Z wielką odwagą - Brene Brown - ebook + audiobook + książka

Z wielką odwagą ebook

Brené Brown

4,4

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Doświadczana przez nas na co dzień niepewność, podejmowane ryzyko oraz groźba zranienia naszych uczuć definiują, co to znaczy być wrażliwym lub wykazywać się wielką śmiałością.

Brown wyjaśnia, w jaki sposób wrażliwość stanowi sedno trudnych emocji, takich jak lęk, żal i rozczarowanie, a jednocześnie jest miejscem narodzin miłości, uczucia przynależności, radości, empatii, innowacji i kreatywności. Autorka tłumaczy, że gdy odcinamy się od naszej wrażliwości, dystansujemy się od doświadczeń, które nadają naszemu życiu sens i znaczenie.

Książka Z odwagą nie jest poświęcona wygrywaniu bądź przegrywaniu. W świecie, w którym dominuje myślenie w kategoriach „nigdy dość”, a lęk stał się drugą naturą człowieka, wrażliwość jest czymś niemal wywrotowym. Niewygodnym. Czasem nawet nieco niebezpiecznym. Niewątpliwie, jeśli do niej sięgniemy, ryzyko, że ktoś nas skrytykuje lub że zostaniemy zranieni, znacznie wzrośnie. Jednak gdy cofniemy się i prześledzimy nasze życie, odkryjemy, że nic nie jest równie niekomfortowe, niebezpieczne lub bolesne, jak stanie z boku, zaglądanie do środka i zastanawianie się, jakby to było, gdybyśmy mieli odwagę wkroczyć na ring – niezależnie od tego, czy jest to nowy związek, ważne spotkanie, proces twórczy, czy trudna rozmowa z członkami rodziny.

Z odwagą to praktyczna i skuteczna nowa wizja, która pozwoli nam odkryć się przed innymi ludźmi.

Dr Brené Brown jest licencjonowanym starszym pracownikiem socjalnym i pracownikiem naukowym w Kolegium Pracy Socjalnej przy Uniwersytecie w Houston. Autorka książek: Dary niedoskonałości i I Thought It Was Just Me. Jej przełomowe osiągnięcia badawcze zostały przedstawione przez amerykańską sieć telewizyjną PBS i radiową NPR oraz stanowią temat dwóch wystąpień transmitowanych przez Ted.com. Brené Brown wraz z mężem i dwojgiem dzieci mieszka w Houston, w stanie Teksas.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Brené Brown

Z wielkąODWAGĄ

Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to,

jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami, i jak przewodzimy

Przekład Anna Owsiak

Słowa uznania dla Z wielką odwagą

„Cudowna książka poruszająca ważne tematy, merytoryczna i przyjemna lektura. Nie potrafiłem się od niej oderwać, a słowa autorki rezonują we mnie do dziś”.

– Seth Godin, autor Linchpin

„Niezwykle wnikliwa Brené Brown czerpie z obszernych badań i własnego doświadczenia, aby zgłębić paradoksy wielkiej odwagi: stajemy się silni, gdy angażujemy naszą wrażliwość, wykazujemy się większą odwagą, gdy uznajemy nasz lęk. Nie potrafię przestać myśleć o tej książce”.

– Gretchen Rubin, autorka książek Projekt szczęśliwy dom i Projekt szczęście

„W Z wielką odwagą Brené Brown określa siebie mianem zarówno kartografa, jak i podróżniczki. W moim odczuciu czyni to z niej przewodnika. Uważam, że świat potrzebuje więcej ludzi takich jak ona – przewodników, którzy wskazują nam mądrzejsze drogi do naszego świata wewnętrznego. Jeśli chciałbyś ustawić kurs na większą odwagę i poczucie więzi z innymi ludźmi, zaangażowanie i elastyczność, zostaw GPS w domu. Z wielką odwagą to jedyna nawigacja, której potrzebujesz”.

– Maria Shriver, autorka Just Who Will You Be?

„Z wielką odwagą to ważna książka – niezwykle aktualne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem pogoni za pewnością i kontrolą. Brené Brown oferuje nam wszystkim cenny zbiór wskazówek prowadzących ku prawdziwej nagrodzie za wrażliwość: ku większej odwadze”.

– Daniel H. Pink, autor książek Drive. Kompletnie nowe spojrzenie na motywację i A Whole New Mind

„O wyjątkowości niniejszej książki decyduje unikalna kombinacja rzetelnych badań i opowieści snutych przy kuchennym stole. Brené staje się w niej osobą tak realną, że niemal słyszysz jej głos pytający ‘Czy wykazałeś się dzisiaj wielką odwagą?’. Wezwanie sformułowane przez autorkę jest jasne: musimy być więksi niż niepokój, strach i wstyd, jeśli chcemy mówić, działać i wychodzić do ludzi. Świat potrzebuje tej książki, a unikalna mieszanina osobistego ciepła, poczucia humoru i umiejętności Brené trafiania w sedno, czynią ją osobą idealną, by inspirować nas do wielkiej odwagi”.

– Dr Harriet Lerner, autorka książek The Dance of Anger i Marriage Rules

„Jedną z tragicznych ironii współczesnego życia jest to, że tak wielu ludzi czuje się odizolowanych od innych osób przez uczucia wspólne dla nas wszystkich: w tym lęk przed porażką oraz poczucie bycia niedostatecznym. Brené Brown wnosi jasne światło w te ciemne zakamarki ludzkich emocji i zdradza, w jaki sposób uczucia te mogą utrudniać spełnianie się w szkole, w pracy i w domu. Brené Brown pisze tak, jak przemawia – mądrze, dowcipnie, otwarcie i z głębokim poczuciem humanitaryzmu. Jeśli jesteś studentem, nauczycielem, rodzicem, pracodawcą, pracownikiem lub po prostu żyjesz i chcesz się cieszyć pełnią życia, to powinieneś przeczytać tę książkę. Gorąco cię do tego zachęcam”.

– Sir Ken Robinson, autor książek Oblicza umysłu i Uchwycić żywioł

„Oto esencja tej książki: twoja wrażliwość świadczy o odwadze, moja – o niedoskonałości. Książka Brené, łącząca badania naukowe z teksańską anegdotą, pokazuje ścieżkę wiodącą ku lepszej przyszłości. I nawet przez moment nie myśl, że jest przeznaczona wyłącznie dla kobiet. My, mężczyźni niesiemy ciężar obowiązku bycia zawsze silnymi i nigdy słabymi, za co płacimy wielką cenę. Z wielką odwagą może pomóc nam wszystkim”.

– Michael Bungay Stanier, autor Pracuj mniej i lepiej! Odkryj i realizuj swój potencjał

„Mam wielkie zaufanie do Brené Brown – do jej badań, inteligencji, uczciwości i człowieczeństwa. Dlatego, gdy definitywnie rozprawia się z najważniejszą wartością, którą możemy pielęgnować, by cieszyć się sukcesami zawodowymi, zdrowymi relacjami z najbliższymi, radością rodzicielstwa oraz odważnym, pełnym pasji życiem... cóż, siadam i nadstawiam uszu. Nawet jeśli ta najważniejsza wartość ma się wiązać z ryzykownym aktem bycia wrażliwym. Brené wykazała się wielką odwagą, pisząc tę książkę, a ty zyskasz wielkie korzyści, czytając ją i wcielając w życie zawartą w niej mądrość”.

– Elizabeth Lesser, autorka książki Masz w sobie siłę i współzałożycielka Omega Institute for Holistic Studies

„W epoce nieustannej presji, by dostosowywać się i udawać, Z wielką odwagą dostarcza fascynującej alternatywy: odmień swoje życie, będąc tym, kim naprawdę jesteś. Znajdź w sobie wielką odwagę, by być wrażliwym. Ośmiel się przeczytać tę książkę!”

– Chris Guillebeau, wg „New York Timesa” autor bestsellera Niskobudżetowy startup. Zyskowny biznes i życie bez frustracji

Tytuł oryginału: Daring Greatly: How the Courage to Be Vulnerable Transforms the Way We Live, Love, Parent and Lead

Przekład: Anna Owsiak

Redakcja: Bogumiła Walicka

Projekt okładki: Michał Olejniczak, Brandovi.com

Skład: Jolaks

Copyright © 2012 by Brené Brown

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Copyright © 2013 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

This edition published by arrangement with Gotham Books, a member of Penguin Group (USA).

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2014

MT Biznes sp. z o.o.

ul. Oksywska 32, 01-694 Warszawa

tel./faks (22) 632 64 20

www.mtbiznes.pl

e-mail:[email protected]

ISBN 978-83-7746-611-7 (format e-pub)

ISBN 978-83-7746-551-6 (format mobi)

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Co to znaczy wykazywać się wielką odwagą

Pojęcie wielkiej odwagi pojawiło się w przemowie Theodora Roosevelta zatytułowanej „Obywatelstwo w Republice”. Mowę tę, znaną również jako „Człowiek na arenie”, wygłosił 23 kwietnia 1910 roku, w Paryżu na Sorbonie. Oto fragment, który uczynił ją słynną:

„Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni, albo co inni mogli­by zrobić lepiej.

Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz jest umazana błotem, potem i krwią, który dzielnie walczy, który wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, który ściera się w słusznych spra­wach, który w swych najlepszych chwilach poznał triumf wielkiego wyczynu, a w najgor­szych, gdy przegrywa, to przynajmniej przegrywa z wielką odwagą…

Gdy po raz pierwszy przeczytałam ten cytat, pomyślałam: to właśnie jest wrażliwość. Wszystko, czego nauczyłam się podczas z górą dziesięciu lat badań poświęconych wrażliwości, doprowadziło mnie do tej właśnie konkluzji. Wrażliwość to nie znajomość smaku zwycięstwa lub porażki, to rozumienie nieuchronności ich współistnienia; to zaangażowanie. To całkowite oddanie.

Wrażliwość to nie słabość, a wpisane w naszą codzienność niepewność, ryzyko oraz groźba zranienia naszych uczuć nie stanowią jedynie pewnej alternatywy. Naszą jedyną opcją jest zaangażowanie. Nasza gotowość, by nie bać się emocjonalnego zranienia i zaangażować naszą wrażliwość decyduje o wielkości naszej odwagi i jasności celu; stopień, w którym chronimy się przed naszą wrażliwością jest miarą naszego lęku i izolacji.

Jeśli poświęcimy nasze życie czekaniu na to, że staniemy się perfekcyjni lub kuloodporni, to zanim wkroczymy na arenę, zniszczymy nasze relacje i zaprzepaścimy okazje, które mogą już nigdy się nie powtórzyć, zmarnujemy nasz cenny czas i talenty, unikalny wkład, który tylko my możemy wnieść w życie innych ludzi.

