Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kościoły spłyną krwią, a dawne bóstwa upomną się o swoje.
W noc Kupały w krypcie na Ślęży budzi się coś, co nigdy nie powinno zostać odnalezione.
Wrocławski podkomisarz Bożydar Rakowski pracuje tylko nocą. Powszechnie uważany za ekscentrycznego dziwaka i samotnika, skrywa sekret — potrafi widzieć w ciemnościach i tropić to, co niewidzialne dla zwykłych śmiertelników. Kiedy na oddziale położniczym odkrywa słowiańskiego demona, zdaje sobie sprawę, że dotychczasowy porządek świata właśnie legł w gruzach.
Pod pod Ślężą pękają stare pieczęcie. W ruinach kościołów, szpitalnych korytarzach i na polach skąpanych w upale zaczynają pojawiać się istoty znane dotąd tylko z ludowych szeptów: porońce, południce, wąpierze i demony, których imion lepiej nie wypowiadać po zmroku.
Ani za dnia, tak na wszelki wypadek.
Dawni bogowie nie umarli. Zostali pogrzebani.
A teraz ktoś rozkopuje ich groby.
Aby ocalić miliony istnień, Bożydar musi zaakceptować swoje dziedzictwo Łowczego, potomka dzieci Peruna i dotrzeć do korzeni zapomnianej wiary.
Wyznawcy Czarnoboga to mieszanina dark fantasy i horroru miejskiego osadzona we współczesnym Wrocławiu, gdzie słowiańska mitologia miesza się z obrazem współczesnego świata. To opowieść o wierze, która może chronić — i o ciemności, która cierpliwie czekała na swój powrót.
Odważysz się sprawdzić, co czai się w mroku dolnośląskich nocy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 503
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wyznawcy Czarnoboga
Kroniki Czarnoboga
Radosław Samlik
Mojej żonie Paulinie, która boi się horrorów – dziękuję, że ten jeden przeczytałaś!
Samochody wpełzały na żwirowy parking pod Ślężą, jeden za drugim. Pierwszy zahamował zbyt ostro; drzwi zgrzytnęły, a na rozgrzaną ziemię wysunęła się stopa w wiązanych sandałach. Z aut wysypał się barwny tłum neopogan: kobiety w długich, przewiewnych sukniach; mężczyźni o torsach ozdobionych tatuażami — runami, swargami, bóstwami i wszelkiej maści tribalami. Wszyscy połączeni jednym pragnieniem: zanurzyć się w Nocy Kupały — w ogniu, wodzie i tym, co między nimi.
A przy okazji wypić morze alkoholu i poświętować na golasa w krzakach.
Z ostatniego, sfatygowanego Mondeo wysiadła czwórka, która miała inne plany. Twarze zacięte, spojrzenia chłodne, w oczach iskrzyło coś mrocznego. Trzech facetów i ogolona na łyso dziewczyna z odwróconym krzyżem na potylicy — fani Dialektów Chaosu, kapeli składającej hołd Czarnobogu, antytezie światła. Wychowani w domach, gdzie królowały obrazki świętych i różańce; pogaństwo przyszło do nich jak efekt młodzieńczego buntu i już zostało. Nie byli po prostu niewierzący, raczej przeciw—wierzący. Czarnobóg był dla nich wygodnym manifestem.
Potrafili psikusem oznaczyć świątynię sprayem, pogonić zakonnice w parku, zakłócić mszę — tyle, by w żyłach się zakotłowało, ale w aktach jeszcze nie.
Aż trafili na koncert Dialektów. Poszli z przekory, bo na kościelnej tablicy ogłoszeń ktoś nabazgrał wielkimi literami, żeby „trzymać się z daleka i przyjść na protest”. Gdy zabrzmiał utwór otwarcia, przysięgliby, że w ciężkich riffach ryknął smok; noc nad Polami Marsowymi rozdarła się i odsłoniła czerń tak głęboką, jakby sięgała w samo serce kosmosu, z dwiema gwiazdami jak oczy. Jeśli to były efekty specjalne, ktoś wiedział, co robi.
Po koncercie Drax przejrzał telefon — miał mieć „kilka perfekcyjnych fotek” tych ślepiów. W galerii znalazł tylko ciemne, zachmurzone niebo. Zrzucili to na marihuanę i umówili się, że do tematu się nie wraca. Łatwiej wierzyć w „złą gandzię” niż w otchłań, z której patrzy martwe zło.
Zwłaszcza chłopak o ksywie Ash był zwolennikiem tej wersji.
Pogo wciąż rezonowało im w ciałach, a refren „Wyznawców Czarnoboga” odbijał się echem w głowach, kiedy tramwaj wiózł ich do Liverpoolu, starego metalowego pubu na Podwalu. Pół trasy ryczeli słowa, które znali na pamięć:
Bestia do podziemia przed wiekami strącona wróci, jej będzie berło, tron i korona!
W knajpie, między łykami wiśniówki i piwa, podpity typ marudził głośno, że na świętej górze Ślęży stoi chrześcijański kościół i pogańskie święto musi odbywać się w jego cieniu. Wtedy iskra wskoczyła w proch: profanacja Domu Bożego.
Po koncercie i tamtych „oczach” na niebie — gandzia czy nie — ich nowe bóstwo nabrało kształtu. Po raz pierwszy naprawdę w coś uwierzyli.
ᚦ ᚨ ᚱ
Stojąc w pełnym słońcu na parkingu u stóp Ślęży, zadarli głowy, usiłując dostrzec profanujący górę Dom Boży.
— Kiedyś to było miejsce mocy, prawdziwej, niechrześcijańskiej, czujecie to? – zapytał Drax, mocniej ściskając pasek plecaka, w którym między jedzeniem i alkoholem skrywał stary, poniemiecki bagnet. Ręce świerzbiły go, jakby nie mogły się doczekać, gdy chwycą rękojeść. — Dzisiaj zrobimy coś, co odbije się echem. Koniec z malowaniem graffiti na kościołach. Te jebane świętoszki z TV Info będą wałkować temat przez kilka dni!
Pozostała trójka pokiwała głowami z zapałem. Osiłek popatrzył na nich kolejno, aż zatrzymał wzrok na ładnej, łysej dziewczynie. Jej wzrok pałał entuzjazmem graniczącym z fanatyzmem. Z ich ekipy to zawsze ona wymyślała najbardziej krzywe akcje i nienawidziła kościoła katolickiego z całego serca. Drax nie znał szczegółów, ale kiedyś, gdy była mocno pijana, wymsknęło jej się coś na temat młodszego brata, który padł ofiarą księdza pedofila. Duchownego przeniesiono karnie do nieznanej parafii, a Liliana od tego czasu szukała drania na wszelkie możliwe sposoby, w międzyczasie pogrążając się w obsesyjnej nienawiści do całej instytucji Kościoła. Do tego była piekielnie inteligentna. Ukończyła informatykę na Politechnice Wrocławskiej i programowała na belgijskim kontrakcie – zachodnia kasa, polskie wydatki. Podejrzewał, że gdyby nie ta pojebana skaza na dzieciństwie jej brata, nigdy nie trafiłaby do metalowej subkultury.
— Lilka, zawiąż glany, bo się połamiesz na tych kamieniach – rzucił, gdy zauważył poluzowane sznurówki ciężkich buciorów dziewczyny.
— Spadaj, Drax! – zaperzyła się. – Nie nazywaj mnie Lilka. Jestem Lilith, do kurwy nędzy!
— Dobra, Lilith – wycedził mężczyzna, mrużąc oczy ze złością. — Zawiąż te jebane glany, bo nie będę taszczył twojej dupy na plecach, jak złamiesz nogę. Mamy dzisiaj ważniejsze rzeczy do roboty. Lilith.
Liliana wzruszyła ramionami, ale wypełniła polecenie. Czuła taką ekscytację nadchodzącą nocą, że postanowiła tolerować to, iż Drax najwyraźniej uważał się za przywódcę ich grupy.
— W sumie czemu nie? – pomyślała, otrzepując obcisłe czarne spodnie. – Każda drużyna wojów miała dowódcę, a ten mięśniak myśli na tyle szybko, żeby być całkiem niezłym. W razie potrzeby stara, dobra Lilith i tak przejmie stery.
Ruszyli przez las ścieżką prowadzącą ku szczytowi. Pod koronami drzew było cicho, jeśli nie liczyć ptaków i monotonnego szumu liści poruszanych lekkim zefirem. Ten las potrafił przytłoczyć — stary, gęsty, przesiąknięty jakąś ciężką energią, jakby w pniach i korzeniach wciąż tkwiły echa krwawych rytuałów odprawianych w świętych gajach.
Dogonili idących przed nimi neopogan i dołączyli do ogona pochodu. Szli gęsiego, niektórzy w milczeniu, inni nucili stare pieśni, które wydawały się współgrać z muzyką otaczającej ich natury. Drogę oświetlało silne słońce, jego promienie przeświecały przez liście, tworząc migotliwe wzory na ścieżce. Ciepło dnia opływało ich skronie, a pot perlił się na skórze. Las był jak labirynt drzew, pnączy i skał – ścieżka wiodła ich wyżej i wyżej. Podążali w stronę miejsca, gdzie niebo miało spotkać się z ziemią.
Im wyżej szli, tym gęstszy stawał się las. Pachniało żywicą, mchem i igliwiem. Po ponad godzinie marszu zaczął ich dobiegać z oddali zapach dymu z pierwszych ognisk rozpalanych przez tych, którzy już dotarli na szczyt.
Wreszcie baldachim drzew rozstąpił się i wyszli na zieloną polanę na szczycie Ślęży. Razem z nimi była tu ponad setka ludzi, mniej więcej po równo kobiet i mężczyzn. Ci, którzy przybyli wcześniej, siedzieli na matach i grali na gitarach, a mniej uzdolnieni taszczyli z lasu naręcza gałęzi na ogniska, które miały się palić całą noc.
Drax i spółka sapiąc ciężko rzucili się w trawę i przyssali łapczywie do puszek ciepłego piwa, które przezornie zabrali do plecaków.
— Witajcie, bracia i siostro! — Z prawej rozległ się wesoły głos. — Nigdy wcześniej was tu nie widziałem, pierwszy raz na obchodach?
Lilith obrzuciła spojrzeniem mężczyznę, który się do nich odezwał. Wysoki, długowłosy blondyn odziany w luźne białe spodnie i rozpiętą aż do pępka lnianą koszulę, wyciągał w ich kierunku butelkę z przezroczystym płynem. Dziewczyna z aprobatą przesunęła wzrokiem po jego mięśniach, widocznych pod falującym na lekkim wietrze materiałem. Takich muskułów nie widywała w siedzibie swojej firmy w trakcie kwartalnych spotkań w Brukseli, a szkoda.
— Pierwszy, ale dajcie bogowie nie ostatni — Drax z uśmiechem przyjął poczęstunek, gładko wchodząc w rolę. — Jak masz na imię, bracie?
