Wydawca: Sensacje XX Wieku Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tamten okrutny wiek - Bogusław Wołoszański

 

Pasjonująca opowieść o najważniejszych wydarzeniach i postaciach historycznych minionego wieku. Napisana w oparciu o wydany wcześniej "Ten okrutny wiek".

Rozszerzona i uzupełniona o najnowsze dokumenty udostępnione przez otwierające się archiwa państw na wschodzie i zachodzie Europy.

Napisana charakterystycznym dla Autora dynamicznym stylem, bogata w dialogi, w niezwykle barwny sposób przywołuje najważniejsze wydarzenia ostatniego stulecia i pozwala czytać historię "tamtego" wieku jak najbardziej sensacyjną opowieść.

Opinie o ebooku Tamten okrutny wiek - Bogusław Wołoszański

Fragment ebooka Tamten okrutny wiek - Bogusław Wołoszański

Bogusław Wołoszański
Drogi Czytelniku

W połowie lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia napisałem książkę Ten okrutny wiek, starając się przedstawić w niej obraz wydarzeń i postaci najważniejszego okresu w historii cywilizacji. Książka stała się przebojem rynku wydawniczego – ułatwiała zrozumienie tamtego czasu, ale od dnia jej wydania wiele się zmieniło. Archiwa państw na wschodzie i zachodzie Europy ujawniły nowe dokumenty, opublikowano wspomnienia uczestników i zeznania świadków. Książka Ten okrutny wiek, choć nie straciła na aktualności, wymagała uzupełnienia i rozbudowy. Przekonany o takiej konieczności, zabrałem się do pracy, poszukując nowych śladów, dowodów, weryfikując sądy sprzed dziesięciu lat, aż powstała ta książka, Tamten okrutny wiek.

Dlaczego dopiero teraz?

Pierwsze wydanie było możliwe dzięki zmianie, jaka dokonała się w Europie, której następstwem stało się otwarcie (a właściwie uchylenie) drzwi archiwów radzieckich, do tego czasu szczelnie zamkniętych, i opublikowanie wielu nadzwyczaj ciekawych opracowań historycznych, a także wspomnień pracowników radzieckich tajnych służb. Wiele fascynujących dokumentów ujawniły archiwa zachodnie przestrzegające zasady odtajnienia oficjalnych papierów po co najmniej pięćdziesięciu latach od daty wydarzenia. W ten sposób obraz polityki, gospodarki i działań militarnych końca lat czterdziestych i początku lat pięćdziesiątych stał się o wiele pełniejszy. Jednakże odtwarzanie historii XX wieku jest zadaniem nadzwyczaj niebezpiecznym, gdyż jest w niej wiele fałszywych tropów, umyślnie tworzonych przez ludzi, którzy chcieli ukryć prawdę. Muszą więc minąć kolejne lata, zanim ujawnione i opublikowane dokumenty zostaną zweryfikowane, a ich autentyczność i wartość potwierdzona.

W tym wydaniu książki żaden z rozdziałów nie pozostał bez zmian; w każdym rozwijałem opowieść o wydarzeniach XX wieku, wzbogacając ją o nowe fakty, często nie znane w okresie, w którym powstawało pierwsze wydanie. Dodałem też osiem nowych rozdziałów, opisując historie, których poznanie jest konieczne dla zrozumienia charakteru tamtego stulecia.

Jeszcze dużo pozostało do opowiedzenia o XX wieku. Bez wątpienia największe sensacje są jeszcze przed nami, skoro w 2016 roku zostaną ujawnione dokumenty dotyczące niezwykłej wyprawy Rudolfa Hessa, zastępcy Hitlera, do Wielkiej Brytanii, dwa lata później światło dzienne ujrzą dokumenty związane ze śmiercią Władysława Sikorskiego, a w 2045 roku będziemy mogli poznać prawdę o śmierci Heinricha Himmlera, szefa SS.

Niewiele wiemy o prawdziwym charakterze tego, co działo się w ostatnich latach tamtego stulecia. Obraz czasu przełomowego w naszym życiu wciąż jest pilnie strzeżoną własnością rządowych i partyjnych archiwów. Próba wniknięcia w mechanizmy polityki początku lat osiemdziesiątych musi zakończyć się niepowodzeniem, gdyż zbyt wiele spraw, fundamentalnych dla zrozumienia tamtego okresu, pozostaje najściślej strzeżoną tajemnicą; jakże mało można dzisiaj powiedzieć o wielkiej polityce Stanów Zjednoczonych, Związku Radzieckiego oraz Watykanu, która doprowadziła do upadku radzieckiego imperium i zmian w całej Europie.

Zapewne więc, za kilka lat przedstawię moim Czytelnikom kolejne wydanie opowiadania o niezwykłym wieku XX.

Choć bieżące wydarzenia pochłaniają nas, wpływają na nasze życie, choć ich charakter tak bardzo różni się od tego, co działo się w niedawnej przeszłości (jakże porównać amerykańskie czołgi Abrams walczące w Iraku z radzieckim T-34 czy niemieckimi Panterami z II wojny światowej?), to jednak tamten czas – ludzie, broń i sprzęt, jakich używali do realizacji swoich zamiarów – fascynuje nas. Nic dziwnego, to nasz czas!

Zamach w Sarajewie

– Zabijecie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda!

Gdy pułkownik Dragutin Dimitrijević[1], przywódca tajnej organizacji „Czarna ręka”, wypowiedział te słowa do grupki gimnazjalistów zebranych w piwnicy budynku czynszowego w Sarajewie, zapadła cisza. Ale już po chwili chłopcy podnieśli wrzask, skakali, obejmowali się. Czynili tyle hałasu, że pułkownik musiał huknąć pięścią w stół, aby ich uciszyć.

Od dawna wiedzieli, że przygotowują się do ważnej akcji. Szkolono ich na terenie Serbii. Tam 26 maja 1914 roku z magazynów serbskiej armii otrzymali pieniądze i broń: granaty ręczne i brauningi. 3 czerwca przeszli przez granicę z Bośnią, prowadzeni przez agentów serbskiego wywiadu.

Domyślali się, że będą musieli dokonać zamachu, ale aż do tej chwili nie wiedzieli, na kogo. Nie wiedzieli również, że ich czyn zmieni historię świata...

* * *

Uczniowie gimnazjum Gavrilo Princip i Trifko Grabež oraz czeladnik drukarski Nedeljko Čabrinowić mieli odegrać główną rolę. Towarzyszyć im miało pięciu innych zamachowców. Plan, opracowany przez szefa tajnej organizacji pułkownika Dimitrijevicia, przewidywał, że w Sarajewie, stolicy Bośni i Hercegowiny staną wzdłuż ulicy, którą miał przejeżdżać arcyksiążę. Ten, który znalazłby się najbliżej, w pozycji najbardziej dogodnej do ataku, miał rzucić granat lub strzelić z pistoletu i zabić znienawidzonego następcę tronu monarchii austro-węgierskiej.

Stary cesarz Franciszek Józef I

Z chęcią dokonaliby zamachu na samego cesarza Franciszka Józefa, co Dimitrijewić usiłował przeprowadzić trzy lata wcześniej, ale stary monarcha z rzadka opuszczał wiedeński pałac i zamachowcy nie mogli nawet marzyć o posłaniu go na tamten świat. Poza tym miał 84 lata i było oczywiste, że wkrótce może zastąpić go na tronie jego bratanek Franciszek Ferdynand[2]. Powszechnie wiadomo było, że po objęciu władzy doprowadzi do głębokich zmian w monarchii, co utrudniłoby zjednoczenie południowych Słowian pod przewodem Serbii, o czym marzył Gavrilo Princip i jego koledzy.

Oczywiście, ci młodzi ludzie byli tylko narzędziem w rękach serbskiego wywiadu. Entuzjazm i patriotyzm kazał im zawiązać organizację „Młoda Bośnia”, która szybko znalazła się pod kontrolą wywiadu serbskiego. Było to w czasie, gdy oficerowie skupieni w nielegalnym stowarzyszeniu „Zjednoczenie lub Śmierć” nazywanym „Czarna ręka” podjęli decyzję o zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, zaplanowali ten akt i wykorzystali chłopców z organizacji „Młoda Bośnia”.

Uznali, że najlepszą okazją będą wielkie manewry w Bośni i Hercegowinie, która od 1908 roku była częścią austro-węgierskiego imperium. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand, pełniący funkcję głównego inspektora wojsk austro-węgierskich, miał obserwować te manewry, a po ich zakończeniu złożyć wizytę w Sarajewie. W tym czasie siły bezpieczeństwa w mieście byłyby osłabione w związku z odesłaniem większości żołnierzy na poligon, gdzie pozostaliby jeszcze kilka dni po zakończeniu manewrów, zaś policjantów nie było wielu.

Arcyksiążę Franciszek Ferdynand

Te przewidywania i oceny sprawdziły się. Do ochrony arcyksięcia władze miasta mogły oddać tylko kompanię liczącą około stu żołnierzy. Było ich więc zbyt mało, aby mogli utworzyć szpalery po obydwu stronach ulic i tak oddzielić tłum od arcyksięcia, natomiast policjanci mogli stanąć w odległości stu metrów jeden od drugiego. Tak niewystarczające środki ostrożności budziły zastrzeżenia i obawy wielu osób z bezpośredniego otoczenia arcyksięcia. Tym bardziej że wiedziano, jaką niechęcią, a nawet nienawiścią, Bośniacy darzą austriackiego następcę tronu. Arcyksiążę zdawał się podzielać te obawy. Jednakże o sprawie przesądził gubernator generał Oskar Potiorek. Zapewnił on, że bierze całkowitą odpowiedzialność za bezpieczeństwo arcyksięcia i jego żony. Skąd taka odwaga i taka pewność? Odpowiedź jest szokująca. Generał Potiorek od wielu lat cierpiał na chorobę weneryczną, która zaatakowała jego mózg, sprawiając, że często decyzje, jakie podejmował, nie miały nic wspólnego z realną oceną rzeczywistości. O tej przypadłości generała nie wiedział nikt, toteż jego zapewnienia o pełnym bezpieczeństwie zdecydowały o podtrzymaniu przez księcia planu przyjazdu do Sarajewa. A jednak zamachowi można było zapobiec.

Nie wiadomo, w jaki sposób Nikola Pasić, premier rządu Bośni i Hercegowiny, dowiedział się o przygotowaniach do zabójstwa arcyksięcia. Być może tajemnicę złamali agenci służby bezpieczeństwa, być może zadecydował o tym przypadek, który sprawił, że 3 czerwca na granicy serbsko-bośniackiej schwytano jednego ze spiskowców zmierzających do Sarajewa. Znaleziono przy nim broń, truciznę oraz zapiski, które wyraźnie wskazywały, że jest członkiem nielegalnej organizacji. Torturowany przyznał się do wszystkiego. Powiedział, że należy do „Młodej Bośni”, poinformował o przeszkoleniu, jakie członkowie tej organizacji przeszli w Serbii. Z opisu treningu, uzbrojenia, sposobu przerzutu przez granicę łatwo można było wyciągnąć wniosek, że przesłuchiwany był jednym z kilku zamachowców, którzy wkrótce mieli zaatakować. Co prawda torturowany chłopak nie wiedział, kto ma być celem zamachu, ale oficer śledczy z łatwością domyślił się tego.

