunistami, a ponadto pozostawali na usługach radzieckiego wywiadu. MI5 nie zwrócił też uwagi na aktywną działalność Fuchsa w brytyjskim Towarzystwie Współpracy Kulturalnej ze Związkiem Radzieckim. Jego kartoteka pozostawała czysta, co bardzo ułatwiło mu dostęp do największych tajemnic Wielkiej Brytanii, a potem Stanów Zjednoczonych.

Fuchs, gdy zorientował się, jaki jest cel badań brytyjskich fizyków, postanowił powiadomić o nim radziecki wywiad. Nie miał oczywiście pojęcia, jak dotrzeć do szpiegów z NKWD, ale słusznie uznał, że wie to Jürgen Kuczynski[18], sekretarz Niemieckiej Partii Komunistycznej, działającej nielegalnie na emigracji w Wielkiej Brytanii. Nie pomylił się. On skontaktował go z oficerem radzieckiego wywiadu wojskowego rezydującym w ambasadzie ZSRR w Londynie, Szymonem Dawidowiczem Kremerem, używającym pseudonimu „Aleksander”.

Był sekretarzem attaché wojskowego ambasady radzieckiej w Londynie, a wywiad wojskowy GRU[19] zlecił mu utrzymywanie kontaktów z grupami komunistów działających w brytyjskich wyższych uczelniach i instytutach, w których mogły być prowadzone prace o charakterze wojskowym.

W czasie pierwszego spotkania Fuchs przekazał „Aleksandrowi” notatki na temat brytyjskich planów zbudowania bomby atomowej. Był zdziwiony, że nie zrobiło to większego wrażenia. Co dziwniejsze, radziecki oficer niechętnie widywał się z Fuchsem, któremu nadał pseudonim „Charles”. Aż do marcowego dnia, gdy spotkali się na stacji londyńskiego metra. Fuchs przekazał raport na temat pracy, którą od kilku tygodni wykonywał wspólnie z prof. Peierlsem. Polegała ona na ocenie na podstawie publikacji w niemieckiej prasie fachowej i raportów wywiadu stopnia zainteresowania władz niemieckich nową bronią. Analiza, jaką przeprowadzili, wykazała, że Niemcy nie interesują się nadmiernie tym zagadnieniem, i takie wnioski Klaus zawarł na kartkach, które przekazał „Aleksandrowi”.

Odjeżdżając ze stacji i widząc, jak „Aleksander” wstaje z ławki i rusza w stronę schodów, zastanawiał się, dlaczego ten kontakt zerwał się. Nie starał się tego dociekać.

Ofensywa

Narada w gabinecie Stalina rozpoczęła się późnym wieczorem 8 marca 1942 roku. Nastrój był już zupełnie inny niż w listopadowych i grudniowych dniach minionego roku, gdy wojska niemieckie stanęły pod Moskwą. Co prawda, ofensywa Armii Czerwonej rozpoczęta w styczniu 1942 roku zakończyła się niepowodzeniem i wielkimi stratami, ale Stalin zdawał się nie zwracać na to uwagi. Być może zrozumiał swój błąd, jaki popełnił, domagając się, aby ofensywa została podjęta na całej długości frontu. Armia Czerwona po wielkich klęskach 1941 roku nie miała na to dość sił i nie potrafiła przełamać silnej obrony Niemców na północy i południu. Rezerwy wyczerpały się szybko i w efekcie z miliona żołnierzy dwóch radzieckich frontów ponad siedemset tysięcy zginęło lub odniosło rany. Stalin nie wydawał się tym zmartwiony. Dla niego ważniejsze było, że wróg, który miał znacznie mniejsze rezerwy ludzkie, wykrwawiał się – w tym dostrzegał możliwość pokonania Niemców. Od początku wojny do końca zimowej kampanii, a więc w ciągu pół roku Wehrmacht stracił około miliona żołnierzy. Mimo to Niemcy potrafili odbudować siły i przejmowali inicjatywę. Stalin uznał, że za wszelką cenę należało powstrzymać tak niebezpieczny rozwój sytuacji. Dyskusja w jego gabinecie dotyczyła działań, jakie powinna podjąć Armia Czerwona wobec zagrożenia niemiecką ofensywą, skierowaną na południe kraju.

Stalin słuchał w milczeniu argumentów i nagle, wyraźnie zniecierpliwiony, przerwał któremuś z oficerów:

– Nie możemy tak siedzieć i czekać, aż wróg zada pierwsze uderzenia – powiedział.

Bardzo odpowiadał mu projekt wielkiej ofensywy na Ukrainie, która miała dotrzeć do biegnącej z północy na południe linii Homel–Kijów, a potem wzdłuż prawego brzegu Dniepru przez Czerkassy do Morza Czarnego. Mimo entuzjazmu Stalina projekt ten wydawał się mało realny. Armia Czerwona nie miała tyle sił i rezerw, aby podjąć operację na tak wielką skalę. Stalin musiał zadowolić się lokalną ofensywą na Charków, która miała prowadzić do zniszczenia niemieckich armii w tamtym rejonie i oswobodzenia Donbasu, ważnego ośrodka przemysłowego.