— Jestem Dobromir, ale wszyscy mówią mi Dobek — mężczyzna skłonił się lekko. — A wy?
— Ta, która wlepia spojrzenie w tę twoją rozpiętą koszulę, to Lilith — wyszczerzył zęby osiłek. – Ten wysoki to Krótki, chudzielec to Ash, a ja jestem Drax.
— Tak jak ten ze Strażników Galaktyki? Bardzo mi miło, bardzo mi miło! — zaśmiał się Dobromir, siadając na trawie obok nich. — To co? Wypijemy coś bardziej tradycyjnego, czy będziecie sączyć te swoje cienkusze?
Drax przytknął do ust flaszkę i pociągnął solidnego łyka. Picie wódy z gwinta nie było dla niego żadną nowością.
Ogień, który rozlał się po jego gardle i przełyku, w niczym nie przypominał efektu wódki. Intensywny, gorzki smak wykrzywił mu usta, a ciałem wstrząsnął dreszcz.
— Co to kurwa jest? — Rozkaszlał się, oddając butelkę Dobromirowi. — Płyn hamulcowy?
Blondyn napił się trunku z wyraźną przyjemnością.
— Domowej roboty bimber zaprawiony piołunem — oznajmił radośnie. — Nie martwcie się, stara rodzinna receptura, nie oślepniecie. Za to po kilku głębszych można mieć przyjemne wizje. Ostatnio ktoś po tym wieszczył — na duchy żelazo, na wąpierze kołek, ale prosto w serce. Te sprawy, ha, ha!
Lilith przejęła butelkę i przyjrzała się jej podejrzliwie. Nie miała dobrych wspomnień z takich eksperymentów, ale obawa mieszała się z ciekawością. Ostrożnie przełknęła odrobinę.
— O ja nie mogę! — Oczy zaszły jej łzami, ale pociągnęła drugi łyk, zanim przekazała alkohol pozostałej dwójce. – Płyn hamulcowy to komplement, Drax!
— Pierwszą flaszkę dostajecie w prezencie — Dobromir wstał i otrzepał spodnie. — Jeśli chcecie więcej, moja siostra tymczasowo przejęła sklepik, o tam. Sześć dyszek za pół litra. Witamy na Nocy Kupały! Tańczcie, pijcie, kochajcie się!
Ash obserwował go, gdy odchodził.
— Taki niby brat poganin, a okazuje się, że jednak kapitalista — splunął w trawę. — Cholerny handlarz!
— Ale bimberek pierwsza klasa — zarechotał Krótki, pociągając kolejny łyk. – Więc nie wiem, jak ty, ale ja mu wybaczam!
Ułożyli się w trawie i puścili butelkę w ruch, obserwując toczącą się dookoła nich krzątaninę.
ᚦ ᚨ ᚱ
Słońce chyliło się ku zachodowi, a nadchodząca noc zapowiadała, że wkrótce granica między światem ludzkim a światem duchów zniknie, otwierając drogę do czegoś znacznie starszego i potężniejszego. Szczyt góry rozbrzmiewał wielogłosowymi pieśniami, tak pierwotnymi, jakby płynęły z samej jaźni zgromadzonych ludzi. Na tle ognisk, które strzelały płomieniami w niebo, wirowały liczne postacie odziane w białe szaty, ozdobione polnymi kwiatami i ziołami. Taniec wydawał się Draxowi niechlujny, lecz pełen energii. Przeszło mu przez myśl, że przypomina jakąś próbę dialogu człowieka z naturą, próbą pochwycenia jej odwiecznego rytmu.
Potrząsnął głową, przeganiając dziwne skojarzenia. Cholerna piołunówka.
Obserwował przez chwilę, jak mężczyźni skaczą nad płomieniami w czymś, co Dobromir szumnie nazwał próbą męskości i oczyszczenia.
— Kurwa, gdybym potrzebował oczyszczenia, wziąłbym prysznic – mruknął do Asha, który obserwował obchody z widoczną pogardą.
— Tiaa… — Przeciągnął się chudzielec. — Męskości też tym raczej nie udowodnią, co nie, Lilith?
— Nie ma to jak konkretna pała między nogami — potwierdziła dziewczyna. — No ale skąd miałbyś to wiedzieć?
— Ej! — żachnął się Ash. — To nie było miłe!
Drax i Krótki zarechotali unisono.
— Załatwiła cię, stary — osiłek poklepał po plecach towarzysza, który zrobił obrażoną minę. — Sam się wystawiłeś! Zapomniałeś, że Lilith jest ostra jak brzytwa?
Leżeli jeszcze jakiś czas w trawie, obserwując bawiących się dookoła ludzi. Wkrótce ciemności spowiły szczyt Ślęży, rozpraszane tylko przez blask kilku dużych ognisk.
— Jak to zrobimy? — Krótki wskazał głową na mroczną bryłę kościoła niedaleko nich. – Nie możemy go podpalić, bo zajmie się las i sami się usmażymy.
— Wysmarujmy drzwi gównem — wyszczerzył zęby Ash.
— Dziecinada — mruknął Drax.
— Nie! — warknęła Lilith. — Żadnej więcej amatorki i zabawy. Zrobimy to porządnie. Ash, potrafisz otworzyć te drzwi?
— Jasne — chudzielec wzruszył ramionami. — Zwykły zamek, żadna filozofia. Tylko pewnie mają kamery.
— Nie będą problemem — oznajmiła z mocą. — Oślepimy je laserowym wskaźnikiem, mam taki przy kluczach. To stare CCD, łatwe do ogłupienia. Otwórz te drzwi, a ja zrobię resztę.
Wyjęła brelok; zielona kropka zatańczyła na czole Krótkiego.
— Co ci chodzi po głowie, mała? — Drax zmarszczył brwi. Nie lubił tracić kontroli.
— Zerżnę Dobromirka na ołtarzu — wyszczerzyła zęby. — Profanacja jak się patrzy, a ja będę miała dodatkową zabawę. Możecie zrobić parę fotek, wyślemy anonimowo proboszczowi. Niech wie, że świętość jego świątyni została zbrukana!
Pomruk aprobaty i podniecenia wydarł się z gardeł wszystkich trzech mężczyzn.
Lilith zmarszczyła nagle brwi i wstała wolno, wpatrując się w czarne jak smoła niebo. Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak.
Powietrze na szczycie Ślęży stało się nagle gęstsze, jakby noc spadła na nich fizycznym ciężarem. Ogniska tańczyły złowrogim blaskiem na tle gęstniejącego mroku, ale… gdzie były gwiazdy?
Gdzie, do cholery, był księżyc?
— Ej, nie wydaje się wam, że zrobiło się jakoś… dziwnie? – mruknął Krótki, nerwowo rozglądając się po polanie.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz – burknął Drax, pociągając kolejny łyk piołunówki. – Jest noc, jest ciemno. To nie Wrocław, stary, latarni tu nie ma.
— Zamknijcie się na chwilę i rozejrzyjcie się! – jej głos nie był już pełen kpiny, jak zwykle. Był spięty. Ostry. Zmuszał do posłuszeństwa.
Krótki zamilkł, Ash przestał bawić się scyzorykiem, a nawet Drax uniósł na nią ciężkie spojrzenie.
— To Noc Kupały, tak? — kontynuowała powoli, jakby mówiła do dzieci. — A wiecie, że dzisiaj granica między światami staje się bardzo cienka?
Odpowiedziały jej pełne kpiny spojrzenia.
— Przestańcie się głupio gapić, kretyni! Kiedyś ludzie wierzyli, że dzisiaj duchy, demony, a nawet bogowie mogą się przedostać na naszą stronę. Może mieli rację?
Drax uniósł brew.
— Super. W takim razie chyba powinniśmy zacząć biegać po lesie w poszukiwaniu kwiatów paproci, co?
— Zamknij się, Drax – Lilith nawet na niego nie spojrzała. Nie odrywała wzroku od nieba.
Bo powietrze nad nimi drgało. Była tego pewna. Coś się poruszało w ciemności, choć jeszcze nie mogła tego dostrzec.
— Dzisiaj mamy nie tylko przesilenie. – Jej głos przeszedł w niemal szept. – Tej nocy nakłada się na nie pełnia — granica jest cienka. Może nawet jej nie ma.
Ash prychnął, ale jego śmiech zabrzmiał trochę zbyt nerwowo.
— Czyli co? Zaraz wyskoczy na nas wataha demonów i zrobi nam egzorcyzmy na opak?
Lilith spojrzała na niego powoli.
— A widzisz gwiazdy, Ash?
Ash wzruszył ramionami, ale zaraz potem spojrzał w górę. I nagle przestał wyglądać na rozbawionego.
— No… Nie bardzo.
— Nie bardzo? — powtórzyła Lilith, zbliżając się do niego i wskazując palcem na nocne niebo. — Nie ma chmur, a nie widać gwiazd. Ani jednej. Widzisz chociaż ślad księżyca w pełni? Cokolwiek?
Ash przełknął ślinę, a jego usta otworzyły się, by odpowiedzieć, ale nie znalazł słów.
Lilith uśmiechnęła się kącikiem ust. Było w tym coś niepokojącego.
— Więc pytam jeszcze raz. Jeśli to nie chmury… to co to jest?
Drax spojrzał na niebo ponownie, tym razem z wyraźnym niepokojem.
— To jakiś fenomen atmosferyczny. Nie rób z tego taniej grozy, Lilith.
Dziewczyna pokręciła głową.
— Granica się rozdarła – jej głos był melodyjny i hipnotyczny. – Jesteśmy otoczeni czymś, czego jeszcze nie potrafimy nazwać.
Krótki, który do tej pory tylko słuchał, przeklął cicho i przetarł spocone dłonie o spodnie.
— To bzdura… – mruknął, ale brzmiał, jakby sam nie do końca w to wierzył.
— Tak? — Lilith zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy. — Więc odpowiedz mi, czemu jest tak cholernie cicho?
Krótki zmarszczył brwi.
— O czym ty…
I wtedy to do nich dotarło.
Żadnego śpiewu ptaków. Żadnego szumu drzew. Żadnych odgłosów nocnego życia. Żadnych śpiewów i pijackich wrzasków neopogan. Właściwie to wydawało się, że są sami na szczycie góry.
Tylko trzask ognisk i ich własne, przyspieszone oddechy.
— Duchy? – wyszeptał Ash, ale nikt mu nie odpowiedział.
Bo oto na dnie ich umysłów coś zaczęło szeptać. Cicho, słabo, jak oddech w ciemnym pokoju. Włoski na ramionach chudzielca uniosły się, gdy adrenalina zabuzowała w jego żyłach. Rozejrzał się niepewnie.
Lilith uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech, który powinien gościć na czyjejkolwiek twarzy.
— Nie duchy, Ash – jej głos brzmiał jak echo dawnych modlitw składanych w krwi i dymie. — To coś znacznie starszego. Stąd właśnie wiem, że kamery nie będą problemem. Wy też słyszycie te szepty, prawda?
