Wydawca: Sensacje XX Wieku Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Największy wróg Hitlera - Bogusław Wołoszański

 

Najnowsza książka Bogusława Wołoszańskiego, znanego autora bestsellerów o tematyce II wojny światowej, poświęcona jest największemu wrogowi Hitlera.

To on stał za przypisywanym stolarzowi Georgowi Elserowi zamachem w Bürgerbräukeller z listopada 1939 roku.

To w jego imieniu zaufany Walter Schellenberg prowadził w Sztokholmie tajne negocjacje z rządem brytyjskim.

To on nie podjął akcji przeciwko spiskowcom Stauffenberga i nie zapobiegł dokonaniu zamachu 20 lipca 1944 roku, chociaż znał plany spiskowców.

Heinrich Himmler, Reichsführer SS, szef Gestapo, niemieckiej policji i wywiadu. Człowiek, który zgromadził tak wielką władzę, że od najwyższego stanowiska w państwie dzieliło go tylko usunięcie Führera. I chciał tego dokonać.

Dlatego w maju 1945 roku, gdy dostał się w ręce brytyjskie, musiał umrzeć…

Opinie o ebooku Największy wróg Hitlera - Bogusław Wołoszański

Fragment ebooka Największy wróg Hitlera - Bogusław Wołoszański

Bogusław Wołoszański
NAJWIĘKSZY WRÓG HITLERA
Warszawa 2012
Prolog
Tajemnica

O godzinie 2.50 w nocy 24 maja z Bremy, miasta odległego o 130 kilometrów od Lüneburga, agent „Mr Thomas” wysłał szyfrogram utajniony za pomocą szyfru jednonotatnikowego. Adresatem był Bruce Lockhart, szef Departamentu Wywiadu Politycznego z Political Warfare Executive (Zarządu Wojny Politycznej), agendy rządu brytyjskiego[1]:

„Nawiązując do otrzymanych rozkazów, informuję, że przechwyciliśmy HH ostatniego wieczoru w Lüneburgu, zanim został przesłuchany. Zgodnie z instrukcją poczyniono kroki, aby trwale go uciszyć. Wydałem rozkaz, aby moja obecność w Lüneburgu nie została zarejestrowana w żaden sposób i możemy uznać, że problem HH[2] się zakończył”.

Niski, szczupły mężczyzna zwracał na siebie uwagę wyglądem niecodziennym jak na jeńca. Na ramionach miał narzucony szary wojskowy koc, spod którego widać było angielską koszulę khaki i wojskowe kalesony, kończące się tuż nad kolanami chudych nóg. Drżał, choć trudno określić czy z emocji, czy też z przenikliwego zimna majowego wieczoru. Ci, którzy wiedzieli, że ten mężczyzna, wzbudzający swoim wyglądem współczucie, a nawet litość, to Reichsführer SS Heinrich Himmler, mogliby zastanawiać się nad niezwykłymi wyrokami Opatrzności.

Stał pośrodku dużego, pustego pokoju na parterze jednopiętrowej willi przy Ülzenerstrasse w Lüneburgu, niewielkim mieście na północy Niemiec. Byli tam jeszcze pułkownik Michael Murphy, szef oddziału wywiadu 2. armii brytyjskiej, kapitan Clement Wells, lekarz, pospiesznie ściągnięty do willi, aby zbadał więźnia, jego pomocnik, sierżant Austin, który stanął za Himmlerem, oraz wartownik z pistoletem maszynowym pilnujący drzwi.

Telegram informujący o śmierci Heinricha Himmlera (archiwum autora).

Czy był jeszcze ktoś, kogo obecność została starannie ukryta, a wszelkie ślady jego pobytu w willi w Lüneburgu zatarte ze względu na konieczność zachowania najściślejszej tajemnicy państwowej?

Wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilkunastu godzin, od momentu aresztowania Himmlera do jego śmierci, nie jest jasne, a zeznania ludzi obecnych przy tych wydarzeniach są całkowicie sprzeczne.

Nazywam się Heinrich Himmler

Aresztowano go 22 maja 1945 roku o godzinie 17.00, gdy przechodząc obok brytyjskiego posterunku na moście w Bremervörde, niespodziewanie podszedł do żołnierzy i się wylegitymował. Takie zachowanie zaskoczyło wartowników, przyzwyczajonych do tego, że większość przechodzących nie miała dokumentów. Było to normalne w pierwszych dniach po wojnie, gdy Niemcy zamieniły się w wielki tygiel, w którym mieszały się tłumy jeńców i więźniów zwalnianych z obozów, demobilizowanych żołnierzy, bezdomnych, których dobytek spłonął w zbombardowanych domach. Kto wtedy myślał o dokumentach?! Kto miałby je wystawiać? Himmler, nie dość, że zachował się bardzo nieostrożnie, to w dodatku towarzyszyło mu dwóch mężczyzn zwracających na siebie uwagę długimi pelerynami, noszonymi przez żandarmów.

Pokazał legitymację na nazwisko Heinricha Hitzingera. Wskazywała, że jest sierżantem zwolnionym 3 maja ze służby w Geheime Feldpolizei. Funkcjonariuszy tej formacji, jako podlegającej od 1942 roku zbrodniczej Służbie Bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst, SD), aliancki wymiar sprawiedliwości włączył do grupy ściganych. Dalszy bieg wypadków był konsekwencją dziwnego zachowania sierżanta Hitzingera. Żołnierze aresztowali go, nie zdając sobie sprawy, kim jest. W istocie trudno było rozpoznać Himmlera, gdyż zgolił wąsy, nie nosił okularów, a lewe oko przysłonił czarną opaską.

Następnego dnia, po nocy spędzonej w prowizorycznym areszcie w młynie przewieziono go, wraz z dwoma towarzyszami, do obozu nazwanego Civil Internment Camp No 31 w byłym niemieckim obozie dla jeńców-marynarzy pod miastem Westertimke. Komendantem był kapitan Thomas Selvester[3]. On dokładnie opisał spotkanie z Himmlerem:

„Pierwszy z mężczyzn, którzy weszli do mojego pokoju, był niski, wyglądający na chorego i nędznie ubrany. Za nim weszło dwóch innych, wysokich, o żołnierskim wyglądzie: jeden szczupły, drugi potężnie zbudowany. Ten potężnie zbudowany utykał. Wyczuwałem w nich coś niepokojącego i kazałem jednemu z moich żołnierzy, aby zabrał tych dwóch pod ścisłą straż i nie pozwolił im rozmawiać ze sobą bez mojej zgody. Wyprowadzono ich z mojego biura, a ten niski mężczyzna, noszący opaskę na lewym oku, zdjął ją i założył okulary. Jego tożsamość stała się dla mnie oczywista, a on powiedział: „Heinrich Himmler” bardzo spokojnym głosem”.
Raport z aresztowania Heinricha Himmlera (archiwum autora).

Selvester zgodnie z regulaminem poinformował o sytuacji kwaterę główną brytyjskiej 2. armii w Lüneburgu, skąd wysłano majora Rice’a, aby potwierdził tożsamość więźnia, a następnie przystąpił do rewizji.

„Przeprowadziłem ją osobiście, wręczając każdą część jego odzienia sierżantowi, który sprawdzał ją ponownie. W kieszeni kurtki znalazłem małe, mosiężne pudełko, podobne do łuski naboju, zawierające szklaną ampułkę”.

Prawdopodobnie wszyscy dostojnicy hitlerowscy zostali wyposażeni w fiolki z trucizną, wytwarzane przez więźniów obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Tam przygotowano 4 tysiące ampułek, z których około 900 otrzymali wyżsi rangą urzędnicy, aby mogli ich użyć w przypadku schwytania przez aliantów, a zwłaszcza przez Rosjan.

Ampułki o długości 35 milimetrów i średnicy 9 milimetrów zawierały 8 gramów cyjanku potasu, bardzo silnej trucizny, której bezbarwne kryształy działały szybko, blokując transport tlenu do tkanek.

„Zorientowałem się, co to jest, ale mimo to zapytałem Himmlera, co zawiera.
– To jest lekarstwo, na skurcze żołądka – odpowiedział.
Znalazłem drugie podobne pudełko, ale bez fiolki i doszedłem do wniosku, że została ukryta”.

Jeżeli z drugiej tulejki Himmler wydobył ampułkę z cyjankiem i miał ją gdzieś przy sobie, to dlaczego nie wyrzucił pudełka? Musiał zdawać sobie sprawę, że znalezienie przy nim pustego opakowania wzbudzi podejrzenie, że truciznę ukrył w ubraniu lub w ciele.

„Całe ubranie Himmlera zostało zdjęte i przeszukane, wszystkie otwory jego ciała zbadane, włosy przeczesane, ale nie znaleźliśmy fiolki. Na tym etapie nie kazałem mu otworzyć ust, gdyż uznałem, że jeżeli miał tam fiolkę, to gdybyśmy usiłowali ją usunąć, spowodowałoby to akcję, której potem mógłbym żałować. Aczkolwiek posłałem po grubą pajdę chleba z serem i herbatę, które podałem Himmlerowi, mając nadzieję, że zobaczę, jeżeli cokolwiek wyjąłby z ust. Obserwowałem go uważnie, gdy jadł, ale nie dostrzegłem niczego nadzwyczajnego”.

Około godziny 20.00 do obozu przyjechał z Lüneburga pułkownik Michael Murphy, szef oddziału wywiadu przy 2. armii brytyjskiej. Jego relacja jest całkowicie sprzeczna z opowieścią Selvestra i mało prawdopodobna.

„Himmler i jego dwaj oficerowie siedzieli przy stole i palili cygara. Wcześniej nikt ich nie rewidował”.

Czy to możliwe, aby kapitan Selvester, wiedząc kim są jego więźniowie, poczęstował ich cygarami i zabawiał rozmową? Wszyscy alianccy oficerowie wiedzieli, jak nadmiar elegancji zakończył się dla generała Roberta Stacka, który podał rękę Marszałkowi Rzeszy Hermannowi Göringowi, gdy ten oddawał się do niewoli. Nie dość, że został zrugany przez przełożonych, to prasa nie zostawiła na nim suchej nitki. Można więc odnieść wrażenie, że Murphy’emu zależało na wskazaniu, iż to zaniedbania Selvestra ułatwiły, czy wręcz umożliwiły Himmlerowi popełnienie samobójstwa.

