Wydawca: Sensacje XX Wieku Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Testament Odessy - Bogusław Wołoszański

Tysiącletnia Trzecia Rzesza, podbijając świat, nie miała religii, która po zwycięstwie jednoczyłaby naród. Heinrich Himmler, dowódca „Czarnego Zakonu” SS, doskonale zdawał sobie sprawę, jak ogromna jest to wada nazizmu. Niespodziewanie poszukiwania, jakie od lat trzydziestych prowadzili archeolodzy z jego organizacji „Ahnenerbe”, zakończyły się sukcesem. Znaleźli w Pirenejach ukryty tam od wieków skarb Świątyni Jerozolimskiej.

Plany Himmlera zaczęły się urzeczywistniać. Pierwszymi, którzy poznali bezwzględność nowej religii, byli mieszkańcy francuskiego miasteczka Oradour-sur-Glane, zniszczonego przez oddział dywizji „Das Reich”, wiozący totem z Pirenejów do Wilczego Szańca. Tam miał zabłysnąć w chwili śmierci Adolfa Hitlera. Jednakże zamach w Wilczym Szańcu się nie udał. Himmler musiał zlikwidować zamachowców, zanim ujawniliby jego udział w spisku, odwołać swoje plany. Już nic nie mogło odwrócić biegu wojny.

Heinrich Himmler pozostawił po sobie testament, który stał się podstawą działania wielkiej organizacji esesmanów ODESSA. Dysponując gigantycznym majątkiem, grabionym w Europie przez wojenne lata, członkowie ODESSY przeniknęli do struktur państwowych, tajnych służb i instytucji finansowych najważniejszych państw świata. Stawali się coraz bliżsi zwycięstwa w nowej wojnie, którą miały wygrać nie dywizje pancerne i armie lotnicze, lecz finanse. Skarb Świątyni Jerozolimskiej ponownie miał odegrać decydującą rolę.

Powieść Bogusława Wołoszańskiego, mistrzowsko łączącego ogromną wiedzę o drugiej wojnie światowej ze znajomością mechanizmów współczesnego świata, wciąga nas w tajemnice władzy, której religia jest najważniejszym elementem. Wartka akcja, pełna zaskakujących zwrotów i niespodziewanych rozwiązań, rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej i w szczególnym roku 2001, gdy ODESSA ponownie sięga po władzę.

Czyżby jej nie zdobyła?

Opinie o ebooku Testament Odessy - Bogusław Wołoszański

Fragment ebooka Testament Odessy - Bogusław Wołoszański

Bogusław Wołoszański
TESTAMENT ODESSY
1. Przypadek

Wyjaśnienie kim jestem jest równie niemożliwe, jak odkrycie źródeł mojej wiedzy. W każdym razie nie teraz!

To miała być największa tajemnica dwudziestego wieku, ale niespodziewanie kilka nieprzewidywalnych zajść, które możecie nazwać zbiegiem okoliczności albo przypadkiem, zmieniły bieg wydarzeń. A przecież wszystko jest przypadkiem, jak uderzenie meteorytu w prehistorii, które zabiło dinozaury i sprawiło, że życie na Ziemi potoczyło się w inną stronę.

Pierwszy wydarzył się w szczytowym okresie drugiej wojny światowej, choć był spodziewany i niecierpliwie wyczekiwany. Zwłaszcza gdy zwycięska passa Hitlera zaczęła się załamywać i narodowi niemieckiemu zagroziła zguba. Dlatego Heinrich Himmler potrafił docenić jego znaczenie. On, jeden z twórców narodowego socjalizmu, od początku zdawał sobie sprawę z największego mankamentu systemu, który współtworzył: braku religii. W latach trzydziestych i podczas wojny ten brak nie był dotkliwy. Narodowy socjalizm umundurował społeczeństwo. Wszyscy zostali zorganizowani. Mali chłopcy w Deutsches Jungvolk, nieco starsi w Hitlerjugend, dziewczęta w wieku 10–14 lat w Jungmädelbund, starsze w Bund Deutscher Mädel, pielęgniarki, robotnicy, nauczyciele... Wszyscy zostali umundurowani i żyli według wojskowego drylu. To było zrozumiałe i konieczne w czasie wojny. Naród umundurowany i zrzeszony łatwiej poddawał się rozkazom. Ale co stałoby się po zwycięstwie? Trzecia Rzesza miała trwać tysiąc lat! Co spajałoby Niemców i narody sojusznicze: Węgrów, Finów, Włochów? Wszędzie stawiano by pomniki Adolfowi Hitlerowi, ale przecież nikt by przed nimi nie klękał. Jaka religia zastąpiłaby chrześcijaństwo?

Heinrich Himmler szukał rozwiązania od pierwszych dni, gdy naziści otrzymali władzę. Zależało mu na tym szczególnie, gdyż myślał o usunięciu Hitlera i zajęciu jego miejsca. Ale warunkiem było pokazanie Niemcom, że jest „naznaczonym”. Dlatego tak usilnie poszukiwał boga, którego mógłby umieścić na ołtarzu swojego kościoła, przed którym wszyscy Niemcy chyliliby głowy i modlili się o pomyślność, zdrowie dla bliskich, odwrócenie nieszczęścia, znajdowali ukojenie. Być może podświadomie dostrzegał takie źródło w starogermańskich mitach o świętym drzewie Yggdrasil, „Drzewie Świata”, łączącym krainy bogów, ludzi i umarłych, o dobrym bogu słońca Baldurze, który miał objąć władzę nad światem po wygranej wojnie z siłami zła.

Organizowane przez Himmlera wyprawy naukowe docierały do Tybetu, Indii, Islandii, Grenlandii i Langwedocji. Ta francuska kraina wydawała się szczególnie interesująca.

W listopadzie 1942 roku Niemcy zajęli południową Francję i poszukiwania w Langwedocji ruszyły pełną parą. Już nic nie krępowało niemieckich naukowców, działających w Pirenejach pod ochroną niemieckiej policji i gestapo. Czas naglił. Przejęcie władzy stawało się coraz pilniejsze. W wielkich klęskach w 1943 roku pod Stalingradem i na Łuku Kurskim Wehrmacht stracił tak wielu żołnierzy i sprzętu, że odbudowanie pierwotnej siły militarnej było już niemożliwe. We Włoszech wylądowały wojska aliantów zachodnich i pięły się na północ Półwyspu Apenińskiego. Miasta niemieckie stały się celami nalotów wielkich formacji, liczących tysiąc samolotów.

Wojna, zakończona klęską Niemiec, zbliżała się do końca. Hitler musiał odejść, a któż, jak nie Himmler, był bardziej predestynowany do przejęcia władzy. Tylko on, rządząc policją i tajnymi służbami, mógł zapewnić spokój w Niemczech, do których wdarłby się powojenny chaos. Tylko on gwarantował stabilność w centralnym regionie Europy. Tylko on mógł oddać na usługi zachodnim aliantom potężną siłę Waffen-SS, prawie milion zaprawionych w bojach, świetnie wyszkolonych i wyposażonych żołnierzy. A Zachód potrzebowałby ich, gdyż rozpad wojennego sojuszu między kapitalizmem i komunizmem był oczywisty. Dla zachodnich mocarstw wojna z faszyzmem miała przekształcić się w wojnę z bolszewizmem.

Właśnie wtedy, w tym kluczowym okresie wojny, Himmler otrzymał informację, że w Langwedocji znaleziono skarb, którego jego naukowcy szukali przez dziesięć lat...

Skarb Lucyfera, Langwedocja, grudzień 1943 r.

Błyskawica przecięła niebo tak blisko, że siedzący obok kierowcy Rudolf Rahn wcisnął się w fotel, obawiając się, że następny piorun uderzy w samochód. Wydawało mu się, że w tej samej chwili usłyszał śmiech, ale nie odważył się odwrócić, żeby sprawdzić, czy się nie przesłyszał. Zawsze odczuwał lęk przed mężczyzną siedzącym na tylnej kanapie. I nie wynikał on ze świadomości, że był to najpotężniejszy urzędnik Trzeciej Rzeszy mający nieograniczoną władzę. W tym człowieku było coś diabolicznego, a Rahn, ilekroć stawał przed nim, zadawał sobie pytanie, co takiego wywołuje lęk i chęć podporządkowania się? Trójkątna twarz, wysoko podgolone włosy, okrąg-łe okulary w złotych drucianych oprawkach na wąsko osadzonych oczach – nic nie wskazywało na jego siłę. Tak jak budowa ciała, charakterystyczna dla ludzi spędzających większość życia za biurkiem i niechętnych fizycznemu wysiłkowi.

Znowu dobiegł go śmiech, po którym usłyszał słowa:

– To jakby Dziki Gon schodził na ziemię.

Dziki Gon, orszak boga Odyna. Dopiero teraz się odwrócił.

– Reichsführer, proszę tak nie mówić. Dziki Gon przynosi nieszczęście. – Uśmiechnął się blado.

– Odyn prowadzący procesję duchów w dzień, który chrześcijanie uważają za swą największą świętość. Czyżby obawiał się pan tego, Rahn?

Rahn wsunął wskazujący palec za kołnierzyk i przesunął kilka razy, jakby starając się go rozluźnić.

– Nie, oczywiście żartowałem – powiedział szybko, licząc, że Himmler straci ochotę do dalszej rozmowy na temat procesji z zaświatów.

Kolejna błyskawica, która na dłuższą chwilę rozświetliła góry, przerwała ich rozmowę, ale Himmler nie milczał długo.

– Nie uważa pan, że jest coś niezwykłego w naszej wycieczce? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, natychmiast dodał: – Czy przeżył pan kiedyś burzę 25 grudnia?

– W istocie, zadziwiające.

To Himmler wybrał ten dzień na podróż do odległego Ussat, miasteczka liczącego niespełna dwustu mieszkańców, zagubionego w Pirenejach na południu Francji. O zmierzchu przyjechali do pobliskiego Tarascon-sur-Ariège wygodnym pociągiem „Steiermark” złożonym z sześciu wagonów, a tam przesiedli się do wielkiego mercedesa, sprowadzonego wcześniej w tym celu. Himmler nie chciał czekać do następnego dnia i zdecydował się na wycieczkę w góry pomimo zapadających ciemności.

Wąska droga biegnąca zboczem wzniesienia była pusta, co zapewne należało zawdzięczać jakiemuś lokalnemu dowódcy SS, który dyskretnie zadbał o bezpieczeństwo Reichsführera i zakazał, aby ktokolwiek z okolicznych mieszkańców pojawił się na trasie jego przejazdu.

Kolejna seria błyskawic zamieniła zmierzch w jasny dzień i sprawiła, że Rahn zaczynał rozpoznawać tereny, na których spędził tak wiele miesięcy.