Perfekcja i kuloodporność mogą nas nęcić, lecz nie leżą w zasięgu ludzkiego doświadczenia. Na arenę, czymkolwiek miałaby ona być – ważną relacją, ważnym spotkaniem, uczestniczeniem w procesie kreacji czy trudną rozmową z członkami rodziny – musimy wejść z wielką odwagą i gotowością do zaangażowania się. Zamiast siedzieć z boku, krytykować i udzielać rad, musimy odważyć się wyjść do ludzi i pozwolić się zobaczyć. To właśnie jest wrażliwość. To wykazywanie się wielką odwagą.

Zapraszam cię do wspólnej refleksji nad następującymi pytaniami:

Z czego

wynika nasz lęk przed byciem wrażliwym?

W jaki

sposób chronimy się przed naszą wrażliwością?

Jaką cenę płacimy,

gdy

zamykamy się w sobie i rezygnujemy z zaangażowania?

Jaką

posiadamy

wrażliwość i jak możemy ją wykorzystać, aby zacząć zmieniać to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy?

Wstęp Moje przygody na arenie

Spojrzałam prosto na nią i powiedziałam:

− Jak ja nienawidzę mojej wrażliwości.

Pomyślałam, że jako terapeutka na pewno miała już cięższe przypadki. Poza tym im szybciej się dowie, z czym ma do czynienia, tym szybciej uporamy się z całą tą terapią.

− Nienawidzę niepewności. Nienawidzę nie wiedzieć czegoś. Nie potrafię znieść narażania się na zranienie lub rozczarowanie. To niezmiernie bolesne. Wrażliwość jest czymś bardzo skomplikowanym. I powoduje niezmierny ból. Wiesz, co mam na myśli?

Diana przytakuje.

− Tak, wiem, co to jest wrażliwość. Wiem doskonale. To coś wspaniałego.

Następnie spogląda w górę i uśmiecha się tak, jak gdyby wyobrażała sobie coś pięknego. Jestem pewna, że wyglądam na zmieszaną, ponieważ nie potrafię wyobrazić sobie, co takiego widzi w swojej wyobraźni. Nagle zaczynam niepokoić się o dobro jej i moje własne.

− Powiedziałam, że to bolesne, a nie wspaniałe – zaznaczam. − Pozwól mi przypomnieć, że gdyby moje badania nie wykazały istnienia wyraźnego związku między wrażliwością a życiem całym sercem, nie byłoby mnie tu. Nie znoszę tego, jak się przez nią czuję.

− A jakie to uczucie?

− Jak gdybym wychodziła ze skóry. Jak gdybym musiała naprawiać wszystko, co się dzieje i ulepszać to.

− A gdy nie potrafisz?

− Wtedy mam ochotę dać komuś pięścią w twarz.

− A robisz to?

− Nie. Oczywiście, że nie.

− A więc co robisz?

− Sprzątam. Jem masło orzechowe. Obwiniam innych ludzi. Doprowadzam wszystko do perfekcji. Kontroluję, co tylko mogę, czyli wszystko, co odbiega od ideału.

− Kiedy czujesz się najbardziej wrażliwa?

− Gdy się czegoś boję – odpowiadam i spoglądam na Dianę, która przytakuje, zawieszając głos i kiwając głową w ten irytujący sposób, charakterystyczny dla terapeutów chcących wydobyć z nas jeszcze więcej zwierzeń.

− Gdy jestem zaniepokojona i pełna obaw o przyszłość, albo gdy prowadzę trudną rozmowę, albo gdy próbuję czegoś nowego, albo w sytuacji, w której czuję się niezręcznie bądź jestem narażona na czyjąś krytykę lub osąd.

Kolejna irytująca pauza i dalsze empatyczne skinienia głową.

− Gdy myślę o tym, jak bardzo kocham moje dzieci i Steve’a, i o tym, że moje życie skończyłoby się, gdyby coś im się stało. Gdy widzę bliskich mi ludzi zmagających się z problemami, których nie potrafię rozwiązać, by poprawić ich sytuację. Gdy jedyne, co mogę zrobić, to trwać z wraz z nimi w trudnych chwilach.

− Rozumiem.

− Czuję to, gdy się boję, że jest zbyt dobrze. Albo zbyt przerażająco. Naprawdę chciałabym, aby było wspaniale, lecz jak na razie jest beznadziejnie. Czy ludzie mogą to zmienić?

− Tak, wierzę, że mogą.

− Czy możesz dać mi jakieś zadanie domowe, albo coś w tym rodzaju? A może powinnam zweryfikować moje informacje?

− Żadnych informacji, żadnych prac domowych, żadnych zadań. Mniej myślenia. Więcej czucia.

− Czy mogę zyskać wspaniałe samopoczucie bez konieczności doświadczenia prawdziwej wrażliwości?

− Nie.

− Cholera. Po prostu świetnie.

Jeśli nic o mnie nie wiesz z moich poprzednich książek, mojego bloga, czy konferencji TED1 dostępnych w internecie, pozwól, że powiem o sobie kilka słów. Jeśli jednak mdli cię już od momentu, w którym wspomniałam o terapeutce, pomiń cały niniejszy rozdział i przejdź bezpośrednio do znajdującego się na końcu książki aneksu poświęconego procesowi badawczemu. Poświęciłam całe moje życie próbom zdystansowania się od własnej wrażliwości i przechytrzenia jej. Moja rodzina od pięciu pokoleń mieszka w Teksasie, a jej motto brzmi „ładuj i strzelaj”, dlatego mogę powiedzieć, że moją awersję do niepewności i wystawiania się na ryzyko zranienia emocjonalnego nabyłam zupełnie uczciwie (i genetycznie). Gdy uczęszczałam do szkoły średniej, czyli w okresie, gdy większość z nas zmaga się ze swoją wrażliwością, zaczęłam rozwijać i doskonalić moje umiejętności w zakresie redukowania podatności na emocjonalne zranienie.

Spróbowałam niemal wszystkiego, począwszy od „grzecznej dziewczynki”, której celem było doprowadzanie do perfekcji własnych osiągnięć i zadowalanie wszystkich wokoło, po palącą ziołowe papierosy poetkę, wściekłą aktywistkę, kobietę wspinającą się po szczeblach korporacyjnej drabiny i pozbawioną samokontroli imprezowiczkę. W pierwszym momencie może się zdawać, że są to uzasadnione, jeśli nie przewidywalne fazy rozwojowe, lecz w moim przypadku było to coś więcej. Każdy z tych etapów stanowił inną zbroję, która chroniła mnie przed zbytnim zaangażowaniem i nadmierną wrażliwością. Każda z tych strategii została zbudowana na podstawie tej samej przesłanki: trzymaj wszystkich na bezpieczny dystans i zawsze miej w pogotowiu plan ucieczki.

Wraz z lękiem przed wrażliwością odziedziczyłam także wielkie serce i silną empatię. Dlatego, gdy zbliżałam się do trzydziestki, rzuciłam posadę menedżera w firmie AT&T, zatrudniłam się jako barmanka i kelnerka, i wróciłam do szkoły, aby zostać pracownikiem socjalnym. Nigdy nie zapomnę słów mojej szefowej z AT&T, z którą się spotkałam, aby złożyć swoją rezygnację. Powiedziała wtedy:

− Niech zgadnę. Opuszczasz nas, aby zostać pracownikiem socjalnym albo prezenterką MTV w programie Headbanger’s Ball2?

Podobnie jak wielu innym osobom zainteresowanym pracą socjalną, podobała mi się idea naprawiania ludzi i systemów. Jednak w czasie, gdy zdobywałam dyplom licencjacki, a następnie tytuł magistra, uświadomiłam sobie, że istotą pracy socjalnej bynajmniej nie jest naprawianie. Od zawsze polegała ona na rozpatrywaniu różnych spraw w szerszym kontekście, pogrążaniu się w dyskomforcie dwuznaczności i niepewności oraz tworzeniu empatycznej przestrzeni tak, by korzystający z naszej pomocy ludzie mogli odnaleźć swoją własną drogę. Jednym słowem – chaos.

Gdy zastanawiałam się, czy kiedykolwiek odnajdę się w zawodzie pracownika socjalnego, wówczas moją uwagę przykuło stwierdzenie jednego z profesorów nadzorujących moją pracę badawczą: „Jeśli nie możesz czegoś zmierzyć, oznacza to, że to nie istnieje”. Wyjaśnił on, że w przeciwieństwie do innych przedmiotów objętych programem studiów, w badaniach chodzi przede wszystkim o przewidywanie i kontrolę. Byłam zachwycona. Czy chce pan przez to powiedzieć, że zamiast pogrążania się i tworzenia przestrzeni, mogłabym poświęcić moją karierę przewidywaniu i kontrolowaniu? Oto znalazłam moje powołanie.

Podczas moich studiów licencjackich, magisterskich, a następnie doktoranckich upewniłam się w jednym: łączność z innymi ludźmi stanowi sens naszej egzystencji. Zostaliśmy stworzeni, by wiązać się z innymi osobami, ponieważ to właśnie nasze wzajemne więzi nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Gdy jesteśmy ich pozbawieni, wtedy cierpimy. Konkluzja ta zachęciła mnie do rozpoczęcia badań mających na celu wyjaśnienie anatomii więzi międzyludzkich.

Mój pomysł był z założenia dość prosty, lecz zanim zdążyłam się o tym przekonać, moja dusza badacza została porwana przez uczestników badania, którzy, poproszeni o to, by mówić o swoich najważniejszych relacjach i doświadczeniach więzi, opowiadali mi o swoich zawodach miłosnych, zdradach i wstydzie – obawie przed tym, że nie są warci prawdziwej bliskości. Jako istoty ludzkie mamy tendencję do definiowania rzeczy w kategoriach tego, czym nie są. Dotyczy to zwłaszcza naszych doświadczeń związanych z emocjami.

Następnie, przez przypadek, zostałam badaczem wstydu i empatii, poświęcając sześć lat rozwijaniu teorii wyjaśniającej, czym jest wstyd, jaki jest jego mechanizm, a także sposobu, w jaki budujemy naszą zdolność przeciwstawiania się temu uczuciu w świetle naszej wiary, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy – że nie zasługujemy na miłość i poczucie przynależności. W 2006 roku uświadomiłam sobie, że poza zrozumieniem problemu wstydu muszę zrozumieć także odwrotny aspekt sprawy, a mianowicie zastanowić się, co łączy ludzi określanych przeze mnie mianem „żyjących całym sercem”, czyli tych najskuteczniej przeciwstawiających się wstydowi, mających największe poczucie własnej wartości.