Wierzył, że będzie to przełomowy okres tej wojny. Tym bardziej że od zachodnich sojuszników napływały bardzo krzepiące wiadomości; prezydent Franklin D. Roosevelt zdecydował się wysłać wojska alianckie, aby wczesną jesienią dokonały inwazji na kontynent europejski.

Ławrentij Beria, bacznie obserwujący nastroje wodza, doszedł do wniosku, że nadszedł czas, aby powrócić do tematu, który w październiku został odrzucony: postępów naukowców z zachodnich mocarstw w pracach nad budową bomby atomowej. Raporty wywiadowcze, jakie nadchodziły z Wielkiej Brytanii, znajdowały potwierdzenie w informacjach wywiadowczych ze Stanów Zjednoczonych. Nabrał więc pewności, że rządy tych państw zdecydowały się zaangażować ogromne środki niezbędne do stworzenia nowej broni. Dlatego zdecydował się przesłać Stalinowi raport oznaczony KZ-1. Podpisał ten raport, aczkolwiek autorami byli radzieccy naukowcy, którzy wiele wiedzieli na temat możliwości wykorzystania energii atomu.

„Studia w sprawie wojskowego wykorzystania energii nuklearnej rozpoczęły się w kilku państwach kapitalistycznych” – tak brzmiało pierwsze zdanie wielostronicowego dokumentu. Beria wyliczał, że badania nad rozwojem nowego materiału wybuchowego, wykorzystującego uran prowadzone są „w atmosferze ścisłej tajemnicy” w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Według raportu, środkiem tym miał być uran 235 uzyskiwany z rudy uranowej, której duże zasoby występowały w Kanadzie, Kongu Belgijskim, Portugalii i w Sudetach. Dalej Beria zwracał uwagę, że według ustaleń Peierlsa, masę krytyczną tworzy dziesięć kilogramów U235.

„Mniejsza ilość U235 jest całkowicie bezpieczna, ale masa większa niż dziesięć kilogramów rozwija w sobie reakcję łańcuchową, prowadzącą do eksplozji o wielkiej sile” – objaśniał. Raport określał też rozmiary wybuchu: „Profesor Taylor kalkuluje, że niszczące działanie 10 kilogramów U235 odpowiada 1600 tonom trotylu”.

To musiało robić wrażenie na każdym, kto widział efekt wybuchu bomby lotniczej ważącej 500 lub 1000 kilogramów, a takie bomby uważano za bardzo duże.

Beria słusznie przyjął, że dyktatora mogą zainteresować ekonomiczne strony tego zagadnienia. Dlatego, powołując się na opracowanie brytyjskiej firmy Imperial Chemicals, podawał, że wybudowanie zakładów uzyskiwania U235 będzie kosztować od 4,5 miliona do 5 milionów funtów szterlingów. Zakładając, że z U235 wytworzonego w takich zakładach można będzie wyprodukować 36 bomb rocznie, oznaczałoby to, że koszt jednej bomby, której siła wybuchu równa będzie 1500 tonom trotylu, wyniesie 236 tysięcy funtów, podczas gdy koszt wytworzenia 1500 ton trotylu był o 1/3 większy i wynosił 326 tysięcy funtów szterlingów. Bomba atomowa byłaby więc nie tylko potężna, ale i tańsza niż konwencjonalne pociski.

Józef Stalin postanowił jednak zachować ostrożność wobec całej sprawy. Być może bardziej niż Beria obawiał się, że imperialiści, podsuwając fałszywe materiały, chcą skłonić Związek Radziecki do dokonania nadzwyczaj kosztownych inwestycji. Łatwo było przewidzieć, czym się kierowali: wydanie miliardów rubli na badania nuklearne przez państwo wyniszczone wojną musiałby zahamować rozwój innych dziedzin badań i produkcji zbrojeniowej, od jakich mogła zależeć przewaga w powojennym świecie, a więc budowy rakiet czy samolotów odrzutowych.

Stalin popełnił błąd. Oddał raport w ręce wicepremiera Wiaczesława Mołotowa, zalecając, aby ten zwrócił się o ocenę całego przedsięwzięcia do Michaiła Gieorgijewicza Pierwuchina, nowo mianowanego komisarza przemysłu chemicznego. Wydawało się, że cała sprawa rozmyje się na różnych szczeblach radzieckiej władzy. Tym bardziej że Stalin przestał się interesować doniesieniami wywiadu ze Stanów Zjednoczonych, gdyż sytuacja militarna na froncie gwałtownie się pogorszyła. Ofensywa na Charków rozpoczęta 12 maja 1942 roku zakończyła się po kilku dniach wielką klęską Armii Czerwonej. Z frontu dochodziły coraz gorsze wiadomości. Armia feldmarszałka Ericha von Mansteina[20] rozbiła radziecką obronę na półwyspie Kercz i skoncentrowała dziesięć dywizji pod Sewastopolem. Czarnomorska twierdza broniła się zaciekle, ale wobec niemieckiej przewagi jej los wydawał się przesądzony.

