Droga do piekła - Bogusław Wołoszański - ebook
lub
Opis

 

"Droga do piekła" to opowieść o okrutnej i przebiegłej polityce Stalina, dyktatora, który życie milionów ludzi podporządkował idei budowy nowej Europy.

Przez kilkanaście lat tworzył gigantyczną armię, aby posłać ją na podbój Europy. I, wydawałoby się, w ostatnim momencie, gdy był już tak blisko celu, przegrał, gdyż Hitler uprzedził jego zamiary. Wehrmacht ruszył do boju, zanim taki rozkaz otrzymała Armia Czerwona.

A jednak Stalin wygrał drugą wojnę światową. Sposób, w jaki olbrzymie klęski zamienił w wielkie zwycięstwo, jest niezwykłą historią wybiegów dyplomatycznych, dla których uwiarygodnienia poświęcano całe armie, okrucieństwa, tajnych rokowań i umów między wielkimi tego świata, zawieranych bez świadków i bez stenografów. Jest także historią błędów i głupoty polityków, którzy nie potrafili spełnić misji powierzonej im przez naród.

Dlatego musiało minąć tak wiele lat, aby tamten czas zaczął ujawniać swoje tajemnice.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 596


Bogusław Wołoszański
DROGA DO PIEKŁA
Stalin 1941–1945
Drogi Czytelniku

Rok 1941 rozpoczął najbardziej tragiczny okres w historii XX wieku: druga wojna światowa stała się jeszcze bardziej okrutna i krwawa, ludobójstwo osiągnęło przerażające rozmiary, a zniszczenia wojenne stawały się tak ogromne, że nie sposób było ogarnąć ich wyobraźnią. Hitler i Stalin, rywalizujący o możliwość stworzenia nowego porządku w Europie, pozbyli się wszelkich skrupułów i odrzucili pozory. Uznali, że zwycięstwo usprawiedliwi daninę krwi i zbrodnie. I tak się stało.

Ten czas szaleństwa, jakie objęło rządy, naczelne dowództwa i żołnierzy jest już odległy, wciąż jednak kryje tajemnice, bez zgłębienia których nie zrozumiemy tego, co stało się w Europie, wydawałoby się, najbardziej cywilizowanym kontynencie tamtego świata.

Czy Hitler, wydając Wehrmachtowi rozkaz do ataku wyprzedził Stalina o kilka lub kilkanaście dni? Czy Stalin załamał się na wieść o niemieckiej agresji i ukrył w willi pod Moskwą? Czy członkowie Biura Politycznego partii komunistycznej przybyli tam, aby go aresztować i postawić przed sądem, lecz z nieznanych powodów zamiaru tego nie zrealizowali? Jaki etap osiągnęły tajne rokowania radziecko-niemieckie w lipcu i wrześniu 1941 roku na temat zakończenia działań wojennych? Dlaczego prezydent Roosevelt i premier Churchill wspomagali Stalina, choć mieli świadomość, że ta pomoc obróci się przeciwko ich narodom?

Historia tamtych lat pozostawiła bardzo wiele pytań, rozbudzających niezwykłe zainteresowanie. Bez znalezienia odpowiedzi na nie nie zrozumiemy wieku, który minął. Przez dziesiątki lat było to niemożliwe, gdyż odpowiedzi pozostawały w dokumentach uznanych za ściśle tajne. Jednak powoli z archiwów wydostają się akta rządów. Otwierają się pamiętniki głównych bohaterów tamtych wydarzeń, dając możliwość odtworzenia obrazu tego, co stało się w latach 1941–1945. Był to przecież czas o kluczowym znaczeniu dla świata i szczególnie tragiczny dla Polski; przesądził o historii naszego narodu na wiele dziesięcioleci, a jego skutki odczuwać będziemy jeszcze długo.

Podjąłem próbę udzielenia odpowiedzi na pytania, jakie pozostawił tamten okres, świadom, że dane zawarte w dokumentach wciąż zamkniętych w archiwach rosyjskich i brytyjskich, gdy wreszcie zostaną ujawnione mogą wnieść wiele nowego do tego opisu. Takie jest prawo historii. Czy jednak zostaną ujawnione?

Nadzwyczajna jest determinacja i skuteczność, z jaką Stalin, stosując ludobójstwo, realizował swoje plany podziału Europy i podporządkowania Związkowi Radzieckiemu dużej części kontynentu. Przetrwał szok, jaki wywołała wiadomość o niemieckiej agresji, a także druzgocące klęski wojsk radzieckich. Opanował załamanie we władzach i w armii, a potem skłonił wojennych sojuszników, prezydenta Franklina D. Roosevelta i premiera Winstona Churchilla, aby zaakceptowali jego życzenia w sprawie podziału Europy i wojennych zdobyczy, dokonanych w drodze agresji wbrew prawu międzynarodowemu.

To Stalin był zwycięzcą tamtej wojny, a miliony ludzi poprowadził drogą do piekła. I przez tak wiele lat było to ściśle strzeżoną tajemnicą archiwów wielu państw.

Część I
Czemu zawsze się spóźniamy?
1. Najdłuższy dzień 1941 roku

Moskwa – Stalin wzywa generała Żukowa i marszałka Timoszenkę; dyrektywa dla Armii Czerwonej: nie dać się sprowokować. Berlin – Hitler dyktuje odezwę do żołnierzy i rozmawia ze Speerem. Londyn – Churchill wyjeżdża na weekend.

Wieczór w Moskwie był upalny i duszny, jak cały sobotni dzień 21 czerwca 1941 roku. W gabinecie na pierwszym piętrze kremlowskiego gmachu nie czuło się upału, gdyż grube mury i zielonkawe pancerne szyby nie przepuszczały skwaru. Kiedy nadszedł wieczór, Stalin opuścił rolety w trzech wielkich oknach sięgających od podłogi do sufitu, choć niebo było jeszcze jasne, i zapalił lampę na biurku. Niecierpliwie oczekiwał na wiadomość od Wiaczesława Mołotowa[1], komisarza spraw zagranicznych, któremu kazał spotkać się z niemieckim ambasadorem Friedrichem von der Schulenburgiem pod byle pretekstem. Chciał aby wierny Mołotow wybadał sytuację na granicy, która niepokoiła go od wielu tygodni.

Komisarz wezwał ambasadora pod najbardziej oczywistym pretekstem, jakim było częste naruszanie radzieckiej przestrzeni powietrznej przez niemieckie samoloty. Jak się spodziewał, von der Schulenburg, który stawił się u niego w biurze o godzinie 21.30, niewiele miał do powiedzenia. Obiecał, że radziecki protest przekaże jak najszybciej do Berlina. Mołotow nie oczekiwał innej odpowiedzi, ani też na innej mu nie zależało.

– Powiedziano mi, że nie tylko przedsiębiorcy i handlowcy, ale także kobiety zatrudnione w ambasadzie i dzieci pracowników wyjeżdżają z naszego kraju... – powiedział nagle Mołotow.

Schulenburg wydał się zakłopotany tym pytaniem.

– Rozpoczęły się wakacje – odpowiedział niepewnie. – Po prostu jadą na ten okres do domów. Poza tym, nie wszystkie kobiety wyjechały...

Był tak nieprzekonywający w tej odpowiedzi, że Mołotow postanowił nie drążyć tematu. Skwitował słowa Schulenburga wzruszeniem ramion. Rozmowa była skończona, a radziecki komisarz w dalszym ciągu nie wiedział, co sądzić o niemieckich zamiarach. Zachowanie ambasadora nie dawało powodu do niepokoju, i taką ocenę przekazał Stalinowi. Czy jednak należało się spodziewać jakichkolwiek rewelacji po spotkaniu z niemieckim dyplomatą?

Józef Stalin – zdjęcie z 1922 r.

Wiadomości nadchodzące z Berlina również nie pozwalały wyjaśnić sytuacji. Tam na posterunku trwali jedynie ambasador Władimir Diekanozow i pierwszy sekretarz ambasady Walenty Bierieżkow. Poza nimi cały personel dyplomatyczny ambasady korzystał z uroków upalnego sobotniego dnia, wyruszając do berlińskich kąpielisk nad jeziora Wannsee i Nikolassee. Nie można wykluczyć, że ambasador umyślnie rozpuścił swoich pracowników, aby nie podgrzewać atmosfery napięcia, której bardzo się obawiał. Wiedział, że jego arcywróg z czasów służby w NKWD, szef tej instytucji, Ławrientij Beria nie przepuszcza żadnej okazji, aby skompromitować go w oczach Stalina. Gdy dwa dni wcześniej ambasador przekazał do Moskwy ostrzeżenie przed niemiecką agresją, Beria wykorzystał to natychmiast i posłał do Stalina pismo, w którym stwierdzał:

„Ponownie nalegam na odwołanie i ukaranie ambasadora w Berlinie, Diekanozowa, który wciąż bombarduje mnie «raportami», jakoby Hitler przygotowywał się do zaatakowania ZSRR. Raportował, że atak nastąpi jutro, ale ja i moi ludzie, Józefie Wissarionowiczu, mamy dobrze wryte w pamięć waszą mądrą ocenę: Hitler nie zaatakuje nas w 1941 roku”.

Tymczasem Mołotow na polecenie Stalina żądał, aby ambasador jak najszybciej dotarł do niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa[2]. Ten zaś przez całą sobotę był nieuchwytny. Nie dawało to jednak powodu do alarmu. Nie można było wykluczyć, że choć w jego sekretariacie odpowiadano, że pan minister ma ważną konferencję, to w istocie sybaryta Ribbentrop wolał wyjechać do swojej posiadłości w Alpach, niż pozostawać w rozgrzanym mieście. Gdy o 21.30 Diekanozowowi udało się wreszcie dotrzeć do sekretarza stanu Ernsta von Weizsäckera pod pretekstem, którego Mołotow użył wobec Schulenburga – naruszania radzieckiej przestrzeni powietrznej, rozmowa nie wniosła nic nowego. Niemiec odrzucił protest, twierdząc, że radzieckie samoloty też wlatują nad terytorium Niemiec. Jego zachowanie było naturalne i nie dawało najmniejszych powodów do podejrzeń co do wrogich zamiarów rządu niemieckiego.

Stalin przerzucił kartki z dyplomatycznymi raportami. Z tych źródeł nie nadchodziły żadne ostrzeżenia! Jedynie wojskowi naciskali.

Generał Gieorgij Żukow[3], szef Sztabu Generalnego, dwukrotnie telefonował tego wieczora, żądając postawienia w stan gotowości nadgraniczne oddziały. Powoływał się na zeznania niemieckich dezerterów, którzy twierdzili, że niemiecki atak nastąpi w niedzielę o świcie. Zwracał też uwagę, że dowódcy nadgranicznych oddziałów donoszą o bardzo wzmożonym ruchu niemieckich wojsk. Czy można było dłużej lekceważyć te sygnały?

Stalin podniósł słuchawkę telefonu.

– Połączcie z Komisariatem Obrony – powiedział cicho.