Miałam wielką nadzieję, że odpowiedź na to pytanie będzie brzmiała: „Są badaczami wstydu. Aby stać się osobą «żyjącą całym sercem» musisz mieć ogromną wiedzę na temat tego uczucia”. Okazuje się jednak, że byłam w błędzie. Zrozumienie wstydu jest tylko jedynym z warunków przyjęcia tak entuzjastycznej postawy, przejawiającej się zaangażowaniem w życie, opartym na silnym poczuciu własnej wartości. W mojej książce zatytułowanej Dary niedoskonałości3 wyszczególniłam dziesięć „wskazówek”, zwracających uwagę na to, co pielęgnują w sobie „osoby żyjące całym sercem” oraz na to, co starają się ze swojego życia wykorzenić. Oto one:

Dbajmy o prawdziwość i nie przejmujmy się tym, co mówią inni.

Rozwijajmy współczucie dla samych siebie i rezygnujmy z perfekcjonizmu.

Rozwijajmy odporność duchową i odrzucajmy obezwładniającą bezsilność.

Dbajmy o wdzięczność i radość, i pozbywajmy się poczucia nietrwałości i strachu przed ciemnością.

Korzystajmy z intuicji i ufności wierze, i pozbywajmy się potrzeby pewności.

Wykorzystujmy naszą kreatywność i przestańmy się porównywać z innymi.

Dbajmy o zabawę i wypoczynek, i zapomnijmy o wyczerpaniu jako wyznaczniku naszego statusu i wydajności, która ma określać naszą wartość.

Dbajmy o spokój oraz ciszę i bezruch, i zrezygnujmy z niespokojnego stylu życia.

Dbajmy o to, by nasza praca miała sens i przestańmy wątpić w siebie, i myśleć o tym, co „powinniśmy” zrobić.

Zadbajmy o to, by naszemu życiu towarzyszyły śmiech, śpiew i taniec, i zapomnijmy o tym, że zawsze musimy być fajni i nad wszystkim panować

4

.

Podczas analizy uświadomiłam sobie, że sama spełniam może dwa z dziesięciu warunków życia całym sercem. Poczułam się przygnębiona. Miało to miejsce kilka tygodni przed moimi czterdziestymi pierwszymi urodzinami i stało się inspiracją dla mojej późniejszej duchowej przemiany. Jak się okazało, posiadanie bazy intelektualnej w tych kwestiach nie jest wcale równoznaczne z życiem i kochaniem całym sercem.

W Darach niedoskonałości bardzo szczegółowo pisałam o tym, co to znaczy żyć całym sercem oraz o duchowym przebudzeniu, które zawdzięczam uzyskaniu tej wiedzy i świadomości. W tym miejscu chciałabym nakreślić definicję życia całym sercem oraz poruszyć pięć najważniejszych tematów, które wyłoniły się ze zgromadzonych przeze mnie danych i doprowadziły do przełomowych konkluzji, którymi podzielę się w niniejszej książce. Dzięki temu zyskasz wyobrażenie o tym, co cię czeka podczas dalszej lektury.

Punktem wyjścia dla życia całym sercem jest poczucie własnej wartości, z którego rodzi się zaangażowanie. Oznacza to pielęgnowanie wielkiej odwagi, współczucia i poczucia łączności z innymi ludźmi, aby po przebudzeniu móc pomyśleć sobie: nieważne, ile zrobiłem i ile jeszcze pozostało mi do zrobienia, jestem wystarczająco dobry. To kładzenie się do snu z myślą: tak, może i jestem niedoskonały, podatny na zranienie i czasami się boję, lecz to nie zmienia faktu, że jestem również odważny, godny miłości i przynależności.

Definicja ta powstała na podstawie fundamentalnych ideałów:

Miłość i poczucie przynależności to niekwestionowane potrzeby wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci. Jesteśmy stworzeni, by wiązać się z innymi ludźmi, ponieważ to właśnie nasze wzajemne relacje nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Brak miłości, poczucia przynależności i więzi z innymi ludźmi zawsze powoduje cierpienie.

Jeśli podzieliłbyś mężczyzn i kobiety, z którymi przeprowadziłam wywiad, na dwie mniej więcej równe grupy – na tych, którzy czują się kochani, kochają i mają silne poczucie przynależności oraz tych, którzy o to wszystko walczą – istniałaby tylko jedna zmienna, która dzieliłaby członków obydwu grup: ci, którzy czują się kochani, którzy kochają i którzy doświadczają poczucia przynależności, zwyczajnie wierzą, że są

warci

tych uczuć. Nie mają wcale ani lepszego, ani łatwiejszego życia, nie borykają się rzadziej z problemem uzależnienia czy depresji i nie doświadczają mniejszej liczby traum, bankructw czy rozwodów, lecz pośród tych wszystkich kłopotów rozwinęli praktyki, które pozwalają im trwać w przekonaniu, że są warci miłości, przynależności, a nawet radości.

Silne poczucie własnej wartości nie przychodzi ot, tak sobie – pielęgnujemy je, gdy zrozumiemy, że zależy ono od naszych wyborów i codziennych praktyk.

Główną troską mężczyzn i kobiet żyjących całym sercem jest wykazywanie się wielką odwagą, odczuwanie współczucia oraz więzi z innymi ludźmi.

Osoby żyjące całym sercem traktują swoją wrażliwość jako katalizator dla wielkiej odwagi, współczucia i poczucia więzi z innymi ludźmi. W istocie, gotowość do bycia wrażliwym okazała się najbardziej ewidentną wartością łączącą wszystkich mężczyzn i kobiety, których określiłabym mianem osób żyjących całym sercem. Ludzie ci rozumieją, że wszystko – począwszy od sukcesu zawodowego, małżeństwa i najwspanialszych momentów związanych z rodzicielstwem – zależy od ich zdolności do bycia wrażliwym.

O wrażliwości pisałam już w moich wcześniejszych książkach; w istocie, poświęciłam jej nawet jeden rozdział pracy doktorskiej. Od samego początku moich badań akceptacja wrażliwości okazała się ważną kategorią. Rozumiałam również związek między wrażliwością i innymi badanymi przeze mnie emocjami. Jednak w poprzednich książkach założyłam, że związek między wrażliwością a takimi konstruktami, jak wstyd, poczucie przynależności i własnej wartości to kwestia zwykłego zbiegu okoliczności. Dopiero po dwunastu latach pogłębionych studiów zrozumiałam rolę, jaką odgrywa on w naszym życiu. Wrażliwość stanowi sedno, serce, centrum najistotniejszych ludzkich doświadczeń.

Ta nowa informacja stała się dla mnie źródłem osobistego dylematu: z jednej strony, jak można w uczciwy i sensowny sposób mówić o istocie wrażliwości, samemu nie będąc wrażliwym? Z drugiej strony, jak można być wrażliwym, nie poświęcając przy tym wiarygodności badacza? Jeśli mam być szczera, muszę stwierdzić, że dostępność emocjonalna jest czynnikiem wywołującym u badaczy i pracowników naukowych poczucie wstydu. Już na samym początku naszej edukacji akademickiej tłuma-czy się nam, że chłodny dystans i niedostępność zwiększają nasz prestiż i że jeśli zbyt łatwo wejdziemy w relacje z innymi ludźmi, to nasze kom-petencje będą podawane w wątpliwość. Choć w większości środo-wisk określenie kogoś mianem pedanta jest uznawane za obraźliwe, to w naszej wieży z kości słoniowej uczy się zakładania etykietki pedanterii niczym zbroi.

Jakże mogę ryzykować bycie naprawdę wrażliwą i opowiadać historie na temat mojej własnej chaotycznej podróży badawczej, nie robiąc z siebie jakiegoś szajbusa? Co z moją zawodową zbroją?

Moja szansa na wykazanie się, jak to określił Theodore Roosevelt, „wielką odwagą” nadarzyła się w czerwcu 2010 roku, gdy zostałam zaproszona do wystąpienia podczas konferencji TEDxHouston. TEDxHouston jest jednym z wielu niezależnie organizowanych wydarzeń wzorowanych na konferencjach TED – przybliżających publiczności świat Technologii, Rozrywki i Projektu (Technology, Entertainment, and Design) jako „Idei Wartych Rozpowszechniania”. Organizatorzy TED i TEDx docierają do „najbardziej fascynujących myślicieli i wynalazców świata”, i zachęcają ich do wygłoszenia mowy życia w czasie osiemnastu minut lub nawet krótszym.

Kuratorzy TEDxHouston nie przypominali żadnych znanych mi organizatorów. Goszczenie badacza zajmującego się wstydem i wrażliwością wzbudza u większości organizatorów lekką nerwowość i skłania część z nich do formułowania wielu zaleceń dotyczących treści przemowy. Gdy spytałam ludzi z TEDx, o czym mam mówić, odpowiedzieli: „Bardzo podoba nam się to, co robisz. Mów o wszystkim, co tylko sprawia, że czujesz się wspaniale – po prostu pokaż, że masz w sobie to coś. Jesteśmy wdzięczni, że możemy cię tu gościć”. W istocie nie jestem pewna, na jakiej podstawie podjęli decyzję, aby pozwolić mi robić swoje, ponieważ przed konferencją nie byłam świadoma posiadania tego czegoś.

Bardzo spodobała mi się swoboda, jaką mi dali, a z drugiej strony nie znosiłam jej. Wróciłam, przezwyciężając napięcie między wejściem w niekomfortową dla mnie sytuację a znalezieniem schronienia u moich starych przyjaciół: przewidywania i kontroli. Ostatecznie postanowiłam wybrać opcję pierwszą. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, w co się pakuję.

Moja decyzja, by wykazać się wielką odwagą nie wyrastała tak bardzo z pewności siebie, co z mojej wiary w badania. Wiem, że jestem dobrym naukowcem i ufałam, że wnioski, które wyciągnęłam ze zgromadzonych przeze mnie danych, są aktualne i wiarygodne. Wrażliwość zabrałaby mnie tam, gdzie chciałam, a być może powinnam iść. Przekonałam nawet samą siebie, że to nic wielkiego: To przecież tylko Houston. Ludzie z mojego rodzinnego miasta, a w najgorszym razie pięćset osób plus pewna grupa oglądająca nagranie przed ekranem pomyśli, że zwariowałam.

Następnego ranka po wygłoszeniu przemowy wstałam z jednym z najgorszych kaców wrażliwościowych w całym moim życiu. Znasz to uczucie, gdy wszystko wydaje się w porządku do momentu, w którym powracające wspomnienie obnażenia się przed innymi ludźmi sprawia, że masz ochotę schować się z powrotem pod kołdrę? Co ja najlepszego zrobiłam? Pięćset osób oficjalnie myśli, że zwariowałam, a to fatalne uczucie. Zapomniałam wspomnieć o dwóch ważnych sprawach. Czy ja naprawdę miałam ze sobą slajd ze słowem załamanie, aby dodać dramatyzmu całej historii, której nade wszystko wcale nie powinnam była opowiadać? Muszę opuścić miasto.