„Kazałem wyprowadzić ochroniarzy Himmlera z pokoju i przeszukać ich. Potem powiedziałem Himmlerowi, że mam zamiar go zrewidować i kazałem mu się rozebrać. Odmówił:
– Jestem Heinrich Himmler, wiozę list do generała Montgomery’ego.
Przyznaję, że nie wiem, co stało się z listem. Nigdy go nie widziałem”.

On, Reichsführer SS, mógł domagać się spotkania z marszałkiem polnym (od września 1944 roku miał ten stopień) Bernardem Law Montgomerym dowodzącym 21. Grupą Armii, a ten, zaintrygowany co chce mu powiedzieć dowódca SS, Grupy Armii „Weichsel” i Waffen-SS, zapewne nie odmówiłby spotkania. Dlaczego więc wiózł list do Montgomery’ego?

„Powiedziałem Himmlerowi, że nie interesuje mnie, kim był. Zamierzałem przeszukać go i zdjąć z niego ubranie. Zapytał, co może włożyć zamiast swojego odzienia. Powiedziałem, że battledress[4]. Himmler odpowiedział, że nie chciałby, aby zobaczono go martwego [wytłuszczenie autora] w brytyjskim mundurze”.

To ciekawe: pułkownik Murphy wyraźnie, chociaż bez potrzeby, sugeruje, że Himmler już podjął decyzję o popełnieniu samobójstwa. Dlaczego zabrano mu niemiecki mundur? Z żadnym ze schwytanych niemieckich dostojników nie postąpiono w ten sposób.

„Wtedy powiedziałem, że po rewizji zamierzam zabrać go do kwatery głównej armii, około 10 mil jazdy samochodem, i jeżeli nie założy brytyjskiego battledress, to będzie podróżował nago i może mu być zimno. Wtedy się zgodził. Został rozebrany, a jego ubranie przeszukane. Fiolka z cyjankiem została znaleziona pod podszewką jego kurtki. W czasie gdy tam byłem, Himmler nie dostał żadnego posiłku”.
Stało się dla mnie jasne, że możliwe było, iż Himmler mógł mieć ampułkę z trucizną, a najbardziej prawdopodobnymi miejscami, w których ją ukrył, były usta lub pośladki. Dlatego kazałem mu ubrać się i zatelefonowałem do mojego oddziału G-2 (wywiadu wojskowego) i kwatery głównej (2. armii), aby wysłali lekarza do willi, którą przygotowałem dla takich ludzi jak Himmler. Ja i drugi oficer towarzyszyliśmy Himmlerowi w podróży do tego domu”.

To się zgadza, gdyż w Lüneburgu telefon od pułkownika Murphy’ego odebrał jego adiutant, porucznik Jack Ashworth, który usłyszał, że ma natychmiast odszukać oficera medycznego i wysłać go do willi zajętej przez wywiad.

Spowodowało to spore zamieszanie. Internista, kapitan Clement Wells, właśnie zajmował się przygotowaniami do wyjazdu na urlop do Anglii i niechętnie przyjął rozkaz pułkownika. Nie wiedział też, o co chodzi. Sierżant, który go odnalazł, powiedział tylko, że ma zbadać więźnia przed przewiezieniem go do kwatery głównej marszałka polnego Montgomery’ego, co Wellsowi wydało się dziwne. Kwatera była tak blisko, że badanie przed krótką podróżą wydawało mu się bezsensem. A poza tym, czyżby w obozie w Westertimke nie było lekarza?

W tym czasie Himmler, w brytyjskiej wojskowej koszuli, z gołymi nogami owiniętymi kocem, wsiadł do samochodu. Ulokował się na tylnym siedzeniu, między wartownikiem i drugim oficerem wywiadu, podpułkownikiem Bernardem Stapletonem. Murphy usiadł z przodu, obok kierowcy. Minęła godzina 21.40, gdy wyruszyli z obozu w drogę liczącą ponad 100 kilometrów.

Sytuacja stawała się coraz bardziej tajemnicza.

Pułkownik Murphy, doświadczony funkcjonariusz wywiadu, o którym sam Montgomery mówił, że to „oficer pierwszej klasy i jeżeli czegoś nie wie o sytuacji na polu bitwy, to znaczy, że nie warto było się tym zajmować”, podejrzewając, że Himmler mógł ukryć drugą ampułkę z trucizną, nie próbuje jej znaleźć, lecz wyrusza w trwającą ponad dwie godziny nocną podróż. Dlaczego przewoził Himmlera w nocy? W obozie w Westertimke miał znacznie lepsze warunki do przesłuchiwania więźnia i zapewnienia mu bezpieczeństwa niż w willi w Lüneburgu, niedawno zajętej przez brytyjski wywiad i nieurządzonej. Podróż w nocy, po nieznanych drogach (w istocie zgubili się i to Himmler miał ich przekonać, że jadą we właściwym kierunku) była niebezpieczna. Murphy mógł bowiem zakładać, że obóz obserwują byli podwładni Himmlera, gotowi uwolnić go przy nadarzającej się okazji, a lepszej niż nocny wyjazd bez eskorty nie sposób sobie wyobrazić.

Dlaczego pułkownik Murphy nie zainteresował się dwoma esesmanami aresztowanymi razem z Himmlerem i nie zabrał ich ze sobą, ani nie kazał dowieźć do Lüneburga innym samochodem? Nie zostawił żadnych instrukcji, jak komendant obozu ma z nimi postępować. A byli to ważni świadkowie.

SS-Sturmbannführer Heinz Macher[5] na rozkaz Himmlera objął 31 marca dowodzenie saperami, którzy wysadzili część zamku SS w Wewelsburgu, oraz ukrył przechowywane tam skarby SS, a następnie udał się do Flensburga, gdzie przebywał Himmler, aby osobiście złożyć mu raport. Skarbów z Wewelsburga do dzisiaj nie odnaleziono.

Drugi, SS-Sturmbannführer Werner Grothmann[6], dowodził adiutantami Himmlera.

Obydwaj – Macher i Grothmann, znali wiele faktów z życia i działalności dowódcy SS. Byli przy nim, gdy rozstawał się z nowym szefem niemieckiego rządu – wielkim admirałem Karlem Dönitzem. Dlaczego pułkownik Murphy ich zlekceważył?

Do Lüneburga dojechali przed godziną 23.00.

– Pan jest lekarzem? – Murphy zwrócił się do Wellsa, gdy weszli do pokoju na parterze. Ten nie odpowiedział, przyjmując, że jego odznaka wyraźnie na to wskazuje. Murphy też nie oczekiwał odpowiedzi, gdyż natychmiast dodał:

– To niech pan zbada więźnia, czy nie ma trucizny.

Takie polecenie, w dodatku wydane obcesowym tonem, rozzłościło Wellsa.

– Jestem lekarzem, nie policjantem – burknął, nie zważając, że zwraca się do oficera starszego stopniem.

„W półmroku on mógł nie dostrzec, że jestem od niego starszy, lub nie połapał się wystarczająco szybko, że ja nie zwracałem się do niego jako oficer do starszego stopniem, lecz jako profesjonalista do laika” – ocenił to spotkanie później Wells.

– Zrobi pan to, co powiedziałem – uciął Murphy.

Jeżeli opis tego, co stało się później, jest zgodny z prawdą, to Wells miał zażądać, aby pozostawiono go z więźniem bez zbędnych osób. Murphy niechętnie wyszedł z pokoju. Pozostali tam Wells i sierżant Austin, trzymający lampę, aby ułatwić badanie. W tym świetle lekarz dostrzegł metaliczny błysk w ustach Himmlera. Gdyby badanie prowadził ktoś bardziej doświadczony w postępowaniu z więźniami, a nie lekarz internista, zapewne lepiej poradziłby sobie w takiej sytuacji. Wells poczuł się zagubiony i zaczął gorączkowo rozważać, jak wydobyć ampułkę. Nic nie przyszło mu do głowy, więc udał, że nie zauważył niczego podejrzanego, ale postanowił ponowić badanie. Gdy wsunął palec do ust Himmlera ten zaczął się bronić.

„Walczyliśmy przez chwilę. Wyszarpnął moją rękę ze swoich ust i odchylił głowę. I wtedy, patrząc na mnie z pogardą, zmiażdżył zębami szklaną kapsułkę i wziął głęboki oddech. Krew napłynęła mu do twarzy, która wykrzywiła się z bólu. Żyły na szyi nabrzmiały, a oczy zabłysły. Potem upadł na podłogę”.

Opisując szamotaninę, Wells ani słowem nie wspomniał, że uderzył Himmlera. A na zdjęciu martwego Reichsführera, zrobionym następnego dnia, widać, że ma złamany nos.

„Nastąpiła seria chrapliwych oddechów, co trwało około pół minuty, i drgawki przez następną minutę”.

Kryształki szybko rozpuszczały się w ślinie i przenikały do krwi, rozpoczynając akcję blokowania transportu tlenu.

Zwłoki Heinricha Himmlera, widoczny złamany nos (archiwum autora).

Himmler czuł się jak pilot, który bez maski wznosił się na dużą wysokość, gdzie w rozrzedzonym powietrzu jest coraz mniej tlenu. Konał.

Gorączkowe zabiegi ratunkowe na nic się nie zdały. Wells musiał mieć świadomość bezcelowości wysiłków, czując zapach gorzkich migdałów, charakterystyczny dla cyjanku, wydobywający się z ust umierającego człowieka.

„Każdy, kto miał taką zabójczą fiolkę lub też kiedyś wydawał leki, nieomylnie rozpoznałby zapach kwasu cyjanowodorowego, który wydobywał się z jego ust”.

Heinrich Himmler miał skonać o godzinie 23.14, niecałe pół godziny po przywiezieniu do Lüneburga.

Trzy i pół godziny później z brytyjskiej placówki w Bremie wysłano zaszyfrowany telegram podpisany „Mr Thomas”. Był to wystarczający czas do przejechania z Lüneburga do Bremy, napisania krótkiego raportu i zaszyfrowania go za pomocą szyfru jednonotatnikowego, używanego w łączności dyplomatycznej, całkowicie bezpiecznego, którego nie można było złamać. Nadawca miał więc pewność, że nikt poza adresatem nie odczyta jego meldunku.

Rano w Londynie Bruce Lockhart, szef Departamentu Wywiadu Politycznego, odebrał odszyfrowaną depeszę:

„[...]. Wydałem rozkaz, aby moja obecność w Lüneburgu nie została zarejestrowana w żaden sposób i możemy uznać, że problem HH się zakończył”.