21 czerwca 1941 roku niemieckie oddziały gotowe do ataku

Generał Żukow niecierpliwie oczekiwał wezwania na Kreml. On zdawał sobie sprawę, że alarmujące raporty, jakie otrzymywał od kilku dni, dowodzą niezbicie, iż niemieckie uderzenie nastąpi wkrótce. Dowódcy wojsk stacjonujących wzdłuż całej granicy raportowali od 18 czerwca, że Niemcy przegrupowują swoje oddziały. Słychać było silniki setek czołgów. Przejeżdżały długie konwoje ciężarówek. Nadzwyczajny ruch zaczął się na lotniskach. Radzieckie radiowe stacje nasłuchowe rejestrowały częstą wymianę zaszyfrowanych meldunków. Straż graniczna NKWD donosiła o wzmożonej działalności grup sabotażowych. Co prawda schwytano jedynie ośmiu ukraińskich nacjonalistów, ale ustalono, że pochodzili z oddziału „Nachtigale” utworzonego w 1941 roku przez Niemców, do którego rekrutowano członków organizacji OUN[4]. 21 czerwca, Żukow otrzymał protokoły przesłuchań kilku niemieckich dezerterów, którzy twierdzili, że artyleria niemiecka gotowa jest do otwarcia ognia, zaś czołgi wyjechały na pozycje wyjściowe z pełnymi zbiornikami benzyny i zapasem amunicji. Liczyła się już każda godzina. Nie mógł jednak nic zrobić bez aprobaty Stalina. W dalszym ciągu frontowe oddziały obowiązywała dyrektywa rozesłana przez Sztab Generalny w dniach 15–18 czerwca zabraniająca koncentrowania oddziałów i otwierania ognia do niemieckich samolotów rozpoznawczych. W efekcie najważniejsze okręgi wojskowe zamiast przygotowywać się do walki, realizowały rutynowy plan szkoleniowy. W Zachodnim Okręgu Wojskowym 28. korpus piechoty odpowiedzialny za obronę rejonu Brześcia pojechał na poligon, żołnierze z batalionów saperskich pracowali przy budowie umocnień, a jednostki obrony przeciwlotniczej prowadziły ćwiczenia na poligonie pod Mińskiem. Dowódca korpusu oceniał, że potrzebuje dzień, lub nawet dwa dni, aby zebrać swoje oddziały.

Marszałek Siemion Timoszenkoi generał Gieorgij Żukow

Niewielu dowódców świadomych zagrożenia postanowiło działać na własną odpowiedzialność. Na północy generał W. Frołow, dowódca 14. armii z Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, mimo braku zgody Komisariatu Obrony na przegrupowanie jego wojsk wieczorem 21 czerwca rozkazał 52. dywizji piechoty zająć stanowiska w rejonie Murmańska, spodziewając się, że tam mogą zaatakować fińskie oddziały.

Drzwi do gabinetu Żukowa otworzyły się szeroko i stanął w nich adiutant. Zazwyczaj czekał, aż generał pozwoli mu odezwać się, ale tym razem powiedział pospiesznie, aby podkreślić ważność meldunku:

– Towarzysz Stalin wzywa was i towarzysza komisarza!

Żukow odchylił głowę, jakby chciał naciągnąć zmęczone mięśnie karku i wsunął dwa palce za kołnierzyk, zmniejszając na chwilę ucisk koszuli. Sięgnął po teczkę, w której miał rozkaz postawienia w stan gotowości nadgranicznych oddziałów.

– Samochód! – rzucił, kierując się do sekretariatu.

Zatrzymał się na chwilę, zastanawiając się, co jeszcze ma zabrać ze sobą, ale szybko zrezygnował z tego zamiaru. Domyślał się, jaki jest cel nagłego wezwania: sytuacja na granicy, a tę znał doskonale. Nie potrzebował map ani raportów. Od wielu tygodni studiował meldunki napływające ze sztabów nadgranicznych jednostek z taką uwagą, że pamiętał każdy z nich.

– Czeka już na was na dole – odpowiedział adiutant otwierając drzwi na korytarz. – Towarzysz komisarz zaraz zejdzie.

Na wielkich marmurowych schodach spotkał komisarza obrony Siemiona Konstantynowicza Timoszenkę[5] zmierzającego pośpiesznym krokiem do wyjścia.

– Zameldowałem Stalinowi – powiedział komisarz na widok Żukowa – o ostatnich raportach Kirponosa. Mówił o Michaile Piotrowiczu Kirponosie, dowódcy Kijowskiego Okręgu Wojskowego. – Mają kilku niemieckich dezerterów, którzy utrzymują, że Niemcy uderzą tej nocy. Stalin kazał mnie, wam i jeszcze Watutinowi stawić się natychmiast u niego, na posiedzeniu Politbiura.

Tuż przed drzwiami dogonił ich generał Nikołaj Watutin, zastępca szefa Sztabu Generalnego.

Z ulicy Frunzego, gdzie mieścił się Sztab Generalny i Ludowy Komisariat Obrony, do Kremla było około pół godziny jazdy. Przez całą drogę nie zamienili ani słowa. Każdy zastanawiał się, czy na posiedzeniu, w którym mieli wziąć udział, zapadną jakiekolwiek decyzje. Gdyby tak się nie stało, oznaczałoby to katastrofę.

Wmaszerowali do gabinetu Stalina o 22.00. Stanęli na baczność tuż po przekroczeniu drzwi. Wyglądali podobnie: krępi, o czerstwych ogorzałych twarzach, z ogolonymi głowami. Czekali, aż Stalin pozwoli zaraportować, że niemieccy dezerterzy schwytani przez radzieckich pograniczników twierdzą, iż wojska niemieckie są na pozycjach wyjściowych i uderzą o świcie.

– Prawdopodobnie niemieccy generałowie posłali dezerterów, aby sprowokować konflikt – skomentował Stalin.

– Nie, towarzyszu Stalin! – Trzej oficerowie zaprzeczyli jednogłośnie.– Sądzimy, że dezerter mówił prawdę. – A Timoszenko dodał:

– Konieczne jest postawienie w stan pogotowia wojsk w nadgranicznych okręgach...

Stalin spojrzał na niego spod oka. Nie odpowiedział nic.

„Nie dać się sprowokować! Ani Niemcom, ani swoim oficerom!”. Ta myśl zdawała się wyznaczać całą jego politykę w ostatnich dniach. O ile skłonny był uwierzyć, że Niemcy mogli rozpocząć wojnę w maju, to nieprawdopodobny wydawał mu się czerwcowy termin. Maj minął, gdyż Hitler zaangażował swoje wojska w walki na Bałkanach. Przeprowadził tam błyskotliwą i udaną kampanię. W ciągu miesiąca podbił Jugosławię i Grecję, a na dodatek odniósł zwycięstwo na Krecie. Ale stracił najlepszy okres do rozpoczęcia wojny ze Związkiem Radzieckim. Musiał zdać sobie sprawę, że jest już za późno, aby wysyłać swoje wojska na podbój ogromnego państwa i liczyć, że uda się dokonać tego przed zimą. Nie, Hitler nie mógł być tak nierozsądny. Jedynie jego generałowie mogli nalegać na rozpoczęcie działań. Oni żyli z wojny. Dawała im awanse, bogactwo, zaszczyty i władzę nad życiem i śmiercią – mogli się więc posunąć do prowokacji, aby postawić Hitlera przed faktem dokonanym. Toteż w żadnym wypadku nie można było dopuścić, aby runęła lawina wywołana przypadkowym incydentem na granicy.

Wszystkie decyzje, jakie Stalin podjął tego wieczora, rozkazy, jakie wydał, podyktowane były panicznym lękiem przed uwikłaniem wojsk w przypadkowe starcia.

– Co mamy zrobić? – Stalin zwrócił się do Mołotowa, który wszedł do gabinetu.

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Stalin spojrzał na Bułganina, ale ten wykonał rękami ruch wskazujący, że rozważa starannie odpowiedź na tak ważne pytanie.

– Towarzyszu Stalin – odezwał się Timoszenko. – Nie mam wątpliwości. Dyrektywa musi być wydana bezzwłocznie, aby zaalarmować wszystkie wojska w nadgranicznych okręgach.

– Przygotowaliśmy projekt dyrektywy... – wtrącił Żukow.

– Przeczytajcie – westchnął Stalin.

Był jak bokser zagnany do narożnika, ale nie miał zamiaru się poddawać. Nie przekonali go, że należy ogłosić alarm. To byłoby zbyt ryzykowne. Już sam ten fakt zwiększałby napięcie na granicy. W zamieszaniu, jakie tworzyłyby wojska wyruszające na pozycje, łatwo mogłoby dojść do konfliktu: jakiś nieopierzony dowódca batalionu, zbyt pochopnie oceniając sytuację, mógłby rozkazać otworzyć ogień i nieszczęście byłoby gotowe.

Stalin zdecydował się na pewne przygotowania do obrony, ale nie na granicy. Tego dnia wcześniej zadzwonił do dowódcy Moskiewskiego Okręgu Wojskowego generała Iwana Tiuleniewa[6], którego zastał w podmoskiewskiej daczy, dokąd generał pojechał na niedzielny wypoczynek:

– Towarzyszu Tiuleniew, jaki jest stan obrony przeciwlotniczej Moskwy? – zapytał.

Nie wysłuchał jednak całego raportu.

– Posłuchajcie, sytuacja jest niepewna i musicie postawić obronę przeciwlotniczą Moskwy w stan 75-procentowej gotowości.

Tuż potem nakazał szefom obwodowych komitetów partyjnych, aby pozostali w pracy. Uzasadnił to w rozmowie z sekretarzem moskiewskiej organizacji partyjnej Aleksandrem Szczerbakowem:

– Możliwy jest atak Niemców.

Nie mógł jednak zaakceptować ogłoszenia stanu gotowości w nadgranicznych oddziałach wojskowych.

– Jest za wcześnie, aby wydać taką dyrektywę – powiedział, zdając się nie słuchać tego, co proponował Żukow. – Być może problem da się rozwiązać środkami pokojowymi. Musimy wydać krótką dyrektywę stanowiącą, że niemiecki atak może rozpocząć się od prowokacji. Oddziały w nadgranicznych okręgach, aby uniknąć komplikacji, nie mogą dać się uwikłać w prowokację.

Powiedział to tonem, który dobrze znali: żadnych dalszych dyskusji. Wyszli więc do sekretariatu, aby tam przygotować projekt nowej dyrektywy.

Wrócili tuż po północy, przedstawiając kolejny szkic dyrektywy. Stalin wprowadził kilka poprawek i zgodził się na wysłanie.

„Do rad wojskowych Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, Bałtyckiego Okręgu Wojskowego, Zachodniego Okręgu Wojskowego, Kijowskiego Okręgu Wojskowego, Odesskiego Okręgu Wojskowego. (...)

1. W dniach 22–23.6.41 niespodziewany atak Niemców na frontach Okręgów Wojskowych: Leningradzkiego, Bałtyckiego, Zachodniego, Kijowskiego i Odesskiego jest możliwy.

2. Zadanie naszych sił – nie poddać się prowokacyjnej akcji jakiegokolwiek rodzaju, co mogłoby doprowadzić do poważnych komplikacji. W tym samym czasie wojska okręgów wojskowych mają być w pełnej gotowości, aby odeprzeć niespodziewane uderzenie Niemców i ich sojuszników”.

Dyrektywa nakazywała rozproszenie samolotów i zamaskowanie ich, postawienie w stan gotowości oddziałów bez powoływania rezerwistów i wprowadzenie zaciemnienia miast.

„Żadne inne środki nie mogą być podjęte bez specjalnego zezwolenia” – głosił ostatni punkt dyrektywy podpisanej przez Timoszenkę i Żukowa trzydzieści minut po północy 22 czerwca. Obydwaj ruszyli natychmiast do Sztabu Generalnego, gdzie dyrektywa miała zostać zaszyfrowana i rozesłana do okręgów wojskowych. Istniała szansa, że przed świtem dotrze do adresatów.

Stalin odpoczywa

Stalin uznał, że nic nie pozostało już do zrobienia. Zanim wyszedł ze swojego gabinetu, odebrał telefon od Żukowa. Generał informował o nowym meldunku z Kijowskiego Okręgu Wojskowego:

– Major Byczkowski przesłuchuje niemieckiego dezertera z 222. pułku piechoty z 74. dywizji, podobno robotnika, komunistę z Monachium. Nazywa się Alfred Liskow. Do naszych linii dotarł o 21.00. Twierdzi, że niemieckie uderzenie nastąpi dzisiaj o godzinie 4.00...

– Rozstrzelać za sianie dezinformacji – przerwał mu Stalin i odłożył słuchawkę[7].

