Z Pokorą przez życie - Wojciech Pokora, Krzysztof Pyzia - ebook
Opis

Pierwszy wywiad rzeka z Wojciechem Pokorą.

Aktorem został przez przypadek, ale kolejne pokolenia Polaków pokochały go za role w „Poszukiwany, poszukiwana”, „Alternatywy 4” czy „Kariera Nikodema Dyzmy”. Ta błyskotliwa i inteligentna rozmowa to przenikliwy portret niezwykle lubianego aktora.

Wojciech Pokora opowiada o dzieciństwie w cieniu wojny, technikum samochodowym ukończonym z Jerzym Turkiem i swojej drodze do aktorstwa. W końcu lekcje pobierał u samej Hanki Bielickiej, a komedianta odkrył w nim Wiesław Gołas!

Z poczuciem humoru wspomina współpracę ze Stanisławem Bareją czy kabaretem Olgi Lipińskiej. Sypie anegdotami z życia środowiska aktorskiego. Zdradza sekrety przygotowywania się do ról nie tylko teatralnych, lecz także prywatnych. Warto zdradzić, że drugim głosem tej książki jest żona Hanna, niegasnąca miłość Pana Wojciecha. Razem zdradzają przepis na udane małżeństwo. Są parą ponad 60 lat!

Kto myśli, że cokolwiek wie o Wojciechu Pokorze, zdziwi się po przeczytaniu tej książki. Nie dajcie się zwieść! To aktor pokorny i przekorny.

Wychowałam się na jego poczuciu humoru i wspaniałych rolach.

Krystyna Janda

Osobny i niepowtarzalny talent w powojennej szkole polskiej komedii. Oddany, choć niewylewny przyjaciel.

Marek Kondrat

Spośród grona aktorów podobał mi się najbardziej. Był jedynym facetem, który mógłby mnie zainteresować na zasadzie relacji męsko-damskiej...

Maria Czubaszek

Wojciech Pokora (1934) – jeden z najpopularniejszych i najwybitniejszych polskich aktorów komediowych. Każda jego rola to doskonała kreacja, którą zaskarbiał sobie sympatię widzów: „Poszukiwany, poszukiwana”, „Brunet wieczorową porą”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” czy „Alternatywy 4”. Wreszcie kabaret Olgi Lipińskiej, którego bez niego zapewne by nie było. Nadal występuję na deskach warszawskich teatrów.

Krzysztof Pyzia – z wykształcenia politolog, z zamiłowania dziennikarz. Producent porannego programu „Dzień Dobry Bardzo” w Radiu ZET, współpracownik tygodnika „Angora”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Wojciech Pokora & Krzysztof Pyzia, 2015

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

Zenon Żyburtowicz/East News

Zdjęcia w książce:

Prywatne Archiwum Wojciecha Pokory; East News; Henryk Jedynak/Filmoteka Narodowa; Jerzy Troszczyński/Filmoteka Narodowa; Studio Filmowe „Kadr”; Zofia Nasierowska/Reporter; Wiktor Kuc; Ryszard Kośmiński; Tomasz Ruszkowski; Jan Bogacz; Adam Wełnicki; Och-Teatr; Grzegorz Dymarski; Karolina Wolf

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. dołożył wszelkich starań, by dotrzeć do wszystkich właścicieli i dysponentów praw autorskich do zdjęć zamieszczonych w niniejszej książce. Ze względu na to, że do dnia oddania książki do druku nie udało się ustalić niektórych autorów zdjęć i źródeł ich pochodzenia, wydawca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia osobom uprawnionym, których tożsamości nie udało się ustalić, niezwłocznie po zgłoszeniu się ich do wydawcy.

ISBN 978-83-8069-826-0

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Niniejszą książkę dedykuję ukochanej małżonce Hannie.

Dziękuję Jej za niebagatelną pomoc i ogromne wsparcie

dla mojej pamięci, dzięki czemu opowieści zawarte na dalszych kartach stały się pełniejsze.

Wojciech Pokora

PIERWSZE SPOTKANIE

Poniedziałek. O godzinie jedenastej jestem umówiony z Wojciechem Pokorą. Wyruszam w stronę warszawskich Bielan i po półgodzinnej podróży docieram na miejsce. Nie jestem pewien, czy dobrze trafiłem. Nie widzę żadnych strzeżonych osiedli ani dopieszczonych domków jednorodzinnych. Czy aby na pewno to tutaj mieszka jedna z największych legend polskiego kina, przez którą polski widz nieraz płakał ze śmiechu? Raz jeszcze sprawdzam adres. Nie pomyliłem się, tak, to tutaj.