Nadzieje na dokonanie przełomu i rozstrzygnięcie wojny w 1942 roku prysły. Co gorsza, zza oceanu dochodziły złe wieści, że wobec oporu premiera Churchilla prezydent Roosevelt zdecydował się odroczyć utworzenie drugiego frontu w Europie. W zamian za to Anglicy i Amerykanie postanowili szturmować Afrykę Północno-Zachodnią, co nie mogło mieć większego wpływu na sytuację w Związku Radzieckim, nie należało się bowiem spodziewać, aby Hitler chciał wycofać z radzieckiego frontu większe siły i skierować je do obrony Afryki. Stalin mógł liczyć jedynie na wzmożenie przez zachodnich aliantów nalotów na Niemcy, ale ich skutek mógł mieć wpływ na niemiecki potencjał militarny dopiero po wielu miesiącach. Pierwsze amerykańskie bombowce wylądowały w brytyjskiej bazie w lipcu 1942 roku i miesiąc później dokonały pierwszego nalotu na węzeł kolejowy w Rouen we Francji, nie czyniąc większych szkód. Rozbudowa sił lotniczych w celu zwiększenia ich i podniesienia ich wartości bojowej były bardzo odległą sprawą.

Stalin, choć bardzo ostrożny wobec doniesień o pracach brytyjskich i amerykańskich, nie zapomniał o raporcie Berii, zwłaszcza że wkrótce otrzymał list od młodego naukowca, którego nazwisko wtedy nic mu nie mówiło.

List z Woroneża

Aleksandr Poskriebyszew[21], szef sekretariatu Stalina, rozłożył na biurku papiery z teczki, którą trzymał pod pachą. Odsunął się o pół kroku, czekając cierpliwie, aż dyktator przestudiuje wszystkie materiały, które dla niego przygotował. Stalin czytał je uważnie, robiąc notatki na marginesie. Czasami odwracał się do Poskriebyszewa, zadając pytanie dotyczące sprawy, którą, jak uważał, szef sekretariatu powinien znać. Cenił jego niezwykła pamięć i znajomość ludzi i spraw partyjnych, co sprawiło, że Poskriebyszew stał się niezastąpiony. Stalin przymknął nawet oko na fakt, że żoną szefa sekretariatu była pasierbica Lwa Trockiego, i dopiero w 1946 roku kazał ją aresztować.

Zebrał wreszcie wszystkie papiery i oddał je Poskriebyszewowi. Ten nie ruszył do wyjścia, jak miał to w zwyczaju po zakończeniu przez szefa porannej lektury dokumentów, lecz pozostał przed biurkiem.

– Zastanawiałem się, towarzyszu Stalin, czy zajmować waszą uwagę pewnym listem, ale sprawdziłem, że autor tego listu, Gieorgij Florow[22], miał przed wojną pewne osiągnięcia naukowe...

– Do rzeczy, o co chodzi? – Stalin wstał zza biurka. Był wyraźnie zmęczony i niewyspany, ale zdecydował się poznać nietypową sprawę. Miał pełne zaufanie do wyczucia swojego sekretarza. Zawsze, gdy ten przychodził z jakimś pomysłem, okazywało się, że był on wart zainteresowania.

Stalin podszedł do okna i odsunął firankę. Na zewnątrz prószył drobny śnieg, ale przez dziury w chmurach przebijały promienie wiosennego słońca, co sprawiało, że kremlowskie budynki skrzyły się żywymi barwami. Był kwiecień 1942 roku.

– Ten Florow zwraca waszą uwagę, towarzyszu Stalin, na dziwne zjawisko w imperialistycznej prasie fachowej. Jak pisze... – Poskriebyszew przez chwilę szukał wzrokiem odpowiedniego zdania: – „... od 1940 roku znikły artykuły z dziedziny fizyki nuklearnej, co może oznaczać, że utajniono je w obawie przed wykorzystaniem przez Niemców. Równie dobrze może to oznaczać, że na Zachodzie rozpoczęto prace nad bombą i dlatego wstrzymano wszelkie publikacje”. Na końcu dodaje: „Niezwłocznie trzeba przystąpić do konstruowania bomby uranowej”.

– Ciekawe spostrzeżenie – Stalin odwrócił się powoli i ruszył w stronę biurka, na którym Poskriebyszew położył list. Wziął go do ręki i zaczął czytać:

Szanowny Józefie Wissorionowiczu,

Dziesięć miesięcy minęło już od początku wojny i przez wszystkie te miesiące czuję się, jak człowiek usiłujący głową przebić ścianę. Co zrobiłem złego? Czy przeceniam znaczenie „problemu uranowego”? Nie, nie przeceniam. Projekt uranowy to niewyobrażalne możliwości, jakie otworzą się, gdy zostaną rozwiązane problemy. Różne rewolucje dokonają się w sprzęcie wojskowym. To może odbyć się bez naszego udziału, głównie ze względu na fakt, że teraz, tak jak było przedtem, naukowy świat rządzony jest przez służalczość. Czy wiecie, Józefie Wissorionowiczu, jaki główny argument podnoszony jest przeciwko uranowi? Mówią: „Będzie zbyt dobrze, jeżeli problem uda się rozwiązać”.