Ziemia pod ich stopami niemal niedostrzegalnie zadrżała.
— To ta piołunówka… — jęknął Krótki, ale urwał, gdy trafiła go kopniakiem w udo.
Drax zacisnął palce na pasku plecaka tak, że aż zatrzeszczała klamra. Czuł się pewniej, mając przy sobie pamiątkę po dziadku. Słuchając w milczeniu drgnął nagle, gdy dobiegł go basowy pomruk, jakby starożytna bestia warknęła przez sen.
ᚦ ᚨ ᚱ
Ich uszy zalała na powrót nagła kakofonia śmiechów, śpiewu i pijackich okrzyków.
— Miało nie być burzy! — poskarżyła się głośno przebiegająca obok starsza kobieta w wianku na głowie i rozchełstanej koszuli, spod której widać było nagie piersi. — Słyszeliście ten grzmot?
Wtopiła się w tłumek tańczących neopogan, nim zdążyli jej odpowiedzieć.
— Bo to nie był odgłos burzy! — oznajmiła triumfalnie Lilith. — To musiał być Wij! Nie czujecie tego?
— Wij? — zmarszczył brwi Drax, potrząsając głową, jakby zbudził się z głębokiego snu. – A co to takiego?
— Smok Czarnoboga — wyjaśniła dziewczyna. — Tak przynajmniej wierzyli nasi przodkowie. Generał jego demonicznych armii. Serio, nie interesujecie się historią naszych przodków?
— Martwe zło — uśmiechnął się szeroko Ash – tyle że po naszej stronie!
— Raczej nieumarłe, ale rozumiem twój punkt widzenia — zaśmiała się Lilith zadowolona, że jej towarzysze poczuli to, co ona. – Otworzysz te cholerne drzwi czy nie?
— Już lecę — chudzielec zasalutował przesadnie i zniknął w ciemnościach, kierując się ku bryle kościoła.
Drax nie wyglądał na przekonanego.
— Serio, smok? – wydął pogardliwie wargi. – To bardziej pasuje do jakiegoś hobbita, niż Czarnoboga. Jesteś pewna, że to nie Smaug?
Dziewczyna rzuciła w niego kawałkiem patyka.
— Smaug to bajka; Wij — prawdziwy. Wyczuwam go w aurze tej nocy. Jest blisko!
Potężny mężczyzna westchnął ciężko.
— A teraz jeszcze objawiły ci się moce jakiegoś medium? Lilith, nie dostaniesz już ani łyka tej piołunówki.
— To, że nie czytacie książek, nie oznacza, że ja nie mam racji!
— Dobra, dobra – Drax uniósł pojednawczo ręce. — Nie muszę kupować idei smoka, żeby nacieszyć się profanacją tego kościoła. Działamy?
— Działamy – potwierdziła Lilith i rzuciła mu laserowy wskaźnik. — Pilnujcie, żeby nikt nie wszedł do środka oprócz nas.
Przeciągnęła się zmysłowo w trawie, przyciągając spojrzenie Dobromira. Stał nieopodal, rozmawiając z innymi neopoganami. Mężczyzna powiedział coś do jednego ze swoich towarzyszy, który pokiwał głową i dorzucił do pobliskiego ogniska naręcze drewna. Płomienie strzeliły w górę, oświetlając mocniej okolicę. Dobromir odwrócił się ku niej, jego wzrok sunął po jej smukłej sylwetce i długich nogach w obcisłych, skórzanych spodniach, które celowo wyeksponowała. Wiedziała, że złapał się na haczyk.
Podniosła się powoli, wypinając tyłek. Przeciągała tę chwilę, udając, że otrzepuje się z trawy, ale w rzeczywistości dawała mu czas, by mógł się napatrzeć. Ciężkie glany stukały lekko o żwir, gdy podeszła bliżej. Na jej twarzy pojawił się zadziorny, prowokacyjny uśmiech, a w oczach błyszczał ten charakterystyczny ogień, który już wielokrotnie sprowadzał ludzi na manowce.
— Dobromir, prawda? — zapytała, przeciągając sylaby jego imienia jak miękki kocyk po skórze. Jej głos brzmiał nisko, niemal jak pomruk.
— Tak, ale mów mi Dobek — odpowiedział, wyraźnie zaskoczony, że zwróciła na niego uwagę. Odstawił butelkę, którą trzymał i poprawił rękawy rozchełstanej koszuli, jakby chciał wyglądać bardziej reprezentacyjnie.
Lilith uniosła brew, kątem oka widząc, że Drax i reszta przyglądają się z trawy. Musiała zagrać to perfekcyjnie.
— Dobek… – powtórzyła. — Słuchaj, chciałam ci podziękować za tę piołunówkę. Ma kopa, ale... chyba czegoś mi tu brakuje.
Zrobiła krok bliżej, zmniejszając odległość między nimi do zaledwie kilku centymetrów.
— Brakuje? — zapytał, próbując zachować nonszalancję, ale wyraźnie czuł się zbity z tropu. — Czego? To stara receptura, byłoby zbrodnią ją zmieniać…
Lilith oparła dłoń na jego przedramieniu, pozwalając swoim paznokciom musnąć jego skórę.
— Czegoś bardziej… mistycznego — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Myślałam, że skoro jesteś taki obeznany w tych wszystkich starosłowiańskich rytuałach, mógłbyś mi pokazać coś... wyjątkowego. Coś, co pomoże mi bardziej poczuć ducha tego miejsca.
Dobek przełknął ślinę, wyraźnie nieprzygotowany na takie słowa.
— Mistycznego? — zapytał niepewnie, jakby sam nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Mhmmm... — Lilith westchnęła teatralnie, przesuwając dłonią z jego ramienia na pierś, gdzie palcami lekko zaczepiła o krawędź koszuli. — Wiesz, słyszałam, że ta kaplica na szczycie to nie tylko kościół. Podobno stoi na starym pogańskim miejscu kultu. Pomyślałam, że może... mógłbyś mi to pokazać? Są tam jakieś, nie wiem… katakumby?
Dobek spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Jej uśmiech, dotyk, spojrzenie — wszystko zdawało się jednocześnie zapraszać i prowokować.
— Wiesz, to chyba nie najlepszy pomysł — odpowiedział, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność, której Lilith potrzebowała. — Mamy zakaz wchodzenia tam, w dodatku są kamery…
— Dlaczego? — zapytała, unosząc brew i przechylając głowę. — Jesteśmy tu, żeby czcić naturę, prawda? Starać się zrozumieć przeszłość i naszą więź z nią. Czy coś takiego naprawdę mogłoby być złe? Przecież chcemy tylko wejść do środka, żeby poczuć ducha tego miejsca.
Dobek milczał przez chwilę, a Lilith postanowiła, że czas na finalny ruch. Nachyliła się lekko, tak, że jej usta znalazły się blisko jego ucha.
— To takie podniecające, czyż nie? — wyszeptała, a jej głos był teraz niemal jedwabisty. — Dla odmiany poganie będący górą w świątyni chrześcijan. Chcę to poczuć, Dobek. Obiecuję, że nie pożałujesz.
Mężczyzna odetchnął głęboko, jakby starał się zebrać myśli.
— W porządku — powiedział w końcu, wyraźnie ulegając jej urokowi. — Ale tylko na chwilę. Później pokażę ci coś znacznie ciekawszego gdzieś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzać.
Lilith uśmiechnęła się zwycięsko, ukrywając triumf pod maską łagodnej wdzięczności.
— Tylko na chwilę — powtórzyła. — Czuję się tak pierwotnie, że tylko coś bardzo, ale to bardzo związanego z naturą może sprawić, że ta noc będzie prawdziwym spełnieniem.
Prowadził ją w stronę kościoła, którego bryłę wyłuskiwały z mroku płomienie wielkich ognisk. Kiedy weszli na szczyt schodów, Lilith odwróciła się i dała Draxowi subtelny znak ręką. Zielony wskaźnik lasera zatańczył w ciemnościach i spoczął na obiektywie kamery.
— Pewnie i tak jest zamknięte na klucz… — wyjąkał Dobromir, gdy dłoń dziewczyny musnęła niby przypadkiem jego pośladek.
Lilith chwyciła klamkę i przez sekundę zawahała się — wspomnienie brata przecięło jej myśli. Zacisnęła zęby i nacisnęła ją, a ciężkie drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem — Ash zdążył zrobić swoje.
Chwyciła go za rękę i pociągnęła w ciemności.
ᚦ ᚨ ᚱ
Drax skinął na swoich towarzyszy i bezszelestnie podążyli za nimi. Poprawiał wciąż szelki plecaka, jakby ten niezmiernie mu ciążył. Sięgnął ręką w tył, by upewnić się, że twardy kształt bagnetu wciąż jest na miejscu.
Wiatr zdawał się nieść przynaglający, zimny szept.
Zrób to.
Mrugnął: ktoś ściszył świat. Dźwięki za drzwiami dobiegały jak spod wody. Pociemniało mu w oczach. Palce same zacisnęły się na rękojeści.
ᚦ ᚨ ᚱ
Lilith i Dobromir przeszli między trzema rzędami drewnianych ław. Onieśmielony mężczyzna usiłował stąpać bezszelestnie, ale dziewczyna łomotała ciężkimi butami o marmurową posadzkę, aż echo jej kroków niosło się dookoła niczym uderzenia dawnych Ślężan w wojenny bęben.
— Czujesz to, Dobek? — wydyszała podniecona, gdy dotarli do prostego ołtarza podpieranego przez trzy kamienne kolumny. — Czujesz potęgę tego miejsca, stłamszoną przez chrześcijańskiego Boga? Czujesz, jak ta moc pulsuje pod nami, spętana tysiącem lat modłów i wylanymi hektolitrami wody święconej? A i tak nie zdołali jej zniszczyć!
— Tak, chyba tak — wyjąkał blondyn.
Jakby ktoś uchylił zasłonę — przez okna kościoła nagle wlało się jasne światło księżyca, oświetlając opartą o ołtarz Lilith. W ciemnościach ściągnęła bluzkę; zimny blask oświetlił piersi. Szarpnęła Dobromira za koszulę na piersi, przyciągając go siebie. Wepchnęła język w jego usta, tłumiąc jęk zaskoczenia. Jej dłoń ścisnęła go za krocze.
— To czas rewanżu, skarbie — wydyszała mu do ucha i polizała po szyi. – Weź mnie na tym ołtarzu, tu i teraz. Za naszych bogów!
— Ale to przecież świątynia… — Dobromir usiłował zachować trzeźwy umysł, ale jego ciało już reagowało. – Profanacja…
Lilith uśmiechnęła się zwycięsko, gdy poczuła, jak twardnieje w jej uścisku.
— Ale my jesteśmy poganami, mój drogi — jej szept był pełen grzesznej obietnicy. — Dlaczego mamy się obawiać obcego Boga? Chyba, że jesteś tu tylko po to, żeby sprzedawać piołunówkę?
Zawahał się, jakby chciał powiedzieć ‘nie’, ale alkohol i jej bliskość zrobiły swoje.