Kupuję dwadzieścia pięć tulipanów i wracam pod spory blok, który czasy młodości ma zdecydowanie za sobą. Wybieram w windzie czwarte piętro, odnajduję właściwe drzwi. W progu witają mnie pan Wojciech z żoną Hanną i śnieżnobiały pies. Siadamy w mieszkaniu na jasnobrązowej kanapie. Czas na pierwszą rozmowę.

Krzysztof Pyzia

CHCĘ OGLĄDAĆ TWOJE NOGI!

Zacznijmy od pytania na rozgrzewkę. Kiedy ostatnio mówiono o Pana ładnych nogach?

Słucham?! Że co?!

No, że ma Pan ładne nogi…

Kto tak powiedział?!

Panie Wojciechu, kiedy ostatnio Pan to słyszał?

Co pan! O co panu chodzi?!

Podobno po premierze filmuPoszukiwany,Poszukiwanakoledzy często poruszali ten temat.

Eee tam, zawracanie głowy! Owszem znajomi aktorzy nierzadko prawili mi kąśliwe komplementy: „Wojtek, ale masz ładne nogi!”. Naturalnie próbowałem im się odgryzać. Ale to było dawno temu, dzisiaj nikt już nie mówi o moich ładnych nogach.

Wśród aktorów ma Pan opinię osoby skromnej. Przełammy na chwilę tę Pana skromność. Proszę się czymś pochwalić!

Ale czym?

Nie wiem, czym. Za to jestem pewien, że będzie to dobra rozgrzewka przed naszą dalszą rozmową.

Nie mam się czym chwalić… Albo zaraz, skoro pan tak nalega, to coś wymyślę. Mam! Mogę się pochwalić żoną.

Nie chcę naciskać, ale może lepiej byłoby to zrobić w nieco bardziej rozwiniętej formie…

Niechaj i tak będzie… Dawno, dawno temu trafiłem na wspaniałą dziewczynę, z którą jestem już prawie sześćdziesiąt lat. Na przestrzeni tych dziesięcioleci sprytnie omijaliśmy różne zakręty. Hania jest piękną, a zarazem mądrą kobietą. Każdemu życzę takiej drugiej połówki.

Uff, udało się!

Dopiero zaczęliśmy, a już mamy za sobą pierwszy sukces! Wie pan, co? Zróbmy teraz przerwę na serniczek. Pan spojrzy, żona wczoraj wieczorem upiekła. To jej popisowe ciasto.

Na stole pojawia się pachnący sernik z bakaliami. Pani Hanna mówi, że już wielokrotnie próbowała przekonać męża do innych ciast, ale zawsze dyskusje na ten temat prowadziły do tego samego wniosku: „Haniu, to ciasto jest najlepsze!”. Prawdę powiedziawszy, wcale się Panu Wojciechowi nie dziwię...

Rozmowa ze mną nie będzie taka prosta. Pamięć mam kiepską, wielu rzeczy nie pamiętam. Ale spokojnie, od czego jest ukochana! Żona będzie mnie wspierała. Z pewnością ułatwi nam to dalszą rozmowę. Tylko błagam, nie zaczynajmy wspomnień od mojego „ulubionego” filmu Poszukiwany, poszukiwana! Wszystko, tylko nie to!

I tak od tego nie uciekniemy.

Ale możemy to opóźnić.

Hanna Pokora: Wojtek nie znosi tego filmu. To jego zawodowa trauma. Wielokrotnie mu tłumaczyłam, żeby sobie odpuścił, a on, jak to on, ciągle swoje!

To chociaż jeden cytat na ten temat: „Perfekcjonizm, skromność i piękne nogi”.

Nie, nie, nie. Skromność może i tak, ale piękne nogi w moim przypadku to gruba przesada, chociaż, owszem, czasami oglądam te swoje nogi. Zgrabne są, trzeba przyznać.

Może jednak od tego zaczniemy?

Wszystko panu wyśpiewam: jak Bareja namawiał mnie do tej roli, co żona robiła na planie, jakie później miałem przez to problemy… Dosłownie wszystko, ale nie dzisiaj! Uchylę drzwi balkonowe i zabieramy się za wspomnienia.

DZIECIŃSTWO W CIENIU WOJNY

Możemy dalej rozmawiać?

Ano w imię Boga!

Rozpocznijmy od pozytywów: najmilsze wspomnienie z dzieciństwa.