Dużo w tym było goryczy, ale była ona uzasadniona. Florow od dawna walczył o zwrócenie uwagi uznanych naukowców na możliwości uranu. Ostatni list, jaki wysłał do Kaftanowa, odpowiedzialnego w Komitecie Obrony za kontakty z naukowcami, pozostał bez odpowiedzi.

To jest ostatni list, teraz złożę ręce i będę czekał, aż problem zostanie rozwiązany w Niemczech lub w USA. Efekt będzie tak wielki, że zabraknie czasu na rozważanie, kto był winien temu, że zaniedbaliśmy prowadzenie podobnych prac w Związku Radzieckim. W dodatku wszystko jest robione tak sprytnie, że nie będziemy mieli formalnych podstaw do oskarżenia kogokolwiek.

Młody 29-letni naukowiec zręcznie posłużył się językiem bliskim Stalinowi, używając słów: oskarżenia, odpowiedzialność i kary.

Stalin odłożył kartkę.

– A co wiecie o tym, jak mu... Florowie? – Zapytał, przekonany, że Poskriebyszew zebrał wszystkie informacje o naukowcu. I nie mylił się.

– Zdolny fizyk. Członek Towarzystwa Uranowego, założonego w kwietniu 1940 roku przez Wszechzwiązkową Akademię Nauk. W 1940 roku razem z Pietrzakiem przeprowadzili w tunelu moskiewskiego metra doświadczenie, w którego wyniku odkryli zjawisko samorzutnego rozszczepienia uranu...

Poskriebyszew, który miał fenomenalną pamięć, udzielając informacji o fizyku, musiał jednak zerkać do kartki.

– Doświadczenie to przeprowadzono pod kierunkiem Igora Kurczatowa[23] – mówił dalej. – W lipcu 1941 roku Florow, jako nie związany z badaniami dla potrzeb wojska, został zmobilizowany. To wszystko, towarzyszu Stalin.

– Ciekawe spostrzeżenie – powtórzył Stalin. – Warto byłoby się zapoznać z opinią towarzyszy naukowców. Zwróćcie się do towarzysza Kaftanowa, aby zorganizował naradę u mnie. Trzeba to spokojnie rozważyć. I przekażcie ten list Kaftanowowi.

Poskriebyszew złożył papiery. Było oczywiste, że Siergiej Kaftanow, gdy tylko przeczyta list, który pośrednio oskarżał go o zaniedbania, szybko zechce odsunąć od siebie podejrzenia i energicznie zabierze się do pracy.

Narada na Kremlu

W lipcu 1942 roku Siergiej Kaftanow wezwał na Kreml czterech najważniejszych naukowców: Piotra Kapicę, dyrektora Instytutu Problemów Fizycznych Akademii Nauk ZSRR, Włodzimierza Wiernadskiego, specjalistę od substancji radioaktywnych, Abrama Joffego, który pracował jako asystent Roentgena, a później stworzył radziecką szkołę fizyków, oraz Igora Kurczatowa, dyrektora laboratorium fizyki jądrowej Politechniki Leningradzkiej.

Piotr Kapica

Spotkanie zorganizowano na polecenie Stalina. Czekali długo. Godzinę, potem drugą i trzecią, a Stalin nie przychodził. Sytuacja stawała się dla wszystkich coraz bardziej męcząca.

– Towarzysza Stalina zatrzymują ważne sprawy państwowe – powiedział Kaftanow do naukowców, nie zdając sobie sprawy, że to oświadczenie pozbawione jest jakiegokolwiek sensu – nie wychodził z sali, nie mógł więc wiedzieć więcej niż oni. – Rozumiecie towarzysze, jest wojna... – chciał uzasadnić nieobecność przywódcy, ale chyba zdał sobie sprawę, że nie powinien kierować pustych słów do najwybitniejszych naukowców w kraju, i szybko wrócił na swoje miejsce.

– Tak, towarzysz Stalin spóźnia się – skwitował Abram Joffe, rozglądając się dookoła. – Czy ktoś ma papierosy? Nie przewidywałem, że tyle wypalę, i nie wziąłem zapasu.

Odpowiedziała mu cisza. Papierosy były zbyt cennym artykułem w czasie wojny, aby dzielić się nimi.

– Proszę! – Kaftanow uniósł się ponownie z krzesła i podał paczkę Joffemu, który bez żenady wyciągnął kilka sztuk i schował do kieszeni marynarki.

– Towarzysz ma zapewne służbowe – usprawiedliwił się. Zaciągnął się głęboko i rozsiadł wygodnie w fotelu.

Kurczatow drzemał, podpierając głowę rękami.

Abram Joffe

Kapica krążył po gabinecie i widać było, że jest wyraźnie poruszony lekceważeniem, jakie okazał im Stalin, spóźniając się o trzy godziny. Nie odważył się jednak w jakikolwiek sposób wyrazić swojego niezadowolenia. Nie wiedział jeszcze, że przyjdzie im czekać przez całą noc.

Stalin przybył dopiero następnego dnia o 8.30 rano. Zwykle o tej porze rozpoczynał pracę w swoim kremlowskim gabinecie. Gdy wszedł do sali, w której oczekiwali go naukowcy, nawet nie wspomniał o przyczynie spóźnienia. Rozumieli to. Widzieli, jak trudna jest sytuacja na froncie. Nie oni byli najważniejsi.