Napisał na niej ołówkiem „kopia dla PM”. Chodziło o premiera (Prime Minister) Winstona Churchilla.

Część I
Droga na szczyt
Prymus

Był prymusem. Jest to określenie stanu jego psychiki ukształtowanej przez ojca, dyrektora szkoły i surowego nauczyciela gimnazjalnego, bezwzględnego dla uczniów i nieograniczenie wymagającego wobec swojego syna. Heinrich poddawał się temu.

Na jego świadectwie szkolnym z 1913 roku nauczyciel zanotował:

„Bardzo zdolny uczeń, który w wyniku niezmordowanej pracy, żarliwej ambicji i szczególnej aktywności [na lekcjach] osiągnął najlepszy rezultat w swojej klasie. Jego sprawowanie jest wzorowe”.

Nigdy nie zdołał pozbyć się przeświadczenia, że musi być najlepszy, chwalony i otoczony uznaniem, a nawet podziwem. Wzrastał w tym przekonaniu, a zmieniające się czasy stawiały przed nim wyzwania, którym nie mógł sprostać.

Po raz pierwszy stało się tak, gdy miał 14 lat. Wybuchła wielka wojna światowa, a on był za młody, by pójść do wojska. Pisał podniosłe wiersze, w dzienniku notował swe radości z okazji frontowych zwycięstw niemieckich wojsk, ganił przypadki niedostatecznego entuzjazmu lub jego braku u ludzi spotykanych na ulicy.

Namiastką wojskowej służby miały być zajęcia przysposobienia wojskowego dla 15-latków, ale nie sprawiały mu przyjemności, jakiej mógł się spodziewać, gdy wkładał mundur.

„Zajęcia były słabe. Przez kwadrans leżałem na mokrym polu. Jednakże nie zaszkodziło mi to” – zapisał w pamiętniku.

Heinrich Himmler (z lewej) jako kadet (archiwum autora).

Wojna trwała długo, więc liczył, że uda mu się włożyć mundur, zanim się skończy. Tym bardziej że niemiecka armia, ponosząca ogromne straty na wschodzie i zachodzie Europy, potrzebowała świeżej krwi. Ale wojsko odrzucało podania Himmlera o przyjęcie go na kurs dla oficerów. Dopiero starania ojca, wykorzystującego powiązania z dworem księcia Heinricha Bawarskiego (ojca chrzestnego Himmlera), sprawiły, że w grudniu 1917 roku mógł rozpocząć kurs przygotowujący do oficerskiego stopnia.

Ale historia wyprzedziła go po raz drugi: w listopadzie 1918 roku Niemcy podpisały rozejm, kończąc krwawe zmagania we Francji. Himmler zakończył swoją wojnę, nie wyjeżdżając na front. Schował do szafy mundur Fahnenjunker i powrócił do Landshut, gdzie mieszkali jego rodzice, aby spędzić z nimi święta, a potem nadgonić w szkole stracony czas i zrobić maturę. Znowu stał się przykładnym synem katolickiej rodziny. Każdej niedzieli chodził na msze do kościoła, regularnie się spowiadał, czego żądała od niego matka. Jego spokojne życie – młodego człowieka postępującego ścieżką wytyczoną przez surowego ojca – z pozoru się nie zmieniło. Jednakże wojna, choć toczona poza terytorium Niemiec, zmieniła ten kraj. Wyzwoliła najgorsze cechy w narodzie. Landshut nie było już tym samym miastem, z którego wyjechał na kurs oficerski.

Przewodnik

Kapitan Ernst Röhm, którego poznał w kwietniu 1919 roku, był o 13 lat starszy, więc nie należy przypuszczać, że nawiązali bliższe stosunki, chyba że związał ich homoseksualizm, lecz nic na to nie wskazuje. Röhm chętnie przyznawał się do swych seksualnych skłonności, opowiadał o pobytach w tureckich łaźniach, a pociąg do mężczyzn, zwłaszcza młodych, zwykł uznawać za naturalną cechę żołnierki. Mówił o sobie: „Jestem żołnierzem, widzę świat z mojego żołnierskiego punktu”.

Kapitan Ernst Röhm (z lewej). Żołnierz Freikorpsu (z prawej). (archiwum autora).

Zastanawiające były uznanie i sympatia otoczenia, które zdobywał. Kurt Lüdecke, jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, oceniał go: „Wspaniały przywódca, doskonały oficer, odważny i bezpośredni. Jego masywna, okrągła głowa, z bitewnymi bliznami, wygląda jak wykuta w kamieniu. On jest żywym obrazem wojny, co stało w przeciwieństwie do jego wytwornych manier i wyjątkowej i instynktownej uprzejmości. To, w połączeniu z jego naturalnością, dyplomatycznym taktem i savoir vivre, odróżniało go od czołowych nazistów, wtedy i później, w większości prostackich i aroganckich”.

Gdy w listopadzie 1918 roku Röhm wrócił z wojny, odznaczony Krzyżami Żelaznymi pierwszej i drugiej klasy nadawanymi za odwagę, z głębokimi bliznami na twarzy po ciężkich ranach, nie chciał uznać, że jego wojenna służba skończyła się wraz z rozejmem. Co mógł robić?

Kurt Eisner (archiwum autora).

W Monachium objął stanowisko szefa sztabu dowódcy miejscowego garnizonu. Widział, jak stopniała wielka cesarska armia, która przez cztery lata stawiała czoła połączonym siłom wrogów na zachodzie i wschodzie Europy. Nowa siła zbrojna, Reichswehra, na utrzymanie której pozwolił traktat wersalski, licząca tylko 100 tysięcy żołnierzy zawodowych, bez czołgów i lotnictwa, była karykaturą armii. Ze wszystkich postanowień traktatu pokojowego, to uderzyło szczególnie silnie w poczucie godności niemieckiego społeczeństwa, które zawsze opierało się na wojsku.

Dlatego Röhm z pasją zaangażował się w organizowanie drugiej, tajnej Reichswehry, którą stanowiły ochotnicze formacje Freikorps, mocno osadzone w niemieckiej historii od czasów wojen napoleońskich. W nich dostrzegał szansę na zachowanie niemieckiej siły zbrojnej. Mógł dla nich wiele zrobić, od czasu gdy objął stanowisko szefa Sekcji IB (broń i wyposażenie) bawarskiej Reichswehry. Przekazywał pieniądze z tajnych funduszy i zaopatrywał w broń z wojskowych magazynów. Dzięki temu Freikorpsy, gromadzące żołnierzy z frontowym doświadczeniem, stały się siłą, która mogła odegrać decydującą rolę w zamieszaniu ogarniającym Niemcy.

W Berlinie ogłoszono republikę, a cesarz Wilhelm II uciekł do Holandii. W Bawarii ród Wittelsbachów po siedmiu wiekach panowania oddał tron, a rządy przejął pacyfista Kurt Eisner[7]. Proklamował Wolne Państwo Bawarię, zamierzał przeprowadzić socjalistyczne reformy, co nie spodobało się Bawarczykom, którzy chcieli spokoju i jasnej wizji przyszłości, a nie społecznych eksperymentów, kojarzących się z rewolucyjnymi wstrząsami w kraju niedawnego wroga, w Rosji, a mocno odczuwanymi w Niemczech.

Czołg Freikorpsu w czasie walk na ulicach Monachium w 1919 roku (archiwum autora).

W styczniu 1919 roku partia Eisnera przegrała wybory, a on kilka tygodni później zginął od dwóch strzałów wymierzonych w twarz przez hrabiego Antona von Arco auf Valleya. Zamachowiec nie wiedział, że kieruje broń w stronę człowieka, który już nie liczył się w bawarskiej polityce, gdyż właśnie szedł do parlamentu, aby złożyć rezygnację z urzędu premiera.

Runęła lawina wydarzeń.

W kwietniu 1919 roku komuniści przejęli władzę w Bawarii, wspartą na liczącej 20 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, sformowanej na wzór bolszewickiej.

Wywołało to zrozumiały niepokój rządu centralnego w Berlinie, który wysłał wojsko do Bawarii. Na ten sygnał do walki włączyły się Freikorpsy. Röhm znalazł to, na co czekał.

Dziewiętnastoletni Himmler też poczuł, że nadchodzi czas, gdy będzie mógł zdobyć bitewną sławę, która umknęła mu w czasie wielkiej wojny. Był tym bardziej pewny, gdyż to Röhm, żołnierz z krwi i kości, wskazywał mu drogę. Wyciągnął więc mało używany mundur i zapisał się do Freikorpsu „Landshut” oraz do kompanii rezerwowej Freikorpsu „Oberland”. Był blisko bitewnej sławy.

Żołnierze Czerwonej Republiki eskortują jeńców (archiwum autora).

Połączone wojska wrogów Czerwonej Republiki, rządowa armia pod dowództwem generała Burgharda von Ovena i Freikorpsy, w sumie 40 tysięcy żołnierzy, były dwukrotnie liczniejsze niż siły komunistów. Pokonały ich już 3 maja 1919 roku, po krwawych, kilkudniowych potyczkach na ulicach miasta, w których zginęło około 600 osób.

Himmler, choć nie miał okazji wziąć udziału w walkach, pozostał we Freikorpsie, licząc, że formacja ta zostanie włączona do Reichswehry, gdy przyjdzie czas na budowę nowej armii. Ale i te marzenia wkrótce prysły. W pierwszych latach po wojnie alianci baczyli, aby Niemcy nie odbudowały militarnej potęgi i zażądały rozwiązania ochotniczych formacji paramilitarnych. Himmler powrócił do nauki, rozpoczynając studia na Uniwersytecie Technicznym w Monachium. Wciąż jednak trzymał w szafie mundur, który wkładał przy sposobnych okazjach, odczuwając przy tym szczególną satysfakcję.

„Dzisiaj byłem kolejny dzień w mundurze. Jest to strój, który najbardziej lubię nosić”.
Tajemnica ślusarza Drexlera

Podążając za Röhmem, zapewne z jego namowy, zapisał się do Niemieckiej Partii Robotników (Deutsche Arbeiterpartei, DAP), choć zupełnie nie rozumiał znaczenia tego kroku. Trudno było w piwiarnianej organizacji dostrzec przyszłą siłę, która ogarnęła Niemcy.