W czasach przedwojennych byłem łakomy na lody i miałem pewne sposoby, by mieć ich pod dostatkiem. Mój ojciec miał czterech braci. Wszyscy pracowali, a ja, jako dwu-, może trzyletni chłopiec, stałem w bramie i czekałem, aż będą wracali z pracy i dadzą mi pięć groszy na lody. Czasami dawali nawet dziesięć groszy, żebym i dla nich kupił, ale, niestety, nigdy nie udało mi się ich donieść – po drodze zjadałem obie porcje. Do dzisiaj uwielbiam te smakołyki.

Z tamtym czasem wiąże się jeszcze wspomnienie małego rowerka, na którym lubiłem jeździć. Nawet ktoś mnie wtedy sfotografował i później to zdjęcie zajmowało godne miejsce w rodzinnym albumie.

Jak wyglądało przedwojenne podwórko, na którym się Pan wychował?

Mieszkaliśmy razem z dziadkami na warszawskim Grochowie w dwupiętrowym domu, na pierwszym piętrze. Tam też przyszedłem na świat. Obok mieszkała żydowska rodzina. Kiedy miałem cztery lata, ponoć faworyzowałem dziewczynkę z tej rodziny. Była w podobnym wieku. Razem chodziliśmy po podwórku, trzymając się za rączki.

Dwuletni Wojtuś i jego trójkołowy rower.

Najgorsze wspomnienie z tamtego okresu?

Miałem pięć lat, kiedy we wrześniu 1939 roku wybuchła druga wojna światowa. Noszę w pamięci obrazy samolotów latających nad głowami. Jako mały chłopiec nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, czym to wszystko grozi.

Wojnę spędził Pan w Warszawie?

Niecałą. W 1940 roku razem z ojcem Wacławem i matką Janiną wsiedliśmy na furmankę i pojechaliśmy do wsi Siennica, położonej sześćdziesiąt kilometrów od stolicy. Zamieszkaliśmy u gospodarza, któremu tata pomagał w polu. Mama pracowała w kuchni, ja natomiast w tym czasie łobuzowałem, jak każde małe dziecko.

Jakieś szczególne wspominki z pobytu w Siennicy?

Pewnego dnia na szosie wylądował polski samolot. Prawdopodobnie pilot wykrył usterkę albo został trafiony przez Niemców. Do dzisiaj mam w głowie obraz grupki dzieciaków, która podbiega do samolotu i ogląda go z każdej strony. Pilota już wtedy nie było, maszyna była pusta.

Kilka miesięcy później trzeba było wracać do stolicy.

Ojciec pojechał do Warszawy zobaczyć, co się stało z naszym domem. Kilka godzin później wrócił zrozpaczony. Okazało się, że dom został spalony po same piwnice, a my po raz kolejny musieliśmy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy osiąść. Te czasy, razem z dalszą okupacją niemiecką, pamiętam zdecydowanie lepiej.

Porozmawiajmy o okupowanej Warszawie.

Słysząc słowa „okupowana Warszawa”, mam w głowie obraz płonącej stolicy. Pamiętam dym i swąd, które niosły się przez Wisłę aż na Pragę i Grochów, gdzie ponownie zamieszkaliśmy. To wszystko było wstrząsające. Ciągle widzieliśmy naloty, ktoś umierał…

Widok krwi nie był niczym nadzwyczajnym. Do dzisiaj te wspomnienia powodują u mnie przyspieszone bicie serca.

Przedwojenna fotografia. Malutki Wojtuś (z lewej) z akimś koleżką.

Czy to w tych okolicach, gdzie Pan mieszkał, przebiegał w czasie okupacji ważny szlak komunikacyjny?

Przez główną arterię Grochowa przechodziły ogromne kolumny wojsk niemieckich ze wschodu na zachód, czyli w kierunku Warszawy. Prowadzono mnóstwo koni, a przy nich czasami pojawiały się źrebaki. Niemcy w ogóle nie zwracali na nie uwagi. Uważałem, że wypada im podprowadzić takiego małego konika, tylko nie wiedziałem, co bym z nim zrobił, kiedy by mi podrósł. Ostatecznie zabrakło mi odwagi na wdrożenie tego planu w życie.

Pierwsza komunia święta małego Wojtka.

Za to kilka lat później odwagi nie brakowało Pana kuzynowi. Mam tutaj na myśli historię o szczęśliwych trzewikach.

