Tajna Wojna Churchilla - Bogusław Wołoszański - ebook
lub
Opis

Tajna Wojna Churchilla to opowieść o mechanizmach władzy, w których prowokacja, szantaż, wykorzystywanie ludzkich słabości, a nade wszystko, wiara w słuszność misji dają zwycięstwo.

 

Rozsypują się tajemnice, otwierają się drzwi sejfów archiwów państwowych i prywatnych, które przez dziesięciolecia strzegły największych tajemnic XX wieku. Dopiero teraz, ponad pół wieku po dramatycznych wydarzeniach, zmieniających świat, możemy podjąć fascynującą próbę odtworzenia prawdy.

Winston Churchill, wytrawny gracz, doświadczony polityk, obejmując urząd premiera rządu brytyjskiego, stanął wobec potężnego wroga, jakim był Hitler, odnoszący zwycięstwa na każdym froncie, na którym zaatakował. Nie tylko tego wroga Churchill musiał pokonać, miał bowiem przeciwko sobie ludzi z najbliższego otoczenia, którzy uważali, że wojna przyniesie ich ojczyźnie klęskę. Ci ludzie chcieli go obalić. Rzucił im wyzwanie. I zwyciężył.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 404


Drogi Czytelniku

Tajna wojna Churchilla przedstawia część historii drugiej wojny światowej, którą tworzyli politycy, prowadzący najkrwawszą wojnę w dziejach ludzkości: Adolf Hitler, Józef Stalin i Winston Churchill. Dyktatorzy działali w tajemnicy przed swoimi narodami, toteż poznanie motywów ich politycznych poczynań i decyzji pozostaje szczególnie trudne. Okazuje się jednak, że równie trudno jest dotrzeć do prawdy o działaniach szefów rządów i państw demokratycznych. Od dziesiątków lat najważniejsze rządowe dokumenty, stenogramy rozmów, rozkazy i raporty pozostają zamknięte w sejfach. Poznaliśmy więc zaledwie część prawdy o czasach, w których kształtowała się nasza historia. Do dzisiaj brakuje ostatecznej odpowiedzi na wiele pytań dotyczących polityki przywódców świata, aczkolwiek dowiedzieliśmy się wystarczająco dużo, aby móc zacząć wypełniać luki w historii drugiej wojny światowej.

Każdy z wielkich tamtego czasu był graczem, prowadzącym nadzwyczaj skomplikowaną i tajną grę. Z trzech przywódców europejskich Winston Churchill znajdował się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Jako pierwszy lord Admiralicji, czyli minister marynarki wojennej w rządzie Neville’a Chamberlaina, nie mógł, umywając ręce, zrzucić odpowiedzialności na zwierzchnika, polityka słabego i ugodowego. Dowodząc wielką flotą, jedyną realną siłą, jaką Wielka Brytania miała na początku drugiej wojny światowej, chciał ją wykorzystać w walce z nazizmem. Czy więc nieszczęsna operacja norweska była prowokacją, która miała zmusić Hitlera do walnej rozprawy na morzu, jedynym polu bitwy, gdzie Brytyjczycy mieli przewagę? Jeśli tak, to dlaczego Churchill, inicjując tę grę, dał się wyprzedzić Hitlerowi, na skutek czego walka zakończyła się przegraną aliantów? Dzisiaj możemy już podjąć próbę udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Następny etap politycznej działalności Churchilla był równie trudny. Objął urząd premiera w maju 1940 roku, w dniu, w którym niemieckie armie uderzyły na Francję. Churchill powiedział Brytyjczykom, że może im zaoferować tylko „krew, pot, trud i łzy” – oni zaakceptowali to i poparli go w najtrudniejszym okresie. Nie wszyscy, nie znalazł bowiem poparcia u wielu polityków i arystokratów, mających wielkie wpływy w państwie. Uważali oni, że Churchill prowadzi Wielką Brytanię do zguby. Premier, aby wygrać wojnę z Niemcami, musiał najpierw zwyciężyć tych, którzy nie chcieli walki z nazizmem i usiłowali porozumieć się z Hitlerem. Prowadził więc swoją tajną wojnę przeciwko nazistom, mając przeciwko sobie ludzi ze swojego otoczenia. Wygrał, lecz do dzisiaj wiele jego poczynań osłania tajemnica. Warto podjąć próbę zebrania ujawnionych faktów, odtajnionych dokumentów, publikowanych dopiero teraz zeznań świadków, aby ukazać, jak trudną kampanię przeprowadził Churchill i jak wielkie zwycięstwo odniósł u siebie w kraju, zanim pokonał Hitlera. Następne lata – gdy udostępnione zostaną tajne dokumenty z archiwów państwowych i prywatnych, pamiętniki ukryte jeszcze za życia ich autorów w dobrze strzeżonych miejscach – dopiszą nowe rozdziały tajnej działalności Winstona Churchilla.

Gambit Churchilla

Dwusilnikowy de Havilland Flamingo, kołysząc się na nierównościach betonowych płyt lotniska w Croydon, dojechał do hangaru, przed którym stała grupka cywilów, najwidoczniej wysokich urzędników ministerialnych, oraz oficerów w marynarskich mundurach. Przyszli, aby powitać Winstona Churchilla, wracającego z dwudniowej wizyty w Paryżu.

Samolot zatrzymał się przed hangarem. Pilot otworzył boczne okienko i patrzył, jak kilku mechaników z obsługi lotniska pchało w stronę samolotu metalowe schodki. Po chwili podniósł się z fotela i otworzył drzwi do kabiny pasażerskiej.

– Jesteśmy na miejscu, sir – powiedział do Winstona Churchilla, który zatopiony w myślach zdawał się nie zwracać uwagi na to, co dzieje się dookoła niego.

– Damned – mruknął Churchill.

Siedzący obok generał Edward Spears doskonale rozumiał, do czego pierwszy lord Admiralicji w ten sposób nawiązał. Churchill liczył, że w czasie krótkiego pobytu w Paryżu uda mu się pozyskać przychylność francuskich dowódców i polityków dla jego dwóch wielkich planów, które miały być zrealizowane równolegle i mogły zmienić bieg wojny, niekorzystny dla aliantów.

Plan „Royal Marine” zakładał zrzucenie przez samoloty sześciu tysięcy min w nurty Renu, między Strasburgiem a rzeką Lauter, co spowodowałoby poważne zakłócenia transportu na najważniejszej niemieckiej rzece. Miała to być odpowiedź aliantów na ataki niemieckich okrętów podwodnych na alianckie statki, prowadzone od września 1939 roku. Zgoda Francji na udział w planie zaminowania wód Renu była niezbędna, gdyż lewy brzeg rzeki w części jej biegu należał do niej.

Drugi plan o kryptonimie „Wilfred” przewidywał przeprowadzenie podobnej akcji stawiania min, tyle że u wybrzeży Norwegii, a miał na celu zablokowanie dostaw szwedzkiej rudy żelaza do Niemiec.

W lecie trasa transportu rudy prowadziła ze Szwecji, z kopalń w rejonie miasta Gällivare do portu Lulea w Zatoce Botnickiej, skąd niemieckie statki zabierały rudę do bałtyckich portów Trzeciej Rzeszy. Była to bezpieczna droga, poza zasięgiem angielskich i francuskich samolotów. Jednakże w zimie Zatoka Botnicka, leżąca pod kołem podbiegunowym, pokrywała się lodem tak grubym, że żegluga stawała się niemożliwa i rudę przewożono koleją do Narwiku w Norwegii, a stamtąd statkami do Niemiec. Transportowce płynęły po norweskich wodach terytorialnych, kryjąc się w fiordach, co skutecznie chroniło je przed atakami brytyjskiej floty i lotnictwa.

Rząd brytyjski, zdając sobie sprawę, że dostawy szwedzkiej rudy żelaza mają istotne znaczenie dla gospodarki niemieckiej, a zwłaszcza przemysłu zbrojeniowego, rozważał najrozmaitsze plany ich zablokowania. Początkowo Brytyjczycy myśleli o wprowadzeniu swoich wojsk do Norwegii i Szwecji pod pretekstem przemarszu na teren Finlandii, która od końca listopada 1939 roku stawiała opór radzieckiej agresji. Zamysł ten miał małe szanse na realizację. W czasie gdy trwała wojna radziecko-fińska, Wielka Brytania przerzucała swoje siły ekspedycyjne do Francji i choć żołnierze mieli tylko przepłynąć kanał La Manche i rozstawić namioty na drugim brzegu, akcja rozwijała się w niezadowalającym tempie, dostawy broni i amunicji napływały powoli, szkolenie rekrutów przeciągało się. W rezultacie na początku 1940 roku brytyjskie oddziały na kontynencie były źle wyszkolone i jeszcze gorzej wyposażone, co niepokoiło wielu najwyższych dowódców, zdających sobie sprawę z tego, jaką potęgą jest Wehrmacht, której korpus miał się przeciwstawić. Generał Bernard L. Montgomery powiedział, że korpus ekspedycyjny był „całkowicie niezdolny do prowadzenia głównych działań wojennych”. I bez wątpienia miał rację.

Jak więc równocześnie, i to w najtrudniejszych zimowych miesiącach, Wielka Brytania i Francja mogły zgromadzić i wysłać na północ Europy oddziały wystarczająco liczne i silne, aby pokonać radzieckie armie, liczące prawie milion żołnierzy, które wtargnęły do Finlandii?

Alianci nie mieli wojsk wyekwipowanych i przeszkolonych do prowadzenia działań w warunkach surowej fińskiej zimy, podczas której przez wiele tygodni panowały trzydziestostopniowe mrozy. Nawet wojska radzieckie, przywykłe do takiej pogody, nie potrafiły poradzić sobie ze śniegiem i zimnem, które stały się najlepszymi sprzymierzeńcami niewielkiej armii fińskiej.

Również ze względów politycznych plan wysłania wojsk na pomoc Finom wydawał się szaleństwem. Wielka Brytania i Francja uwikłane w wojnę z Niemcami i przygotowujące się do odparcia nazistowskiej agresji, musiałyby naruszyć neutralność Norwegii i Szwecji, wydać wojnę innemu mocarstwu i rozpocząć walki w rejonie odległym od swoich baz.

Zanim jednak alianci zdołali przygotować wojska i załadować je na statki, którymi miały one dotrzeć do norweskich portów, fińska obrona została przełamana i 13 marca 1940 roku rząd tego państwa wystąpił do Związku Radzieckiego o zawieszenie broni; dla aliantów pretekst do wkroczenia na Półwysep Skandynawski przestał istnieć.

Wtedy właśnie, na wiosnę 1940 roku, Winston Churchill zaczął forsować projekt zaminowania morskich szlaków w rejonie Narwiku, co w połączeniu z zaminowaniem Renu miało zachwiać niemiecką gospodarką.

Ten plan wydawał się równie dziwny i nierealny, jak wysłanie korpusu ekspedycyjnego na pomoc Finom.

Premier Paul Reynaud

Wrzucenie sześciu tysięcy min do Renu mogłoby spowodować w Niemczech określone kłopoty komunikacyjne, a nawet przejściowe zmniejszenie produkcji zbrojeniowej, chociaż nie miałoby większego wpływu na niemiecki potencjał militarny. Bez wątpienia jednak rozsierdziłoby to Hitlera, ale nie wiadomo, czy skłoniłoby go do podjęcia akcji odwetowej. Zaminowanie morskich szlaków prowadzących z Narwiku stanowiło większą groźbę dla niemieckiej gospodarki, każdego bowiem roku Niemcy importowały ze Szwecji jedenaście milionów ton rudy. Jednakże akcja minowania przeprowadzona w kwietniu, jak planował Winston Churchill, nie mogła w najmniejszym stopniu zaszkodzić Niemcom. Była wiosna i lody na Zatoce Botnickiej puszczały. Lada tydzień Niemcy mieli podjąć transport szwedzkiej rudy z portu Lulea przez Bałtyk, a tej trasy alianci nie mogli zablokować. Ponadto 11 lutego 1940 roku Niemcy podpisali ze Związkiem Radzieckim umowę handlową, która przewidywała dostawę pół miliona ton rudy żelaza, trzysta tysięcy ton złomu i surówki oraz sto tysięcy ton rudy chromu. Związek Radziecki, który w zamian za surowce miał otrzymać plany okrętów wojennych, samoloty myśliwskie i maszyny do fabryk zbrojeniowych gotów był zwiększyć te dostawy, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Czyżby więc zablokowanie dostaw rudy żelaza miało być tylko jednym, ale nie najważniejszym elementem planu Winstona Churchilla? A jednak na uruchomieniu tego przedsięwzięcia zależało mu tak bardzo, że 4 kwietnia 1940 roku poleciał do Paryża, aby zyskać poparcie nowych władz tego państwa. We Francji premier Edouard Daladier[1] ustąpił ze stanowiska 21 marca tego roku, oddając je Paulowi Reynaudowi[2], a sam objął urząd ministra obrony, szczególnie ważny w napiętej sytuacji w Europie. Decydujący głos w sprawie akcji militarnych należał więc do niego, ale ten polityk, znany z ugodowego podejścia do Niemców, nie wydawał się zachwycony pomysłem Brytyjczyków, który bez wątpienia mógł sprowokować Hitlera do akcji zbrojnej. Daladier obawiał się, że po zaminowaniu Renu francuskie zakłady zbrojeniowe zostaną w odwecie zaatakowane przez niemieckie lotnictwo i doradzał opóźnienie całej akcji do 1 lipca 1940 roku, kiedy to miała się zakończyć ewakuacja najważniejszych fabryk poza zasięg wrogich bombowców.

Wizyta Churchilla w Paryżu, choć przebiegała w serdecznej atmosferze, którą podkreślały przyjęcia wydawane przez gospodarzy, zakończyła się fiaskiem. Pierwszy lord Admiralicji powracał 6 kwietnia do Londynu w złym nastroju. Odmowa Francuzów oznaczała, że jego plan stawał się coraz trudniejszy do zrealizowania.

– Mimo wszystko, Winstonie, choć Francuzi sprzeciwili się zaminowaniu Renu, gotów jestem uznać naszą wizytę za sukces… – odezwał się generał Spears, ale natychmiast przypomniał sobie radę, jakiej przed lotem do Paryża udzieliła mu pani Churchill. Powiedziała wówczas: „Niech pan zawsze na piśmie przekazuje mojemu mężowi to, co ma pan zamiar wyrazić. On często nie słucha lub nie słyszy, jeżeli myśli o czymś innym. Zawsze jednak uważnie czyta i rozważa słowa pisane. Nigdy nie zapomina tego, co widział na papierze”. Generał nie kontynuował, uznając, że następnego dnia będzie miał wystarczająco dużo okazji, aby przedyskutować z Churchillem plan działania na najbliższe dni.

Churchill, jakby nie słysząc słów generała, zdusił cygaro w popielniczce i odwrócił się do Rogera Makinsa[3], swojego sekretarza, siedzącego w fotelu za nim:

– Na jutro proszę zwołać posiedzenie Komitetu Koordynacyjnego, zaraz po posiedzeniu Gabinetu Wojennego. Zamierzam wystąpić do premiera z nową inicjatywą.

Podniósł się ciężko z miejsca i podpierając laską ze srebrną rączką, ruszył do drzwi samolotu, do których dostawiono już schodki.

Generał Spears podniósł się i podążył za nim. Zdawał sobie sprawę, że mimo niepowodzenia w Paryżu Churchill będzie dążył do zrealizowania swojego planu. Rozumiał jego istotę. Churchill, jak matador, wychodził na arenę, aby stanąć przed niemieckim bykiem. Czekał, aż banderillos wbiją w kark zwierzęcia krótkie włócznie z kolorowymi wstęgami, aby go rozwścieczyć i zmusić do ataku. A wtedy zadałby śmiertelny cios szpadą.

Taki był właściwy cel zaminowania Renu i norweskich wód: rozwścieczyć Hitlera i zmusić go do bitwy, którą musiałby przegrać.

Churchill doceniał siłę i sprawność lądowych wojsk niemieckich. Nie miał też wątpliwości, że British Army nie jest w stanie przeciwstawić się Wehrmachtowi, a po wizycie w Paryżu mógł się przekonać, że francuscy dowódcy nie spieszą się do wyruszenia do walki z Niemcami.

Broń pancerna Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego: lekkie czołgi MkVIB i transportery Universal Carriers

Trzonem brytyjskich sił lądowych była zawodowa Regular Army, licząca przed wybuchem wojny 204 tysiące żołnierzy, obok której istniała słabo wyszkolona i wyposażona ochotnicza Territorial Army – 584 tysiące żołnierzy. Co prawda wojna przyspieszyła rekrutację i szkolenie, ale do osiągnięcia pełnej wartości bojowej brakowało wielu miesięcy. Brytyjskie wojska miały za mało broni pancernej, która, jak wykazały walki w Polsce, odegrała decydującą rolę w przełamywaniu obrony. Lotnictwo, duma Anglii, też nie stanowiło siły, która mogłaby wygrać starcie z Luftwaffe. Na początku wojny Wielka Brytania miała 36 myśliwskich dywizjonów, liczących 605 samolotów w pierwszej linii i było oczywiste, że wobec panicznego lęku przed niemieckimi bombowcami, jaki opanował brytyjski rząd, myśliwce zostaną przeznaczone do obrony miast, nie do walki z wrogiem nad kontynentem.

Wielka Brytania miała tylko jeden atut, pozostający w ręku Winstona Churchilla, jako pierwszego lorda Admiralicji, jako dowódcy marynarki wojennej: drugą co do wielkości flotę świata.

Royal Navy miała w rejonie Wysp Brytyjskich (pomijając okręty wysłane na Daleki Wschód i Morze Śródziemne) osiem pancerników, cztery lotniskowce, dwa ciężkie krążowniki, czternaście lżejszych krążowników, 75 niszczycieli, dwadzieścia jeden okrętów podwodnych i dziesiątki mniejszych jednostek.

Royal Navy, druga najpotężniejsza flota na świecie

Z tą potęgą Niemcy nie mogli wygrać, jako że Kriegsmarine miała dwa pancerniki, trzy pancerniki kieszonkowe, dwa stare pancerniki, które nie mogły wziąć udziału w bitwie morskiej, jeden ciężki krążownik, sześć lekkich krążowników, trzy okręty artyleryjskie i awizo, 33 niszczyciele i nowe torpedowce, 57 okrętów podwodnych.

Było więc oczywiste, że Wielka Brytania, jeżeli chce zwyciężyć w wojnie, powinna unikać walk na lądzie i w powietrzu, a rozprawić się z Niemcami na morzu.

Takie rozwiązanie ze wszech miar odpowiadało Winstonowi Churchillowi. Jego umysł, posiadający rzadką umiejętność widzenia całego zakresu najbardziej skomplikowanych spraw, zawsze pozwalał znaleźć wyjście, którego nie dostrzegali generałowie przyzwyczajeni do rozwiązań siłowych. Zademonstrował to w czasie pierwszej wojny światowej, gdy po raz pierwszy w swoim życiu sprawował urząd pierwszego lorda Admiralicji.

Wojna pozycyjna; w końcu 1914 r. transzeje i okopy przecięły Europę z północy na południe
Wojna pozycyjna doprowadzona do perfekcji – ziemne umocnienia wybudowane przez Niemców w 1915 r. w Belgii

Wtedy to, w listopadzie 1914 roku, gdy stało się oczywiste, że żadna z walczących stron nie jest w stanie zdobyć przewagi pozwalającej na szybkie rozstrzygnięcie wojny, a krwawe pozycyjne boje trwać będą miesiącami, a może nawet latami, Churchill zaproponował niezwykłe posunięcie: przeprowadzenie desantu w odległym miejscu wielkiego frontu. Daleko od Francji, głównego rejonu zmagań wojsk angielsko-francuskich z niemieckimi, do brzegów półwyspu Gallipoli (Gelibolu) miała podpłynąć potężna eskadra okrętów brytyjskich i francuskich, które ogniem wielkich dział zniszczyłyby tureckie forty i umocnienia obronne nad Cieśniną Dardanelską, łączącą Morze Egejskie z morzem Marmara. Zamierzenie wydawało się łatwe, gdyż na brzegu były tylko stare niemieckie działa o zasięgu o połowę mniejszym niż artyleria okrętów ententy, a ponadto obrońcom brakowało amunicji, ponieważ na każde działo przypadało ledwie 75 pocisków. Po kilkudniowym bombardowaniu z morza, gdy na półwyspie nie pozostałby kamień na kamieniu, miał tam wylądować korpus ekspedycyjny, który łatwo zająłby ruiny. Droga do Konstantynopola, stolicy osmańskiego imperium pozostającego w sojuszu z Niemcami, zostałaby otwarta, co dałoby Anglikom rozliczne korzyści. Przede wszystkim odblokowaliby szlaki komunikacyjne prowadzące do sojuszniczej Rosji, umożliwiając zaopatrywanie jej wielkiej armii w amunicję, a w zamian otrzymując zboże. Ponadto klęska wojsk tureckich poprawiłaby położenie wojsk rosyjskich i zmusiła Niemców do odesłania na front wschodni dodatkowych oddziałów, co musiałoby nastąpić kosztem ich sił na froncie we Francji. Usunięte zostałoby tureckie zagrożenie dla Egiptu i Kanału Sueskiego. Wreszcie świetne zwycięstwo przestraszyłoby Bułgarów, którzy coraz wyraźniej zmierzali do sojuszu z Niemcami. I to wszystko w wyniku jednej niespodziewanej operacji przeprowadzonej tysiące kilometrów od głównego teatru działań wojennych.

Turecka artyleria na brzegu Gallipoli

Śmiały plan napotkał jednak opór dowódców francuskich. Generał Joseph Joffre[4] sprzeciwił się odesłaniu z głównego frontu żołnierzy, obawiając się osłabienia sił, co mogliby wykorzystać Niemcy. W rezultacie korpus ekspedycyjny, który miał zająć Gallipoli, sformowano z żołnierzy tyłowych, a więc wartość bojowa tej jednostki nie była duża. Churchilla to nie martwiło, uważał bowiem, że silna morska eskadra angielsko-francuska, której trzon stanowiło siedemnaście pancerników, krążownik liniowy, pięć krążowników lekkich, wsparta przez rosyjski krążownik, stojąc na kotwicach, poza zasięgiem tureckich dział, będzie mogła bezkarnie ostrzeliwać cele na lądzie, w ten sposób przesądzi o zwycięstwie. Żołnierze, nawet najgorsi, mieli sobie łatwo poradzić z tym, co pozostałoby po bombardowaniu.

Churchill nie mógł wiedzieć, że wróg, powiadomiony przez wywiad o brytyjskich planach, wzmocnił obronę. Brzegów cieśniny broniły 134 ciężkie i średnie działa oraz liczne baterie polowe.

Brytyjskie i francuskie okręty, ufne w swoją siłę, otworzyły ogień 19 lutego 1915 roku. Wyniki całodziennego bombardowania tureckich fortów i stanowisk artyleryjskich okazały się znikome. Ostrzał ponowiony 25 lutego też nie wyrządził poważniejszych szkód. Było to wynikiem fatalnego dowodzenia operacją. Co gorsza, załogi alianckich okrętów nie były przygotowane do ostrzeliwania celów lądowych, a to sprawiło, że źle dobierały pociski, nie potrafiły prowadzić obserwacji i korygować ognia. Na domiar złego flocie brakowało trałowców, które mogłyby usuwać zapory minowe grodzące Dardanele, na których zatonęły trzy okręty liniowe, manewrujące w celu zajęcia najbardziej dogodnej pozycji.

Półwysep Gallipoli w ogniu dział pancernika Cornwallis

Szybko stało się oczywiste, że tej bitwy same okręty nie wygrają, ale wojsk, które mogłyby desantować się na brzegi Gallipoli i zająć półwysep, nie było. Dopiero w połowie marca 1915 roku zapadła decyzja o wysłaniu w tamten rejon około osiemdziesięciu tysięcy żołnierzy, a ich przygotowanie do dalekiej podróży i przerzut musiały trwać co najmniej miesiąc.

Gdy wreszcie w połowie kwietnia 1915 roku zaczęły napływać z Wielkiej Brytanii oddziały desantowe, okazało się, że są niegotowe do walki. Żołnierzom brakowało ekwipunku, a artylerii – pocisków. Organizacyjny bałagan w szeregach wojsk ententy okazał się zbawienny dla tureckich oddziałów, które zyskały czas na uzupełnienie zapasów, naprawienie szkód wyrządzonych przez pociski okrętów i sprowadzenie posiłków. Tak więc, gdy 25 kwietnia 1915 roku oddziały ententy ruszyły do ataku na tureckie brzegi, wróg był już dobrze przygotowany do obrony. Na domiar złego tam, gdzie wojskom alianckim udało się zdobyć przewagę, została ona zaprzepaszczona w wyniku braku zdecydowania dowódców. Rozpoczęły się długie i krwawe walki o Gallipoli.

Winston Churchill – pierwszy lord Admiralicji,zdjęcie z 1915 r.

Ogromne straty w oddziałach lądowych i na morzu, gdzie torpedy tureckiego kontrtorpedowca i niemieckiego okrętu podwodnego zatopiły trzy brytyjskie okręty liniowe, sprawiły, że Winston Churchill, obarczony przez opozycję odpowiedzialnością za straty, musiał ustąpić ze stanowiska pierwszego lorda Admiralicji.

Walka o Gallipoli była przegrana, choć boje trwały do grudnia 1915 roku, gdy rozpoczęła się ewakuacja wielotysięcznego korpusu. Zakrojona na szeroką skalę operacja zakończyła się dla Wielkiej Brytanii kompromitującą i bolesną klęską. Straty wojsk ententy przekroczyły 146 tysięcy żołnierzy zabitych i rannych. Na morzu Francuzi i Brytyjczycy stracili sześć okrętów liniowych oraz siedem okrętów podwodnych.

Ta klęska nie wpłynęła na karierę polityczną Churchilla, który po opuszczeniu stanowiska pierwszego lorda Admiralicji pojechał do Francji, aby tam w stopniu podpułkownika walczyć jako dowódca batalionu. W lipcu 1917 roku, gdy specjalna komisja opublikowała raport uwalniający go od odpowiedzialności za niepowodzenie akcji pod Gallipoli, powrócił do rządu, jako minister do spraw amunicji.

Sam też nigdy nie uznał, że ponosi winę za nieudaną operację. Wciąż był przekonany, że nagły zwrot, prowokacja, uderzenie w najmniej spodziewane miejsce pozwalają w najtrudniejszej sytuacji przejąć inicjatywę. Dwadzieścia pięć lat po Gallipoli postanowił zastosować taki manewr, gdy sytuacja w Europie była równie trudna, jak w 1915 roku.

Uważał, że Wielka Brytania nie może czekać na cios, lecz musi uderzyć pierwsza. Wiedział, że jest takie miejsce, dla którego obrony Hitler odsunie na bok inne plany i pośle tam swoje wojska – to była Norwegia. Führer nie mógł przecież zlekceważyć zagrożenia, jakim było zajęcie tego państwa przez aliantów. Oczywiście, że chodziło o przerwanie zimowych dostaw rudy żelaza, ale nie tylko. Hitler nie mógł dopuścić do utraty Norwegii ze względu na ogromne znaczenie strategiczne tego państwa.

Już w październiku 1939 roku wielki admirał Erich Raeder[5], dowodzący marynarką wojenną, przekonywał Hitlera:

– Musimy rozważyć, czy są możliwości uzyskania baz w Norwegii w wyniku wywarcia, wspólnie z ZSRR, presji na to państwo. To powinno radykalnie poprawić naszą sytuację strategiczną.

Raeder zwracał uwagę, że jeżeli Brytyjczycy zechcieliby zająć norweskie porty, to Norwegowie nie byliby w stanie się obronić. W efekcie takiego rozwoju wydarzeń Royal Navy przejęłaby kontrolę nad Morzem Północnym, odcinając niemieckim okrętom wyjście na Atlantyk, zaś angielskie samoloty startujące z norweskich lotnisk mogłyby uderzać na niemieckie okręty na Bałtyku.

Admirał był jednak ostrożny i opowiadał się za akcją polityczną, a nie militarną. Chciał podporządkować Norwegię za pomocą presji politycznej, wywieranej na rząd tego państwa wspólnie przez Niemcy i Związek Radziecki. Doskonale bowiem zdawał sobie sprawę, że w walce o Norwegię wszystkie atuty były po stronie wroga: dostępu do Norwegii strzegły okręty potężnej Royal Navy, a admirał nie miał złudzeń, że Kriegsmarine może wygrać bitwę ze znacznie silniejszym przeciwnikiem.

Hitler słuchał uważnie uwag swoich dowódców, ale nie obawiał się konfrontacji militarnej. Miał naturę hazardzisty i wiedział, że można wygrać nawet z dużo silniejszym wrogiem, jeżeli uda się go zaskoczyć, przestraszyć i wprowadzić w błąd. Zamierzał w ten sposób działać i 27 stycznia 1940 roku wydał polecenie przygotowania planu zajęcia Norwegii – „Fall N”.

Churchill mógł być z tego zadowolony: wydarzenia rozwijały się tak, jak tego oczekiwał.

Gdyby Niemcy chcieli zająć Norwegię, musieliby wysłać na pokładach okrętów kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy w rejs liczący od tysiąca do półtora tysiąca kilometrów, tyle bowiem dzieliło niemieckie bazy od norweskich portów. Transportowce konwojowane przez największe okręty Kriegsmarine nie miałyby większych szans przedarcia się przez zaporę okrętów Royal Navy, operujących w pobliżu swoich baz Scapa Flow[6] i Rosyth na północy Szkocji. W morskich bitwach pancerniki i pancerniki kieszonkowe, stanowiące trzon Kriegsmarine, poszłyby na dno, trafione pociskami brytyjskich pancerników i bombami samolotów startujących z lotniskowców, zatonęłyby niemieckie niszczyciele i okręty transportowe przewożące dziesiątki tysięcy żołnierzy wojsk inwazyjnych. Niemieckie społeczeństwo i najwyżsi dowódcy nie wybaczyliby tej klęski swojemu führerowi. W efekcie wojna zmieniłaby bieg. Churchillowi pozostało więc tylko sprowokowanie Niemców do wysłania wojsk do Norwegii.

Już 2 lutego 1940 roku zwołał tajną konferencję prasową dla attachés prasowych ambasad państw neutralnych, w czasie której „nieopatrznie” ujawnił swoje zamiary wobec Norwegii. Było oczywiste, że wywiad niemiecki szybko wychwyci słowa pierwszego lorda Admiralicji i utwierdzi Hitlera w przekonaniu, że należy jak najszybciej przystąpić do operacji norweskiej.

Znacznie poważniejsza prowokacja miała miejsce 16 lutego 1940 roku, gdy brytyjski niszczyciel Cossack z zespołu dowodzonego przez komandora Philipa Viana[7] osaczył w norweskim fiordzie Jössing niemiecki okręt zaopatrzeniowy Altmark[8]. Ta jednostka dostarczała amunicję, paliwo i żywność pancernikowi Admiral Graf Spee, atakującemu alianckie statki na Południowym Atlantyku i Oceanie Indyjskim. Altmark do pustych ładowni przejął z pancernika 299 alianckich marynarzy z zatopionych statków i wracał do Niemiec, gdy 14 lutego został wykryty przez alianckie samoloty.

Dowódca niszczyciela Cossack miał więc wszelkie powody, aby działać zdecydowanie w celu uwolnienia więźniów, ale nie miał prawa wprowadzić swojego okrętu na norweskie wody terytorialne. Zdawał sobie z tego sprawę, lecz rozkaz Winstona Churchilla wydany 16 lutego o godzinie 17.25, był oczywisty:

„Powinien pan wkroczyć na pokład okrętu Altmark, uwolnić jeńców i po opanowaniu okrętu czekać na dalsze instrukcje”.

Istniało niebezpieczeństwo, że dwa norweskie torpedowce, strzegące wejścia do fiordu, mogą zagrodzić drogę brytyjskiemu okrętowi. Churchill i to przewidział. Rozkazywał:

„Gdyby norweskie torpedowce próbowały interweniować, należy je ostrzec, aby trzymały się z daleka. Jeżeli otworzą ogień, należy wstrzymać się z odpowiedzią, chyba że atak okaże się poważny. Powinien pan bronić się, używając siły w takim stopniu, w jakim będzie to konieczne i zaprzestać ognia, gdy przeciwnik się wycofa”.

Komandor Philip Vian wykonał rozkaz bardzo dokładnie. Wprowadził niszczyciel Cossack do fiordu, wysłał grupę abordażową, która wdarła się na pokład okrętu Altmark i uwolniła 299 jeńców. Komandor Vian został, całkowicie zasłużenie, uhonorowany Distinguished Service Order[9], co jednak było oczywistym potwierdzeniem, że nie był to przypadkowy incydent lub samowola oficera, lecz zamierzone działanie brytyjskiego rządu.

Reakcja Hitlera na wieść o wydarzeniach w norweskim fiordzie była natychmiastowa. Już 26 lutego, a więc 10 dni po akcji niszczyciela Cossack, wydał on dyrektywę określającą cele norweskiej kampanii i mianował głównodowodzącego wojskami, które miały zająć norweskie porty. Został nim generał Nikolaus von Falkenhorst[10], dowódca, który dobrze znał północne warunki, gdyż w czasie pierwszej wojny światowej służył jako oficer sztabowy w Finlandii.

Opracowany przez niego plan zakładał, że dwie dywizje górskie i pięć dywizji piechoty uderzą na Norwegię, gdy równocześnie dwie dywizje wkroczą do Danii, gdyż zajęcie tego państwa miało ułatwić przerzut wojsk z Niemiec i prowadzenie działań wojennych na Półwyspie Skandynawskim. Z niemieckich portów Wilhelmshaven, Bremy i Kilonii miało wyjść pięć grup okrętów, które skierowałyby się do Narwiku, Trondheim, Bergen, Kristiansandu i Oslo i tam wysadziłyby pierwsze jednostki, które po złamaniu oporu Norwegów osłaniałyby lądowanie następnych oddziałów.

Niemcy byli gotowi, ale Hitler wciąż nie wydawał ostatecznego rozkazu rozpoczęcia norweskiej operacji. 30 marca 1940 roku wywiad niemiecki doniósł o niedyskrecji francuskiego premiera Reynauda, który w rozmowie z jednym z dyplomatów ujawnił plany aliantów wobec Norwegii. Tego samego dnia w przemówieniu radiowym Winston Churchill ostrzegł rząd norweski, że alianci będą prowadzić walkę „bez względu na to, dokąd ona ich zaprowadzi”.

– Gdyby Reynaud i Churchill trzymali języki za zębami, może bym i w ogóle nie ruszył Norwegii – stwierdził Hitler w czasie narady w Kancelarii Rzeszy, coraz bardziej podążając szlakiem wyznaczonym przez Churchilla.

Pierwsze trzy niemieckie transportowce z wojskiem, zakamuflowane jako węglowce, wyruszyły z Niemiec w nocy 3 kwietnia. U wybrzeży Narwiku miały dołączyć do nich szybsze niszczyciele, przewożące dwa tysiące żołnierzy.

Niemiecka machina wojenna ruszyła w tym samym czasie, gdy Winston Churchill leciał do Paryża, nieświadom tego, że jego wielka prowokacja przyniesie tak szybkie efekty. Miał przegrać tę bitwę na morzu i lądzie, gdyż powtarzał błędy sprzed dwudziestu pięciu lat.

Tajna wiadomość majora Sasa

Jacob Gijsbertus Sas, mężczyzna krępy, o okrągłej twarzy, z jasnymi włosami zawsze równo zaczesanymi do góry, podniósł się z fotela w tylnym rzędzie autobusu. Dochodziła jedenasta i osób było niewiele, mógł więc łatwo zauważyć, kto oprócz niego szykuje się do wyjścia. Żaden z pasażerów nie wstał, co jednak niczego nie dowodziło. Doświadczony agent kontrwywiadu, widząc, że śledzony przez niego człowiek szykuje się do opuszczenia autobusu, wyszedłby dopiero w ostatniej chwili. Inaczej łatwo mógłby paść ofiarą prostego manewru: śledzony wysiadłby na przystanku i natychmiast ponownie wsiadł do autobusu. Śledzący nie mógłby postąpić tak samo, ponieważ by się zdekonspirował.

Sas, attaché wojskowy ambasady Holandii w Berlinie, odczekał, aż konduktor otworzy drzwi i zszedł na chodnik. Stał przez chwilę, uważnie obserwując ludzi, którzy wysiedli za nim, ale nie dostrzegając nikogo podejrzanego, ruszył szybko w stronę drugiego nadjeżdżającego autobusu. Stanął przed drzwiami, czekając aż się otworzą, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i przebiegł na drugą stronę szerokiej ulicy. Zatrzymał się przy krawężniku, skąd mógł dostrzec, że po drugiej stronie zza autobusu wyszła kobieta, która szykowała się do przebiegnięcia przez ruchliwą jezdnię. Jednak widząc, że Sas patrzy na nią, zrezygnowała z tego zamiaru. Holender uśmiechnął się. Proste sztuczki, poznane przed laty w szkole szpiegów pod Amsterdamem, zawsze się przydawały.

Podszedł do kiosku, gdzie kupił „Berliner Zeitung”, i spokojnie pomaszerował w stronę metra. Ani przez chwilę nie wierzył, że pozbył się śledzących go agentów niemieckiego kontrwywiadu. Kobieta mogła być tylko wabikiem, miała odwrócić jego uwagę, podczas gdy inny śledzący go agent przeszedł na drugą stronę ulicy i dotarł za nim do stacji metra. Sas nie próbował nawet odgadnąć, kto z ludzi stojących na peronie mógł być śledzącym go agentem niemieckich tajnych służb. Nie miało to sensu, gdyż odkrycie jednego agenta niewiele zmieniało. Zazwyczaj obserwację prowadziły dwie, trzy osoby.

Wsiadł do trzeciego wagonu podziemnej kolejki i tam odszukał wzrokiem mężczyznę w brązowym płaszczu z futrzanym kołnierzem. Siedział on na ławce, wpatrzony w okno. Nawet gdy pociąg ruszył i za szybą nie było widać niczego poza pojawiającymi się co chwila lampami oświetlającymi tunel, mężczyzna ten nie odrywał wzroku od okna. Wyglądał na człowieka zatopionego w myślach, ale Sas wiedział, że jego współpracownik „Reni” wpatrywał się w ciemne okno, gdyż w szybie dobrze widział odbicie ludzi w wagonie. Gdyby zaczął wycierać nos w kraciastą chustkę, oznaczałoby to, że dostrzegł osobę śledzącą Sasa. Tylko człowiek z zewnątrz mógł zauważyć śledzących, dostrzegając ich nienaturalne zachowanie, znaki, jakie sobie dawali czy nagłą zmianę stroju, polegającą na przykład na przełożeniu płaszcza na drugą stronę czy nałożeniu peruki.

Dojechali do Tiergarten, gdzie Sas wjechał ruchomymi schodami na górę. Pokręcił się po stacji, udając, że sprawdza rozkład jazdy i wyszedł na ulicę. Do umówionego spotkania miał jeszcze kilkanaście minut, więc podążył wolnym krokiem, widząc „Reniego” po drugiej stronie ulicy. Dopóki ten nie dawał umówionego znaku, wiedział, że agenci gestapo stracili trop. Było to ważne, gdyż Sas nie mógł narazić na niebezpieczeństwo informatora tak ważnego, jak pułkownik Hans Oster[11], szef sztabu dowódcy wywiadu i kontrwywiadu wojskowego Abwehry admirała Wilhelma Canarisa. Poznali się jeszcze przed wojną, na jakimś przyjęciu dyplomatycznym. Sas, doświadczony pracownik wywiadu, ani przez chwilę nie pomyślał, że człowiek, którego zadaniem było chwytanie szpiegów, okaże się najważniejszym źródłem informacji o planach nazistów. Zapytał go, dlaczego to robi. Oster odpowiedział:

– Jeżeli Hitler pozostanie u władzy, doprowadzi Niemcy do klęski tak wielkiej, że nigdy się z niej nie podźwigną.

W końcu sierpnia 1939 roku spotkali się w nocnym ekspresie jadącym z Monachium do Berlina, gdy Sas odebrał od Ostera spisany na bibułce raport ze spotkania Hitlera z najwyższymi dowódcami Wehrmachtu i SS, w sprawie wojny z Polską. W ostatnich miesiącach 1939 roku wiarygodność Ostera nieco osłabła, gdyż wielokrotnie przekazywał alarmujące informacje o przygotowaniach Niemiec do agresji na Belgię, Holandię i Francję i podawał kolejne terminy rozpoczęcia wojny, co jednak nie nastąpiło[12]. Sas mimo to nie mógł lekceważyć żadnej informacji i skwapliwie przekazywał wszystkie do centrali, choć efekt jego starań był przeciwny do założonego. Obawiając się o bezpieczeństwo Ostera, odmówił podania jego nazwiska swoim przełożonym, choć zapewniał, że jest to najbardziej wiarygodny informator. Ale informacje nie sprawdzały się, więc szef Sztabu Generalnego generał Reynders uznał, że Sas kłamie, aby podnieść własne zasługi. Powiedział mu kiedyś:

– Marnotrawi pan mój czas plotkami.

Sas jednak wierzył Osterowi i nie zniechęcały go przejściowe trudności.

Na początku kwietnia 1940 roku, na korytarzu holenderskiej ambasady, Sasa zaczepił mężczyzna, prawdopodobnie interesant załatwiający sprawy wizowe, i powiedział szybko, nie zatrzymując się:

– Oster czeka; jutro, Wilhelmstrasse 188, pierwsze piętro, wejście z bramy, o trzynastej.

Sas skinął głową i poszedł dalej, tak że nikt nie zdążyłby zauważyć, że mężczyzna mijając go, przekazał ważną informację.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła wyznaczona godzina, więc skręcił w Wilhelmstrasse i odszukał wzrokiem numer 188. Była to typowa berlińska czynszowa kamienica, do której prowadziła duża brama. Wszedł w nią i choć natychmiast dostrzegł drzwi na klatkę schodową, minął je i wyszedł na wąskie podwórze. Przystanął na chwilę i patrzył na bramę, starając się zaobserwować, czy ktoś nie wchodzi za nim. W bramie nie pojawił się nikt, więc wrócił i wdrapał się na pierwsze piętro. Na tle okna zobaczył Ostera w cywilnym ubraniu.

– Nie pytam, czy był pan śledzony – Oster wyciągnął rękę na powitanie – gdyż na pewno tak było, sądzę jednak, że pozbył się pan „ogona”.

Sas uchylił kapelusza.

– Nie miałem kłopotów – odpowiedział.

– Hitler jest już gotowy do uderzenia na Norwegię i Danię. Okręty z wojskiem stoją w portach w Bremie, Wilhelmshaven, Hamburgu, Szczecinie i Świnoujściu, lub wyszły już w morze. Operacja rozpocznie się lada dzień – powiedział Oster.

– Wiarygodność? – zapytał Sas.

– Całkowita.

– Panie pułkowniku, pana informacje o agresji na Belgię i Holandię nie potwierdzają się…

– Hitler zmienia plany ze względu na pogodę. Uwierzcie w to.

Oster włożył rękę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wydobył niewielką kopertę.

– To są kopie rozkazów dla Kriegsmarine. Niech pan to weźmie – podał kopertę Sasowi. – Proponuję następne spotkanie za trzy dni. Mogę mieć nowe informacje. O tej samej godzinie w zoo, przy flamingach.

Odwrócił się i skierował się na wyższe piętro. Sas domyślił się, na którymś z górnych pięter, a może na strychu, jest przejście do drugiego budynku. Tak więc agenci podążający za Osterem i Sasem nie mogliby zobaczyć, że się spotkali, skoro każdy z nich wszedł do innego domu, a zapewne także z innej ulicy. Zapalił papierosa i zaczął obserwować podwórze. Nic nie dawało powodu do niepokoju.

Wsunął kopertę między stronice gazety. Powinien jak najszybciej pozbyć się tego dokumentu. Było mało prawdopodobne, że mógłby zostać zatrzymany i zrewidowany, gdyż chronił go immunitet dyplomatyczny, ale wiedział też, że gestapo nie cofnie się przed żadną prowokacją, aby zdobyć materiały kompromitujące Holendrów. Tajne dokumenty w kieszeni attaché wojskowego holenderskiej ambasady byłyby znakomitym propagandowym pretekstem do międzynarodowej awantury.

Zbiegł po schodach i zaraz po wyjściu z bramy skręcił w stronę słupa ogłoszeniowego. Z przeciwnej strony nadchodził mężczyzna prowadzący rower. Gdy znaleźli się za słupem, który dobrze zasłaniał ich przed obserwacją, Sas w ułamku sekundy oddał gazetę rowerzyście, a ten podał mu swoją.

Był to stary szpiegowski sposób wymiany kompromitujących materiałów – polegał na tym, że dwaj ludzie znajdujący się w miejscu niedostępnym dla obserwatora potrącali się, niby przypadkiem, i przekazywali sobie pakuneczek. Funkcjonariusze gestapo zapewne doskonale znali ten sposób i gdyby śledzili Sasa, zatrzymaliby i jego, i mężczyznę, którego mijał. Rzecz w tym, że kilka kroków dalej, rowerzysta wsunął gazetę do koszyka przechodzącej obok kobiety, również agentki z holenderskiej siatki.

Major Sas pospieszył do ambasady, rozważając, co powinien zrobić z tak ważną informacją. Uznał, że musi przekazać ją jak najszybciej do centrali. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego wiarygodność została naruszona i jeżeli wyśle raport oficjalnym kanałem, to po prostu zostanie on odłożony na półkę, jako kolejny wymysł attaché, któremu zależy na tym, aby przełożeni uznali, że jest dobrze poinformowany.

Zamknął drzwi gabinetu i sięgnął po słuchawkę. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jego telefon jest na podsłuchu, i niemieckie tajne służby usłyszą każde wypowiedziane do słuchawki słowo.

– Proszę mnie połączyć z kapitanem Krulsem – powiedział do sekretarki.

Człowiek, z którym zamierzał porozmawiać, był asystentem holenderskiego ministra wojny, uważał więc, że ze względu na przyjacielskie układy nie zlekceważy informacji, jaką chciał mu przekazać. Ponadto kiedyś dla zabawy opracowali tajny kod, który pozwalał im na przekazywanie sobie ważnych informacji.

– Czemu sobie nagle o mnie przypomniałeś? – usłyszał głos Krulsa w słuchawce.

– Przyjeżdżam na parę dni – powiedział Sas. – Będę dziewiątego kwietnia.

– Na długo? – padło pytanie.

– Nie wiem, gdyż potem będę musiał pojechać do Oslo.

– Dobrze, że mnie zawiadamiasz. Wyjdę na dworzec. Podaj tylko godzinę.

– Zrobię to później, ale teraz zanotuj sobie, że będę dziewiątego kwietnia.

Działa HMS Rodney

Zakończyli rozmowę. Sas był pewien, że Kruls dobrze odczytał zakodowaną wiadomość: 9 kwietnia Niemcy uderzą na Norwegię. Spełnił obowiązek, ale postanowił również przekazać wiadomość uzyskaną od Ostera przedstawicielom ambasad najbardziej zainteresowanych państw. Jeszcze tego dnia odwiedził duńskiego attaché morskiego van Kjolsena oraz norweskiego attaché Stanga. Ten jednak nie przekazał tej ważnej informacji do Oslo. Był niemieckim agentem.

Wiadomość od Sasa dotarła do Londynu 5 kwietnia. Niewykluczone, że Winston Churchill, przebywając w Paryżu od 4 do 6 kwietnia, tam dowiedział się o przygotowaniach Niemców do norweskiej operacji. Jeżeli tak się nie stało, to najpóźniej po powrocie do kraju mógł się dowiedzieć, że bardzo ważny informator holenderskiego wywiadu ostrzega, iż Wehrmacht gotów jest do zaatakowania Norwegii.

Nie powinno go to zmartwić. Jego flota była gotowa.

Już 5 kwietnia wyszedł w morze potężny krążownik liniowy Renown[13] w eskorcie czterech niszczycieli, aby osłaniać operację minowania norweskich wód terytorialnych przez trzy niszczyciele. Po zakończeniu stawiania min cały zespół pozostał na miejscu, gotów odeprzeć niemiecką flotę inwazyjną.

Dwa dni później o godzinie 20.30 z bazy Scapa Flow wyruszyła inna eskadra, którą tworzyły wielki, potężnie opancerzony i uzbrojony w działa kalibru 406 mm pancernik Rodney[14], pancernik Valiant z działami kalibru 381 mm, krążownik liniowy Repulse[15], cztery krążowniki i 21 niszczycieli stanowiły wystarczającą siłę, aby rozprawić się z niemieckimi okrętami, gdy tylko te pojawiłyby się w zasięgu ich dział.

W szkockiej bazie Rosyth na krążownikach Devonshire, Berwick, York i Glasgow byli już żołnierze brytyjscy i francuscy, którzy mieli desantować się w Stavanger i Bergen. Transportowce zgrupowane w rejonie ujścia rzeki Clyde miały przewieźć oddziały do Trondheim i Narwiku.

Churchill, zapewne w wyniku informacji o ruchach niemieckich okrętów, uznał, że pierwszoplanowym zadaniem jest przechwycenie ich, a nie opanowanie norweskich brzegów i nakazał wyokrętowanie żołnierzy. Chciał mieć jak najwięcej jednostek do ostatecznej rozprawy z niemiecką flotą, zanim ta zdąży dokonać desantu. Kilka godzin po wyjściu w morze potężnej eskadry ze Scapa Flow dołączyła do niej 1. eskadra krążowników oraz krążownik Aurora i sześć niszczycieli, które wysadziły żołnierzy na ląd w takim pośpiechu, że część broni i amunicji pozostała w ich ładowniach.

Jak przewidywał Churchill, zdecydowana przewaga była po stronie Royal Navy i można było sądzić, że zwycięstwo, które zmieni bieg wojny, jest już w zasięgu ręki. Dziewięć dział kalibru 406 mm pancernika Rodney, górowało zasięgiem nad artylerią największych niemieckich okrętów Scharnhorst i Gneisenau uzbrojonych tylko w działa kalibru 280 mm. Wynik morskiego pojedynku wydawał się przesądzony.

Od tego momentu wszystko zależało od precyzji ruchów wielkich zespołów okrętów, które powinny zająć centralną pozycję na Morzu Północnym i czekać na niemieckie zespoły, aby je zatopić.

Największy sukces B-Dienst

Wysoki mężczyzna, o ruchach wyraźnie zdradzających wieloletnie wojskowe przeszkolenie, minął drzwi z mosiężnymi okuciami, nad którymi widniała wykuta w piaskowcu litera „W”, na cześć cesarza Wilhelma II, za panowania którego wzniesiono ten wielki budynek przy Tirpitzufer 72/76 w Berlinie, i zatrzymał się przy wartowniku, aby pokazać przepustkę. Nie schował jej do kieszeni, wiedząc, że jeszcze raz będzie musiał się wylegitymować. Minął windy, przy których kłębił się tłum oficerów w marynarskich mundurach, i ruszył w stronę schodów. Biuro, do którego zmierzał, mieściło się na drugim piętrze, gdzie funkcjonował 4/Skl, co oznaczało czwarty wydział Seekriegsleistung, Naczelnego Dowództwa Marynarki Wojennej.

Długi korytarz przegradzała krata, za którą stał wartownik. Mężczyzna ponownie podniósł przepustkę, której żołnierz przyjrzał się uważnie, zanim nacisnął przycisk elektrycznego zamka kraty. Drzwi otworzyły się – mężczyzna wszedł i zatrzymał się tuż za nimi, złożył podpis w księdze przyjść i ruszył do swojego gabinetu.

Zdziwiło go, że za biurkiem nie było sekretarki, ale rzut oka na zegar nad drzwiami uzmysłowił mu, iż nie ma w tym nic nadzwyczajnego, gdyż dochodziła godzina siódma.

Podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer pokoju kryptologów. Odezwał się jego zastępca Maurice Best.

– Panie Best, niech pan przyjdzie do mnie ze wszystkimi materiałami – powiedział. Odłożył słuchawkę i zapadł się w głęboki fotel.

Wilhelm Tranow od czasów pierwszej wojny światowej pracował w tajnej komórce dowództwa marynarki wojennej, którą potocznie nazywano B-Dienst, co było skrótem od Beobachtung Dienst, czyli służby obserwacyjnej. Zwrócił na siebie uwagę w najgorszy z możliwych sposobów we wrześniu 1914 roku, gdy jako radiooperator pancernika Pommern odebrał zakodowaną wiadomość z krążownika Breslau, z poleceniem przesłania jej do dowództwa, co oczywiście wykonał. Po kilku godzinach okazało się, że w Berlinie nie udało się odczytać wiadomości i polecono mu nawiązać kontakt radiowy z Breslau, aby stamtąd ponownie nadano wiadomość. Tranow po wielu bezskutecznych próbach wywołania kolegi z krążownika uznał, że to mu się nie uda i sięgnął po tekst pierwszej depeszy. Doszedł do wniosku, że łatwiej będzie mu rozkodować tajny tekst, niż mozolnie wywoływać radiooperatora z okrętu Breslau. Odczytanie zakodowanej depeszy zajęło mu niespełna półtorej godziny, po czym odkodowany tekst przesłał do Berlina. Dowództwo ukarało Tranowa naganą za ten wyczyn i zagroziło najsurowszymi konsekwencjami, jeżeli ponownie zabrałby się do łamania kodów. Zniechęciło to kryptologa amatora do dalszych prób odczytywania tajnej korespondencji, ale ten niezwykły incydent zwrócił na niego uwagę porucznika Martina Braunego, organizującego zespół ekspertów, którzy odczytywaliby szyfry i kody brytyjskiej marynarki wojennej. Wezwał Tranowa do tajnej siedziby w Neumünster, gdzie młody kryptolog szybko odniósł sukces, przyczyniając się do złamania brytyjskiego kodu morskiego. Niewiele brakowało, a sukces ten zostałby przypieczętowany zatopieniem brytyjskich okrętów, których pozycję udało się ustalić, odczytując radiogramy, lecz U-Booty nie zdołały dotrzeć do wskazanego miejsca.

Po wojnie, gdy zwycięskie mocarstwa narzuciły Niemcom surowe ograniczenia sił zbrojnych, Tranow za namową porucznika Braunego podjął pracę w niewielkim, ośmioosobowym zespole kryptologicznym w Berlinie. Okazał się bezcennym pracownikiem działu dekryptażu sekcji angielskiej.

W latach dwudziestych zdołał złamać brytyjski kod rządowy (Government Telegraph Code), a następnie czterocyfrowy kod marynarki wojennej, co umożliwiło śledzenie ruchów brytyjskiej floty na Dalekim Wschodzie, Atlantyku i Morzu Śródziemnym. W latach trzydziestych, gdy naziści przejęli władzę w Niemczech, sekcja angielska B-Dienst, kierowana przez Tranowa, zaczęła rozrastać się bardzo szybko. Sukces, jaki odnieśli we wrześniu 1939 roku, przesądził o dalszym rozwoju. 11 września tego roku zespół Tranowa odczytał brytyjskie depesze, dzięki czemu zlokalizowano konwój w rejonie Bristolu. Wysłany tam U-31 zatopił statek Aviemor, co było zapowiedzią dalszych zwycięstw nad konwojami i okrętami wroga, lokalizowanymi na podstawie odczytanych depesz. Sam Tranow miał okazję wykazać nadzwyczajną wiedzę o ruchach brytyjskich okrętów, gdy na początku 1940 roku został wezwany na posiedzenie dowództwa marynarki wojennej. Jednym ze szczególnych tematów było miejsce postoju pancernika Queen Elizabeth[16], którego potęga stanowiła szczególne zagrożenie dla okrętów Kriegsmarine.

– Herr Tranow, gdzie jest Queen Elizabeth? – padło pytanie.

– Zakończono remont, prowadzony od sierpnia ubiegłego roku, i okręt dołączył do Floty Macierzystej w Scapa Flow – odpowiedział Tranow.

– To niemożliwe – zaprotestował jeden z oficerów. – Według najbardziej miarodajnych doniesień wywiadu, pancernik znajduje się w porcie w Gibraltarze! Pańska sekcja niewiele wie o tym, co dzieje się z największymi angielskimi okrętami!

– Panowie, nie interesuje mnie, co mówią wasi agenci. Queen Elizabeth nie ma w Gibraltarze, jest w Scapa Flow.

Po kilku miesiącach okazało się, że to Tranow i jego ludzie mieli rację. Pancernik był rzeczywiście w Scapa Flow, a w gibraltarskim porcie cumował niewielki statek rybacki o dumnej nazwie Queen Elizabeth.

W tym czasie personel Służby Obserwacyjnej liczył już pięć tysięcy ludzi, pracujących nad depeszami przechwytywanymi przez kilkadziesiąt stacji nasłuchowych, wybudowanych na terenie Niemiec i podbitych terytoriów. W sekcji angielskiej pracowało w dzień siedmiuset kryptologów, analityków i urzędników, zaś w nocy dwieście osób zbierało, odczytywało i segregowało brytyjskie depesze.

Na wiosnę 1940 roku rozpoczął się krytyczny okres dla zespołu Tranowa. Decyzja Hitlera o dokonaniu inwazji na Norwegię i przeprowadzeniu okrętów transportowych pod bokiem potężnej Royal Navy oznaczała, że informacje o ruchach brytyjskiej floty będą miały decydujące znaczenie dla powodzenia ryzykownej operacji. Niemieckie zespoły mogły ominąć zgrupowania nieprzyjaciela i dowieźć wojska do norweskich portów jedynie wtedy, gdy będą wiedziały, gdzie jest wróg i jakie są jego zamiary.

Tranow posunął się dalej: zaproponował, aby nie tylko śledzić ruchy okrętów nieprzyjaciela, lecz również wprowadzić go w błąd. Należało wysłać kilka dużych okrętów na północ, żeby ściągnąć wrogie siły i dopiero wtedy, gdy zdezorientowany nieprzyjaciel odsunąłby swoje okręty od Norwegii, dokonać tam inwazji. Pomysł spodobał się głównodowodzącemu marynarką wojenną wielkiemu admirałowi Erichowi Raederowi, który bardzo obawiał się pojedynku z Royal Navy. Ostrzegał nawet Hitlera, że inwazja na Norwegię jest sprzeczna z zasadami prowadzenia wojny na morzu i jej powodzenie zależy od utajnienia przygotowań i zaskoczenia przeciwnika.

Do drzwi rozległo się pukanie.

– Niech pan wejdzie – powiedział Tranow, wiedząc, że za drzwiami jest jego zastępca. – Cóż to za ważne informacje, dla których ściąga mnie pan w nocy?

– Depesze Admiralicji, ważne – powiedział Best, który nie należał do gadatliwych. Podszedł do biurka z grubą kopertą w ręku: – Uznałem, że musi pan to dzisiaj zobaczyć.

Tranow rozdarł kopertę.

Pierwsza wiadomość dotyczyła wyjścia ze Scapa Flow silnego zespołu okrętów.

„Pancerniki Rodney, Valiant, krążownik liniowy Repulse w asyście dwóch krążowników i dziesięciu niszczycieli opuszczą dzisiaj wieczorem Scapa Flow i podejmą rejs w wyznaczonym kierunku” – odczytał odkodowany rozkaz brytyjskiej Admiralicji.

Drugi rozkaz skierowany był do 2. eskadry krążowników w bazie Rosyth, liczącej dwa krążowniki i piętnaście niszczycieli i nakazywał im dołączenie do zespołu, który wyruszył ze Scapa Flow.

Tranow poczuł gwałtowny ucisk w dołku. Te rozkazy zdawały się wskazywać, że Brytyjczycy wykryli ruchy niemieckiej floty i wysłali na spotkanie potężny zespół, z którym okręty Kriegsmarine nie miały szans na nawiązanie równorzędnej walki.

– Nasz wywiad melduje, że na norweskich wodach już są angielskie niszczyciele i krążownik liniowy. Jak dojdą do nich te ze Scapa Flow i Rosyth, to stworzą barierę nie do pokonania – powiedział jakby do siebie. Spojrzał na Besta. – Pan się uśmiecha? – warknął.

Premier N. Chamberlain składa wizytęA. Hitlerowi we wrześniu 1939 r.

– Ja też się przeraziłem, gdy odczytaliśmy tę depeszę, ale cel brytyjskich okrętów jest inny. Niech pan przeczyta ten raport – podał drugą kartkę.

– To depesza dowódcy Floty Macierzystej admirała Charlesa Forbesa dla dowódców okrętów, które wyszły w morze, a których tak się obawiamy. Admirał nie jest przekonany, że jednostki Kriegsmarine zmierzają do Norwegii. Uważa, że takie przewidywania nie mają podstaw! Proszę spojrzeć na ostatnie zdanie…

Tranow odnalazł wskazany fragment:

„Wszystkie raporty na ten temat [tj. rejsu niemieckich okrętów w stronę Norwegii – B.W.] mają wątpliwą wartość i niewykluczone, że jest to kolejne posunięcie w wojnie nerwów”.

Tranow spojrzał zdziwiony na Besta.

– Czyżby dowódca Floty Macierzystej, jedynej siły, która może nam zagrozić, naprawdę nie wierzył, że nasze okręty płyną do Norwegii? – zapytał wyraźnie zdziwiony.

– Ta depesza jednoznacznie na to wskazuje. Z innych przechwyconych meldunków wynika, że Brytyjczycy uważają, iż nasze okręty idą na Północny Atlantyk, aby tam podjąć zmasowane ataki na ich żeglugę.

Tranow podniósł się z fotela i zaczął składać papiery.

– Panie Best, jeżeli tak jest, to wygraliśmy tę wojnę!

– Właśnie tak uważam, i dlatego się uśmiecham.

Tranow spojrzał na niego spod oka.

– Idę do dowództwa marynarki. Niech pan mnie informuje o każdym nowym radiogramie.

Wsunął papiery do teczki i pospiesznie wyszedł z gabinetu.

Tranow miał w ręku dowód, że dwa warunki niezbędne dla powodzenia ryzykownego przedsięwzięcia, jakim był desant na Norwegię, zostały zrealizowane; Anglicy nie zorientowali się, że niemieckie okręty z wojskiem płyną do norweskich portów, i prowadzili swoje zespoły w innym kierunku. Wydawało się, że popłynęły one za daleko, aby można było naprawić ten błąd i zatrzymać niemieckie siły, zanim te dotrą do brzegów Norwegii. Ale jeszcze wiele mogło się zmienić.

Niezwykła operacja Kriegsmarine

Kiedy Winston Churchill zdał sobie sprawę, że powraca duch Gallipoli, aby tak jak w 1915 roku obrócić wniwecz jego strategiczny plan?

Sytuacja wydawała się sprzyjać jego zamierzeniom. W rządzie brytyjskim odżywał optymizm i wojowniczy duch, a premier Neville Chamberlain[17] był zadowolony z postępu działań obronnych Wielkiej Brytanii. Przemawiając w parlamencie 4 kwietnia 1940 roku, powiedział:

– Po siedmiu miesiącach wojny moja wiara w zwycięstwo jest dziesięciokrotnie większa, niż była na początku.

Nie ujawnił jednak, co jest powodem tego optymizmu, ograniczając się do ogólnikowego wyjaśnienia:

– Świadom jestem, że w czasie tych siedmiu miesięcy sytuacja uległa znacznej poprawie, a nasze siły wzrosły.

I mówił dalej:

– Gdy wojna wybuchła, znajdowaliśmy się daleko w tyle za Niemcami i oczywiście spodziewaliśmy się, że wykorzystają oni swoją początkową przewagę i podejmą próbę podporządkowania sobie nas i Francji, zanim zdążylibyśmy odrobić zaległości. Czyż nie jest niezwykłe, że nic takiego się nie stało? Bez względu jednak na to, jaka była przyczyna, czy Hitler myślał, że zdobędzie bez walki to, co chciał, czy też nie zdążył zakończyć przygotowań, jedno jest pewne: spóźnił się na autobus. Siedem miesięcy, które otrzymaliśmy w prezencie, umożliwiło nam nadrobienie opóźnień.

Premier mylił się. Wiosną 1940 roku Wielka Brytania była niewiele lepiej przygotowana do wojny niż jesienią 1939 roku. Churchill ze swoim planem zaminowania wód Norwegii i sprowokowania Hitlera do walnej rozprawy na warunkach odpowiadających Brytyjczykom wysforował się za daleko do przodu – nie miał bowiem możliwości zrealizowania swoich planów.

Dopiero 4 kwietnia 1940 roku premier przyznał mu przewodniczenie Komitetowi Koordynacji Wojskowej, który składając się z ministrów marynarki wojennej, lotnictwa i wojsk lądowych, miał umożliwić koordynację działań działaniami różnych rodzajów wojsk. W istocie Komitet stał się miejscem „uprzejmych rozmów”, po których zakończeniu sporządzano raporty, przedstawiane następnie reprezentantom ministerstw, aby mogli sprawdzić, czy oddają one najistotniejsze tezy ich wypowiedzi. Gdy niespiesznie zatwierdzili raporty, przesyłali je do Komitetu Obrony Gabinetu Wojennego[18], gdzie dyskusja rozpoczynała się od początku i uczestniczyli w niej ci sami ministrowie, którzy toczyli długie rozmowy na forum Komitetu Koordynacji, tyle że od tego czasu minęło już kilka dni.

Tak więc współdziałanie różnych rodzajów wojsk było paraliżowane przez biurokratyczne rządowe procedury. Wydawałoby się, że dla Admiralicji decydujące było słowo Churchilla. Mógł on więc skutecznie realizować swój strategiczny plan rozegrania decydującej bitwy morskiej u wybrzeży Norwegii, wydając rozkazy, które dowódcy flot musieli wykonać. Czy istotnie tak było?

Wiktoriańska willa w pięknym parku mało przypominała najtajniejszy ośrodek kryptologiczny (zdjęcie autora)
Ośrodek nasłuchowy w Bletchley Park, gdzie przechwytywano niemieckie szyfrogramy (zdjęcie autora)

Dowódcy morscy, poczynając od dowódców największych okrętów aż po admirałów kierujących flotami, nie wierzyli, że Niemcy zdobędą się na takie szaleństwo, jak wysłanie swoich eskadr pod Norwegię. Nawet otrzymując raporty wywiadu i meldunki pilotów, którzy dostrzegli niemieckie okręty idące w stronę Norwegii, byli skłonni przyjmować, że celem Kriegsmarine jest Północny Atlantyk. Odbierali więc rozkazy z Admiralicji ze spokojem, skłonni raczej przyglądać się rozwojowi sytuacji niż działać.

Raporty wywiadu docierały do Churchilla z ogromnym opóźnieniem lub w ogóle nie docierały. Brakowało kompetentnych analiz całości przedsięwzięć wroga. Wynikało to po części z zamieszania, jakie zapanowało w brytyjskich tajnych służbach po śmierci w listopadzie 1939 roku sir Hugh „Quex” Sinclaira, wieloletniego szefa Secret Intelligence Service. W testamencie wyznaczył na swojego następcę Stewarta Menziesa[19], o którym szeptano, że był nieślubnym synem księcia, późniejszego króla Edwarda VII. W dodatku najważniejsze stanowiska w wywiadzie i kontrwywiadzie oddawał przyjaciołom z najbardziej elitarnej brytyjskiej uczelni Eton[20], do której uczęszczał również Winston Churchill. Ta kandydatura wywołała gwałtowne protesty ze strony wielu polityków, a zwłaszcza opozycyjnej Partii Pracy, zarzucającej rządowi, że zamienia kwaterę główną tajnych służb w salon dobrze urodzonych. Ledwo premierowi i królowi udało się przeforsować Menziesa, a już poniósł on kompromitującą porażkę w starciu z wywiadem niemieckim. Było to w listopadzie 1939 roku, gdy dwaj wysocy funkcjonariusze brytyjskiego wywiadu dali się omotać niemieckim tajnym służbom i wciągnąć w zasadzkę w holenderskim miasteczku Venlo, gdzie zostali porwani. Nie chodziło tylko o porażkę w szpiegowskiej robocie, lecz o przechwycenie przez Niemców agentów, którzy wiedzieli bardzo dużo o siatkach wywiadowczych w Holandii i Belgii, co oznaczało utratę tychże, i to w decydującym czasie wojny. Całe zamieszanie fatalnie wpłynęło na pracę brytyjskiego wywiadu, tym bardziej że Menzies, szukając szybkiego sukcesu, położył szczególny nacisk na rozbudowę ośrodka w Bletchley Park[21], gdzie zespoły kryptologów odczytywały niemieckie szyfrogramy, powstające w maszynach szyfrujących Enigma. Dawało to Brytyjczykom wgląd w wiele najtajniejszych planów nazistów. Być może już wówczas rząd brytyjski uwierzył, że odczytane depesze z tych maszyn są podstawowym i najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy o zamierzeniach wroga, a skoro nie odczytano żadnych, które mówiłyby o wyruszeniu floty inwazyjnej, nie było potrzeby wszczynania alarmu. Tymczasem maszyny Enigma używane w niemieckiej marynarce wojennej różniły się od maszyn w wojskach lądowych i siłach powietrznych: miały więcej wirników, co brytyjskim kryptologom praktycznie uniemożliwiało odczytanie powstających w nich szyfrogramów. Ze względu na tajemnicę, jaką otoczono działalność Bletchley Park, mało kto w brytyjskim rządzie zdawał sobie z tego sprawę.

Niszczyciel Glowworm stawia zasłonę dymną (widok z pokładu ciężkiego krążownika Admiral Hipper)