Igor Kurczatow

Tuż za Stalinem wszedł Ławrentij Beria. Obecność szefa tajnej policji politycznej wydawała się oczywista, zwłaszcza że był on człowiekiem koordynującym działalność wywiadu, a informacje o postępach naukowców w Niemczech i Stanach Zjednoczonych w pracach nad bombą mogły mieć istotne znaczenie dla ostatecznej decyzji.

– Na ile wiarygodne są informacje o możliwości skonstruowania bomby atomowej w ciągu następnych paru lat? – zapytał Stalin i natychmiast dodał: – Głos ma towarzysz Kaftanow.

Ten był dobrze przygotowany. Jasno i zwięźle przedstawiał wszystkie argumenty przemawiające za podjęciem prac nad skonstruowaniem bomby uranowej, jak nazwał nową broń. Nie wspomniał o negatywnych opiniach, które zebrał od wielu naukowców, sceptycznie nastawionych wobec możliwości skonstruowania bomby atomowej w państwie zniszczonym wojną i niosącym ogromny ciężar walk. Wyczuwał, że Stalin nie chce słyszeć o trudnościach i wątpliwościach.

Potem wypowiadał się Abram Joffe. On również uważał, że należy jak najszybciej wdrożyć program atomowy.

Jeden po drugim naukowcy przekonywali Stalina, że stworzenie broni atomowej jest możliwe i należy przystąpić do pracy bezzwłocznie, gdyż istnieje realne niebezpieczeństwo, że Niemcy i Amerykanie mogą okazać się szybsi.

– Ile będzie nas kosztować skonstruowanie nowej broni? – zapytał Stalin. Już kiedyś zadał takie pytanie Kaftanowowi. Ten nie umiał odpowiedzieć. Stwierdził dyplomatycznie, że bez względu na to, czy będzie to dwadzieścia milionów rubli, czy sto milionów, wydatki należy ponieść, gdyż bezczynność będzie kosztować więcej.

Zapadła cisza, którą przerwał Joffe.

– Tyle, ile dotychczas kosztowała nas wojna – powiedział.

Stalin patrzył na niego w milczeniu. O jakich kosztach mówił Joffe? Materialne straty państwa były niewyobrażalnie wielkie. Wojna pochłonęła ponad cztery miliony obywateli. Wielkie połacie Związku Radzieckiego były zrujnowane, setki miast leżały w gruzach, tysiące wsi i kołchozów zostały zrównane z ziemią. Na terenach zajętych przez Niemców pozostało siedemdziesiąt milionów obywateli, z dymem poszło trzynaście milionów ton zboża. A jaki był koszt przerzucenia za Ural ponad tysiąca sześciuset zakładów przemysłowych? Kto to potrafi obliczyć?

Czy może Joffe mówił o wydatkach budżetu państwa na utrzymanie wojska? One też były gigantyczne.

– Oczywiście łączy się to z ryzykiem – odezwał się Kaftanow. – Zaryzykujemy dziesiątki, a może nawet setki milionów rubli. I tak musimy wydawać pieniądze na naukę, a inwestowanie w nową dziedzinę nauki jest zawsze owocne. Jeżeli jednak nie podejmiemy tego ryzyka, może się pojawić znacznie większe: pewnego dnia staniemy wobec wroga posiadającego broń nuklearną, a sami będziemy bezbronni.

– Kto, waszym zdaniem, powinien stanąć na czele zespołu, na którym spoczywać będzie tak wielka odpowiedzialność? – zapytał Stalin. Już wcześniej zadał to pytanie Berii. W sposób oczywisty na to stanowisko predestynowani byli naukowcy, mający na swym koncie największe osiągnięcia: Piotr Kapica i Abram Joffe, ale Stalin nie chciał ich. Piotr Kapica w latach 1921–1932 pracował w Cavendish Laboratory w Cambridge, a następnie w Royal Society Mond w Cambridge i miał wielu wpływowych przyjaciół na Zachodzie, co w Związku Radzieckim nie było dobrą rekomendacją. Stalin nie wierzył mu do tego stopnia, że w 1934 roku, gdy Kapica na krótko przyjechał do kraju, uniemożliwiono mu powrót do Wielkiej Brytanii i uwięziono w areszcie domowym.

Abram Joffe, jakby przeczuwając, że jego międzynarodowe powiązania nie są mile widziane, sam zrezygnował z kandydowania do przewodniczenia zespołowi naukowców, twierdząc, że jest za stary. Zaproponował 39-letniego Igora Wasiljewicza Kurczatowa i jego rówieśnika Abrama Alichanowa. Ostatecznie Stalin wybrał Kurczatowa.

Ławrentij Beria nie odzywał się w czasie narady. Cały czas zapisywał coś w czarnym notesie. Pochylony nad stołem, z rzadka podnosił głowę, aby zza okularów przyjrzeć się mówcy. Podobny był wówczas do drapieżnego ptaka. Jego obecność w zauważalny sposób zaznaczała się na zachowaniu zebranych: wydawało się, że byli bardziej spięci i ostrożniejsi w wypowiadaniu ocen.