Ach, tak… W trakcie powstania warszawskiego w 1944 roku syn jednej z córek mojej babci stanął z kilkoma powstańcami pod murem do rozstrzelania. W tym momencie Niemiec, który dowodził pozostałymi żołnierzami, powiedział mu, żeby zdjął buty. „Skoro tak ci się podobają, to je sobie weźmiesz, ale dopiero jak mnie rozstrzelasz” – odpowiedział brat. Germanie nie byli chętni, żeby ściągać ubrania z nieboszczyków. „I tak nie będziesz żył, więc zdejmij te buty teraz” – przekonywał dowódca. Brat cioteczny pozostawał nieugięty: „Nie! Jak już mnie zastrzelisz, to wtedy je sobie weźmiesz”. Słowna przepychanka trwała kilka minut. W tym czasie na motocyklu podjechał inny, wyższy rangą niemiecki żołnierz, który zadecydował, żeby powstańców nie rozstrzeliwać, tylko zabrać ich do więzienia. Niestety brat zapłacił wysoką cenę za ten incydent. Zmarł na serce.

Tragiczna opowieść… A wspomnienia z końca wojny?

Był rok 1945, sroga zima. Chodząc po zgliszczach naszego domu, znalazłem swoje łyżwy. Odczyściłem je, wypolerowałem i miałem na czym jeździć. Tylko co z tego, skoro cała rodzina została z niczym. Tylko te łyżwy uratowałem...

Historię Pana rodziny z czasów wojny można streścić jako ciągłe poszukiwania lokum.

Ojciec nieustannie poszukiwał mieszkania. Na szczęście nie bez efektów. Jedno, potem drugie, później trzecie. Mieszkaliśmy w kilku miejscach, zazwyczaj w obrębie Grochowa. Do zakończenia wojny wynajmowaliśmy piękną willę do spółki z wielodzietną rodziną. Później ten dom również został spalony i zburzony, tak więc dwukrotnie zostaliśmy z niczym. Nie tylko na początku, ale i na końcu wojny.

Po wojnie mieszkaniowe problemy się rozwiązały?

Przez pewien czas mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniach. Dopiero kilka lat po wojnie dostaliśmy własne, dzięki ojcu, który po wyzwoleniu Warszawy pracował razem z mamą na budowie i w dowód uznania przyznano mu mieszkanie. Zresztą ono do dzisiejszego dnia ma się dobrze. Ba! Nadal mieszka w nim moja jedyna siostra, Maria, która jest ode mnie dziewięć lat młodsza.

POKORNI RODZICE, ULICZNE PORACHUNKI, WŁOSZCZYZNA I KAROL MAY

Płynie w Panu tylko polska krew?

Nie do końca. Dawno temu stryjowie opowiadali mi, że mój prapradziadek był Węgrem, który ożenił się z panną z Kresów Wschodnich. Choć płynie we mnie węgierska krew, to niestety nie znam ani jednego słowa po węgiersku! Wiem za to, że niedaleko Warszawy jest położona wioska, w której żyją same Pokory. Niestety nigdy w niej nie byłem, ponieważ stryjowie nie wiedzieli, jak tam dojechać.

Może ze znajomością historii dziadków będzie lepiej?

Dzisiaj sam jestem już dziaduniem! Wiem, że jeden z ojców moich rodziców miał na imię Mikołaj. Prawdopodobnie był oficerem Legionów Polskich utworzonych z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w 1914 roku, które były oddzielną formacją Armii Austro-Węgier i podczas pierwszej wojny światowej brały udział w walkach z armią rosyjską. Niestety dziada Mikołaja nie mam prawa pamiętać – zmarł kilka lat przed moimi narodzinami w 1934 roku.

Pozostały po nim pamiątki…

Moją ulubioną był piękny mundur koloru stalowego. Razem z nim babcia trzymała w szafie szablę, której mogłem dotykać. Do tego zestawu dochodziła jeszcze czapka. Szkoda, że wszystko spłonęło razem z mieszkaniem w 1939 roku. To był wyjątkowo piękny zestaw! Ojcu również bardzo się podobał.

Skąd pochodzili Pańscy rodzice?

Mama pochodziła z kresów. Jej panieńskie nazwisko brzmiało Bakalarz. W bardzo młodym wieku straciła rodziców i wychowywała ją jedna ciotka, a jej siostrą Marią zajmowała się inna. Później mama, razem z opiekunką, zamieszkała w Jarosławiu, pięknej miejscowości położonej nad morzem. Ojciec natomiast był rodowitym warszawiakiem, najstarszym spośród pięcioosobowego potomstwa. Pracował w ZWAR–ze, czyli w Zakładach Wytwórczych Aparatury Wysokiego Napięcia, założonych przez Kazimierza Szpotańskiego.

Mówimy o tym Kazimierzu Szpotańskim, który zaczynał od Fabryki Aparatów Elektrycznych, mieszczącej się w dwupokojowym warszawskim mieszkaniu przy ulicy Mirowskiej?