Tyle, że nie było dokąd uciekać. Pół roku po całym wydarzeniu otrzymałam mejla od kuratorów TEDxHouston gratulujących mi, ponieważ moje wystąpienie miało zostać umieszczone na głównej stronie TED. Wiedziałam, że to dobra wiadomość, a nawet wielki zaszczyt, lecz byłam przerażona. Po pierwsze, dopiero się oswajałam z myślą o „zaledwie” pięciuset osobach uważających mnie za wariatkę. Po drugie, w kulturze pełnej krytyki i cynizmu zawsze się czułam bezpieczniej, gdy moja kariera zawodowa rozgrywała się tuż poza zasięgiem radaru. Gdy spoglądam wstecz, nie jestem pewna, jak odpowiedziałabym na ten list, gdybym wiedziała, że wprowadzenie do ogólnodostępnego obiegu nagrania poświęconego wrażliwości oraz znaczeniu pokazywania innym ludziom naszego prawdziwego ja sprawi, że będę się czuła tak niekomfortowo i (jak na ironię) wrażliwa i zdemaskowana.

Obecnie nagranie to należy do najczęściej oglądanych na TED.com, ma ponad pięć milionów „oglądań” i zostało przetłumaczone na trzydzieści osiem języków. Nigdy go nie oglądałam. Cieszę się, że wystąpiłam, niemniej jednak wciąż sprawia ono, że czuję się niekomfortowo.

Odnoszę wrażenie, że 2010 rok był rokiem przemowy na TEDxHouston, a rok 2011 tym, w którym zaczęłam wdrażać w życie to, o czym podczas niej mówiłam. Przemierzałam kraj, przemawiając do różnych grup, począwszy od firm z rankingu Fortune 500, przez trenerów przywództwa, wojskowych i prawników po grupy złożone z rodziców oraz uczniów różnych szkół. W 2012 roku zostałam zaproszona, aby wygłosić kolejną mowę na głównej konferencji TED w Long Beach, w Kalifornii. Wystąpienie z 2012 roku było dla mnie okazją do podzielenia się efektami pracy, która w sposób dosłowny stanowiła podstawę i punkt wyjścia dla wszystkich moich badań – mówiłam o uczuciu wstydu oraz o tym, w jaki sposób powinniśmy je rozumieć i jak nad nim pracować, jeśli naprawdę chcemy się wykazać wielką odwagą.

Doświadczenie dzielenia się z innymi ludźmi wnioskami płynącymi z moich badań doprowadziło mnie do napisania niniejszej książki. Po dyskusjach z moim wydawcą na temat możliwości opublikowania książki biznesowej, książki poświęconej rodzicielstwu, a także książki dla nauczycieli, uświadomiłam sobie, że powinna powstać tylko jedna pozycja, ponieważ bez względu na to, dokądkolwiek się udałam i z kimkolwiek rozmawiałam, najistotniejsze kwestie dotyczyły zawsze tego samego: lęku, braku zaangażowania i pragnienia bycia odważniejszym.

Moje przemowy korporacyjne niemal zawsze skupiają się na natchnionym przywództwie lub kreatywności i innowacyjności. Najważniejsze problemy, o których wszyscy, począwszy od przedstawicieli wyższego kierownictwa po osoby z pierwszych stron gazet, mi opowiadają, wynikają z braku zaangażowania, z braku informacji zwrotnej, z lęku przed utratą znaczenia w świecie gwałtownych zmian oraz z potrzeby posiadania wyraźnie określonego celu. Jeśli chcemy wzniecić w sobie innowacyjność i pasję, to musimy uczynić naszą pracę bardziej humanitarną. Gdy wstyd staje się stylem zarządzania, wówczas słabnie zaangażowanie. Gdy nie godzimy się z tym, że będziemy popełniać błędy, wtedy nie ma mowy o nauce, kreatywności i innowacyjności.

Jeśli chodzi o rodzicielstwo, to zwyczaj szufladkowania matek i ojców jako dobrych bądź złych jest równie powszechny co niszczący – zamienia rodzicielstwo w pole minowe wstydu. Prawdziwe pytania skierowane do rodziców powinny brzmieć: „Czy jesteś zaangażowany? Czy poświęcasz uwagę swojemu dziecku?”. Jeśli tak, to nastaw się na to, że popełnisz mnóstwo błędów i podejmiesz masę złych decyzji. Niedoskonałe chwile w rodzicielstwie zamieniają się w dary, kiedy nasze dzieci obserwują nas, gdy staramy się zrozumieć, co poszło nie tak i w jaki sposób możemy się poprawić następnym razem. Zadanie nie polega na tym, by być idealnym i wychować szczęśliwe dzieci. Perfekcja nie istnieje. Poza tym odkryłam, że to, co uszczęśliwia dzieci, nie zawsze przygotowuje je do bycia odważnymi, zaangażowanymi dorosłymi. To samo dotyczy szkoły. Nie odkryłam ani jednego problemu, który nie wynikałby z pewnej kombinacji rodzicielskiego, nauczycielskiego, administracyjnego lub uczniowskiego braku zaangażowania bądź konfliktu rywalizujących wspólników ścierających się, by określić jeden cel.

Odkryłam, że najtrudniejszym i najbardziej wdzięcznym wyzwaniem w mojej pracy jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Jak jednocześnie być kartografem i podróżnikiem? Moje mapy lub teorie dotyczące umiejętności przeciwstawiania się wstydowi, życia całym sercem oraz wrażliwości nie powstały na podstawie doświadczeń wyniesionych z moich własnych podróży, lecz danych, które zbierałam przez dwanaście ostatnich lat – doświadczeń tysięcy kobiet i mężczyzn, którzy wytyczają ścieżki w kierunku, w którym ja i wiele innych osób chciałoby poprowadzić swoje życie.

Z biegiem lat nauczyłam się, że kompetentny i pewny siebie twórca map wcale nie musi być sprawnym podróżnikiem. Potykam się i upadam, i nieustannie odkrywam potrzebę zmiany kursu. I choć staram się podążać zgodnie z planem, który nakreśliłam, wielokrotnie, gdy frustracja i samozwątpienie biorą górę, zgniatam moją mapę w kulkę i wrzucam do szuflady z rupieciami w mojej kuchni. Podróż od rozdzierająco bolesnego po wspaniałe wcale nie jest łatwa, lecz dla mnie cenny był każdy wykonany podczas niej krok.

To, co łączy nas wszystkich – o czym mówię od kilkunastu lat liderom, rodzicom i nauczycielom – stanowi prawdę będącą głównym przesłaniem niniejszej książki: to, co wiemy ma znaczenie, lecz to, kim jesteśmy znaczy jeszcze więcej. Bycie, w większym stopniu niż posiadanie wiedzy, wymaga wyjścia i odsłonięcia się. Aby być wrażliwym, trzeba się wykazywać wielką odwagą. Pierwszym krokiem w tej podróży jest zrozumienie, w którym miejscu się znajdujemy, czemu się przeciwstawiamy i dokąd powinniśmy iść. Sądzę, że najbardziej pomoże nam w tym badanie naszej wszechobecnej kultury „nigdy dość”.

Rozdział 1 Poczucie niedostatku,czyli przyglądając się z bliska naszej kulturze „nigdy dość”

Po dwunastu latach pracy w zawodzie i przyglądania się jak poczucie niedostatku zatruwa nasze rodziny, organizacje i społeczności, doszłam do wniosku, że jedną z rzeczy, które nas łączą jest to, że mamy dość nieustannego odczuwania lęku. Pragniemy wykazywać się wielką odwagą. Jesteśmy zmęczeni ogólnonarodową debatą poświęconą temu „czego powinniśmy się obawiać” i „kogo powinniśmy winić”. Wszyscy chcemy być odważni.

„Nie rozhuśtasz kota, nie uderzając narcyza”.

Jedno jest pewne. To nie był moment na scenie, w którym wykazałam się największą elokwencją. Nie miałam też zamiaru nikogo obrażać, lecz gdy jestem naprawdę podminowana lub sfrustrowana, wtedy mam tendencję do posługiwania się językiem zaszczepionym mi przez pokolenia żyjących przede mną Teksańczyków. Huśtam kota, rzeczy utykają w moich wolach i często „naprawiam, naprawiam, a wszystko odpada”. Takie słowne regresje zwykle zdarzają się w domu lub gdy jestem wśród członków rodziny czy przyjaciół, lecz od czasu do czasu, gdy coś mnie rozdrażni, wymykają mi się również na scenie.

Słuchałam i używałam powiedzenia o huśtaniu kota przez całe moje życie, dlatego nie dotarło do mnie, że więcej niż garstka spośród tysięcy członków publiczności widziała w swojej wyobraźni, jak powalam na ziemię jakąś zadufaną w sobie osobę za pomocą kota. Poszukując informacji, które pozwoliłyby mi obronić się przed zarzutami formułowanymi w licznych mejlach przez widzów, którzy twierdzili, że okrucieństwo wobec zwierząt jest niespójne z moim przesłaniem dotyczącym wrażliwości i więzi międzyludzkich, dowiedziałam się, że powiedzenie to nie ma nic wspólnego ze zwierzętami. W rzeczywistości niegdyś używali go członkowie Brytyjskiej Marynarki Wojennej w odniesieniu do trudności w wykorzystywaniu dziewięciorzemiennych pejczów (ang. cat’-o-nine-tails) w ciasnych zakątkach statków. Wiem. To też nie brzmi najlepiej.

W tym konkretnym przypadku impulsem do przywołania rozhuśtywanych kotów stała się pewna kobieta z widowni, która w pewnym momencie krzyknęła: „Dzisiejsze dzieciaki uważają się za takie wyjątkowe. Co sprawia, że tak wielu ludzi staje się narcyzami?”. Moja dalece odbiegająca od ideału odpowiedź ocierała się o arogancję: „Taaa. Nie rozhuśtasz kota, nie uderzając narcyza”. Muszę jednak wyjaśnić, że wynikała ona z mojej frustracji, którą nadal czuję, gdy słyszę, jak szafuje się określeniem narcyzm. Facebook jest taki narcystyczny. Dlaczego ludzie uważają, że to, co robią, jest takie ważne? Wszystkie dzisiejsze dzieciaki są narcystyczne. Zawsze tylko ja, ja, ja. Mój szef jest takim narcyzem. Ona uważa się za lepszą od innych i wszystkich wokoło poniża.

Podczas gdy laicy posługują się tym terminem jako uniwersalną diagnozą dla wszystkiego, począwszy od arogancji po nieuprzejme zachowanie, badacze, psychiatrzy i psychoterapeuci testują jego elastyczność na wszelkie możliwe sposoby. Niedawno grupa naukowców przeprowadziła komputerową analizę słów największych przebojów z ostatnich trzydziestu lat. Badacze ci odkryli istotną statystycznie tendencję polegającą na występowaniu narcyzmu i wrogości w muzyce popularnej. Ponadto zaobserwowali zgodne z prezentowaną przez nich hipotezą zmniejszenie wykorzystania zaimków my i nam oraz wzrost wykorzystania zaimków ja i mnie.