Premier Pasić stanął przed trudnym wyborem. Gdyby zataił wiedzę o przygotowaniach terrorystów i nie usiłował zapobiec zamachowi, cała sprawa i tak wyszłaby na jaw po śmierci arcyksięcia, co bez wątpienia doprowadziłoby do bardzo poważnego zaostrzenia stosunków między Serbią i Austro-Węgrami, a może nawet wojny, gdyby zaś kazał aresztować spiskowców, zostałby uznany za zdrajcę narodowej sprawy i naraził się na zemstę oficerów. Wybrał wyjście pośrednie: kazał Jovanowi Jovanoviciowi, ambasadorowi w Wiedniu, wspomnieć któremuś z członków rządu austro-węgierskiego o niebezpieczeństwie grożącym arcyksięciu. Ten wywiązał się z zadania 5 czerwca, gdy w zawoalowanej formie przekazał ostrzeżenie ministrowi finansów dr. Leonowi von Bilinskiemu.

– Byłoby lepiej, gdyby arcyksiążę nie przyjeżdżał do Sarajewa – powiedział. – Niektórzy młodzi Serbowie mogą załadować ostrą amunicję do swoich pistoletów i wystrzelić.

– Miejmy nadzieję, że nic podobnego się nie stanie – odparł von Bilinski, jakby nie rozumiejąc wagi słów, które usłyszał.

Dlaczego zlekceważył tak oczywiste ostrzeżenie? Dlaczego nie usiłował dowiedzieć się czegoś więcej? Dlaczego nie przekazał ostrzeżenia arcyksięciu?

Na te pytania do dzisiaj nie ma odpowiedzi.

Arcyksiążę Franciszek Ferdynand (z lewej) z żoną w towarzystwie gen. O. Potiorka, po przybyciu do Sarajewa

Rankiem 28 czerwca 1914 roku arcyksiążę i jego małżonka Zofia[3], którzy rano przyjechali pociągiem do Sarajewa, po krótkiej wizytacji wojsk w obozie, powrócili do miasta i wjechali na ulicę prowadzącą do ratusza. Trasy przejazdu strzegło stu dwudziestu policjantów. Stali oddaleni jeden od drugiego o kilkadziesiąt metrów, w zbyt dużej odległości, aby mogli przeszkodzić zamachowcom lub ich powstrzymać. Tylko przypadek sprawił, że policjant znalazł się obok ukrytego w tłumie młodego człowieka z pistoletem i ten nie odważył się zaatakować.

Drugi z zamachowców nie zdołał przecisnąć się przez tłum. Trzeciego zawiodły nerwy i nie wydobył pistoletu. Dopiero czwarty, Čabrinović, ruszył do akcji.

Odczekał, aż minie go samochód, w którym jechał burmistrz i szef policji, i nadjedzie drugi, z arcyksięciem, jego żoną i hrabią Harrachem. Wcześniej wydobył z kieszeni bombę i trzymał w dłoni. Gdy samochód był w odległości kilkunastu metrów, uderzył zapalnikiem o słup latarni, co sprawiło, że eksplodowała spłonka i zaczęła się tlić tak zwana dróżka prochowa, której iskra miała wywołać wybuch całego ładunku.

Hrabia Harrach, słysząc uderzenie, pomyślał, że pękła opona.

– Brawo, teraz będziemy musieli stanąć – powiedział przez ramię do siedzącego z tyłu arcyksięcia.

Čabrinović zamachnął się i rzucił bombę, która zataczając łuk w powietrzu, leciała wprost do samochodu. Co stało się dalej? Dotychczas nie zostało to jednoznacznie wyjaśnione.

Według jednej z wersji, zamachowiec chybił i wybuch nastąpił w takiej odległości, że tylko odłamek zranił oficera eskorty i kilku gapiów. Według innych świadków, bomba upadła na maskę samochodu, lecz arcyksiążę zdołał zrzucić ją i wówczas wybuch zranił oficera.

Zamachowiec, otoczony tłumem, widząc biegnących w jego stronę policjantów, przegryzł kapsułkę z trucizną, ale ta nie zadziałała. Skoczył więc do rzeki, w której o tej porze roku nie było zbyt dużo wody, toteż szybko wyciągnięto go na brzeg i skuto kajdankami.

Gawrilo Princip

Gawrilo Princip[4] stał daleko, za łagodnym zakrętem, spoza którego nie mógł widzieć miejsca wypadków. Słysząc wybuch, a potem krzyki, uznał, że zamach udał się, poszedł więc do pobliskiej kawiarni, gdzie spiskowcy mieli spotkać się po akcji, aby uczcić wielki sukces.

Tymczasem arcyksiążę po oficjalnym powitaniu przez władze i po krótkim pobycie w ratuszu postanowił pojechać do szpitala, aby odwiedzić rannego oficera. Jego kierowca zmylił drogę i wjechał w ulicę Franza Josepha, na której znajdowała się kawiarnia Moritza Schillera (według innych danych – sklep spożywczy), gdzie Princip czekał na swoich kolegów. Nie spodziewał się, że nagle dostrzeże arcyksięcia żywego i całego w samochodzie powoli toczącym się po kocich łbach ulicy. Gdy jednak tak się stało, nie stracił głowy. Wyszarpnął pistolet zza paska i wybiegł z kawiarni.

– Co się dzieje? Zmyliliśmy drogę! – krzyknął generał Potiorek siedzący na przednim siedzeniu. Kierowca zahamował gwałtownie. Samochód arcyksięcia zatrzymał się o kilka kroków od Principa, co bardzo ułatwiło mu celowanie. Podniósł rewolwer i strzelił dwukrotnie. Pierwsza kula trafiła Franciszka Ferdynanda w szyję i rozerwała tętnicę. Już nic nie mogło go uratować. Drugi pocisk ranił śmiertelnie Zofię, która osunęła się na kolana męża. Arcyksiążę, usiłując ręką zatamować krew tryskającą z rany, tulił żonę i krzyczał:

– Sofrel! Sofrel! Nie umieraj! Musisz żyć dla naszych dzieci!

Lekarz był na miejscu, ale nic nie mógł zrobić. Książęca para skonała po kilku minutach.

Aresztowanie Principa

Princip, który wyrzucił pistolet i odbiegł na kilkanaście kroków, zorientował się, że ucieczka jest niemożliwa. Za nim biegli żołnierze eskorty arcyksięcia, a z przodu drogę grodzili policjanci. Wznoszący się wzdłuż ulicy wysoki żelazny parkan utrudniał przedostanie się do parku, gdzie mógłby szukać ukrycia wśród krzaków i drzew. Jeden z policjantów schwycił Principa za rękę, ale ten wyszarpnął ją i odzyskując na moment swobodę ruchów, włożył do ust ampułkę z cyjankiem, którą trzymał przygotowaną w dłoni. Przegryzł szkło. W tym czasie policjanci i żołnierze wykręcili mu ręce i popchnęli w stronę słupa ogrodzeniowego. Princip nie stawiał oporu. Był przekonany, że lada moment umrze. Mijały sekundy. Zamiast śmierci nastąpiły gwałtowne torsje. Zwietrzała trucizna nie zadziałała. Policjanci wepchnęli kulącego się w boleściach zamachowca do karetki, która ruszyła w stronę miejskiego więzienia.

Pogrzeb arcyksięcia odbył się 4 lipca 1914 roku. Była to skromna uroczystość. Następcy tronu i generalnemu inspektorowi armii nie towarzyszyła w ostatniej drodze honorowa eskorta wojskowa. Zwłoki spoczęły w kościele Artstetten, a nie w rodowej krypcie Habsburgów kościoła kapucynów w Wiedniu.

Tak, stary cesarz Franciszek Józef pozostał do końca niechętny swojemu bratankowi. Nawet po śmierci nie wybaczył mu, że przed laty nie posłuchał monarszego zakazu i ożenił się ze „zwykłą hrabianką” Zofią Chotek. Jednakże w tamtym czasie szeptano, że o przesadnej skromności uroczystości pogrzebowych przesądziły zabiegi ochmistrza dworu księcia Alfreda Montenuovo, który brał na zmarłym odwet za krzywdy, jakie ten wyrządził mu za życia.

Wydawałoby się, że sprawa dobiegła końca. Zamachowcy byli w więzieniu. Ofiary pogrzebano. Niespodziewanie tragedia w Sarajewie uaktywniła poczynania polityków. W stolicach państw europejskich zaczynała działać straszliwa machina...

Śmierć następcy tronu ugodziła w autorytet monarchii i rząd austriacki postanowił natychmiast zareagować. Rada ministrów zebrała się w Wiedniu 7 lipca 1914 roku. Żaden z członków rządu nie miał wątpliwości, że należy podjąć zdecydowane działania. Problemem było tylko określenie granic austriackiej interwencji.

Wojenna wyprawa na Serbię dawała szansę ugruntowania wpływów na Bałkanach, ale rodziła niebezpieczeństwo konfrontacji militarnej z Rosją. Jednakże w Wiedniu wiedziano, że Rosjanie dążą do utworzenia związku państw bałkańskich i skierowania go przeciwko Austrii. Rozprawienie się z Serbią przekreśliłoby rosyjskie plany i bardzo podbudowało autorytet monarchii wśród Słowian południowych.

Liczyło się tylko rozwiązanie militarne, które należało poprzedzić pewnymi działaniami dyplomatycznymi, ale tylko po to, aby stworzyć pretekst do wojny.

Po południu 23 lipca 1914 roku baron Vladimir Giesl von Gieslingen, poseł austriacki, złożył na ręce przedstawiciela rządu serbskiego notę zawierającą dziesięć żądań, które zmierzały do zlikwidowania w Serbii wszelkich ognisk działań antyaustriackich.

Odpowiedź rządu serbskiego, będąca wzorem mistrzostwa dyplomacji, była właściwie zgodą na przyjęcie żądań, ale baron Giesl von Gieslingen uznał, że tak się nie stało, i razem ze swoim personelem opuścił Belgrad. 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii. I wtedy runęła lawina.

Car Mikołaj II

Car Rosji Mikołaj II[5] nie chciał bezczynnie patrzeć, jak wojska austriackie panoszą się na Bałkanach i pomniejszają rosyjskie wpływy. Wydał rozkaz częściowej mobilizacji w czterech z trzynastu okręgów wojskowych.

To zaniepokoiło Niemców. Ambasador uprzedził rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, że dalsze działania Rosji skłonią jego kraj do ogłoszenia mobilizacji, a łagodząc wojowniczy ton swojej wypowiedzi dodał, że nie jest to pogróżka, lecz przyjacielskie ostrzeżenie.

Car nie przyjął tego ostrzeżenia i 30 lipca ogłosił powszechną mobilizację. Niemcy odpowiedziały, wysyłając ultimatum, w którym żądały odwołania przygotowań wojennych. Tego z kolei car nie mógł uczynić, gdyż upokorzyłby się w oczach światowej opinii publicznej i przed własnym narodem. Tak więc Niemcy, 1 sierpnia w godzinach popołudniowych, ogłosiły mobilizację i wypowiedziały wojnę Rosji.