Tak, Szpotański założył tę fabrykę w listopadzie 1918 roku, zaraz po przyjeździe do Warszawy. Zaczął od zatrudnienia dwóch osób i wytwarzania włączników światła. Przedsięwzięcie rozrosło się do tego stopnia, że stało się w przedwojennej Polsce największym zakładem produkującym aparaturę elektryczną: liczniki i podobne urządzenia. Szpotański świetnie by się odnalazł w dzisiejszej korporacyjnej rzeczywistości. Pamiętam, że ojciec często wspominał jego słowa: „Pracujmy według systemu IEEN!”.

Czyli?

IEEN oznaczało jakość, estetykę, ekonomię i nowoczesność.

Gdzie pracowała matka?

Tak się złożyło, że ona również zatrudniła się w tej fabryce. Przed wojną podobno pracowało w niej ponad tysiąc osób. Inżynier Szpotański organizował im nawet szkolenia i wczasy.

Moi dziadkowie z – niestety! – nieznanymi mi osobami.

A więc rodzice poznali się w jego zakładach?

Nie wiem, nigdy z nimi nie rozmawiałem na ten temat. Na pewno matka przyjechała ze swoją siostrą do Warszawy z nadzieją na zrobienie kariery. Tu znalazła pracę i poznała przyszłego męża. Później zauroczyli się sobą, pobrali, aż wreszcie urodził się przeuroczy mały Wojtuś, który zaraz po wyjściu z brzucha mamy zaczął rozrabiać.

Po pracy w fabryce produkującej liczniki elektryczne przyszedł czas na własny interes?

Rodzice prowadzili własny stragan z włoszczyzną, ale o tym opowiem później. Na razie nie mogę sobie przypomnieć żadnych szczegółów z tamtych czasów. Proszę dać mi nieco czasu, muszę rozgrzać pamięć!

Moi dziadkowie na ślubnym kobiercu.

Co było po włoszczyźnie?

Mieszkaliśmy na Grochowie. W pobliżu domu przebiegała trakcja kolejowa. Ojciec z tego korzystał – wskakiwał do pociągu z torbami szmuglowanego mięsa i nim handlował. Zdarzało się, że w drodze powrotnej, kiedy wyskakiwał z niesprzedanym schabem na pole w okolicach domu, strzelano do niego. Na szczęście nigdy wystarczająco celnie.

Hanna Pokora: Kotku, czy dałeś już panu zdjęcia?

Nie…

A mamy jakieś?

Tak. Zadzwoniłem do mojej jedynej siostry i powiedziałem, że pan zamierza popełnić ze mną książkę, ale nie mam zdjęć sprzed wojny, na co ona: „Przyjeżdżaj Wojciechu. Coś się znajdzie!”.

Ojciec Wacław (z lewej) z bratem Stanisławem, z którym utrzymywał najbliższy kontakt spośród rodzeństwa, a wybór miał duży, ponieważ był jednym z pięciu braci.

Pani Hanna przynosi kopertę pełną starych zdjęć.

Och, jakie zabytkowe fotografie!

Nie wiem, jakim cudem Marysia wybawiła te przedwojenne zdjęcia. To pewnie moja mama je uratowała, a siostra później zaopiekowała się tym cennym skarbem.

W takim razie zacznijmy je oglądać. Kto to jest?

Nie mam pojęcia. To jakieś starożytne zdjęcie. Ooo, ale na tym drugim to jestem ja i jakiś koleżka (foto ze str. 19).

Na kolejnym widzę malutką Pańską mamę i jej siostrę. Która jest która?

A skąd ja to mogę wiedzieć? Poproszę prostszy zestaw pytań!

Wojciech Pokora był skłonny do bójek?

Byłem spokojnym chłopakiem, który strasznie bał się despotycznego ojca. Dopiero później zacząłem rozrabiać... Może to zabrzmi dziwnie, ale żona do dzisiaj uważa, że kiedy poznała swojego teścia, sprawiał wrażenie bardzo łagodnej osoby, za to despotyczna była matka. Najwyraźniej te proporcje w którymś momencie się zamieniły.

Który z rodziców pełnił rolę obrońcy małego Wojtusia?

Jak tylko nabroiłem, to biegłem do mamy błagać o pomoc. Niestety raz obrona przed pasem taty nie zakończyła się sukcesem. W trakcie upalnego lata powiedziałem rodzicom, że idę zbierać kwiatki. W rzeczywistości poszedłem z kolegami kąpać się do niebezpiecznej glinianki. W „nagrodę” za łgarstwo dostałem takie lanie, że więcej już nie miałem odwagi tego robić… Byłem wtedy jedynakiem, ojciec strasznie się o mnie martwił.