– Za trzy kilometry będzie skrzyżowanie i tam proszę pojechać w prawo, na dół – powiedział do kierowcy.

Wybrał dłuższą drogę, ale dzięki temu mogli ominąć Ussat. I to nie ze względu na środki bezpieczeństwa podjęte dla ochrony Reichs- führera i posterunki blokujące skrzyżowania. Nie chciał, aby cokolwiek w najmniejszym stopniu zakłóciło tę najważniejszą chwilę w jego życiu, której poświęcił tak wiele lat poniewierki i poniżenia, a nawet... śmierć.

Kierowca, nieprzywykły do otrzymywania poleceń od kogokolwiek poza głównym pasażerem, zerknął w lusterko, ale gdy dostrzegł, że Himmler skinieniem głowy potwierdził dyspozycję Rahna, posłusznie skręcił w drogę biegnącą w dół. Po chwili wjechali w szpaler drzew. Burza odchodziła na południe i tylko światła reflektorów pozwalały dojrzeć wąską brukowaną jezdnię.

W istocie nazywał się Otto Rahn, jednakże, gdy w 1939 roku oznajmił Himmlerowi, że jest na tropie prowadzącym do znalezienia skarbu Świątyni Jerozolimskiej i nie ma żadnych wątpliwości, że uda mu się dokonać tego w ciągu najbliższych miesięcy, otrzymał polecenie ukrycia się, zniknięcia dla świata. Himmler obawiał się, i słusznie, że prace Ottona Rahna są zbyt dobrze znane za granicą i mog- ły zwrócić uwagę wywiadu angielskiego. Jego pierwsza książka Wyprawa krzyżowa przeciw Graalowi została sprzedana w Niemczech w pięciu tysiącach egzemplarzy i przetłumaczona na francuski. Druga, Dwór Lucyfera, miała już znacznie większy nakład i wzbudziła duże zainteresowanie za granicą. W czasie licznych wypraw do Langwedocji spotykał się z francuskimi badaczami. Musiał więc zniknąć. Nie wiedział, kto wpadł na pomysł, że najlepszą mistyfikacją będzie rozgłoszenie informacji o jego śmierci. Zaakceptował to Himmler, więc Rahnowi nie pozostało nic więcej, jak tylko się zgodzić. Pozwolono mu wybrać datę. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to 13 marca, w tym dniu bowiem niespełna siedemset lat wcześniej padło Montségur, ostatnia forteca katarów. Potem, już jako Rudolf Rahn, czytał o odnalezieniu zwłok Ottona Rahna w śniegu na szczycie góry w Tyrolu. Kilka dni później wyjechał jako ambasador do Rzymu, a więc możliwość przypadkowego rozpoznania go na ulicy w Niemczech została ograniczona do zera. Mogła go zdradzić jedynie sekretarka Tita, ale uważał ją za tak niezbędną w jego pracy, że kategorycznie zażądał oddelegowania jej do biura ambasadora, na co Himmler, acz niechętnie, się zgodził. Tak ukryty przed światem mógł prowadzić swoje poszukiwania w Langwedocji, choć rozwój wydarzeń sprawił, że cała mistyfikacja okazała się niepotrzebna. W listopadzie 1942 roku wojska niemieckie wjechały do południowej Francji i nikt już nie mógł przeszkodzić w jego działaniach w rejonie Montségur. W pobliskim Limoges utworzono silny posterunek gestapo, kierując tam najbardziej doświadczonych śledczych, którzy nie mieliby żadnych kłopotów z rozbiciem podziemia, gdyby takie się narodziło.

– Nigdy mi pan nie mówił, drogi Rahn, jak pan doszedł do tego odkrycia – odezwał się Himmler.

„Drogi Rahn” – ten sposób tytułowania osób z otoczenia Reichs- führer stosował tylko w chwilach szczególnego zadowolenia i wobec ludzi, których chciał uhonorować. Rahn uśmiechnął się na myśl, że i on znalazł się w tym kręgu. Zasłużył sobie.

– Długo to trwało, zanim pomyślałem, że głównym błędem poszukiwaczy jest lekceważenie czy niedostrzeganie najwyraźniejszych tropów. Jak to się mówi, najciemniej jest pod latarnią.

Powracał myślami do jesiennego dnia, gdy olśniony tak prostą myślą postanowił powrócić do Montségur, gdzie od 1929 roku bywał dziesiątki razy. Tak często rozważał niezwykłe wydarzenia z dwunastego wieku. Wtedy trzydzieści tysięcy rycerzy ruszyło na Langwedocję, aby zniszczyć katarów. Nakazał im to papież Innocenty III, który uznał, że katarzy, głosząc swoją wiarę odrzucającą Chrystusa i ukrzyżowanie, zagrażają katolicyzmowi. Ludzie garnęli się, bo znajdowali w nich skromność, prawdziwe oddanie wierze, co kontrastowało z zachowaniem kleru, zepsutego i przekupnego, poświęcającego się przyjemnościom i gromadzeniu bogactw. Rycerstwo z północnej Europy chętnie podjęło wezwanie „zniszczcie ich!”. Wiedziano, że katarzy, nazywani również albigensami, gdyż Albi było ich stolicą, to lud bogaty, a nic tak nie zagrzewa do walki jak możliwość zysku. Tym bardziej że papież obiecał odpuszczenie grzechów, więc grzeszyli strasznie, mordując każdego, kto na drodze tej krucjaty nawinął się pod rękę. Nie zastanawiali się, w kogo wbijają miecz: katara czy dobrego katolika. „Wycinajcie ich, Bóg pozna swoich!”.

Tak, paląc, mordując i grabiąc, w maju 1243 roku doszli do ostatniej twierdzy katarów w Montségur. Położona na niedostępnej skale, dobrze zaopatrzona i przygotowana do obrony przez dziesięć miesięcy opierała się atakom. Pięciuset katarów zdecydowanych było walczyć do śmierci. Zapewne też dlatego, że zdawali sobie sprawę, iż nic lepszego nie spotka ich ze strony zwycięzców. Ich siły wyczerpały się 1 marca 1244 roku, gdy zawarty został rozejm, przewidujący, że obrońcy opuszczą twierdzę dwa tygodnie później. Przed wyznaczonym terminem kilku potajemnie uciekło stamtąd, unosząc skarb, którego potem poszukiwano przez setki lat.

Rahn przekręcił się na fotelu i odwrócił jak mógł najbardziej do Himmlera, aż poczuł ból karku. Pomyślał, że wygodniej byłoby, gdyby Reichsführer posadził go obok siebie na tylnej kanapie, ale nie śmiał tego zaproponować.

– No, no... – Himmler pochylił się, co miało manifestować jego żywe zainteresowanie.

– W każdym źródle na temat obrony Montségur jest wzmianka, że 13 marca kilku rycerzy uciekło stamtąd jedyną drogą, jaka nie była zablokowana.

– O ile wiem, twierdzę oblegało dziesięć tysięcy ludzi. Jak liczna armia mogła pozostawić drogę ucieczki?

– Góra, na której posadowiono twierdzę, wygląda jak wielka jaszczurka. Z jednej strony, od ogona – Rahn używał tego porównania, aby jak najbardziej obrazowo oddać kształt wzgórza – po łagodnie wznoszącym się zboczu prowadzi jedyna droga do barbakanu, blokującego wejście do twierdzy. Z drugiej strony, od łba, jest przepaść. Dlatego napastnicy zablokowali podejście do twierdzy od strony jaszczurczego ogona, ale nie pomyśleli, że ktokolwiek może wyjść po pionowej skalnej ścianie liczącej trzysta metrów. Skoro więc tamtędy się wydostali, unosząc skarb, postanowiłem zacząć szukać od tego miejsca. Nie było to łatwe, ale znalazłem...

Postanowił ponownie podkreślić swoje zasługi. Nie mówił, że w dotarciu do skarbu było więcej zasług naukowców francuskich, którzy częściej i dłużej prowadzili tam wykopaliska i poszukiwania. Zaprzyjaźnił się z nimi w końcu lat dwudziestych, gdy przybywał do Langwedocji jako biedny badacz, którego ledwo było stać na najtańsze hotele. A i tak zdarzało się, że uciekał z nich, nie płacąc, gdyż nie miał czym. W naturalny sposób, kierując się środowiskową solidarnością, pomagali mu, a on umiał to wykorzystać.

– A to dlaczego „nie było łatwe”? Skarpa jest chyba dobrze widoczna – zdziwił się Himmler.

– Na skale są inne ruiny niż w XII wieku. Zdobywcy zniszczyli Montségur katarów i wybudowali tam nową twierdzę. Nie ma żadnej możliwości odtworzenia kształtu tej, która mnie interesowała. Musiałem więc wielokrotnie opuszczać się po stromiźnie.

– Schodził pan po pionowym zboczu? – Himmler uniósł brwi ze zdziwienia.

– Tak jest. Przy dzisiejszej technice alpinistycznej to nie jest trudne – odpowiedział skromnie Rahn. – Wtedy było nie lada wyczynem. Zwłaszcza że uciekający byli obciążeni skarbem.

– No, no... – Himmler wydawał się coraz bardziej przejęty.

– To było w lipcu, gdy po raz kolejny zjechałem na dół – podjął Rahn. – Źle oceniłem wysokość w tym miejscu i zabrakło mi z metra do podłoża. Nie było to wysoko, więc postanowiłem skoczyć. Uderzyłem butami o omszały głaz, ześlizgnąłem się i spadłem, ale na miękkie poszycie, nic złego sobie nie robiąc. Coś mnie zaniepokoiło, choć nie mogłem uprzytomnić sobie, co to takiego. Byłem już daleko od głazu, idąc po mocno pochylonym zboczu, gdy uświadomiłem sobie źródło niepokoju. Moje buty zdarły warstwę mchu z kamienia, odsłaniając coś, co początkowo uznałem za pęknięcie, ale było ono zbyt regularne, aby mogła je utworzyć natura. Wróciłem i z niemałym wysiłkiem wdrapałem się na ten kamień. Nie myliłem się. Zdarty mech odsłonił znak, mocno już zatarty, wyglądający jak „x”. Szybko pomyślałem, że przypomina to runiczny znak „gebo”.

– Uznał pan, że mogli go wyryć zbiegowie z fortecy? Kuć w kamieniu, w czasie ucieczki? Gdy wokół wrogowie? – przerwał mu Himmler.

– To nie był kamień twardy jak granit czy bazalt, a więc wymagający kucia. Bardziej przypominał piaskowiec, w którym można łatwo ryć. Pomyślałem, że ci ludzie uchodząc z fortecy, musieli pozostawić jakiś znak, że ucieczka się udała. A może nawet zaznaczyć, dokąd idą...