Natychmiast do dyplomatyczno-wojennej gry włączyła się Francja, związana z Rosją przymierzem obronnym z lat 1891–1893 (a także postanowieniami uzupełniającymi z lat 1899, 1900, 1911, 1912) i rozpoczęła przygotowania do wojny. Było to dziwne, gdyż umowy zobowiązywały rząd francuski do działania tylko w przypadku niemieckiej agresji na Rosję, a nic takiego nie miało miejsca. Co więcej, to Rosja pierwsza podjęła kroki wojenne przeciwko Niemcom, ogłaszając mobilizację, a więc Francuzi mieli wszelkie podstawy, aby uznać, że umowy z Rosją nie obowiązują. Dlaczego więc rząd tego państwa, dotychczas niezbyt skory do realizacji zobowiązań, tym razem postąpił tak honorowo?

Rząd francuski słusznie przewidywał, że Niemcy, przystępując do wojny na wschodzie Europy, również uderzą na Zachód. Od 1904 roku Francuzi mieli dość dokładne informacje na temat niemieckich planów wojennych. Podobno dostarczył je wysoki oficer niemiecki ukrywający się pod pseudonimem „Mściciel”. Nie wiadomo, czy rzeczywiście człowiek ten istniał, czy też wywiad francuski wymyślił go, aby zakamuflować właściwe źródło wiadomości. Możliwe jest również, że wywiad chciał uwiarygodnić swoją koncepcję niemieckich zamiarów, która powstała w wyniku analizy setek raportów wywiadowczych; zawsze to lepiej brzmiało, że wywiad uzyskał wgląd w główny plan wojenny wrogiego mocarstwa.

Mapa Bałkanów 1914 r.

We francuskim planie operacyjnym, nazwanym Planem XVII, współdziałanie z Rosją zajmowało istotne miejsce, gdyż doceniano potęgę militarną wschodniego sojusznika, który mając prawie sześć milionów żołnierzy pod bronią, mógł z dnia na dzień wysłać na front co najmniej osiemset tysięcy żołnierzy. Z tych względów rząd francuski, dostrzegając gwałtowny kryzys na Wschodzie, natychmiast przystąpił do akcji: 1 sierpnia, kilka godzin po ogłoszeniu mobilizacji w Niemczech, Francja rozpoczęła przygotowania do wojny.

Wielka Brytania, choć związana luźnym przymierzem z Francją z 1904 roku nazwanym Entente cordiale (serdeczne porozumienie) spokojnie obserwowała rozwój sytuacji na kontynencie, uznając, że nie powinna wtrącać się do walki o hegemonię na Bałkanach. Taką opinię francuskiemu ambasadorowi przekazał 29 lipca sir Edward Grey, brytyjski minister spraw zagranicznych. Jednakże sytuacja uległa gwałtownemu zwrotowi, gdy 2 sierpnia wojska niemieckie wkroczyły na terytorium Wielkiego Księstwa Luksemburg, co zapowiadało, że wkrótce naruszą neutralność Belgii i dojdą do kanału La Manche, a to stanowiłoby poważne zagrożenie dla Wielkiej Brytanii. I tak się stało.

Żołnierze niemieccy na ruinach fortu pod Brukselą

W nocy 4 sierpnia wojska niemieckie przekroczyły granicę belgijską. Tego samego dnia o godzinie 23.00 Winston Churchill, pierwszy lord Admiralicji, poinformował członków rządu, że rozkazał flocie przygotować się do walki. Rozpoczęła się mobilizacja armii lądowej. Godzinę później Niemcy znalazły się w stanie wojny z Wielką Brytanią.

Europa pogrążyła się w chaosie, którego ogromu nie przewidział żaden z polityków ani dowódców. Szybkość, z jaką wojna ogarnęła kontynent, była wynikiem erupcji sprzeczności i konfliktów, które narastały w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.

Na początku XX wieku Niemcy stały się największą europejską potęgą gospodarczą, i to właśnie zmieniło układ sił. Mocarstwo gospodarcze wymagało wielkiej armii i Brytyjczycy nagle zauważyli, że rośnie siła floty cesarskiej, i to tak dalece, że lada moment mogła ona stać się rywalem dla niezwyciężonej dotychczas Royal Navy, strzegącej brytyjskiego skarbca – kolonii, choć Niemcy wyraźnie dawały do zrozumienia, że nie zamierzają odbierać kolonii Wielkiej Brytanii, lecz mniejszym państwom: Belgii i Portugalii.

Wzrost potęgi gospodarczej Niemiec również zaniepokoił Francję, która zawierając umowy z Wielką Brytanią i Rosją, umacniała swoją pozycję polityczną i chętnie wzięłaby odwet za klęski i upokorzenia, jakich doznała w wojnie z Prusami w 1870 roku i następnych latach XIX i XX wieku.

Na drugim krańcu Europy zaogniały się stosunki rosyjsko-austriackie. Ekspansja rosyjska na Bałkanach stanowiła zagrożenie dla monarchii habsburskiej, a na to nie mogły zgodzić się Niemcy, które same coraz śmielej poczynały sobie na Bliskim Wschodzie, na przykład rozpoczynając budowę linii kolejowej Berlin–Bagdad, co z kolei bardzo niepokoiło Rosję.

I tak zabójstwo arcyksięcia i jego żony skierowało przeciwko sobie milionowe armie. Europa pogrążyła się w wojnie...

Co się stało z zamachowcami? Wszyscy trzej: Princip, Čabrinović i Grabež, stanęli przed sądem i zostali skazani 29 października 1914 roku na dwadzieścia lat więzienia. Uniknęli wyroku śmierci tylko dlatego, że w chwili zamachu nie ukończyli osiemnastu lat (główny oskarżony osiągnął pełnoletność 30 czerwca 1914 roku, a więc dwa dni po zamachu), a prawo w Bośni i Hercegowinie nie pozwalało skazywać nieletnich na kary cięższe niż dwadzieścia lat więzienia. Jednakże żaden z nich nie doczekał wolności. Wszyscy zostali zakatowani w więzieniu, zanim zakończyła się wojna.

Wojny nie przeżył również człowiek będący mózgiem całej operacji przeciwko arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi – pułkownik Dimitrijević. Był zbyt niebezpieczny dla rządu serbskiego, tym bardziej że oficerowie zamierzali rozliczyć serbskiego premiera Nikola Pašicia za klęskę w 1914 roku. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, premier, popierany przez regenta księcia Aleksandra, przystąpił do likwidacji niebezpiecznej grupy. Dimitrijević i kilkunastu innych oficerów zostali oskarżeni o przygotowanie zamachu stanu. Sąd wydał wyroki śmierci i długoletniego więzienia. Oczywiście książę Aleksander ułaskawił skazanych na karę śmierci, z wyjątkiem Dimitrijevicia i dwóch innych oficerów, najbliżej z nim związanych. Oni musieli zginąć, gdyż wiedzieli za dużo. Wyrok wykonano o świcie 26 czerwca 1917 roku.

Sprawa sarajewska zakończyła się, ale nigdy do końca nie została wyjaśniona...

Liczebność armii i rezerw głównych walczących stron(w tysiącach)

Państwa walczącew sierpniu 1914 r.ogółem do 1918 r.Rosja597112 000Francja401728 410Wielka Brytania295728 905Serbia220022 707Belgia211722 267Niemcy450011 000Austro-Węgry300027 800Turcja221022 850

Od 1914 do 1918 roku walczące państwa zmobilizowały 67438810 żołnierzy. Liczbę ofiar można przedstawić następująco:

• po stronie państw koalicji zginęło 5152115 żołnierzy, zaginęło – 4121090, rany odniosło 12831004 żołnierzy;

• po stronie państw centralnych zginęło 3386200 żołnierzy, rany odniosło 8388448, zaginęło lub dostało się do niewoli – 3629829.

Oznacza to, że liczba ofiar po obydwu stronach frontu przekroczyła połowę ogółem zmobilizowanych.

Ta wojna pochłonęła również około pięćdziesięciu milionów osób cywilnych zabitych w wyniku działań wojennych, zmarłych z głodu i epidemii będących bezpośrednim następstwem stanu wojny; ponadto wojna starła z powierzchni ziemi tysiące wsi i miast, pozostawiając głód i rewolucje.

Największa tajemnica pierwszej wojny

Tuż przed świtem 5 sierpnia 1914 roku brytyjski okręt Telconia dopłynął do wybrzeża w pobliżu miasta Emden, leżącego przy granicy niemiecko-holenderskiej. Załoga opuściła za burtę haki pokładowych dźwigów i do wody zeszli nurkowie. Po kilkudziesięciu minutach przekazali z dna sygnał, że wykonali zadanie. Liny naprężyły się i z wody zaczął wyłaniać się gruby, pokryty wodorostami i mułem kabel. Z trudem przyciągnięto go na pokład i dwóch ludzi zaczęło walić w niego siekierami. Gdy tylko ostrza przecięły ostatnie wiązki drutów, rozdzielone części ześlizgnęły się z pokładu i opadły na dno. Kabel telefoniczny łączący Niemcy z Ameryką Północną i Południową przestał pełnić swoją rolę. Od tego momentu Niemcy musieli korzystać z linii telekomunikacyjnych państw neutralnych, a wszystkie one biegły przez Londyn. Oznaczało to, że Anglicy mogli rejestrować każdy szyfrogram wysłany z Niemiec do Stanów Zjednoczonych.

Rozpoczynała się jedna z najbardziej sensacyjnych intryg wywia-dowczych, która zaważyła na przebiegu pierwszej wojny bardziej, niż milionowe armie walczące na wielu frontach świata.

* * *

Tego samego dnia, gdy załoga Telconii wykonała tajne zadanie u wybrzeży Holandii, szef brytyjskiego wywiadu morskiego kontradmirał Henry F. Oliver umówił się na lunch ze swoim przyjacielem sir Alfredem Ewingiem[6]. Pogoda była piękna, więc zrezygnował z dorożki i postanowił niewielki odcinek drogi z gmachu Admiralicji do klubu na Piccadilly Circus pokonać na piechotę.

Gdy stanął przed masywnymi, mahoniowymi drzwiami klubu, Big Ben na Wieży Zegarowej parlamentu zaczął wybijać godzinę dwunastą, co wskazywało, że przybył za wcześnie. Zostawił u portiera wiadomość, że będzie czekał w sali klubowej na pierwszym piętrze, gdzie o tej porze powinno być jeszcze pusto. Czas, jaki pozostał mu do spotkania z przyjacielem, pozwalał na spokojną refleksję nad wydarzeniami ostatnich dni, które oszołomiły wszystkich niezwykłym tempem i skalą zmian na Starym Kontynencie. Kontradmirała Olivera, który usiadł przy stoliku w rogu sali, w miejscu zamaskowanym przez rozłożystą palmę, interesowała najbardziej sytuacja na morzu. Położył przed sobą raporty dotyczące śmiałego rajdu dwóch niemieckich jednostek: pancernika Goeben i krążownika Breslau[7]. Te dwa okręty rankiem poprzedniego dnia ostrzelały francuskie porty Philippeville i Bona w Algierii, po czym niespodziewanie skierowały się na północ, w stronę Włoch. Na ich tropie był potężny zespół brytyjski złożony z pancerników Indomitable oraz Indefatigable, które dysponowały wystarczającą siłą ognia, aby zatopić wrogie jednostki. Jednakże, gdy okręty niemieckie znalazły się w zasięgu ich dział obydwa państwa nie były w stanie wojny i brytyjskie pancerniki nie mogły strzelać. Później Niemcy sprytnie wykorzystali przewagę szybkości i umknęli przed pogonią.