Odepchnęła go i lubieżnymi ruchami wyswobodziła się ze spodni. Położyła na plecach na marmurowym ołtarzu, nie czując jego zimna. Rozchyliła nogi i popatrzyła mu głęboko w oczy.
— Jesteś wojem czy niewolnikiem, Dobek?
Warknął gniewnie, gdy zdzierał z siebie ubranie. Wszedł w nią głęboko i wytrzeszczył oczy.
Zabij go. Teraz.
Zadygotał gorączkowo, a gorąca ciecz chlusnęła w rozchylone pożądaniem usta Lilith.
Zwalił się na nią, wydając z siebie bulgoczące dźwięki, które brzmiały jak groteskowy śpiew do łomotu bębnów dobiegającego z polany.
— Co jest, kurwa? — wrzasnęła dziewczyna, spychając go z siebie.
Nad nimi stał Drax z zakrwawionym bagnetem w ręce.
Przerażona Lilith spojrzała na drgającego na posadzce Dobromira. W jego szyi ziało potworne rozcięcie, z którego tryskała krew.
Poczuła w ustach słony smak i ze zgrozą zorientowała się, że gorąca ciecz, którą przełknęła, pochodziła z jego przeciętych tętnic. Jej żołądkiem targnął gwałtowny skurcz. Zwymiotowała na zalany posoką ołtarz. Do zapachu krwi dołączył kwaśny odór na wpół strawionej piołunówki. Metaliczny refluks palił gardło.
— Koniec dziecinady — głos Draxa zdawał się dobiegać z bardzo daleka. – Oto właściwa ofiara dla Czarnoboga!
— Zabiłeś go na mnie, ty zjebie! — uderzyła go w pierś nie bacząc, że jest naga. — Opiłam się jego krwi! Mieliśmy sprofanować kościół, a nie popełniać morderstwo! Pójdziemy za to siedzieć, debilu!
Ash zbielał na twarzy; pierwszy raz widział tyle krwi i nie potrafił nic powiedzieć.
— Nie pójdziemy. Sama mówiłaś, że kamery nie będą problemem. Ja też to teraz wiem. Usłyszałem szept naszego Pana z otchłani. To on kazał mi złożyć tego pajaca w ofierze.
Lilith stanęła nad ciałem Dobromira, wciąż czując na języku metaliczny posmak jego krwi. Jej żołądek nadal podrygiwał w spazmach odruchów wymiotnych, a dłonie drżały. Z trudem powstrzymała szloch.
Nie tego chciała.
Spojrzała na Draxa, który właśnie przecierał bagnet. Ręce drżały mu, lekko, ale twarz miał bez wyrazu.
Czy to wszystko miało pójść tak daleko?
Mieli sprofanować świątynię. Zostawić ślad, pokazać, że chrześcijański Bóg nie rządzi już tym miejscem. Mieli udowodnić swoją siłę, nie stać się czymś gorszym od tych, których nienawidzili.
Gdzie była granica?
Spojrzała na własne ręce. Były czerwone. Cała była czerwona – jej skóra, włosy, ubranie, które wciąż leżało w nieładzie na posadzce. Czuła krew, ale czuła też coś innego. Coś, co czaiło się w ciemności, obserwowało ją, wyciągało palce w jej stronę.
To było coś więcej niż wyrzuty sumienia.
To było coś, co czekało od tak dawna, że nie była w stanie tego sobie wyobrazić.
Zadrżała, ale nie powiedziała już ani słowa. Nie mogła. Bo wiedziała, że jeśli wypowie te myśli na głos, to przyzna się do czegoś, czego jeszcze nie była gotowa zaakceptować:
Że to nie oni przybyli, by sprofanować to miejsce.
To ta noc ich wezwała.
Posadzka zadrżała nagle pod ich stopami.
— Trzęsienie ziemi? — rozdygotana Lilith pospiesznie wciągała na siebie drżącymi rękami zachlapane krwią ubranie.
— Słyszałem, że Ślęża to dawny wulkan — odezwał się cicho Ash, chłonąc obraz rzezi szeroko otwartymi oczami. — Może się budzi?
— Bzdura, Ślęża to nie wulkan! — Drax zachwiał się, gdy ziemia zakołysała się z większą siłą.
Na zewnątrz kościoła wybuchły przerażone okrzyki.
Kolejny grom — a może coś pod ich stopami? Lilith nie była pewna, bo Ślęża zakołysała się jeszcze mocniej.
Posadzka pękła z trzaskiem, wyrzucając w powietrze chmurę pyłu i odłamków. Ciężkie ławy poprzewracały się niczym domino, a marmurowy ołtarz, z którego wciąż kapała krew, przełamał się na pół. Witraże posypały się deszczem szkła. Czworo intruzów upadło, kaszląc i przeklinając. Gdy podnieśli się niepewnie na nogi, w podłodze ziała głęboka szczelina, szeroka na co najmniej metr. Przez moment — jakby znów uchylono zasłonę — jedyny promień księżyca, który wpadał teraz przez wybite okna, padał dokładnie na jej środek.
— Wszyscy cali? — usłyszała Draxa, który świecił latarką przez unoszący się w powietrzu kurz.
Pozostali przytaknęli, otrzepując się z pyłu i szkła.
— Co to było? — zakaszlał Krótki i otarł coś, co ściekało mu po twarzy. — Chyba mam rozciętą głowę!
Ash poświecił telefonem i poklepał go po plecach.
— Zadrapanie. Będziesz wyglądał jak mężczyzna.
— Spierdalaj, Martwe Zło!
— Uspokójcie się! — syknęła Lilith, patrząc na potężne rozdarcie w posadzce. — Drax, poświeć do środka. Tam coś jest!
Osiłek skierował strumień światła do wnętrza dziury i wyłuskał ukryty pod podłogą sarkofag. Powiało stęchlizną.
Lilith…
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
— Co? – spojrzała na Krótkiego, który stał obok.
— Nic nie mówiłem.
— To pewnie krypta, w której pochowali jakiegoś księdza — machnął lekceważąco ręką Drax. — Wychodzimy stąd, zanim dach zwali nam się na głowy.
— Czekaj! Chodźcie, wyciągniemy tego truposza – zaproponował Ash.
— Po co? — wzruszył ramionami Drax. — Lepiej spierdalajmy stąd, nim ktoś z zewnątrz przyjdzie sprawdzić, czy nic nam się nie stało i zobaczy tego martwego pajaca.
— Poderżnąłeś gardło niewinnemu człowiekowi na ołtarzu kościoła, a masz opory przed zbezczeszczeniem chrześcijańskiego grobu? — zadrwiła Lilith i zeskoczyła do krypty. — Nikt przy zdrowych zmysłach nie wejdzie tutaj po trzęsieniu ziemi, nie bój się.
— Nie boję się! — warknął osiłek i podążył za nią w pełną unoszącego się kurzu kryptę.
Za nimi zeszli Krótki i Ash. Nikt nie zwrócił uwagi, że jasny promień księżyca, który do tej pory oświetlał szczelinę, zgasł niczym zdmuchnięta świeca.
Drax omiótł promieniem latarki sarkofag i zagwizdał ze zdumieniem.
— To nie jest byle drewniana trumienka — ocenił, obchodząc go dookoła. — Wykuli to bezpośrednio w skale, a samo wieko waży na oko ponad tonę! Lilith, potrzymaj latarkę! Chłopaki, razem!
Tak.
Lilith rozejrzała się niespokojnie po krypcie. Czyżby się przesłyszała? Pozostali zdawali się nie zwracać uwagi na te dziwne szepty.
Mężczyźni zaparli się butami o kamienne podłoże i zaczęli pchać. W zimnym, LED—owym świetle ich twarze wyglądały upiornie, gdy nabrzmiałe z wysiłku żyły wystąpiły na czołach i skroniach. Stęknęli z wysiłku.
Kamień nie chciał ustąpić. Jakby przez tysiąc lat ktoś od środka kurczowo przyciskał go do piersi. Drax zaparł się nogą o nierówność posadzki.
Płyta zaskrzypiała.
Nie jak kamień. Jak kość trąca o kość.
Ash zamarł.
— Słyszeliście to?
— Co?
— Jakby… coś oddychało.
Lilith nachyliła się nad szczeliną.
Z wnętrza grobowca wypłynęło powietrze.
Stare.
Cuchnące.
I dziwnie ciepłe.
Jak oddech kogoś, kto śni od tysiąca lat.
Drax pchnął po raz ostatni.
Pokrywa spadła na ziemię i pękła, wzniecając kolejne tumany kurzu, a zmęczeni mężczyźni ryknęli triumfalnie. Dziwny, jakby zwietrzały zapach padliny stał się wyraźniejszy. Lilith kichnęła, czując kręcenie w nosie i poświeciła do środka. To, co zobaczyła, spowodowało, że okropny smak krwi w ustach i wytrzeszczone oczy Dobromira odeszły w zapomnienie.
— O ja pierdolę! — jęknęła z zachwytem. — Chłopaki, jesteśmy bogaci!
— O czym ty mówisz? — Drax doskoczył do otwartego sarkofagu i złożył dłonie w bardzo chrześcijańskim geście.
— Co? Co tam jest? — Ash i Krótki przepychali się między sobą, żeby spojrzeć do wewnątrz.
Drżące światło latarki ukazało im wysuszone na wiór zwłoki mężczyzny owinięte od stóp do głów srebrnym łańcuchem o ogniwach ozdobionych rzeźbionymi krzyżami. Przez jego klatkę piersiową przechodził masywny kołek z identycznego metalu, ozdobiony nieznanymi inskrypcjami topornego pisma.
— Czy to jest srebro? — wyjąkał oszołomiony Drax.
— Tak wygląda — wyszczerzył zęby Ash. — To jest warte majątek!
— Wyciągamy go!
Lilith patrzyła rozszerzonymi z chciwości oczami, jak jej przyjaciele odwijają zmumifikowane zwłoki z zabezpieczającego łańcucha. Śmierć Dobromira już jej nie obchodziła, przyćmiona nieoczekiwanym bogactwem. Nagle zmarszczyła brwi.
— Ej, a to nie jest jakiś wampir? — wskazała na wciąż wystający spomiędzy żeber kołek. — Może na wszelki wypadek tego nie wyciągajcie?
— Ocipiałaś? — żachnął się Drax. — Przecież to ze dwa kilo srebra! Wampir, też coś! Nie pamiętasz, że czarownice też palili? Wszystko, żeby ugruntować władzę Kościoła! Pewnie zebrali srebro z całego kraju, a żeby kmiotki nie protestowały, zmontowali tego pseudo wampira. Lepsze zabezpieczenie, niż jakiś sejf.
— Czemu nikt tego nie ruszył?
— A bo ja wiem? — wzruszył ramionami i chwycił kołek wielką dłonią. — Zrobili sobie lokatę terminową? Wszyscy, którzy o tym wiedzieli, zginęli?
Wyszarpnął kołek.