Gdy zebranie skończyło się i naukowcy podnieśli się z krzeseł, Beria podszedł do Kurczatowa.

– Towarzyszu Kurczatow, słóweczko... – wziął go pod rękę i odciągnął na bok, w stronę okna. Jednakże nie rozpoczął rozmowy, dopóki Stalin nie wyszedł z pokoju. Do tego czasu Beria, przytrzymując rękę Kurczatowa, wpatrywał się w Stalina, czy ten nie wezwie go skinieniem głowy.

– Będziemy ściśle współpracowali – powiedział, gdy tylko pozostali sami. – Tutaj na Kremlu będziemy mieć specjalny pokój, w którym będę przekazywał wam poufne informacje na temat postępów w badaniach nad atomem w Anglii, Ameryce i w Niemczech. Chciałbym wam powiedzieć, że już 14 czerwca tego roku wysłałem do naszych pracowników w Berlinie, Nowym Jorku i Londynie taki rozkaz...

Beria pochylił się, z teczki wyciągnął kartkę i podał ją Kurczatowowi. Tekst był krótki: „Jesteście zobowiązani do zbierania informacji na temat teoretycznych i praktycznych aspektów budowy bomby atomowej, programu nuklearnego, składników paliwa nuklearnego, mechanizmu zapalnikowego, różnych metod otrzymywania izotopów uranu, a także polityki rządu i rządowych organizacji powoływanych w tym celu”.

– Tak, to ważne – mruknął pod nosem Kurczatow, oddając kartkę.

– A w ogóle, to gratuluję wam stanowiska. Oczywiście rozumiecie, że w tym momencie przestaliście istnieć dla świata. – Beria patrzył mu prosto w oczy.

– Jak to? – Kurczatow obruszył się. – Jak to rozumiecie, towarzyszu komisarzu?

– Żadnych publikacji, żadnych zdjęć, żadnych wywiadów, żadnej wymiany informacji z naukowcami z zagranicy. Będziecie cały czas pod opieką moich ludzi. Oni będą wiedzieli o was wszystko. Wszystko! – Ostatnie słowa zabrzmiały jak groźba. – Zresztą będziemy jeszcze mieli czas, aby dokładnie omówić środki bezpieczeństwa. Bomba uranowa to zbyt wielkie przedsięwzięcie, aby pozostawiać je tylko naukowcom.

Beria odwrócił się i szybko odszedł w stronę drzwi, za którymi zniknął Stalin.

Kurczatow stał jeszcze chwilę bez ruchu. Cała ta sytuacja – nocne oczekiwanie na Stalina, przebieg zebrania, wybór na przewodniczącego zespołu konstruującego bombę atomową i wreszcie rozmowa z Berią – oszołomiła go. Powoli docierała do niego świadomość, że od tej chwili jego kariera naukowa i być może nawet i życie stały się własnością Berii...

Musiał stworzyć nową broń, nie mając nic. Nie było ludzi, gdyż wojna rozproszyła ich po całym kraju. Sprzęt naukowy, zapakowany w skrzynie, stał w pokojach i korytarzach przypadkowych budynków w miastach, do których ewakuowano instytuty i laboratoria.

Wydawałoby się, że wkrótce po naradzie u Stalina Kurczatow przedstawi plan prac nad niezwykłym zadaniem: sposób skompletowania zespołu, wyznaczenie miejsc, gdzie mieli prowadzić swoje badania, finanse i potrzeby materiałowe. Tymczasem Kurczatow powrócił do prac nad demagnetyzacją okrętów.

Dopiero 12 kwietnia 1943 roku Akademia Nauk wydała tajną instrukcję o powołaniu Laboratorium nr 2, jak określono zespół Kurczatowa, który miał dać Związkowi Radzieckiemu nową broń.

Cóż stało się takiego, że nagle radziecki projekt atomowy nabrał tempa i rozmachu? Na to pytanie mógł odpowiedzieć tylko Ławrentij Beria.

Przełom

W pracach nad bombą atomową istniał krytyczny próg – skonstruowanie reaktora i doprowadzenie w nim do kontrolowanej reakcji łańcuchowej, było to bowiem pierwsze praktyczne potwierdzenie naukowych obliczeń i wizji.

Dokonał tego Enrico Fermi[24] 2 grudnia 1942 roku, uruchamiając reaktor zbudowany w sali pod trybunami stadionu sportowego w Chicago.

Enrico Fermi

Stało się to ukoronowaniem dziesiątek lat jego pracy. W 1938 roku otrzymał Nagrodę Nobla i uzyskał zgodę faszystowskiego rządu, aby on, Żyd, pojechał do Sztokholmu. Stamtąd już do Włoch nie wrócił: wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie na Columbia University objął katedrę fizyki.