Założona w styczniu 1919 roku w gospodzie Fürstenfelder Hof skupiała ludzi o skrajnie nacjonalistycznych i rasistowskich poglądach. Liczyła 24 członków, tak niewielu, że mogli zmieścić się przy jednym stole w piwiarni, gdzie też zwykli zwoływać zebrania i dyskutować nad przyszłym ustrojem Niemiec. Mieli jasne i proste poglądy: obarczali Żydów odpowiedzialnością za wojenną klęskę, chcieli wymordować komunistów i socjalistów, których uznali za największe zagrożenie dla nowego państwa, oraz odrzucić haniebny „dyktat” wersalski. Ta „partyjka” miała jeszcze jedną cechę, głęboko skrywaną, która nadawała jej zupełnie inny wymiar. Założyciele nie byli piwoszami rozgoryczonymi wojenną klęską, których pełno było na ulicach Monachium, lecz groźnymi, głęboko wierzącymi w swoją misję wyznawcami tajnej wiary. Nie byli działaczami politycznymi, którzy chcieli zbudować nowy ustrój społeczny, lecz kapłanami nowej religii – narodowy socjalizm nie miał być ustrojem, ale religią.

Röhm był członkiem tej partii od sierpnia 1919 roku, a przystąpił do niej nie z powodu uznania dla programu. Wprost przeciwnie – dla niego, monarchisty, volkistowskie hasła DAP musiały brzmieć źle.

Jego zainteresowanie tą organizacją wynikało z funkcji szefa Wydziału Informacji (Nachrichtenabteilung) Reichswehry, utworzonego w celu nadzorowania partii politycznych, których co najmniej 50 powstało w Monachium. Przejął kierowanie wydziałem od kapitana Karla Mayra, który na jedno z pierwszych zebrań partii wysłał swojego zdolnego agenta, starszego szeregowego Adolfa Hitlera, aby przygotował raport o członkach tej organizacji i ich poglądach.

Hitler szukający dla siebie miejsca w powojennym Monachium, mając już bardzo skonkretyzowane poglądy polityczne, uznał, że są one zbieżne z tym, co głosili Drexler i jego koledzy. Nie przeszkadzała mu piwiarniana liczebność partii. Wprost przeciwnie – widział w tym szczególną okazję do jej kształtowania, gdyż członkowie byli połączeni jedną ideą i gotowi jej służyć, nie oglądając się na korzyści z tego płynące, a nie było tam zwalczających się frakcji i skomplikowanych struktur. A może obydwaj – Hitler i Röhm – szybko zorientowali się, co Deutsche Arbeiterpartei ukrywa przed szeregowymi członkami i dlatego uwierzyli, że pewnego dnia stanie się ona jądrem wydarzeń w Niemczech. Himmler tego nie dostrzegał. Być może młody wiek (był o 12 lat młodszy od Hitlera i o 13 – od Röhma) i brak doświadczenia nie pozwoliły mu zrozumieć tego, co stało się w Europie i Niemczech w czasie czterech lat koszmaru wielkiej wojny. W każdym społeczeństwie przechodziły rewolucje i lała się krew – wynikało to nie z próby przywrócenia przedwojennego porządku, lecz miało być zaczynem tworzenia nowego świata. Nad politycznymi emocjami unosiły się nowe religie, gdyż Kościół postrzegano jako element wielkiej tragedii, bezradny wobec niesprawiedliwości, śmierci milionów młodych ludzi, nędzy i upadku, które niosła wojna. Te „religie” przestały być tematem spotkań i rozrywką niewielkich grup arystokracji znudzonej dobrobytem, lecz wdzierały się do polityki.

Piąta Rasa

Okultyzm, który w najprostszej postaci kojarzono ze spirytyzmem i rozmowami ze zmarłymi, pochłaniał umysły ludzi wykształconych i wartościowych dla każdego społeczeństwa. Powstawały szkoły grupujące tysiące zwolenników, z Dalekiego Wschodu przybywali kształceni tam członkowie tajnego zakonu Zielonego Smoka i innych, którzy chcieli zajmować wysokie stanowiska na dworach i w rządach. Nowe trendy filozoficzne zatruwały umysły ludzi myślących.

Helena Bławatska (archiwum autora).

W zadziwiający sposób jądrem nowych teorii stała się teozofia, wymyślona prze Helenę Bławatską. Urodzona w 1831 roku na Ukrainie, w wieku 17 lat wyszła za mąż za starszego o dwadzieścia kilka lat wicegubernatora, ale szybko uciekła od niego, aby wieść awanturnicze życie. Objechała kawał świata, dając się poznać jako niezwykłe medium, które wytwarzało ektoplazmę, lewitowało, nawiązywało łączność z duchami i przewidywało przyszłość. Te cechy, będące wynikiem sprytnego oszustwa, przyniosły jej sporą popularność. Na tej fali założyła w Nowym Jorku Towarzystwo Teozoficzne głoszące naukę będącą pomieszaniem wątków wielu religii i sennych majaczeń. W niezwykły sposób Towarzystwo zaczęło przekształcać się w międzynarodową organizację z oddziałami w wielu państwach, zaś teozofia weszła do wielu ezoterycznych ugrupowań, zakonów i lóż jako obowiązująca doktryna wyjaśniająca istotę świata. W szczególny sposób została przyjęta w Niemczech, gdzie oddział Towarzystwa Teozoficznego założono w 1884 roku w Elberfeld.

W powodzi nowego widzenia świata filozofia Madame Bławatski przypadła szczególnie do gustu Niemcom, a to za sprawą wyjaśnienia ewolucji, dziedziny nauki stosunkowo młodej (Karol Darwin opublikował książkę O powstawaniu gatunków w 1859 roku), wciąż wchodzącej w konflikt z wiarą. Bławatska nałożyła na to swoje widzenie rozwoju świata, które tak bardzo spodobało się Niemcom.

Twierdziła, że od powstania życia Ziemię zamieszkiwało pięć ras. Pierwsza zeszła z nieba na niewidzialny ląd. Kolejna prehistoryczna rasa zaludniła Hiperboreę, krainę szczęścia leżącą gdzieś w rejonie bieguna północnego. W dalszym rozwoju ludzkości trzecia rasa zamieszkała na Lemurii, na Oceanie Indyjskim. Czwarta rasa gigantów, obdarzonych nadzwyczajnymi właściwościami psychofizycznymi, żyła na Atlantydzie – wyspie, którą kataklizm pogrążył w falach Oceanu Atlantyckiego. Nie wszyscy poszli na dno ze swoją ziemią. Ci, którzy przeżyli, przenieśli się na Thule[8], wyspę położoną na północ od Wielkiej Brytanii, zapewne na Islandię. Stamtąd rozpoczęli marsz przez Europę w stronę Azji, aby dotrzeć do Tybetu. Ich dziedzictwa miało strzec Towarzystwo Thule, aby odzyskać ziemie, przez które Aryjczycy przeszli w pochodzie z wyspy, a które później podstępnie zabrali im Słowianie i Żydzi.

Symbol Towarzystwa Thule (archiwum autora).

Towarzystwo powstało w Monachium w 1918 roku jako ogniwo tajnego łańcucha nacjonalistycznej organizacji Germanenorden, działającej od 1912 roku w Berlinie. Założył je Rudolf Freiherr von Sebottendorf, człowiek równie tajemniczy jak organizacja, co oczywiście sprzyjało jego działaniom. Jego nazwisko było równie fałszywe jak szlachecki tytuł. W istocie był synem maszynisty i nazywał się Adam Rudolf Glauer. Lata spędzone w krajach Orientu, do których docierał jako marynarz, dały mu łatwość rozmowy o obcych kulturach. Do jego organizacji napływali ludzie z najwyższych sfer: arystokracja, oficerowie, przemysłowcy, co wskazywało, że zgodnie z zasadami działania tajnych lóż, starali się przenikać do władz, aby wpływać na bieg najważniejszych spraw państwa. Te zasady, które sprawdzały się w czasach spokoju i stabilnego systemu władzy, straciły rację bytu w 1918 roku, gdy wojna zmiotła dwory panujące w Rosji, Niemczech i Austrii, rozerwała dynastyczne powiązania, rozbiła imperia i wyzwoliła państwa. Członkowie monachijskiego Towarzystwa Thule, których już było półtora tysiąca, szybko pojęli, że metody, które dotychczas stosowali – próby przenikania do środowisk władzy, organizowanie tajnych magazynów broni, szpiegowanie komunistycznych organizacji i dyskusje o kształcie nowego świata toczone w wynajętych pokojach luksusowego hotelu Vier Jahreszeiten – nie pomogą im w zdobyciu władzy. Uznali, że w nowej rzeczywistości kreowanej przez zrewoltowane masy zdemobilizowanych żołnierzy, biedotę i robotników muszą włączyć się do tego nurtu. Oczywiście nie mogli przyjmować robotników do swojej tajnej organizacji. Już w październiku 1918 roku zlecili dwóm członkom Towarzystwa – Antonowi Drexlerowi[9] oraz Karlowi Harrerowi[10], założenie związku zawodowego, czy raczej grupy robotniczej (Deutscher Arbeiterverein), której łatwiej niż partii politycznej byłoby działać w środowiskach robotniczych. Wbrew tym intencjom organizacja, którą w styczniu 1919 roku założyli Drexler i Harrer, była partią polityczną, a nie związkową.

Anton Drexler (NAC)

Wkrótce Thule złożyło nowym czasom ofiarę krwi. Stało się to 26 kwietnia 1919 roku, w czasie rządów Czerwonej Republiki. Wtedy do ich siedziby w hotelu, w którego luksusie czuli się bezpieczni, wtargnęli żołnierze Armii Czerwonej i wyprowadzili stamtąd siedmiu zakładników. Wśród nich byli najbardziej prominentni członkowie tajnego bractwa: książę Gustav Thurn und Taxis oraz sekretarz Towarzystwa księżna Hella von Westarp. Dowódca komunistów ogłosił, że zatrzymano „bandę przestępców z tak zwanych wyższych sfer, arcyreakcjonistów, agentów i szpicli pracujących dla białych”, co, pomijając mało elegancki styl wypowiedzi bolszewików, było prawdą. Podobno w ten sposób komuniści chcieli zabezpieczyć swoje bawarskie państwo przed atakiem sił rządowych. Rozstrzelano ich 30 kwietnia w piwnicy monachijskiego gimnazjum im. Luitpolda, którą dowództwo Armii Czerwonej wybrało na swoją siedzibę.

Czy jednak nie była to zemsta za śmierć towarzyszy?