– Myśli pan, że nie ustalili tego przed wyjściem z twierdzy?

– Przyjmowałem taką możliwość. Wynosząc skarb, nie chcieli, aby ktokolwiek z tych, którzy mieli dostać się w ręce wroga, znali tajemnicę. Na torturach mogli ją wydać.

Himmler pokiwał głową, sygnalizując, że przekonuje go logika Rahna.

– Znak gebo ułożony był dziwnie. Uznałem, że człowiek, który go rył, miał bardzo niewygodną pozycję. Zrobił to jednak z jakiegoś powodu. Jedno z ramion, dłuższe, musiało wskazywać kierunek dalszej ucieczki. I w tamtą stronę poszedłem. Łatwo się mówi, ale zajęło mi to wiele miesięcy – zakończył niespodziewanie Rahn.

Wiedział, że zbliżają się do wąskiej drogi biegnącej w bok, w którą powinni skręcić. Dopiero teraz dostrzegł ciemne sylwetki żołnierzy stojących na poboczach drogi. Byli rozstawieni co kilkadziesiąt metrów i starali się chronić pod konarami drzew, choć widząc światła nadjeżdżającego samochodu, wysuwali się do przodu. Rahn zauważył, że ich mundury są przemoczone, wydawało mu się dziwne, że nie założyli peleryn. Po chwili pomyślał, że trudno się temu dziwić: w końcu 1943 roku Trzecia Rzesza nie miała już tyle wyposażenia dla swoich żołnierzy, aby nie mokli.

– Daleko? – odezwał się Himmler.

Bez wątpienia nie nużyła go podróż, lecz stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Świadomość, że zbliża się do przedmiotów, które w jego planach odgrywały jakąś nadzwyczaj istotną, choć trudną do określenia rolę, wywoływała widoczne podenerwowanie.

– Jeszcze kilka kilometrów, choć ostatni odcinek będziemy musieli przejść pieszo – odpowiedział Rahn.

Kręta górska droga urywała się tak nagle, że tylko dzięki znakom dawanym latarką przez żołnierza stojącego na poboczu kierowca nacisnął hamulec w odpowiednim momencie.

Z ciemności wynurzył się oficer w pelerynie, niosący pod pachą dwa wielkie parasole, które rozłożył, zanim Himmler zdołał wysiąść. Nie podniósł ręki w salucie, ale stanął na baczność i powiedział dość cicho:

– Melduje się sturmbannführer Adolf Diekmann.

Wiedział, że Reichsführer zabronił jakichkolwiek gestów i słów, które mogłyby zdradzać jego obecność w tym rejonie. Podsunął usłużnie parasol, aby osłonić Himmlera przed deszczem, i równocześnie podał drugi Rahnowi. Wszystko odbywało się w ciszy, w której słychać było tylko odległe grzmoty odchodzącej burzy.

– Pomyśleć można, że bóg przygotował odpowiednią oprawę naszej wizyty – odezwał się Himmler, wpatrując się w odległe błyski, które nie miały już dość siły, aby oświetlić całą scenerię. – Niech pan prowadzi – odwrócił się do Rahna i odsunął o krok na bok, aby ten mógł przejść.

Weszli na ścieżkę wyłożoną deskami, na które nabito poprzeczki, aby wchodzący się nie ślizgali. Było to o tyle potrzebne, że wkrótce droga stała się bardzo stroma. Himmler szedł pochylony, chwytając się liny, którą rozciągnięto z jednego z boków. Rahn słyszał jego krótki świszczący oddech. Reichsführer nie był nawykły do fizycznego wysiłku, a może świadomość zbliżającej się chwili dodatkowo przyspieszała bicie jego serca.

– Jeszcze kilka kroków. – Rahn uznał, że powinien przekazać taką informację, na co Himmler mruknął coś, co można było odczytać jako oznakę zadowolenia.

Brama, zbita naprędce z nieokorowanych belek, jaką wydobyło z ciemności światło latarki niesionej przez Diekmanna, wskazywała, że najbardziej męcząca część wspinaczki dobiega końca. Przeszli jeszcze kilkanaście kroków po drewnianym pomoście, przerzuconym nad niewielkim, acz głębokim rozpadliskiem, gdy Himmler zatrzymał się.

– Jak pan tu dotarł? Przejście zostało zbudowane chyba teraz – zapytał zdziwiony.

– Od góry – odparł Rahn, kierując snop latarki na pionową ścianę, wznoszącą się nad drewnianą obudową zabezpieczającą wejście do jaskini.

– Chce pan powiedzieć, że tędy zeszli ludzie obciążeni skarbem? – Himmler odwrócił się w jego stronę. Zapewne wykorzystał pierwszy pretekst, żeby się zatrzymać i odpocząć po męczącej wędrówce.

– Nie, uważam, że to jedno z kilku wejść. Tylko to odnalazłem, a oni weszli łatwiejszym dla kogoś niosącego ciężar. Zapewne potem zostało zasypane. Pozostawiono to, trudniejsze – wyjaśnił Rahn.

– Nierozsądne – skrzywił się Himmler.

– Takich szczelin w tych górach są tysiące. W tej okolicy naliczyłem sześćdziesiąt jaskiń o większych wejściach. I proszę mi wierzyć, dotarcie do tego było dość trudne. Nikt poza poszukiwaczami nie miał powodu, aby tutaj się zapuszczać.

– Jak daleko stąd jest twierdza Montségur?

– Drogą około czterdziestu kilometrów, ale to okrężna trasa, choć bez wątpienia istniała w trzynastym wieku. Francuscy archeolodzy znaleźli tam jakieś skorupy. Uważam jednak, że uciekinierzy z Montségur szli najkrótszą trasą, prowadząc muły. To wąska ścieżka, ale dostępna dla zwierząt. Na jej początku znalazłem run oznaczający wędrowca. Być może były inne, ale czas je zatarł.

Himmler wskazał, aby Rahn ruszył pierwszy, a sam zerknął na oficera, oczekując informacji, że wejście jest całkowicie bezpieczne. Ten skinął głową, potwierdzając, że nie ma tam żadnego zagrożenia.

Przejście między głazami nie było długie. Po kilku krokach rozszerzało się na tyle, że można było przyjąć naturalną pozycję i swobodnie oddychać. Po następnych metrach znaleźli się w długim tunelu, wystarczająco wysokim, aby niski Himmler nie musiał pochylać głowy. Całość oświetlały lampy naftowe zawieszone na alpinistycznych hakach powbijanych w skalne szczeliny. Himmler już o nic nie pytał, najwyraźniej zbyt przejęty zbliżającą się chwilą. Rahn też czuł narastające napięcie podobne do tego, które przeżywał, gdy po raz pierwszy, dwa miesiące temu, dotarł do tego korytarza. Wtedy, idąc w świetle lampy karbidowej, jaką niósł przed sobą, nie wiedział, że będzie to inna wędrówka niż te, których setki odbył po okolicznych jaskiniach, a kończących się rozgoryczeniem, że kolejny wysiłek nie doprowadził do celu. A zawsze uważał, że idzie dobrym tropem, dopóki nie przeczytał zapisków francuskiego archeologa, który badał drogi, jakimi katarzy mogli uciekać z Montségur. Nie odkrył tej właściwej, ale jego analizy naprowadziły Rahna na właściwy ślad. Mimo tego wielokrotnie błądził po stromych górskich ścieżkach, coraz dalej odchodząc od Montségur, aż w listopadzie tego roku odnalazł run wyryty na pionowej skalnej ścianie, dobrze widoczny, gdyż w tym miejscu nie istniało niebezpieczeństwo, że ktokolwiek może skojarzyć proste linie z odległą twierdzą.

Opadający tunel, wciąż wystarczająco wysoki, aby nie musieli się schylać, prowadził do niewielkiej komory, którą dostrzegli z daleka dzięki temu, że zainstalowano tam elektryczne oświetlenie. Nie widać było kabli biegnących na ścianach, co oznaczało, że świecą tam akumulatorowe reflektory.

– Niech pan spojrzy – powiedział Rahn, gdy dotarli do wejścia. Wskazywał na głaz.

– Waży z pół tony, a dał się odsunąć jedną ręką.

Himmler podszedł do kamienia i spojrzał zdziwiony.

– Stoi na równoważni – wyjaśnił Rahn. – Pchany ręką ani drgnął, a wystarczało włożyć łom w odpowiednie miejsce i poruszyć go o milimetry, a uruchamiało się równoważnię i głaz się przesuwał. Ten mechanizm wykonano siedemset lat temu, a działa bez zarzutu.

– Sprawdził pan jak? – zainteresował się Himmler.

Rahn wzruszył ramionami i nie musiał niczego dodawać, gdyż Himmler skinął głową i sam odpowiedział:

– Rozumiem, że nie miał pan czasu.

Tuż przed wejściem musieli pochylić głowy i znaleźli się w komorze, gdzie widać było betonową płytę, już rozkutą.

– Beton? – Himmler, wyraźnie zdziwiony, pochylił się i podniósł okruch. Przybliżył go do światła reflektora i przyglądał się z niesłabnącym zaskoczeniem. – To musiało być wylane nie tak dawno. Może kilkadziesiąt lat temu.

– Rzadko pamiętamy, Reichsführerze, że kopuła Panteonu w Rzymie została wylana z betonu, a pochodzi z początku drugiego wieku naszej ery.

– Nie pomyślałem o tym! – Himmler wydawał się zakłopotany, ale natychmiast dodał: – I nie była to pierwsza budowla z betonu. Tenże Apollodoros zbudował chyba betonowe mosty na Dunaju. – Od razu uśmiechnął się zadowolony, że może pochwalić się swoją erudycją. Był w świetnym nastroju.

Odrzucił okruch betonu i pochylił się nad niewielką piwniczką, w której widać było wieka brązowych skrzynek.

– Nie otworzył ich pan? – zapytał zdziwiony, nie dostrzegając na wiekach żadnych śladów.

– Otworzyłem jedną, aby sprawdzić, czy się nie myliłem. Innych nie śmiałem ruszyć przed panem – odpowiedział Rahn, co wyraźnie spodobało się Himmlerowi.

– Dobrze, dobrze, Rahn. Nie chodzi o moją próżność, nieprzemyślane otwarcie mogłoby zaszkodzić ich zawartości. Co pan znalazł w tej otwartej?

– Złote monety z pierwszego wieku naszej ery...