Naukowcy ci odnotowali także zmniejszanie się liczby słów odnoszących się do więzi społecznych i pozytywnych emocji oraz wzrost liczby słów odnoszących się do złości i zachowań aspołecznych, takich jak nienawiść czy zabić. Dwoje spośród naukowców zaangażowanych w to badanie, Jean Twenge i Keith Campbell, autorzy książki The Narcissism Epidemic, utrzymuje, że występowanie narcystycznych zaburzeń osobowości zwiększyło się ponad dwukrotnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Jakby to ujęła moja babcia, można odnieść wrażenie, że świat zmierza ku piekłu w koszyku na zakupy.

Czyżby na pewno? Czy rzeczywiście jesteśmy otoczeni narcyzami? Czy naszą kulturę zdominowali zaabsorbowani sobą megalomani, których interesuje wyłącznie władza, sukces, piękno i bycie wyjątkowym? Czy naprawdę butnie wierzymy, że jesteśmy lepsi od innych osób, nawet wtedy, gdy nasza pomoc i osiągnięcia nie przedstawiają sobą większej wartości? Czy to prawda, że brakuje nam empatii, niezbędnej do tego, by być pełnymi współczucia i podtrzymywać więzi z innymi ludźmi?

Jeśli jesteś taki jak ja, prawdopodobnie krzywisz się nieco i myślisz sobie: Tak jest. W tym właśnie tkwi problem. Mnie oczywiście on nie dotyczy, ale tak ogólnie… tak, to brzmi wiarygodnie!

Przyjemnie jest mieć jakieś wyjaśnienie, zwłaszcza takie, które poprawia nasze samopoczucie i zrzuca winę na tamtych ludzi. W istocie, za każdym razem, gdy słyszę, jak ktoś przywołuje narcyzm jako argument, zwykle w jego słowach mogę usłyszeć pogardę, złość lub osąd. Będę szczera – sama odczuwałam takie emocje, pisząc ten tekst.

Naszą pierwszą naturalną skłonnością jest leczenie „narcyzów” przez sprowadzanie ich na ziemię. Nieważne, czy mówię do nauczycieli, rodziców, dyrektorów generalnych czy sąsiadów, odpowiedź zawsze brzmi tak samo: Ci egomaniacy powinni wiedzieć, że nie są wcale ani wyjątkowi, ani wspaniali, ani uprzywilejowani i powinni zrobić ze sobą porządek. Nikomu na niczym nie zależy. (To wersja moderowana).

W tym miejscu właśnie zaczynają się pojawiać trudności. I frustracja. I może nawet smutek. Temat narcyzmu przeniknął do świadomości społecznej na tyle, że większość ludzi słusznie kojarzy go z takimi wzorcami postaw i zachowań, jak afektacja, nieustanna potrzeba wzbudzania podziwu i brak empatii. Niemal nikt z nas jednak nie rozumie, że prawie każdy poziom surowości tej diagnozy jest podszyty wstydem. Oznacza to, że nie „załatwimy sprawy” przez sprowadzanie naszych bliźnich na ziemię i przypominanie im o ich nieudolności i małostkowości. Wstyd stanowi raczej źródło tych zachowań niż panaceum.

Narcyzm przez pryzmat wrażliwości

Diagnozowanie i etykietowanie ludzi, których problemy mają charakter bardziej środowiskowy lub wyuczony niż genetyczny lub organiczny, często jest bardziej szkodliwe niż korzystne dla procesu leczenia. Gdy mamy do czynienia z epidemią, przyczyna problemu – jeśli tylko nie jest to coś rzeczywiście zakaźnego – zwykle ma charakter środowiskowy i labilny, niż trwały i niezmienny. Etykietowanie problemu w sposób, który wskazuje raczej na to, kim ludzie są, niż na wybory, których dokonują, zrzuca z nas wszystkich piętno odpowiedzialności: Trudno. Taki już jestem. Jestem wielką zwolenniczką czynienia ludzi odpowiedzialnymi za ich działania, dlatego nie mówię tu o „obwinianiu systemu”, lecz o potrzebie zrozumienia pierwotnej przyczyny, tak abyśmy mogli się zmierzyć z naszymi problemami.

Często pomocne okazuje się rozpoznanie wzorców zachowań oraz próba zrozumienia, na co mogą one wskazywać, co zasadniczo różni się od definiowania ludzi na podstawie diagnozy, która – w co gorąco wierzę, a badania dowodzą – często potęguje wstyd i zniechęca ludzi do szukania pomocy.

Musimy zrozumieć te trendy i wpływy, lecz moim zdaniem bardziej pomocne, a nawet posiadające moc przemiany, jest spojrzenie na schematy zachowań przez pryzmat wrażliwości. Na przykład, gdy patrzę w ten sposób na narcyzm, dostrzegam wynikający z poczucia wstydu lęk przed własną przeciętnością. Widzę lęk, że nigdy nie poczujemy się na tyle niezwykli, abyśmy zostali zauważeni, abyśmy byli godni miłości, aby mieć poczucie przynależności bądź pielęgnować poczucie sensu życia. Czasami nieco bardziej humanitarne spojrzenie na problemy rzuca na nie ważne światło; światło, które często gaśnie, gdy tylko nadamy mu stygmatyzującą etykietkę.

Ta nowa definicja narcyzmu jest przejrzysta i wskazuje zarówno na źródło problemu, jak i możliwe rozwiązania. Dzięki niej widzę wyraźnie, jak i dlaczego coraz więcej ludzi usiłuje dociec, w jaki sposób mogą uwierzyć, że są wystarczająco dobrzy. Wszędzie dostrzegam kulturowe przesłanie, które mówi, że zwykłe, codzienne życie to życie pozbawione sensu. Dostrzegam też, jak dzieci, które dorastają na stałej diecie reality show, kultury celebryckiej i dostępnych bez ograniczeń mediów społecznościowych, mogą wchłonąć to przesłanie i rozwinąć w sobie całkowicie spaczony obraz świata. Jestem tylko tak dobry, jak liczba „lajków”, które dostaję na Facebooku i Instagramie.

Ponieważ wszyscy jesteśmy wrażliwi na przesłania, które leżą u źródeł tego typu postaw i zachowań, taki nowy pryzmat likwiduje element „my – kontra ci przeklęci narcyzi”. Znam pragnienie posiadania wiary, że to, co robię ma znaczenie i wiem, jak łatwo pomylić je z dążeniem do bycia nadzwyczajnym. Wiem, jak zwodnicze jest wykorzystywanie miary kultury celebryckiej do badania mierności naszego życia. Rozumiem też, że megalomania, buta i pogoń za podziwem okazywanym przez innych ludzi mogą się wydawać najlepszym balsamem łagodzącym ból, płynący z przeświadczenia, że jest się zbyt zwyczajnym i niewystarczająco dobrym. Tak, te myśli i postawy ostatecznie powodują więcej bólu i prowadzą do większego poczucia izolacji, lecz gdy cierpimy i gdy miłość i poczucie przynależności równoważą te uczucia, wtedy sięgamy po to, co naszym zdaniem zapewni nam najlepszą ochronę.

Istnieją oczywiście przypadki, w których postawienie diagnozy może być konieczne, jeśli chcemy znaleźć odpowiednie leczenie, jednak trudno mi przywołać w pamięci choćby jeden przykład sytuacji, w której nie czerpalibyśmy korzyści ze zbadania problemu przez pryzmat wrażliwości. Zawsze możemy się czegoś nauczyć, gdy zastanowimy się nad odpowiedziami na poniższe pytania:

Jakie są przesłania i oczekiwania, które definiują naszą kulturę, oraz w jaki sposób kultura wpływa na nasze zachowania?

W jaki sposób nasze wewnętrzne zmagania i zachowania są związane z wytworzonymi przez nas mechanizmami obronnymi?

W jaki sposób nasze zachowania, myśli i emocje są związane z naszą podatnością na zranienie oraz potrzebą posiadania silnego poczucia własnej wartości?

Jeśli powrócimy do wcześniejszego pytania o to, czy jesteśmy otoczeni przez ludzi o narcystycznym zaburzeniu osobowości, to moja odpowiedź brzmi „nie”. W dzisiejszych czasach należy uwzględnić istnienie silnego wpływu kulturowego. Sądzę, że lęk przed byciem przeciętnym, zwyczajnym, stanowi jego element, jednak uważam również, że sięga on znacznie głębiej. Aby znaleźć jego źródło, musimy skończyć z obrzucaniem wyzwiskami i nadawaniem etykietek.

Dotychczas skupialiśmy nasz pryzmat wrażliwości na kilku konkretnych zachowaniach, jeśli jednak spojrzymy tak szeroko, jak to tylko możliwe, wówczas widok ulegnie zmianie. Nie tracimy z pola widzenia omówionych przez nas problemów, jednak postrzegamy je jako element szerszego krajobrazu. To pozwala nam precyzyjnie zidentyfikować największy wpływ kulturowy naszych czasów – środowisko, które nie tylko wyjaśnia nam, co powszechnie się rozumie przez epidemię narcyzmu, lecz także dostarcza panoramicznego widoku myśli, zachowań i emocji, które powoli zmieniają to, kim jesteśmy, w jaki sposób żyjemy, kochamy, pracujemy, przewodzimy, jakimi jesteśmy rodzicami, jak rządzimy, uczymy i łączymy się z innymi ludźmi. Środowisko, które mam na myśli, to nasza kultura niedostatku.

Niedostatek, czyli problem myślenia w kategoriach „nigdy dość”

Bardzo istotnym aspektem mojej pracy jest znalezienie języka, który w sposób precyzyjny opisywałby dane naukowe i jednocześnie trafiał do uczestników prowadzonych przeze mnie badań. Wiem, że jestem na złym tropie, gdy ludzie wyglądają, jak gdyby udawali, że rozumieją, lub gdy reagują na przywoływane przeze mnie terminy i definicje znaczącym „hm”, lub „to brzmi interesująco”. Biorąc pod uwagę specyfikę badanej przeze mnie problematyki, wiem, że podążam w dobrym kierunku, gdy ludzie odwracają wzrok, szybko przykrywają twarze dłońmi lub reagują krótkim „ech”, „zamknij się”, lub „wynoś się z mojej głowy”. Z ostatnią reakcją spotykam się głównie wtedy, gdy ludzie słyszą lub widzą zdanie: Nigdy dość __________________. Potrzeba zaledwie kilku sekund, aby sami zaczęli kończyć wypowiedź własną mantrą:

Nigdy dość dobry.

Nigdy dość doskonały.

Nigdy dość szczupły.

Nigdy dość wpływowy.

Nigdy dość szczęśliwy.

Nigdy dość bystry.

Nigdy dość pewny.

Nigdy dość bezpieczny.

Nigdy dość wyjątkowy.

Doświadczamy niedostatku, ponieważ żyjemy nim.