W Monachium w ciągu kilkunastu powojennych miesięcy zaginęło bez wieści 300 osób, głównie komunistów. W mieście mówiło się, że zostali porwani przez tajne stowarzyszenie, którego członkowie torturowali ich i dokonywali rytualnych mordów, aby wywołać demony ciemności. Mogły być to plotki. Wtedy łatwo dawało się posłuch opowieściom o satanistycznych orgiach i ludzkich ofiarach. Tyle że te pogłoski bardzo pasowały do Towarzystwa Thule, głęboko wierzącego, że stoi na straży piątej rasy.

Kapitan Röhm i Herr Hitler
Adolf Hitler podczas jednego z spotkań partyjnych (archiwum autora).

W Niemieckiej Partii Robotników nie liczyli się przewodniczący Drexler ani ludzie, którzy potajemnie go popierali, ani nawet Hitler, choć jego talent oratorski zdobywał uznanie i szybko okazał się największą wartością małej partii. Najważniejszą postacią był Röhm, znany, wpływowy i ustosunkowany członek DAP, dysponujący magazynami broni i pieniędzmi należącymi do armii, znający wielu arystokratów i bawarskich polityków. Za nim stała autentyczna potęga oddziałów paramilitarnych, którą energicznie i konsekwentnie rozbudowywał. Przewidział jednak, że alianci szybko zorientują się, iż Freikorpsy są zakamuflowaną armią, i zażądają ich rozwiązania, co stało się w 1920 roku. Dlatego w tym samym czasie tworzył oddziały obrony cywilnej, Einwohnerwehr, których liczebność szybko wzrosła do 250 tysięcy członków. Kierował tam doświadczonych oficerów, udostępniał wojskowe obiekty do ćwiczeń, przekazywał pieniądze, broń i amunicję. Działał tak energicznie i skutecznie, że w samym Monachium w tajnych magazynach zgromadził 169 lekkich i 11 ciężkich dział, 760 karabinów maszynowych, ponad 20 tysięcy karabinów i pistoletów oraz 8 milionów nabojów. Ukrył ten arsenał tak dobrze, że alianckie komisje nie zdołały go odnaleźć, a przetrwał do 1935 roku, gdy broń zasiliła powstający Wehrmacht, pokrywając 1/3 zapotrzebowania nowej armii na uzbrojenie. Po rozwiązaniu Freikorpsów 70 tysięcy ich żołnierzy szukając nowego miejsca dla siebie, przeszło do Einwohnerwehr. Röhm stanął na czele formacji liczniejszej niż cała niemiecka Reichswehra. Widział siebie jako naczelnego dowódcę, który, zgodnie z pruskimi tradycjami, nie miesza się do polityki. Doceniał już znaczenie Hitlera. Jego ekspresja, żarliwość i nienawiść, z jaką mówił o wrogach narodu niemieckiego (przede wszystkim o Żydach), podobały się monachijczykom, tym bardziej że w czasie przemówienia i po jego wysłuchaniu mogli opróżnić kilka wielkich kamionkowych kufli piwa, a potem kiwając się na zydlach i ławach, śpiewać bawarskie piosenki. Partia, która zmieniła już nazwę na Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotników (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP), rozrastała się, a jej główną wartością stał się Hitler.

Piwiarnia Hofbräukeller (archiwum autora).
Wnętrze piwiarni Hofbräukeller (archiwum autora).

Już w połowie października 1919 roku do piwiarni Hofbräukeller przyszło 111 osób, aby słuchać jego przemówień. Jak na piwiarniane warunki było to bardzo duże grono. A on rozwijał skrzydła. Chodził od lokalu do lokalu, przemawiał, przekonywał innych, dyskutował. W Monachium zaczynało się mówić o niskim mężczyźnie z wąsikiem i niesfornym kosmykiem włosów opadającym na czoło, o jego zdecydowanych poglądach, które tak bardzo odpowiadały monachijczykom.

W lutym 1920 roku tłum, ciekaw mówcy, zapełnił Hofbräuhaus, choć do ostatniej chwili działacze NSDAP, którzy wynajęli dużą salę, obawiali się niepowodzenia. Na przestrzeni wypełnianej zazwyczaj przez tłum weselników i orkiestrę, grupa słuchaczy, nawet większa niż zazwyczaj, mogła wyglądać niepozornie. Jednak okazało się, że słuchacze wypełnili salę po brzegi. Rok później w cyrku Krone zebrało się 6 tysięcy ludzi ciekawych przemówienia Hitlera!

Röhm uznał, że warto zatroszczyć się o bezpieczeństwo cennego popularyzatora partyjnych idei, który często budził agresję przeciwników politycznych. Komuniści, podobnie jak narodowi socjaliści, wierzyli w argumenty siły, a ich bojówki często wdzierały się na zebrania NSDAP.

Hitler akceptował tę troskę, gdyż nie chodziło mu tylko o bezpieczeństwo. Jak później napisał w swoim manifeście programowym Mein Kampf:

„Psychika szerokich mas poddaje się tylko temu, co jest silne i bezkompromisowe. Masy mają bardzo niewielkie pojęcie, jak dokonać wyboru [...]. Dostrzegają tylko bezlitosną siłę i brutalność wypowiedzi, którym zawsze ulegają”.

Uznał więc, że musi zademonstrować masom fizyczną siłę swojej partii. W 1920 roku u boku Hitlera pojawili się ludzie z organizacji nazwanej Ordnertruppe, która przekształciła się w Saalschutz (straż sal). Nazwa wzięła się stąd, iż członkowie tej grupy ochraniali sale zgromadzeń partyjnych. Na jej czele stanął Emil Maurice[11].

Latem 1920 roku Saalschutz tak zwiększyło swoją liczebność, że zaczęto tworzyć podgrupy nazywane „setkami”. Oficjalna nazwa brzmiała już Turn- und Sportabteilung der NSDAP (Gimnastyczny i Sportowy Oddział NSDAP). O ile osiłki z tej organizacji były potrzebne do zapewniania bezpieczeństwa podczas partyjnych zebrań w piwiarnianych salach, o tyle Hitler chciał mieć także liczny oddział uderzeniowy, który mógłby wyprowadzić na ulice, aby masy widziały jego „bezlitosną siłę”, zwartą i zdyscyplinowaną. Taką rolę miały spełniać oddziały szturmowe (Sturmabteilungen SA), które powstały, jak wskazywał Hitler, 3 sierpnia 1921 roku. I szybko pokazały, do czego są zdolne.

Członkowie Sturmabteilungen SA (archiwum autora).

Już 4 listopada, gdy Hitler i jego partyjni towarzysze przyszli do sali monachijskiej piwiarni Hofbräuhaus, napotkali tam wielu członków wrogiej Socjalistycznej Partii Większościowej (MSP), Niezależnych Socjalistów oraz komunistów. Na stołach przed nimi stały dziesiątki kamionkowych kufli, groźnych w piwiarnianych bójkach miotanych z oddali lub roztrzaskiwanych na głowach politycznych oponentów. W takich bijatykach często używano także kastetów, rur lub noży sprężynowych.

Wydawało się, że Hitler był na straconej pozycji, gdyż stało przy nim tylko 50 esamanów, podczas gdy siły przeciwników liczyły co najmniej 300 osób. Mimo to się nie zawahał. Wszedł na podium i rozpoczął przemowę w sprawie zamachu na Erharda Auera, socjalistycznego polityka. Wystarczył obraźliwy okrzyk pod adresem Hitlera, a esamani ruszyli do bójki. Trwała ona kilkadziesiąt minut, zanim policja zdołała ściągnąć siły wystarczające do zaprowadzenia porządku. Do tego czasu przyboczna straż Hitlera pobiła jego przeciwników i wypchnęła ich z piwiarnianej sali. Roztrzaskano 150 kufli i dziesiątki krzeseł oraz stołów.

W 1921 i 1922 roku bójki w knajpach i na ulicach Monachium stały się niemal codziennością. Oddziały Hitlera były już tak liczne, że mógł zdecydować się na wielki pokaz, i to nie w piwiarnianej sali, lecz na ulicach Coburga, miasta uważanego za bastion niemieckiej lewicy.

Ponad 800 esamanów wyruszyło pociągiem 22 października 1922 roku na wiec z okazji „Niemieckiego Dnia”. Miejscowa policja wydawała się dobrze przygotowana. Komendant zapowiedział bojówkarzom, że nie mogą rozwijać flag i transparentów ani maszerować ulicami w zwartej formacji. Nie docenił jednak siły esamanów ani ich determinacji. Nie zważając na policyjne zakazy, uformowali pochód i ruszyli główną ulicą, aby przedefilować przed Hitlerem. Tej demonstracji nie zdołały rozpędzić oddziały porządkowe ani grupy socjaldemokratów i komunistów. Następnego dnia kolejarze odmówili odprawienia pociągu, do którego wsiedli esamani. Hitler zagroził, że weźmie jako zakładników działaczy związkowych i socjalistów. To podziałało i kolejarze zrezygnowali z dalszego oporu.

Oddział Stosstrupp Adolf Hitler (archiwum autora).

Hitler mógł być zadowolony, ale wkrótce dostrzegł, że sytuacja rozwija się inaczej, niż tego sobie życzył: Röhm rozbudowywał oddziały SA, głosząc ich apolityczność, a więc niezależność od przywódcy partii.

Szef sztabu SA, komandor podporucznik Hoffman, wydał instrukcję:

„SA jest specjalistyczną organizacją w ruchu narodowo-socjalistycznym, którą lokalne grupy i kierownictwo partii muszą traktować jako odrębną siłę”.

Hitler usiłował temu przeciwdziałać, mianując dowódcą SA Hermanna Göringa, jednakże ten, mimo sławy asa myśliwskiego z czasów wielkiej wojny światowej, nie zdobył takiego autorytetu jak Röhm.

Hitler wykonał kolejny ruch – aby zniwelować znaczenie SA utworzył własną gwardię. W marcu 1923 roku otoczył go niewielki oddział noszący nazwę Stabswache (Straż Sztabu), oddany pod komendę wiernego Emila Maurice’a. Dwa miesiące później przemianował oddział na Stosstrupp Adolf Hitler (oddział uderzeniowy).

Z boku

Heinrich Himmler wciąż był daleko od wydarzeń, których tempo wzrastało. Już nie chodziło o okultystyczną organizację zbierającą się w piwiarnianej salce. Nie dostrzegał, albo nie doceniał, siły Hitlera i znaczenia gwałtownie rosnącej liczby członków partii. Nawet nie starał się znaleźć w tym nurcie. Do NSDAP wstąpił dopiero w sierpniu 1923 roku, jako 41 404 członek partii, ale nie był członkiem aktywnym. Bardziej pochłaniały go studia na Wydziale Rolnictwa Uniwersytetu Technicznego w Monachium, a prawdziwe emocje znajdował w studenckim stowarzyszeniu Apollo oraz Schutzengesellschaft Freiweg, stowarzyszeniu strzeleckim, którego członkowie wyżywali się w czasie szermierczych pojedynków.