Wyszedł ze swojego gabinetu, przeszedł korytarzem wyłożonym grubym czerwonym dywanem do windy, którą zjechał na parter. Przed drzwiami stał już czarny packard. Pułkownik Nikołaj Własik[8], szef ochrony osobistej, nie zadawał zbędnych pytań.

Nad Moskwą przeszła gwałtowna letnia burza i spadł ulewny deszcz. Załamanie pogody trwało jednak krótko i opustoszałe o tej porze ulice szybko zaczęły wysychać.

Pół godziny później samochód Stalina, osłaniany przez dwa auta enkawudzistów, wyjechał na drogę prowadzącą do odległego o 35 kilometrów Kuncewa. Krótka czerwcowa noc zaczynała blednąć, gdy Stalin wszedł do sypialni swojej willi w Kuncewie. Zrzucił bluzę, zzuł wysokie buty i położył się na łóżku. Zasnął szybko spokojnym snem człowieka zmęczonego.

W Berlinie Adolf Hitler wciąż pracował w swoim gabinecie w Kancelarii Rzeszy. Dyktował tekst proklamacji, która miała być wygłoszona jeszcze tej nocy:

– Niemieccy żołnierze! Czeka was ciężka walka, walka, w której musicie dać z siebie wszystko, albowiem losy Europy, przyszłość Rzeszy Niemieckiej oraz istnienie naszego narodu spoczną tylko w waszych rękach. Niech Bóg wspomaga nas w tej walce!

Sekretarka Christa Schröder zamknęła notatnik, podniosła się z krzesła dostawionego do biurka i wyszła szybko do sekretariatu, aby przepisać tekst na maszynie.

Gabinet Adolfa Hitlera

Hitler czekał na Alberta Speera[9]. Można było odnieść wrażenie, że projekt, z którym miał przybyć jego architekt, pochłaniał go w równym stopniu, jak wojna na wschodzie, która miała rozpocząć się lada godzina. Być może dlatego, że między tymi dwoma wydarzeniami istniał ścisły związek. Speer miał przybyć z planami nowego miasta dla Niemców, jakie miało powstać w Norwegii, w rejonie Trondheim, gdzie zamierzano rozpocząć budowę wielkiej bazy morskiej, o czym Hitler rozmawiał tego dnia z dowódcą marynarki wojennej wielkim admirałem Erichem Raederem.

– Jest pan, Speer. Oczekiwałem pana – Hitler na widok wchodzącego architekta podniósł się zza biurka.

Podszedł do niego i poprowadził go do stolika, na którym stał gramofon.

– Wybrałem już fragment preludium Liszta, które będzie poprzedzać informacje radiowe o naszych zwycięstwach na Wschodzie. Niech pan posłucha...

Dał znać adiutantowi, który uruchomił gramofon, i cały czas patrzył pytająco na Speera, oczekując akceptacji.

– W najbliższym czasie będzie pan to często słyszał. Jak się panu podoba?

– Wspaniałe, mein Führer! – Speer wydawał się zadowolony. – Godne zwycięstw, które czekają na pana!

– Jak widzę, ma pan już gotowe plany naszego nowego miasta w Norwegii.

Ujął Speera pod ramię i ruszył w stronę biurka.

– Nie mam dzisiaj zbyt dużo czasu, ale tak jestem ich ciekaw, że rzucę na nie okiem. Powiem panu, że z Rosji już wkrótce sprowadzimy tyle granitu i marmuru, ile tylko będziemy chcieli!

Hitler stwarzał wrażenie podnieconego całą sytuacją, lecz jednocześnie pewnego siebie i rozluźnionego. Ludzie, którzy obserwowali go w ciągu ostatnich tygodni, gdy był wyraźnie spięty, łatwo wybuchał gniewem lub popadał w nastrój przygnębienia wyrażający się wygłaszaniem wielogodzinnych monologów, zauważali zmianę. Napięcie towarzyszące ostatniej fazie przygotowań do wojny minęło. Koncentracja wojsk przebiegła sprawnie, Rosjanie zdawali się nie spodziewać wybuchu wojny, a więc udało się zrealizować najważniejsze warunki powodzenia wojny błyskawicznej. Być może był czas, gdy Hitler obawiał się, że Stalin go uprzedzi i pierwszy wyda rozkaz rozpoczęcia wojny, co oczywiście przesądzałoby o jej wyniku, ale od połowy czerwca już nie brał tego pod uwagę. Według raportu nadesłanego 13 czerwca przez wywiad Fremde Heere Ost, opartego na analizie tysięcy zdjęć lotniczych, w zachodniej części Związku Radzieckiego zauważono ruchy dużych jednostek, lecz nie należało tego łączyć z przygotowaniami do natychmiastowej agresji. Wywiad donosił, że do nadgranicznych rejonów Rosjanie przerzucili pięć dywizji piechoty, jedną dywizję pancerną i zmechanizowaną brygadę, ale oceniano, że są to działania rutynowe, związane z letnimi planami szkoleniowymi. Podobne przemieszczenia wojsk zaobserwowano w okolicach Rostowa nad Donem, skąd duże oddziały wyruszyły na południe, lecz w żadnym z rejonów nie ogłoszono mobilizacji. Agenci donosili natomiast, że w wielu miejscowościach prowadzono zaciąg do oddziałów budowlanych. Nie było więc najmniejszego powodu do niepokoju. Jeszcze tego sobotniego wieczora do Kancelarii dotarł meldunek dowódcy 48. korpusu zmechanizowanego:

„Sokal nie jest zaciemniony. Rosyjskie stanowiska są w pełni oświetlone. Oczywiste jest, że niczego nie podejrzewają”.

O północy na moście w Brześciu Litewskim radziecka straż graniczna odprawiła ekspres Moskwa–Berlin. Tuż potem przejechał pociąg wiozący zboże do Niemiec[10].

Adolf Hitler pozostał w swoim gabinecie do godziny 2.30. Podobnie jak Stalin uznał, że wcześniej niż miał to w zwyczaju powinien udać się na spoczynek. Wychodząc z pokoju, zatrzymał się przy generale Gerhardzie Engelu, adiutancie z wojsk lądowych.

– Nie miną trzy miesiące, a nastąpi upadek Rosji. Upadek, jakiego nigdy nie oglądano w dziejach świata – powiedział do niego i szybko wyszedł z pokoju.

Premier Winston Churchill przybył do rządowej posiadłości Chequers[11] pod Londynem późnym wieczorem. Ledwie jego wielki czarny bentley minął kutą bramę zamykającą podjazd do wiktoriańskiego pałacyku, a Churchill otworzył okno i wysunąwszy dłoń z kapeluszem, machał do stojących na podjeździe jego gości. John Winant, ambasador Stanów Zjednoczonych w Londynie i Anthony Eden[12], minister spraw zagranicznych i zarazem bliski przyjaciel i doradca premiera, przybyli tuż przed nim i ledwo zdążyli podać służbie nesesery, gdy dostrzegli samochód premiera.

Tylko jednego z ministrów premier Churchill chciał mieć przy sobie 22 czerwca 1941 roku: (od lewej stoją) A. Greenwood, minister bez teki, E. Bevin, minister pracy, lord Beaverbrook, minister produkcji lotniczej, K. Wood, minister finansów (siedzą od lewej) J. Anderson, przewodniczący Rady, W. Churchill, C. Attlee, lord Privy Seal, A. Eden, minister spraw zagranicznych

Churchill, ubrany już weekendowo, w szarym kombinezonie wysoko zapiętym pod szyją, który nazywał syrenim strojem, i w kapeluszu z szerokim rondem wysiadł uśmiechnięty, lecz widać było, że liczne obowiązki mijającego dnia zmęczyły go. Lekko zgarbiony ruszył za gośćmi, którzy skierowali się do szerokich drzwi pałacyku, gdzie czekała już na nich żona premiera. Była wyraźnie zadowolona, widząc męża, gdyż ostatnio zdarzało się to rzadko. Sytuacja w Afryce Północnej, gdzie wojska brytyjskie cofały się pod potężnymi uderzeniami Afrika Korps oraz niemieckie naloty na Londyn zmuszały premiera do pozostawania w rządowym schronie pod Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Skoro więc tego sobotniego wieczora przyjechał do Chequers, można było odnieść wrażenie, że nic niedobrego na froncie nie zdarzyło się i premier będzie mógł odpocząć choć jeden dzień. On sam nie dawał poznać, że zbliża się historyczna chwila, wobec której bitwy w Afryce i niemieckie naloty schodziły na plan dalszy.

Tego ranka, podobnie jak każdego dnia, odbył długą rozmowę ze Stewartem Menziesem[13], szefem tajnych służb. Spotkania odbywały się w niezwykłych okolicznościach, gdyż Menzies przychodził do sypialni premiera o godzinie 9.00, gdy ten leżał jeszcze w łóżku lub ledwo co wstał i otulony w chiński szlafrok szedł do łazienki. Żartował wówczas, że „C”, jak potocznie nazywano szefa tajnych służb, a co było skrótem od Chieff, zasłużył na zaszczytne miano Companion of the Bath związane z Orderem Łaźni[14]. Takie rozmowy trwały około 20 minut i pomimo szczególnej wagi miały bardzo lekki charakter. Pewnego dnia Churchill, leżąc jeszcze w łóżku, na widok Menziesa przytknął palec od ust, nakazując milczenie, a następnie wyciągnął rękę po dokumenty. Wyjaśnił zdumionemu szefowi tajnych służb, że podpisze papiery, ale nie może rozmawiać.

– Dlaczego? – Menzies był szczerze zdziwiony.

Churchill sekretnym gestem wskazał na swojego perskiego kota wabiącego się Nelson, wylegującego się na parapecie okna.

– Powinieneś, Stewarcie, odkryć to wcześniej – wyjaśnił. – To jest niemiecki agent, który przekazuje treść naszych rozmów pelikanom na jeziorze [w parku St. James, na który wychodziły okna sypialni premiera – B.W.], a one oczywiście Niemcom.

Rankiem 21 czerwca 1941 roku Churchill nie był skłonny do żartów. Z raportów, jakie przyniósł Menzies, zwłaszcza nasłuchów niemieckich stacji radiowych prowadzonych przez Radio Security Service wynikało jednoznacznie, że Niemcy gotowi są do uderzenia na Związek Radziecki. Było więc dziwne, że sobotniego wieczora, w czasie tak gorącym, gdy wszystkie analizy i raporty wywiadu brytyjskiego ostrzegały o niemieckiej agresji, Churchill nie pozostał w Londynie, gdzie mógł natychmiast skonsultować pierwsze działania z członkami gabinetu wojennego. Co ciekawe, na weekend do Chequers zaprosił ministra spraw zagranicznych i ambasadora Stanów Zjednoczonych. Bez wątpienia byli to politycy, których obecność mogła pomóc w ustaleniu posunięć, jakie rząd brytyjski powinien wykonać na wieść o wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Jednocześnie nieobecność innych członków rządu pozwalała premierowi uniknąć długich dyskusji, których wynik mógł być dla Churchilla niepomyślny.

PzKpfw III, niemiecki średni czołg

Do działania na wieść o wybuchu wojny przygotowywał się co najmniej od 15 czerwca. Najważniejszą dla niego sprawą było uzgodnienie poczynań z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem, który zaakceptował jego pogląd, mówiąc: „(...) powinniśmy udzielić Rosjanom pełnego wsparcia i pomocy, jaka tylko będzie możliwa, postępując według zasady, że Hitler jest wrogiem, którego musimy pobić”. Jednak Churchill musiał wcześniej zapewnić prezydenta, że taka polityka nie wywoła politycznej reakcji w Wielkiej Brytanii i nie spowoduje żadnych problemów dla prezydenta.

Unterofizier Kurt Koschke rozwinął wojłokowy materac i rozłożył go za wieżą czołgu. Usiadł tak wygodnie, jak tylko na to pozwalały występy pancerza. Kilka godzin wcześniej chłopcy z jego załogi uzupełnili paliwo i przymocowali dodatkowe kanistry z benzyną. Wzięli też więcej pocisków, niż przewidywał regulamin.