Rahn sięgnął do wewnętrznej kieszeni w marynarce i wyjął papierośnicę wypełnioną bibułkami. Wykorzystał ją jako odpowiednie opakowanie, zabezpieczające zawartość. Odwinął bibułki i wyjął niewielki, cienki krążek o nierównych brzegach. Trzymając go ostrożnie w dwóch palcach, podał Himmlerowi.

– Sprawdziłem, pochodzą z Jerozolimy – dodał.

Himmler przyglądał się długo, obracając monetę w palcach. Rahn to rozumiał. Chciał odwlec moment otwarcia pozostałych skrzyń albo zastanawiał się, czy ma to zrobić teraz.

– W drugiej znaleźliśmy menorę... – wstrzymał głos, nie wiedząc, czy ma dalej wyjaśniać znaczenie tego znaleziska. Nie chciał urazić Himmlera, podobnie jak zrobił to przed momentem, wyjaśniając, że beton nie jest wynalazkiem ostatnich stu lat. Miał rację. Himmler dobrze wiedział, o czym Rahn mówi, a może chciał go powstrzymać przed kolejną niezręcznością i powiedział:

– Jak na łuku Tytusa...

– Tak jest – potwierdził szybko Rahn.

Mówił o reliefie na łuku Tytusa, wzniesionym w Rzymie w 81 roku naszej ery dla upamiętnienia zwycięstw tego cesarza w Judei, gdy jego wojska ograbiły Świątynię Jerozolimską. Płaskorzeźby były zatarte, ale widać wyraźnie łupy: trąby i siedmioramienny świecznik.

Himmler milczał, wciąż wpatrując się w monetę.

– Czy pan wie, Rahn, czego pan dokonał? – zapytał wreszcie tak cicho, że jego słowa zamieniły się w szept.

– Tak jest, Reichsführer. Szukałem tego przez czternaście lat – Rahn odpowiedział równie cicho.

– Nasza Rzesza przeżywa najtrudniejszy okres w swojej historii. – Himmler zdawał się coraz bardziej wzruszony. – Führer traci wielki dar, jaki dał mu Bóg, gdy wyruszaliśmy na wojnę.

Rahn patrzył zaskoczony. Nigdy się nie spodziewał, że może usłyszeć takie słowa z ust człowieka, który wydawał się bezgranicznie wierny Hitlerowi.

– Wiedziałem, że tak się stanie, i jestem gotowy przejąć to brzemię. Tym większe, że błędy, jakie popełnił Führer, postawiły naród niemiecki na skraju zagłady. Mogą ginąć miasta, miliony żołnierzy, ale nie naród. Pan to rozumie?

Rahn przytaknął, wciąż jednak nie wiedząc, do czego zmierza szef SS. Nie mieściło mu się w głowie, że usłyszy tak jawne przyznanie się do zdrady.

Himmler niespodziewanie zamilkł. Widocznie uznał, że niepotrzebnie dał się ponieść wzruszeniu, jakie wywołał widok metalowych skrzyń, które miały dla niego jakieś szczególne znaczenie.

– Nie interesuje pana, co zawierają? – zapytał Rahn po długiej chwili milczenia. Był zadowolony, że Reichsführer nie kontynuował tematu. Powiedział coś, czego mógł żałować już po wyjściu z zimnej jaskini. A wówczas wydałby rozkaz zgładzenia świadka jego słabości.

Wzruszony Himmler odwrócił się do Rahna i położył mu rękę na ramieniu.

– Ten skarb zniszczy chrześcijaństwo i da nową moc narodowi niemieckiemu. Teraz wiem, że sprawdziły się przepowiednie, w które wsłuchiwałem się od lat.

Rahn dostrzegł łzy w jego oczach. Pomyślał, że gdyby nie jego obecność, Himmler padłby na kolana.

– Co pan się spodziewa tam znaleźć? – zapytał wreszcie Reichs-führer.

– Szmaragd ze stu czterdziestoma czterema ściankami. Z korony Lucyfera – wyjaśnił szybko Rahn. – To na pewno...

– Lucyfer, czyli „Niosący światło” – dodał Himmler.

Bez wątpienia czytał książkę, w której Rahn dowodził, że Lucyfer był bogiem dobra, a nie przywódcą diabłów, jakim uczynił go Kościół katolicki, aby zatrzeć ślady kradzieży germańskiej symboliki.

– Tak, zbyt spieszne otwarcie mogłoby zaszkodzić zawartości – powiedział Himmler. – Każę to przewieźć do któregoś z największych miast, aby poddać badaniu w odpowiednich warunkach.

Odwrócił się, zmierzając do wyjścia, ale zatrzymał się, zanim przekroczył kamienne obramowanie jaskini.

– Wie pan co... – odwrócił się w stronę podążającego za nim Rahna. – Musimy pomyśleć o zabezpieczeniu tego skarbu.

– Okolicy pilnuje stu kilkudziesięciu esesmanów – wyjaśnił Rahn.

– Wiem, ale to za mało. – Himmler zniecierpliwiony machnął ręką. – Jeżeli wiadomość o pańskim odkryciu dotarła do aliantów, to możemy się spodziewać silnego ataku. Tak silnego...

Jakaś myśl przyszła mu do głowy, gdyż nie kontynuował tego tematu.

Przez całą powrotną drogę milczał. Rahn nie śmiał się odzywać, gdyż uznał, że Reichsführer przemyśliwuje jakiś plan o ogromnym znaczeniu dla dalszego biegu polityki. Ta myśl napawała go przerażeniem, że któregoś dnia może zostać obarczony pośrednią odpowiedzialnością za to, co miało się stać.

Powrotna droga do Tarascon wydawała się krótsza. Dojechali tam tuż przed północą. Przemknęli szybko ulicami miasta, w którym okiennice wszystkich domów były pozamykane, a jedyne światła, jakie można było dostrzec, to reflektory posterunków poustawianych w każdym zaułku. Jechali wprost na bocznicę za dworcem, gdzie stał sześciowagonowy pociąg.

Himmler, ledwo zatrzymali się na wybetonowanym podjeździe, pospiesznie wysiadł i wspiął się po wysokich stopniach do wagonu łączności. Rahn podążył za nim.

– Znajdźcie Lammerdinga! – Himmler krzyknął do oficera, który zerwał się od stolika zastawionego aparaturą radiową.

Zdjął czapkę i usiadł na wąskiej kanapce przy ścianie wagonu. Wciąż był mocno podekscytowany.

Ktoś odepchnął Rahna i przemknął obok. To adiutant Himmlera przybiegł do wagonu na wieść, że szef właśnie przybył. Już w drzwiach usłyszał polecenie odnalezienia Lammerdinga.

– Reichsführer, od trzech dni nie mamy łączności z jego grupą – wyjaśnił jeszcze zdyszany krótkim biegiem. – Sądzę, że jest w ogniu najgorętszych walk.

– Dobrze. – Himmler przesunął dłonią po gładko wygolonym karku. – Szukajcie go i równocześnie przekażcie wiadomość do dowódcy armii: oddział „Lammerding” ma zostać natychmiast odesłany do Francji w celu odbudowy stanu osobowego.

Rahn słyszał, że generał Heinz Lammerding dowodził dywizją „Das Reich”, która poniosła bardzo ciężkie straty na froncie wschodnim. Z kilkunastu tysięcy żołnierzy pozostał oddział liczący nieco ponad dwa tysiące i nazwany „Grupą Lammerdinga” przedzierał się przez Ukrainę do Polski. Zrozumiał, że oni mają przejąć straż nad skarbem. I pomyślał, że nie sposób znaleźć lepszego strażnika niż oddział, który walczył w tej wojnie od samego początku na wszystkich frontach: od Polski, poprzez Francję, Bałkany, aż wykrwawił się na froncie wschodnim. Ci, którzy tam pozostali, byli diabłami.

Himmler podniósł się ciężko z niewygodnej ławki. Mimo wielogodzinnej podróży pociągiem, potem wyprawy do jaskini, nie wyglądał na zmęczonego.

– A, Rahn, omalże o panu zapomniałem – uśmiechnął się i podszedł bliżej.

– Jakieś rozkazy, Reichsführer?

– Nie – odpowiedział po namyśle. – Na razie wszystko pozostaje na swoim miejscu. Nie muszę panu mówić, że to największa tajemnica. Największa tajemnica, Rahn – powtórzył, a w jego głosie można było łatwo wyczytać groźbę.

– Rozumiem, że mam pozostać tutaj. – Rahn chciał wyjaśnić swoją sytuację.

– Tak, jako kurator. Wkrótce przybędzie dywizja „Das Reich”. Jej obecność odstraszy ewentualnych intruzów. Gdy nadejdzie czas, pana odkrycie odegra swoją rolę w historii. Proszę mi wierzyć.

Odwrócił się i skierował do drzwi wagonu. Gdy był już na stopniach, spojrzał na Rahna.

– Niech pan weźmie kąpiel i, chociaż jest późno, to zapraszam do mojej salonki na koniak – powiedział już innym tonem.

2. Tysiącletnia tajemnica

Nigdy potem nikt nie słyszał o skarbie z Montségur. Zapewne było to wynikiem rozkazu, jaki Himmler wydał wszystkim, którzy mieli się z nim zetknąć. Za jego złamanie groziła śmierć. Ponadto dopuszczał tylko najwierniejszych, żołnierzy z dywizji, która uzyskała szczególną sławę. A wśród nich było niewielu, którzy wiedzieli, czego pilnują.

Tajemnica z Montségur zniknęła na wiele lat. Jednakże wszystko zostawia ślad. Nawet kamień wrzucony do głębokiej wody. Ten ślad pojawił się niespodziewanie w miejscu odległym od Langwedocji, w marcu 2001 roku, choć ludzie, którzy go zobaczyli, nie zdawali sobie sprawy, że dotykają największej tajemnicy drugiej wojny światowej, tajemnicy, która znowu miała wstrząsnąć światem.

„Terza Posizione”, Rzym, marzec 2001 r.

Światło z silnej lampy wiszącej tuż nad stołem padało na drobne dłonie dziewczyny pochylonej nad kłębowiskiem kabli.

Peppe stanął niezdecydowany w drzwiach i rozejrzał się. Wielkie pomieszczenie na strychu oświetlały jedynie dwa półokrągłe okna, których brudne szyby, zapewne myte tylko przez deszcz, niewiele przepuszczały słońca. Daleko od drzwi, pod skośnym dachem stał masywny stół jasno oświetlony lampą zwisającą z krokwi i drugą, stojącą na blacie. Z zaskoczeniem dostrzegł dziewczynę pochyloną nad stołem. Była drobna, z krótko przyciętymi włosami, jasnymi jak słoma na sierpniowym polu. Chrząknął, ale nie odwróciła głowy, zbyt zajęta swoją czynnością. Podszedł więc i usiadł na okrągłym stołku z boku.

– Myślałem, że spotkam tu faceta – odezwał się.

Nie zareagowała. Widział już jej rysy, lekko zadarty nos, duże oczy, wąskie, jakby zacięte usta.

– Imponuje mi to, co robisz – mówił niezrażony brakiem reakcji.

Nie zwracała na niego uwagi. Przyłożyła końcówkę kabla do drukowanej płyty i sięgnęła po lutownicę wetkniętą w druciany stojak. Przytrzymała chwilę przy lucie, z którego uniósł się dymek kalafonii, i przeniosła rozgrzaną kroplę na płytkę. Dopiero wtedy wyprostowała się i spojrzała na Peppego.

– Przyszedłeś, żeby mi przeszkadzać? – powiedziała zniechęcona obecnością człowieka, który opóźniał jej pracę. – No, co?

– Broń Boże, przyniosłem jakieś elektroniczne części.

– Od razu trzeba było mówić. Połóż tam. – Wskazała na półkę z boku stołu, gdzie leżało już kilka paczuszek. Każda z innego sklepu. To było oczywiste, że po wybuchu policja będzie zbierała okruchy i usiłowała odtworzyć, skąd pochodzą.

Dziewczyna sięgnęła po papierosy. Widać było, że jest zmęczona długim przesiadywaniem w jednej pozycji, pochylona nad urządzeniem na stole. Może dlatego, uznając, że musi zrobić przerwę, nie przegoniła Peppego, choć widać było, że ma na to ochotę.

– Klara, ładne imię – powiedział.

– Fałszywe. – Wypuściła kłąb dymu, patrząc mu wprost w oczy, jakby się zastanawiała, czy wieczorem pójdą do łóżka.

– Słyszałem, że jesteś Niemką...

– Wystarczy posłuchać, jak mówię po włosku. Masz jeszcze dużo głupich pytań?

Wstała i przeciągnęła się. Nie była wysoka, ale bardzo proporcjonalnie zbudowana. Drobne piersi naprężyły się pod cienkim sweterkiem. Chętnie by się z nią umówił. Ale od razu przyszło mu na myśl, że wkrótce ta dziewczyna wyląduje w więzieniu, z którego szybko nie wyjdzie. Cała jej młodość zwiędnie w celi. A on miał się do tego przyczynić.

– Ja będę to instalował – wskazał na urządzenie na stole. Wyczuł, że wreszcie zyskał jej zainteresowanie.

– Od razu tak trzeba było – powiedziała już innym tonem.

– Jestem Peppe – przedstawił się. – Powiesz, jak to działa?

Usiadła ponownie na zydlu i przysunęła czarne pudełko niewiele większe od paczki papierosów, z którego przodu widać było niewielki otwór zamknięty soczewką.

– To jest czujnik laserowy – wyjaśniła. – Radiowo przekaże sygnał o szybkości samochodu do głównego modułu, który uruchomi fotokomórkę.

Sięgnęła po dwa czarne masywne pudełka o zaokrąglonych rogach.

– Jedno po jednej stronie drogi, drugie – po drugiej. Maksymalnie czterdzieści metrów od siebie. Ważne jest, aby się widziały. Dlatego zainstalowanie tego wymaga trochę pracy. Musisz to zrobić w nocy, oczywiście ubezpieczany, żeby nie napatoczyła się policja.

Zdjęła matową obudowę, ujawniając mechanizm.

– Tu jest pryzmat. Patrząc w niego, będziesz mógł precyzyjnie nakierować na urządzenie po drugiej stronie. Diody zapalą się, gdy wszystko będzie w porządku. Proste. Ładunek wybuchowy jest w teczce. Postawisz ją na murku w miejscu zaznaczonym kredą. To wszystko. Masz pytania?

– Fotokomórka nie rozróżnia samochodów, prawda? Może odpalić ładunek, gdy inny samochód przetnie promień. Mylę się?

– Mylisz się. Po to jest laser. Namierzając nasz cel, prześle informacje o jego prędkości do komputera. – Wzięła w rękę metalowe pudełko z niewielką anteną wystającą spod obudowy. – Ten wyliczy, kiedy włączyć fotokomórkę, i zrobi to dokładnie w chwili, gdy nasz samochód znajdzie się na linii strzału. Wszystko jasne?

Zdusiła niedopałek w metalowej popielniczce, dając znać, że nie ma już czasu na dalszą rozmowę.

– W ten sam sposób załatwiono prezesa Deutsche Banku, bodajże w 1988 roku.

– W 1989 – poprawiła go. – Wiem to na pewno.

Znowu pochyliła się nad urządzeniem, w którym coś lutowała. Nie chciała rozmawiać na ten temat. Był dla niej zbyt bolesny.

Nikt tego nie wiedział tak bardzo dobrze jak ona, chociaż wtedy miała zaledwie dziesięć lat. Jej prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Gertruda Grams. Była córką Wolfganga, który ten zamach przeprowadził. To był ostatni dzień, kiedy widziała ojca. Potem, przez cztery lata, uciekał, ukrywał się. Rzadko dzwonił. Raz tylko matka pozwoliła jej rozmawiać z ojcem. Pamiętała jego słowa:

– Córeczko, kocham cię. Przyjdzie dzień, gdy będziemy razem.

Nie przyszedł. Za to któregoś dnia, w czerwcu 1993 roku, przyszła wiadomość, że jej ojciec zginął otoczony przez policjantów z GSG-9. Potem dowiedziała się, że zabito go umyślnie, położono ciało na torach kolejowych, że niby spadł z peronu.

Od tego czasu myślała tylko o zemście. I realizowała ją, z bezwzględnością, na jaką byłoby stać tylko najsilniejszego mężczyznę. W Organizacji była cenioną specjalistką od zapalników. Kiedy kończyła prace nad ładunkiem, który miał usunąć z tego świata kogoś skazanego na śmierć przez Organizację, na obudowie wpisywała „Córeczko, kocham cię”. Każdy ładunek był zemstą za jego śmierć.

– Dziękuję. – Peppe wstał powoli ze stołka. Już wiedział, że dalsze próby rozmowy z dziewczyną nie przyniosą rezultatu. – Widzę, że masz jeszcze trochę pracy. Kiedy po to przyjść?

– Jutro rano – rzuciła, nie odrywając wzroku od plątaniny kabelków.

– To do jutra. Może przynieść ci coś? Kawę albo colę?

Nie odpowiedziała, więc ruszył do drzwi, zbyt masywnych jak na zamknięcie wejścia na zwykły strych. Odsunął zasuwę i stanął na wąskich schodach prowadzących do głównej klatki schodowej. Zastanawiał się, kto ma być ofiarą. Nie sądził, że dowie się tego, zanim nastąpi wybuch. Organizacja miała strukturę, dobrze zabezpieczającą przed złamaniem tajemnic. Nie wątpił, że „Terza Posizione”, do której dotarł przed trzema laty, była tylko przybudówką znacznie większej struktury, ale pomimo że go ceniono, nie dowiedział się tego. Musiałby wejść na wyższe szczeble w organizacyjnej hierarchii, a to trwało bardzo długo. Nie spieszyło mu się. Jego zadaniem było penetrowanie „Terza Posizione” i odniósł duże sukcesy, odkrywając, że wielu poważnych włoskich polityków było członkami tej neonazistowskiej formacji.

Przypomniał sobie o spotkaniu w sprawie samochodu, który chciał kupić, i szybko zadzwonił, informując, że spóźni się kilkanaście minut. Wsunął telefon komórkowy do kieszeni i rozejrzał się za automatem telefonicznym. Zobaczył go po drugiej stronie ulicy, na ścianie jakiegoś urzędu, do którego prowadziły płaskie schody.

Nigdy do przesyłania meldunków nie używał telefonu komórkowego, gdyż obawiał się podsłuchania rozmowy lub namierzenia miejsca, z którego dzwonił. Być może była to za daleko posunięta ostrożność, ale obawiał się, że kontrwywiad Organizacji może kontrolować rozmowy członków.

Wsunął monetę i wykręcił numer do prywatnego mieszkania, w którym mieściła się jego skrzynka kontaktowa.

– Mówi Massimo – przedstawił się.

To było hasło. Zmieniał imię za każdym razem, gdy dzwonił. Poprzednie brzmiało Gabriele, teraz Massimo, następnym razem miał powiedzieć „Valerio”. Powinien usłyszeć imię kobiety. Tym razem powinna to być Francesca.

– Francesca – usłyszał kobiecy głos. Zgadzało się.

– Ładunek będzie gotowy jutro rano. Sądzę, że zamach nastąpi za dwa dni.

– To wszystko?

– Tak – powiedział zaskoczony. Nie powinna użyć tych słów!

– Dziękuję. – Kobieta odłożyła słuchawkę.

Nie powinna użyć tych słów! Coś się stało! Oczywiście mogli posłać tam niedoświadczoną dziewczynę, która nie zdawała sobie sprawy, jakie zamieszanie wywoła, odchodząc od procedury.

Rozejrzał się, starając się wyłowić z ludzi po obydwu stronach ulicy kogoś, kto mógłby go obserwować. Nikt jednak nie wzbudzał podejrzeń.

Zaciągnął suwak kurtki, wsunął rękę do kieszeni i ruszył przed siebie. Zimny dotyk rękojeści beretty uspokoił go. Kciukiem przesunął bezpiecznik, gotów w każdej chwili odeprzeć atak, gdyby taki nastąpił. Wciąż zerkając na boki, ruszył w stronę samochodu, który zostawił dwie przecznice dalej. Po kilku krokach skręcił w wąską uliczkę, uważając, że lepiej będzie, gdy zejdzie z szerokiej Via Nazionale. Minął kelnera stojącego przed kawiarnianym ogródkiem i machającego do kierowcy furgonetki z napisem reklamującym usługi pralnicze. Przeszedł na drugą stronę i stanął pod ścianą, aby furgonetka mogła podjechać do kawiarni. Gdy mijała go, boczne drzwi odsunęły się. Wychylił się mężczyzna w białym kitlu.

– Uwaga! – krzyknął.

Peppe odwrócił głowę, ale nie dostrzegł za sobą żadnego zagrożenia. Spojrzał ponownie na mężczyznę w białym kitlu w chwili, gdy ten trzymał w dłoni pojemnik. Biała struga uderzyła go w twarz. Szczypiący dym zmusił do zamknięcia oczu. Trenował i takie sytuacje. Wyszarpnął pistolet z kieszeni i pamiętając, w którym miejscu jest mężczyzna, chciał skierować tam lufę. Tamten był szybszy. Zadał cios drewnianą pałką, co pozbawiło Peppego przytomności.

Ocknął się, leżąc na podłodze, z rękami związanymi plastykowym paskiem i ustami zaklejonymi taśmą. Oczy wciąż go piekły.

Odwrócił głowę. Obok niego leżała kobieta, tak samo skrępowana. Pomyślał, że może to być prawdziwa Francesca, w której miejsce podstawiono inną. Ktoś wydał ich Organizacji. Już wiedział, że nie docenił, jak głęboko zapuściła swoje macki w struktury włoskich tajnych służb.

– Oprzytomniał – usłyszał głos, dobiegający z pokoju obok. Po chwili kroki. Silne ręce schwyciły go pod ramiona i posadziły na krześle. Mężczyzna zdarł mu plaster kneblujący usta.

Był w pokoju w willi. Przez szpary w żaluzjowych okiennicach widział drzewa. Musieli wywieźć go do domu na przedmieściu, zapewne stojącego w dużym ogrodzie. Z zewnątrz nie dobiegały żadne odgłosy. W drzwiach prowadzących do drugiego pokoju stanął szczupły mężczyzna o mocno szpakowatych włosach, ubrany z prostą elegancją w najlepszym stylu. Podszedł blisko i pochylił się nad Peppem.

– Tak wygląda kapuś, który uważał, że zdoła posiąść tajemnice Organizacji. Powiesz mi, czy informację o zamachu przekazałeś komukolwiek poza nią? – wskazał na dziewczynę leżącą na podłodze.

– Nie zdążyłem.

– Kłamiesz, dzwoniłeś z telefonu komórkowego...

A jednak kontrolowali jego połączenia, choć nie wiedział jak. Nie wydawało mu się to możliwe na co dzień, ale musieli to robić w okresie przygotowań do akcji. Zapewne mieli swoich ludzi w jego sieci komórkowej.

– W prywatnej sprawie. Kupuję samochód.

– Peppe, kłamiesz. – Mężczyzna znowu pochylił się nad nim. – Ja przed tobą jak przed księdzem w konfesjonale, a ty, czym mi odpłacasz?!

– Mówię prawdę.

– Jeżeli nie chcesz odpowiedzieć na tak proste pytanie, to zapewne nie powiesz, co przekazałeś o przygotowaniach do zamachu...

– Nie wiedziałem nic o zamachu. Dopiero teraz, gdy wszedłem na strych, żeby odebrać ładunek.

– Jesteś uparty.

Mężczyzna odwrócił się do stojącego przy drzwiach.

– Weźcie ich na dół. Przyjdę tam... – odsunął rękaw, zerkając na złotego jaeger reverso – za godzinę, wystarczy?

– Wygląda na twardego – mruknął drugi mężczyzna, którego Peppe do tego czasu nie widział. – Może trochę więcej czasu.

– To za dwie godziny – zgodził się elegant. – Wtedy już powinien zacząć mówić. Ją też weźcie. Jak sobie popatrzy, co z nim robicie, to nie będzie kłamała.

Odwrócił się do Peppego. Na jego twarzy malował się smutek, jakby to, co się stało, zmartwiło go i przejęło do głębi.

– Chciałem ci tego zaoszczędzić, a ty tak mnie zawiodłeś.

– Czego chcecie od niej? – powiedział cicho Peppe. – Ona jest policjantką, przyjmowała meldunki i nic nie wie.

Mężczyzna nie zmienił wyrazu twarzy. Wciąż z tym samym grymasem patrzył, jak dwaj mężczyźni wywlekli Peppego. Spojrzał jeszcze na kobietę leżącą na podłodze i wyszedł do drugiego pokoju, gdzie przy stole siedział starszy mężczyzna. Zamknął za sobą drzwi, najwyraźniej po to, aby nie dochodziły do nich odgłosy szamotaniny, jaka mogła nastąpić, gdy będą wywlekać kobietę.

– Reiner – mężczyzna wstał zza stołu – to, że zgodziłem się z tobą współpracować, nie znaczy, że akceptuję twoje metody.

– Drogi panie Bückner. – Mężczyzna nazwany Reinerem podszedł bardzo blisko. Nie spodobała mu się ta uwaga. – Powinien pan rozumieć, że muszę się dowiedzieć, czy policja wie o zamachu.

– Mamy wielu informatorów w policji. Ta szarpanina nie jest potrzebna – zaoponował Bückner.

Reiner poruszył ustami, jakby dawał wyraz narastającemu poirytowaniu. Nie odważył się jednak okazać tego w bardziej widoczny sposób.

– Można przyjąć, że ma pan rację – stwierdził równie beznamiętnie – ale ten Peppe został wykryty przez przypadek. A to oznacza, że nasza wielka operacja była na krawędzi klęski. Pan, stary żołnierz, wie, co to znaczy. Nie mogę pozostawić cienia wątpliwości.

Wciąż mówił spokojnie, z wyraźną wyższością, choć i szacunkiem wobec starca. Można było odnieść wrażenie, że tylko jemu pozwalał na słowa krytyki.

Bückner już nie odpowiedział. On czuł wyższość Reinera. Ten uśmiechnął się.

– Mam jednak dla pana dobrą wiadomość: znaleźliśmy człowieka, który złamał tajemnicę ODESSY!

Bückner patrzył pytająco. Wiedział, o jakiej tajemnicy mówił Reiner, a te słowa przywołały obraz, który nękał go co noc. Dziesięcioletni chłopak o jasnych prostych włosach, biegnący przez ulicę, przewracający się, gdy kula trafiła go w ramię. Torba spadająca mu z ramienia i krzyk żołnierza: „On ma granaty!”.

– Jak to? – odezwał się Bückner, aby przegnać uporczywą myśl.

– W 1945 roku Amerykanie przerzucili go na Dolny Śląsk. Tam ukrywał się przez pięćdziesiąt pięć lat, a my go szukaliśmy.

– Jak go znaleźliście?

– Przypadek, rozsierdzony staruch z CIA, zły na nich, że go postawili przed sądem za defraudację, wyrzucili ze służby i pozbawili emerytury, zaczął opowiadać o starych dziejach.

– A co zrobicie z tym ze Śląska?

– Musimy się dowiedzieć, co wie i komu co powiedział. Na razie go obserwujemy.

Bückner pokiwał głową.

– Czas na mnie – wstał. – Dasz mi sygnał?

– Nie muszę. Będziesz wiedział.

Podszedł do Bücknera, który wstał i sięgał po płaszcz rzucony na oparcie fotela. Pomógł mu się ubrać i poprowadził do drzwi. Bückner zatrzymał się.

– Czasem zastanawiam się, komu powinienem być wierny: tobie czy staremu druhowi z wielkiej dywizji?

– Organizacji – bez chwili wahania odpowiedział Reiner.

Wyprowadził starca na niewielki podjazd przed willą i patrzył, jak wsiada do samochodu. Podniósł rękę i pomachał na pożegnanie, a gdy tylko samochód skrył się za wielkim klombem, odwrócił się i zatarł ręce. Nadchodził wielki czas! To mogło trwać jeszcze kilka lat, ale on jest tym, który wprowadził Organizację na drogę, jaką bała się iść.

Więzień piekła, Warszawa, marzec 2001 r.

– Szef pana prosi – głos sekretarki zabrzmiał oficjalnie. Już nauczył się przewidywać, co nastąpi, gdy sekretarka szefa stawała się bardzo urzędowa. Tym razem nie miał żadnych wątpliwości. Nawet czekał na to wezwanie.

Po chwili dodała, akcentując i przeciągając środkową sylabę:

– Natyyychmiast!

Robert wiedział, że nie ma nic na swoją obronę.

Poprzedniego dnia bulwarówka zrobiła z niego prokuratora- -szeryfa. Tytuł na całą stronę krzyczał czarnymi literami: „Robert S. (przedstawiono go jak przestępcę) ratuje życie antyterroryście”. To się zgadzało. Zabiegał o to, żeby wziąć udział w akcji planowanej na Bemowie. Tam w mieszkaniu w bloku ukrywał się „Walenty”, Ukrainiec działający w gangu pruszkowskim. Robert uważał, że bandyta może mieć przy sobie materiały ważne dla sprawy, jaką prowadził od roku, gdy okazało się, że „Pruszków” na zlecenia z Niemiec poszukuje i przemyca skarby drugiej wojny światowej ukryte na Dolnym Śląsku. „Walentego” widziano w miasteczku Leśna, a świadkowie mówili, że zastraszał ludzi z grupy badawczej, prowadzącej jakieś prace archeologiczne w tym rejonie. Wkrótce informator z gangu przekazał wiadomość, że sprawa nabrała rozmachu: przerzut do Wiednia był już gotowy i czekał na transport. Tylko tyle. Robert nie wiedział, co będą przemycać, ale zdawał sobie sprawę, że nie może tego zlekceważyć. To była najważniejsza sprawa w jego trzyletniej karierze prokuratora. A nie wierzył antyterrorystom. Rozgorączkowani atakiem mogli zatrzeć ślady, na których mu zależało. Dlatego wybłagał u zwierzchników zgodę na udział w akcji, co nie spotkało się z uznaniem dowódcy grupy. Pocierał dłonią łysą czaszkę, wpatrując się w papier, aż wreszcie powiedział:

– Jak się, kurwa, wychylisz, to sam ci jaja odstrzelę. Masz iść za moimi chłopakami, żebyś im nie przeszkadzał albo nie wszedł na linię ognia. To nie amerykańskie kino, kurwa, rozumiesz? Sławek jestem – dodał na koniec.

Szedł, jak mu przykazano, za ostatnim z czwórki, która wysadziła drzwi antywłamaniowe i wdarła się do mieszkania na trzecim piętrze. Dwaj inni zjechali z dachu na linach i wykopali okna. Zanim Robert wszedł do mieszkania, dwaj bandyci leżeli z rękami zawiązanymi nylonowymi paskami na plecach, a naga dziwka wrzeszczała coś na łóżku, zanim któryś z komandosów nie walnął jej w twarz.

Sławek odwrócił się do niego, zsuwając kominiarkę na górę twarzy, najwidoczniej aby pokazać uśmiech zadowolenia po sprawnej i bezkrwawej akcji. I wtedy Robert dostrzegł kątem oka, jak uchylają się drzwi ściennej szafy. Niedużo, tylko aby w szparze zmieściła się lufa pistoletu wycelowana w plecy dowódcy. Robert kopnął w drzwi, łamiąc nadgarstek bandycie i ratując życie Sławkowi, któremu uśmiech zamarł na ustach. Wyciągnął rękę i powiedział tylko:

– Dobry jesteś. Możesz, kurwa, z nami chodzić.

I uścisnął dłoń Roberta, co ten zapamiętał do następnego dnia, zastanawiając się, czy nie powinien pojechać na pogotowie, aby zrobili prześwietlenie kości dłoni.

Wtedy, gdy wychodził z budynku prokuratury, dopadł go dziennikarz w kamizelce z dużymi kieszeniami na każdym boku i mikrofonem w ręku.

– Panie prokuratorze, słowo daję, tylko do mojej wiadomości – zapewniał.– Słyszałem o Bemowie, jak to było? Bo, wie pan, antyterroryści to chłopaki nie do rozmowy, ale ja swoje wiem...

Robert powiedział kilka słów, co zostało wydrukowane jako wywiad z nim. Oczywiście ze zdjęciem, na którym wyglądał wyjątkowo głupio. I pod wielkim tytułem.

Sekretarka spuściła głowę, gdy wchodził do gabinetu, i machnęła w stronę drzwi do szefa. Ten siedział za biurkiem, na którym wyłożył gazetę. Tę gazetę...

– Witam bohatera brukowców – zaczął z uśmiechem. Robert wiedział, że jeżeli prokurator okręgowy się uśmiecha, to nie może być większego nieszczęścia.

– Tylko pana młody wiek powstrzymuje mnie... – zawiesił głos, poprawił krawat, wstał zza biurka i ryknął – przed wylaniem pana na zbitą mordę!

– Szefie, przepraszam, ale to już mobing, z artykułu...

– I jeżeli jeszcze raz w jakimś gównie przeczytam, że udzielasz wywiadu o swoich wyczynach, to wyleję. Jak mi Bóg miły! Kto ci, kurwa mać, pozwolił tam iść?! Z antyterrorystami, znaczy! Pytam grzecznie!

– No, pan, podpisał...

– Precz!

Jeśli mówi do mnie po imieniu, to znaczy, nie jest tak źle – myślał Robert, wycofując się z gabinetu. Była to jedyna myśl, jaka przyszła mu do głowy na pocieszenie tego dnia.

Wszedł do swojego pokoju, do którego wstawiono niedawno nowe meble i nieznośnie śmierdziały klejem i plastykową okleiną udającą drewno bukowe. Usiadł za biurkiem, którego nie zdążył zagospodarować, czego wynikiem była sterta papierów na blacie. Włączył radio, licząc, że muzyka poprawi mu nastrój, ale zamiast tego usłyszał wiadomości. Jak pech to pech. I wtedy spojrzał na kalendarz.

Trzynasty marca wyjaśnia wszystko – pomyślał i położył kalendarz, aby nie patrzeć na czarne cyfry.

Odgłos dzwonka telefonu podziałał jak dźwięk syreny alarmowej. Drgnął. Zdecydowanie był źle nastawiony do rzeczywistości. Telefonistka z centrali informowała, że zgłosił się do niego niejaki Bronisław Piasek w sprawie przemytu dzieł sztuki przez gang pruszkowski.

Czyżby otwierał się nowy wątek? Nie miał wątpliwości, że ten człowiek zgłasza się po przeczytaniu artykułu o nim. Może nabrał odwagi albo uznał, że znalazł takiego prokuratora, jak Eliot Ness z Nietykalnych?

– ...Ja przyjechałem z Wałbrzycha – powiedział szybko mężczyzna, który stanął w drzwiach, jakby odległość, jaką przebył, miała szczególne znaczenie.– Nazywam się Bronisław Piasek, jak taki piasek na ziemi.

Robert skinął głową i wskazał na krzesło przed biurkiem, ale mężczyzna nie poszedł za jego zaproszeniem. Wciąż stał pół kroku od drzwi.

Był średniego wzrostu, szczupły, lekko zgarbiony, z twarzą pooraną zmarszczkami, z siwymi włosami w rzadkich pasmach opadających na czoło. Należał do ludzi, których wieku nie sposób określić. Mógł mieć lat sześćdziesiąt parę, jak i osiemdziesiąt parę. Na jego twarzy widać było zmęczenie, jakie bez wątpliwości wywołała długa nocna podróż.

Robert ponowił zapraszający gest i zapytał:

– Napije się pan kawy, herbaty?

W tym człowieku było coś, co wzbudzało litość. Tamten pokręcił głową i dodał szybko:

– Ja zajmę panu tu... równe dwie minuty, panie prokuratorze...

Tytuł wypowiedział błagalnym tonem i natychmiast sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął coś, ale nie pokazał, trzymając w zaciśniętej pięści.

– Proszę pana prokuratora, patrząc na mnie, to pan powie, że ja jestem biedny człowiek...

Robert wzruszył ramionami, jakby chciał zaprotestować, ale tamten mówił dalej.

– No bo palto wytarte, buty taniutkie, wyrobione na podeszwach. Biedny jestem, ale, niech pan słucha: i bogaty. Bardzo bogaty! Bo wiem o skarbie, jakiego pan sobie nie wyobraża. Nie wyobraża! – powtórzył, akcentując każdą głoskę.

Robert oparł się wygodniej. Ilu takich ludzi już spotkał? Mówili o tajemniczych pociągach, które wjeżdżały w tunele w górskich zboczach i nigdy stamtąd nie wyjechały. O przejściach prowadzących do podziemnych tuneli biegnących z Wrocławia do Berlina. To były wymyślone historie, których autorzy chcieli stać się kimś ważnym, zwrócić na siebie uwagę.

Co za dzień! – pomyślał Robert. – Najpierw opieprz od szefa, teraz rozmowa z wariatem, który nie da się łatwo wyrzucić. A, i jeszcze do tego kłopoty z samochodem.

Rano stary jeep wrangler dał znać, że trzeba go oddać do warsztatu. I to za duże pieniądze.

– Niech pan da mi tylko dwie minuty. – Piasek zauważył, że Robert nie słucha go wystarczająco uważnie. – Proszę...

Powoli otworzył palce, aby pokazać niewielki krążek. Wyglądał jak duży medalion albo identyfikator, jaki żołnierze zawieszali na szyjach, aby można było ustalić ich tożsamość, gdyby padli na polu bitwy. Nie miał jednak charakterystycznej perforacji, pozwalającej przełamać go, aby jedna połowa, nanizana na sznurek lub rzemień, pozostała na szyi zabitego, gdy drugą oddawano do oddziałowej administracji liczącej zabitych. Ponadto napisy wyryte na krążku, jaki mężczyzna trzymał na środku dłoni, różniły się od wojskowych blaszek.

– To nie jest nieśmiertelnik – wyjaśnił szybko, rozumiejąc, nad czym zastanawia się Robert.

Wciąż trzymał wyciągniętą rękę.

– To dowód osobisty. Z piekła... – dodał.

– Ale pan mówił coś o przemycie dzieł sztuki przez „Pruszków” – Robert powiedział to specjalnie, mając nadzieję, że ta uwaga skłoni gościa do podjęcia tematu, a nie snucia długiej opowieści o obozowych czasach. Nie wierzył w zapewnienia, że będzie to trwało tylko dwie minuty.

– Pan nawet nie ma pojęcia, co oni chcą przemycić!

– A pan wie?

– Wiem. Wydaje mi się, że wiem... bo ja byłem więźniem piekła, panie prokuratorze.

Przewrócił krążek na drugą stronę. Światło z okna wydobywało litery wyryte na gładkiej powierzchni: „KL Gross Rosen”.

– A to mój znaczek identyfikacyjny z obozu Gross Rosen. Myślał pan, że to nieśmiertelnik? Właściwie można tak powiedzieć, bo ten, kto przeżył obóz, jest nieśmiertelny.

Zamilkł na chwilę. Zamknął dłoń i wsadził do kieszeni.

– Ale bez obaw... – ożywił się nagle. Widocznie uznał, że spłoszy Roberta zapowiedzią wspomnień o obozowym życiu, i zmienił tembr głosu. – Nie o tym chciałem mówić...

Przysunął się o pół kroku.

– Powiem tylko tak: przywiozłem stamtąd, z piekła, tajemnicę, której się boję. Ukrywam ją od przeszło pół wieku. Aż uznałem, że muszę ujawnić... – Nie przestając mówić, wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza grubą niebieską kopertę.

– ...Ale ja nikomu nic nie powiedziałem i nie powiem. Tu wszystko napisałem. Nie wysłałem pocztą, bo może trafić w niepowołane ręce. Pan to przeczyta. Proszę.

Podciągnął ramiona jesionki i odwrócił się w stronę drzwi.

– I to już. To wszystko. Dziękuję, że mnie pan wysłuchał. Dziękuję i do widzenia.

– Chwileczkę, a co z przemytem dzieł sztuki?

– Tam wszystko pan znajdzie. To coś znacznie więcej! Więcej!

Wyciągnął z kieszeni czapkę, nasadził na głowę, dotknął palcami daszka i ruszył do wyjścia. Utykał na lewą nogę. Zanim sięgnął do klamki, zatrzymał się.

– Niech pan przeczyta. Tam wszystko pan znajdzie. Tylko tyle powiem – rzucił przez ramię. Ponownie podniósł rękę do daszka i wyszedł.

Robert podszedł do okna i patrzył za nim. Zauważył, że Piasek, który był już na parkingu przed budynkiem, obejrzał się kilkakrotnie, jakby sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. A może, nie znając miasta, zastanawiał się nad drogą? Po kilku chwilach zniknął za drzewami rosnącymi wzdłuż jezdni.

Całe zajście zaskoczyło Roberta. Z reguły takie sprawy biegły służbowym torem. Ktoś zgłaszał się na policję lub do prokuratury w swoim mieście. Składał tam zawiadomienie o przestępstwie. I w ten sposób, jeżeli dotyczyło to śledztwa, które prowadził, sprawa trafiłaby do niego. A tu w jego pokoju stawił się człowiek z daleka, który nie chciał pójść na komisariat w Wałbrzychu, lecz wsiadł do nocnego pociągu i przez wiele godzin jechał, aby oddać zeszyt i znowu wiele godzin wracać do swojego miasta. Wyglądał na przestraszonego i zagubionego, jakby usiłował znaleźć wyjście z trudnej, a może niebezpiecznej sytuacji. Bał się czegoś?

Spojrzał na niebieską kopertę. Jej boki były zaklejone przezroczystą taśmą, zwietrzałą, bo odchodziła w kilku miejscach. Widocznie autor chciał jak najlepiej zabezpieczyć zawartość przed niepowołanym spojrzeniem.

Usiadł ponownie za biurkiem. Dzień był pochmurny, więc okno za jego plecami wychodzące na północ dawało niewiele światła. Zapalił lampę ze srebrnym metalowym kloszem i zerwał taśmy z boków koperty. Kilkanaście kartek wewnątrz zapełniały równe linijki liter pisanych przez kogoś, kto miał dużą wprawę w posługiwaniu się piórem, a w młodości przeszedł lekcje kaligrafii.

Piekło, Gross Rosen, marzec 1944 r.

„Jak więzień, najbiedniejsza istota tego świata, przymierająca głodem, może stać się najbogatszym człowiekiem świata? Nie uważajcie mnie za wariata, który w obozie stracił rozum, gdy powiem, że ja nim się stałem. Choć nie mogę dotknąć tego bogactwa. Ale wystarczy, że wiem gdzie jest, a już tylko za tę wiedzę mogę dostać miliony od tych, którzy odważą się sięgnąć po ten skarb. Albo mogę dostać śmierć. A boję się śmierci. Nie jak każdy człowiek, ale jak więzień, który patrzył na nią każdego dnia. Różna była: jednych wieszano, innych katowano lagą, aż umarli, do innych strzelano, nawet dla zabawy, inni szli na druty albo na post, bo mieli już dość męki. To nieprawda, że do widoku śmierci można się przyzwyczaić. Odwrotnie, narasta strach przed nią, gdy widzi się, jak jest potworna. Dlatego boję się śmierci bardziej niż inni ludzie, którzy jej nie widzieli”.

Tego nie pisał człowiek umysłowo chory – pomyślał Robert, choć zdanie o największym bogactwie świata mogło wskazywać na urojenia. – Jak to się nazywa w psychiatrii?

Usiłował sobie przypomnieć mądry termin określający urojenia, ale zrezygnował. W równym piśmie, jakie miał przed oczami, było coś wciągającego. Może dlatego, że kilkanaście minut wcześniej widział człowieka, który to napisał. Przewrócił stronę.

„Miałem dwadzieścia dwa lata, gdy wiosną 1944 roku, było to w marcu, trafiłem do KL Gross Rosen z łapanki w Tarnowie, choć w tym mieście znalazłem się przypadkowo, gdyż urodziłem się i wychowałem w Drohobyczu, w polskiej rodzinie. W obozie od początku byłem w najgorszym miejscu, a to w komandzie robót ziemnych (z niemiecka Schachtkolonne). Wykuwaliśmy tarasy w skale, bo tam wszędzie skały, pod budowę baraków. W naszym komandzie ludzie żyli dwa, może trzy miesiące. Tempo pracy było takie, że kowale nie nadążali z hartowaniem łomów, i ono zabijało, a najczęściej kapo lub blockführerzy. Byłem młody i silny, to mogłem przeżyć, ale przede wszystkim nie pracowałem w tym komandzie długo. W maju okazało się, że potrzebny jest kreślarz, a ja przed wojną uczyłem się w szkole technicznej. Odesłali mnie do Baubüro, gdzie pracowało nas czternastu pod kontrolą esesowców. Kopiowaliśmy plany według oryginałów dostarczanych z Berlina. Głównie chodziło o rozbudowę obozu, nowe baraki dla więźniów i domy dla wartowników, a nawet o komorę gazową, której ostatecznie nie wybudowano. W połowie czerwca 1944 roku esesowcy wybrali spośród nas kreś-larzy czterech i przenieśli do oddzielnego pomieszczenia, specjalnie wygrodzonego z większej sali, z oddzielnym wejściem. Tam często przychodził żołnierz-motocyklista z teczką, przewieszoną przez ramię i zamkniętą na kłódkę. Zazwyczaj towarzyszył mu drugi, z pistoletem maszynowym, ale ten zostawał przed drzwiami. Kluczyk do kłódki miał nasz szef, inżynier z Berlina o nazwisku Türken. Dawał motocykliście, aby ten otworzył kłódkę, a dokumenty z teczki zaraz chował do szafy pancernej, a kluczyk do szuflady. Motocyklista musiał przyjeżdżać z daleka, bo zawsze miał zakurzony płaszcz. Potem się dowiedziałem, że dokumenty przysyłano do Breslau, a stamtąd dostarczano do nas.

Następnego dnia inżynier rozdzielał plany między nas czterech. Żaden nie dostał do przerysowania całego planu, bo zawsze Türken rozdzielał fragmenty.

W ostatnim dniu czerwca apel był krótszy niż zwykle. Nawet nie katowano więźniów skazanych na karę chłosty, jaką zawsze wykonywano po zakończeniu apelu. I nie warto było zastanawiać się, dlaczego.

Mój barak był pierwszy, krótszym bokiem dochodził do placu apelowego. Byłem już przy drzwiach, gdy podszedł do mnie esesowiec Szewc. Stanął naprzeciw i patrzył przez chwilę, nic nie mówiąc. Czułem, jak zaczynają drżeć mi kolana. Hawryło Szewc był inny niż sadyści i mordercy z obozowej załogi. Podobno w cywilu był nauczycielem chemii w gimnazjum gdzieś na Ukrainie. Mówiło się, że studiował nawet na Politechnice Lwowskiej, ale studiów nie skończył, bo związał się z ruchem nacjonalistycznym. Jak Niemcy wkroczyli na Ukrainę w 1941 roku, to zaciągnął się do policji, a potem wzięli go do SS, bo dobrze znał teren i był przydatny do zwalczania partyzantki. Nie wiadomo, jak trafił do Gross Rosen. Było to chyba w 1943 roku. Nie był wysoki ani tęgi, ale strasznie silny. Wąski w ramionach, na krzywych nogach i o twardych dłoniach, zawsze chodził z dębowym drągiem, gładkim, dobrze wypolerowanym. To był symbol jego władzy, ale nie bił więźniów. Jeżeli komendant kazał mu asystować przy egzekucjach lub wymierzaniu kary chłosty, robił to z najwyższą niechęcią i zawsze wskazywał kapo, który miał bić więźnia rozciągniętego na drewnianej ławce. A jednak wszyscy się go bali. Mówił: «W obozie musi być najwyższy porządek i najlepsze wyniki w pracy. Ten, kto się do tego zastosuje, będzie żył. Inni pójdą pod krematorium». Tak, najpierw pod krematorium, gdzie uśmiercano więźniów zastrzykami w serce.

I stanął przede mną. Nie wiedziałem, dlaczego zwrócił na mnie uwagę.

Dygotałem, ale nie czułem zimna.

Podszedł bliżej i stuknął mnie drągiem w klatkę piersiową. Niezbyt mocno, choć zabolało.

– Nu, Piasek, żyć będziesz, bo ja tak chcę...

Wiedział, że ja też znam ukraiński, a później się dowiedziałem, że Szewc też z Drohobycza pochodził, a nawet tam chyba w policji służył.

– Słuchaj... – powiedział. Opuścił drąg i podszedł tak blisko, że czułem wódkę z jego ust. – ...Będziesz ze mną, to przeżyjesz. Nie dlatego, żeś krajan...

Światło reflektora z wieżyczki strażniczej nad bramą zatrzymało się na nas. Szewc obejrzał się, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stoimy przed barakiem, a wartownik z wieżyczki nam się przygląda. Pchnął mnie kijem, mocno, tak że się zachwiałem. Snop reflektora przesunął się dalej. Najwyraźniej wartownik stracił zainteresowanie tym, co się działo przed barakiem. Szewc wskazał na budynek kuchni i zaczął wykrzykiwać rytm marszu.

W obieralni na parterze kilkunastu więźniów siedziało w kucki pod betonowymi korytami, w których płukano jarzyny. Czekali, aż przywiozą brukiew na śniadaniową zupę. Gdy tylko otworzyły się drzwi, zerwali się na równe nogi. Poznali Szewca, ale on ich nie zaczepiał. Wiedział, że są to niemieccy kryminaliści, i wolał z nimi nie zadzierać. Oni byli elitą w obozie i najgorliwszymi pomocnikami katów. Wielu było gorszych niż esesowcy.

Popchnął mnie w stronę schodów na pierwsze piętro do pustego o tej porze pomieszczenia kuchennego z dużymi drewnianymi stołami, których blaty były obite blachą, i wielkimi kotłami na gazowych palnikach pod ścianami. Szewc usiadł na stole. Przez chwilę nic nie mówił. Rozglądał się, sprawdzając, czy na pewno jesteśmy sami. Już wiem, że nie zauważył więźnia, który mył podłogę, gdy tam wchodziliśmy. Ten więzień nazywał się Kultyk. Wyjątkowa swołocz. Nie wiem, czym się zasłużył, ale nagrodzono go przydzieleniem do pracy w kuchennym komandzie. Mógł się najeść. Ale Szewca wolał unikać. Dlatego, gdy zobaczył go wchodzącego, skulił się pod stołem i siedział tam jak mysz pod miotłą.

Szewc wyciągnął z kieszeni papierosa i podał mi. W kuchni nie wolno było palić, ale kto mógł mu zwrócić uwagę.

– Zapal sobie, prawdziwe – mówił łagodnie, tak po przyjacielsku. Patrzyłem, nie wiedząc, co mam zrobić. Trzymałem papierosa końcami palców i nie wkładałem do ust, bo pomyślałem, że to może prowokacja. Nie zwracał na to uwagi. Sam zapalił i potem podał mi ogień.

– Plany kopiujesz...

Przytaknąłem. Pociągnąłem dym i nikotyna sprawiła, że zawirowało mi w głowie. Dawno nie paliłem prawdziwego tytoniu, bo w obozie można było dostać tylko papierosy z siana.

– Wiesz, co to za plany?

– Nie, nikt z kreślarzy nie wie.

– A na co to wygląda?

– Jakby bunkry, ale trudno powiedzieć.

– Dlaczego?

– Inżynier tnie oryginał na kawałki i rozdziela między kreślarzy. Żaden z nas nie zna całości. Potem chowa to do szafy pancernej. Nie wiem, co dalej.

– Kto jeszcze przy nich pracuje?

– Grauberg, Czałbaniak i Zymys.

Szewc był zadowolony z moich odpowiedzi. Uznał, że niczego nie taję. Tylko poruszył ustami, jakby powtarzał nazwiska, które usłyszał.

– Dobrze, Piasek, będziesz się mnie trzymał, przeżyjesz.

Przysunął twarz tak blisko mojego ucha, że niemalże dotykał go ustami, i powiedział cicho. Tak cicho, że Kultyk nie mógł tego usłyszeć.

– Chcę mieć plany, jakie tam rysujecie.

– Jak? To niemożliwe! – krzyknąłem.

Szewc skrzywił się, rozczarowany czy zmartwiony, że jego zamiar, o jakim nie miałem jeszcze pojęcia, może się nie udać.

– Niech pan uwierzy! To niemożliwe! – powtórzyłem z największym przekonaniem, na jakie było mnie stać.