„O 2.30 poszedłem do piwiarni, gdzie odbyło się pięć pojedynków. [...]. One wzmacniają nerwy i pokazują, co znaczy być rannym”.

Przy okazji wypijano wiele alkoholu:

„To było bardzo zabawne. Wypiłem osiem szklanek wina. O 12.30 pojechałem tramwajem do domu”.

Nie należy jednak sądzić, że w ten sposób zachowywali się ci, którzy stawali do pojedynków, gdyż była to niebezpieczna i krwawa rozrywka.

W ochronnych strojach, ale bez masek osłaniających twarze, stawali naprzeciw siebie, na podłodze posypanej trocinami, które miały pochłaniać krew i ułatwiać sprzątanie zakrwawionych desek. Na sygnał sędziego na przemian zadawali i parowali ciosy długimi i cienkimi szablami. Regulamin przewidywał, że pojedynek składa się z 50 rund, ale rzadko komu udawało się wytrzymać tak długo.

Himmler stanął do walki 17 czerwca 1922 roku.

„Nie byłem podekscytowany. Stałem pewnie, a moja technika szermiercza była dobra. Moim przeciwnikiem był Herr Senner z bractwa Alemanni. Walczył podstępnie. Jak się później okazało, zostałem skaleczony pięć razy. W 13. rundzie zostałem zabrany. Herr Reichl z Passau założył mi szwy, pięć szwów, jeden bandaż. Nawet nie zrobiło mi się słabo”.

Reichl musiał być dobrym chirurgiem lub skaleczenia nie były poważne, gdyż po ranie na lewym policzku, między okiem i uchem, pozostał niewielki ślad. Zapewne Himmler nie był zadowolony z tego, że blizna stała się ledwie widoczna. Inni, późniejsi jego podwładni, jak Schellenberg, Skorzeny, Kaltenbrunner, mieli na twarzach o wiele głębsze, a przez to piękniejsze ślady po ranach odniesionych w pojedynkach.

Dla Himmlera niezmiennie bohaterem i główną postacią ruchu nazistowskiego był Röhm. Może dlatego nie dostrzegał Hitlera. Nie zauważał też gwardii wiernych towarzyszy tworzącej się wokół Hitlera i nie starał się znaleźć wśród nich. Widział siebie jako żołnierza Röhma, który wyruszy w szeregach nowej krucjaty na Wschód. Wierzył, że tam będzie wiódł życie z wybraną kobietą.

„[...] pracuję dla mojej idealnej niemieckiej kobiety. Z tym ideałem spędzę życie na Wschodzie, daleko od piękna Niemiec. Będę walczył, aby pójść tą drogą jako Niemiec. [...]. Na Wschodzie musimy walczyć i się osiedlać”.

W państwie borykającym się z pozostałościami po wielkiej klęsce były to nierealne marzenia. Tym bardziej, że w styczniu 1923 roku społeczne nastroje znowu eksplodowały, gdyż rząd francuski w odpowiedzi na odmowę wypłacenia przez Niemców reparacji wojennych, wprowadził wojsko do Zagłębia Ruhry. Stało się to w czasie, gdy gospodarka niemiecka się rozpadała. Waluta nieprawdopodobnie szybko traciła wartość. Tak bardzo, że gospodynie domowe chodziły na zakupy, ciągnąc wózki z pieniędzmi, pracodawcy wypłacali pensje dwa razy dziennie, aby pracownicy mieli szansę cokolwiek za nie kupić. Sterty banknotów ważono i mierzono, gdyż nikt nie mógłby ich policzyć.

Kto uznał, że sytuacja dojrzała do rewolucji? Röhm czy Hitler? Obydwaj byli sobie potrzebni, ale rewolucja nie może mieć dwóch wodzów. Było oczywiste, że prędzej czy później ten, który zdobędzie większą władzę, zlikwiduje przegranego. Na razie wszystko postępowało harmonijnie, ale wydawało się niepojęte, że Röhm, żołnierz doświadczony w walkach frontowych i miejskich, sztabowiec i organizator Freikorpsów, zdecydował się na udział w tak ryzykownym przedsięwzięciu. Zbyt wiele spraw zależało od przypadku lub działania osób trzecich, na które, jak się okazało, ani Röhm, ani Hitler nie mieli wpływu.

Pod flagą Röhma

Triumwirat sprawujący władzę w Bawarii – komisarz Gustav von Kahr[12], dowódca bawarskiej policji Hans von Seisser oraz dowódca bawarskiej Reichswehry generał Otto von Lossow – zdecydował ogłosić niepodległość tego kraju związkowego. To wywołało reakcję rządu centralnego.

Gustav von Kahr (archiwum autora).

Z Berlina dobiegały groźne pomruki i żądania wprowadzenia stanu wojennego oraz zdymisjonowania dowódcy bawarskiej Reichswehry, co miało uniemożliwić secesję. Von Kahr nie tylko pozostawał głuchy na wszelkie polecenia rządu centralnego, lecz także uznał, że wojsko ma złożyć przysięgę na wierność rządowi bawarskiemu. Dla Hitlera to była zła wiadomość, gdyż wskazywała, że lada dzień komisarz ogłosi niepodległość Bawarii. To było w sprzeczności z jego planami budowy silnej, zjednoczonej Rzeszy. Starał się wyprzedzić niepokojący bieg wypadków, planując z Röhmem na 11 listopada 1923 roku opanowanie Monachium przez oddziały paramilitarne. Miały przechwycić strategiczne punkty miasta, a von Kahr, wrogo nastawiony do władz centralnych, nie mógłby zwrócić się do Berlina o wojskową pomoc. Musiałby uznać ich decyzje i współdziałać z zamachowcami przy realizacji planu zdobycia władzy w całych Niemczech.

Jednak wydarzenia potoczyły się innym torem.

Monachijskie gazety poinformowały, że wieczorem 8 listopada w Bürgerbräukeller von Kahr przedstawi program rządu. Hitler obawiał się, że wtedy komisarz proklamuje niepodległość Bawarii i zwrócenie tronu Wittelsbachom. Nie mógł do tego dopuścić.

Rankiem 7 listopada puczyści spotkali się w domu jednego z nich, aby omówić plan działania. Prawdopodobnie nie było tam Röhma. Tak wynikało z zeznań, które później uczestnicy tego spotkania złożyli przed sądem, ale nie można wykluczyć, że aby chronić Röhma, starali się zataić jego obecność. Wówczas podjęli decyzję, że przyspieszą zamach stanu i zaatakują w czasie, gdy von Kahr będzie przemawiał w Bürgerbräukeller.

Wieczorem 7 listopada zwołano naradę w kwaterze NSDAP na Cornelius Strasse i z nowym planem zapoznano dowódców oddziałów. Nie wiadomo, czy był tam Röhm. Dalszy rozwój wypadków wskazuje, że nie, gdyż 8 listopada zaskoczył go rozkaz opanowania dowództwa monachijskiego okręgu wojskowego mieszczącego się w gmachu byłego Ministerstwa Wojny.

Mógł jedynie liczyć na to, że w przyspieszonym terminie uda się zebrać 4 tysiące bojówkarzy, co dałoby przewagę liczebną nad oddziałami rządowymi szacowanymi na 1 800 policjantów i 800 żołnierzy, gotowych do akcji w trybie alarmowym. Czy liczył, że esamani będą strzelać do swoich kolegów z policji i wojska, z którymi ramię w ramię walczyli we Francji? Wątpliwe.

Dlaczego więc zgodził się pójść dalej, choć musiał mieć pełną świadomość, że takie działanie prowadzi do porażki? Być może kierowało nim głęboko zakorzenione poczucie żołnierskiej solidarności?

Był gotów do akcji, gdy wieczorem 8 listopada 1923 roku Hitler w czarnym płaszczu z Krzyżem Żelaznym na piersi stanął przed wejściem do piwiarni Bürgerbräukeller w otoczeniu 50 bojówkarzy ze swojego oddziału uderzeniowego. Czekał.

Pół godziny później do piwiarnianej sali wszedł Joseph Berchtold, dowódca oddziału, i ustawił karabin maszynowy przy drzwiach. Potem Hitler, z rewolwerem w dłoni, w szpalerze esamanów torujących mu drogę doszedł do miejsca, gdzie stali Kahr, Lossow i Seisser. Wypchnął ich za drzwi, wystrzelił w sufit i wskoczył na stół.

– Narodowa rewolucja rozpoczęła się! – krzyczał. – Sala jest otoczona przez 600 świetnie uzbrojonych ludzi i nikt nie może wyjść – kłamał. – Rząd bawarski i rząd Rzeszy zostały rozwiązane i zostanie utworzony tymczasowy rząd Rzeszy.

Potem poszedł do bawarskich polityków zamkniętych w przyległym pokoju, żeby zaproponować im wysokie stanowiska w rządzie Rzeszy, który zamierzał utworzyć. Nie zareagowali.

Wyciągnął rewolwer:

– Mam cztery naboje w moim rewolwerze...

To oznaczało, że przed akcją uzbroił się w pięciostrzałowy rewolwer, a jeden pocisk wystrzelił.

– .... Trzy dla moich wspólników, jeżeli mnie opuszczą – było oczywiste, że mówił o członkach triumwiratu. – Ostatni dla mnie.

Nie zrobiło to na nich wrażenia.

Adolf Hitler w towarzystwie Ericha Ludendorffa (archiwum autora).

– Panie Hitler – spokojnie powiedział Kahr – może pan kazać mnie zastrzelić, albo zastrzelić mnie osobiście. To czy umrę, nie ma znaczenia.

Czy pamiętał o tych słowach 11 lat później, gdy zamachnął się na niego esesman z oskardem?

Ostatnia nadzieja na uniknięcie upokarzającej klęski, którą było współdziałanie władz Bawarii, zniknęła wraz z odmową von Kahra. Hitler nie miał już nic do powiedzenia trzem politykom. Zupełnie nie wiedział, jak ma dalej postąpić. Odwołać pucz? Skompromitowałby się w oczach swoich ludzi i monachijczyków. Działać dalej, mając przeciwko sobie rząd bawarski, policję i wojsko? To oznaczało przegraną.