Jedną z moich ulubionych autorek wypowiadających się na temat poczucia niedostatku jest Lenne Twist, aktywistka, zajmująca się między innymi pozyskiwaniem funduszy na cele dobroczynne. W swojej książce zatytułowanej The Soul of Money5, mówi o niedostatku jako o „wielkim kłamstwie”. Pisze ona:

W przypadku moim i wielu z nas, pierwszą myślą po przebudzeniu jest: „za krótko spałem”. Kolejna brzmi: „Mam za mało czasu”. Bez względu na to, czy jest to prawdą, czy też nie, myśl o niedostatku pojawia się w naszym umyśle automatycznie, zanim jeszcze zdążymy ją zakwestionować lub zastanowić się nad nią. Większość godzin i dni naszego życia spędzamy słuchając, wyjaśniając, narzekając lub martwiąc się tym, czego nam brakuje. Zanim jeszcze usiądziemy na łóżku, zanim nasze stopy dotkną podłogi, już jesteśmy nie tacy, jak powinniśmy być, już spóźnieni, już coś tracimy, już czegoś nam brakuje. Gdy wieczorem kładziemy się do snu, nasze umysły już układają litanię rzeczy, których tego dnia nie dostaliśmy albo nie zrobiliśmy. Idziemy spać przytłoczeni takimi myślami i budzimy się w zadumie nad naszymi brakami…. Ten wewnętrzny stan niedostatku, ten sposób myślenia zorientowany na brak jest źródłem naszych zazdrości, naszej chciwości, naszego uprzedzenia i sporów, które toczymy z życiem.

Poczucie niedostatku, niedosytu to problem myślenia w kategoriach „nigdy dość”. Niedostatek ma się świetnie w kulturze, w której wszyscy są skupieni na braku. Ilość wszystkiego, począwszy od bezpieczeństwa i miłości po pieniądze i inne środki, zdaje się być ograniczona bądź niedostateczna. Poświęcamy niezmiernie dużo czasu kalkulując, ile mamy, ile chcielibyśmy mieć, a także ile wszyscy inni mają, potrzebują i chcą.

Tym, co czyni takie nieustanne szacowanie i porównywanie bezcelowym jest fakt, że często porównujemy nasze życie, nasze małżeństwa, nasze rodziny i nasze społeczności do nieosiągalnych, napędzanych przez media wizji doskonałości bądź zestawiamy naszą rzeczywistość z fikcyjnym wyobrażeniem o tym, jak wspaniale ma ktoś inny. Także nostalgia stanowi niebezpieczną formę porównania. Pomyśl, jak często porównujemy siebie i nasze życie do wspomnienia tak całkowicie przeobrażonego przez nostalgię, że w istocie nigdy nie miało ono odzwierciedlenia w rzeczywistości: „Pamiętasz, gdy…? To dopiero były czasy…”.

Źródło niedostatku

Niedostatek nie zdominował naszej kultury z dnia na dzień. Poczucie niedostatku doskonale się rozwija w kulturach wzmacniających poczucie wstydu, czyli takich, które są głęboko zanurzone w porównaniach i rozbite przez brak zaangażowania. (Mówiąc o kulturze wzmacniającej poczucie wstydu, nie mam na myśli tego, że wstydzimy się naszej zbiorowej tożsamości, lecz że wielu z nas zmaga się z problemem poczucia własnej wartości, które kulturę kształtuje).

Od dekady jestem świadkiem znaczących zmian zachodzących w duchu czasu, panującym w naszym kraju. Obserwuję je w danych naukowych, lecz także widzę ich odbicie na twarzach osób, które spotykam, z którymi przeprowadzam wywiad i z którymi rozmawiam. Życie nigdy nie było łatwe, lecz traumy, które stały się udziałem tak wielu ludzi w ciągu minionych dziesięciu lat, doprowadziły do zmian w naszej kulturze. Od jedenastego września, przez liczne wojny i recesję, po tragiczne w skutkach katastrofy naturalne oraz wzrost liczby chaotycznych aktów bezsensownej przemocy i strzelanin w szkołach, przeżyliśmy i przeżywamy zdarzenia, które tak silnie zachwiały naszym poczuciem bezpieczeństwa, że doświadczyliśmy ich jako traumy, nawet jeśli nie dotknęły nas w sposób bezpośredni. Jeśli natomiast chodzi o szokujące liczby osób bezrobotnych lub zatrudnionych poniżej swoich kwalifikacji, to sądzę, że każdy z nas jest bezpośrednio dotknięty bądź jest blisko kogoś, kto sam został bezpośrednio dotknięty tym problemem.

Martwienie się niedostatkiem to wersja stresu pourazowego naszej kultury. Występuje on wtedy, gdy przeszliśmy zbyt wiele i zamiast się jednoczyć, by doświadczyć uzdrowienia (co wymaga wrażliwości), jesteśmy źli, przerażeni i wzajemnie skaczemy sobie do gardeł. Cierpi nie tylko szersza kultura: tę samą dynamikę odnalazłam w kulturze rodzinnej, pracowniczej, szkolnej i wspólnotowej. Wszystkie dzielą tę samą formułę wstydu, porównania i braku zaangażowania. Niedostatek w takich warunkach wręcz kipi i będzie je umacniał tak długo, aż krytyczna liczba osób zacznie dokonywać innych wyborów i na nowo kształtować mniejsze kultury, do których przynależą.

Jednym ze sposobów myślenia o trzech komponentach niedostatku i tego, w jaki sposób wpływają one na kulturę, jest refleksja nad następującymi pytaniami. Ważne jest, abyś czytając je, uwzględniał każdą kulturę lub system społeczny, którego jesteś częścią, bez względu na to, czy będzie to szkolna klasa, twoja rodzina, wspólnota religijna czy może zespół, w którym pracujesz:

Wstyd:

czy obawa przed ośmieszeniem i lekceważeniem jest wykorzystywana do zarządzania ludźmi oraz, bądź lub, ich dyscyplinowania? Czy poczucie własnej wartości jest powiązane z osiągnięciami, produktywnością lub uległością? Czy obwinianie i wytykanie palcem stanowią normę? Czy poniżanie i wyzywanie są na porządku dziennym? A co z kumoterstwem? Czy perfekcjonizm stanowi problem?

Porównywanie:

zdrowa rywalizacja może nieść korzyści, lecz czy istnieje nieustanne jawne bądź ukryte porównywanie i ustawianie w rankingu? Czy kreatywność jest tłumiona? Czy ludzie są traktowani bardziej według jednego ograniczonego standardu, niż nagradzani według unikalnych talentów i nakładu pracy? Czy istnieje idealny sposób bycia czy jedna forma talentu wykorzystywana jako miara wartości ogółu?

Brak zaangażowania:

czy ludzie obawiają się podejmowania ryzyka bądź wypróbowywania nowych rzeczy? Czy łatwiej jest zachowywać milczenie, niż dzielić się opowieściami, doświadczeniami i pomysłami? Czy można odnieść wrażenie, że nikt tak naprawdę na nikogo nie zwraca uwagi i nikogo nie słucha? Czy wszyscy walczą o to, by zostać zauważonymi i usłyszanymi?

Gdy patrzę na te pytania i myślę o naszej szerszej kulturze, mediach i krajobrazie społeczno-ekonomiczno-politycznym, moje odpowiedzi brzmią TAK, TAK i TAK!

Gdy myślę o mojej rodzinie w kontekście tych pytań, wiem, że są to problemy, które ja i mój mąż Steve codziennie staramy się przezwyciężać. Posłużyłam się słowem przezwyciężać, ponieważ, aby zbudować związek lub stworzyć rodzinę bądź kulturę organizacyjną, kierować szkołą lub pielęgnować wspólnotę religijną w sposób zasadniczo odmienny od norm kulturowych napędzanych przez niedostatek, potrzebna jest świadomość, zaangażowanie i praca… dzień w dzień. Większa kultura zawsze stosuje presję, więc jeśli chcemy ją pokonać i walczyć o to, w co wierzymy, to brak staje się stanem niedostatku. Jesteśmy wzywani do „wielkiej odwagi” za każdym razem, gdy dokonujemy wyborów, które zadają kłam społecznemu klimatowi niedostatku.

W przeciwstawianiu się życiu w poczuciu niedostatku nie chodzi wcale o sam dostatek. W istocie sądzę, że dostatek i niedostatek to dwie strony tego samego medalu. Przeciwieństwem „nigdy dość” nie jest obfitość ani „więcej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić”. Przeciwieństwem niedostatku jest „dostateczność”, lub to, co określam mianem „życia całym sercem”. Jak wyjaśniłam we Wstępie, istnieje wiele zasad „życia całym sercem”, lecz jego istotą są wrażliwość i poczucie własnej wartości: mierzenie się z niepewnością, demaskacją i ryzykiem emocjonalnym, a także świadomość, że jestem wystarczająco dobry.

Jeśli powrócisz do trzech zestawów postawionych przeze mnie pytań dotyczących niedostatku i zapytasz samego siebie, czy jesteś gotów być wrażliwym lub wykazywać się wielką odwagą w każdym otoczeniu zdefiniowanym przez te wartości, to odpowiedź w przypadku większości z nas będzie zdecydowanie negatywna. Jeśli zadasz sobie pytanie o to, czy są to warunki sprzyjające pielęgnowaniu poczucia własnej wartości, odpowiedź znowu będzie brzmiała „nie”. Największymi ofiarami kultury niedostatku jest nasza gotowość do posiadania słabości oraz nasza zdolność do angażowania się w życie z poczuciem własnej wartości.

Po dwunastu latach pracy w zawodzie i przyglądania się, jak poczucie niedostatku zatruwa nasze rodziny, organizacje i społeczności, doszłam do wniosku, że jedną z rzeczy, które nas łączą jest to, że mamy dość nieustannego odczuwania lęku. Pragniemy wykazywać się wielką odwagą. Jesteśmy zmęczeni ogólnonarodową debatą poświęconą temu „czego powinniśmy się obawiać” i „kogo powinniśmy winić”. Wszyscy chcemy być odważni.

W następnym rozdziale porozmawiamy o powstałych wokół wrażliwości mitach, które podsycają poczucie niedostatku oraz o tym, jak wielka odwaga zaczyna się od zdjęcia maski i pokazania naszego prawdziwego oblicza.

Rozdział 2 Obalanie mitów na temat wrażliwości

Tak, gdy jesteśmy wrażliwi, jesteśmy narażeni na zranienie. Tak, znajdujemy się w sali tortur, którą nazywamy niepewnością. I tak, podejmujemy ogromne ryzyko emocjonalne, gdy pozwalamy sobie na bycie wrażliwym. Nie istnieje jednak takie równanie, w którym podejmowanie ryzyka, narażanie się na doświadczenie niepewności i odsłanianie swoich emocji byłoby równoznaczne ze słabością.