Ktoś musiał o wszystkim uprzejmie donieść rodzicom.

Pewnie chłopaki się wygadali. Zresztą wydało mnie coś jeszcze: po powrocie do domu miałem mokre slipy, które nijak nie pasowały do historii o zbieraniu kwiatków. Mokrymi majteczkami to ja te piękne rośliny mógłbym co najwyżej podlać, gdybym zaczął je energicznie wykręcać. Muszę jednak z dumą przyznać, że mimo różnych późniejszych ekscesów, mama skutecznie mnie wybraniała.

Zwykle matki są miłosierne, ale gdy trzeba, to wiedzą, jak przylać ścierą po uszach.

Często, kiedy wołała mnie przez okno na obiad, bawiłem się z chłopakami w najlepsze. Zazwyczaj odpowiadałem: „Już idę, już idę!” i kontynuowałem moje przyjemności. Raz, pamiętam, minęło pięć minut, dziesięć, piętnaście. Matka w tym czasie zdążyła już trzy razy mnie zawołać: „Wojtek, obiad!”. Wreszcie się zebrałem, wbiegam do domu i nagle – trzask! Na mojej twarzy ląduje ścierka. „Co ty, nie słyszałeś, co do ciebie mówiłam?”. Tak, tak… To była miłość miłościerna! Mimo wszystko uważam, że ta ścierka, w porównaniu z pasem, nie była nawet taka zła. Koledzy mieli gorzej.

Jeszcze ich Pan pamięta?

W dzieciństwie miałem kilku kumpli: Ludwika, Tadka i Rysia. Mieszkaliśmy wszyscy w tym samym domu. Tworzyliśmy wesołą czwórkę, która w odpowiednich momentach wzajemnie się wspierała. Przypominaliśmy trochę czterech muszkieterów.

Pewnie graliście w piłkę.

Sięgam do wspomnień i widzę duże boisko, które do dzisiaj mieści się przy dawnym warszawskim Zakładzie Wychowawczym Braci Albertynów na Grochowie. Jako mały chłopiec kibicowałem starszakom, wśród których był mój brat cioteczny. Pamiętam, że grali w siatkówkę i w piłkę nożną, a kilkuletni Wojtuś stał za bramką i tylko im kibicował. Później wszystko się zmieniło.

Mama Janina, zapewne dwudziestoparoletnia.

Nadszedł okres buntu, typowy dla nastolatków?

Nie było czasu na takie młodzieńcze ekscesy. Podczas okupacji, w 1943 albo 1944 roku, urodziła się moja siostra. Rodzice pracowali, a ja musiałem zostawać z tą malutką Marią i się nią nieustannie zajmować. Miałem wtedy jakieś dziesięć lat. Chłopaki biegali po podwórku, podchodzili pod moje okno i się ze mnie zgrywali: „Idź, przewiń pieluchy!”, albo: „Wojtek, no co ty, niańka jesteś? Chodź, gramy w piłkę!”. Na szczęście zdarzały się dni, kiedy po powrocie rodziców do domu miałem wolny czas i wtedy zabawa była na całego! Na przykład strzelaliśmy z karbidu. Pan pewnie nawet nie wie, jak to się robi…

Ja nawet nie wiem, co to jest!

Karbid jest surowcem, z którego wydobywa się dym, jak się go poleje wodą. Braliśmy puszkę, szczelnie ją zatykaliśmy, później dziurawiliśmy z jednej strony i napełnialiśmy karbidem. Dalej trzeba było delikatnie polać ją wodą, hermetycznie zamknąć i podpalić dym, który się z niej wydobywał przez dziurkę, a wówczas nakrętka zatykająca otwór strzelała!

Huk, wystrzały… Klimat, prawie jak na wojnie.

Na wojnie to my prawie byliśmy. Chodziliśmy na poligon za Grochowem, gdzie mieściły się kiedyś niemieckie bunkry. Zazwyczaj stałem na czatach. W tym czasie starsi koledzy rozkręcali pociski, by wyciągnąć z nich laski prochu. Później podpalało się te znaleziska i rzucało w górę. Strasznie to syczało, na szczęście nie na tyle głośno, by dowiedzieli się o tym rodzice.

To i pewnie w samą wojnę wypadało się bawić.