Lilith wciągnęła gwałtownie powietrze pełne kurzu i rozkaszlała się wściekle.
— Widzisz? — Drax odkopnął wysuszone zwłoki w bok i pomachał do niej kołkiem. — Ciężki. Łap.
Rzucił metal Ashowi.
— Dobra, zabieramy srebro i wychodzimy stąd — zaśmiała się z ulgą dziewczyna. — To miejsce jest złe.
Słowa zabrzmiały zbyt lekko nawet dla niej; czuła, jak chciwość przykrywa strach i poczucie winy cienką, kruchą warstwą.
Krew z poderżniętego gardła Dobromira gromadziła się na zapadniętej posadzce. W końcu przelała się i popłynęła uskokiem wprost w zasuszone usta wiekowego trupa.
Potarła przedramiona; skóra zjeżyła się jak od mrozu. Temperatura spadła wyraźnie o kilka ładnych stopni. Zmarszczyła brwi i obejrzała niespokojnie.
Krótki zacharczał nagle, gdy zakrzywione szpony świsnęły w powietrzu i trafiły go w krtań. Runął na ziemię wstrząsany drgawkami, dławiąc się krwią. Jego nogi uderzały konwulsyjnie w kamień.
— Krótki! — ryknął Drax. — Nie!
— Kurwa, martwe zło! — wrzasnął z przerażeniem Ash, gdy światło latarki Lilith wyłuskało z mroku i kurzu przerażającą postać.
Adrenalina eksplodowała w ich żyłach, gdy mózgi przetworzyły wizualną informację.
Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie, widząc straszliwą ranę w szyi przyjaciela. Przycisnęła dłonie do ust jakby w obawie, że każdy dźwięk spowoduje zjawę do ataku.
Wszyscy troje cofnęli się na miękkich nogach w kierunku otworu w suficie krypty, przeklinając histerycznie.
Ożywiona, tysiącletnia groza zrobiła krok w ich stronę. W powietrzu rozległo się skrzypienie wysuszonej skóry i kości.
Ash jęknął. Spocona dłoń zadrżała mu na kołku. Rzucił się jednak naprzód w przypływie szalonej odwagi i dźgnął upiora zaostrzonym kawałkiem srebra w pierś.
Chybił serca.
Wysuszony trup chwycił go za szyję z szybkością atakującej kobry i wgryzł się w tętnicę, wydając z siebie obrzydliwe odgłosy siorbania i przełykania.
— Sukinsynu! — ryknął Drax i cisnął w stwora ciężkim łańcuchem, przewracając go w kałużę krwi wypływającą z rozerwanej szyi Krótkiego. Wyschnięte ciało piło ją jak gąbka. — Lilith, uciekaj!
Lilith zamarła. Jej serce waliło w piersi jak oszalałe, ale ciało nie chciało się ruszyć. To nie był paraliż ze strachu. To było coś gorszego.
Nie mogła.
Nie było jej wolno.
Czuła, jak coś wpełza w jej myśli. Jak chłodne, długie macki zaciskają się na jej świadomości, wnikając w każdą szczelinę jej umysłu. To nie był głos, który słyszała uszami – on był w niej, głęboki, lepkim echem odbijał się po jej czaszce, niczym szepty w zamkniętym sarkofagu.
Spokojnie, moje dziecko.
Zacisnęła powieki, ale to nic nie dało. Nie mogła go odepchnąć, tak samo jak nie da się wypchnąć zimna, które wpełza pod skórę.
Wypiłaś moją krew. Moją komunię. Należysz do mnie.
— Nie… – wyszeptała bezgłośnie. — Nie… nie ja…
Będziesz moim zwiastunem. Moim szeptem wśród nocy. Będziesz niosła moje słowo, aż świat znów padnie do moich stóp, a chrześcijańskie plugastwo zostanie wyplenione ze świętych gajów, robiąc miejsce na powrót mego pana. Czarnoboga.
Poczuła, jak coś pulsuje w jej wnętrzu — jakby serce biło w obcym rytmie. Jakby jej własny rytm był wypierany przez cudzy, wolniejszy, przywodzący na myśl słabnącą pięść łomoczącą od środka w pokrywę zamkniętej trumny.
Nie była już pewna, gdzie kończy się Lilith, a zaczyna on.
Jam jest Mściwój.
Drax rzucił się jeszcze raz z bagnetem, rycząc jak w amoku — cień był szybszy.
Usłyszała agonalne charknięcie. Otworzyła oczy i zobaczyła, jak mężczyzna osuwa się na kolana z gardłem przeciętym jak brzytwą. Jego krew rozlewała się po posadzce, wijąc się cienkimi strumieniami ku szczelinie, z której wypełzał cień.
Lilith wiedziała, że powinna krzyczeć. Ale nie mogła.
Nie wolno jej było.
Nie podzielisz ich losu.
Czuła, jak potężna siła przygniata ją do ziemi, ale nie było w tym brutalności. Była w tym własność. Jak przyciska się do podłogi niesfornego psa.
Wiedziała, że mogłaby się teraz zerwać do ucieczki. Mogłaby wrzeszczeć. Mogłaby walczyć.
Ale zamiast tego stała i patrzyła, jak jej przyjaciele dogorywają.
Będziesz moimi oczami w tym świecie. Będziesz moim głosem.
Mściwój uśmiechał się zakrwawionymi kłami.
Przysunął się bliżej, jego wysuszone ciało szybko nabierało jędrności i życia dzięki wypitej krwi. Oczy miał ciemniejsze niż noc, ciemniejsze niż otchłań, w której przebywał przez tysiąc lat.
Przyjmij mnie.
Coś dotknęło jej czoła.
Nie fizycznie — mentalnie. Jakby druga świadomość rozdarła jej myśli i wepchnęła się do środka, wyparła ją, rozciągnęła i pochłonęła.
Przyjmij mnie, Lilith.
Otworzyła usta, by krzyknąć, ale wydobył się z nich śmiech.
Nie jej.
Nie jego.
Ich wspólny, gdy jaźń dziewczyny została wchłonięta, zmieszana ze starożytnym złem i na powrót umieszczona w jej ciele.
Świątynia zadrżała raz jeszcze. Pęknięcia rozeszły się po ścianach, a z ziemi wydobył się pomruk.
Smok przewrócił się we śnie.
Lilith wiedziała już, że jest za późno.
W mgnieniu oka poznała historię Mściwoja – pochodnie, zimny sarkofag, srebrne więzy. Oni je rozerwali. Umożliwili mu powrót.
Otworzyła oczy.
Były inne: puste, obce.
Noc się rozstąpiła. Jakby uchylono wieko świata.
Wróciłem.
Bożydar Rakowski stał na skraju gęstego boru, którego czarne, potężne pnie ginęły w gęstej mgle. Korony wystawały ponad jej kłęby, sprawiając wrażenie potężnych krzaków wyrastających z grubego dywanu chmur. Powietrze było ciężkie, pachniało ziemią i mokrymi, butwiejącymi liśćmi. Każdy jego krok wydawał głuchy, dudniący dźwięk, choć pod nogami leżał miękki mech. Rozejrzał się dookoła, podejrzewając, że jakiś dowcipniś uderza w wojenny bęben gdy tylko stawiał stopę, ale okolica wydawała się martwa. Nie słyszał nawet ptaków. Zmarszczył brwi na myśl o wojennym bębnie – skąd się wzięła? Normalnie przyszłyby mu do głowy bongosy albo zwykły garnek. Potrząsnął głową, bezskutecznie próbując przegnać odczucie przymusu, by zagłębić się w mglistą puszczę. Wokół rozbrzmiewały niskie, nieludzkie szepty – melodia, której źródło zdawało się zmieniać miejsce w rytm pulsującego w powietrzu absurdalnego odgłosu jego kroków..
W oddali, stłumione przez mleczne opary, błysnęło czerwone światło. Nieświadomie ruszył w jego stronę, jakby ktoś nadludzko silny ciągnął go za niewidzialny sznur. Gdy dotarł na polanę, przed jego oczami rozciągnęła się scena, która wyryła się w jego umyśle jak najbardziej przerażający obraz Beksińskiego albo Hieronima Boscha.
Na środku polany, pośród potrzaskanych kamieni i obrośniętych mchem posągów, stała postać. Wysoka i potężnie zbudowana, o twarzy ukrytej w cieniu kaptura płaszcza, który zdawał się być utkany z żywej ciemności. Jej ramiona rozpościerały się jak gałęzie umarłego drzewa, a dłonie – poznaczone czarnymi runami tatuaży – trzymały długi miecz zakończony rękojeścią w kształcie smoczego łba.
U jego stóp kołysały się postacie, półnagie, oblepione błotem i krwią. Ich ciała były powykręcane w groteskowym tańcu, rytm ich ruchów wyznaczało bicie niewidzialnych bębnów wojennych – dźwięk prymitywny, dziki, wbijający się w duszę. Śpiewali coś, słowa wydobywały się z ich ust na podobieństwo wycia wichru, który hulał po polu świeżo zakończonej, krwawej bitwy. Język nieznany i przerażający, a jednak dziwnie znajomy, jakby wypalony w pamięci Bożydara przez pokolenia jego przodków.
Nie tych genetycznych, lecz duchowych. Łowczych.
Zakapturzona postać podeszła do ołtarza – pękniętego, kamiennego bloku poplamionego zaschniętą juchą. Leżał tam młody mężczyzna, skrępowany sznurami. Bożydar nie mógł oderwać wzroku, choć serce krzyczało, by uciekać. Obcy odrzucił w tył płaszcz ciemności, biorąc zamach długim mieczem. Bez najmniejszego wysiłku odciął głowę przerażonej ofiary. Krew wytrysnęła jak żywy strumień, spływając na pokryty runami ołtarz. Spod falującego kaptura błysnęły złowrogo gorejące oczy, których spojrzenie spoczęło na Rakowskim. Klinga miecza ponownie uniosła się i wycelowała w jego kierunku. Po zbroczu spływała krew, pokrywając lepką czerwienią wytatuowaną dłoń, która trzymała rękojeść. Bożydar mógłby przysiąc, że osadzony na rękojeści pysk smoka wysunął rozwidlony język, zlizując posokę. Obcy wykonał kilka szybkich kroków, aż sztych oparł się o mostek Rakowskiego, bardziej parząc, niż kłując.
— Kim jesteś? – zdołał wykrztusić Bożydar.
— Najwierniejszym sługą – zimny głos rezonował w jego umyśle z siłą huraganu. – A pan mój, Czarnobóg, obdarza swe sługi mocami przerastającymi twe pojmowanie, psie Peruna!
Wtedy to poczuł – zimny, przeszywający ból w karku i wrażenie, jakby to jego bezgłowe zwłoki leżały na ołtarzu. Z ziemi za budzącym grozę zakapturzonym mężczyzną zaczęły wyrastać czarne węże – wijące się, śmiercionośne kształty z czarnego dymu oplatały wznoszących modły ludzi, pożerając ich żywcem. Wrzaski bólu i przerażenia wydawały się Bożydarowi dziwnie stłumione.