Rok wcześniej Koschke tak samo rozpoczynał bojową służbę we Francji. Tamtego lata miał szczęście. Na drodze do francuskiego wybrzeża nieprzyjacielskie pociski ześlizgiwały się po pancerzu czołgu lub żłobiły w nim niewielkie ryzy i dołki. Dopiero pod Arras, 21 maja 1940 roku brytyjski pocisk wyrwał w jego czołgu PzKpfw III[15] sporą dziurę i zabił kierowcę oraz celowniczego. On sam odniósł ranę, która pozostawiła niewielką bliznę na lewym udzie. Na krótko trafił do lazaretu, ale już na francuski front nie zdążył powrócić.

Po tamtym dniu pod Arras pozostał mu lęk. Nie mógł zapomnieć momentu, gdy nagle wszystko zatrzęsło się i uderzyła go fala gorąca. Nie słyszał wybuchu, ale chyba tylko dlatego, że na moment stracił przytomność. Widział, jak kurtka na plecach kierowcy znika w jasnych płomieniach ognia, a on sam z głową opartą na lewarkach nie porusza się. Kurt nawet nie miał czasu sprawdzić, czy żyje. Nie widział celowniczego, którego przydzielono do jego załogi kilka dni wcześniej. Widocznie osunął się w głąb wozu i leżał tam zasłonięty kłębami dymu.

Czołg pływający przystosowany do desantu na angielski brzeg

Znalazł w sobie jeszcze tyle siły, żeby szarpnąć za uchwyt klapy włazu ewakuacyjnego z boku wieżyczki, podciągnąć się na rękach i wydostać z płonącej maszyny. Oszołomiony dymem zwalił się na trawę i w panicznym strachu, że czołg za chwilę eksploduje, zaczął czołgać się w stronę rowu. Ostatkiem sił rzucił się na jego dno. W samą porę, gdyż chwilę potem potężna fala podmuchu wyrzuciła w górę kawały pancerza. Podniósł się, aby spojrzeć na miejsce, z którego uciekał. Zobaczył płonący kadłub bez wieży, która wyrwana wybuchem leżała odwrócona kilkanaście metrów dalej i wyglądała jak rondel zestawiony z kuchenki.

Może dlatego, gdy kazano mu wrócić do jednostki 10 sierpnia, zgłosił się na ochotnika do nowego oddziału czołgów pływających[16], jaki formowano do inwazji na Anglię. Szkolili się na wyspie Sylt na Morzu Północnym, ale w październiku 1940 roku wszystkie załogi odesłano do różnych jednostek. Koschke trafił do 18. dywizji pancernej i z nią pojechał nad Bug, przekonany, że tam trenować będzie forsowanie płytkich wód przybrzeżnych. Wnet jednak stało się jasne, że jego czołg będzie jeździć nie po dnie morza, lecz rzeki. Długą elastyczną rurę biegnącą z góry wieżyczki i zakończoną pływakiem utrzymującym jej koniec ponad falami morza zastąpiono sztywną stalową rurą o długości dwóch i pół metra, całkowicie wystarczającą, aby przejechać po dnie Bugu.

Drzwiczki z boku wieżyczki otworzyły się i wypełzł przez nie umorusany celowniczy.

– Pociski umocowałem, ale nie wiem, gdzie wetknąć taśmy do kaemów – wycierał dłonie pakułami.

– Zostaw – mruknął Kurt – szybko wystrzelamy. Sprawdź tylko ten cholerny komin. Nie wierzę w to urządzenie. I zerknij na uszczelnienie wieżyczki.

W ostatnich dniach zaczął się ożywiony ruch. Pośpiesznie uzupełniano zapasy paliwa magazynowanego w beczkach złożonych w długim wykopie za wsią i osłoniętych siatkami maskującymi.

Do magazynów pod wielkimi plandekami co chwila podjeżdżały ciężarówki przywożące części zamienne do czołgów i amunicję. Nie było wątpliwości: nadchodził czas ataku. 20 czerwca stało się oczywiste, że nastąpi to lada moment. Tego dnia wzdłuż szpaleru czołgów stojących pod drzewami po obu stronach wiejskiej drogi zaczęły jechać długie sznury ciężarówek z wielkimi zielonymi pontonami.

Wyrzucił niedopałek papierosa i spojrzał na fosforyzującą tarczę zegarka. Minęła pierwsza. Nasunął beret na oczy gestem, jaki przed laty zaobserwował na filmach Toma Mixa, który z podobną nonszalancją przesuwał swój kowbojski kapelusz. Mieli jeszcze dwie godziny do wyznaczonego terminu ataku.

Na wielkim froncie od Morza Barentsa do Morza Północnego trzy miliony żołnierzy było gotowych do walki.

Na prawym skrzydle Grupa Armii „Południe” dowodzona przez generała Gerda von Rundstedta miała 42 dywizje, w tym 5 pancernych i 3 zmotoryzowane.

W centrum, od Lublina do Suwałk, stała Grupa Armii „Środek” – 49 dywizji, w tym 9 pancernych, 6 zmotoryzowanych i 1 kawaleryjska.

Na północy w Prusach Wschodnich gotowa była Grupa Armii „Północ” feldmarszałka Wilhelma von Leeba licząca 29 dywizji, w tym 3 pancerne i 2 zmotoryzowane.

Niemieckie wojska w pierwszej linii liczyły 120 dywizji, w tym 17 pancernych (z 21 dywizji pancernych, jakie w 1941 roku było w całym Wehrmachcie) dysponujących 3090 czołgami oraz 12 dywizji (z 14) zmotoryzowanych. W rezerwie pozostała 2. armia gen. Maximilliana von Weichsa, a w jej składzie dwie dywizje pancerne, dwie – zmotoryzowane, a także około 24 dywizje piechoty. Nie było to dużo jak na tak wielką operację. Hitler jednak nie spodziewał się poważniejszego oporu zaskoczonych wojsk radzieckich.

Siłę niemiecką uzupełniały wojska państw sojuszniczych: Rumunii, Węgier, Słowacji, Finlandii i Hiszpanii. Ponadto Włochy, których rząd został powiadomiony przez Hitlera o planie „Barbarossa” dopiero wieczorem 21 czerwca, utworzyły korpus ekspedycyjny, który w ramach niemieckiej 11. armii ruszył do walki 7 sierpnia 1941 roku.

Łącznie państwa sojusznicze oddały pod niemieckie dowództwo – licząc też wsparcie niemieckich działań i pięćdziesiąt dywizji, jednakże ich wyposażenie, wyszkolenie i wartość bojowa (z wyjątkiem jednostek fińskich) były niższe od niemieckich. Sami Niemcy oceniali, że jedna ich dywizja warta jest pod względem morale żołnierzy, wyszkolenia i wyposażenia dwóch dywizji sojuszniczych.

Tauchpanzer forsuje rzekę

O godzinie 3.15 horyzont nad Bugiem rozświetlił błysk, co wyglądało jak początek letniej burzy. Dziwnej. Nadchodzącej niespodziewanie, bez wiatru i ciężkich chmur zasłaniających niebo. Po chwili dał się słyszeć głuchy łoskot. I tak raz za razem, aż błyski zlały się w jedno z grzmotami wystrzałów i odległych wybuchów.

– Do wozu! – Koschke zsunął się na skórzane siodełko i przekręcił rygiel włazu. Zerknął na zegarek, aby dać rozkaz punktualnie o 3.20. Docisnął pasek laryngofonu do szyi i krzyknął: – Naprzód!

Panzer III z długą rurą chyboczącą się nad wieżyczką szarpnął i wyrzucając kawały darni spod gąsienic, potoczył się w stronę stromego brzegu, w którym saperzy wycięli dogodny zjazd do rzeki.

Wysoko nad ich głowami przemykały samoloty bombowe, które miały uderzyć tuż po zakończeniu artyleryjskiej kanonady, aby nie dać wrogowi czasu na ochłonięcie. O 3.30 bombowce zaatakowały 66 lotnisk na Białorusi. Inne uderzyły na Kowno, Odessę, Sewastopol, Mińsk.

Bryzgi wody zakryły peryskopy i wnet czołg pogrążył się w ciemnej wodzie Bugu.

– Pilnuj obrotów! – krzyknął Koschke do kierowcy, sam skoncentrował się na obserwacji żyrokompasu, jedynego wskaźniku, który w podwodnych ciemnościach pozwalał im utrzymać właściwy kurs.

Wiedział, że w tej chwili największym zagrożeniem jest dla nich zalanie silnika. Gdyby stanął, nie zdołaliby wydostać się z rwącego nurtu rzeki. Słyszeli odległe eksplozje, ale nie potrafili określić, kto strzelał. Pociski wybuchały z rzadka, co wskazywało, że wojska radzieckie były całkowicie zaskoczone. Kilkanaście czołgów forsujących rzekę po dnie okazało się całkowicie nieprzydatnych. Spełniłyby swoje zadanie, gdyby Rosjanie zdołali wysadzić mosty, ale betonowe filary stały nienaruszone i nie wiadomo było, czy dywersantom udało się poprzerywać połączenia prowadzące do ładunków wybuchowych, czy też w wielkim zamieszaniu radzieccy saperzy nie zdołali uruchomić zapalników.

22 czerwca 1941 roku; wiele niemieckich jednostek pancernych i zmotoryzowanych wdarło się tego dnia na kilkadziesiąt kilometrów w głąb Związku Radzieckiego

Przód czołgu uniósł się gwałtownie i w peryskopach zobaczyli brzeg rzeki rozświetlony łuną pożarów i wybuchami. Czołgi powoli wynurzały się i wspinały na piach plaży. Byli tam już żołnierze, którzy dobili do brzegu w drewnianych łodziach motorowych i pontonach. Wciąż nikt do nich nie strzelał. Jedynie gdzieś wysoko z przeraźliwym gwizdem przelatywały pociski – nie sposób było powiedzieć, czy to strzela niemiecka artyleria, czy też Rosjanie odpowiedzieli ogniem, lecz mierzyli za wysoko.

Czołgi wyjechały na brzeg i zatrzymały się pod osłoną gęstych zarośli. Załogi wyskakiwały w pośpiechu, aby zdemontować rury, które umożliwiły przeprawę przez wodę, ale przeszkadzałyby w walce na brzegu.

Koschke włączył lampkę i zerknął na mapę, aby sprawdzić, czy w czasie jazdy po dnie nie zmylili kierunku. Ich cel powinien znajdować się po prawej stronie od drogi biegnącej wzdłuż rzeki. Dostrzegł go. Jednopiętrowy drewniany budynek: strażnica nadgranicznego oddziału z Patulina. W oknach widać było światło, a z komina leciał dym, jakby stacjonujący tam żołnierze zabierali się do przygotowania śniadania.

– Gotowe! – Usłyszał w słuchawkach meldunek kierowcy. Warkot silnika narastał, gdy czołg przebił się przez krzaki i wyjechał na drogę.

– Cel: drewniany dom, sześćset metrów na prawo od drogi!

Koschke patrzył przez peryskop. Dostrzegał, jak w otwartych, wciąż jasno oświetlonych drzwiach pojawiały się sylwetki żołnierzy. Wybiegali we wszystkie strony. Wciąż nie padały strzały.

Przerwali pasmo drutów kolczastych. Byli już w odległości 200 metrów i dopiero wtedy usłyszał charakterystyczny stukot na pancerzu. Rosjanie zaczęli strzelać z karabinów maszynowych. Dostrzegł ogniki z kilku luf na lewo od budynku.

– Widzisz, gdzie są? – zapytał kierowcę.

– Na lewo od domu!

– Jedź tam!

Postanowił nie marnować amunicji. Był pewny, że nie mieli broni przeciwpancernej. Nic im nie mogli zrobić.

Byli już blisko okopu, gdy dostrzegł dwóch żołnierzy. Nie wytrzymali widoku nadjeżdżającego czołgu i obawiając się, że ich zgniecie, rzucili się do ucieczki. Pochyleni, odwracając się co chwila, biegli w stronę domu, licząc, że tam znajdą bezpieczne schronienie.

Lenin i Stalin – nieudana rewolucja socjalistyczna

Czołg pochylił się gwałtownie i wtoczył do okopu. Zatrzymał się na moment i cofnął. Niedużo, może metr, półtora. I znowu do przodu, lekko zarzucając prawą gąsienicą. Koschke wiedział, że kierowca „czyści okop”, jak nazywali zgniatanie nieprzyjacielskich punktów oporu. Ruszyli jeszcze raz do przodu i silnik pracujący pełną mocą wyciągnął czołg na drugą stronę. Ponownie dostrzegł dwóch Rosjan. Jeden dobiegał już do drzwi strażnicy. Drugi leżał bliżej. Jego stopa musiała zaplątać się w zwój drutu lub osunąć na jakimś wykrocie. Przekręcił się na bok i usiłował przetoczyć się, aby uciec spod czołowych gąsienic. Nie zdążył. Koschkemu wydało się, że wśród huku czołgowego silnika usłyszał, jak gąsienice zgniatają ciało żołnierza. Żołnierz, który był przy drzwiach budynku, nie zdążył ich otworzyć, gdyż osunął się trafiony serią z karabinu maszynowego. Koschke zerknął przez tylną szczelinę wieżyczki. Zobaczył biegnących żołnierzy niemieckich. Należało im pozostawić oczyszczenie terenu.

– Jak tak dalej pójdzie, to przejedziemy dzisiaj z pięćdziesiąt kilometrów – powiedział do laryngofonu.

Słońce już jasno oświetlało pole bitwy. Przed nimi rozpościerała się wielka nadbużańska łąka, po której toczyły się czołgi. Nie mylił się.

2. W stronę Europy

Stalin – nowa rewolucja. Lata trzydzieste – Armia Czerwona gotowa do ofensywy na Europę. Wielka czystka – koniec potęgi. Wojna domowa w Hiszpanii – przełom, którego nie rozumiał Stalin. Wojna na Zachodzie – niespełnione nadzieje Stalina. Plany wojny z Niemcami. Nowa broń dla Armii Czerwonej. Siła bojowa Armii Czerwonej 22 czerwca 1941. Stalin nie wierzy wywiadowi. Hitler nie może czekać.

Stalin nie chciał wierzyć, że jego wielki plan, który realizował od 16 lat, nie bacząc na ofiary, może się nagle zawalić.

Już w 1921 roku pojął, że rewolucja październikowa zakończyła się niepowodzeniem. Leninowi nie udało się zrealizować żadnego z celów, jakie postawili, decydując się w 1917 roku na przejęcie władzy.

Pogrzeb Lenina, Stalin i Mołotow niosą trumnę

Zakładali, że rewolucja wzniecona w Piotrogrodzie szybko rozprzestrzeni się na całą Europę, której narody miały dość długiej i wyniszczającej wojny. W ten sposób na Starym Kontynencie powstałoby wiele państw socjalistycznych. Tymczasem tam, gdzie komuniści zamierzali przechwycić władzę: w Niemczech, Włoszech, Finlandii, na Węgrzech i w Rumunii, bunt został stłumiony w zarodku. Nie udało się również Leninowi zaprowadzić ustroju socjalistycznego w innych państwach Europy za pomocą Armii Czerwonej, gdyż jej oddziały w sierpniu 1920 roku zostały zatrzymane i odrzucone spod Warszawy. Oznaczało to, że droga do Niemiec i na zachód Europy została zamknięta. Związek Radziecki pozostał jedynym państwem socjalistycznym, co stawiało go w ogromnie trudnej sytuacji politycznej, militarnej i gospodarczej, która wcześniej czy później musiała doprowadzić do upadku. Tym bardziej że sytuacja wewnątrz Rosji Radzieckiej również była bardzo dramatyczna. W 1921 roku, po wielkich buntach chłopów i marynarzy, Lenin musiał zrezygnować z komunizmu wojennego i wprowadził Nową Politykę Ekonomiczną (NEP), będącą w istocie powrotem do gospodarki wolnorynkowej. Państwo usiłowało oczywiście kontrolować gospodarkę, ale po wielkiej wojnie światowej, rewolucji i wyniszczającej wojnie domowej nie było to możliwe. NEP dał możliwość szybkiego rozwoju klas, które bolszewicy tak bardzo chcieli zlikwidować; burżuazja i bogate chłopstwo odradzały się tak dynamicznie, że było oczywiste, iż w ciągu kilku lat rozsadzą socjalistyczne rygory. A robotników, których Lenin i Stalin uważali za naturalną bazę społeczną wielkich przemian w Rosji, było wciąż niewielu. Klasa robotnicza liczyła ledwie 2 miliony ludzi, co było kroplą w morzu chłopstwa.

Stalin i jego ludzie: (od lewej od góry) Woroszyłow, Kaganowicz, Kujbyszew (siedzą od lewej) Ordżonikidze (zamordowany na rozkaz Stalina), Stalin, Mołotow, Kirow (zamordowany)

Cóż więc mógł zrobić Stalin, gdy w styczniu 1924 roku po śmierci Lenina przejął władzę? Postanowił wywołać drugą rewolucję, aby zrealizować cele, które wymknęły się Leninowi.

I dokonał tego.

Najpierw w latach 1929–1933 przeprowadził kolektywizację, aby zmienić strukturę społeczeństwa i zapoczątkować na wsi socjalistyczną gospodarkę. Ten etap nowej rewolucji opłaciło życiem około 10 milionów chłopów zmarłych z głodu, zamordowanych w czasie pacyfikacji, zdziesiątkowanych przez choroby i okrucieństwo strażników w syberyjskich obozach.

Pierwsza pięciolatka –czas narodzin przemysłowej potęgi

W tym samym czasie doprowadził do realizacji pierwszego planu pięcioletniego, gdy w Związku Radzieckim wybudowano około 1500 zakładów przemysłowych, w tym gigantycznych kombinatów w Magnitogorsku, Charkowie, Stalingradzie. One, będąc zarazem wielkimi skupiskami klasy robotniczej, miały wytwarzać społeczną i materialną bazę następnych etapów rewolucji.

W drugiej połowie lat trzydziestych Stalin usunął z partii komunistycznej, wojska i administracji państwowej ludzi, którzy mogli zagrażać jego planom, i sterroryzował społeczeństwo, uzyskując władzę przewyższającą wszechmoc carów.

W ten sposób po kilkunastu latach od zajęcia skromnego wówczas stanowiska sekretarza generalnego partii bolszewickiej WKP(b) zakończył rewolucję wewnętrzną i przystąpił do wykonania najważniejszego zamierzenia: zmiany ustroju w państwach sąsiadujących ze Związkiem Radzieckim, a może nawet w całej Europie. Mógł tego dokonać tylko na drodze militarnej interwencji.

Przyczyny klęski pierwszej wyprawy przeciwko Europie w 1920 roku były dla Stalina oczywiste: wojsko było za słabe liczebnie, niezdyscyplinowane i zdemoralizowane, czego dowodem były masowe dezercje, oraz pozbawione nowoczesnego sprzętu i broni. Piętnaście lat po tamtej klęsce sytuacja w Związku Radzieckim była już całkowicie inna.

W 1930 roku nowe zakłady zbrojeniowe wyprodukowały 170 czołgów, rok później – 740, w 1932 roku – 3038, aż wreszcie osiągnęły maksymalną wydajność 4803 czołgów w roku 1936. Do 1937 roku wojsko otrzymało 20 239 samolotów, 21 010 czołgów, 30 216 dział artyleryjskich, blisko 2,5 miliona karabinów. Takimi osiągnięciami nie mogły poszczycić się największe potęgi przemysłowe ówczesnego świata.

Efekty pierwszej pięciolatki: samochody ciężarowe dla wojska
Nowe czołgi T-26-A4 na defiladzie w 1931 roku; w czasie pierwszej pięciolatki wybudowano 30 zakładów czołgowych

Armia, otrzymując nowe uzbrojenie, reformowała się, przygotowując się do spełnienia najważniejszego etapu rewolucji Stalina – marszu na Zachód. Do końca 1932 roku sformowano dwa pierwsze korpusy pancerne – samodzielne taktyczne związki operacyjne, z których każdy złożony był z dwóch brygad zmechanizowanych, jednej brygady karabinów maszynowych oraz samodzielnego dywizjonu artylerii przeciwlotniczej. One miały być pancerną pięścią łamiącą obronę wrogich wojsk.

Rok 1935, manewry pod Kijowem – ostatni pokaz radzieckiej potęgiCzołg T-26

W tym samym czasie, gdy Armia Czerwona tworzyła związki o wielkiej sile uderzeniowej, Niemcy w ogóle nie mieli broni pancernej, gdyż zabronił im tego traktat wersalski, a dowódcy Reichswehry[17] sprawdzali swoje koncepcje działań samodzielnych jednostek pancernych, wysyłając na poligony tekturowe makiety na rowerowych kołach. Brytyjczycy próbowali tylko eksperymentować z samodzielnymi jednostkami, o co gorąco zabiegał generał John F.C. Fuller[18]. Udało mu się co prawda uzyskać zgodę władz wojskowych na założenie eksperymentalnej jednostki pancernej, ale nie zyskał większego poparcia rządu i na próbach British Army zakończyła formowanie samodzielnych jednostek pancernych. Generałowie francuscy, zadufani w zwycięstwie, jakie odnieśli w 1918 roku, w ogóle nie zawracali sobie głowy tworzeniem takich wojsk.

Na tym tle Armia Czerwona wyrastała na największą i najbardziej nowatorską siłę.

Analizy i doświadczenia z wielkich manewrów wykazały, że stan etatowy korpusu powinien wynosić 9865 oficerów i żołnierzy wyposażonych w 469 czołgów i 200 samochodów ciężarowych. Do 1936 roku utworzono 4 korpusy zmechanizowane, 6 samodzielnych pułków czołgów, 15 zmechanizowanych pułków dywizji kawalerii oraz 83 bataliony i kompanie czołgów w dywizjach piechoty. Oficer, który był najbardziej zagorzałym zwolennikiem budowy wielkich jednostek pancernych, marszałek Michaił Tuchaczewski[19], dążył do zorganizowania tylu jednostek, że można by z nich sformować wielki walec pancerny liczący 40–50 tysięcy czołgów, który z łatwością przełamałby opór wojsk polskich, a później niemieckich, belgijskich i francuskich. Na drodze z Moskwy do kanału La Manche wielkie i rozległe równiny tworzyły wymarzony teren dla czołgów. Jedynie szeroko rozlane rzeki mogły utrudniać i hamować marsz. Dlatego w połowie lat trzydziestych Tuchaczewski z zapałem tworzył jednostki powietrznodesantowe – formacje zupełnie nie znane na Zachodzie. Ich zadaniem miało być opanowanie mostów i zdobywanie przyczółków, z których czołgi mogłyby prowadzić swój niepowstrzymany marsz.

Bombowce TB-3 w wersji transportowej

W czasie wielkich manewrów pod Kijowem w 1935 roku Tuchaczewski zademonstrował, jaką siłę stanowi Armia Czerwona. Na poligon wyjechało 1040 czołgów, które po przebyciu 650 kilometrów z marszu rozwijały bojowe formacje, co potwierdzało kunszt dowódców i czołgowych załóg nowoczesnych czołgów T-26 budowanych na brytyjskiej licencji Vickersa 6 ton, średnich T-28 z trzema wieżami i ciężkich T-32.

Ten pokaz olśnił i zaskoczył zachodnich obserwatorów zaproszonych na manewry. Ze zdziwieniem patrzyli na uderzenie spadochroniarzy zrzucanych z wielkich bombowców TB-3[20]. Wojska powietrznodesantowe w ogóle nie były znane na Zachodzie. Jedynie Niemcy przystąpili do tworzenia niewielkich spadochronowych grup policyjnych, które miały niespodziewanie atakować komunistyczne meliny, ale daleko im było do masowości radzieckich wojsk powietrznodesantowych.

Na poligonie pod Kijowem po raz pierwszy zademonstrowano TB-3 przystosowane do przewozu żołnierzy i sprzętu. W ich kadłubach przewożono niewielkie tankietki, samochody opancerzone i działa. Na oczach obserwatorów zaczynał się formować oddział dysponujący artylerią i bronią pancerną. Był to taran zdolny skruszyć obronę wroga, który nie mógł w tak krótkim czasie przygotować się do odparcia niespodziewanego ataku przeprowadzonego daleko za linią frontu.

Bombowce He 111 Legionu „Condor” w Hiszpanii

Prawdopodobnie Stalin, nie mający wielkiego pojęcia o wojsku, nie rozumiał przełomu, jakiego w Armii Czerwonej dokonał marszałek Tuchaczewski ze swoimi współpracownikami, i uznał, że tych ludzi bez względu na ich zasługi dla wojska należy unicestwić, gdyż stanowią zagrożenie dla jego władzy. Do dzisiaj nie udało się ustalić, czy obawy Stalina były uzasadnione. Istnieją jednak ślady wskazujące, że w Armii Czerwonej mógł zawiązać się antystalinowski spisek, na którego czele stanął Michaił Tuchaczewski.

Kilka miesięcy po kijowskich manewrach, które były dowodem najwyższej sprawności Armii Czerwonej, NKWD aresztowało wielu najwyższych dowódców. W więzieniu znalazł się dowódca 8. samodzielnej brygady ciężkich czołgów Dmitrij Schmidt oskarżony o przygotowania do zabicia ludowego komisarza obrony Klimenta Woroszyłowa, a następnie o przygotowanie buntu we własnej brygadzie. Aresztowano komkorów (dowódców korpusów) Witalija Primakowa, Witowta Putnę i Siemiona Turowskiego, komdiwa (dowódcę dywizji) Jurija Sablina, a 22 maja 1937 roku został aresztowany marszałek Michaił Tuchaczewski. Torturowany, przyznał się do zdrady i współpracy z niemieckim wywiadem. W czerwcu tego roku został skazany na śmierć. Stojąc pod murem, krzyknął do żołnierzy z plutonu egzekucyjnego:

– Nie do mnie strzelacie, lecz do Armii Czerwonej!

Wielka fala czystek w wojsku pochłonęła ponad 36 tysięcy oficerów skazanych na śmierć, długoletnie więzienie lub zwolnionych ze służby. Wśród nich znaleźli się najlepsi: najbardziej doświadczeni, szkoleni z oficerami niemieckimi, najzdolniejsi, najbardziej otwarci, rozumiejący kierunki rozwoju wojskowej techniki. Musiałoby minąć wiele lat, zanim udałoby się stratę tę uzupełnić.

Tymczasem historia dokonywała zwrotu, który zaważył nad rozwojem myśli wojskowej i wojskowej techniki.

Wojna domowa w Hiszpanii, która wybuchła w lipcu 1936 roku, a więc w czasie, gdy w Związku Radzieckim zaczynała się wielka czystka, stała się dla Niemców wielkim poligonem dla nowej broni: myśliwców Messerschmitt Bf 109 produkowanych od lutego 1937 roku, bombowców Heinkel He 111 produkowanych dla sił powietrznych od połowy 1936 roku, dział przeciwlotniczych Flak 36, które właśnie w Hiszpanii okazały się nadzwyczaj skuteczne w zwalczaniu pojazdów pancernych, oraz czołgów PzKpfw I i II. Niemieccy dowódcy uczyli się koordynowania działań wojsk pancernych i lotnictwa. Sprawdzali siłę swoich bombowców w nalotach na duże miasta, czego ofiarą padła Guernica, baskijskie miasto zniszczone w 1937 roku przez niemieckie samoloty.

Te wszystkie doświadczenia z Hiszpanii umożliwiły im opracowanie doktryny wojny błyskawicznej, która w pierwszym okresie II wojny światowej dała Niemcom największe zwycięstwa.

Tymczasem Rosjanie nie tylko nie wykorzystali szansy sprawdzenia w Hiszpanii nowej broni i nowej techniki walki, ale na domiar złego wyciągnęli fałszywe wnioski. Radzieccy doradcy wojsk republikańskich uznali na przykład, że czołgi nie mogą działać samodzielnie i całkowicie zlekceważyli zalety płynące ze współdziałania broni pancernej i lotnictwa. W efekcie fałszywej oceny Stalin w przededniu wybuchu II wojny światowej podjął decyzję o rozwiązaniu samodzielnych związków pancernych. Dopiero w 1940 roku, gdy oczywiste były już przyczyny sukcesów odnoszonych przez Wehrmacht w Polsce, Norwegii, Belgii, Holandii i Francji, Stalin zrozumiał błędy i przystąpił do ich szybkiego naprawiania. Za późno. Stracił trzy lata, a to w błyskawicznie zmieniającej się światowej sytuacji i wobec gwałtownej zmiany techniki było już opóźnieniem nie do odrobienia.

Jeńcy francuscy. Ta wojna miała trwać długo...

Stalin zdawał sobie sprawę, że Hitler uderzy na Związek Radziecki. Było to wpisane w ideologię nazistowską, jak nienawiść do Żydów. Nigdy jednak nie wydał rozkazu przygotowania Armii Czerwonej do obrony kraju. Było to niemożliwe, gdyż z równym skutkiem można byłoby układać wilka, aby strzegł stada owiec. Armia Czerwona została stworzona w 1918 roku jako siła agresywna, która miała podbijać. Jej struktura, organizacja, doktryna wojenna, broń były nastawione na atak, nie na obronę.

Armia otrzymywała każdego roku 4 tysiące czołgów – broni typowo agresywnej, produkowanej do przełamywania linii wroga, a nie obrony własnych pozycji. W 1938 roku radzieccy konstruktorzy przystąpili do budowania samolotów szturmowych – broni nie mającej nic wspólnego z obroną. Bardzo liczne były oddziały powietrznodesantowe Armii Czerwonej, a były to wojska mające tylko jedno zadanie: uderzać! Czerwona Flota miała w 1941 roku 209 okrętów podwodnych, gdy Niemcy, rozpoczynając wojnę, mieli tylko 57 U-Bootów, okrętów przeznaczonych do atakowania linii żeglugowych i jednostek wroga, nie do obrony.

Stalin od momentu podpisania paktu Ribbentropa i Mołotowa[21] 23 sierpnia 1939 roku rozpoczął intensywne przygotowania do wojny z Niemcami. Zajęcie ziem polskich, na które Armia Czerwona wkroczyła 17 września 1939 roku, aneksja przygranicznych rejonów Finlandii w wyniku wojny 1939/1940, aneksja Litwy, Łotwy i Estonii w 1940 roku oraz oderwanie od Rumunii Północnej Bukowiny i Besarabii w tym samym roku dawały Związkowi Radzieckiemu szeroki pas ziem osłaniający najważniejsze rejony przemysłowe oraz świetną bazę do wyprowadzenia wojsk w najważniejszych kierunkach.

Hitler przed wagonem w Compiègne, w którym francuska delegacja podpisała zawieszenie broni

Stalin spokojnie przygotowywał swoją armię do wielkiej ofensywy. Uważał, że ma wystarczająco dużo czasu na wyszkolenie nowej kadry, która wypełniłaby pustkę, jaka powstała w okresie wielkiej czystki po usunięciu 36 tysięcy oficerów. Co prawda wydarzenia w 1938 roku, gdy Hitler przyłączył Austrię do Rzeszy i zabrał duży obszar Czechosłowacji zaskoczyły go, ale odzyskał spokój po zawarciu sojuszu z Niemcami 23 sierpnia 1939 roku. Mógł po prostu obserwować rozwój wydarzeń i korzystając z tego, że inne sprawy pochłaniały uwagę Hitlera, wyciągać mu sprzed nosa najbardziej tłuste kąski. Był przekonany, że niemiecka armia po podboju Polski pójdzie na zachód Europy. A tam napotkałaby przeciwnika o wiele silniejszego niż w Polsce, na dodatek dobrze chronionego przez potężne umocnienia: linię Maginota i belgijskie twierdze. Wojna na Zachodzie byłaby więc krwawa i długotrwała, co dałoby Armii Czerwonej, już przygotowanej do boju, dobry pretekst do wystąpienia w „obronie pokoju”, gdy obydwie strony byłyby bardzo wykrwawione. Nawet gdyby nie udało się podjąć interwencji w czasie walk toczonych przez armie francuskie i niemieckie, można by – uważał Stalin – zrobić to później, po zakończeniu wojny na Zachodzie, gdy Wehrmacht leczyłby rany. 19 sierpnia 1939 roku, przemawiając na posiedzeniu Biura Politycznego, powiedział:

– W zwyciężonej Francji FPK [Francuska Partia Komunistyczna – B.W.] zawsze będzie bardzo silna. Nieuchronnie nastąpi rewolucja komunistyczna i możemy wykorzystać tę sposobność do udzielenia Francji pomocy oraz uczynienia z niej naszej sojuszniczki. Później wszystkie narody, które znajdą się pod „protektoratem” zwycięskich Niemiec, również staną się naszymi sojusznikami. Wówczas będziemy mieli szerokie pole działania we wspieraniu światowej rewolucji.

Wracał więc do koncepcji z 1920 roku, gdy liczył, że rewolucja ogarnie państwa europejskie, a Armia Czerwona jedynie pomoże komunistom przejąć władzę.

Tymczasem wojna na Zachodzie nie spełniła nadziei Stalina. Alianci przegrali w zadziwiająco szybkim tempie, natomiast straty Wehrmachtu nie były duże: 27 074 zabitych, 18 384 zaginionych i 111 043 rannych. O wiele istotniejsze były straty sprzętu, przede wszystkim lotniczego. W czasie kampanii w Belgii i Francji 1428 samolotów niemieckich zostało zniszczonych, a 488 uszkodzonych (łącznie 1916), co stanowiło aż 36% liczby samolotów bojowych z 4 maja 1940 roku. Te braki miały fatalny dla Niemców wpływ na przebieg bitwy o Anglię, a jak się okazało w 1941 roku – również dla walk na froncie wschodnim. Tym bardziej że sytuacja gospodarcza Niemiec pogarszała się. W 1941 roku w przemyśle zbrojeniowym brakowało 300 tysięcy wykwalifikowanych robotników, a Hitler żądał, aby wojska lądowe liczyły 200 dywizji; nie można było pogodzić zwiększenia liczebności wojska i uzupełnienia braków siły roboczej w przemyśle.

Najważniejszy jednak był opór Wielkiej Brytanii, której nowy premier Winston Churchill odrzucił możliwość paktowania z Hitlerem i zawarcia pokoju. W rezultacie Niemcy coraz bardziej angażowały się w wojnę z Wielką Brytanią.

Czołg T-34

Stalin przekonany, że Hitler nie zdecyduje się na rozpoczęcie wojny na Wschodzie, dopóki nie zakończy walk na Zachodzie, mógł spokojnie przygotowywać Armię Czerwoną do zwycięskiego pochodu przez Europę. Tym bardziej że wnioski płynące z analizy działań niemieckich we Francji nakazywały konieczność masowego wprowadzenia do uzbrojenia wojsk radzieckich nowych typów czołgów i samolotów.

Pierwszy plan wojny z Niemcami został opracowany przez radziecki Sztab Generalny na jesieni 1939 roku, prawdopodobnie w październiku, i przez następne miesiące był modyfikowany. Kolejny plan uderzenia na Zachód Sztab Generalny opracował 18 września 1940 roku. Przewidywał, że dwie armie Frontu Północno-Zachodniego liczące 25 dywizji (w tym cztery dywizje pancerne) i dwie brygady uderzą na północy w kierunku Olsztyna. Posuwające się w środku wielkiego frontu związki Frontu Zachodniego (cztery armie liczące łącznie 45 dywizji, w tym trzy dywizje pancerne, oraz trzy brygady) rozdzielą swoje siły i pójdą na północ w stronę Olsztyna oraz na południe w kierunku Lublina. Na południu Front Południowo-Zachodni (pięć armii liczących 77 dywizji, w tym trzy dywizje pancerne, oraz dwie brygady) miał uderzyć znad Przemyśla na Radom i Łódź. Jednocześnie 9. armia tego Frontu zaatakowałaby z północy i wschodu Rumunię, aby opanować pola naftowe w rejonie Ploesti. Gdyby Stalin wiedział, że Niemcy w tym czasie mieli w Polsce ledwie 28 dywizji zapewne nie zawahałby się wydać rozkazu do rozpoczęcia ofensywy. Jednakże informacje Sztabu Generalnego mówiły o 243 dywizjach, a to już była siła wymagająca zgromadzenia znacznie większej ilości wojska.

Ofensywne założenia zostały zmienione w marcu i w maju 1941 roku. Nowy plan przewidywał, że główne uderzenie zostanie wyprowadzone z Zachodniej Ukrainy i Brześcia Litewskiego na południową Polskę. Jednocześnie opracowano plany mobilizacyjne, zatwierdzone przez rząd radziecki 12 lutego 1941 roku, przewidujące wystawienie wojsk liczących 9 milionów żołnierzy, dysponujących aż 37 800 czołgami i 22 200 samolotami! Tak bardzo radzieccy stratedzy byli pod wrażeniem siły i mobilności Wehrmachtu zaprezentowanych w czasie kampanii na Zachodzie. Tymczasem ocena siły i możliwości Armii Czerwonej była bardzo krytyczna. Wojna z Finlandią, która rozpoczęła się 30 listopada 1939 roku wykazała bardzo wyraźnie, jak źle Armia Czerwona jest dowodzona, wyszkolona i uzbrojona. Pokonanie maleńkiej armii fińskiej liczącej około 400 tysięcy żołnierzy, pozbawionej czołgów i ciężkiej artylerii, ze słabiutkim lotnictwem (200 przestarzałych samolotów) zajęło wielokrotnie liczniejszej Armii Czerwonej 105 dni i naraziło ją na ogromne straty[22], niewspółmiernie wyższe niż straty obrońców. Według oficjalnych danych, w Finlandii zginęło i zaginęło około 126 tysięcy żołnierzy radzieckich, 264 tysiące odniosło rany, 800 samolotów i około 2300 czołgów zostało zniszczonych. Tymczasem obrońcy stracili 24 923 żołnierzy zabitych i 43 557 rannych.

Czołg BT

Równie pesymistyczny obraz możliwości Armii Czerwonej wynikał z gry wojennej przeprowadzonej przez Sztab Generalny w styczniu 1941 roku. W niej generał Gieorgij Żukow przejął dowództwo nad wojskami atakującymi, zaś generał Dmitrij Pawłow – nad broniącymi się.

Scenariusz opierał się na założeniu, że dowodzeni przez Żukowa „niebiescy” (w których łatwo można było rozpoznać Wehrmacht) uderza z siłą 80 dywizji na froncie ciągnącym się od Prus Wschodnich do bagien Prypeci.

Żukow przeprowadził trzy potężne uderzenia, zniszczył siły „czerwonych” Pawłowa i poprowadził swoje dywizje głęboko w rosyjskie ziemie.

Co prawda w drugiej grze wojennej rezultat nie był tak zły dla obrońców, lecz nie dawał powodu do dumy.

Przy takich ocenach siły bojowej Armii Czerwonej nie należało spieszyć się z uderzeniem na Wehrmacht, którego morale w wyniku zwycięskich kampanii sięgnęło szczytu, żołnierze i dowódcy byli zaprawieni w bojach, sprzęt i uzbrojenie sprawdzone i udoskonalane w wyniku doświadczeń z pól bitewnych, organizacja wojska i logistyka doprowadzone do perfekcji. Bez wątpienia Stalin czekał na zrealizowanie planu mobilizacyjnego: postawienia pod broń 9 milionów żołnierzy i wyprodukowania dla nich odpowiedniej ilości nowoczesnego uzbrojenia.

Czołg T-34[23] konstruowany przez zespół Biura Konstrukcyjnego Charkowskiej Fabryki Parowozów kierowany przez M. Koszkina od jesieni 1937 roku, w grudniu 1939 roku uzyskał akceptację Komitetu Obrony, który nakazał zbudowanie w 1940 roku 220 czołgów. Pierwszy doświadczalny czołg był gotowy w lutym 1940 roku i po okresie intensywnych prób w czerwcu 1940 roku uruchomiono produkcję seryjną. Do końca roku z dwóch radzieckich zakładów czołgowych wyjechało 115 egzemplarzy nowych wozów bojowych. W 1941 roku było nieco lepiej, gdyż w pierwszym półroczu wyprodukowano 1110 tych czołgów, ale było to wciąż niewiele, jak na oczekiwania Stalina. Podobnie sprawa miała się z ciężkim czołgiem nazwanym KW[24] na cześć komisarza obrony Klimenta Woroszyłowa. W 1940 roku wyprodukowano 234 czołgi tego typu, a w ierwszym półroczu 1941 roku – 393. Nie wszystkie oczywiście przekazano do jednostek liniowych. 22 czerwca 1941 roku Armia Czerwona miała 967 czołgów T-34 i 508 – KW. Tak więc w niewyobrażalnie wielkiej masie 22 600 czołgów, jakie w czerwcu 1941 roku miała Armia Czerwona, było mało pojazdów nowoczesnych. Ale nawet i ta, skromna jak na warunki radzieckich wojsk pancernych liczba nowych wozów bojowych, nie oddaje właściwego obrazu nowoczesności, obejmuje bowiem czołgi, które dojechały do jednostek do 22 czerwca 1941 roku, a nie wozy w gotowości bojowej. A wiele z nich miało wady fabryczne, które trzeba było usunąć, brakowało wyszkolonych załóg i zaplecza dla sprawnego funkcjonowania jednostek pancernych: pojazdów ratowniczych, które mogłyby wyciągać z błota czołgi, gdyby tam się zagrzebały, lub ściągać z pola bitwy uszkodzone pojazdy, wozów amunicyjnych, części zamiennych itd. I nie chodziło jedynie o liczbę czołgów w jednostkach liniowych, lecz o możliwości przemysłu uzupełniania strat. Dwa, trzy tysiące nowoczesnych czołgów mogło zostać zniszczonych, zanim dojechałyby do Warszawy, a zdolności produkcyjne radzieckich zakładów nie były jeszcze na tyle duże, aby dosłać odpowiednią liczbę czołgów nowych typów, części zamiennych i podtrzymać agresywną siłę wojsk pancernych. Brakowało również załóg, którymi można byłoby obsadzić nowe czołgi.

Jeszcze gorzej sprawa miała się ze starszymi typami czołgów typu BT i T-26. Według oficjalnych źródeł radzieckich, tylko 27% z nich było w stanie gotowości bojowej, co oznaczało, że 22 czerwca 1941 roku Armia Czerwona mogła rzucić do walki 6210 czołgów starego typu, a więc o niewielkiej wartości bojowej[25].

W lotnictwie sytuacja była podobna.

Radziecka doktryna wojenna wyznaczała siłom powietrznym rolę wsparcia, osłony i rozpoznania na rzecz wojsk lądowych. Z tego względu lotnictwo bombowe stanowiło mniejszość w siłach powietrznych (około 45% całości lotnictwa, 31% w zachodnich okręgach), nie podejmowano produkcji na większą skalę samolotów bombowych dalekiego zasięgu (samolot tego rodzaju Pe-8 wyprodukowano w 79 egzemplarzach). Na rozwoju lotnictwa myśliwskiego negatywnie zaważyła koncepcja z początków lat trzydziestych przewidująca współdziałanie dwupłatowych samolotów przechwytujących i szybkich jednopłatów pościgowych. Mimo wydatnego wzrostu liczby produkowanych samolotów (w 1940 roku – 10 565 egzemplarzy, w 1941 roku – 15 735) wytwarzano mało maszyn nowych typów. W 1941 roku radzieckie zakłady lotnicze wypuściły tylko 3719 samolotów o nowoczesnej konstrukcji. Udane myśliwce Jak-1, Mig-3, szturmowiec Ił-2 czy samolot bombowy Pe-2 wprowadzano do produkcji z dużym opóźnieniem. Na przykład w 1940 roku wyprodukowano tylko 2 egzemplarze bombowców Pe-2[26]. Podobnie sprawa miała się ze szturmowcami Ił-2[27], uznanymi za najlepsze w swojej klasie w całej drugiej wojnie światowej. Produkcja tych samolotów rozpoczęła się bardzo niemrawo w 1940 roku, a w pierwszej połowie 1941 roku wyprodukowano zaledwie 249 egzemplarzy. Niski poziom techniczny radzieckiego przemysłu i mnożące się kłopoty technologiczne dodatkowo opóźniały dostarczenie jednostkom bojowym pełnowartościowej broni. Na około 8500 samolotów w zachodnich okręgach Związku Radzieckiego było tylko 1540 samolotów nowych typów, a zaledwie 1/3 personelu latającego potrafiła posługiwać się nowym sprzętem. Co gorsza nawet ci, którzy zapoznali się z nowymi samolotami, spędzili za ich sterami tylko kilka godzin, gdy dla porównania w amerykańskich siłach powietrznych do walki mógł wyruszyć pilot mający doświadczenie 150 treningowych godzin.

Sytuację pogarszała nie ukończona reorganizacja sił powietrznych. Na przykład ze 106 nowych pułków lotniczych od stycznia do czerwca 1941 roku sformowano tylko 19. Podział lotnictwa operacyjnego na Fronty i armie utrudniający dowodzenie i koncentrację na najważniejszych odcinkach oraz niski poziom wyszkolenia pilotów i kadry dowódczej tworzyły chaos, w którym trudno się spodziewać, aby Armia Czerwona mogła wyruszyć do boju z Wehrmachtem, wojskiem tak groźnym, które udowodniło swoją wartość i skuteczność, zwyciężając w walce z największymi potęgami ówczesnego świata.

Stalin doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wysłannicy Sztabu Generalnego i Biura Politycznego, którzy wizytowali jednostki w zachodniej części państwa, nie ukrywali braków. Raporty, jakie trafiały na biurko Stalina, mówiły o niewłaściwym przygotowaniu. Musiało więc minąć jeszcze wiele miesięcy, zanim Armia Czerwona spełniłaby wymogi określone przez Sztab Generalny, a gwarantujące zwycięstwo w pochodzie przez ziemie polskie i niemieckie.

Sytuacja zmieniała się. Hitler mimo zaangażowania na Zachodzie od lipca 1940 roku koncentrował wojska nad granicą ze Związkiem Radzieckim. Ta wielka operacja była aż nadto widoczna, aby Rosjanie mogli uwierzyć, że chodzi o szkoleniowe zgrupowanie wojsk Wehrmachtu przeznaczonych do inwazji na Anglię w rejonie gdzie nie mogły dotrzeć brytyjskie bombowce i samoloty rozpoznawcze. Jeżeli w ogóle Stalin wierzył, że Niemcy kiedykolwiek myśleli poważnie o inwazji na Wyspy Brytyjskie.

Richard Sorge

Napływały ostrzeżenia przed agresją. Richard Sorge[28], radziecki szpieg działający w Tokio, gdzie uzyskał dostęp do tajnych informacji dzięki przyjaźni Eugena Otta, niemieckiego attaché wojskowego, a później ambasadora, od marca 1941 roku informował, że Niemcy gotowi będą do rozpoczęcia wojny w końcu maja 1941 roku. 15 czerwca podał ostateczną datę rozpoczęcia wojny – 22 czerwca.

Z Berlina ważne informacje nadchodziły od Arvida Harnacka (pseudonim „Korsykanin”), wysokiego urzędnika Ministerstwa Gospodarki współpracującego od lipca 1938 roku z radzieckim wywiadem, oraz Harro Schulze-Boysena (pseudonim „Starszina”), porucznika wywiadu Luftwaffe. Na podstawie dostarczanych przez nich materiałów rezydent radzieckiego wywiadu Aleksander Korotkow alarmował z Berlina 16 czerwca 1941 roku: „Niemcy zakończyli szkolenie wojsk do ataku na Związek Radziecki i uderzenie może być spodziewane lada dzień”.

Bardzo poważne ostrzeżenia nadchodziły z Londynu, gdzie działało pięciu agentów, którzy uzyskali dostęp do największych tajemnic rządu i wywiadu brytyjskiego. Kim Philby, Anthony Blunt, Cairncross, Guy Burgess i Donald Maclean przechwytywali tajne raporty wywiadu MI-6 dla rządu Churchilla, sporządzane na podstawie depesz niemieckich odszyfrowywanych w Bletchley Park. W wyniku ich działalności rezydent radzieckiego wywiadu mógł przesłać z Londynu do Moskwy w pierwszej połowie 1941 roku 7867 tajnych dokumentów brytyjskich dotyczących spraw politycznych i dyplomatycznych, 715 dokumentów wojskowych, 127 – dotyczących spraw gospodarczych i 51 – wywiadowczych.

Między 1 stycznia a 21 czerwca 1941 roku Stalin otrzymał ze źródeł wywiadowczych ponad sto raportów o zbliżającej się wojnie z Niemcami. Do ostrzeżeń nadsyłanych przez rezydentów wywiadu przyłączali się zagraniczni dyplomaci.

Na początku czerwca 1941 roku ambasador Niemiec w Moskwie hrabia Friedrich von der Schulenburg[29], goszcząc na obiedzie Władimira Diekanozowa, radzieckiego ambasadora w Berlinie poinformował go o zbliżającej się niemieckiej agresji. Powiedział:

– Hitler podjął decyzję o rozpoczęciu wojny ze Związkiem Radzieckim 22 czerwca.

I dodał:

– Zapyta mnie pan, dlaczego to robię? Zostałem wychowany w duchu Bismarcka, który zawsze był przeciwny wojnie z Rosją.

Stalin skwitował wiadomość o wypowiedzi niemieckiego dyplomaty bardzo krótko:

– Dezinformacja osiągnęła poziom ambasadorów.

I tak reagował na wszystkie ostrzeżenia.

Friedrich von der Schulenburg

Na marginesie raportu o informacjach pozyskiwanych od Schulze-Boysena zapisał: „Możecie posłać swoje «źródło» z niemieckich sił powietrznych do jego kurwy-matki. To nie jest źródło, ale dezinformator”.

Podobna uwaga dotyczyła Sorgego:

„To dezinformacja od kłamliwego gówna, które urządziło się w małych fabryczkach i burdelach Japonii”.

Dlaczego zamykał oczy na zbliżające się niebezpieczeństwo i nie chciał dać wiary źródłom wywiadowczym, które pracownicy moskiewskiej centrali wywiadu NKWD i GRU oceniali jako najbardziej wiarygodne? Odpowiedź wydaje się bardzo prosta. Był to jeden z wielu fatalnych dla Związku Radzieckiego efektów wielkiej czystki przeprowadzonej na rozkaz Stalina w latach 1937–1938. Wtedy radzieckie tajne służby poniosły największe straty ze wszystkich środowisk. Działalność wywiadu została całkowicie sparaliżowana.

W 1938 roku trzej kolejni szefowie wywiadu zagranicznego: Abram Slucki, Zelman Pasow i Siergiej Szpigelglas zostali zamordowani. Taki sam los spotkał większość rezydentów w miastach najważniejszych z punktu widzenia radzieckiego wywiadu: Londynie, Berlinie, Paryżu, Helsinkach, Wiedniu i Tokio. Najbardziej doświadczeni pracownicy wywiadu, którzy mieli na swoim koncie stworzenie bardzo aktywnych siatek szpiegowskich zdobywających dostęp do największych tajemnic państw, w których działali, zostali wezwani do Moskwy i zginęli po torturach.

Spustoszenia w wywiadzie były tak duże, że NKWD musiało zmienić sposób szkolenia nowych szpiegów, aby szybko zapełnić zwolnione miejsca. Do tego czasu rekruci przechodzili indywidualne szkolenia w tajnych mieszkaniach w różnych dzielnicach Moskwy i nie znali się nawzajem. To był dobry system gwarantujący najlepsze wyniki, lecz dość powolny. 3 października 1938 roku NKWD utworzyło w Bałaszice pod Moskwą Szkołę Specjalnego Przeznaczenia (SzON). W pierwszych trzech latach jej działalności przeszkolono, zakwaterowanych w bardzo luksusowych warunkach, 120 adeptów sztuki szpiegowskiej.

Tymczasem miejsce straconych rezydentów i szpiegów zajmowali ludzie niedoświadczeni, nie mający odpowiedniego przygotowania, popełniający najbardziej kardynalne błędy szpiegowskiego zawodu. Na przykład nowy rezydent w Berlinie Aleksander Korotkow wznowił kontakt z Arvidem Harnackiem, zerwany po odwołaniu do Moskwy poprzedniego rezydenta, przychodząc do jego prywatnego mieszkania i zapraszając go na spotkanie do ambasady. W Londynie specjalny wysłannik centrali uważał, że najlepszym miejscem do spotkań z agentami jest park sąsiadujący z radziecką ambasadą i naiwnie dowodził, iż każdy agent może tam przyjść niby na spacer.

Generał Filip Golikow

W ogromnie ważnym dla światowej polityki czasie, w maju 1939 roku, szefem radzieckiego wywiadu został 31-letni Paweł Fitin. Zwerbowano go do pracy w wywiadzie w lutym 1938 roku i w październiku tego roku posłano do szkoły w Bałaszice, gdzie podobno dał się poznać jako „student pracowity i inteligentny, o szczególnych zdolnościach organizacyjnych”. Nie znany jest mechanizm, który sprawił, że ten człowiek, nie mając żadnego doświadczenia, ani nawet ukończonego szkolenia, został mianowany szefem wywiadu zagranicznego. Przez następnych siedem lat potrafił tak lawirować, że ocalił życie.

Jeszcze gorzej było w wywiadzie wojskowym GRU[30]. Od lipca 1940 roku dowodził nim generał Fiodor Golikow, który niewiele wiedział o funkcjonowaniu wywiadu, a jedyna wiedza, jaką miał, pochodziła z pracy konfidenta NKWD. Obawiając się, że jego niekompetencja wyjdzie na jaw, starał się ją zamaskować, organizując wielkie akcje poszukiwania w wojsku szpiegów, dywersantów i wrogów ludu. Kadra wielu garnizonów na rozkaz z Moskwy dokonywała przeglądu walonek, gdyż tajne informacje ostrzegały, że dywersanci dosypali tłuczonego szkła do filcu, albo szukano wystających gwoździ w żołnierskich butach, które miały kaleczyć stopy żołnierzy i zmniejszać w ten sposób ich sprawność bojową.

Największym problemem dla Golikowa były raporty radzieckich szpiegów, którzy uzyskali dostęp do największych tajemnic rządu Trzeciej Rzeszy i przesyłali meldunki o przygotowaniach do wojny. Golikow nie mógł wyrzucić ich do kosza, wysyłał więc do Stalina z adnotacjami na marginesie: „zaprzedał się Brytyjczykom”, lub „podwójny agent”. 20 marca 1941 roku przekazał raport wywiadowczy, który określał datę uderzenia wojsk niemieckich na 15 maja oraz podawał organizację niemieckich wojsk. Golikow napisał w podsumowaniu: „pogłoski i dokumenty, mówiące o nieuchronnej na wiosnę tego roku wojnie z ZSRR, należy oceniać jako dezinformację pochodzącą od angielskiego, a może nawet od niemieckiego wywiadu”.

Informacje wywiadowcze selekcjonowane przez rezydentów nie mających wielkiego pojęcia o szpiegowaniu, trafiające do centrali, gdzie nie było już analityków znających realia państwa, z którego nadchodziły meldunki, nie mogły mieć dużej wartości. Mechanizmy wielkiej machiny nie działały prawidłowo. Wywiad utracił swoje podstawowe znaczenia w procesie kształtowania polityki zagranicznej i militarnej Związku Radzieckiego.

I Stalin zdawał sobie sprawę, że raporty wywiadowcze i sporządzane na ich podstawie oceny i analizy są zbyt wątpliwą podstawą do podjęcia decyzji o przełomowym znaczeniu dla państwa. Tym bardziej że obok informacji o przygotowaniach Niemców do wojny napływały całkowicie odmienne, a wydawałoby się równie wiarygodne. Na przykład rezydentura z Londynu informowała o raporcie przygotowanym 23 maja 1941 roku przez Joint Intelligence Committee, organ koordynujący pracę brytyjskiego wywiadu, dla premiera Winstona Churchilla. Brytyjscy specjaliści mieli ocenić, że: „Korzyści dla Niemiec z dojścia do porozumienia ze Związkiem Radzieckim są ogromne”. Wynikało z tego niezbicie, że ta fachowa brytyjska organizacja nie wierzy w możliwość rozpoczęcia przez Niemcy wojny.

W takiej sytuacji Stalin nie chciał otrzymywać analiz, ocen i prognoz. Żądał raportów od szpiegów, a ponieważ gubił się w ich wielkiej liczbie i szczegółowych meldunkach, które w istocie zaciemniały obraz sytuacji, musiał uznać, że może oprzeć się jedynie na swoim wyczuciu i politycznym instynkcie. A te podpowiadały mu, że dopóki Hitler nie zakończy wojny na Zachodzie, nie rozpocznie drugiej, na Wschodzie. Dlatego tak bardzo zaniepokoiła Stalina informacja o locie Rudolfa Hessa[31], zastępcy Hitlera, który 10 maja 1941 roku dotarł w dwusilnikowym samolocie myśliwskim Messerschmitt Bf 110 do Szkocji, gdzie wyskoczył ze spadochronem i oddał się w ręce Brytyjczyków. Rząd Winstona Churchilla nadał całej sprawie zadziwiająco mały rozgłos, zaś Hitler ogłosił, że jego zastępca postradał zmysły. Dla Stalina był to niepokojący dowód, że Wielka Brytania i Niemcy są bliskie zawarcia pokoju. Kilka miesięcy wcześniej powiedział do generała Wasylija Czujkowa:

– Nawet teraz, w tym trudnym czasie dla Brytyjczyków, ci, którzy chcą ugłaskać agresora, jeżdżą w tę i z powrotem między Berlinem i Londynem. Są gotowi poczynić nowe ustępstwa, pod warunkiem, że agresor obróci się przeciwko nam.

Rudolf Hess, jak zwykle obok Hitlera

Stalin był przekonany, że Brytyjczycy zamierzają sprowokować Związek Radziecki i doprowadzić do wybuchu wojny radziecko-niemieckiej. Tylko w ten sposób mogliby doprowadzić do zakończenia niemieckich nalotów na swoje miasta i zawrzeć pokój w wojnie, której wygrać nie byli w stanie. To przekonanie o brytyjskich intrygach było tak silne, że gdy nowy ambasador Wielkiej Brytanii w Moskwie sir Stafford Cripps[32]