Ależ oczywiście. Przypominam, że Grochów przynależy do Pragi. Tam zabawa w wojnę była nie na żarty. Razem z chłopcami z mojej ulicy tłukliśmy się z kolegami z innych ulic. Do zadania podchodziliśmy nadzwyczaj poważnie, nierzadko wracałem do domu z limem, tłumacząc się rodzicom, że przed momentem potknąłem się o kamień albo wywróciłem na krzywym chodniku.

I oni niby w to wierzyli?!

Musieli, nie mieli innego wyboru. Wiem, że to może brzmieć jak bajka, ale tak było. Ja zresztą nigdy nie czułem się na siłach, by wymyślać jakieś rozbudowane niestworzone opowieści.

Ulubiony pisarz z tamtych lat?

….

Wielu chłopców lubiło wtedy Karola Maya.

Chyba od jego powieści zacząłem swoją przygodę literacką. Później wszystko wyglądało nieco inaczej. Mama z zawodu była nauczycielką języka polskiego, dlatego starała się, by moja edukacja literacka przebiegała właściwie. Rodzice czytali mi na głos Trylogię. To mi się tak bardzo spodobało, że zostawiłem już tamte bestsellery i zakochałem się w Henryku Sienkiewiczu. Czytałem go w każdej wolnej chwili, choć zbyt wiele ich nie miałem, szczególnie podczas wojny.

Mieliśmy wrócić do tematu włoszczyzny…

W czasie okupacji moim rodzicom było okropnie ciężko. Na bazarku mieli budkę, w której handlowali włoszczyzną. Ja im w tym oczywiście pomagałem, chociaż, znając życie, jako mały chłopiec pewnie robiłem tylko szum i zamęt. Ale chęci miałem, jak najbardziej. Pamiętam, jak zachwalałem cebulę, byle tylko przywabić potencjalnych klientów. To był dla nas szalenie trudny czas.

Na tyle trudny, że nie starczało go na naukę?

Szkoły wtedy nie funkcjonowały. Na szczęście w okolicy mieszkał nauczyciel z podstawówki, który we własnym domu organizował naukę dla dzieci w różnym wieku, w tym dla mnie. Nawet jego nazwisko pamiętam, nazywał się Pytlak. Dopiero po okupacji rodzice wysłali mnie do normalnej szkoły podstawowej.

Ślubne zdjęcie rodziców – matka Janina i ojciec Wacław.

Poza pracą i nauką był czas na zainteresowania?

Kiedyś fascynowały mnie samoloty. Wszystko przez to, że jeden z moich kolegów miał ojca kolejarza, który chodził w pięknym mundurze i od czasu do czasu przywoził prezenty. Pewnego razu wręczył nam trzy ogromne drewniane samoloty. W tym momencie rozpoczęła się przednia zabawa.

Później pewnie wypadało kupować modele do sklejania.

Nie ze mną te numery, Brunner! Ta pasja nie miała w moim przypadku długiego żywota. Jak na dziecko przystało, wygasła tak samo szybko, jak się pojawiła. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że pewnie nie miałem na to czasu. Później, szczególnie w wakacje, byłem bardzo zajęty.

Czym?

Kiedy chodziłem do Państwowego Liceum Techniki Teatralnej, byłem bardzo biedny. Pamiętam, że razem z Krzyśkiem Jędrą, z którym się kolegowałem, poszedłem do taty i zapytałem, czy nie znalazłby dla nas jakiejś pracy na budowie, gdzie pracował jako cieśla. „Przychodźcie, na ile chcecie. Będziecie gwoździe wyjmować z desek”.

Po budowie była praca dorywcza w fabryce.

Jeden z moich stryjów miał fabrykę, którą bezprawnie zabrali mu Niemcy. Drugi założył warsztat mechaniczny i produkował części do parowozów. Pracowałem wtedy na Żeraniu i miałem jakąś wiedzę na ten temat. Wuj postanowił to wykorzystać. Stawałem przy maszynie i robiłem gwintowane nakrętki używane przy budowie lokomotyw. Wszystko odbywało się w dość dużej tajemnicy – wieczorami i w nocy, kiedy w warsztacie nie było pracowników. Czasem również w Święta Bożego Narodzenia.

Jak wyglądały te ostatnie?

Było bardzo uroczyście. Ubogo, ale odświętnie, na miarę naszych skromnych możliwości. Zawsze w pokoju stała choinka, choć pod nią na próżno było szukać prezentów, a jak już się pojawiały, to równie ascetyczne, jak cała uroczystość. Nie pamiętam nawet, czy ktoś przebierał się za Świetego Mikołaja. Najważniejsze, że wszyscy siedzieli przy jednym stole.

Pamięta Pan imprezy w rodzaju „u cioci na imieninach”?

Trudno je zapomnieć! Takie uroczystości odbywały się u babci Józefy w dużym mieszkaniu na Grochowie. Babcia miała pięć córek i pięciu synów. Czterech przy niej zostało; jedynie mój ojciec się od niej wyprowadził, zaraz po tym, jak się ożenił. W tym mieszkaniu co roku hucznie obchodzono imieniny babci 19 marca.

Zamknijmy temat dzieciństwa. Czego Wojciech Pokora żałuje z tego okresu?

Żałuję, że w czasie okupacji miałem tak mało lat. Gdybym był starszy, na pewno poszedłbym na front wyzwalać Warszawę. Do dzisiaj sobie to wypominam, bo mam świadomość, że każde ręce skore do pomocy były wówczas na wagę złota. Bolesne uczucie. Co gorsza, nic tej niemocy nie jest już w stanie zmienić…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PIERWSZE SPOTKANIE

CHCĘ OGLĄDAĆ TWOJE NOGI!

DZIECIŃSTWO W CIENIU WOJNY

POKORNI RODZICE, ULICZNE PORACHUNKI, WŁOSZCZYZNA I KAROL MAY

MATURALNE SŁOWO, KTÓREGO NIGDY NIE ZAPOMNĘ

AKTOR Z TECHNIKUM BUDOWY SILNIKÓW SAMOLOTOWYCH

SZKOŁA AKTORSKA. ZAJĘCIA Z HANKĄ BIELICKĄ I IRENĄ KWIATKOWSKĄ

PIERWSZY RAZ Z NINĄ ANDRYCZ

WIESŁAW GOŁAS – CZŁOWIEK, KTÓRY PRÓBOWAŁ MNIE ROZŚMIESZYĆ

PODRYW NA KOREPETYCJE

JA PRZEMYŚLAŁEM WSZYSTKO. HANIA ZOSTANIE MOJĄ ŻONĄ

GUSTAW HOLOUBEK I PENSJE PRZEGRYWANE W KARTY

SZKLANY EKRAN – POCZĄTKI TELEWIZJI

POSZUKIWANY, POSZUKIWANA

WAKACJE W BUŁGARII

BIMBER STASIA BAREI

MARIA CZUBASZEK O WOJCIECHU POKORZE

KABARET STARSZYCH PANÓW, DUDEK I OWCA

PRZYGODY NIE TYLKO PSA CYWILA

REJS POD PRĄD

ZA KULISAMI KABARETU OLGI LIPIŃSKIEJ

Z ŻONĄ W DOMU, Z ŻONĄ W PRACY

PODRÓŻE DO AMERYKI – W ODWIEDZINACH U POLONII

JAKIEGO PANA? CHAMA, NIE PANA! PANEM TO JESTEM TU JA!

„A” JAK ALTERNATYWY 4, „B” JAK BRUNET WIECZOROWĄ PORĄ, „C” JAK C.K. DEZERTERZY

CZTERDZIESTOLATEK, KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO I MIŚ

PRL – PROBLEMY Z CENZURĄ, ALTERNATYWAMI 4 I CÓRKĄ

ŻYCIE TOWARZYSKIE, CZYLI JAK TO BYŁO NAPRAWDĘ

KRYSTYNA JANDA O WOJCIECHU POKORZE

W GOŚCINIE U KRYSTYNY JANDY

CEZARY ŻAK O WOJCIECHU POKORZE

NIE SAMYM AKTORSTWEM CZŁOWIEK ŻYJE – REŻYSERIA

MAM TAK SAMO JAK TY MIASTO MOJE, A W NIM…

MAGICZNE KAMIENIE

WALIZKI ZA DRZWIAMI – PRZEPIS NA UDANE MAŁŻEŃSTWO

LICENCJA NA KIEROWANIE

RODZINA – NAJWIĘKSZY SKARB

ACH, TE WNUCZĘTA

JEDNĄ NOGĄ NA TAMTYM ŚWIECIE

KAŻDA DZIAŁKA UZALEŻNIA

GÓRALE, BOAZERIA I DZIAŁKOWY ZLOT SZAMANÓW

POLSKIE SERIALE

AKTORSTWO? JA SIĘ DO TEGO NIE NADAJĘ!

OSIEMDZIESIĄT LAT MINĘŁO JAK JEDEN DZIEŃ

JAN KOBUSZEWSKI O WOJCIECHU POKORZE

POKORNY DO TERAZ

ARTUR BARCIŚ O WOJCIECHU POKORZE

EPILOG

OD AUTORA

PODZIĘKOWANIA

SPIS RÓL