Tego dnia, gdy uruchomienie reaktora stało się potwierdzeniem naukowych hipotez, do biura radzieckiej firmy handlowej Amtorg w San Francisco zadzwonił telefon. Odebrał Siemion Siemionow. Był radzieckim szpiegiem, dla którego praca w firmie handlowej stanowiła przykrywkę właściwej działalności. Amtorg też niewiele miał wspólnego z handlem. Firma ta została założona w 1933 roku przez Gaika Badałowicza Owachimiana, oficera wywiadu. Co prawda Federalne Biuro Śledcze wpadło na jego ślad i aresztowało go w połowie 1941 roku, lecz w żaden sposób nie odbiło się to ujemnie na działalności firmy, a jemu też niewiele zaszkodziło, gdyż w lipcu tego roku powrócił do ZSRR.

Siemion Siemionow, pseudonim „Twain” (lub „Twen”), absolwent leningradzkiego Instytutu Inżynierii Mechanicznej, w 1938 roku został zwerbowany do pracy w wywiadzie i jako odpowiednio przeszkolony szpieg przyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie podjął studia w Massachusetts Institute of Technology. Pozostał w Stanach Zjednoczonych jako pracownik radzieckiej firmy handlowej Amtorg.

Człowiek, który zadzwonił do niego 2 grudnia, informując o udanym eksperymencie na stadionie w Chicago, pozostał nieznany do dzisiaj, aczkolwiek wiele wskazuje, że był to Bruno Pontecorvo, naukowiec nadzwyczaj przystojny, o urodzie amanta filmowego. W 1940 roku, po zajęciu Paryża przez wojska niemieckie, uciekł przez Lizbonę do Stanów Zjednoczonych. Prawdopodobnie już wówczas był współpracownikiem radzieckiego wywiadu, zwerbowanym we Włoszech przez Gregorego Cheifetza.

Miesiąc później Pontecorvo działający pod pseudonimem „Mlad” spotkał się z Lwem Wasilewskim, podróżującym po Stanach Zjednoczonych jako radziecki dyplomata pod nazwiskiem Tarasow, i wręczył mu raport opisujący przebieg eksperymentu Fermiego.

Bliższa analiza tego dokumentu wykazała, że Pontecorvo nie mógł być jego jedynym autorem, może był tylko pośrednikiem, któremu autorzy zlecili przekazanie materiałów Rosjanom.

Był to raport z pierwszej ręki. Musiał być zredagowany przez naukowców, którzy brali bezpośredni udział w wielkim eksperymencie uruchomienia reaktora atomowego. Można było nawet odnieść wrażenie, że jednym z autorów był Enrico Fermi. Potwierdził to Pontecorvo w rozmowie z Wasilewskim vel Tarasowem, mówiąc, że Fermi jest przygotowany do dostarczania informacji. Taki raport radziecki szpieg przesłał do centrali, gdzie Beria powołał już specjalny oddział, który miał zajmować się wyłącznie zbieraniem informacji o działaniach amerykańskich naukowców.

Ich możliwości stały się większe, gdy Klaus Fuchs, pozostający głównym informatorem, został oddelegowany do pracy w Stanach Zjednoczonych.

Sieć

Nieznośny żar wysuszył gruntowe drogi na płaskowzgórzu Los Alamos w stanie Nowy Meksyk, gdzie w listopadzie 1942 roku rozpoczęła się budowa laboratorium atomowego. Wybrano to miejsce, gdyż leżało ono daleko od terenów zamieszkanych, więc ewentualna eksplozja nuklearna, z którą zawsze należało się liczyć, nie spowodowałaby katastrofalnych następstw. Baraki, magazyny i domy mieszkalne powstały szybko, ale warunki życia i pracy były doprawdy pionierskie – tak oceniła je pierwsza grupa fizyków, która przyjechała w marcu 1943 roku. Straszliwie dokuczała spiekota, która sprawiała, że przejazd każdego samochodu wzbijał tumany ilastego pyłu, wciskającego się we wszystkie możliwe zakamarki. Ale i to było lepsze od ulewnego deszczu, zamieniającego drogi w błotniste bajora.

Generał Leslie Groves[25] przeszedł ciasnym korytarzem prowadzącym do jego biura w baraku pośrodku powstającego miasteczka. Opuścił żaluzje i włączył wentylator, co dało pozory zmniejszenia upału panującego w niewielkim pokoju.

Generał Leslie Groves

We wrześniu 1942 roku objął kierownictwo techniczne amerykańskiego projektu atomowego i był dumny, że tak szybko, zaledwie w ciągu paru miesięcy, udało się wybrać odpowiednie miejsce, zbudować niezbędne obiekty i zgromadzić naukowców. W swojej wojskowej karierze nadzorował realizację wielu ważnych projektów, jak budowa wielkiego gmachu Pentagonu czy budynku Ministerstwa Wojny w Waszyngtonie. Zdawał sobie jednak sprawę, że nowe stanowisko, które równocześnie przyniosło mu awans z pułkownika na generała, jest najważniejsze w jego życiu.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Panie generale, telegram z Waszyngtonu i raport pułkownika Pasha. To jest pilne – adiutant położył na biurku kopertę i szybko wycofał się z gabinetu.

Groves złamał lakową pieczęć i wydobył kartki. Wiedział, o co chodzi, gdyż szef kontrwywiadu pułkownik Borys Pash informował go już o swoich podejrzeniach wobec Roberta Oppenheimera.