Mit 1: „Wrażliwość jest objawem słabości”

Postrzeganie podatności na zranienie jako słabości to najbardziej powszechnie akceptowany i najniebezpieczniejszy mit na temat wrażliwości. Gdy spędzamy życie, oddalając od siebie uczucie wrażliwości albo chroniąc się przed nim pełni obaw, że nasze otoczenie uzna nas za zbyt emocjonalnych, wtedy czujemy pogardę wobec osób, które są mniej zdolne bądź chętne, by maskować swoje uczucia, chłoną je i przezwyciężają trudności. Doszliśmy do punktu, w którym, zamiast respektować i doceniać wielką odwagę i śmiałość kryjące się pod wrażliwością, pozwalamy, by nasz lęk i poczucie dyskomfortu zamieniły się w osąd i krytycyzm.

Wrażliwość nie jest ani dobra, ani zła: to nie coś, co nazywamy złą emocją, nie jest też zawsze lekkim, pozytywnym doświadczeniem. Wrażliwość to rdzeń wszystkich emocji i uczuć. Czuć to być wrażliwym. Jeśli wierzymy, że wrażliwość jest słabością, to uznajemy, że słabością jest uczucie. Jeśli odcinamy się od naszego życia emocjonalnego ze strachu, że koszt będzie zbyt wysoki, to oddalamy się od tego, co nadaje naszemu życiu cel i sens.

Nasze odrzucenie wrażliwości często wynika z tego, że kojarzymy je z negatywnymi emocjami, takimi jak: lęk, wstyd, żal, smutek i rozczarowanie – emocje, o których nie chcemy mówić, nawet wtedy, gdy mają one wielki wpływ na to, jak żyjemy, kochamy i pracujemy, a nawet przewodzimy. Wielu z nas nie pojmuje tego, czego zrozumienie wymagało ode mnie dekadę badań, a mianowicie, że wrażliwość jest również kolebką emocji i doświadczeń, których pragniemy. Wrażliwość to miejsce narodzin miłości, poczucia przynależności, radości, wielkiej odwagi, empatii i kreatywności. To źródło nadziei, empatii, odpowiedzialności i autentyczności. Jeśli chcemy, aby nasz cel był jaśniejszy, a życie duchowe bardziej sensowne, wrażliwość jest naszą ścieżką.

Wiem, że trudno w to uwierzyć, zwłaszcza jeśli przez całe życie myśleliśmy, że wrażliwość i słabość to synonimy, ale to prawda. Definiuję wrażliwość jako niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. Pamiętając o tej definicji, pomyślmy przez chwilę o miłości. Budzenie się co rano ze świadomością, że kocha się kogoś, kto może, lecz nie musi odwzajemniać naszej miłości, komu nie możemy zapewnić bezpieczeństwa, kto może zostać w naszym życiu, lecz równie dobrze może je bez uprzedzenia opuścić, kto może pozostać lojalny aż od śmierci albo zdradzić nas jutro – to właśnie jest wrażliwość. Miłość jest niepewna. Jest niezmiernie ryzykowna. Gdy kogoś kochamy, narażamy na zranienie nasze emocje. Tak, to przerażające. Tak, jesteśmy podatni na zranienie, lecz czy możesz sobie wyobrazić swoje życie bez kochania i bycia kochanym?

Pokazanie światu naszej sztuki, naszego pisarstwa, naszej fotografii lub naszych pomysłów, bez gwarancji, że zostaniemy zaakceptowani bądź docenieni – to również wrażliwość. Pozwolić sobie zanurzyć się w radosnych chwilach naszego życia, nawet jeśli wiemy, że są ulotne, nawet jeśli świat mówi nam, abyśmy nie byli zbyt szczęśliwi, bo w ten sposób prosimy się o katastrofę – to intensywna forma wrażliwości.

Jak już wspomniałam, wielkim niebezpieczeństwem jest to, że zaczynamy myśleć o uczuciu jako o słabości. Wyłączając złość (która jest emocją drugorzędną, służącą wyłącznie jako społecznie akceptowalna maska dla wielu trudniejszych, ukrytych emocji), tracimy naszą tolerancję na emocje i tym samym na wrażliwość.

Stanie się dla nas jasne, że pomyliliśmy wrażliwość ze słabością dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, że pomyliliśmy uczucie z niepowodzeniem i emocje z obciążeniami. Jeśli chcemy odzyskać zasadniczą emocjonalną część naszego życia, na nowo wzniecić naszą pasję i odzyskać poczucie sensu, to musimy się nauczyć korzystać z naszej wrażliwości i angażować się z nią w życie oraz odczuwać emocje, które są jej konsekwencją. Dla niektórych z nas będzie to całkiem nowa nauka, a dla innych – powtarzanie dawnych lekcji. Tak czy inaczej, badania nauczyły mnie, że najlepszym punktem wyjścia jest próba zdefiniowania, rozpoznania i zrozumienia wrażliwości.

Najbardziej trafne i osobiste definicje wrażliwości uzyskałam od osób, które prosiłam, aby dokończyły następujące zdanie: „Wrażliwość to _________________”. Oto kilka przykładowych odpowiedzi:

Dzielenie się niepopularną opinią.

Stawanie we własnej obronie.

Proszenie o pomoc.

Mówienie nie.

Rozkręcenie własnego biznesu.

Pomaganie trzydziestosiedmioletniej żonie cierpiącej na raka piersi w czwartym stadium rozwoju przy sporządzaniu testamentu.

Inicjowanie seksu z żoną.

Inicjowanie seksu z mężem.

Słuchanie, jak bardzo mój syn pragnie zostać pierwszym skrzypkiem w orkiestrze i zachęcanie go do tego, chociaż wiem, że prawdopodobnie nie ma na to szans.

Dzwonienie do przyjaciela, którego dziecko niedawno zmarło.

Oddanie mamy pod opiekę do hospicjum.

Pierwsza randka po rozwodzie.

Mówienie „kocham cię”, nie mając pewności, że nasza miłość jest odwzajemniona.

Pokazanie napisanego przez siebie wiersza lub rysunku.

Otrzymanie awansu i niepewność, czy dam sobie radę na nowym stanowisku.

Utrata pracy.

Zakochanie się.

Próbowanie czegoś nowego.

Przedstawienie nowego chłopaka rodzicom.

Zajście w ciążę po trzech poronieniach.

Czekanie na wyniki biopsji.

Udzielanie wsparcia synowi, który jest w trakcie trudnego rozwodu.

Ćwiczenie wśród innych ludzi, zwłaszcza, gdy nie wiem, co robię i nie jestem w formie.

Przyznanie się do strachu.

Powrót na boisko po serii nieudanych zagrań.

Powiedzenie dyrektorowi, że w przyszłym miesiącu nie wystarczy funduszy na pensje pracownicze.

Zwalnianie pracowników.

Pokazanie światu stworzonego przeze mnie produktu i spotkanie się z brakiem odzewu.

Stawanie w obronie własnej oraz przyjaciół, gdy ktoś nas krytykuje lub rozsiewa plotki.

Bycie odpowiedzialnym.

Proszenie o wybaczenie.

Posiadanie wiary.

Czy to brzmi jak słabość? Czy próba pomocy osobie, która zmaga się z wielkimi problemami, brzmi jak słabość? Czy akceptowanie odpowiedzialności to słabość? Czy powrót na boisko po serii porażek to oznaka słabości? NIE. Wrażliwość to bycie prawdziwym; wrażliwość świadczy o wielkiej odwadze. Prawda i odwaga nie zawsze są wygodne, lecz nigdy nie są słabością.

Tak, gdy jesteśmy wrażliwi, jesteśmy narażeni na zranienie. Tak, znajdujemy się w sali tortur, którą nazywamy niepewnością. I tak, podejmujemy ogromne ryzyko emocjonalne, gdy pozwalamy sobie na bycie wrażliwym. Nie istnieje jednak takie równanie, w którym podejmowanie ryzyka, narażanie się na doświadczenie niepewności i odsłanianie swoich emocji byłoby równoznaczne ze słabością.

Odpowiedzi na pytanie: „W jaki sposób odczuwasz wrażliwość?”, robiły równie duże wrażenie:

To zdejmowanie maski w nadziei, że moje prawdziwe ja nikogo nie rozczaruje.

Zerwanie z podlizywaniem się.

To miejsce spotkania wielkiej odwagi i lęku.

Znajdowanie się w połowie drogi na linie zawieszonej nad przepaścią między jednym a drugim brzegiem, gdzie zarówno pójście przed siebie, jak i cofnięcie się napawają cię przerażeniem.

Spocone dłonie i serce bijące jak oszalałe.

Straszne i ekscytujące; przerażające i napawające nadzieją.

Zdjęcie kamizelki ochronnej.

Wchodzenie na sosnę – bardzo, bardzo wysoką sosnę.

Uczynienie pierwszego kroku w kierunku tego, czego obawiasz się najbardziej.

Całkowite zaangażowanie.

To takie dziwne i przerażające, ale sprawia, że czuję się ludzki i pełen życia.

Gula w gardle i ucisk w piersi.

Przerażający moment na

roller coasterze

, gdy wagonik dociera do krawędzi, by po chwili dać nura w dół.

Wolność i wyzwolenie.

Strach – za każdym razem.

Panika, niepokój, strach i histeria, po których następuje uczucie wolności, dumy i zadziwienia – potem jeszcze trochę paniki.

Obnażenie swoich słabości przed wrogiem.

Nieskończenie przerażające i boleśnie niezbędne.

Wiem, że to się dzieje, gdy odczuwam potrzebę, by uderzyć, zanim zostanę uderzony.

Swobodne spadanie.

Czas po usłyszeniu odgłosu wystrzału, gdy czekasz, aby zobaczyć, czy zostałeś trafiony.

Wyzbycie się kontroli.

Odpowiedź, która wielokrotnie pojawiała się we wszystkich naszych próbach lepszego zrozumienia wrażliwości? Nagość.

Wrażliwość jest jak stanie nago na scenie z nadzieją, że czeka nas aplauz, a nie śmiech.

Bycie nagim, gdy wszyscy inni są kompletnie ubrani.

Sen o nagości: przechodzisz przez odprawę na lotnisku i każą ci się rozebrać do rosołu.

Psychologia i psychologia społeczna dostarczają bardzo przekonujących dowodów na to, jak ważne jest uznanie własnej wrażliwości. Badania prowadzone w ramach psychologii zdrowia pokazują, że świadomość własnej wrażliwości, oznaczająca zdolność dostrzegania grożących nam niebezpieczeństw i sytuacji, w których czujemy się bezbronni, znacząco zwiększa nasze szanse stosowania pewnych pozytywnych zasad zdrowotnych. Aby skłonić pacjentów do wyrobienia nawyków chroniących zdrowie, należy zachęcić ich do pracy nad sposobem postrzegania wrażliwości. Interesujące jest to, że najistotniejszy nie jest bynajmniej nasz aktualny poziom wrażliwości, lecz poziom, na którym uznajemy naszą wrażliwość w obliczu danej choroby lub zagrożenia.

W obszarze psychologii społecznej, naukowcy zajmujący się tematyką wpływu i perswazji, badający sposób, w jaki oddziałują na nas reklamy i marketing, przeprowadzili wiele badań nad wrażliwością. Odkryli oni, że uczestnicy, którzy sądzili, że nie są podatni bądź wrażliwi na działanie ukrytych reklam, w rzeczywistości byli najbardziej podatni na ich oddziaływanie. Wyjaśnienie tego fenomenu dostarczone przez naukowców mówi samo za siebie: „Iluzja własnej niewrażliwości, bynajmniej niestanowiąca skutecznej tarczy obronnej, w rzeczywistości osłabia reakcję mogącą dostarczyć autentycznej ochrony”.

Do doświadczeń zawodowych, które wzbudziły we mnie największy lęk, należało wystąpienie podczas konferencji TED w Long Beach wspomniane przeze mnie we Wstępie. Poza wszystkimi zwykłymi obawami związanymi z wygłaszaniem przed niezwykle wymagającą publicznością filmowanej, osiemnastominutowej przemowy, musiałam się zmierzyć ze świadomością, że jestem mówcą zamykającym całe wydarzenie. Przedtem przez trzy dni siedziałam i słuchałam najwspanialszych i najbardziej prowokujących mów, jakie kiedykolwiek słyszałam.

Po każdej z nich zapadałam się nieco głębiej w fotelu, uświadamiając sobie, że jeśli chcę, aby moja przemowa „zadziałała”, to powinnam przestać próbować upodabniać ją do wszystkich innych przemówień i postarać się nawiązać kontakt z publicznością. Desperacko pragnęłam usłyszeć wystąpienie, które mogłabym skopiować bądź wykorzystać jako wzór, lecz mowy, które robiły na mnie największe wrażenie, nie mieściły się w żadnym formacie, były po prostu oryginalne i szczere. Oznaczało to, że musiałabym po prostu być sobą. Musiałabym być wrażliwa i otwarta. Musiałabym zrezygnować z mojego skryptu i spojrzeć ludziom w oczy. Musiałbym obnażyć się. I, o mój Boże… jak ja nienawidzę nagości. Regularnie nawiedzają mnie koszmary senne dotyczące publicznego obnażania się.

Gdy w końcu weszłam na scenę, wtedy pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było nawiązanie kontaktu wzrokowego z kilkoma widzami. Poprosiłam kierowników planu, by skierował reflektory wyżej, w taki sposób, abym mogła widzieć ludzi. Chciałam czuć więź z nimi. Zwykłe dostrzeżenie w ludziach ludzi, a nie „członków publiczności”, przypomniało mi, że wyzwania, które przerażają mnie – jak na przykład bycie nagim – napawają lękiem niemal wszystkich ludzi. Sądzę, że właśnie dlatego empatyczne współodczuwanie jest możliwe bez udziału słów – wystarczy spojrzeć komuś w oczy i zobaczyć w nich pełne zaangażowania odbicie samego siebie.

Podczas mojego wystąpienia zadałam publiczności dwa pytania, które mówią wiele na temat licznych paradoksów definiujących wrażliwość. Najpierw spytałam: „Ilu z was broni się przed byciem wrażliwym, ponieważ postrzega wrażliwość jako słabość?”. W odpowiedzi zobaczyłam las rąk. Następnie spytałam: „Ilu z was, widząc moich przedmówców narażających na zranienie swoją wrażliwość, pomyślało, że świadczy to o ich odwadze?”. Ponownie wyrósł przede mną las rąk.

Uwielbiamy widzieć czystą prawdę i otwartość u innych ludzi, lecz boimy się odsłonić im naszą własną. Obawiamy się, że nasza prawda nie jest wystarczająca – że to, co mamy do zaoferowania jest niedostateczne bez dźwięków dzwonów i oklasków, bez nieustannego wprowadzenia poprawek i robienia wrażenia. Bałam się wyjść na scenę i pokazać siebie „od kuchni” – ci ludzie byli zbyt ważni, odnieśli zbyt wiele sukcesów i byli zbyt sławni. Robocza wersja mnie jest zbyt niepoukładana, zbyt niedoskonała, zbyt nieprzewidywalna.

Oto istota problemu:

Chcę doświadczać twojej wrażliwości, lecz sam nie chcę być wrażliwy.

Wrażliwość to wielka odwaga w tobie i niedoskonałość we mnie.

Twoja wrażliwość mnie przyciąga, lecz moja mnie odrzuca.

Gdy wchodziłam na scenę, wtedy koncentrowałam moje myśli na siedzącym wśród publiczności Stevie, moich siostrach oglądających mnie w Teksasie i przyjaciołach, którzy śledzili bezpośrednią transmisję z mojego wystąpienia nadawaną przez TEDActive – offsite location. Czerpałam wielką odwagę także z czegoś, czego nauczyłam się podczas TED – z bardzo nieoczekiwanej lekcji na temat porażki. Zdecydowana większość osób, które wraz ze Stevem poznałam podczas trzech dni poprzedzających moje wystąpienie, otwarcie mówiła o swoich porażkach. Nierzadko mieliśmy okazję słyszeć kogoś opowiadającego o dwóch lub trzech przedsięwzięciach bądź wynalazkach, które nie się udały, mimo dużego nakładu pracy bądź pasji. Byłam zachwycona i zainspirowana.

Wzięłam głęboki wdech i czekając na swoją kolej wypowiedziałam moją modlitwę o wrażliwość: Daj mi wielką odwagę, abym potrafiła się odsłonić i pokazać. Następnie, kilka sekund przed tym, gdy zostałam zapowiedziana, pomyślałam o przycisku do papieru leżącym na moim biurku: „Co spróbowałbyś zrobić, gdybyś miał pewność, że nie poniesiesz porażki?”. Oczyściłam mój umysł z tego pytania, aby zrobić miejsce dla nowego. Gdy wchodziłam na scenę, mówiłam sobie po cichu: „Co warto zrobić, nawet gdybym miała ponieść porażkę?”.

Szczerze mówiąc, nie pamiętam wiele z tego, co mówiłam, lecz gdy było już po wszystkim, kac wrażliwościowy powrócił z całą mocą, ZNOWU! Czy warto było podejmować to ryzyko? Nie mam co do tego wątpliwości. Moja praca jest moją pasją i wierzę w to, czego nauczyłam się od uczestników moich badań. Wierzę, że szczere rozmowy na temat wrażliwości i wstydu mogą zmieniać świat. Moje obydwa wystąpienia mają wady i są niedoskonałe, ale weszłam na arenę i podjęłam wyzwanie. Gotowość do pokazania się zmienia nas. Dzięki niej za każdym razem stajemy się nieco bardziej odważni. Nie wiem, jak powinno się mierzyć sukces bądź niepowodzenie wystąpienia, lecz w chwili, w której skończyłam, wiedziałam, że nawet jeśli było niewypałem i zostanie ocenione krytycznie, to że absolutnie warto było podjąć ten wysiłek.

W piosence „Alleluja”, Leonard Cohen pisze: „Miłość to nie zwycięski marsz, to zimne i złamane Alleluja”. Miłość to forma wrażliwości i jeśli zamienisz słowo miłość na wrażliwość w tym wersie, jego słowa będą równie prawdziwe. Począwszy od telefonu do przyjaciela, który doświadczył strasznej tragedii, po rozpoczęcie własnej działalności biznesowej, od przerażenia po uczucie wyzwolenia, wrażliwość to wielka życiowa odwaga. To życie pytające: „Czy angażujesz się w stu procentach? Czy potrafisz cenić swoją wrażliwość na równi z wrażliwością innych osób?”. Odpowiedź twierdząca na wszystkie te pytania nie jest bynajmniej oznaką słabości, lecz niezmiernej odwagi. Świadczy o wielkiej odwadze, której rezultatem często nie jest zwycięski marsz, lecz ciche uczucie wolności pomieszane z odrobiną zmęczenia bitewnego.

Mit 2: „Nie jestem wrażliwy”

Gdy byliśmy dziećmi, zwykliśmy myśleć, że

gdy dorośniemy, przestaniemy być wrażliwi.

Lecz dorosnąć to znaczy zaakceptować wrażliwość.

Bycie żywym, to bycie wrażliwym.

– Madeleine L’Engle

Powyższa definicja i przykłady ułatwiają obalenie drugiego mitu na temat wrażliwości. Nie potrafię powiedzieć, ile razy słyszałam ludzi, którzy mówią: „Ciekawy temat, ale ja nie jestem wrażliwy”. Często w celu wzmocnienia tych słów jest przytaczana argumentacja natury zawodowej lub genderowej. „Jestem inżynierem – my nienawidzimy wrażliwości”. „Jestem prawnikiem – my wrażliwość zjadamy na śniadanie”. „Faceci nie bawią się we wrażliwość”. Wierz mi, rozumiem to. Nie jestem ani facetem, ani inżynierem, ani prawnikiem, lecz wypowiadałam podobne słowa setki razy. Niestety, nie można wylosować karty uprawniającej do „uwolnienia się od wrażliwości”. Nie możemy zrezygnować z wplatającej się w nasze życie niepewności, podejmowania ryzyka i narażania naszej uczuciowości. Życie jest wrażliwością.

Powróć na chwilę do listy przykładów. To wyzwania podejmowane po to, by żyć prawdziwym życiem, by być w związku, by czuć więź z innymi ludźmi. Nawet jeśli postanowimy nie wchodzić w głębsze relacje z innymi ludźmi i zdecydujemy się na zerwanie więzi, traktując ten akt jako formę ochrony, to wciąż będziemy żyli, a to oznacza, że wrażliwość będzie elementem naszego życia. Jeśli wychodzimy z założenia, że „nie praktykujemy wrażliwości”, to powinniśmy zadać sobie poniższe pytania. Jeśli naprawdę nie znamy na nie odpowiedzi, to możemy odważnie zapytać kogoś nam bliskiego – prawdopodobnie będzie znał odpowiedź (nawet jeśli nie będziemy chcieli jej usłyszeć):

„Jak reaguję, gdy czuję, że naraziłem na zranienie moje emocje?”

„Jak reaguję, gdy czuję się naprawdę niekomfortowo i niepewnie?”

„W jakim stopniu jestem chętny, by podejmować ryzyko emocjonalne?”

Zanim zaczęłam zajmować się tym, czym się obecnie zajmuję, moje szczere odpowiedzi brzmiały następująco:

Jestem wystraszona, zła, krytyczna, chcę wszystko kontrolować, doprowadzać do perfekcji, zagwarantować sobie pewność.

Jestem wystraszona, zła, krytyczna, chcę wszystko kontrolować, doprowadzać do perfekcji, zagwarantować sobie pewność.