Niebo gwałtownie pociemniało. Nie tylko pociemniało – rozpruło się niczym zetlała tkanina szarpnięta z ogromną siłą. Czarna pustka zalała horyzont jak smoła, rozlewając się z rozdarcia w rzeczywistości. Powietrze zgęstniało, stało się ciężkie, jakby każda jego cząstka niosła w sobie echo miliardów szeptów potępionych dusz. Bożydar wciągnął gwałtownie oddech i natychmiast pożałował – poczuł zapach palonego mięsa, przegniłej ziemi i starej krwi, zapach śmierci, który oblepiał mu gardło jak śluz.
Nie był pewien, czy jeszcze oddycha. Nie był pewien, czy wciąż żyje. Płuca miał pełne czegoś obrzydliwego.
Coś zaszumiało w ciemności, a on wyczuł ruch. Nieprzyjemne drżenie wypełniło powietrze, jakby skóra świata miała zaraz pęknąć pod naporem czegoś, co nie powinno się tu znaleźć.
Potem to coś zaczęło się wyłaniać.
Z ciemności wykwitły kształty – groteskowe, płynne, jakby utkane ze snu kogoś kompletnie szalonego. Olbrzymia, cienista sylwetka sunęła ku niemu, jej kontury zmieniały się, pulsowały, jakby rzeczywistość nie mogła się zdecydować, co właściwie tworzy. Macki dymu wiły się wokół postaci, ślizgając po ziemi niczym czarne węże. Gdy dotykały pradawnych dębów, drzewa eksplodowały w deszczu czarnych drzazg.
Głowa demona poruszyła się.
Bożydar zadrżał, choć nie czuł zimna. Nie potrafił się ruszyć, nawet odwrócić wzroku.
Czarne szpony przecięły powietrze, a olbrzymia twarz ostatecznie uformowała się z cienia. To nie była twarz – to była pustka. Dwa gorejące punkty, niby oczy, ziały w niej piekielnym ogniem. W tym spojrzeniu coś się gotowało, coś przerażająco starego. Bożydar wiedział, że Czarnobóg nie patrzy na niego tak po prostu — on go pochłaniał, kawałek po kawałku, jak gdyby istnienie Łowczego było tylko kolejnym światłem do zgaszenia. Płomieniem dopalającej się zapałki.
Zamarło mu serce. A może po prostu już od kilku chwil nie biło?
Z tej pustki dobył się głos. Nie brzmiał jak ludzki dźwięk – raczej jak odległe dudnienie, coś pomiędzy echem wrzasków kogoś pogrzebanego żywcem w kamiennym grobowcu a złowrogim grzmotem przed burzą.
— Ponownie odwiedzasz przeszłość, dziecko Peruna?
Każde słowo rezonowało w jego ciele, jakby kości nagle stały się pustymi piszczałkami, w które wdmuchnięto truciznę. Poczuł w sobie drżenie szarpiące każdy nerw.
Czarnobóg wyciągnął szpony.
— Nadchodzi czas zapłaty.
Nie był to atak, lecz coś o wiele gorszego — dotknięcie. Tylko lekki gest, ledwie muśnięcie, a Bożydar poczuł, jak jego własna skóra zaczyna się roztapiać przy wtórze palącego bólu.
Rzucił się w tył, ale nie miał gdzie uciekać – przestrzeń wokół niego nie istniała. Wszystko, co nie było Czarnobogiem, zapadło się w czerń. A może zostało wchłonięte przez to bóstwo? Tak czy owak droga ucieczki nie istniała. Wrzasnął w straszliwym cierpieniu.
— Krew na ołtarzu obudziła moc.
Coś szarpnęło go od środka. Zimno przeszyło jego kręgosłup i kark, rozlało w głąb czaszki, paląc myśli, spopielając wspomnienia.
— Jeden z moich najwyższych kapłanów został uwolniony na twój świat, mały Łowczy.
Coś pełzało mu za oczami. Poczuł przyprawiający o mdłości ruch.
Krzyknął, ale w mrocznej pustce głos się nie rozchodził.
– Przyjdź do mnie, Bożydarze. Dołącz do mnie. Ten świat jest skazany na zagładę.
Zawirował, jakby ciśnięty potężnym podmuchem wiatru.
Prosto w otchłań.
Otchłań, która miała oczy.
I czekała.
ᚦ ᚨ ᚱ
Bożydar zerwał się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał go ze szponów śmierci w ostatniej chwili. Pot zalewał mu twarz, oddech rwał się spazmatycznie.
Głowa mu dudniła. Wciąż słyszał te słowa.
Przyjdź do mnie, Bożydarze.
Otworzył usta, ale jedyne, co zdołał powiedzieć, to:
— Kurwa.
Uspokoił oddech i sięgnął po szklankę z wodą. Wypił duszkiem połowę i usiadł na łóżku. Cholerne koszmary.
Podrapał swędzącą pierś i zamarł. Spojrzał w dół i dojrzał zaczerwienienie w miejscu, gdzie zbroczony krwią miecz oprawcy ukłuł go w mostek.
— Bez przesady, podkomisarzu Rakowski! – zaśmiał się sam do siebie. – Właśnie się podrapałeś, geniuszu, stąd ten ślad. Obciąłbyś w końcu te szpony, bo kiedyś sobie wydrapiesz oko.
Sięgnął do szafki nocnej i wyjął cążki. Starannie obciął paznokcie, nie zważając na fakt, że były w miarę krótkie i całkiem zadbane.
Tak było po prostu lepiej niż wierzyć, że jakaś zjawa ze snu zostawiła mu na piersi ślad po sztychu miecza. Wyłączył szumiącą cicho klimatyzację. Na zewnątrz już zmierzchało, a to cholerstwo podbijało rachunki za prąd zdecydowanie zbyt wysoko. Pensja podkomisarza polskiej Policji nie była aż tak dobra, jak wyobrażali sobie ludzie spoza służby.
Zgodnie z ustalonym rytmem swojego życia przespał cały dzień. Poczłapał do łazienki, ochlapał twarz wodą i zerknął w lustro. Z lekko przybrudzonej powierzchni spojrzała na niego para przekrwionych oczu o różowych tęczówkach osadzonych w chudej twarzy. Spróbował przygładzić niesforną strzechę białych jak mleko włosów, ale jak zwykle wydawały się mieć własne plany na wygląd, które odbiegały od szablonowej fryzury korpusu młodszych oficerów. Westchnął ciężko i przepłukał usta miętowym płynem, pozbywając się z nich smaku nocnego (choć w jego przypadku raczej dziennego) trampka. Wyszczerzył zęby, szukając śladów nalotu. Długie siekacze, które w komplecie z jego bielactwem i różowymi oczami złożyły się na złośliwy przydomek Wściekły Królik, błysnęły nieskazitelną bielą.
No dobra, fizycznym przymiotom zawdzięczał tylko drugą część przezwiska. Wściekły mogło mieć coś wspólnego z jego sposobem bycia i szczerością, którą inni nazywali złośliwością.
Załatwił poranną, to znaczy wieczorną potrzebę i wszedł pod prysznic, schylając głowę, żeby nie przywalić o górną krawędź kabiny. W pobliskim sklepie z armaturą nieźle się nagłówkowali, zanim znaleźli odpowiednio wysoką kabinę prysznicową. Dzięki temu cała łazienka nie pływała w wodzie, która odbijała się od jego czaszki kiedy mył włosy.
Zimna woda pobudziła go do życia. Wytarł się do sucha i przyjrzał się krytycznym okiem przygotowanemu na dzisiaj ubraniu do pracy. Nienawidził prasować, więc uznał, że na nocnej zmianie nikt nie zwróci uwagi na wymięty t—shirt z koncertu Black Sabbath. Poza tym nie miał partnera, który mógłby się poskarżyć (mówiąc wprost, nikt nie chciał z nim pracować). Szczęśliwie inspektor Kleczkowski pracował w ciągu dnia. Co z oczu, to z serca, chociaż Rakowski obstawiał, że jego przełożony miał zamiast serca kawałek zardzewiałego żelastwa.
Włożył na szyję swój nieodłączny wisior ze srebrnym, długim na dziesięć centymetrów krzyżykiem. Nie był praktykującym katolikiem, ale czuł się bezpieczniej z tym atrybutem wiary przy sobie.
Zwłaszcza, że spiłował pionową belkę w ostry szpic.
Przeszedł do salonu połączonego z kuchnią i podciągnął rolety, które szczelnie chroniły mieszkanie przed światłem. Na zewnątrz słońce już zaszło, było więc dla niego bezpiecznie opuścić schronienie.
Nie był wampirem, wbrew żartom, które krążyły na posterunku.
Był albinosem z chroniczna wrażliwością na słońce. Wystarczała krótka ekspozycja, by jego skóra pokrywała się bolesną, swędzącą wysypką. Prowadził nocny tryb życia, przejmując najbardziej nielubiane zmiany w policji. Nie przeszkadzało mu to. Mógł w ten sposób trzymać w ukryciu swój sekret widzenia w ciemnościach. Dzięki temu jego wyniki w łapaniu działających nocą przestępców były najwyższe w województwie.
Przegryzł na śnialację (jak nazywał wieczorny posiłek) kilka zimnych kanapek, które przygotował przed pójściem spać i poparzył sobie usta gorącą kawą. Zerknął na poobijaną kopertę starego radzieckiego zegarka marki Czajka, prezent od swojego świętej pamięci dziadka.
— O w dupę jeża! – Zmitrężył na jedzeniu zbyt dużo czasu.
Zerwał się od stołu i zostawił brudne naczynia tak, jak stały. Szarpnął za drzwiczki szafki pancernej, upewniając się, że służbowa broń spoczywa bezpiecznie w zamknięciu. Dziś na pewno nie będzie jej potrzebował. Planował zebrać informacje w szpitalu na Borowskiej od nocnej zmiany lekarzy. Rozgryzał sprawę tajemniczych śmierci niemowląt na porodówce. Później zamierzał odwiedzić kilku swoich informatorów.
Zamknął drzwi na klucz i podszedł do windy. Wcisnął przycisk i czekał przez dłuższą chwilę, ale nic się nie działo.
— Wspaniale – zgrzytnął zębami.
Drzwi mieszkania sąsiadującego z jego własnym otworzyły się.
— Jeszcze wspanialej – mruknął pod nosem, przyspieszając kroku.
— Dzień dobry, Króliczku! – rozległ się wesoły kobiecy głos.
Zatrzymał się z ręką na poręczy schodów. A było tak blisko.
— Pani Patrycjo, ile razy mówiłem, że albo Bożydar, albo Wściekły Królik? – burknął wiedząc, że równie dobrze mógłby próbować przekonać lwa do wegetarianizmu.
Sześćdziesięcioletnia bibliotekarka uśmiechnęła się szeroko.
— Dla mnie zawsze będziesz Króliczkiem, mój drogi.
— Jeśli usłyszy to ktoś z mojego posterunku…
— To twój obraz gburowatego tetryka legnie w gruzach? – zakpiła Maciejewska. – Dowiedzą się, że wnosisz sąsiadce zakupy, jak winda się zatnie? Albo, że ta blizna na twoich chudych żebrach nie jest po operacji usunięcia serca, tylko poharatałeś się ściągając z drzewa Mruczka Goździkowej?
Bożydar zaburczał coś pod nosem w odpowiedzi.
— Nie krzyw się, bo ci tak zostanie, kochaniutki! – zbeształa go. — Mówię samą prawdę.
— Nie krzywię się, to mój normalny wyraz twarzy! – oburzył się podkomisarz. – Muszę lecieć do pracy. Winda znowu się zacięła, nawiasem mówiąc.
— Dobry z ciebie chłopak, Bożydar. Tylko trzeba ci o tym od czasu do czasu przypomnieć.
— Ehh…. – zgrzytnął zębami Rakowski i zaczął zbiegać w dół.
Zeskakiwał po dwa schodki na raz, byle szybciej wyjść poza zasięg głosu. Co było wyzwaniem, gdyż słuch miał taki, że niemal słyszał, jak rośnie trawa. To było coś nowego. Coś, co pojawiło się razem z tymi przeklętymi koszmarami o składaniu ofiar dla Czarnoboga. Całe szczęście, że po kilku dniach nieopisanej kakofonii nauczył się nad tym panować, ponieważ kiedy był w złym humorze, potrafił być naprawdę wredny. Wszystkie rzucane szeptem uwagi na swój temat oraz wszelkie inne brednie karmionego fake newsami tłumu w taki właśnie nastrój go wprawiały. Lepiej dla nich, że potrafił już kontrolować ten przedziwny słuch.
Minął trójkę nastolatków na półpiętrze i owionął go znajomy zapach.
— Patrzcie, Dracula z dziesiątego piętra – doleciał go drwiący szept. – Jaki kraj taki wampir, jak mówi mój ojciec.
Zatrzymał się gwałtownie i westchnął ciężko. Wszedł z powrotem kilka stopni i spojrzał na uśmiechających się zadziornie chłopaków w zbyt obszernych ubraniach.
— Malinowski, tak? – Spojrzał na tego, który zdawał się wieść prym. – Te spodnie to chyba po tym twoim elokwentnym ojcu, bo wydają się i za szerokie, i zbyt długie na ciebie, a on z tego co kojarzę jest upasiony jak wieprz na świniobicie.
Nastolatek poczerwieniał gniewnie i nabrał powietrza w płuca, ale Rakowski tylko uniósł dłoń, błyskając policyjną odznaką.
— Wyczuwam znajomy zapach, chłopaki. Wywrócić kieszenie na lewą stronę, wszyscy.
Twarze całej trójki nabrały nagle ziemistego koloru.
— No, dalej!
— Nie ma pan prawa… — zaczął młody Malinowski, ale Bożydar pacnął go otwartą dłonią w tył głowy.
— Akurat mam, gówniarzu. Uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa.
Chłopak próbował ukryć mały woreczek strunowy, który miał w przepastnej kieszeni, ale podkomisarz chwycił go za nadgarstek i zmusił do otwarcia dłoni.
— No i proszę! – uśmiechnął się szeroko, przyglądając się zapakowanemu szczelnie gramowi suszu konopnego. – Jeśli nie macie na to recepty, to będę was musiał aresztować.
Odwaga opuściła całą trójkę w tej samej chwili. Błagali go na przemian, nie wykazując ani odrobiny chojractwa sprzed kilku chwil.
— Panie Rakowski, to na własny użytek… — Malinowski złożył ręce jak do modlitwy. – Bądź pan człowiekiem, tata mnie zabije jak się dowie…
— Czyli wiesz, że nie nazywam się Dracula? – udał zdziwienie podkomisarz.
— Przepraszamy, to było głupie – przynajmniej jeden z chłopaków miał na tyle rozumu, żeby użyć właściwych słów. – To był tylko żart…
Rakowski pomachał im przed oczami woreczkiem z marihuaną.
— Zabieram to do zniszczenia. Macie szczęście, że mi się spieszy! Jeśli was znowu przyłapię z gandzią, to porozmawiamy na posterunku, rozumiemy się?
Pokiwali gorliwie głowami.
— Przekaż ojcu, że skoro uzależnia jakość wampira od kraju pochodzenia, to w Polsce ich nie ma. U nas są wąpierze, jasne?
Popatrzyli na niego kompletnie bez zrozumienia, jakby przemówił w obcym języku.
Pokręcił z politowaniem głową, schował marihuanę do kieszeni na udzie i ruszył biegiem wzdłuż schodów. Gdy był dwa piętra niżej, wytężył słuch.
— Jakim cudem ten gość to wywęszył? – dobiegł go pełen niedowierzania szept. – Było szczelnie zamknięte, tylko pies mógłby to wyczuć! I co to niby jest wąpierz? Ojciec ma rację, to cholerny dziwak!
— Nawet nie wiesz jak wielki, Malinowski! – odkrzyknął w biegu.
Wyszczerzył długie zęby w złośliwym uśmiechu, gdy dobiegł go wybuch gorączkowych, pełnych niedowierzania szeptów.
Wyszedł na ciepłe, wieczorne powietrze, które pachniało suchą trawą i spalinami. Jak co noc od dziesięciu lat, przeczesał wzrokiem całe ciemne podwórko, nasłuchując najmniejszych odgłosów swoim wzmocnionym słuchem. Pociągnął kilka razy nosem, szukając znajomego, słodkawego zapachu rozkładu. Cisza. Spokój. Przynajmniej na razie.
— Co to jest wąpierz, też mi coś! – mruknął pod nosem, idąc do swojego samochodu.
Sam musiał przyznać, że dziesięć lat temu też by nie wiedział, czym jest to stworzenie. Nie wiedział do owej krwawej nocy, kiedy interweniował w sprawie zakłócenia ciszy nocnej, a skończył, odcinając samobójcę ze sznura.
Samobójcę, który został doprowadzony do śmierci przez starożytną rzeźbę Wija – smoczego generała demonicznej armii Czarnoboga, wyjętego wprost z legend dawnych Słowian.
Samobójcę, który mocą tej samej rzeźby wrócił do życia. Nie jako człowiek, lecz jako wąpierz – krwiożercze monstrum na smoczych usługach Wija — i dokonał rzezi w klasztorze kapucynów na ulicy Sztabowej.
Damian Dworak, starosłowiańska wersja wampira.
To podczas obławy na tego stwora dowiedział się rzeczy, o których wolałby nie wiedzieć.
Okazało się, że jest Łowczym – wojownikiem Peruna, starożytnego boga burzy, wojny i sprawiedliwości. Tamtej nocy spotkał innego Łowczego, który wiedział o wszystkim znacznie więcej niż on. Wokół nich od wieków toczyła się wojna.
Wojna, która zaczęła się w 966 roku, gdy Mieszko I schrystianizował swoje księstwo. Pogańscy kapłani stracili swoją moc i wpływy, a bóstwa Słowian zapłonęły gniewem. Najgroźniejsze z nich, Czarnobóg, pan złego losu, poprzysięgło zniszczyć nową wiarę.
Wezwał smoka Wija, który zamieszkiwał podziemia, by zgromadził armię demonów. Wij nie mógł opuścić swojego leża – powieki miał tak ciężkie, że niemal cały czas spał. Pętała go dodatkowo moc nowego Boga, więc zlecił swoim podwładnym stworzenie przeklętych rzeźb – kamiennych posążków samego siebie niosących klątwę.
Figurki te doprowadzały właścicieli do obłędu i samobójstwa. Klątwa była sprytna – posążków nie można było zniszczyć. Gdy właściciel ginął, jego dusza trafiała do Czarnoboga, a Wij miał moc ożywiania ich jako wąpierzy – nieumarłych karmiących się ludzką krwią.
Ich zadaniem była destrukcja nowej wiary – sianie zwątpienia przez krwawe mordy na kapłanach i wiernych.
W akcie desperacji biskup Jordan próbował egzorcyzmować posążki, ale zamiast pomóc, tylko pogorszył sytuację. Aby ocalić siebie, zaczęto przekazywać rzeźby dalej, sprzedając je nieświadomym ludziom. Jeśli poprzedni właściciel ginął bez spowiedzi, jego dusza tak czy owak wpadała w szpony Wija. Podkomisarz był przekonany, że w tym również maczał palce Czarnobóg. Wyznawcy wiary miłości, którzy z premedytacją sprowadzają niebezpieczeństwo na bliźniego, żeby ocalić własną skórę? Musiało mu to sprawiać nie lada ubaw.
Wąpierze zaczęły się mnożyć.
Tamtej nocy Rakowski pierwszy raz usłyszał o Łowczych – potomkach ludzi, którzy nosili w sobie dar Peruna. Ich poczęcie było owiane tajemnicą i wiązało się z mrocznymi mitami. Każdy Łowczy był albinosem, skazanym na życie w nocy, by polować na stwory chaosu. W zamian za tę słabość mieli niezwykłe zdolności: wyostrzone zmysły, ogromną siłę i – co najważniejsze – umiejętność niszczenia smoczych rzeźb.
Niewiele już ich zostało na świecie. Wiara chrześcijańska umocniła się tak, że Wij nie miał wystarczającej siły, by przekląć kolejne, a wyznawców Czarnoboga praktycznie już nie było.
Smok jednak nadal istniał, a podkomisarz od wielu lat próbował odnaleźć i zniszczyć pozostałe figurki.
Otrząsnął się ze wspomnień i otworzył kluczykiem drzwi wysłużonego samochodu służbowego marki Kia Ceed. Jego wiekowy Polonez przerdzewiał w końcu tak, że jazda nim groziła śmiercią, więc inspektor Kleczkowski łaskawie polecił wydać mu inne auto.
Niestety, kilka wieczorów wcześniej podczas służbowego karaoke żona inspektora zapytała Rakowskiego co sądzi o jej występie.
Podkomisarz zawsze dziwił się, dlaczego ludzie zadający pytania, nie chcą usłyszeć prawdziwej odpowiedzi. Pies sąsiadów naprawdę bardziej trzymał tonację podczas wycia do „I will always love you” niż Kleczkowska.
No i teraz jeździł rozklekotaną Kią, która została budżetowo wyremontowana po solidnym wypadku. W środku wszystko trzeszczało i piszczało podczas jazdy, a klimatyzacji nie naprawiono, bo podobno zabrakło pieniędzy z ubezpieczenia.
Bożydarowi to nie przeszkadzało. Jeździł głównie nocą, więc wystarczyło otworzyć okno, by mieć naturalną regulację temperatury. Odpalił silnik i ruszył, włączając cicho rockowe radio i policyjną radiostację. Upał nadal trzymał miasto w uścisku, choć słońce już zaszło, znikając za linią betonowych bloków. Powietrze było suche, duszne i ciężkie, niosąc ze sobą zapach spalonej słońcem trawy, kurzu i spalin. Miasto wydawało się zmęczone tym bezlitosnym żarem, nawet jego zwykle tętniące życiem centrum było tego wieczoru przygaszone.
Bożydar skręcił w ulicę Powstańców Śląskich, mijając niemrawo poruszające się tramwaje i leniwie wlokące się samochody. Nawet pojazdy wydawały się unikać ruchu.
Auto jęknęło przy zmianie biegów, a z otwartego okna wpadł ciepły podmuch, niosąc ze sobą zapach asfaltu i nagrzanych budynków. Radio cicho grało, ale Bożydar go nie słyszał.
Te cholerne sny. Albo popadał w paranoję, albo działo się coś niepokojącego. Owszem, przez całe życie towarzyszyło mu doskonałe widzenie w ciemnościach, ale od kiedy zaczęły się owe koszmary, budziły się w nim nowe moce. Nadzwyczajny słuch i węch pojawiły się krótko po tym, jak przyśniło mu się mroczne słowiańskie bóstwo, które próbowało przedostać się na ten świat. To nie mógł być przypadek. Coś się działo.
Kolejnym niepokojącym sygnałem był telefon od ordynatora Oddziału Położnictwa Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ulicy Borowskiej. Kilka miesięcy temu Bożydar odstraszył grupkę wyrostków, którzy zaczepiali na ulicy żonę Artura Sabackiego wracającą z nocnego dyżuru na SOR Szpitala Wojskowego i odeskortował ją do domu. Od tamtego czasu ordynator starał mu się zrewanżować, zgłaszając wszelkie podejrzane sprawy, żeby podkomisarz mógł, jak to określił, zapunktować u przełożonych.
Jakby albinos nie miał tego głęboko w dupie.
Tym razem jednak instynkt podpowiadał mu, że nie była to kolejna bzdura, którą z rozkoszą mógłby zignorować. Coś jest nie tak, panie podkomisarzu. Mamy u siebie na Borowskiej wielką ilość poronień. Zbyt wielką, jak na zwykły przypadek. Wyniki badań są zawsze prawidłowe, a noworodki albo rodzą się martwe, albo dochodzi do poronienia na terenie szpitala. Mamy już pierwsze oskarżenia o błędy w sztuce. Osobiście byłem przy kilku porodach, gdzie przebieg ciąży sugerował absolutnie zdrowe dziecko i rutynową dostawę na świat nowego człowieka, a kończyło się martwym noworodkiem. Porody były rejestrowane kamerami przez ojców, a zamiast pamiątki, są teraz dowodami w sprawie. Nie było żadnych błędów, tutaj dzieje się coś dziwnego. Proszę o pilny przyjazd.
Kiedy dotarł na Borowską, miasto było już pogrążone w ciemnościach. Większość okien szpitala było jasno oświetlonych, jakby starały się rozproszyć ciężar, który zdawał się wisieć nad tym miejscem. Skręcił na parking, zaparkował blisko wejścia, wyłączył silnik, radio i przez chwilę siedział bez słowa. Coś w powietrzu wydawało się złowieszczo cuchnąć, chociaż nie był to prawdziwy odór. Czuł to przez skórę — ni to swędzenie, ni mrowienie, ale… coś. Jakby fizyczną manifestację niepokoju.
Zaciągnął ręczny hamulec, wysiadł i zamknął drzwi. Nawet o tej porze upał nie odpuszczał. Przez otwarte okno budynku dobiegł do niego przytłumiony dźwięk dziecięcego płaczu, który zniknął tak nagle, jak się pojawił.
Wewnątrz szpitala jarzeniowe światła były rażąco jasne, a powietrze lepkie od zapachu środków dezynfekujących i leków. Strażnik nawet nie spojrzał, kiedy przeszedł obok niego, skupiony na meczu w telefonie.
Podkomisarz poczuł, jak na ramiona wypełza mu gęsia skórka. Zmarszczył brwi. Nie było aż tak chłodno od klimatyzacji. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł niczego podejrzanego. Z uczuciem, że coś jest nie w porządku Bożydar szybkim krokiem udał się na oddział położniczy, gdzie czekał na niego ordynator.
Znalazł go w gabinecie przy końcu korytarza. Mężczyzna był spocony, jego kitel kleił się do pleców, a okulary zsunęły się na sam czubek nosa. Spoglądał na Bożydara jak na ostatnią deskę ratunku.
– W końcu pan jest – rzucił, łapiąc go za ramię. Jego głos był niski, ale drżący. – Dziękuję. Proszę siadać. Kawy?
– Dziękuję, już piłem. Proszę mi wszystko opowiedzieć ze szczegółami, nieważne jak niewiarygodne by się panu wydawały.
Ordynator spojrzał na niego dziwnie i wziął głęboki wdech, wycierając czoło rękawem.
— To… to przybiera na sile. Panie Rakowski, mamy tu problem. Bardzo poważny problem.
— Do brzegu, doktorze Sabacki. Szczegóły. Co przybiera na sile?
– Kolejnych trzech dzieciaków nie udało się dziś uratować. Z przyczyn naturalnych, tak to wygląda. Ale panie podkomisarzu… – jego głos zadrżał jeszcze mocniej – W sumie to zastraszająca ilość. Osiemnaście zgonów w ciągu trzech tygodni. Wszystkie te dzieci zgodnie z przewidywaniami powinny były przyjść na świat całe i zdrowe.
Bożydar zacisnął szczękę.
– I dopiero przy drugiej dziesiątce pan do mnie zadzwonił? Jakieś błędy lekarskie, o których wolałby pan nie mówić? – zapytał, choć odpowiedź była oczywista.
— Przecież w takim wypadku raczej nie wzywałbym policji, prawda? — żachnął się ordynator. – Proszę to obejrzeć.
Obrócił monitor komputera w jego stronę i uruchomił film.
— To pierwszy z dzisiejszych porodów – wyjaśnił. – Film jednego z naszych niedoszłych ojców. Zapomniał kamerę z rozpaczy, pozwoliłem sobie bez jego wiedzy skopiować to nagranie do analizy, bo za cholerę nie możemy dojść do tego, co zabija te dzieci.
Rakowski wpatrywał się w ekran, na którym wyświetliło się nagranie. Obraz był nieco rozmyty, co nadawało całej scenie jeszcze bardziej niepokojący charakter. Kamera drżała, jakby jej operator był pod silnym wpływem emocji. Na filmie widać było salę porodową, oświetloną ostrym, zimnym światłem. Lekarze i pielęgniarki pracowali w skupieniu, wszystko wydawało się przebiegać rutynowo, chociaż podkomisarz zauważył nerwowość w ruchach personelu.
Z początku nic nie wyglądało podejrzanie. Kobieta na łóżku rodziła, a zespół medyczny wykonywał swoje zadania książkowo. Narodziny przebiegły bez komplikacji – dziecko przyszło na świat, a jego płacz wypełnił salę. Było zdrowe.
Ale potem wszystko się zmieniło.
Na nagraniu widać było, jak dziecko, które pielęgniarka przenosiła do stanowiska, by je oczyścić i zbadać, nagle przestaje płakać. Kamera uchwyciła moment, w którym małe ciałko napięło się, jakby coś je pociągnęło, po czym noworodek oklapł. W tle słychać było chaos – głosy lekarzy, polecenia wydawane w pośpiechu, ale działania personelu nie przynosiły żadnego efektu.
– Zatrzymaj – powiedział Bożydar cicho, a ordynator wcisnął pauzę.
Podkomisarz wpatrywał się w ekran. Na obrazie widniała pielęgniarka, która uniosła dziecko, a jej twarz zastygła w wyrazie absolutnego przerażenia.
— Proszę cofać klatka po klatce, chyba widziałem coś dziwnego.
Sabacki posłusznie klikał myszką, aż usłyszał kolejne polecenie.
– Stop! – polecił albinos, a w jego głosie dało się wyczuć napięcie. – Tutaj!
Ordynator milczał, wpatrzony w ekran z ustami rozchylonymi z zaskoczenia.
Na nagraniu dziecko trzymane przez pielęgniarkę miało zamknięte oczy i niezdrowy odcień skóry, lecz tuż nad nim unosił się srebrzysty, niemal przeźroczysty cień. Przypominał widmowego noworodka, a sposób rozmycia obrazu wskazywał na szybki ruch zjawiska w górę.
Sabacki cofnął jeszcze o jedną klatkę, ale nie znalazł na niej widziadła, wiec wrócił do tajemniczego kadru. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok od ekranu, patrząc w oszołomieniu na podkomisarza.
– To jest tylko na jednej jedynej klatce – powiedział cicho. – Jak pan to zobaczył? Co to do diabła jest?
Bożydar odsunął się od monitora i przetarł twarz dłonią.
– To nie jest żadna choroba, błąd czy efekt środowiskowy – powiedział w końcu. – To coś więcej.
— Ale na co my właściwie patrzymy?
— Jak ogląda pan w domu z żoną film, którego wcześniej nie widziała, to też pan pyta, co będzie dalej? – Bożydar westchnął z irytacją i wstał. – Bo gwarantuję panu, że ją to wkurwia. Nie wiem. Muszę zobaczyć tę salę porodową.
Sabacki poczerwieniał lekko, ale skinął głową.
— Rozumiem. Można było powiedzieć to bez złośliwości. Proszę za mną.
— Można było, ale gdzie w tym frajda? – mruknął pod nosem albinos.
Wyszli z gabinetu i ruszyli głębiej na oddział, gdzie znajdowały się porodówki. Po kilkunastu krokach w milczeniu ordynator zerknął kątem oka na albinosa.
— Serio pan myśli, że to ją denerwuje? W sensie moją żonę.
— To jest teraz pana główne zmartwienie? – Dziwne, różowe tęczówki podkomisarza błysnęły, gdy z wyraźną niecierpliwością wywrócił oczami. – Dobra, żeby panu ulżyć w tej jakże trapiącej niepewności – tak, doprowadza ją to do szału. Każdego by doprowadzało. Na filmach się nie gada!
Urażony ordynator nie odpowiedział ani słowem, przyspieszając kroku. Gdy otwarli drzwi do kolejnego korytarza, Rakowski aż zmrużył oczy od intensywności zapachów i jeszcze bardziej obniżył czułość swojego powonienia. Leki, środki czystości, krew, silny zapach nieczystości i coś jeszcze, co na razie umykało klasyfikacji. Kombinacja nie do wytrzymania dla jego wrażliwego nosa.
Weszli na salę oznaczoną numerem cztery.
— To tutaj nakręcono ten film – głos Sabackiego zadrżał, po urazie nie było już śladu. – Przeglądałem osobiście każdy kąt przed porodem, nie ma tu nic nadzwyczajnego. Przeszukałem materac, osobiście zdezynfekowałem narzędzia, sprawdziłem leki. Gwarantuję panu, że nie można było lepiej przygotować się do przyjścia na świat tego dziecka.