Robert Oppenheimer

Od czasu, gdy w lipcu 1942 roku zapadła decyzja, że Oppenheimer stanie na czele zespołu naukowców, którzy w nowym ośrodku w Los Alamos będą prowadzić prace nad skonstruowaniem bomby, Pash nakazał objęcie go staranną obserwacją. Nie mogło więc ujść jego uwagi spotkanie z Jean Tatlock, komunistką, z którą w latach trzydziestych wiele łączyło Oppenheimera. Pojechał do niej do San Francisco. Zjedli wspólnie kolację w restauracji w hotelu Mark, a potem spędzili noc w mieszkaniu Jean.

Dla Pasha był to wystarczający sygnał ostrzegawczy wskazujący, że zapewnienia naukowca, iż zerwał wszelkie kontakty łączące go w minionych latach z komunistami, były fałszywe. Pułkownik mógł nawet przypuszczać, że spotkanie z dawną narzeczoną zostało zainspirowane przez wywiad radziecki, który na wieść o objęciu przez Oppenheimera centralnego stanowiska w amerykańskim projekcie atomowym zechce go osaczyć i zmusić do współpracy. Pash nie mógł zatrzymać dla siebie tej rewelacji i 29 czerwca 1942 roku wysłał raport do Ministerstwa Wojny, proponując natychmiastowe odwołanie Oppenheimera ze stanowiska szefa laboratorium atomowego.

Generał Groves przeczytał telegram z Waszyngtonu:

„Nominacja J.R. Oppenheimera na stanowisko dyrektora Los Alamos nie została zatwierdzona ze względów bezpieczeństwa”.

Odłożył papiery na biurko. Czuł, że dotarł do krawędzi wszystkich działań mających na celu uruchomienie ośrodka atomowego. Od pierwszych dni współpracował z Oppenheimerem. Wiedział, jak wiele ten człowiek zrobił, aby zgromadzić w tym niegościnnym miejscu najwybitniejszych fizyków. Zdawał sobie sprawę, że wielu przyjechało tylko dlatego, że chcieli pracować z „Oppiem”. Gdyby go zabrakło...

Los Alamos; ściśle strzeżone obiekty

Przez kilkanaście minut krążył po gabinecie, zastanawiając się, jaką decyzję może podjąć. Jeżeli uzna, że kontrwywiad miał rację, i zgodzi się na odwołanie Oppenheimera, całe przedsięwzięcie może zostać opóźnione o wiele miesięcy. Nie mógł do tego dopuścić!

Usiadł wreszcie przy biurku. Sięgnął po kartkę i pióro. Napisał:

„Proszę o niezwłoczne wyrażenie zgody na zatrudnienie Juliusza Roberta Oppenheimera, bez względu na informacje, jakie posiadacie. Jest to absolutnie konieczne dla realizacji projektu. Podpisano: L.R. Groves, generał brygady”.

– Wyślij to, natychmiast! – polecił adiutantowi i wrócił do pokoju.

Ryzykował wiele, ale uważał, że w przedsięwzięciach tak niezwykłych, jak skonstruowanie nowej broni, można postępować niekonwencjonalnie. Przestrzeganie regulaminów nic nie dawało, gdyż żaden z nich nie został sporządzony z myślą o nowej broni. Należało więc tworzyć nowe zasady.

Pułkownik Pash był wściekły, gdy dowiedział się, że jego ocena została zlekceważona. Zdawał sobie sprawę, że raport informujący o spotkaniu Oppenheimera z jego dawną miłością był słabym argumentem za odwołaniem go ze stanowiska dyrektora ośrodka atomowego, ale uważał, że miał rację, powiadamiając o tym władze w Waszyngtonie. W zawodzie łowcy szpiegów nie należało lekceważyć najmniejszego śladu, sygnału, a nawet przeczucia.

Z zagrożenia zdawał sobie również sprawę Cheifetz. Rozumiał, że od momentu, w którym Oppenheimer objął tak ważne stanowisko, stanie się on obiektem ścisłej inwigilacji tajnych służb. Zaczną badać jego przeszłość. To nie było szczególnie groźne, gdyż powiązania z komunistami zawsze można było wytłumaczyć błędami młodego wieku, mijającym zauroczeniem ideą, która zjednywała sobie wielu intelektualistów. Ostatecznie między zainteresowaniem komunizmem a zdradą była głęboka przepaść.

Wywiad radziecki szybko zorientował się, że FBI zaczęło energicznie penetrować środowisko amerykańskich komunistów i że łatwo mogło wpaść na trop ludzi przekazujących informacje o tajemnicach amerykańskiego programu nuklearnego. Dlatego Cheifetz i inni szpiedzy w Stanach Zjednoczonych otrzymali kategoryczne polecenie z Moskwy: zakończyć wszystkie operacje wywiadowcze, prowadzone za pośrednictwem członków partii komunistycznej. Steve Nelson nie chciał się temu podporządkować. Jego dusza anarchisty i rewolucjonisty sprzeciwiała się nakazom porzucenia służby dla Związku Radzieckiego. Nie zorientował się, że był pod ścisłą obserwacją. Śledzący go agent FBI raportował: