Wydawca: Sensacje XX Wieku Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sieć - ostatni bastion SS - Bogusław Wołoszański

Oparta na faktach powieść Bogusława Wołoszańskiego odkrywa mroczny świat walki wywiadów o hitlerowskie tajemnice ukrywane w podziemiach zamków i betonowych sztolniach. Ci, którzy te tajemnice posiedli, zatarli ślady i zniszczyli dokumenty uznając, że prawda może być zbyt szokująca.

Ostatnie dni wojny. Oficer polskiego wywiadu, Jan Tarnowski, który przez lata działał jako oficer Abwehry Martin Jorg, otrzymuje rozkaz przedostania się na Dolny Śląsk. Stamtąd napływają informacje o tajemniczych działaniach organizacji „Der Spinne” („Pająk”), którą z rozkazu Heinricha Himmlera, szefa SS utworzył Otto Skorzeny. Do akcji przystępuje również wywiad radziecki, który ma swój cel w penetrowaniu hitlerowskiego podziemia. Co będzie najwyższą wygraną dla zwycięzcy tej walki: gigantyczne zasoby złota czy nieznana broń, a może…?

Czterdzieści pięć lat później, w marcu 1990 roku kanadyjski naukowiec Gerald Bull, konstruktor super działa, zostaje zamordowany pięcioma strzałami w kark. Co łączy te odległe wydarzenia?

Opinie o ebooku Sieć - ostatni bastion SS - Bogusław Wołoszański

Fragment ebooka Sieć - ostatni bastion SS - Bogusław Wołoszański

12 kwietnia 1945 r., przełęcz Brenner

– Tędy, mister, tędy. – Włoski żołnierz, który zapewne znał tylko te dwa słowa po angielsku, wskazywał na wąską ścieżkę biegnącą stromo pod górę. Dwaj mężczyźni, który wysiedli z zabłoconego samochodu, posłusznie skierowali się w tę stronę. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, jak śnieżna i sroga może być wiosna w górach, gdyż mieli na sobie jesionki i półbuty, już przemoczone, zanim wsiedli do samochodu, który przywiózł ich na przełęcz Brenner. Skórzane zelówki ślizgały się po ubitym śniegu, więc posuwali się ostrożnie, zapierając się bokami podeszew, co zwiększało przyczepność, ale wymagało sporo wysiłku, podobnie jak chwytanie gałęzi drzew rosnących po bokach. Z wyraźną ulgą stanęli na niewielkiej polanie, jaka powstała po wycięciu drzew, których poobcinane pnie leżały w sągach z boku.

– Kontrwywiad to psia służba – mruknął starszy, otrzepując zmarznięte ręce ze śniegu.

– Będzie jeszcze gorsza, gdy zaczniemy schodzić – drugi mężczyzna rozejrzał się wokół.

Trzej włoscy żołnierze przeszukiwali teren, ale bez większego entuzjazmu. Oficer siedzący na sągu drzew na widok przybyłych zeskoczył na śnieg i podszedł szybko.

– Major Mario Sebastriani – przedstawił się. Mówił płynnie po angielsku. – Oficer łącznikowy wywiadu.

– Major Felix Cowgill, kontrwywiad... – starszy wyciągnął rękę na powitanie – a to... – Nazwisko wypowiedział bardzo niewyraźnie. Włoch nie powinien wiedzieć, że stojący obok niego to James Jesus Angelton, który przyjechał do Włoch, aby działać tam jako oficer amerykańskiego kontrwywiadu. – Kiedy to się stało?

– Dziś o świcie. Szli stamtąd – Sebastriani wskazał na górę. – Przeszli przez przełęcz Brenner. Niedaleko stąd znaleźliśmy obozowisko, w którym spędzili noc. O świcie podjęli wędrówkę. Zeszli na szosę i zmierzali prawdopodobnie do Trentino. Ale mieli pecha. Zauważył ich patrol. Nie chcieli się zatrzymać i zaczęli uciekać. Jeden został ranny, zanim dotarli do lasu. Zwieźliśmy go do szpitala. Drugi zginął – tutaj...

Obrócił się i podszedł do zwłok przykrytych zielonym brezentem. Odchylił róg. Cowgill też podszedł blisko i pochylił się, aby przyjrzeć się twarzy zabitego. Po chwili wyprostował się i spojrzał porozumiewawczo na towarzysza. Można było odnieść wrażenie, że rozpoznał zabitego, ale nic nie powiedział na ten temat.

– Znaleziono przy nim to. – Sebastriani sięgnął do kieszeni i wyciągnął niewielkie pudełko obszyte płótnem. Cowgill rozdarł nitki szwu i wyciągnął plik kartek staranie złożonych we czworo. Były zaszyfrowane, ale na jednej znajdowało się kilka zdań po niemiecku.

„Przekazujący te dokumenty ma wszelkie pełnomocnictwa do rozmów w sprawie «Brennstoff B»”.

Podpis był nieczytelny, ale zapewne dla człowieka, który odebrałby ten plik, stanowił wystarczający dowód autentyczności. Cowgill schował starannie papiery do wewnętrznej kieszeni.

– Ilu ich było? – zapytał majora.

– Pięciu. Na dole został ranny przewodnik – powiedział Sebastriani. – Znam go, bo wykonywał niektóre prace dla mnie, jak byłem w partyzantce. Nazywa się Roberto Guliano. Miał dobre kontakty z Niemcami. Nie wiedziałem, że teraz zajął się bardziej dochodowym interesem.

– Jak bardzo?

– W plecaku miał czternaście złotych dwudziestodolarówek. Zakładam, że to zaliczka za przeprowadzenie tych ludzi przez góry i dalej do Trentino. Tam zapewne przejęliby ich inni. A tego – wskazał na zwłoki – nie znam.

– To znaczy, że trzech uciekło.

– Tak, poszli w góry, ale bez przewodnika daleko nie zajdą. Zabłądzą i zamarzną albo ich złapiemy.

– Wolałbym, żebyście ich złapali. – Cowgill odwrócił się do Angeltona.

– Nic tu po nas, zjedziemy na dół, do szpitala, pogadać z tym rannym – powiedział tamten, co Cowgill przyjął z ulgą. Cienkie podeszwy jego półbutów nie dawały żadnej ochrony przed zimnem. Przestępowanie z nogi na nogę niewiele pomagało i zaczynał się obawiać, że odmrozi stopy.

– Zna pan wygodniejszą drogę na dół? – Cowgill zwrócił się do Sebastrianiego, który pokręcił głową, nieudolnie usiłując nadać swojej twarzy wyraz współczucia i przejęcia losem oficerów, którzy mieli pokonać pięćdziesięciometrowy odcinek stromej ścieżki.

Pierwszy przewrócił się kapitan, a tuż za nim poleciał Cowgill, co okazało się rozwiązaniem praktycznym, gdyż już bez większych sensacji pokonali pozostałą drogę na jesionkach.

– Od razu tak trzeba było. – Cowgill wstał i otrzepał płaszcz ze śniegu.

Angelton podniósł się z trudem. Dla niego upadek okazał się dość bolesny.

Z wyraźną ulgą doszli do samochodu, dużego humbera snipe’a pomalowanego w ochronne wojskowe barwy. Kierowca najwidoczniej przewidując, że wrócą zziębnięci, nie wyłączał silnika, więc z radością zanurzyli się w ciepłym wnętrzu.

– James, ja go rozpoznałem – pierwszy odezwał się Cowgill, który zzuł przemoczone buty i pochylony masował zziębnięte stopy. Siedzący obok niego Angelton znajdował się w nieco lepszej sytuacji, gdyż najwyraźniej skóra jego butów była lepiej zabezpieczona przed wodą. Czując, jak napływa ciepło, oparł się wygodnie i zapalił papierosa. Od 1943 roku służył w amerykańskim kontrwywiadzie, a oddelegowany do Londynu poznał tam Feliksa Cowgilla. Spotkali się ponownie we Włoszech, dokąd Angelton został skierowany na wiosnę 1945 roku.

– Ktoś ciekawy? – zapytał.

– Bardzo. – Cowgill też rozparł się wygodnie.

– Jedziemy do szpitala w Mezzolombardo. Wiesz, gdzie to jest? – zapytał kierowcy, który skinął głową i wrzucił bieg. Manewrując ostrożnie na ośnieżonej drodze, zawrócił w stronę miasta. Najchętniej wróciliby do niewielkiego hotelu na przedmieściach Trentino, gdzie zatrzymali się poprzedniego wieczoru, ale zdawali sobie sprawę, że rozmowa z rannym przewodnikiem może dać wiele ciekawych informacji.

– To niski rangą, ale ogromnie ważny gość od Kaltenbrunnera, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy – powiedział Cowgill. – Już to oznacza, że mamy do czynienia z bardzo ważną sprawą. Nazywał się Eibistahl.

Zerknął na Angeltona i widząc, że ten zmarszczył brwi, jakby poszukiwał w pamięci informacji na temat tego człowieka, dodał szybko tonem, w którym zabrzmiała nuta wyższości:

– Nic ci to nie powie. – Bez wątpienia kontrwywiad amerykański musiał jeszcze dużo nauczyć się o Europie. – To facet od specjalnych zadań, pozostający w cieniu. Dzięki temu żył. Do dzisiaj. Chcieliśmy go zlikwidować wcześniej. Przygotowaliśmy dwa zamachy w Warszawie, ale zawsze uchodził cało. Aż trafiła go zabłąkana kula.

– Tak mu było pisane...

Zamilkli obaj, rozumiejąc, że doszli do tematu, o którym włoski kierowca nie powinien wiedzieć. Z zadowoleniem dostrzegli pierwsze zbudowane z szarego kamienia domy Mezzolombardo. Cowgill obiecał sobie, że znajdzie czas, żeby zwiedzić to urokliwe miasteczko, ale po porannej wyprawie w góry uznał, że najpierw musi kupić wygodne buty.

Szary budynek szpitala oznaczony wielką białą flagą z czerwonym krzyżem mieścił się w samym centrum miasta, dokąd dojechali po kilkunastu minutach. Bez kłopotów dowiedzieli się, gdzie leży ranny przewodnik, ale opatrywano mu ranę, więc usiedli na twardych krzesłach na korytarzu.

– Powiesz mi więcej o tym Eibistahlu? – Angelton znowu sięgnął po papierosa. Zdawał sobie sprawę, że informacje od Cowgilla mogą mieć duże znaczenie dla jego kariery w kontrwywiadzie. Wojna dobiegała końca, acz Niemcy mocno trzymali alpejskie pogranicze Bawarii i Włoch. Wielu amerykańskich generałów nazywało je Alpejską Redutą, gdzie rzekomo resztki SS i Wehrmachtu przygotowywały się do długiej obrony. Angelton nie wierzył w istnienie tej twierdzy. Bliższy był przekonaniu, że utrzymywanie pogranicznego rejonu ma na celu ułatwienie ucieczki dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy nie powinni dostać się w ręce aliantów, oraz wywóz tysięcy ton dokumentów i urządzeń technicznych. Uznawał też, że poznanie tras przerzutowych i kryjówek na terenie Włoch będzie jego głównym wyzwaniem, jako szefa miejscowego oddziału kontrwywiadu. Jeszcze niewiele wiedział na ten temat.

– Uważam, że był człowiekiem do specjalnych poruczeń Kaltenbrunnera, a może nawet samego Himmlera. Takim, którego nie widać, nie słychać, a jest piekielnie skuteczny – zaczął Cowgill. – Zwróciłem na niego uwagę w 1943 roku i udało mi się zgromadzić wiele ciekawych informacji. Tylko nie pytaj, w jaki sposób.

– Właśnie to mnie interesuje – mruknął Angelton. – Może dobijemy jakiegoś handlu?

– To już lepiej. To powiem ci: kochanka, sposób stary jak świat. Ale wiele nas kosztowała.

– Opłaciło się?

– Tak – skinął Cowgill. – Od niej wiem, że Eibistahl przed oblężeniem Breslau przyjechał tam z polecenia Himmlera. Gdy Rosjanie podeszli do miasta, przeniósł się do Hirschbergu[1]. Działał bardzo intensywnie.

– Wiesz, nad czym tak pracował?

– Nie. Ale powiem ci tak: droga prowadząca przez góry zaczyna się nie w Alpejskiej Reducie, gdyż obydwaj w nią nie wierzymy, lecz na Dolnym Śląsku. To jest wyzwanie!

– Mamy z tym pewne doświadczenia. – Angelton uznał, że też może przedstawić osiągnięcia wywiadu amerykańskiego. – Specjalna grupa TICOM dowodzona przez komandora Compaigne’a dotarła tam w poszukiwaniu maszyny deszyfrującej „Ryba miecz” i ostatecznie ją zdobyła. Za dwa lata ta maszyna wstrząśnie światem!

– Ciekawe – mruknął Cowgill. Nie zdradził, że wiele wie o tej akcji, a słowa Amerykanina nasunęły mu projekt, który postanowił starannie przemyśleć.

– Wiem, że działał tam polski agent o pseudonimie „Granit”. Był dobrze umieszczony w najtajniejszym ośrodku... – Angelton przerwał, zerkając spod oka na Cowgilla. Sprawdzał, jakie wrażenie zrobiły jego słowa na Angliku. Ten musiał przyznać, że nie doceniał kolegi. Jak na kilkanaście miesięcy spędzonych w Europie wiedział bardzo dużo.

Przerwali rozmowę, bo z pokoju zabiegowego dwaj sanitariusze wynieśli nosze z rannym. Po chwili w drzwiach stanął lekarz uprzedzony już o wizycie dwóch facetów z kontrwywiadu.

– Możecie z nim porozmawiać – powiedział niechętnie. – Nie dłużej niż parę minut. Ma paskudną ranę nogi. Chyba ją amputujemy.

Odwrócił się na pięcie i odszedł szybko w głąb korytarza.

Guliano leżał już w separatce pilnowany przez amerykańskiego żołnierza, który na widok legitymacji Angeltona wstał i wyszedł z pokoju.

– Jesteśmy z kontrwywiadu. Musimy zadać ci kilka pytań – zaczął Cowgill.

– Nic nie wiem. Nic nie powiem. Jestem ranny. – Roberto odwrócił głowę do ściany. – Dajcie mi spokój!

– Posłuchaj, Roberto. – Cowgill pochylił się nad nim. – Lekarz powiedział, że amputują ci nogę. W tym szpitalu na pewno to zrobią. Ale my możemy przenieść cię do amerykańskiego szpitala w Rzymie. Tam mogą uratować twoją nogę. No jak? Mamy wyjść?

Roberto uniósł głowę.

– Poczekajcie! – zawołał szybko. – Co chcecie wiedzieć?

– Na pewno słyszałeś rozmowy ludzi, których prowadziłeś. O czym rozmawiali?

– Wystrzegali się mnie, ale słyszałem, że rozmawiają o specjalnym transporcie. Coś, co pozostało w jakimś zamku. Nie pamiętam nazwy.

– Tzschocha? – podsunął Cowgill.

Roberto pokręcił głową.

– Fürstenberg?

– Być może. Brzmiało podobnie.

– Co to za transport?

– Nie wiem, nie wiem. Prawdę mówię...

– Słyszałeś coś o „Brennstoff B”?

Roberto po chwili zastanowienia pokręcił przecząco głową.

– Dokąd ten transport miał trafić?

– Spieszyli się, bo przerzut miał nastąpić przez przełęcz Brenner. Do Wenecji.

Zamknął oczy. Widać było, że rozmowa go wyczerpuje.

– Dziękuję ci, Roberto – powiedział Angelton. – Idę teraz zadzwonić w sprawie przewiezienia cię do amerykańskiego szpitala.

Wyszli po cichu, dając znać żołnierzowi, który czekał na korytarzu, że może wrócić do pilnowania rannego więźnia.

– Potwierdzają się moje przewidywania – odezwał się Cowgill, stając przy oknie.

– Mówisz o Dolnym Śląsku?

– Tak. Tam jest początek drogi, która, jak słyszałeś, biegnie do Wenecji. Tylko nie wiemy, co tą drogą ma zostać przewiezione.

– Masz pomysł? – Angelton znowu wyjął papierosa.

– Za dużo palisz. – Cowgill spojrzał na niego z wyrzutem, ale ten nie dał się odwieść od przyjemności wciągnięcia dymu. – Pomysł? Mam – dodał po chwili Cowgill. – Jest człowiek, który tam działał.

– „Granit”? – Angelton wypuścił kłąb dymu, co spotkało się z wyraźną dezaprobatą lekarza idącego do izolatki rannego.

– Tak. Nazywa się Jorg, Martin Jorg. Polski szpieg, doskonale zakamuflowany jako oficer Abwehry, kryptolog. Rozpracował „Rybę miecz” i oddał w nasze ręce.

– To nie ma nad czym się zastanawiać.

– Jest nad czym. Poza mną nikt mu nie wierzy. Działał poza strukturami.

– Co to znaczy?

– Tuż przed wojną, gdy nasz dzielny premier Chamberlain trząsł portkami na myśl, że można narazić się Hitlerowi, i blokował wszelkie inicjatywy, utworzyliśmy, poza wiedzą rządu, tajną organizację. Na jej czele stanęła bardzo dzielna kobieta.

– Joanna – dodał Angelton, co nie wywołało zdziwienia Cowgilla. Zdawał sobie sprawę, że wiedza amerykańskiego kolegi pochodzi od Compaigne’a.

– Tak. Ona utrzymywała bezpośrednią łączność z „Granitem”.

– To masz gotowy projekt.

– Tak.

– Przyznasz, że przyczyniłem się do jego powstania?

– W jaki sposób? – Cowgill był wyraźnie zdziwiony.

– Podsunąłem ci pomysł.

– Ach tak, oczywiście, drogi Jamesie – przytaknął Cowgill.

– No właśnie. To znaczy, że zakończyliśmy nasz układ handlowy.

Cowgill spojrzał na niego pytająco.

– Ty mi powiedziałeś o kochance Eibistahla, a ja ci podsunąłem projekt wykorzystania Jorga. Czyli jesteśmy kwita.

Cowgill uśmiechnął się. Stanowczo nie doceniał Amerykanina.

18 kwietnia 1945 r., dacza w Kuncewie

Stalin odsunął papiery, jakie rozłożył na blacie wiklinowego stolika na tarasie daczy w Kuncewie, i wygodnie rozparł się na fotelu. Wiosenne słońce przebijające się przez zieleniejące gałęzie brzóz świeciło mocno, dając miłe poczucie ciepła.

– Gorąco, jak na kwiecień – powiedział.

– Koba, może wody... – Ławrientij Beria, siedzący w fotelu naprzeciw, pochylił się, gotów w każdej chwili sięgnąć po karafkę stojącą między kartkami, gdyby tylko Stalin wyraził taką chęć. Wyciągnął głowę, co nadawało mu wygląd drapieżnego ptaka siedzącego na gałęzi i wypatrującego zdobyczy.

Stalin, jakby nie słysząc propozycji, uniósł nogę i zsunął but, czarny z wysoką, pomarszczoną cholewą, co najwyraźniej przyniosło ulgę jego stopie, gdyż natychmiast, zapierając palce o obcas, zsunął drugi. Grube bawełniane skarpetki wciągnięte na nogawki szarych spodni pozwijały się, ale nie zwracał na to uwagi. Rozłożył się na kanapce. Była trochę za krótka, nawet jak na jego niski wzrost, więc ugiął jedną nogę, a drugą przekrzywił i ułożył tak, że stopa pozostała poza wiklinowym obrzeżem kanapy.

Zestarzał się – pomyślał Beria.

Wojenne lata odcisnęły ogromne piętno na Stalinie. Przygarbił się, posiwiał, poruszał się wolniej, jakby z wysiłkiem, stał się jeszcze bardziej podejrzliwy i nieufny.

– Wody? Nie... – mruknął Stalin.

Sięgnął po jedną z kartek, jakie zostawił na stoliku, i podniósł wysoko, aby padało na nią jak najwięcej światła. Za osiem miesięcy, w grudniu 1945 roku, miał skończyć sześćdziesiąt sześć lat, ale niechętnie zakładał okulary, nawet w otoczeniu najbardziej zaufanych ludzi. Nikt nie powinien wątpić w jego orli wzrok.

Beria dostrzegł, że Stalin wpatruje się w tekst, ale nie czyta go. W istocie jego zainteresowanie skupiła biedronka, która wylądowała na górnym brzegu kartki, złożyła skrzydełka i szła po krawędzi.

– Wiesz, jakie to niezwykłe... – odezwał się Stalin po chwili.

Beria podniósł wzrok.

– Co „niezwykłe”?

– Biedronka – odparł Stalin i zajął się przekrzywianiem kartki, aby lepiej zaobserwować powolny chód owada. Zapadło milczenie.

– A co w niej niezwykłego? Kropki?

Beria był trochę zaniepokojony, że nie nadąża za myślą Gospodarza.

– Takie maleńkie stworzonko, a natura dała mu wielką siłę. Wielką, Ławrientij. Pancerz dobrze ją chroni przed mniejszymi wrogami, a kolor przed większymi...

– Czerwony? – Beria znowu wyciągnął głowę, aby lepiej widzieć biedronkę na kartce.

– Ten kolor, dla ptaków, na przykład, oznacza, że biedronka jest trująca, więc jej nie dziobią. Boją się...

– Ciekawe – przytaknął Beria. – Nie wiedziałem.

– ...ale jest inny owad. Taki podobny do osy – mówił dalej Stalin. – Nieduży. Wbija żądło w miejsce pod pancerzem biedronki i, za jego pomocą, do wnętrza ciała wprowadza jajo. I już. Biedronka sobie lata... – machnął kartką, aby spędzić owada, i przez chwilę obserwował jego lot – a w niej rozwija się larwa. I powoli zżera biedronkę. Od środka. Potem wychodzi na zewnątrz. Mądre to...

Beria nie odzywał się, czekając na dalszy ciąg rozważań.

Stalin podniósł się z fotela i przeszedł kilka kroków w skarpetkach, jakby po to, aby poczuć ciepło oddawane przez kamienie tarasu.

– Naród jest zmęczony wojną – powiedział niespodziewanie. – Nie zgodziłby się, aby teraz skierować broń przeciw sojusznikom.

– Koba, osiągnęliśmy wszystkie cele! Nasze wojska lada dzień zdobędą Berlin. Straty – ogromne, ale od początku istnienia państwa radzieckiego nie zyskaliśmy tak dużo. Koba, tobie udało się zrealizować cele wielkiej rewolucji!

Beria podniósł się i obciągnął koszulę, która zebrała się w wielką fałdę nad paskiem.

– Będziemy coraz silniejsi, a Zachód będzie słabł – dodał, podchodząc do Stalina. – Umocnimy się na terytoriach, które nam przypadły. Z Niemiec już zaczęliśmy przywozić fabryki. W Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech, w Rumunii, w Bułgarii stłumimy reakcję w ciągu dwóch, trzech lat...

– Nie! – Stalin zaprzeczył tak kategorycznie, że Beria nie śmiał się odezwać. – Nasz kraj zniszczony. Europa zniszczona, głodna, a Ameryka rozkwitła. Żołnierzy stracili mało, a rozwinęli gospodarkę i naukę. Roosevelt nie był głupi, godząc się na oddanie nam Polski, Czechosłowacji i innych państw. Za pięćdziesiąt lat, gdy mnie już nie będzie, stracimy nad nimi kontrolę. Wymkną się. On to przewidział. A co to jest „pięćdziesiąt lat”...

– Ale do tego czasu, Koba, wygramy wojnę z imperialistami!

Stalin nie odezwał się. Pochylił się nad stolikiem i wyjął papieros z drewnianego pudełka, na którego pokrywce namalowano ośnieżone szczyty Gruzji. Beria wiedział, że papierosy tam przechowywane były specjalnie wytwarzane dla Gospodarza. Sięgnął po zapałki, aby podać ogień, ale najwidoczniej Stalin nie miał ochoty zapalać papierosa, gdyż tylko obracał go w palcach, nie zważając na płonącą zapałkę.

– Nie, wojny nie będzie, bo beze mnie ją przegracie. Nie wolno czekać.

Wreszcie pochylił się w stronę Berii, który natychmiast potarł drugą zapałką o draskę. Stalin zaciągnął się, ale krótko, płytko. Wiedział, że papierosy mu nie służą.

– Twoi ludzie mają działać jak ten owad – powiedział cicho. – Wbić żądło pod pancerz i złożyć jajo, które pewnego dnia rozsadzi kapitalizm...

Beria słuchał uważnie, aby nie uronić ani jednego słowa. Znał dobrze rozmowy ze Stalinem, niby nieoficjalne, po kolacji w kremlowskim apartamencie albo na werandzie daczy w Kuncewie. Niby nic, ot takie sobie gawędzenie przy winie, a po kilku dniach Koba pytał: co osiągnąłeś w sprawie, o której mówiliśmy? Masz już wyniki? A Beria musiał natychmiast przypomnieć sobie, do czego Stalin nawiązuje, i odpowiedzieć. Zbyt długie wahanie, nieprecyzyjne odpowiedzi Wódz gotów był uznać za sabotowanie jego planów. I zemścić się.

Tym razem jednak nie potrafił zrozumieć, do czego zmierza Stalin. Wbić żądło i rozsadzić kapitalizm? A co w tym nowego? Od wielu lat służby rekrutowały do szpiegowskiej współpracy ludzi na najwyższych stanowiskach. W każdym państwie tworzyły wielkie siatki szpiegowskie, kontrolowały związki zawodowe, partie komunistyczne. I to jeszcze mało? Cóż więc miało być żądłem?

Nalał z karafki wody do szklanki i wypił szybko, jakby uznał, że poprawi w ten sposób jasność umysłu. Wolałby, żeby to była wódka, ale przy Stalinie nie śmiał zażądać przyniesienia alkoholu. Nie mówił nic, czekając na dalsze wyjaśnienia.

– Esesmani! – powiedział po chwili Stalin. – Amerykanie nie rozumieją, jacy to zbrodniarze, więc nie brzydzą się nimi, nie każą wieszać albo zamykać, jak my. A odwrotnie: traktują ich jak sprzymierzeńców, najtwardszych antybolszewików. Rycerzy antyrosyjskiej krucjaty. Hołubią bandytów ze służby bezpieczeństwa i gestapo, bo ci zakładali siatki szpiegowskie na naszym terenie, bo rozpracowywali podziemie w Polsce, bo znają komunistyczne organizacje na Zachodzie. Amerykanie liczą, że wykorzystają ich kartoteki, konfidentów i wiedzę. Dobrze, niech ich chronią! Niech ich hołubią! A esesmani będą nam służyć! I pewnego dnia zeżrą biedronkę, od środka.

– Koba, to jest wielkie przedsięwzięcie! – wykrzyknął Beria, choć wciąż nie rozumiał, dlaczego esesmani mogli być bardziej skuteczni niż szpiedzy lub komuniści działający na Zachodzie pod jego dyktando.

Stalin nie odpowiedział. Wrócił na kanapkę, poprawił poduszkę i zamknął oczy. Powoli zapadał w popołudniową drzemkę starego człowieka.

Beria odchylił głowę i rozparł się wygodnie na wiklinowym fotelu. Patrzył z nienawiścią, którą pozwalał sobie uwidocznić tylko wtedy, gdy miał pewność, że Stalin śpi, gotowy na drgnienie powiek Wodza, zanim ten otworzy oczy, zmienić wyraz twarzy.

Wreszcie podniósł się z fotela, miękko, ostrożnie, starając się nie dopuścić, aby zaskrzypiały wiklinowe witki, i po cichu poszedł w stronę tarasowych drzwi. Postanowił zadzwonić na Kreml, aby jak najszybciej dostarczono mu ostatnie meldunki wywiadowcze z Dolnego Śląska. Uważał, że tam znajdzie sposób na realizację wielkiego planu. Zastanawiał się nad kryptonimem nowej operacji. „Biedronka” wydawał mu się zbyt entomologiczny.

Żądło! – pomyślał i uznał, że to dobry kryptonim dla operacji rozsadzania kapitalizmu od środka.

Stalin otworzył oczy i popatrzył przez chwilę za odchodzącym Berią. Potem odwrócił głowę i ponownie zamknął oczy.

18 kwietnia 1945 r., lotnisko Croydon

Martin Jorg przysunął się bliżej prostokątnego okna samolotu, który gwałtownie tracił wysokość, zbliżając się do lądowania. Z chmur wyłaniały się domy londyńskiego przedmieścia: równe rzędy identycznych kamieniczek, szarych, jakby pokrytych popiołem. Okrążali je szerokim łukiem na wysokości dwustu, trzystu metrów, aż w oddali zza kępy drzew wyłoniła się murawa lotniska Croydon.

Lot z Niemiec był jedynym czasem spokoju, jakiego zaznał od chwili ucieczki z zamku Tzschocha[2]. Wszystkie wydarzenia: wyjście tajnym lochem z zamku, wysadzenie generatorów w elektrowni zasilającej podziemne laboratoria, ucieczka przed Rosjanami, postrzał w udo, spotkanie z Globckem i odnalezienie „Aparatu”, wydawały mu się tak odległe, jakby minęły miesiące.

Samolot uderzył o murawę lotniska z takim impetem, że wydawało się, iż roztrzaska golenie podwozia. Najwyraźniej za jego sterami siedział pilot wojskowy, który nie zwykł zwracać uwagi na komfort pasażerów. Przy schodkach dostawionych do drzwiczek dakoty stało dwóch żandarmów, którzy na widok Jorga wyżej unieśli karabiny Lee-Enfield i jednoznacznym gestem skierowali go do samochodu, który stał z boku. Wewnątrz siedział milczący kapitan, który zdawał się zupełnie nie interesować współtowarzyszem podróży. Jorg odnosił wrażenie, że oszczędni Anglicy wykorzystali jeden samochód, żeby ich obu przewieźć z odległego lotniska do centrum Londynu. Sytuacja wyjaśniła się dopiero wtedy, gdy wjechali w ponurą uliczkę kończącą się wielką blaszaną bramą w szarym murze z cegieł, nad którą górowała wieżyczka z reflektorem. Wtedy kapitan podał przez okno dokumenty wartownikowi. Nie był więc przypadkowym pasażerem. Milczący strażnik zaprowadził Jorga do pokoju, w którym okna nie miały krat, ale wszystko przypominało, że znajduje się na terenie więzienia. Drzwi, masywne, pomalowane olejną farbą, najpewniej przeniesiono z pobliskiej celi, choć nie było w nich judasza. Metalowe łóżko z siennikiem przykrytym kocem, stolik, taboret, półka na osobiste drobiazgi, sedes w niewielkiej wnęce zasłoniętej wzorzystą tkaniną – bardziej przypominało to celę niż pokój mieszkalny. Wrażenie było tym bardziej uzasadnione, że po północy gaszono światło. Jorg zdawał sobie sprawę, że wrócił po pięcioletniej służbie w Abwehrze. Anglicy mogli się więc obawiać, że jest podwójnym agentem.

Rozłożył na półce drobiazgi, jakie przywiózł ze sobą z Niemiec. Czuł, że w tym pokoju spędzi co najmniej parę dni. Przy okazji wyjmowania mydelniczki i szczoteczki do zębów zauważył, że jego plecak został zrewidowany, gdyż rzemień ściągający jedną z kieszeni był zawiązany inaczej, niż zwykł to robić. Dopiero w tym momencie poczuł, że sytuacja, w jakiej się znalazł, może być bardzo poważna.

Odstawił plecak i rzucił się na łóżko, postanawiając szybko zasnąć, ale w pokoju unosił się tak natrętny zapach pasty wtartej w deski podłogi, że po chwili wstał i podszedł do okna, aby je otworzyć. Mosiężna klamka kręciła się wokół swojej osi i nie udało mu się podnieść dolnej części ani opuścić górnej. Za to zauważył, że na dole biegła ścieżka, którą przechadzał się wartownik.

I tak zostałem wrogiem imperium – powiedział do siebie i wrócił na łóżko. Nie mógł wykluczyć, że sfabrykowano przeciwko niemu oskarżenia, tak poważne, że groził mu sąd wojenny, a może i wyrok. Choć szybko odpędził tę myśl, uznając, że zapewne sąd weźmie pod uwagę zeznania Joanny, Natalii, Czernego i zasługę, jaką było zdobycie „Aparatu”, to jednak niepokój pozostał. Jak bowiem wytłumaczyć, że zamiast eleganckiego oficera, który stojąc przed schodkami samolotu, uścisnąłby mu rękę i powiedział „Wykonał pan dobrą robotę. Jutro stanie pan przed naczelnym dowódcą”, czekało na niego dwóch żandarmów, a pierwszy nocleg wypadł w więzieniu? Na szczęście zmęczenie wzięło górę i senność pozbawiła go dalszych męczących rozważań. Było to jedyne sensowne zajęcie, jakie mogło mu zająć czas pierwszego wieczoru w Londynie.

21 kwietnia, Hochenlychen

Nikłe światła, jakie rzucały reflektory przysłonięte parcianymi kapturami, prześlizgnęły się po tralkach dużego tarasu i oświetliły szerokie schody z piaskowca, który zszarzał pod śniegiem i deszczem.

Wieczór był wyjątkowo wietrzny i chłodny, więc wysoki esesman, który z trudem wysiadł z małego wojskowego kübelwagena, nasunął kaptur, aby ochronić się przed rzęsistym deszczem. Niezatrzymywany przez warty, najwyraźniej poinformowane o jego przybyciu, wbiegł na taras i skierował się do bocznych drzwi, które otworzyły się, jakby uruchomione tajnym mechanizmem. Było to mylne wrażenie, gdyż tuż za nimi stał oficer, który nie wyszedł na zewnątrz, uznając najwyraźniej, że deszcz zaszkodzi jego wymuskanemu mundurowi.

Na widok wchodzącego stanął na baczność, podniósł rękę w hitlerowskim salucie tak energicznie, aż Skorzeny uśmiechnął się pod wąsem. Nie lubił tych lalusiów ze sztabu, którzy przez wiele lat służby w SS nie odważyli się pojechać na front, gdyż uważali, że to zbyt niebezpieczne.

– Reichsführer oczekuje pana w salonie – powiedział esesman, opuściwszy rękę. – Proszę o płaszcz.

Odebrał pelerynę i sam skierował się gdzieś do wnętrza budynku, w którym ostatnio często przebywał Heinrich Himmler. Było to sanatorium w miejscowości Hohenlychen położonej sto kilometrów na północ od Berlina, gdzie dowódca SS przyjechał nie po to, aby podreperować zdrowie, lecz znaleźć schronienie. Okazały dom, z wielkim czerwonym krzyżem na dachu, położony w rozległym parku, nie był atakowany przez alianckie bombowce.

– Skorzeny! – Himmler, widząc wchodzącego, odwrócił się od kominka. Najwyraźniej ucieszył go widok wielkiego esesmana.

Wyciągnął rękę na powitanie z taką serdecznością, że Skorzeny poczuł się nieswojo. W czasie poprzednich spotkań dowódca SS zachowywał się bardzo oficjalnie, jakby był zazdrosny o sławę, jaką przyniosły Skorzenemu uwolnienie Mussoliniego, a później uprowadzenie syna węgierskiego dyktatora Horthyego i opanowanie budapeszteńskiego zamku.

– Reichsführer, melduję się.

Skorzeny wciąż stał na baczność, co wprawiało w zakłopotanie Himmlera. Był dużo niższy od rosłego esesmana, więc wolałby, aby olbrzym jak najszybciej usiadł. Wskazał na fotel i sam wrócił do kominka poprawić drwa.

– Jak droga? – rzucił przez ramię.

– Bez incydentów, ale w dzień nie odważyłbym się jej odbyć.

Himmler przez dłuższą chwilę wydawał się całkowicie pochłonięty układaniem drew, jakby zapomniał o obecności gościa.

– Tak, oni panują w powietrzu, a ten wstrętny grubas Göring uważa, że to przejściowe! Dureń! Tutaj jest spokój, jak w Berlinie przed wojną – odezwał się wreszcie.

Skorzeny uprzejmie skinął głową. Uznał, że nie wypada mu potwierdzać uwagi, która trąciła malkontenctwem. Znowu zapadła cisza, do czasu aż Himmler odstawił szczypce i usiadł w fotelu, wciąż jednak wpatrując się w ogień płonący na kominku. Był wyraźnie w melancholijnym nastroju.

– Ta wojna jest przegrana – powiedział, nie odwracając głowy od płomieni. – Wczoraj byłem u Hitlera. Składaliśmy mu życzenia urodzinowe pod wielkim rumowiskiem, jakim jest Kancelaria Rzeszy. Pamięta pan, jak wyglądała pięć lat temu?

Skorzeny ponownie skinął głową. Himmler nie oczekiwał odpowiedzi.

– Nie mam złudzeń – mówił dalej Himmler. – Za miesiąc, najpóźniej za miesiąc, będziemy musieli skapitulować.

Skorzeny nie odezwał się. Zaczynał rozumieć, że Reichsführer SS otrzymał nowe wieści z frontu, które pozbawiły go wszelkiej nadziei na honorowe zakończenie walk i uzyskanie zgody aliantów na rozejm. Zapadła cisza, którą przerywał tylko trzask płonących drew.

– Aksmann rozmawiał z panem? – Himmler zmienił ton głosu. Wyglądało jakby otrząsnął się z przygnębiającego nastroju, jaki niosła świadomość bliskiej kapitulacji. Skorzeny ponownie skinął głową, potwierdzając, że kilka dni wcześniej szef niemieckiej młodzieży przekazał mu polecenie przystąpienia do organizowania oddziałów partyzanckich.

Na twarzy Himmlera pojawił się wyraz niezadowolenia.

– To głupota, z wojskowego punktu widzenia, zgadza się pan ze mną?

– Partyzanci nie wygrywają wojen – odpowiedział wymijająco Skorzeny. Wciąż nie mógł się zorientować, do czego zmierza Himmler.

– Tak, ma pan rację, Skorzeny. To dziecinada, ale odnoszę wrażenie, że Hitler tracąc zdolność kierowania państwem, chętnie daje posłuch pochlebcom, którzy przychodzą do niego z nierealnymi pomysłami.

Po raz pierwszy Skorzeny słyszał tak otwartą krytykę Führera. Zawsze uważał, że Himmler jest bezgranicznie wierny i oddany Führerowi, zwłaszcza że podkreślał to przy każdej okazji.

– Niech pan słucha uważnie. – Himmler wstał i zaczął krążyć po pokoju. – Potwierdzam rozkaz zorganizowania Werwolfu. Ale tylko jako zbrojnego ramienia naszej organizacji esesmanów. Nie będziemy tracić sił i ludzi na wysadzanie mostków czy strzelanie zza winkla do amerykańskich żołnierzy. Mamy ważniejszy plan, którego realizacja jest już bardzo zaawansowana.

– Reichsführer, przepraszam, ale muszę zadać podstawowe pytanie. Jaką rolę pan dla mnie przewiduje?

Skorzeny był ostrożny. Niepokoiły go słowa Himmlera. Doszukiwał się w nich zapowiedzi zamachu stanu, a on nie miał zamiaru kłaść głowy na katowski pieniek i to w samym końcu wojny. Zapisał się w historii jako bezwzględny wykonawca najtrudniejszych rozkazów i chciał, aby tak o nim mówiono.

– Niech pan się nie obawia. Nie mam zamiaru naruszać pana legendy. – Himmler zorientował się, jakie obawy skrywa pytanie Skorzenego. – Wprost przeciwnie. Potrzebna jest mi pana sława i pana charyzma.

Himmler podszedł blisko i pochylił się nad fotelem Skorzenego. Ten usiłował wstać, ale Reichsführer położył mu rękę na ramieniu.

– SS poniosło wielkie straty w tej wojnie, bardzo wielkie. Połowa walecznych poległa... – przerwał, aby stworzyć wrażenie, że jest wzruszony, mówiąc o śmierci tak wielu żołnierzy jego czarnej gwardii. – Zakończenie działań wojennych wpłynie na tych wspaniałych ludzi bardzo demoralizująco. Potrzebny jest ktoś, komu będą ufać. A pan jest jednym z nich! Oczekuję od pana bezgranicznego zaufania do moich planów. Gdy wskażę drogę, musi pan nią pójść, nie pytając, dokąd ta droga prowadzi. Czy jest pan gotowy?

– Tak jest! Ale...

– Nie będzie to droga, która splami pana honor. – Himmler znowu wyprzedził zastrzeżenia Skorzenego. – Nie będzie to droga zdrady Führera i Rzeszy. Zapewniam. Choć czasami może pan odnosić takie wrażenie.

– Tak jest. – Nic innego poza potwierdzeniem rozkazu nie przychodziło Skorzenemu na myśl. – Nie wydaje mi się możliwe, abym zdołał dorównać pana charyzmie, Reichsführer!

Te słowa mocno trąciły pochlebstwem, ale najwyraźniej sprawiły przyjemność Himmlerowi. Nikt nie mógł odebrać mu zasługi uczynienia z SS największej siły w Trzeciej Rzeszy. Stanął na czele tej formacji w 1929 roku, gdy liczyła niespełna trzystu członków, a trzy lata później, zanim jeszcze narodowi socjaliści sięgnęli po władzę, miał już pod swoimi rozkazami ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi i ta liczba stale wzrastała. A potem SS opanowało całe Niemcy. Honorowe tytuły otrzymywali najwybitniejsi naukowcy i najważniejsi politycy. Policja i wszystkie tajne służby podlegały jemu. A siłę SS uzupełniły fanatyczne, świetnie uzbrojone i wyszkolone oddziały Waffen-SS, które w szczytowym okresie liczyły blisko milion żołnierzy. Potęga policyjna i militarna SS szła w parze z potęgą gospodarczą tej organizacji. W obozach koncentracyjnych, administrowanych przez SS, siedemset tysięcy więźniów wynajmowano niemieckim koncernom, zarabiając krocie na ich niewolniczej pracy. A w samym końcu wojny Himmler przejął kontrolę nad produkcją rakiet i nowych rodzajów broni stanowiących największą tajemnicę Trzeciej Rzeszy. Brakowało mu tylko władzy, którą wciąż dzierżył Hitler. Ale Führer, dotknięty chorobą Parkinsona, zżerany narkotykami, które obficie aplikował mu doktor Theo Morell, był wrakiem człowieka. Był tylko zanikającą legendą, którą ostatecznie miała zniszczyć kapitulacja.

– Skorzeny, chcę panu coś wyjaśnić. – Himmler usiadł naprzeciw Skorzenego i pochylił się. Zaczął mówić szeptem, jakby obawiał się podsłuchu, co Skorzenemu wydało się śmieszne. Nie przyjmował myśli, że w siedzibie szefa policji i wszystkich tajnych służb mógł być podsłuch. Wkrótce zorientował się, że zduszony głos był tylko zagraniem, mającym nadać szczególne znaczenie słowom Himmlera.

– Wojna, która się kończy, była wojną idei. Przegraliśmy ją, gdyż nie przewidywaliśmy, że dwa przeciwstawne systemy, czyli kapitalizm i komunizm, mogą zjednoczyć się przeciwko nam! To jak połączyć wodę i ogień! A tak się stało! Wie pan dlaczego?

Skorzeny nie odezwał się, gdyż zdawał sobie sprawę, że to retoryczne pytanie, na które Himmler nie oczekiwał jego odpowiedzi.

– Bo Roosevelt uważał, że dla przyszłego świata większym zagrożeniem jest brytyjski kolonializm niż rosyjski komunizm! I zniszczył kolonializm. Tak, zniszczył! W ciągu kilku lat brytyjskie, francuskie, holenderskie, hiszpańskie i diabli wiedzą jakie inne kolonie będą łamać się jak spróchniałe gałęzie.

– My, na szczęście, nie mieliśmy dużo kolonii – odezwał się Skorzeny. Uznał, że wypada coś powiedzieć, ale Himmler machnął zniecierpliwiony ręką.

– Co powstanie w ich miejsce? – Himmler wstał. Po chwili odpowiedział na swoje pytanie. – Miliardy, tak, miliardy sfrustrowanej biedoty w Afryce i Azji. Kolorowej hołoty, pozbawionej kultury, bo kolonializm jej nie stworzył. I to będzie nasze wojsko! – zakończył podniośle.

Skorzeny patrzył na niego ze zdziwieniem. Po raz pierwszy widział Himmlera, który zawsze robił na nim wrażenie wyważonego urzędnika i sprawnego administratora, jak staje się ideologiem. Uniósł wysoko brodę i wsunął obydwie dłonie za pas. Bez wątpienia była to poza, jaką podpatrzył u Mussoliniego. Milczał długo, jakby chciał, aby jego słowa właściwie wybrzmiały w niewielkim pokoju.

– Jest mi więc pan potrzebny jako mój przedstawiciel, który nie tylko przywróci esesmanom wysokie morale, ale również potrafi żelazną ręką chwycić za gardło przywódców tej kolorowej hołoty wyzwalanej spod kolonializmu i kierować nią, w moim imieniu!

Boczne drzwi otworzyły się i stanął w nich Standartenführer SS Rudolf Brandt, adiutant, którego Skorzeny widział już wcześniej wiele razy. Słyszał też, że ten drobny mężczyzna zasłynął podczas przeprowadzania eksperymentów medycznych na więźniach, chociaż z wykształcenia był prawnikiem, nie lekarzem. Brandt skinął głową w jego stronę i podszedł szybko do Himmlera. Pochylił się i zaczął relacjonować szeptem jakąś sprawę, która musiała być ogromnie ważna, gdyż Himmler zagryzł usta i słuchał, nie przerywając. W jednym momencie tylko spytał:

– Eibistahl?

Brandt skinął głową.

– Możemy mówić otwarcie. – Himmler wskazał na Skorzenego i wyjaśnił: – Zginął nasz wysłannik do Włoch. Dowiedzieli się czegoś? – zwrócił się do Brandta.

– Z tego co wiemy, zastrzelono go, gdy uciekał przed patrolem, ale schwytali przewodnika. Jest ranny.

– Zlikwidować go za wszelką cenę. Włoska trasa musi pozostać tajemnicą!

– Tak jest! Mam jeszcze jedną informację. Niestety złą. – Brandt ponownie się pochylił, chcąc zrelacjonować sprawę tak, żeby Skorzeny tego nie słyszał. Mówił szeptem i musiały to być naprawdę złe wieści, gdyż Himmler zmienił się na twarzy.

– Melmer? – zapytał w pewnym momencie, na co Brandt odpowiedział skinieniem głowy.

Skorzeny znał to nazwisko. Haupsturmführer SS Bruno Melmer nadzorował przepływ kosztowności „rekwirowanych”, jak to określano, w obozach koncentracyjnych na konto SS w Reichsbanku i ze względu na jego szczególne zasługi konto nazywano jego nazwiskiem.

Brandt wyjaśnił coś, co jeszcze bardziej poruszyło Himmlerem. Zerwał się z fotela.

– Dopuściliśmy cywilów! – krzyknął. – To takie mamy efekty! Brandt, jutro chcę mieć dokładny raport! A winni muszą zostać ukarani z całą surowością!

Brandt, który najwyraźniej przekazał już wszystkie wieści, zasalutował i wyszedł szybko z salonu. Himmler stał jeszcze przez chwilę, jakby rozważając, na ile może wtajemniczyć Skorzenego, aż uznał, że powinien to zrobić.

– Brandt przyniósł mi wiadomość, że Amerykanie odkryli skarbiec w kopalni potasu w Merkers – powiedział. – To trzysta kilometrów na południe od Berlina.

Widząc po minie Skorzenego, że sprawa nie jest mu znana, usiadł na swoim miejscu i zaczął relacjonować.

– Po amerykańskim nalocie na rządową dzielnicę Berlina na początku lutego, gdy uszkodzeniu uległa siedziba Reichsbanku, Hitler zgodził się na wywiezienie wszystkich zasobów tego banku. Ukryto je w kopalni w Merkers. Złożono tam około stu ton złota, poza tym miliard marek w różnych walutach i kosztowności z depozytów. Niestety do tajnej operacji dopuszczono cywilów. Bank wysłał tam swojego głównego kasjera. Poza tym ktoś wpadł na pomysł, aby w tej kopalni złożyć dzieła sztuki z Muzeum Narodowego. Przyjechał więc dyrektor muzeum. A na domiar wszystkiego do rozładunku używano więźniów i robotników przymusowych, których pozostawiono przy życiu! No i proszę! Na efekt nie trzeba było długo czekać!

Himmler zakończył relację okrzykiem. Najwyraźniej wzburzyło go wspomnienie tak wielkiej straty. Milczał przez chwilę, starając się uspokoić.

– Zostanie pan ze mną na kolacji?

– Z przyjemnością, Reichsführer.

– Tak sądziłem. Przedstawię panu założenia mojej gry.

Wskazał na drzwi, jak należało się spodziewać, prowadzące do jadalni.

Był to niewielki pokój, pośrodku którego stał owalny stół z dwoma krzesłami. Poza nimi nie było tam nikogo, nawet kelnera. Himmler wskazał krzesło i sam usiadł naprzeciw. Nie odzywał się. Najwidoczniej wciąż rozważał wiadomość, którą przyniósł Brandt. Wreszcie podszedł do telefonu stojącego na niewielkiej konsoli pod ścianą.

– Niech przyjdzie Brandt – powiedział po chwili i dodał: – Dołóżcie dla niego nakrycie.

Wrócił do stołu.

– Ta wiadomość jest dla mnie wstrząsem. Na szczęście straty majątku SS nie są duże. Myślę jednak, że możemy to obrócić na naszą korzyść.

Skorzeny spojrzał na niego zdziwiony.

– Sto ton złota to bardzo duża strata dla Rzeszy – wypowiedział słowa, które nie znaczyły nic.

– Tak, w istocie – zgodził się Himmler – a wie pan dlaczego?

Skorzeny wzruszył ramionami. Odpowiedź wydawała mu się oczywista, ale Himmler na nią nie czekał.

– Wszyscy patrzą na złoto jako na drogocenny metal, z którego wyrabia się pierścionki i wybija monety. Błąd. Złoto ma większą wartość. Czy pan wie, że ma niemalże dwukrotnie większą gęstość niż ołów?

Skorzeny patrzył zaskoczony, nie rozumiejąc, o czym mówi Himmler.

– Jest najlepszym na ziemi zabezpieczeniem przed promieniowaniem. Dwukrotnie lepszym niż ołów.

Nie wyjaśniał dalej, co ma na myśli. Tym bardziej że w drzwiach stanął Brandt, którego najwyraźniej nie zdziwiło nagłe zaproszenie na kolację. Pod pachą trzymał czarną teczkę, w której, jak należało się spodziewać, były dokumenty związane z niefortunnym depozytem w Merkers.

– Brandt, stratę musimy zamienić w sukces – powiedział Himmler. Zamilkł na chwilę, nie chcąc nic mówić przy kelnerze, który wniósł krzesło i zaczął rozkładać nakrycie.

– Jak nazywa się ten kasjer z Reichsbanku? – podjął Himmler, gdy tylko kelner zamknął za sobą drzwi.

Brandt otworzył teczkę i przez chwilę przebiegał wzrokiem różne dokumenty, aż znalazł nazwisko, o które pytał Himmler.

– Werner Veick, główny kasjer wydziału dewiz Reichsbanku.

– On był przy ukrywaniu złota w Merkers?

– Tak jest. – Brandt znowu zerknął do dokumentów. – Ponad ośmiu tysięcy sztab złota.

Himmler przygryzł wargi. Najwyraźniej bolała go ta strata. Wiedział, że była to własność Reichsbanku, ale wolałby ją widzieć w rękach SS.

– Gdzie jest teraz Veick?

– Zapewne wrócił do Berlina. Sprawdzę to, Reichsführer.

– Jak najszybciej. Ten Veick musi jutro rano oddać się w ręce Amerykanów. Zaaranżuj, aby przebiegło to sprawnie. Ma zdradzić jakąś kryjówkę, w której złożono depozyty Reichsbanku.

Brandt spojrzał zdumiony na Himmlera.

– Przepraszam, Reichsführer... – powiedział niepewnie, jakby chciał sprawdzić, czy się nie przesłyszał. Himmler nie zwrócił na to uwagi.

– Zakładam, że kasjer może mieć inne plany, ale już pana głowa w tym, żeby zastosował się do naszych życzeń. Ma rodzinę?

– Tak jest.

– No właśnie, proszę ich aresztować i poinformować, że wypuścimy jego żonę i dzieci, gdy uzyskamy potwierdzenie, że wykonał, sumiennie i z pełnym poświęceniem, nasze polecenia.

Himmler ponownie wstał i zrobił kilka kroków po pokoju. Skorzeny zauważył, że spacerowanie ułatwiało mu koncentrację.

– Oczywiście, Veick może tylko potwierdzić to, co już Amerykanie wiedzą w sprawie Merkers, ale to dobrze ich do niego usposobi. Jeszcze większego zaufania nabiorą, gdy wskaże im inną kryjówkę. A wtedy zdradzi im to, w co chcemy żeby uwierzyli...

Brandt zerknął na Skorzenego, ale uznając, że skoro szef mówi w jego obecności o takich sprawach, to może posunąć się dalej.

– Czy ma pan na myśli konkretną operację? – zapytał.

– Tak, Dolny Śląsk. Tam mamy wartość istotną dla stworzenia Czwartej Rzeszy!

Himmler powrócił do stołu. Rozłożył białą płócienną serwetkę na kolanach. Najwyraźniej przemyśliwał jeszcze jakieś szczegóły planu, ale uznał, że będzie czas na omówienie go. Podniósł głowę i poprawił okulary.

– Brandt, nie możemy zwlekać. Niech pan natychmiast załatwi sprawę oddania się Veicka w ręce Amerykanów i wraca do nas. Omówimy szczegóły rewelacji, które ma zdradzić.

Skorzeny przysłuchiwał się rozmowie zaskoczony, że Himmler dopuszcza go do operacji, która powinna pozostać ścisłą tajemnicą SS. Rozumiał, że w jakiś sposób sam zostanie do niej włączony, i odczuwał z tego powodu ogromną satysfakcję. Był człowiekiem łasym na zaszczyty, ciągle szukającym poklasku, a wiedział, że zbliżający się koniec wojny przekreśli szanse na dalsze jego sukcesy. Wyjdzie z niewoli po dwóch latach i wróci do zawodu inżyniera. Może otworzy warsztat naprawy maszyn. Ta wizja przerażała go. Tymczasem rozmowa z Himmlerem dawała mu nadzieję, że może odgrywać istotną rolę w powojennych czasach.

– Widział pan wyścigi psów? – Himmler zwrócił się do Skorzenego, gdy tylko Brandt wyszedł z jadalni.

Skorzeny, nieco zdziwiony pytaniem, przytaknął.

– Te mądre zwierzęta biegną co sił za pluszowym zającem ciągnionym przez maszynę. Amerykanie też są mądrzy. Bardzo mądrzy, ale głupieją, gdy zobaczą zająca.

– Czyli sto ton złota. Ale to wielki majątek, Reichsführer. Czy ten zając nie mógłby być tańszy?

Himmler wydął pogardliwie wargi.

– Nie ma już czego żałować. Sto ton złota przepadło, boli mnie to. Ale gdybym miał budować Czwartą Rzeszę, mając tylko sto ton złota, to wolałbym przegrać to w kasynie.

Sięgnął po kryształowy dzwoneczek stojący na stole i poruszył nim kilka razy, wzywając kelnera.

Skorzeny rozsiadł się wygodnie. Kolacja zapowiadała się nadzwyczaj ciekawie. Zaczynał rozumieć, że w planie Reichsführera przewidziana jest dla niego ważna rola. A to mogło oznaczać, że nie skończy w amerykańskim czy radzieckim obozie dla jeńców wojennych, lecz może zostanie ministrem wojny...

– Skorzeny, jeszcze jedno chcę panu powiedzieć.

Himmler zawiesił głos, aby nadać swoim słowom szczególne znaczenie. I jak zwykle zniżył głos.

– Niech pan nigdy, powtarzam: nigdy, nie wierzy w pogłoski o mojej śmierci. No, prosit!

Podniósł kieliszek wina.

24 kwietnia, Londyn

Jorg oparł głowę na dłoniach. Czuł się bardzo zmęczony. Jak długo trwało przesłuchanie? Nie miał zegarka, a jedynie mógł ocenić, że na twardym krześle siedział od kilkunastu godzin, z krótką przerwą na obiad, który przyniesiono do tej sali i podano mu na cynowych talerzach przy stoliku w rogu. Traktowano go uprzejmie, acz w każdym słowie i geście angielskich oficerów kontrwywiadu czuł, że jest podejrzany. A co najmniej, że sprawił im kłopot, przyjeżdżając do Anglii. Kiedy wreszcie oficer w mundurze kapitana marynarki wojennej po raz kolejny zapytał go o nazwisko prowadzącego go oficera z polskiego wywiadu, Jorg wstał i pochylił się nad stołem.

– Panie kapitanie, może pan nie pamięta, ale w ciągu sześciu dni zadawał mi pan to pytanie szesnaście razy. Za każdym razem odpowiadałem uprzejmie, rozumiejąc, że ma pan kłopoty mentalne. Teraz mówię dość!

– Niech pan się nie unosi. – Anglik powiedział to spokojnie, jakby rozumiejąc, że przesłuchiwany może być już znużony i zdenerwowany. – Kapitan Szczęsny Rozłucki, który, jak pan twierdzi, wymyślił akcję podsunięcia pana Niemcom, nie żyje. Zginął w nieokreślonych okolicznościach.

– Mogę tylko powiedzieć, że był doświadczonym oficerem. Ale nie jedynym, z którym pracowałem w polskim wywiadzie.

– Major Chomicki, z delegatury polskiego wywiadu w Gdańsku, którego pan wymienił, nie żyje. Zamordowany przez Niemców w czasie przesłuchania w gestapo w 1939 roku. Możemy przyjmować, że nie wytrzymał tortur i wiele wyjawił...

– Jeżeliby tak było, to już dawno zostałbym aresztowany przez gestapo!

Anglik patrzył na niego ironicznie. Jorg rozumiał, że argument, którego użył, nie miał sensu. Oni mogli przyjmować, że tak się właśnie stało: hitlerowski kontrwywiad wykrył go i zmusił do współpracy.

– Zginęli dwaj inni. Krótko mówiąc: nikt z oficerów, którzy znali szczegóły pana misji, nie przeżył wojny. Czy w tej sytuacji wydaje się panu dziwne, że staramy się wyjaśnić pana działalność?!

– Byli jeszcze trzej.

– Podał pan ich pseudonimy, nie nazwiska. A takie nie istnieją w żadnych dokumentach.

– Czy to dziwne, że ukrywali swoją tożsamość przede mną, skoro wysyłali mnie do wroga!

– Utrzymuje pan, że przekazywał meldunki wywiadowcze od 1940 roku. Nie istnieją w archiwach wywiadu. W jaki sposób pan je nadawał?

Zaskoczyło go, że pytają o Joannę. Wiedział, że kierowała organizacją, która nie podlegała bezpośrednio wywiadowi angielskiemu ani polskiemu. Jednakże przez cały czas współpracy z nią odnosił wrażenie, że Secret Intelligence Service wiedziało o jej działalności, choć oficjalnie się do tego nie przyznawało. Było to rozwiązanie wygodne dla tajnych służb w demokratycznym państwie.

– Przypominam, że zeznaje pan przed komisją, wobec której jest pan zobowiązany... – kapitan podniósł głos, uznając, że Jorg nie chce odpowiedzieć na jego pytanie.

– Jako świadek czy jako podejrzany? – przerwał mu Jorg. – Nie zostałem o tym poinformowany, więc niech pan się nie powołuje na przepisy prawa! To sąd kapturowy! W dodatku wobec polskiego oficera, który nie podlega waszym rozkazom!

– Panie majorze Tarnowski... – teraz wstał cywil, jedyny w składzie przesłuchującej go komisji.

Wydawało mu się, że słyszy obce nazwisko. Tak długo przygotowywał się do zmiany osobowości. Całymi godzinami wpatrywał się w fotografie rodziców Martina. Studiował ich postacie, sposób trzymanie rąk prawdziwego ojca Martina, zamordowanego w 1934 roku w czasie „nocy długich noży”. Znał każdą zmarszczkę na twarzy Gertrudy Jorg, kobiety o miłej powierzchowności, pochodzącej z dobrej mieszczańskiej rodziny. A potem, przez pięć lat, musiał ciągle przypominać sobie te informacje, na wypadek gdyby znalazł się w katowni gestapo. Nie doszło do tego, ale powoli przeistoczył się w innego człowieka, Martina Jorga. I był nim przez pięć lat służby w Abwehrze. Teraz miał z powrotem stać się Janem Tarnowskim.

– Odmawiam odpowiedzi – przerwał cywilowi, zanim ten zadał pytanie.

– Hauptmannie Jorg vel majorze Tarnowski, ponownie przywołuję pana do porządku! W przeciwnym wypadku...

– Pan się myli! Zdecydujcie się, czy jestem niemieckim jeńcem, czy polskim oficerem podejrzanym o zdradę. A ja czuję się jak uprowadzony przez bandytów dla okupu!

Anglik nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zamierzał coś powiedzieć, ale Jorg nie dopuścił go do słowa.

– Trzymacie mnie tu prawie od tygodnia, chociaż w teczkach przed sobą macie zeznania wszystkich, którym ufacie, poczynając od komandora Compaigne’a i majora Czernego, których sami wysłaliście do Tzschochy!

Anglik spojrzał na Jorga z zainteresowaniem. Ten zrozumiał, że popełnił błąd, wspominając o akcji, o której brytyjskie tajne służby mogły nie wiedzieć. Za późno już było, aby się wycofać.

– Przesłuchujecie mnie po kilkanaście godzin dziennie...

– Co znaczy: „których wysłaliście do Tzschochy”? – przerwał mu kapitan.

– Rozumiem, że nie potraficie odtworzyć przedwojennych wydarzeń, ale te sprzed paru tygodni powinny być dla was całkowicie jasne! – Jorg mówił szybko.

– Powtarzam pytanie – Anglik nie dawał się zbić z tropu. – Co znaczy...

– A ja odmawiam odpowiedzi na jakiekolwiek pytania! Jeżeli dopiero po sześciu dniach odnaleźliście coś ciekawego, to znaczy, że mam do czynienia z grupą najbardziej niekompetentnych śledczych, jakich zdarzyło mi się spotkać! W dodatku nie wiecie, o co macie mnie pytać!

– Nie ma pan prawa!

– To powiedzcie, jakie mam prawa! Odmawiam dalszych zeznań i udziału w przesłuchaniach, albo przedstawcie mi zarzuty i określcie mój status! Możecie mnie wsadzić do aresztu albo wysłać do batalionu karnego.

Członkowie komisji spoglądali na siebie. Chyba rozumieli, że przesadzili z wielodniowym śledztwem, które nadszarpnęło i tak skołatane nerwy człowieka wracającego zza linii frontu po tygodniach niezwykłego napięcia i walki. Wstali i zaczęli składać dokumenty. Jorg wrócił na miejsce. Przez chwilę był sam, aż w drzwiach stanął angielski żołnierz, gestem dając znać, że gotów jest odprowadzić go do pokoju.

Następnego dnia Jorg obudził się o siódmej, stwierdzając ze zdziwieniem, że pozwolono mu spać dłużej niż w ciągu ostatnich dni, gdy budzono go przed szóstą. Ledwo opłukał twarz, gdy do drzwi rozległo się pukanie, co zdziwiło go jeszcze bardziej. Zwykle strażnik bez pytania o zgodę otwierał drzwi. Po chwili stanął w nich cywil, z którym starł się poprzedniego dnia. Gładko uczesany, z krótko przyciętym wąsem, w marynarce zapiętej na wszystkie guziki bez wątpienia był oficerem, choć ukrywał swój status.

– Mogę wejść? – zapytał uprzejmie, wciąż stojąc na progu.

– Oczywiście – Jorg wysunął taboret spod stołu – niech pan siada.

– Przyszedłem pana przeprosić – powiedział przybyły, otwierając papierośnicę i kierując ją w stronę Jorga. Ten pokręcił głową.

– Jestem James Cowgill, szef kontrwywiadu.

– Tak sądziłem – mruknął Jorg.

– Pana wybuch był nie na miejscu, chociaż rozumiem zmęczenie i stres. Ale niech pan postara się nas zrozumieć.

– Jeżeli macie podejrzenia, to przedstawcie je!

– A mamy!

– Zaciekawia mnie pan.

– Wiemy, że Rosjanie byli informowani o tym, co dzieje się w Tzschosze.

– Globcke, czyli szef służby bezpieczeństwa w zamku Tzschocha, powiedział mi, że jego zastępca Beer był rosyjskim szpiegiem.

– O, to ciekawe. Nie mówił pan nic na ten temat.

– Bo nie pytaliście.

– Bo nas interesował pan. Plany, jakie z panem wiążemy, wymagają pełnej, absolutnej pewności. Wejdzie pan do kręgu, do którego wstęp mają tylko najbardziej wybrani.

– Teraz ja powiem, że to ciekawe. Słucham...

– Za wcześnie, żeby je wyjawiać. Musimy mieć pewność co do pana przeszłości, a ta tonie w mrokach.

– Od tego zależało powodzenie mojej misji, którą realizowałem od 1939 roku. Dziwi pana, że polski wywiad trzymał to w tajemnicy, nawet przed wami?

Cowgill rozejrzał się po pokoju.

– Niezbyt tu komfortowo – zauważył.

– To się nazywa angielskie poczucie humoru.

– Nie, wstęp do prośby, aby zebrał pan swoje rzeczy...

– Nie będzie kłopotu. Nawet się nie rozpakowałem.

– Tym lepiej, szybciej będzie pan w hotelu. Wynajęliśmy dla pana pokój w „White House”. Dobry hotel. Proszę odpocząć, a jutro wyjedzie pan do Bletchley Park.

– Gdzie to?

– Niedaleko. Potrzebują tam pana.

Cowgill wstał i wyciągnął rękę. W tym geście był moment zawahania. Nie był pewien, czy Jorg nie zachował urazy za nieprzyjazne przyjęcie w Anglii. Ten jednak podał mu dłoń tak naturalnie, że major się uśmiechnął.

24 kwietnia, zamek Fürstenberg

Wąskie wykute w skale przejście raptownie zmieniało się w szeroki betonowy tunel. Najwidoczniej wykonano go niedawno, gdyż w wielu miejscach pozostały deski szalunku, a ze ścian wystawały pręty zbrojeniowe pozostawione do związania z inną konstrukcją. Było nieprawdopodobieństwem, żeby powstała. Budowniczowie nie mieli już czasu i wszędzie widniały oznaki zbliżającej się ewakuacji. Trudno się było temu dziwić, gdyż wojska radzieckie szturmowały Berlin. Na Dolnym Śląsku oddziały feldmarszałka Ferdynanda Schörnera zatrzymały Armię Czerwoną, ale nikt nie wątpił, że ta tama runie lada tydzień pod naporem silniejszego wroga.

Brigadeführer Josef Spacil podniósł kołnierz płaszcza. W podziemiach panowała temperatura dziesięciu stopni, a wszechobecna wilgoć sprawiała, że zimno było szczególnie dokuczliwe.

– Daleko jeszcze? – zwrócił się do idącego pół kroku za nim Sturmbannführera SS Sebastiana Wolfa, ponurego oficera o krótko przyciętych jasnoblond włosach, bezbarwnych oczach i twarzy ze śladami po ospie.

– Dochodzimy, Brigadeführer – odpowiedział Wolf.

Dobrze znał podziemia zamku Fürstenberg[3], służył bowiem w miejscowym oddziale Sicherheitsdienst od 1942 roku, gdy tylko zapadła decyzja o upaństwowieniu posiadłości wielkiego rodu Hochbergów – dwaj synowie zerwali z nazistowskimi Niemcami i wstąpili do alianckiego wojska. Co prawda od kilku dni Wolf przebywał w zamku Tzschocha, dokąd oddelegowano go po tajemniczym odjeździe tamtejszego szefa ochrony, ale słysząc, że w Fürstenberg będzie Josef Spacil, natychmiast tam przyjechał. Znajomość z tak wysokim i wpływowym urzędnikiem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy wydawała mu się potrzebna i intratna. Wojna się kończyła, a on, oficer z takim oddaniem służący Rzeszy, nie miał odznaczeń, którymi mógłby się chełpić. Uznał, że przejście pod rozkazy Spacila umożliwi mu zdobycie upragnionego orderu.

Minęło ich kilkunastu żołnierzy, których obecność zdawała się niepokoić Spacila. Zerknął za nimi niechętnie. Był zły, że nie przyjechał z większym oddziałem ochrony osobistej, ale liczył na miejscowych esesmanów. Tymczasem po przyjeździe do Fürstenberg przekonał się, że załoga SS liczyła zaledwie piętnastu żołnierzy, w dodatku, jak ocenił, niezbyt skłonnych do walki.

Minęli boczny tunel i doszli do skrzyżowania, z którego w prawo i w lewo biegły odgałęzienia. Spacil ponownie z niepokojem zwrócił uwagę na kilku żołnierzy, zajętych zwijaniem linii telefonicznej. W oddali dostrzegł sylwetki dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu zmierzających w ich stronę.

– To oni – mruknął Wolf. – Gerlacha chętnie bym powiesił.

– Wolf! – upomniał go Spacil.

– To zdrajca.

– Lepiej pomyśl, jak ich stąd bezpiecznie wywieźć.

Dwaj mężczyźni byli już zbyt blisko, aby Wolf i Spacil mogli kontynuować rozmowę, więc zamilkli, oczekując spotkania.

– Jestem doktor Karl Gerlach – przedstawił się wyższy. – A to profesor baron von Weizsäcker.

Spacil spojrzał na niego uważnie. Sądził, że spotka naukowca dużo starszego, a tymczasem stał przed nim trzydziestolatek o bezczelnym spojrzeniu. Nie podobał mu się ten mężczyzna.

– Brigadefüher Josef Spacil – przedstawił się – przyjeżdżam z Berlina.

– To musiała być trudna wyprawa. Rosjanie doszli już do bram miasta – zauważył Weizsäcker.

Spacil zmarszczył brwi, gdyż słowa naukowca zabrzmiały jak kpina.

– Wiem, gdzie są Rosjanie, ale nie jestem tu po to, aby dyskutować sytuację strategiczną – powiedział oschle. – Chcę sprawdzić przygotowania do przejęcia „Brennstoff B” przez SS. Nie traćmy czasu.

Obrócił się, aby pójść w kierunku, z którego przyszli dwaj mężczyźni. Przyjmował, że ruszą za nim, ale oni pozostali na miejscu, jakby zaskoczeni słowami Spacila.

– Przepraszam, Brigadeführer, nic nie wiem o przejęciu przez SS – odezwał się Gerlach. – Muszę zadzwonić do Berlina, a to w obecnych czasach może potrwać.

– Pan chyba słyszał, że SS przejęło wszystkie tajne projekty i podlegają one Obergruppenführerowi Hansowi Kammlerowi – powiedział zaczepnie Spacil. Szybko jednak doszedł do wniosku, że spór z naukowcami nie jest najlepszą drogą wypełnienia jego misji. – Dobrze, niech pan się upewni. Obergruppenführer jest w Pradze.

– A dlaczego mielibyśmy dzwonić do Kammlera? – odezwał się drugi naukowiec. – W naszych sprawach decyduje marszałek Rzeszy Hermann Göring.

Spacil zatrzymał się i odwrócił. Wydawał się zdziwiony uwagą. Powoli podszedł do Gerlacha. Był od niego dużo niższy, więc zadarł głowę, aby patrzeć naukowcowi wprost w oczy.

– Chyba się przesłyszałem – powiedział groźnie. – Dość tych przekomarzań. Nie po to tu przyjechałem. Natychmiast wskazać, gdzie jest „Brennstoff B”, i przystąpić do przekazania całej dokumentacji! To rozkaz!

– Pan wybaczy, ale nie jesteśmy pana podwładnymi. – Gerlach nie wydawał się przestraszony zachowaniem Spacila.

– Powiedziałem: to rozkaz! – krzyknął Spacil rozsierdzony uporem dwóch cywilów.

– Niech pan nie krzyczy – spokojnie odpowiedział Weizsäcker. – I wyjdzie stąd.

– Wolf! – krótki okrzyk, wydany przez człowieka nienawykłego do najmniejszego oporu, wydawał się jednoznacznym rozkazem zastrzelenia naukowca, który ośmielał się zachowywać tak bezczelnie.

Spacil spodziewał się, że usłyszy szczęk przeładowywanego pistoletu, którego lufa znajdzie się przy czole naukowca, ale nic takiego nie nastąpiło. Zdziwiony spojrzał przez ramię. Wolf najwyraźniej nie miał zamiaru wydobywać broni, a jedynie wskazał głową na dwóch żołnierzy, którzy stojąc niedaleko i obserwując sytuację, zsunęli z ramion pistolety maszynowe i trzymali je gotowe do strzału.

Tak, popełnił błąd, że liczył na te ofermy z załogi SS zamku Fürstenberg i nie zabrał swoich ludzi. Przekonywał się, że tu rządził ktoś inny, a jego rozkazy mogły być tylko śmiesznymi okrzykami. Inna sprawa, że przyjeżdżał z Bawarii, gdzie nadzorował ukrywanie skarbów Banku Rzeszy, więc trudno byłoby mu podróżować z plutonem SS.

Ponownie przysunął się do Gerlacha.

– Powieszę was obu, i to wkrótce – wycedził przez zęby i odwrócił się. Każda chwila spędzona w tym tunelu powiększała jego kompromitację.

Nie oglądając się za siebie, ruszył w stronę, z której przyszedł.

– Sierżancie – usłyszał głos Gerlacha – proszę odprowadzić pana generała na górę. I dopilnować, żeby nie zabłądził.

Odchodził pokonany w starciu z dwoma cywilami. On, Spacil, który decydował o życiu i śmierci tysięcy ludzi. Był najbardziej zaufanym człowiekiem Heinricha Himmlera, któremu dowódca SS powierzył zarządzanie gigantycznym majątkiem. To on decydował o złocie obozów koncentracyjnych i był jedynym, który znał wszystkie skrytki, w jakich składano walutę, sztaby złota i depozyty Banku Rzeszy. A tu, w ciemnych i zimnych podziemiach, dwaj cywile kazali mu się wynosić!

Postanowił, że natychmiast zadzwoni do Himmlera i zamelduje o niespodziewanej obstrukcji, z jaką spotkał się ze strony tych łobuzów. A może zebrać esesmanów i uderzyć na garstkę rezerwistów, którzy ochraniali „Brennstoff B”? Ta myśl wydała mu się szczególnie interesująca. Natychmiast złamałby opór i okrutnie ukarał tych, którzy mu się przeciwstawili.

– Wolf... – odwrócił głowę do idącego tuż za nim Sturmbannführera. – Ilu ludzi mamy na górze?

Nie zwalniał kroku.

– Piętnastu, ale bez rozkazu z Berlina nie wolno mi ich wprowadzać do podziemi – pospiesznie wyjaśnił Wolf.

– Ja ci to rozkazuję! – niemalże krzyknął Spacil.

Wolf nie odważył się odezwać, choć widać było, że nie miał ochoty wykonać rozkazu. Na szczęście dla niego wyszli przez wąskie pancerne drzwi zamykające wejście do podziemi od strony zamku i zaczęli wspinać się po prowizorycznych drewnianych schodach, które w istocie były szalunkiem przygotowanym do utworzenia betonowej klatki schodowej. Nie należało sądzić, że kiedykolwiek powstanie, gdyż na tym placu budowy nie było widać żadnego robotnika ani narzędzi.

– Brigadeführer... – Wolf odważył się odezwać, gdy na górze stanęli przed drzwiami do zamkowego korytarza. Żołnierz otworzył je i gdy tylko przeszli, zamknął z głuchym szczękiem pancerza uderzającego o metal framugi.

– No... – Spacil sięgnął po papierosa. Wciąż był wzburzony oporem naukowców.

– Tam na dole jest całkiem silny oddział saperów, dwa plutony. Szanse, że moi esesmani ich pokonają, są żadne, tym bardziej że musieliby szturmować podziemia. Poza tym... – zawahał się, ale dodał szybko – jak im wytłumaczyć, że mają strzelać do niemieckich żołnierzy? I to kiedy Rosjanie są pod bokiem.

Spacil przygryzł ustnik papierosa. Zdawał sobie sprawę, że daje się ponieść emocjom. Przyznawał rację Wolfowi, ale nie mógł wyjechać z pustymi rękami.

– Co proponujesz? – zapytał po chwili, gdy przemyślał sytuację. – A wiesz przecież, że jeżeli dopuścimy do ewakuacji, to „Brennstoff B” wymknie nam się z rąk. Na zawsze!

– Konwój wyjedzie stąd jutro lub pojutrze. Będę to wiedział, gdyż muszą przejechać przez bramę, gdzie straż pełnią moi esesmani.

Wolf mówił półgłosem, jakby zdradzał szczególnie ważną tajemnicę.

– Chcesz uderzyć na konwój? – Spacilowi wydawało się, że odczytuje myśli Wolfa, ale ten pokręcił głową.

– Eskorta nie będzie silna, ale mają samochód pancerny i kilkunastu żołnierzy. Wdawanie się w bitwę może być ryzykowne.

– Co więc...

– Zdradzimy Rosjanom trasę, aby zablokowali przejazd.

– Wolf, chyba oszalałeś. Chcesz zniszczyć „Brennstoff B” czy oddać Rosjanom?

– Nie widzę innego wyjścia.

– Nie rozumiem twojego planu. Możesz jaśniej?

– Rosjanie wyślą patrol, aby przechwycić konwój.

– A jak wpadną w ręce Rosjan?

– Nie obawiam się tego. Konwojem będzie dowodził major Karp, a to doświadczony oficer. Nie dopuści do utraty ładunku.

– Chodźmy stąd. – Spacil rzucił niedopałek i skierował się do wyjścia. Nie miał zamiaru przebywać dłużej w zamku, gdzie przyjęto go tak niegościnnie. Chciał spokojnie przemyśleć propozycję Wolfa, która wydała mu się ciekawa, choć bardzo ryzykowna.

25 kwietnia, godzina 22.00, okolice Fürstenberg

Major Otto Karp podniósł do oczu lornetkę. Z miejsca, na którym zatrzymały się samochody, widać było całą dolinę i wioskę dobrze oświetloną promieniami księżyca. Niewielka, licząca kilkanaście domów z czerwonymi dachami, położona między drogą a rzeczką, nad którą przerzucono malowniczy ceglany mostek. Wszystkie okna były ciemne, co go nie dziwiło. Mieszkańcy uciekli przed frontem, który zatrzymał się ledwie dwadzieścia kilometrów od ich wsi zapomnianej przez Boga.

Zerknął na fosforyzującą tarczę zegarka. Minęła dwudziesta druga, co oznaczało, że plan wyprawy realizowany jest z nadzwyczajną punktualnością. Czekał na sygnał, który miał pojawić się w ciemności. Litera „M” nadana alfabetem Morse’a oznaczała, że zwiadowcy zbadali teren i nie znaleźli nic niepokojącego.

Obejrzał się. Za jego transporterem stały cztery ciężarówki z wyłączonymi reflektorami. Nie miał pojęcia, co przewoziły w długich i wąskich skrzyniach, ale to nie była jego sprawa. Miał dostarczyć ładunek w całości lub zniszczyć go, gdyby zostali okrążeni przez Rosjan.

– Jeżeli ładunek wpadnie w łapy Rosjan, zostanie pan powieszony. Jeżeli zniszczy pan ładunek, rozstrzelamy pana.

Te słowa Brigadeführera Josefa Spacila wciąż brzmiały mu w uszach. Nie miał wątpliwości, że ten człowiek nie rzuca słów na wiatr.

– Mówię to – ciągnął Spacil – żeby zdawał pan sobie sprawę, iż ponosi pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo ładunku. Jest on cenniejszy niż życie pana żołnierzy i nas wszystkich!