Wrócił na salę, żeby wygłosić przemówienie. Musiał zyskać na czasie. Ale poza chwilową zmianą nastroju na sali niewiele mógł w ten sposób osiągnąć.

Z niespodziewaną pomocą przyszedł mu jeden z jego ludzi. Max Erwin von Scheubner-Richter, który nie konsultując tego z Hitlerem, ściągnął do piwiarni generała Ericha Ludendorffa[13], legendarnego dowódcę wojsk niemieckich, od dawna manifestującego swe poparcie dla nazistów i wtajemniczonego w plany zamachu stanu.

Jego przybycie do Bürgerbräukeller miało jednak większy wpływ na bawarskich polityków niż rewolwer Hitlera. A może naradzili się i uznali, że w tej sytuacji trzeba kłamać.

Kahr, Lossow oraz Seisser zgodzili się współpracować. Pozornie.

Chorąży Himmler
Legitymacja Himmlera potwierdzająca przynależność do Reichskriegsflagge (archiwum autora).

W tym czasie, w zacinającym deszczu ze śniegiem zziębnięty Heinrich Himmler szedł do Löwenbräukeller, piwiarni przy Nymphenburger Strasse 4 w zachodnim Monachium. Przepełniały go duma i radość, że został wezwany do wykonania dla partii zadania, którego szczegółów nie znał, chociaż wiedział, że będzie to przełomowe wydarzenie. Wskazywał na to rozkaz zabrania sztandaru Reichskriegsflagge, który złożony i zwinięty w rulon niósł pod ręką, osłaniając papierowy pakunek przed zamoknięciem. Znał dobrze wielki budynek piwiarni z charakterystyczną wieżyczką na froncie, gdyż często odbywały się tam ważne nazistowskie spotkania. Ta piwiarnia miała zyskać rangę symbolu nazistowskiego ruchu, podobnie jak Fürstenfelder Hof, gdzie powstała DAP, browar Sterneckerbräu przy Tal 54[14] – pierwsza siedziba władz NSDAP, czy piwiarnia Hofbräuhaus, gdzie Hitler przedstawił program swojej partii. Wagę wezwania do Löwenbräukeller podkreślał fakt, że było to zaproszenie na wieczór przyjaźni, co dla każdego konspiratora było oczywistym sygnałem alarmowym.

W zatłoczonej sali, gdzie zebrało się około 2 tysięcy esamanów, na mównicę wszedł Ernst Röhm, witany głośnymi okrzykami i brawami. Mówił krótko i oddał głos szefowi partyjnej propagandy, Hermannowi Esserowi, ale po kilku minutach podszedł do niego i coś szepnął mu na ucho. Ten ogłosił, że w Bürgerbräukeller rozpoczęła się rewolucja i wzywa wszystkich, aby tam pomaszerowali i złożyli przysięgę wierności nowemu rządowi. Esamani uformowali kolumnę i karnie wyruszyli.

Heinrich Himmler ze sztandarem przed gmachem Ministerstwa Wojny (archiwum autora).

Po drodze doścignął ich rowerzysta z rozkazem zmiany trasy przemarszu i zajęcia Wehrkreiskommando, dowództwa okręgu wojskowego w gmachach byłego Ministerstwa Wojny przy zbiegu ulic Ludwigstrasse i Schönfeldstrasse.

Doszli tam tuż przed 22.00 i się zatrzymali. Heinrich Himmler wciąż na przedzie z bojową flagą cesarską, był dumny ze swojego zadania, choć ulice były wymarłe i nie miał kto go podziwiać. Dopiero następnego dnia, gdy stał na warcie, wypatrzyła go Maria Rauschmayer, córka monachijskiego profesora. Gdy wróciła do domu, od razu napisała do ojca list, choć z nieznanych powodów wysłała go wiele tygodni później:

„Przed frontem Ministerstwa Wojny żołnierze Reichskriegsflagge. Heinrich Himmler na przedzie, z flagą na ramieniu, każdy mógł zobaczyć, jak bezpieczna była ta flaga i jak on był dumny, trzymając ją. Podeszłam do niego, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. Ale czułam, jak we mnie wrzały jego słowa:
»Bądź dumna: dzierżę sztandar!
Nie martw się: dzierżę sztandar!
Bądź zadowolona ze mnie: dzierżę sztandar!«”.
Pucz w Monachium w 1923 roku (archiwum autora).

Stanęli w równych kolumnach, jakby chcieli przekonać dowództwo bawarskiego okręgu, że są zdyscyplinowanym wojskiem, a nie bandą chuliganów, za których światlejsi monachijczycy ich uważali. Niepotrzebnie, gdyż gmach był pusty, a jedynie przed drzwiami pełnili wartę żołnierze Reichswehry. Röhm nie mógł się zdecydować, czy wydać rozkaz do szturmu, ale następne minuty rozwiały jego wątpliwości, gdyż w drzwiach stanął kapitan Daser, oficer pełniący dyżur tej nocy. Röhm zażądał od niego, aby wpuścił jego ludzi do środka, na co kapitan przystał zadziwiająco łatwo. Już wcześniej, o czym Röhm nie wiedział, widząc nadchodzący zbrojny tłum, zadzwonił do swojego przełożonego generała Adolfa von Ruitha, dowódcy 7. dywizji piechoty, z informacją o wydarzeniach. Zapewne nie otrzymał żadnych instrukcji lub generał nakazał mu unikanie starcia, gdyż otworzył szeroko drzwi przed ludźmi Röhma. Ci rozeszli się po całym budynku, a część bojówkarzy podjęła straż przy wejściu od głównej ulicy oraz podwórza. Sam Röhm urządził swój punkt dowodzenia w przedpokoju dowódcy. Nie zajął jego gabinetu. Być może naiwnie liczył na to, że generał von Lossow przybędzie lada moment, aby w gabinecie pracować nad planem wymarszu na Berlin. Generał nie przyszedł, za to tuż przed 23.00 przyjechał Hitler. Był wyraźnie podniecony.

– Röhm, stało się! – krzyknął na widok przyjaciela. – Mamy nowy rząd Rzeszy.

Objął Röhma.

– To jest najpiękniejszy dzień w moim życiu – powiedział.

Kłamał, czy jeszcze nie wiedział, że von Kahr i von Lossow nie mieli zamiaru wypełnić przymierza, które pozornie zawarli w piwiarni? Oni byli już w koszarach, gdzie obmyślali plan stłumienia puczu.

Nawet gdyby ta wiadomość doszła do niego, to i tak nie było już odwrotu. Mógł jedynie liczyć, że demonstracja siły nazistów zmieni nastawienie społeczne i przekona władze Bawarii do współdziałania. Szybko nadeszła najgorsza wiadomość: Kahr opublikował odezwę.

„Deklaracje wymuszone na mnie, generale von Lossowie i pułkowniku Seisserze, pod groźbą broni są nieważne. NSDAP oraz oddziały Oberland i Reichskriegsflagge zostają rozwiązane”.

Zapłacił życiem za te słowa 11 lat później.

Mijały godziny.

Nad ranem, gdy okazało się, że zostały odcięte telefony, Röhm rozkazał przygotować budynek do obrony. Esamani od strony Schönfeldstrasse wystawili stalowe zapory, zaś od Ludwigstrasse otoczyli budynek zasiekami z drutu kolczastego. Otrzymali polecenie otwarcia ognia tylko na wyraźny rozkaz. Przemarznięci do szpiku kości mieli już tylko jedną szansę, jeśli tylko zdawali sobie sprawę z beznadziejności położenia – liczyli, że pochód 3 tysięcy ludzi idących z Bürgerbräukeller udowodni monachijczykom determinację nazistów i skłoni ludność i żołnierzy do wsparcia puczu.

Wymarsz bojówkarzy NSDAP na Odeonsplatz w Monachium (archiwum autora).

Tłum wyruszył spod Bürgerbräukeller w południe. Na czele szli Hitler i generał Erich Ludendorff. Żaden żołnierz ani żaden policjant nie odważyliby się podnieść broni na generała, a najpewniej, widząc go w pierwszym szeregu, poszliby za nim. Taką nadzieję miał Hitler. Była to ostatnia szansa tej rewolucji.

Maszerowali równym krokiem, w kolumnie na całą szerokość ulic, w stronę Schönfeldstrasse. Maszerowali, a nie zaatakowali i nie opanowali strategicznych obiektów: poczty, centrali telegraficznej i telefonicznej, aby odciąć połączenia, co jest podstawą każdego zamachu stanu. Nie zamierzali obstawiać mostów, aby zblokować ruch wojska. Na pierwszym moście na Izarze, na Ludwigsbrücke, zatrzymała ich policja, a przepuściła jedynie dlatego, że Hermann Göring zagroził rozstrzelaniem zakładników. Pucz zamieniał się w koszmarną komedię.

Kilkaset metrów od Ministerstwa Wojny, w miejscu gdzie wąska Residenzstrasse wpada do Odeonsplatz pochód Hitlera doszedł do kordonu policji. Nie wiadomo, kto oddał pierwszy strzał. Dowódca policjantów Michael von Godin[15] zeznał później, że strzelił któryś z puczystów. Wydaje się to prawdopodobne. Jeżeli nie mogli zwyciężyć, to mogli tylko tworzyć swą martyrologiczną historię.

Od policyjnych kul zginęło 16 demonstrantów. Zabito czterech policjantów. Hitler, uciekając, skręcił nogę, a jego wierny druh Göring, ciężko rany w pachwinę, ledwo umknął z pola walki. Tylko Ludendorff wyprostowany podszedł do policjantów, którzy poznając starego generała, rozstąpili się. To był jedyny sukces przywódców puczu.

Pod Ministerstwem Wojny też doszło do strzelaniny, co należy przypisać niezdyscyplinowaniu lub zbyt napiętym nerwom bojówkarzy Röhma. Z okien padło kilka strzałów, które raniły dwóch żołnierzy z kordonu otaczającego budynek. Wtedy ci otworzyli ogień z karabinów maszynowych, zabijając dwóch esamanów.

Röhm poddał się szybko, gdyż nadzieja na zmianę sytuacji, którą mógł mieć, wiedząc, że pochód Hitlera zmierza w jego stronę, prysła, gdy usłyszał strzały i dotarła do niego wieść, że demonstranci zostali rozpędzeni. Mógł jedynie pocieszać się, że demonstracja o tyle spełniła swoje zadanie, o ile od tego dnia w całych Niemczech będzie mówiło się o ruchu narodowosocjalistycznym. To naturalne, gdyż dla każdego rewolucjonisty krew, zabici i ranni, więzienie i proces mają szczególną wartość. Dają szansę propagowania idei, a męczennicy zyskują rozgłos i sympatię społeczeństwa.