Kontradmirał Oliver, podobnie jak dowodzący pościgiem wiceadmirał Archibald Berkeley Milne, zakładał, że niemieckie okręty skierują się na Adriatyk. Jeżeli udałoby się je odnaleźć i zatopić, byłaby to piękna zdobycz na samym początku wojny. Doświadczenie wilka morskiego podpowiadało kontradmirałowi, że cała sprawa jest o wiele poważniejsza, choć nie miał pojęcia, o co może chodzić dowódcy niemieckiego zespołu. Przez głowę mu nie przeszło, że admirał Wilhelm Souchon otrzymał rozkaz przedarcia się do portu w Konstantynopolu i oddania obydwu okrętów pod turecką banderę, co miało przypieczętować sojusz obydwu państw.

Rozwiązanie tej tajemnicy zawierała gruba teczka, którą Oliver miał przed sobą. Był w niej rozkaz nadany w nocy z 3 na 4 sierpnia o godzinie 2.35 przez stację radiową w Nauen pod Berlinem dla admirała Wilhelma Souchona:

„Sojusz z Turcją zawarty 3 sierpnia[8]. Płynąć natychmiast do Konstantynopola”.

Zarejestrowała go brytyjska stacja nasłuchowa w Hunstanton, jednakże Brytyjczycy nie potrafili odczytać kodu, jakiego Niemcy używali do utajnienia treści morskich meldunków.

Rozmyślania Olivera przerwało przybycie sir Alfreda Ewinga, krępego 59-letniego Szkota, z którym szef wywiadu morskiego łączył duże nadzieje.

Sir Alfred był człowiekiem o bardzo rozległych zainteresowaniach, a największą sławę przyniosły mu badania nad trzęsieniami ziemi w Japonii, magnetyzmem i wytrzymałością materiałów, za co król nadał mu tytuł szlachecki w 1911 roku. Pociągała go również kryptologia, choć były to zainteresowania jedynie amatorskie.

Oliver nie pomylił się, uważając, że Ewinga zainteresuje propozycja zorganizowania zespołu kryptologów, którzy podjęliby trud odczytywania niemieckich szyfrów i kodów. Jednakże między zainteresowaniem łamigłówkami a złamaniem szyfru była taka różnica, jak między kałużą i morzem.

Co prawda Ewing zabrał się energicznie do pracy, ale niewiele udało mu się zdziałać. Wizyty w British Museum, gdzie kolekcjonowano maszyny szyfrujące, nie przyniosły żadnych rezultatów. Równie bezskuteczne okazało się wertowanie ksiąg kodów i szyfrów handlowych gromadzonych w głównym budynku Królewskiej Poczty.

Czterej przyjaciele, których namówił do współpracy, również niewiele mogli osiągnąć. Zagłębiali się w papiery zapisane kolumnami cyfr, wiedząc, że są tam ukryte najgłębsze tajemnice, których rozwikłanie mogłoby mieć wpływ na przebieg krwawych kampanii. Mijały dni i tygodnie, a rozwiązanie wydawało się równie odległe, jak na początku.

Tymczasem niemieckie okręty przeszły na służbę w tureckiej marynarce wojennej. Goeben jako Yawuz Sultan Selim, a Breslau jako Midilli zaatakowały Sewastopol i Odessę, prowokując Rosję do przystąpienia do wojny z Turcją. Był to bolesny cios dla państw ententy. Udział Turcji w wojnie po stronie potęg centralnych oznaczał przecięcie morskich dróg zaopatrzenia dla ogromnej, ale źle wyposażonej armii rosyjskiej, której funkcjonowanie było w dużej mierze uzależnione od dostaw z Wielkiej Brytanii i Francji, przesyłanych przez Morze Śródziemne i Morze Czarne. Historia potoczyłaby się inaczej, gdyby 3 sierpnia zaszyfrowana depesza do admirała Souchona została odczytana – wówczas brytyjskie okręty, znając zamiary niemieckich jednostek i planowany kurs, mogłyby uniemożliwić rejs do Konstantynopola. Jednakże szczęście, które nie dopisało brytyjskim kryptologom na początku, szybko im pomogło.

Tuż po północy 26 sierpnia 1914 roku niemiecki krążownik Magdeburg[9] wpadł we mgle na przybrzeżne skały w Zatoce Fińskiej w odległości około pięciu mil od Odensholmu. Załoga okrętu nie zdawała sobie sprawy z bliskości rosyjskich posterunków, które początkowo nie zauważyły awarii okrętu. Dopiero wrzawa na pokładzie i głośne komendy zaalarmowały Rosjan, którzy wysłali w rejon Odensholmu dwa małe kontrtorpedowce; nie mogły one jednak odnaleźć okrętu uwięzionego na skałach.

W tym czasie do krążownika Magdeburg dotarł niemiecki kontrtorpedowiec V 26, któremu jednak nie udało się ściągnąć krążownika na głęboką wodę. Dowódca uznał, że należy okręt wysadzić w powietrze, aby nie wpadł w ręce wroga, ale przedtem postanowił ostrzelać latarnię morską. Huk dział naprowadził rosyjskie kontrtorpedowce i krążowniki, które dość szybko skoncentrowały ogień na łatwym celu, jakim był nieruchomy krążownik. Po kilku trafieniach pociskami kal. 152 mm niemiecka jednostka stała się wrakiem, a jej dowódca kapitan Habenicht uznał, że dalszy opór jest bezcelowy i wydał rozkaz wysadzenia okrętu. Do tego czasu kontrtorpedowiec zabrał większość marynarzy. Ci, którzy pozostali, założyli ładunki wybuchowe tak, aby zniszczyć tylko część okrętu, co całkowicie im się udało. Wybuch rozerwał dziób, a dowódca i 56 członków załogi dostało się do niewoli. Jednakże znacznie cenniejszą zdobyczą była księga kodów. Nie sposób dzisiaj określić, jak trafiła w ręce Rosjan. Według najbardziej prawdopodobnej wersji, w kilka godzin po zakończeniu bitwy, a więc po południu 26 sierpnia, Rosjanie wyłowili z morza zwłoki niemieckiego marynarza, który w zaciśniętej w śmiertelnym skurczu dłoni trzymał tajną księgę. Według innej wersji, nurkowie odnaleźli ją na skalistym dnie, obok kadłuba. Rosyjski attaché morski poinformował o tym znalezisku Pierwszego Lorda Admiralicji Winstona Churchilla, proponując, aby Anglicy natychmiast wysłali do Aleksandrowa okręt, który zabrałby do Londynu bezcenny dokument. Już 13 października w Londynie stawił się rosyjski oficer z księgą będącą kluczem do niemieckich depesz, tyle że ten klucz przymierzony do nie-mieckiego zamka nie chciał go otworzyć. Dopiero po kilku tygodniach jeden z pracowników zespołu Ewinga wykrył, że w niemieckich depeszach kod był dodatkowo szyfrowany. Odtąd praca zespołu Ewinga ruszyła żwawiej i trzy tygodnie później jego członkowie potrafili odczytywać niektóre z niemieckich rozkazów dla dowódców okrętów wojennych.

Szczęście w dalszym ciągu nie opuszczało kryptologów. 28 sierpnia w czasie pierwszej bitwy morskiej okrętów brytyjskich z niemieckimi w Zatoce Helgolandzkiej na dno poszedł kontrtorpedowiec V187 oraz trzy krążowniki: Mainz, Ariadne i Cöln. Z jednego z tych okrętów wypadła za burtę drewniana skrzynia i przez kilka miesięcy, gnana wiatrem, dryfowała po Morzu Północnym. W końcu grudnia 1914 roku wydobyli ją brytyjscy rybacy, zdziwieni widokiem masywnej skrzyni w sieci pełnej ryb. Wewnątrz znaleźli księgi kodowe i dokumenty, które natychmiast przesłali do Londynu. Było to wspaniałe uzupełnienie księgi kodowej z krążownika Magdeburg. Niemalże natychmiast kryptolodzy z zespołu Ewinga zaczęli odczytywać rozkazy dla niemieckich okrętów. Kilka miesięcy później przekonali się, że niemieckie ataszaty morskie używają tego samego kodu.

Tymczasem zespół kryptologów liczący początkowo pięć osób rozrastał się i wkrótce gabinet dyrektora Ewinga stał się dla nich za ciasny. Biurka stały tak blisko, że z trudem można było się przecisnąć. Kryptolodzy przeszkadzali sobie nawzajem, dochodziło do kłótni i swarów, ale prawdziwym kataklizmem stawała się wizyta kogoś z zewnątrz. Wówczas wszyscy pracownicy musieli składać papiery i ukrywać je starannie przed wzrokiem nawet najbardziej zaufanych ludzi.

Po wielu interwencjach Ewinga Admiralicja zdecydowała się stworzyć kryptologom lepsze warunki lokalowe i w połowie listopada umożliwiła im wprowadzenie się do pokoju numer 40 w tak zwanym Starym Budynku (Old Building) Admiralicji. Zespół otrzymał też nową nazwę ID 25 (sekcja 25 Intelligence Division), ale przylgnęło do niego nieformalne określenie „Pokój 40”.

Zespół „Pokoju 40” wykonał tytaniczną robotę. Od października 1914 roku do końca wojny odczytał ponad piętnaście tysięcy niemieckich szyfrogramów. Jednakże twórcy tej komórki sir Alfredowi Ewingowi nie dane było doczekać sukcesu największego. Historia spłatała mu złośliwego psikusa, nie pozwalając przyjąć miana człowieka, który wpłynął na losy pierwszej wojny światowej.

W maju 1916 roku zaproponowano mu stanowisko kanclerza Uniwersytetu Edynburskiego. Była to niesłychanie kusząca propozycja. Mógł powrócić do swojej największej pasji – nauki, którą porzucił, rozumiejąc stan wyższej konieczności, jaki stworzyła wojna. Wahał się, ale 1 października 1916 roku wyjechał do deszczowego Edynburga. Przez pewien czas nadzorował pracę przyjaciół w „Pokoju 40”, jednak w najważniejszej akcji nie wziął udziału.

Kapitan Reginald Hall (w środku)

Jego miejsce zajął kapitan William Reginald Hall[10], o którym mówiono, że urodził się, aby pracować w wywiadzie. W tej opinii nie było ani krzty przesady.

Ojciec kapitana Halla był pierwszym dyrektorem wydziału wywiadowczego Admiralicji. On sam zaczął służbę w marynarce wojennej, mając lat czternaście. W wieku trzydziestu pięciu lat miał już stopień kapitana, a potem dowodził krążownikiem i pancernikiem. Nerwowy tik lewego oka sprawił, że przylgnął do niego przydomek Blinker (Mrugacz).

Wszyscy, którzy się z nim spotykali, ulegali jego hipnotycznemu czarowi. Amerykański ambasador Walter Hinges Page pisał:

„Ten człowiek jest geniuszem, czystym przypadkiem geniuszu. Wszyscy inni ludzie z tajnych służb są amatorami w porównaniu z nim – czystym przypadkiem geniusza”.

Historia to potwierdziła...

Było to 17 stycznia 1917 roku o godzinie 10.30. Pastor William Montgomery, pracujący jako kryptolog w zespole „Pokoju 40”, wszedł do gabinetu Halla i położył przed nim kartkę.

– Jest to prawdopodobnie bardzo ważna wiadomość wysłana z Berlina za pośrednictwem ambasady amerykańskiej szesnastego stycznia o godzinie piętnastej – wyjaśnił.

Hall nie pytał o nic. Wiedział, że jeżeli jego pracownik nie przedstawia innych informacji, to znaczy, że ich nie ma.

Przyjrzał się oryginałowi. Był to długi tekst zawierający około tysiąca znaków. Wszystko wskazywało na to, że Niemcy użyli dyplomatycznego kodu 0075. Wprowadzono go lipcu 1916 roku dla niemieckich przedstawicielstw w Wiedniu, Sofii, Konstantynopolu, Bukareszcie, Kopenhadze i kilku innych stolicach Europy. Brytyjscy kryptolodzy zwrócili uwagę na ten kod na początku listopada 1916 roku w depeszach wysyłanych do ambasady niemieckiej w Waszyngtonie. Przez wiele miesięcy usiłowali go złamać, ale bez większych sukcesów.

Montgomery odczekał, aż szef przeanalizuje zawartość pierwszej kartki, i wtedy położył na biurku drugą.

– Nigel de Grey i ja odczytaliśmy pewne fragmenty. To jest depesza Zimmermanna do Bernstorffa. W nawiasach, ze znakami zapytania umieściliśmy wyrazy odczytane częściowo lub dobrane logicznie do treści – uzupełnił Montgomery.

Minister Arthur Zimmermann
Johann-Heinrich Bernstorff

Arthur Zimmermann[11] był ministrem spraw zagranicznych Niemiec. Depesza adresowana była do hrabiego Johanna-Heinricha Andreasa Bernstorffa[12], niemieckiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Już sam ten fakt nakazywał najwyższą uwagę.

Hall czytał:

„Najbardziej tajne, do osobistej wiadomości Waszej Ekscelencji, w celu wręczenia Imperialnemu Ministrowi (Meksyku?) telegramem nr 1 ... bezpieczną drogą. Proponujemy rozpoczęcie 1 lutego nieograniczonej wojny podwodnej. Czyniąc to, będziemy zachęcać do utrzymania Ameryki neutralnej (?). Jeżeli nie (uda nam się to?), proponujemy (Meksykowi?) sojusz na następujących podstawach: (wspólne?) prowadzenie wojny (wspólne?) zawarcie pokoju [...] Wasza Ekscelencja powinien poinformować prezydenta (Meksyku?) poufnie (że oczekujemy?) wojny z USA (i prawdopodobnie z?) (...) (Japonią?) i w tym samym czasie negocjacji między nami i Japonią. (Proszę powiedzieć prezydentowi?), że (...) lub okręty podwodne (...) zmuszą Anglię do zawarcia pokoju w ciągu paru miesięcy. Proszę potwierdzić odbiór. Zimmermann”.

Kapitan Hall nie miał wątpliwości, że kryptologom udało się odtworzyć treść bardzo bliską oryginałowi. Depesza była więc ogromnie ważna. Mogła zmienić bieg wojny! Zadanie, które załoga okrętu Telconia wykonała trzy lata wcześniej, przecinając transatlantycki kabel, profitowało w nadzwyczajny sposób.

Niemcy pozbawieni bezpośredniego połączenia z Ameryką zwrócili się o pomoc do neutralnej Szwecji. Rząd tego państwa zgodził się przesyłać niemieckie depesze do Stanów Zjednoczonych jako swoje własne. Ta operacja nie mogła się udać, gdyż Anglicy zbyt starannie kontrolowali wszystkie łącza kablowe i szybko odkryli w szwedzkich depeszach dość pobieżnie zamaskowany niemiecki kod dyplomatyczny. Zaczęli je zatrzymywać.

W 1915 roku ambasador Szwecji poskarżył się w Foreign Office, że Londyn blokuje łączność neutralnego państwa. Anglicy odpowiedzieli, że boleją nad tym, ale proszą, aby neutralne państwo przestało wyświadczać uprzejmość wrogiemu wobec nich mocarstwu. Rząd szwedzki przeprosił i obiecał, że więcej nie będzie udostępniał Niemcom swoich kanałów łączności ze Stanami Zjednoczonymi. Dotrzymał słowa. Niemieckie depesze, w szwedzkim opakowaniu, przestały płynąć do Stanów Zjednoczonych. Pojawiły się natomiast na łączach do Argentyny i były bardziej starannie ukrywane. Angielscy specjaliści szybko się w tym zorientowali, ale tym razem Londyn nie zaprotestował. Hall chciał mieć wgląd w niemieckie depesze, a nie kolejne przeprosiny Szwedów.

Prezydent Woodrow Wilson

Druga droga komunikowania się ze Stanami Zjednoczonymi, jaką wykorzystywali Niemcy, była bardziej perfidna. W grudniu 1916 roku niemiecki ambasador hrabia Bernstorff, dyskutując z prezydentem Thomasem Woodrowem Wilsonem i jego doradcą pułkownikiem Edwardem M. Housem możliwości pokojowego porozumienia, wskazał, że dobrze byłoby ustanowić bezpośredni kontakt obydwu rządów. Wilson wyraził zgodę. Odtąd Niemcy mogli z ambasady amerykańskiej w Berlinie wysyłać do Waszyngtonu depesze dotyczące stosunków między obydwoma państwami. Ta linia również biegła przez Londyn i ponownie angielscy cenzorzy odkryli niemiecki kod dyplomatyczny w telegramach, choć tym razem wysyłanych z ambasady amerykańskiej. Nikt jednak przeciwko temu nie zaprotestował. Neutralna Ameryka to nie neutralna Szwecja, i żaden z angielskich urzędników nie odważyłby się strofować rząd amerykański, że zachowuje się nieneutralnie. Poza tym Hall mógł kontrolować obydwa niemieckie kanały łączności dyplomatycznej – szwedzki i amerykański.

Depesza Zimmermanna stanowiła dowód niemieckiej wiarołomności. Hall mógł więc przypuszczać, że ujawnienie treści telegramu zachęci Stany Zjednoczone do przystąpienia do wojny po stronie państw koalicji.

Od początku wojny Amerykanie nie chcieli się mieszać do spraw Starego Kontynentu, tyle że nie była to neutralność całkowita. Ich sympatie wyraźnie przesuwały się w stronę Wielkiej Brytanii i Francji. Decydowały o tym silne przedwojenne powiązania finansowe banków amerykańskich, angielskich i francuskich. Do połowy 1917 roku państwa ententy otrzymały pożyczki w wysokości 2,3 miliarda dolarów, gdy Niemcy mogli skorzystać z kredytów w wysokości tylko 27 milionów dolarów.

W pierwszym roku wojny neutralność była bardzo dochodowa. Wartość eksportu do państw ententy wyniosła 825 milionów dolarów, a do państw centralnych tylko 179 milionów dolarów. Później kokosowe interesy robił amerykański przemysł zbrojeniowy. Wartość sprzedanych do Europy materiałów wybuchowych wzrosła z sześciu mln dolarów w 1914 roku do prawie pół miliarda dolarów w 1916 roku.

Jednakże sympatia wobec Anglii i Francji i perspektywa biznesu nie oznaczały, że Amerykanie chcieliby wysłać setki tysięcy żołnierzy, aby ginęli w okopach w Europie.

Prezydent musiał się liczyć z bardzo silnymi nastrojami izolacjonistycznymi w społeczeństwie amerykańskim, wspomaganymi przez wpływowe grupy ludności niemieckiej. Do nich dołączyli Irlandczycy, którzy w zwycięstwie Niemiec widzieli szansę na pokonanie największego wroga – Anglii. Natomiast Żydzi byli przeciwni udzieleniu pomocy caratowi.

Sam prezydent Thomas Woodrow Wilson[13] też nie chciał wojny. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej w listopadzie 1916 roku jego partia reklamowała swojego kandydata jako człowieka, który „trzyma nas z dala od wojny”.

Wkrótce potem Wilson powiedział swojemu przyjacielowi pułkownikowi House’owi:

– Kraj nie ma zamiaru dać się wciągnąć w wojnę. Przystąpienie do wojny byłoby z naszej strony zbrodnią przeciwko cywilizacji.

Niemcy nie potrafili jednak docenić pożytków, jakie płynęły z faktu, że Ameryka pozostawała neutralna. Popełnili ogromny błąd, który zmienił antywojenne nastroje rządu i społeczeństwa amerykańskiego. W lutym 1915 roku ogłosili strefę wód dookoła Wielkiej Brytanii jako obszar wojny i zapowiedzieli, że statki neutralne mogą tam wpływać na własne ryzyko.

W maju tego roku w pobliżu Irlandii niemiecki okręt podwodny U-20 storpedował angielski statek Lusitania; zginęło 1198 osób, w tym 128 obywateli amerykańskich. Waszyngton zareagował bardzo ostro. W kołach rządzących odezwały się głosy za przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny.

Generałowie Paul von Hindenburg (trzeci z lewej) i Erich Ludendorff (pierwszy z lewej) na dworcu w Brukseli

Wkrótce inna tragedia wstrząsnęła Ameryką: 16 sierpnia torpedy niemieckiego okrętu podwodnego posłały na dno kolejny angielski statek Arabic, na którym zginęli dwaj obywatele amerykańscy. Tym razem władze Niemiec przestraszone reakcją Stanów Zjednoczonych zdecydowały się, przynajmniej oficjalnie, zrezygnować z prowadzenia podwodnej wojny przeciwko nie uzbrojonym statkom pasażerskim. Na początku września 1915 roku hrabia Bernstorff złożył na ręce przedstawiciela Departamentu Stanu USA zobowiązanie, że okręty podwodne nie będą zatapiały statków bez wcześniejszego uprzedzenia.

Statek handlowy trafiony niemiecką torpedą (zdjęcie zrobione przez peryskop)

Ten stan rzeczy trwał długo, jako że 24 marca 1916 roku zatopili na kanale La Manche parowiec Sussex. Waszyngton ponownie zażądał zaprzestania pirackiej dzielności U-Bootów. Ponownie rząd niemiecki zapewnił, że nie dopuści do powtórzenia się takiej sytuacji. Najwyżsi dowódcy mieli jednak inne zdanie. Generał Erich Ludendorff[14] doszedł do wniosku, że nieograniczona akcja okrętów podwodnych jest ostatnim środkiem, który w niedługim czasie pozwoli zwycięsko zakończyć wojnę.

Szef sztabu admiralicji admirał Henning von Holtzendorff pisał w memoriale z 22 grudnia 1916 roku:

„Jeśli uda nam się złamać kręgosłup Anglii, wojnę zakończymy szczęśliwie. Kręgosłupem Anglii jest okręt, który wyspom brytyjskim przywozi żywność i surowce i zapewnia im zdolność płatniczą wobec zagranicy”.

Admirał dowodził, że sto jedenaście U-Bootów krążących po morzach będzie zatapiać miesięcznie statki o łącznej pojemności sześciuset tysięcy BRT. Ponadto wobec zagrożenia ze strony okrętów podwodnych wiele neutralnych statków nie odważy się wyruszać w stronę Anglii. W rezultacie dostawy morskie spadłyby w ciągu kilku miesięcy o 39 procent i wyczerpana Anglia byłaby zmuszona poprosić Niemcy o zawarcie pokoju.

Kanclerz Bethmann-Hollweg (siedzi)ze swoim współpracownikiem,podsekretarzem Wahnschaftem

W zamku Hochbergów w Pszczynie, gdzie od czerwca 1915 roku mieszkał cesarz Wilhelm II, oraz ze względu na bliskość sztabu austro-węgierskiego w nieodległym Cieszynie zainstalował się niemiecki Sztab Generalny; 9 stycznia 1917 roku odbyła się narada, w której wziął udział cesarz. Dyskutowano zalety i niebezpieczeństwa płynące z ogłoszenia nieograniczonej wojny podwodnej, która oznaczała, że niemieckie okręty podwodne będą atakować bez uprzedzenia każdy napotkany statek aliancki lub państw neutralnych płynący do lub z brytyjskiego portu.

Dowódca marynarki wojennej argumentował:

– W obozie nieprzyjacielskim, a głównie we Francji i Włoszech, życie gospodarcze poddane zostało tak krytycznej próbie, że wszystko trzyma się dzięki angielskiemu zapałowi. Należy złamać Anglii kręgosłup, a wojnę zakończymy szczęśliwie. Kręgosłupem Anglii jest flota, która dostarcza surowce i żywność. Zniszczyć angielską flotę mogą tylko okręty podwodne. Podczas nieograniczonej wojny podwodnej każdy statek napotkany w strefie wojennej, zarówno nieprzyjacielski, jak i neutralny będzie zatopiony bez ostrzeżenia. Nasze U-Booty są w stanie zatopić sześćset tysięcy ton rejestrowych miesięcznie i zmusić Anglię do kapitulacji, jeszcze przed następnymi żniwami.

Kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg[15] był przeciwny rozpoczynaniu takiej operacji. Ostrzegał, że rozpoczęcie ataków podwodnych sprowokuje Stany Zjednoczone do wystąpienia przeciwko Rzeszy.

Zakończył swoje wystąpienie słowami:

– Wojna podwodna to nasza ostatnia karta. Jeżeli użyjemy jej za wcześnie, cóż nam, panowie, pozostanie? Chyba tylko zawarcie pokoju na warunkach podyktowanych przez wrogów!

To rozjuszyło Hindenburga i Ludendorffa.

– Zatwierdzając plan totalnej wojny podwodnej, uratujemy setki tysięcy niemieckich istnień. Jeżeli nawet wyślemy do walki dwieście łodzi podwodnych i wszystkie zostaną zniszczone, to łączne straty wyniosą dziewięć do dziesięciu tysięcy niemieckich marynarzy. A tylu naszych żołnierzy ginie średnio w ciągu dwóch–trzech dni bitwy pod Verdun! – argumentował generał Ludendorff.

Gwałtowność tego wystąpienia zszokowała wszystkich, lecz Ludendorff, niezrażony przekonywał, że nie należy się bać Stanów Zjednoczonych.

Cesarz, wyraźnie pod wrażeniem przemówienia generała, zwrócił się o opinię do kanclerza. Ten zaczął się wycofywać ze swojego stanowiska, zrzucając odpowiedzialność za decyzję na władze wojskowe, a słysząc buńczuczne zapewnienie Hindenburga i Holtzendorffa, że „ani jeden Amerykanin nie postawi stopy na naszym kontynencie!”, powiedział z ironią:

– Rząd popiera stanowisko Admiralicji. Skoro sukces nas woła, podążajmy za nim...

W Pszczynie zapadła decyzja o rozpoczęciu nieograniczonej wojny podwodnej, o której minister Zimmermann powiadomił natychmiast ambasadora w USA.

Bernstorff był mądrzejszym politykiem niż ci, którzy kazali mu poinformować rząd Stanów Zjednoczonych o rozpoczęciu wojny podwodnej. Gwałtownie zaprotestował przeciwko decyzji podjętej w Pszczynie. Dowodził, że w nowej sytuacji Stany Zjednoczone mogą przystąpić do wojny, oddając państwom ententy cały swój niezmierzony potencjał gospodarczy i militarny.

Miał rację, choć tylko częściowo. Co prawda 3 lutego, na wieść o ogłoszeniu wojny podwodnej, Stany Zjednoczone zerwały stosunki dyplomatyczne z Niemcami, ale tego samego dnia wieczorem ambasador amerykański w Berlinie przyjął na kolacji ministra Zimmermanna.

– Zobaczy pan, wszystko pójdzie dobrze. Ameryka nic nie uczyni, ponieważ prezydent Wilson pragnie tylko pokoju i niczego innego – zapewniał swojego gościa.

Rzeczywiście. Prezydent traktował zerwanie stosunków dyplomatycznych jako formę nacisku na Niemcy i nie miał zamiaru posunąć się dalej. Wystąpił tylko z projektem ustawy o uzbrojeniu statków handlowych. Ale statki nie wypływały z portów, gdyż armatorzy bali się, że na Atlantyku stracą swój dobytek. Ruch w portach zamierał. W magazynach piętrzyły się stosy nie sprzedanych towarów. Plantatorzy bawełny w południowych stanach zbierali plony z pól, nie wiedząc, co z tym dalej robić. Amerykańskiej gospodarce zagroził kryzys. Prezydent nie mógł tego nie zauważyć. Niepokoił go również gwałtownie pogarszający się stan brytyjskiej gospodarki, która pozbawiona dostaw morskich, słabła. Już w pierwszym okresie nieograniczonej wojny podwodnej Wielka Brytania traciła miesięcznie 107 statków o łącznym tonażu pół miliona BRT.

Zapasy zboża w brytyjskich spichrzach kurczyły się gwałtownie. W kwietniu było ich już tylko na sześć tygodni. Brakowało dostaw drewna z Norwegii, używanego w kopalnianych chodnikach, i groziło całkowite zatrzymanie wydobycia węgla.

Ameryka stawiała sobie pytanie, jak będzie wyglądał świat po upadku ententy i dochodziła do wniosku, że musi te państwa wspomóc.

I w takiej sytuacji kryptolodzy kapitana Halla otrzymali depeszę ministra Zimmermanna, której ujawnienie mogło jednoznacznie przeciąć spory wśród zwolenników i przeciwników przystąpienia USA do wojny. Tylko czy można było ujawnić tę depeszę?

To było pierwsze pytanie, na które musiał odpowiedzieć William Hall, trzymając w ręku wstępnie odszyfrowany tekst.

Brakowało wielu słów, które mogły zmienić sens depeszy. Było to co prawda mało prawdopodobne, ale przystępując do wielkiej gry, takie niebezpieczeństwo należało uwzględnić.

Co więcej, Anglicy, ujawniając depeszę, przyznaliby się, że kontrolowali amerykańską łączność dyplomatyczną, a to natychmiast wykorzystałaby niemiecka propaganda.

Hall dostrzegał także inne niebezpieczeństwo. Niemcy dowiedzieliby się, że ich kody dyplomatyczne nie stanowią już tajemnicy i oczywiście natychmiast zmieniliby je, odcinając Anglików od źródła bezcennych informacji o ruchach wojsk i okrętów. Efekt mógł być więc katastrofalny dla Brytyjczyków; zraziliby Amerykanów i ujawniliby Niemcom, że znają ich szyfry, nie zyskując nic w zamian!

Hall postanowił czekać, aż otrzyma całkowicie odszyfrowany tekst depeszy Zimmermanna.

Mijały tygodnie, a specjaliści z „Pokoju 40” nie potrafili sobie poradzić ze skomplikowanym kodem 0075, za pomocą którego utajniono depesze Zimmermanna.

Praca nad odczytaniem tekstu rozpoczynała się zwykle od zidentyfikowania cyfr wyrażających słowo STOP. Można je było zamaskować za pomocą wielu grup cyfr, ale szyfranci, nie chcąc często zerkać do księgi, posługiwali się jedną lub dwiema grupami, które udało im się zapamiętać. Oznaczało to, że najczęściej pojawiające się w tekście szyfrogramu zespoły cyfr oznaczają STOP. Ogromną pomocą dla łamaczy szyfrów i kodów były też utarte zwroty, z lubością stosowane przez dyplomatów w oficjalnych depeszach. W ciemno można było przyjąć, że większość depesz rozpoczyna się od zwrotu: „Mam honor poinformować Waszą Ekscelencję, że...”.

Kod 0075 był jednak wyjątkowo trudny: zawierał dziesięć tysięcy słów i zwrotów ponumerowanych od 0000 do 9999. Odczytanie nawet kilkuset nie umożliwiało jeszcze poznania treści całego dokumentu.

Hall czekał niecierpliwie, a Nigel de Grey i Montgomery nie byli w stanie odczytać całego tekstu depeszy Zimmermanna. I wtedy przyszedł mu do głowy prosty, acz genialny pomysł.

Wyszedł od stwierdzenia oczywistych faktów: depesza była adresowana do ambasadora Bernstorffa w Waszyngtonie. Ten miał ją przekazać prezydentowi Meksyku przez niemieckiego ambasadora w tym państwie. Ambasada w Mexico City nie używała kodu 0075, lecz starszego i łatwiejszego do złamania kodu 13040. W Waszyngtonie szyfrant ambasady niemieckiej musiał zmienić kod i wysłać depeszę do Meksyku, korzystając z normalnej drogi łączności, przez firmę telekomunikacyjną Western Union. Należało więc przechwycić telegram w kodzie 13040, wysłany z Waszyngtonu do Meksyku!

Na poczcie w Mexico City pracował angielski agent o pseudonimie „T”. W kilka dni po otrzymaniu polecenia wykradł kopię telegramu wysłanego z Waszyngtonu i przesłał ją do „Pokoju 40”.

Hall nie mylił się. Telegram utajniony był za pomocą kodu 13040. Co prawda ambasador Bernstorff, przekazując depeszę Zimmermanna do Meksyku, mógł wprowadzić pewne poprawki, ale nie mógł zmienić sensu oryginału. W pierwszych dniach lutego na biurku kapitana Halla znalazł się pełny tekst telegramu ministra Zimmermanna:

„1 lutego zamierzamy rozpocząć nieograniczoną wojnę podwodną. Pomimo to będziemy usiłowali utrzymać Stany Zjednoczone Ameryki w neutralności. W przypadku jeżeli to się nie powiedzie, przedłożymy Meksykowi propozycję sojuszu na następujących zasadach: wspólnego prowadzenia wojny, wspólnego zawarcia pokoju, hojnego finansowego wsparcia i zrozumienia z naszej strony, że Meksyk odbije utracone terytoria w Teksasie, Nowym Meksyku i Arizonie. Ustalenie szczegółów porozumienia pozostawiamy panu. Poinformuje pan prezydenta [Meksyku – B.W.] o powyższym, najbardziej tajnie, gdy tylko wojna ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki stanie się oczywista (...). Zimmermann”.

Hall miał wszystko, ale rząd brytyjski postanowił czekać do czasu, aż establishment amerykański będzie przekonany, że nieograniczona wojna podwodna przyniesie Ameryce ogromne straty gospodarcze. Ten czas nadszedł szybko.

Już 22 lutego 1917 roku Hall za zgodą (o ile nie na polecenie) Ministerstwa Spraw Zagranicznych pokazał depeszę Edwardowi Bellowi, sekretarzowi ambasady USA w Londynie, utrzymującemu stałe kontakty z angielskimi służbami wywiadowczymi.

Bell, zaszokowany treścią, początkowo nie uwierzył w autentyczność dokumentu, lecz szybko dał się przekonać i schwycił za telefon. Zadzwonił do ambasadora Page’a, prosząc o natychmiastową rozmowę. Po dwudziestu minutach Bell i Hall weszli do gabinetu ambasadora w budynku na Grosvenor Square w Londynie.

Ambasador od dawna doradzał prezydentowi Wilsonowi przystąpienie do wojny. Teraz, gdy miał depeszę Zimmermanna, zrozumiał, że łatwo pokona wszelkie opory prezydenta. Należało tylko rozważyć, jak przekonać Waszyngton, że telegram jest prawdziwy, i jak uniknąć kontrakcji przeciwników przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny. Uznał, że będzie najlepiej, jeżeli następnego dnia przedstawiciel rządu brytyjskiego oficjalnie wręczy mu tekst telegramu w siedzibie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Przez całą noc ambasador Page pisał depeszę dla swoich zwierzchników, w której wyjaśniał, w jaki sposób telegram Zimmermanna trafił do rąk brytyjskich kryptologów. 24 lutego o godzinie drugiej w nocy czasu londyńskiego nadał do Waszyngtonu: „Za około trzech godzin wyślę do prezydenta i sekretarza stanu telegram ogromnej wagi”.

Wykonał to dopiero o godzinie trzynastej.

W Waszyngtonie pod nieobecność sekretarza stanu Roberta L. Lansinga wiadomość z Londynu trafiła do rąk radcy departamentu Franka L. Polka. Natychmiast powiadomił on prezydenta o ważnej wiadomości z Londynu i wyruszył do Białego Domu.

Wilson był wyraźnie poruszony. Najbardziej bulwersujący był fakt, że propozycja przystąpienia Meksyku do wojny ze Stanami Zjednoczonymi została wysłana z ambasady amerykańskiej w Berlinie. Prezydent mógł czuć się dotknięty, gdyż to on zezwolił rządowi niemieckiemu na korzystanie z amerykańskich kanałów łączności. Oburzająca była propozycja oddania Meksykowi trzech amerykańskich stanów.

Wilson, nie zastanawiając się dłużej, postanowił opublikować telegram Zimmermanna, ale Polk doradził skonsultowanie się wcześniej z sekretarzem stanu, gdy ten powróci z weekendu. Sam musiał mieć czas na ostateczne sprawdzenie autentyczności dokumentu.

Do wtorku odnalazł w archiwum Departamentu Stanu zakodowany telegram, przesłany z Berlina do hrabiego Bernstorffa. Był przekonany, że to jest właśnie oryginał, który odczytali Brytyjczycy.

Następnego dnia agencja AP rozesłała do wszystkich gazet tekst telegramu, wraz z komentarzem. Ta sensacyjna wiadomość zrobiła wrażenie nawet na zagorzałych przeciwnikach przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny.

Izba Reprezentantów ogromną większością głosów (403 do 13) uchwaliła ustawę o uzbrojeniu statków handlowych. Senat był bardziej wstrzemięźliwy. Domagał się dowodu potwierdzającego prawdziwość telegramu, podejrzewając, że cała sprawa może być podstępem Brytyjczyków.

W tym czasie Frank Polk usiłował uzyskać od prezesa Western Union zgodę na wgląd do telegramu przesłanego przez ambasadora niemieckiego z Waszyngtonu do Meksyku. Prezes bronił się. Prawo zabraniało mu naruszać tajemnicę korespondencji. Nie wiadomo jakich metod użył Polk, ale ostatecznie wydostał kopię telegramu.

Sekretarz stanu Lensing przesłał ją natychmiast do Londynu nakazując, aby ktoś z pracowników ambasady amerykańskiej odczytał zakodowaną treść, używając brytyjskich metod dekryptażu.

Wkrótce ambasador Page odpowiedział z Londynu:

„Bell wziął zakodowany tekst niemieckiej depeszy (...) do Admiralicji i tam odczytał według niemieckiego kodu znajdującego się w posiadaniu Admiralicji”.

To nie była całkowita prawda. Zrobił to Nigel de Grey, ale to już nie miało znaczenia. Prezydent Wilson otrzymał potwierdzenie autentyczności telegramu, której domagali się senatorzy. Ostateczne potwierdzenie nadeszło od samego Zimmermanna.

W czasie konferencji prasowej w Berlinie, która odbyła się 2 marca 1917 roku amerykański dziennikarz William Bayard Hale zapytał ministra:

– Czy ekscelencja zdementuje całą tę historię?

– Nie – odparł Zimmermann, unosząc się honorem. – Nie mogę temu zaprzeczyć. To jest prawda.

Niemcy gorączkowo starali się ustalić sposób, w jaki telegram znalazł się w rękach Brytyjczyków.

Tekst zamieszczony w prasie amerykańskiej wskazywał, że telegram przechwycono na linii Waszyngton–Mexico City lub w samym Mexico City. Urzędnicy prowadzący śledztwo popełnili podstawowy błąd. Z góry odrzucili możliwość złamania kodu przez kryptologów i uznali, że brytyjscy agenci wykradli odkodowany tekst telegramu.

Ambasador w Meksyku T. von Eckardt usiłował całą winę zrzucić na Bernstorffa. W Berlinie jednak uznano, że zdrady dopuszczono się w Meksyku. Nie obwiniano wprost Eckardta, ale poinformowano go, że różne wskazania sugerują, iż zdrada została popełniona w jego ambasadzie.

„Zaleca się największą ostrożność. Spalić wszystkie kompromitujące materiały” – taki był nakaz Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Amerykańscy żołnierze przybywają do portu Liverpool

Eckardt usiłował się bronić. Zapewniał zwierzchników:

„Obydwie przesyłki zostały odkodowane zgodnie z moimi specjalnymi instrukcjami przez Magnusa [szyfrant ambasady – B.W.]. Obydwie, tak jak w przypadku wszystkiego, co ma charakter sekretu politycznego, były przechowywane w tajemnicy przed urzędnikami kancelarii. Oryginały zostały spalone przez Magnusa, a popiół rozrzucony. Obydwie przesyłki znajdowały się w absolutnie bezpiecznym stalowym sejfie, zainstalowanym specjalnie dla takich potrzeb w sypialni Magnusa, do czasu ich spalenia”.

Wyjaśnienia ambasadora były tak przekonujące, że niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zdecydowało się pocieszyć strapionego dyplomatę, informując go:

„W świetle Pana wyjaśnień wskazania w tym kierunku [tj. ujawnienia tajemnicy przez ambasadę w Meksyku – B.W.] straciły swoją moc. Żadna wina nie spoczywa na Panu ani na Magnusie”.

Tymczasem niemieckie dowództwo, w euforii sukcesów U-Bootów zupełnie nie zwracało uwagi na nastroje panujące w USA. Torpedy niemieckiego okrętu trafiły 19 marca amerykański statek handlowy Vigilentia, który poszedł na dno z całą załogą. Tego było już za wiele!

Prezydent Thomas Woodrow Wilson 2 kwietnia wygłosił przemówienie na specjalnej sesji Kongresu, domagając się uznania stanu wojny między USA i Niemcami.

– Z głębokim zrozumieniem powagi, a nawet tragicznego charakteru kroku, jaki podejmuję, i poważnej odpowiedzialności, jaka się z tym łączy, doradzam, aby Kongres zadeklarował, że ostatnio polityka imperialnego rządu niemieckiego jest faktycznie niczym innym, jak wojną przeciwko rządowi i obywatelom Stanów Zjednoczonych! – mówił prezydent.

Cztery dni później obie izby Kongresu zdecydowaną większością głosów podjęły rezolucję w tej sprawie.

Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, choć były do tego zupełnie nieprzygotowane.

Dowódca wojsk amerykańskich wysłanych do Europy generał John „Black Jack” Pershing, schodząc z okrętu we francuskim porcie, zawołał:

– Lafayette, jesteśmy tutaj!

Niewielu ich było. Na początek dziewięć dywizji, ale do października 1917 roku siły amerykańskie urosły do czterdziestu dwóch dywizji. Do końca wojny Amerykanie zmobilizowali blisko cztery i pół miliona żołnierzy.

Przyjeżdżali do Europy, przywożąc ze sobą wiarę w zwycięstwo i potęgę gospodarczą państwa, które nie odczuło straszliwych skutków wojny niszczącej Europę.

Jeden z brytyjskich dyplomatów powiedział później:

– Amerykańska machina wojenna jest jak ogromny kocioł. Gdy raz rozpali się pod nim ogień, nikt nie zdoła stłumić wytworzonej tam pary.

Trzej ludzie z małego pokoju w gmachu Admiralicji – Nigel de Grey i William Montgomery, którzy odczytali depeszę Zimmermanna, oraz kapitan William Reginald Hall, który kierował całą akcją, zmienili bieg wielkiej wojny...

Gallipoli

Niemieckie armie, które o świcie 4 sierpnia 1914 roku przekroczyły granice neutralnej Belgii, parły do przodu z mocą walca zgniatającego wszystkie przeszkody. Plan wojny z Francją opracowany w 1905 roku pod kierunkiem Alfreda von Schlieffena[16] zakładał skoncentrowanie głównych sił w północnej części frontu, ominięcie belgijskich twierdz Liège i Namur, których oblężenie niepotrzebnie opóźniłoby marsz w stronę Paryża, jak najszybsze doprowadzenie wojsk do stolicy Francji, która zostałaby okrążona od zachodu i zdobyta z marszu.

Gdyby Niemcy zechcieli trzymać się tego planu, prawdopodobnie wojna potoczyłaby się inaczej, przewaga była bowiem po ich stronie.

* * *

Niemcy sprawnie zmobilizowali cztery i pół miliona żołnierzy i przewieźli ich do rejonów koncentracji. Szybko i skutecznie dostarczyli zaopatrzenie, na co pozwalała doskonała sieć kolejowa, od dawna budowana pod nadzorem Sztabu Generalnego.

Niemieccy dowódcy potrafili też docenić nową broń, jaką były ciężkie karabiny maszynowe. Paradoksalnie, wynalazcą tej broni był Amerykanin mieszkający w Londynie. Hiram Stevens Maxim[17] w 1884 roku opracował karabin maszynowy, który pięć lat później został zakupiony przez armię brytyjską. Brytyjczycy pierwsi wypróbowali śmiertelną skuteczność wynalazku Maxima w czasie wojen burskich, ale jej nie docenili. Za to Niemcy w 1908 roku uruchomili w zakładach w Spandau masową produkcję Maschinengewehr (MG) 08[18], opartego na patencie Maxima, i w efekcie w 1914 roku ich wojska miały dwanaście i pół tysiąca egzemplarzy tej broni, a zakłady zbrojeniowe miały w magazynach lub na stanowiskach produkcyjnych jeszcze trzy razy tyle karabinów maszynowych, podczas gdy armie francuskie i brytyjskie miały zaledwie kilkaset egzemplarzy.

Żołnierze niemieccy i austriaccy wyciągają na stanowisko działo kal. 420 mm

Niemieccy generałowie uznali też, że ciężka artyleria może decydować o wyniku bitew. Żołnierzy niemieckich, wyruszających na podbój Belgii, wspierały dwa tysiące ciężkich dział, natomiast Francuzi i Brytyjczycy mieli niespełna tysiąc dwieście dział tego typu. Co gorsza dla zaatakowanych, produkcja ciężkich armat rozwijała się powoli i do końca 1914 roku francuskie zakłady Schneidera[19] dostarczyły wojsku zaledwie pięćdziesiąt dwa działa kal. 105 mm.

Generał Joseph Joffre

Siła ognia torowała drogę armii niemieckiej, spychającej wojska francuskie, choć te z brawurą i odwagą podejmowały kontrataki nakazane przez Sztab Generalny. Nazwano to Une offensive foudroyante – „ofensywą piorunującą”, która miała być prowadzona na wszystkich frontach, za wszelką cenę, bez względu na ofiary. Tak to wymyślił generał Joseph Jacques Césaire Joffre[20], szef francuskiego Sztabu Generalnego, i tak kazał wykonywać, nie doceniając siły ciężkiej artylerii i karabinów maszynowych, które dziesiątkowały francuskich żołnierzy, idących do ataku jak na paradzie, przy dźwiękach trąbek i werbli, w czerwonych spodniach i niebieskich kurtkach, prowadzonych przez oficerów w białych rękawiczkach, z rewolwerami i szablami w dłoniach. Ginęli tysiącami w wybuchach pocisków ciężkiej artylerii i trafiani pociskami ciężkich karabinów maszynowych.

W efekcie już na początku września 1914 roku wojska niemieckie znalazły się w odległości czterdziestu kilometrów od Paryża. Zwycięstwo wydawało się być w zasięgu ręki. Było blisko, ale okazało się nieosiągalne.

Winę zdaje się ponosić następca Alfreda von Schlieffena, generał Helmuth von Moltke[21], którego błyskotliwa kariera była następstwem rodzinnych koneksji, a nie talentów wojskowych. On w 1911 roku zmodyfikował plan wojny z Zachodem, zmniejszając liczbę wojsk przeznaczonych do ofensywy w północnej części frontu, a więc osłabiając siłę decydującego uderzenia. Ponadto zdecydował o szturmowaniu potężnych belgijskich twierdz, czego chciał uniknąć jego poprzednik, a co opóźniało marsz na Francję, dając wrogowi czas na zmobilizowanie wojsk.

Jakby nie dość było błędów przy planowaniu, von Moltke popełniał następne. Umieścił swoją kwaterę główną w Luksemburgu, co przy złym stanie łączności, zwłaszcza radiowej, skutecznie wpływało na zniekształcenie docierającego do niego obrazu sytuacji na froncie i stało się podstawą wielu błędnych decyzji.

Francuskie linie obronne na przedpolach Paryża

W decydującym okresie, gdy ważyły się losy wojny, von Moltke zdecydował się odesłać na front wschodni dwa korpusy wojsk idących na Paryż, nie zdając sobie sprawy, że siły niemieckie wyczerpywały się. Na początku września 1914 roku żołnierze, którzy przebyli ponad pół tysiąca kilometrów, tocząc ciężkie i krwawe boje, nie byli już w stanie sforsować francuskiej obrony wokół stolicy.

Z drugiej strony frontu dowódca obrony Paryża generał Joseph-Simon Gallieni[22] dostrzegł błąd w ugrupowaniu niemieckich wojsk, które odsłoniły prawe skrzydło i uznał, że na to miejsce należy skierować uderzenie. Bitwa nad Marną rozpoczęła się 6 września 1914 roku.

Dalsze błędy niemieckich dowódców ułatwiły zadanie Francuzom, którzy w dodatku po raz pierwszy w historii wojen wykorzystali transport motorowy. Niespodziewanie 7 i 8 września ich atakujące oddziały zostały wzmocnione przez sześć tysięcy żołnierzy dowiezionych z Paryża w sześciuset taksówkach.

Tymczasem łączność radiowa między niemieckimi armiami rwała się, a konni wysłańcy z trudem pokonywali pięćdziesięciokilometrowy dystans dzielący niemieckie wojska. Generał von Moltke w dalekim Luksemburgu zupełnie utracił kontrolę nad sytuacją. Wielka bitwa nad Marną, która miała przesądzić o losie Paryża, zaczęła dogasać 9 września 1914 roku, gdy Niemcy rozpoczęli odwrót. Niefortunny dowódca, generał von Moltke, utracił stanowisko szefa Sztabu Generalnego, co władze wojskowe ukrywały jeszcze długo przed społeczeństwem.

Nowy głównodowodzący wojskami niemieckimi generał Erich von Falkenhayn[23] skierował swoją uwagę na północ, w stronę Belgii, uznając, że zdobycie Flandrii umożliwi przecięcie linii komunikacyjnych, którymi do Francji napływały materiały wojenne i wojska z Wielkiej Brytanii. Było to tym bardziej pilne, że wywiad donosił z Anglii, iż do przerzutu do Europy przygotowuje się dywizja licząca czterdzieści tysięcy żołnierzy. Rozpoczął się wielki „wyścig ku morzu”. Armie niemieckie 2 października podeszły pod Antwerpię, wielki port i potężną twierdzę. Jej upadek miałby katastrofalne następstwa. W mieście schronił się belgijski rząd, który przeniósł się tam po upadku Brukseli. Dalsza ucieczka lub co gorsza oddanie się w niewolę bardzo źle wpłynęłoby na morale Belgów. Do obrony miasta zgromadzono wielkie ilości materiałów wojennych: armat, pocisków, nafty i bawełny, które, zdobyte przez nieprzyjaciela, wzmocniłyby jego siły. W dodatku upadek Antwerpii otwierał przed Niemcami drogę do innych portów belgijskiego wybrzeża: Gandawy, Brugii, Ostendy.

Brytyjczycy niewiele mogli zrobić, aby wspomóc Belgów materialnie. Postanowili więc wspomóc ich duchowo. Do specjalnego pociągu, który po północy 3 października odjechał z londyńskiego dworca Victoria, wsiadł Winston Spencer Churchill, Pierwszy Lord Admiralicji, czyli dowódca marynarki wojennej. Ministrowie spraw zagranicznych i wojny, z którymi poprzedniego wieczoru jadł kolację, nakłaniali go, aby podtrzymał Belgów na duchu i nie dopuścił do przedwczesnej kapitulacji belgijskiego garnizonu Antwerpii.

„Nie mogę się powstrzymać od myśli, że Churchill usztywni ich do tego stopnia, że trudno ich będzie złamać” – stwierdził premier Herbert Henry Asquith[24]. W rzeczywistości Churchill, który dotarł do Ostendy na pokładzie brytyjskiego niszczyciela, a stamtąd dojechał do Antwerpii pociągiem, zdołał „usztywnić” obrońców, ale nie mową, lecz konkretnymi decyzjami: zdecydował o wzmocnieniu obrony trzema brygadami piechoty morskiej. Choć w następnych dniach siły brytyjskie wzmocniono o kolejne tysiące żołnierzy, na niewiele się to zdało. Napór nieprzyjaciela był tak silny, że 9 października Antwerpia padła, oddając w ręce wroga tysiąc trzysta armat, ogromne zapasy amunicji, a także magazyny surowców, potrzebnych każdemu wojsku.

To był początek pasma sukcesów wojsk niemieckich we Flandrii, aż ich ofensywa została zatrzymana 24 listopada 1914 roku pod Ypres, belgijskim miastem, które w następnych latach miało złożyć ogromne ofiary i stać się złowieszczym symbolem tamtego czasu.

Była to ostatnia bitwa w wojnie manewrowej. Armie toczące przez wiele tygodni zacięte walki wykrwawiły się. Zaczynało brakować amunicji, gdyż żaden z dowódców, nie spodziewając się takiej gwałtowności bitew, nie sądził, że wyczerpie się ona tak szybko. Przemysł, który utracił wielu pracowników, powołanych do wojska, nie nadążał z produkcją armat, karabinów i pocisków. Pogoda pogarszała się z dnia na dzień. Co prawda w tym rejonie Europy żołnierze nie musieli obawiać się mrozów i śnieżnych zawiei, ale ulewne deszcze rozmywające frontowe drogi zaczęły paraliżować dowóz amunicji, zapasów i odwodów. Wielkie armie zaczęły grzęznąć w błocie, a żołnierze musieli chować się do dziur wykopanych w ziemi, które szybko łączono w systemy okopów. W ciągu kilku ostatnich tygodni 1914 roku Europę na przestrzeni ośmiuset kilometrów, od Morza Północnego do granicy szwajcarskiej, przecięły linie transzei, które szybko obrastały pasmami kolczastych zasieków.

Winston Churchill, który wyjechał z Antwerpii tuż przed upadkiem miasta, wracał do Londynu wstrząśnięty tym, co widział w okopach. Rozumiał, że rozpoczynała się wojna pozycyjna, w której rozstrzygnięcie nastąpi dopiero wtedy, gdy jedna ze stron wykrwawi się, a na tyłach nie będzie dość młodych ludzi, aby uzupełnić stany frontowych oddziałów. Taka wojna mogła prowadzić tylko do niewyobrażalnych zniszczeń i gospodarczego załamania, które dotknęłyby z całą siłą zarówno zwyciężonych, jak i zwycięzców. Za wszelką cenę należało to przerwać, dokonując gwałtownego zwrotu, który zaskoczyłby wroga, zmusił go do skoncentrowania uwagi i sił w jednym miejscu, gdy w drugim rozpoczęłaby się zwycięska ofensywa.

Churchill rozumiał, że siłą Anglii jest marynarka wojenna, i zamierzał opracować plan przełamania impasu właśnie przy wykorzystaniu okrętów. W końcu 1914 roku pisał do premiera Asquitha:

„Czy nie ma innej możliwości, niż wysyłanie naszych żołnierzy, aby przeżuwali drut kolczasty we Flandrii? Czyż nie można by lepiej wykorzystać potęgi naszej floty wojennej?”.