O godzinie 13.30 spośród kordonu żołnierzy otaczających budynek Ministerstwa Wojny wyszedł kapitan Wilhelm Wimmer. Przekazał obleganym warunki kapitulacji: Röhm zostanie aresztowany, ale jego podwładni, po oddaniu broni, będą mogli pójść do domów.

Ponura kolumna esamanów niosących zwłoki zabitego towarzysza, gdyż drugi ciężko ranny pozostał w budynku i zmarł kilka godzin później, wyruszyła wśród szpaleru kolegów z Reichswehry. Doszli do domu zabitego, gdzie oddali zwłoki rodzinie, i rozeszli się do domów.

Wśród nich był Heinrich Himmler. Nie zdołał się odznaczyć, nie został nawet aresztowany, a cały jego świat się zawalił. Pozostał bez pracy, z której wcześniej zrezygnował, aby oddać się walce, bez partii politycznej, która została zdelegalizowana, bez swojego oddziału wojskowego, gdyż ten też został rozwiązany. Nawet dziewczyna, do której czuł sympatię, choć nie sposób powiedzieć, jak bardzo jego uczucia były głębokie, porzuciła go. Jedyną pociechą był fakt, że obok swojego idola – kapitana Röhma, wziął udział w próbie przejęcia władzy. Wciąż nie doceniał Hitlera. A Hitler nie doceniał jego...

W służbie partii

Himmler nigdy nie odwiedził Hitlera skazanego na pięć lat pobytu w twierdzy w Landsbergu, choć często przyjeżdżali tam ludzie z partii i SA. Nie odczuwał potrzeby składania mu dowodów sympatii. Za to w lutym 1924 roku pojechał do więzienia Stadelheim w Monachium, aby odwiedzić Röhma w celi numer 474. Tej samej, w której 10 lat później zginął z rąk ludzi nasłanych przez młodego przyjaciela.

Więzienie Stadelheim (archiwum autora).

Czy w czasie tej wizyty Himmler dowiedział się wszystkiego o nierealnych planach monachijskiego przewrotu i fatalnym, wręcz zbrodniczym ich wykonaniu? Czy o tym może świadczyć wpis w jego dzienniku:

„Mieliśmy wspaniałą i całkiem szczerą rozmowę. Przyniosłem „Grossdeutsche Zeitung” i trochę pomarańczy, co bardzo mu się spodobało. Nie stracił swojego poczucia humoru i wciąż był to stary, dobry kapitan Röhm”.

Czego Himmler mógł się dowiedzieć?

Hitler zdecydował się na pucz w Monachium, gdyż był pod wrażeniem wielkiego sukcesu Benito Mussoliniego, który rok wcześniej we Włoszech zorganizował marsz na Rzym i zmusił króla, aby przekazał mu rządy. Skoro udało się to faszystom włoskim, tak łatwo i bezkrwawo, dlaczego nie miałoby się udać nazistom niemieckim?

Takie myślenie było pierwszym tragicznym błędem, albowiem sytuacja we Włoszech była całkowicie inna. Tam 700 tysięcy członków partii faszystowskiej stanowiło wielką siłę. Popierał ich Kościół i większość Włochów, którzy po dwóch latach strajków i groźby komunistycznej rewolty chcieli stabilności i bezpieczeństwa, gotowi oddać władzę silnemu przywódcy. Mussolini taki był, a jego czarne koszule pokazały, jak skutecznie potrafią walczyć z czerwonym niebezpieczeństwem. W Niemczech partia Hitlera miała wielokrotnie mniej członków, w dodatku skupionych w Bawarii. Jego zbrojne oddziały kojarzono głównie z bijatykami w piwiarniach, a nie z chęcią przywrócenia społecznego i gospodarczego bezpieczeństwa. Niemcy, wobec okupacji Zagłębia Ruhry przez wojska francuskie, dopatrywali się zagrożenia państwa z zewnątrz. W takiej sytuacji planowanie, że kolumna kilku tysięcy nazistów idących na Berlin zyska społeczne poparcie, było mrzonką. Jeszcze większą – było oczekiwanie poparcia i współudziału bawarskich władz, monarchistów, którzy chcieli utworzyć samodzielne państwo bawarskie i oddać władzę księciu Rupprechtowi. A Hitler naiwnie liczył na to, że przekona ich obietnicą wysokich stanowisk w rządzie w Berlinie.

Adolf Hitler, Emil Maurice (drugi z lewej) i Rudolf Hess (drugi z prawej) w twierdzy w Landsbergu (archiwum autora).

To był początek łańcucha błędów, gdyż plan zamachu stanu i jego wykonanie były jeszcze gorsze.

Wszystko przygotowano na 10 listopada, gdy nazistowskie oddziały zostałyby skoncentrowane do ataku, który miał nastąpić dzień później. Nagła zmiana tych ustaleń 7 listopada wprowadziła ogromne zamieszanie, a spiskowcy nie mieli już czasu na właściwe przygotowania. Nie wydano rozkazów zajęcia strategicznych obiektów. Nie zablokowano łączności telefonicznej i telegraficznej, co pozwalało przeciwnikom zorganizować kontrakcję i sterować ruchem oddziałów wojska i policji. Duża i ważna część sił spiskowych pozostała na uboczu. Wspierający ich dowódca miejscowej szkoły piechoty (Infanterie-Schule München), generał Hans Tieschowitz von Tieschowa, za późno dowiedział się o wiecu w Bürgerbräukeller i dlatego rozkaz, który wydał kadetom – włączenie się do walki po stronie Hitlera – był spóźniony, i przez to nie został wykonany.

Pucz powinien zakończyć się w chwili, gdy von Kahr nie dał się zastraszyć i odmówił współpracy. Naiwnością było sądzić, że zmienił zdanie pod wpływem Ludendorffa. Zapewne Hitler i Röhm byli tego świadomi, ale nie mogli się już wycofać. Byłaby to kompromitacja i polityczna śmierć ich ruchu. Musieli postępować zgodnie z prowizorycznym planem, który stworzyli, licząc, że może uda się go zrealizować, a jeżeli nie, to zyskają rozgłos, który wykorzystają przy umacnianiu swojej partii. I ruszyli.

Himmler przeciw Hitlerowi, pierwsze starcie

Pozostał jeszcze jeden z głównych uczestników groteskowego zamachu stanu, skazany na półtora roku uwięzienia w twierdzy, który tam nie trafił.

Gregor Strasser[16], aptekarz z Landshut, dzielny żołnierz wielkiej wojny, odznaczony Krzyżem Żelaznym pierwszej klasy, równocześnie z Hitlerem związał się z ruchem nazistowskim i wziął udział w puczu monachijskim. Nie poniósł za to kary, gdyż został wybrany do Landtagu, bawarskiego parlamentu. Uwięzienie Hitlera i zdelegalizowanie NSDAP uznał za okazję do nadania tej partii innego oblicza, niż chciał tego Hitler. Związał się z generałem Erichem Ludendorffem, któremu wciąż marzyła się władza, i przystąpił do tworzenia koalicji partii powiązanych ideologicznie z ruchem nazistowskim – Völkisch Block.

Hitler zamknięty w landsberskiej twierdzy z niepokojem przyjmował wieści o tych poczynaniach, świadom, że prowadzą do wyrzucenia go na margines partyjnej działalności. W najlepszym wypadku po wyjściu na wolność mógł liczyć na stanowisko partyjnego agitatora NSDAP, partii jednej z wielu w bloku volkistowskim, kierowanym przez Strassera. Jeszcze gorsza była dla niego świadomość, że choć korzystał z dużej swobody w twierdzy, to nie mógł przeciwdziałać poczynaniom aptekarza z Landshut.

W równym stopniu niepokoiły go wieści o Röhmie, który w miejsce zdelegalizowanej SA utworzył organizację paramilitarną, co wskazywało, że zmierza do pozycji samodzielnego dowódcy oddziałów. Ponadto nadmierna aktywność nowych bojówek mogła sprawić, że sąd, pod wrażeniem ekscesów, nie zgodziłby się skrócić wyroku. Ale Röhm odrzucał te zastrzeżenia, uznając, że Hitler z więziennej celi nie może oceniać rzeczywistości. I dalej tworzył swoje wojsko, które zostało zarejestrowane 16 sierpnia 1924 roku jako Völkischer Frontkampfbund Frontbann, przyjmując w rezultacie ostatni człon tej nazwy.

Gregor Strasser (archiwum autora).

Heinrich Himmler pozostawał w kręgu ludzi zdecydowanych wyrzucić Hitlera na margines, nie zdając sobie sprawy, że wkracza na nadzwyczaj niebezpieczny grunt. Hitler nie wybaczał tym, którzy opuścili go w potrzebie. A Himmler stał się jednym z nich. Co więcej, jego znaczenie wzrastało, gdyż Gregor Strasser, angażując się całkowicie w ogólnokrajową działalność polityczną, więcej czasu spędzał w Berlinie niż w Monachium. Oddał tamtejszy urząd Himmlerowi, uważając go za młodego człowieka z ogromną energią i bez reszty służącego ideałom ruchu.

Himmler w sierpniu 1924 roku pisał w liście do znajomego:

„Mam potwornie dużo do zrobienia. Muszę kierować całą organizacją w Dolnej Bawarii i odbudowywać ją na wszystkich polach. Nie mam czasu dla siebie, a szybkie odpowiadanie na listy jest niemożliwe. Jestem bardzo zadowolony z pracy organizacyjnej, za którą jestem całkowicie odpowiedzialny. [...]”.

Czy zdawał sobie sprawę, że pracował jednak nie dla partii Hitlera, lecz dla partii Strassera? Zapewne nie rozważał tego. Prymus odnosił sukcesy, był chwalony i doceniany i to było dla niego najważniejsze.

W grudniowych wyborach 1924 roku Völkisch Block Strassera zdobył 10% głosów. Himmler coraz bardziej wiązał się ze Strasserem i podzielał jego poglądy.

W czasie przemówienia w Poczdamie stwierdził:

„To socjalizm, a nie kapitalizm jest naturalnym ekonomicznym systemem”.

Chętnie atakował kapitalizm językiem Strassera: