Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Twoje dziecko ciągle siedzi z nosem w telefonie? A gdy proponujesz wyjście na zewnątrz — nadal wybiera świecący ekran.
Wiemy, jak to zmienić!
Nie ma tu „instrukcji obsługi dziecka” ani sposobu na wychowanie sportowego mistrza. Nawet jeśli dziecko nie lubi sportu, unika WF-u, a ruch kojarzy mu się z czymś nieprzyjemnym, możesz to łatwo zmienić. Pokażemy ci, jak zastąpić scrollowanie social mediów codziennymi, prostymi aktywnościami.
W książce rozmawiamy ze specjalistami (psychologiem, dietetykiem, trenerami i rodzciami) o tym, jak: - mądrze ograniczać czas spędzany przed ekranami, - wprowadzić ruch do codziennego życia, - budować poczucie bezpieczeństwa i pewność siebie, - dbać o zdrowe jedzenie i zdrowe emocje, - wspierać dziecko, zamiast przenosić na nie własne ambicje.
Nie każdy musi zostać zawodowym sportowcem – i dobrze!
Tu chodzi o coś ważniejszego: o zdrowie fizyczne i psychiczne dzieci.
Zapraszamy do wspólnej gry. TA KSIĄŻKA TO DOPIERO ROZGRZEWKA PRZED MECZEM O MARZENIA.
Opinie o książce: „Jako mama czwórki dzieci, w tym nastoletnich, wiem, że walka z ekranami bywa sportem wyczynowym. Ta książka pomaga rodzicom zaszczepić w dzieciach miłość do ruchu — bez presji, z naciskiem na relacje i zrozumienie. Polecam wszystkim rodzicom!”
Ola Żebrowska „Doskonała pozycja dla rodziców! Zarówno tych, którzy wychowują młodych sportowców, ale także tych, których dzieci potrzebują zachęty do codziennego ruchu. Znam obie perspektywy. Występuję tu w podwójnej roli: zawodowego sportowca i taty.
Wiem, że najważniejsze w wychowaniu dzieci są obecność, wsparcie, zrozumienie i nieocenianie. W tej książce znajdziecie to wszystko. To ogrom cennych wskazówek, które pomogą waszemu dziecku zdrowo się rozwijać i sięgać po sukces”.
Piotr Gruszka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Data ważności licencji: 3/11/2032
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marcin Gortat & Krystyna Romanowska
Projekt okładki
Magda Kuc
Grafiki na okładce i wewnątrz książki © redgreystock/ freepik
Fotografia na okładce
Mateusz Skwarczek
Asystent fotografa
Michał Borowczyk
Makijaż
Anna Czubak
Redaktorka inicjująca
Milena Rachid Chehab
Redaktorka prowadząca
Dominika Ziemba
Redakcja
Magdalena Papuzińska
Adiustacja
Krzysztof Bernaś
Korekta
Karina Bednarska-Markot
Projekt makiety i łamanie
Karolina Korbut
Opieka promocyjna
Małgorzata Augustyniak
Koordynatorka produkcji
Ewelina Wójcikowska-Jakubiec
Przygotowanie do druku
Maria Gromek
ISBN 978-83-8427-231-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Na mecz pojedziemy moim samochodem. Silnik już działa, przed nami droga na Śląsk. Dzieciaki pewnie czekają, chcą jak najszybciej wbiec na halę. Pojawią się zmęczenie, pot, śmiech, ale i pierwsze marzenia. W ciągu trzech godzin można zobaczyć, kto ma w sobie ogień, a kto dopiero szuka iskry. Dlatego właśnie od campu zaczyna się ta książka. Bo tam każdy zyskuje pewność, że może rozegrać własny mecz. Na campach dzieciaki uczą się grać w koszykówkę, ale też w życie. Patrzę, jak się podnoszą po nieudanym rzucie, jak sobie nawzajem pomagają, jak pierwszy raz słyszą, że charakter jest ważniejszy niż lajki. W całym tym zamieszaniu jest coś, czego być może nie doświadczają na co dzień. Nagle okazuje się, że najlepszy smartfon nie da im satysfakcji po udanym rzucie. Nie da im zapachu hali ani śmiechu kolegi z drużyny. Na telefonie nie nauczysz się przegrywać, pomagać ani grać zespołowo. Spotkanie ze sportem to antidotum na scrollowanie, bo przeżywa się prawdziwe emocje, zamiast wpatrywać w piksele i filmiki. Kontakt z ciałem, ból mięśni, zmęczenie, real. Kiedy widzę, jak dziecko na trzy godziny zapomina o TikToku, wiem, że było warto. Może właśnie zaczyna rozumieć, co daje w życiu największą radość. To jest challenge, przy którym mogą się schować wszystkie głupkowate wyzwania, o których dzieciaki piszą w necie.
W tej książce pokażę, że życie również jest meczem. W pierwszej kwarcie spotkamy rodziny, które podpowiedzą, jak wychować dzieci na sportowo i że wcale nie chodzi o medale na półce. W drugiej pojawią się chwile próby: dojrzewanie, lenistwo, pierwsze kryzysy. Trzecia to lekcja dla rodziców: jak wspierać w rozwoju. W czwartej opowiemy o trenerach, którzy uczą pokory, a nie tylko techniki. Potem jeszcze dogrywki: historie znanych sportowców i wypowiedzi specjalistów, które mogą zmienić patrzenie na świat.
Wyżej niż kosz to nie jest autobiografia. Ani kolejna gadka o NBA i trofeach. To rozmowa o tym, jak wychowywać dzieci do marzeń – przez sport, ruch, konsekwencję. Opowiem, co się dzieje, zanim człowiek w ogóle trafi na parkiet. Chciałbym spróbować pokazać rodzicom, jak przygotować dzieciaki do bycia tu i teraz, do zwykłej codzienności z minimalnym użyciem ekranów, jak nie zgubić pasji w świecie, który ciągle powtarza, że ci się nie uda. Jeśli choć jedno dziecko (i rodzic) po lekturze tej książki wstanie z kanapy i pójdzie na boisko, to będzie oznaczać, że rozegraliśmy dobre spotkanie.
Co trzymasz w ręku? Nie żaden poradnik dla idealnych rodziców, tylko opis meczu, jakim jest życie, z emocjami, potknięciami, czasem z faulem, ale zawsze fair.
Ale najpierw pojedź ze mną na camp, bo tam rodzi się prawda o sporcie i o życiu. Tam widać, jak rodzi się pasja, jak kształtuje charakter, jak z błysku w oku może wyrosnąć marzenie.
Kiedy zamykam oczy, widzę pierwszy camp, koszulkę meczową jako główną nagrodę i błysk w oczach zwycięzcy. Od tego zaczęła się historia, którą będę opowiadał do końca życia.
Wyjazd z Łodzi znam na pamięć: znajome blokowiska, trochę magazynów, a potem już prosta kreska asfaltu, pola i sosny. Siedzę w chłodnym aucie, klima szumi, na zewnątrz żar jak w piecu. W głośnikach Biggie wybija rytm słupków mijanych przy autostradzie. A1 ciągnie się jak pas startowy. Po obu stronach płaskie pola, czasem stary traktor, czasem mała wieś z przystankiem autobusowym i blaszanym kioskiem. Dalej Piotrków: tiry, węzeł, wielki Orlen, gdzie zawsze ktoś stoi z kawą w plastikowym kubku. Tam czuję, że wchodzę w trasę na serio. Częstochowa, w oddali majaczy wieża Jasnej Góry – dla mnie to punkt orientacyjny. Autostrada łapie zakręt, billboardy reklamują meble, telefony i kebaby – cała prawda o Polsce w trzech słowach.
Wjeżdżam na Śląsk, krajobraz się zmienia. Wiem, że jestem blisko. Wciąż Biggie, i ten początek: It was all a dream… Jak słyszę ten wers, ciary przechodzą po plecach. Bas idzie ciężko, jednostajnie, jak jazda po autostradzie. I zaraz wchodzi to, co najbardziej mnie nosi: Damn right I like the life I live, ’cause I went from negative to positive. Bit wali, aż kierownica wibruje, uśmiecham się sam do siebie. To jest mój zapalnik, energia przed campem. Patrzę na ciemne chmury nad Katowicami, skręcam na Chorzów, w słuchawkach brzmi jeszcze echo: And if you don’t know, now you know. I już wiem, że jak tylko pojawię się na boisku, dzieciaki poczują właśnie tę energię, którą mam teraz w sobie. Zwalniam przed halą w Chorzowie, Biggie leci dalej, bas trzęsie szybami. Gaszę silnik, ale w głowie wciąż dudni. Wysiadam i od razu uderza mnie w twarz gorące, burzowe powietrze.
Idę w stronę wejścia, otwieram drzwi… Nagle mam wrażenie, że kawałek się nie skończył, zmieniły się tylko instrumenty. Zamiast bitu z głośników – huk kozłowanych piłek, echo gwizdków, tupot butów na tartanie. Ten sam rytm, tyle że na żywo. Dzieciaki podskakują, krzyczą, śmieją się, a ja czuję, że energia Biggiego i energia campu zlewają się w jedno. W środku mam taki sam uśmiech jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałem Juicy.
Pająk z Bałut
Urodziłem się i wychowałem na Bałutach, największej i najtwardszej dzielnicy Łodzi. Obok starych zrujnowanych kamienic bloki z wielkiej płyty, między nimi podwórka, na których królowały trzepaki. Tramwaje trzęsły się na krzywych torach, skrzypiały przy każdym zakręcie, ich dźwięk mieszał się z nawoływaniem babć sprzedających warzywa i tanie papierosy na bazarze. Ściany kamienic pokrywały się coraz śmielszym graffiti, klatki schodowe pachniały wilgocią i tanim winem. Bałuty tamtych lat były surową szkołą życia – bieda, kombinowanie, uliczna hierarchia – ale też miejscem, w którym można było marzyć. Na przykład o tym, by spróbować czegoś więcej.
Mój ojciec, Janusz, robił swoje w boksie, dwa razy brał brąz na igrzyskach, mama, Alicja, grała w siatkówkę w kadrze, sport miałem więc w DNA. Wychowywała mnie mama, w 110 procentach. Ojciec mieszkał w Warszawie, widywaliśmy się w weekendy, przekazał geny i dawał sportowe rady. A matka pilnowała, żebym się nie obijał.
Dorastałem na osiedlu, które dostało łatkę bandyckiego. Było w tym trochę prawdy: miałem 13 lat, a dwudziestoletni faceci startowali do mnie z pretensjami. Ale mnie pochłaniały piłka i boisko. Futbol był moją pierwszą miłością. Stałem na bramce na pochyłym klepisku, gdzie piłka nigdy nie leciała prosto. Trenowałem w Starcie Łódź, na stadion chodziłem pieszo. Czasem wpadłem na lekkoatletykę, nawet zostałem mistrzem Łodzi w skoku wzwyż. Byłem wysoki jak na swój wiek.
Zawsze należałem do jakiejś paczki. Mieliśmy swoje ksywki, swoje role. Do mnie mówiono Długi, za wysoki, za chudy, łatwy cel docinków. Żyrafa, szczypior, pająk – słyszałem to codziennie. Pół życia mnie wyśmiewali. Bolało, ale zamiast biec z płaczem do domu, zaciskałem zęby i myślałem: „dobra, jeszcze zobaczycie”. Miałem w sobie przekorę. Mama nigdy nie chodziła do nauczycieli, nie radziła się psychologów. Zresztą mało kto wtedy w taki sposób szukał pomocy. Pozwalała, żebym sam znajdował rozwiązania. Były w siłowni, w sporcie. Zacząłem dźwigać, ćwiczyć, stawałem się coraz silniejszy – i fizycznie, i psychicznie. Ze starszymi chłopakami radziłem sobie inaczej. Byłem naiwny, łatwowierny, czasem głupi, ale otwarty, więc szybko nawiązywałem znajomości. To sprawiało, że miałem paczkę kumpli, z którymi mogłem grać godzinami w piłkę, chodzić na trzepak, siedzieć pod blokiem. Wiedziałem, że jak ktoś z osiedla będzie chciał mnie przycisnąć, to koledzy staną obok. Ale sam też musiałem umieć się postawić. Nie szukałem dymu, gdy jednak przychodziło co do czego, potrafiłem powiedzieć: „dość”. Pomagałem sobie też humorem. Lepiej było obrócić wyzwisko w żart, niż wdawać się w bójkę.
Często śmiali się ze mnie, że ja tylko sport i sport. Ale kiedy wracałem do domu, spocony, zmęczony, w sercu miałem dumę z tego, że znów się nie poddałem, i pewność, że idę swoją drogą. Miała mnie zaprowadzić dalej niż największy osiedlowy „respekt”.
Często śmiali się ze mnie, że ja tylko sport i sport. Ale kiedy wracałem do domu spocony, zmęczony, w sercu miałem dumę z tego, że znów się nie poddałem.
W szkole nigdy nie byłem orłem. Lekcje, książki, oceny – to wszystko interesowało mnie o tyle, o ile nie przeszkadzało w sporcie. W podstawówce jeszcze jakoś się toczyło, ale w technikum samochodowym… No cóż, mechanikiem raczej bym nie został. W głowie miałem boisko, nie silnik.
Słuchajcie trenerów
Jest 24 kwietnia 2025 roku, Stadion Śląski. Ostatni camp w tym roku. Dzieciaki wybiegają na murawę, jeszcze senne, niepewne. Najpierw rozgrzewka z trenerami. Biegnę z dziećmi 400 metrów. Planowaliśmy drugie tyle, ale jest za gorąco.
Na halę zawsze wchodzę z przytupem. Dzieciaki już siedzą, rodzice zajęli miejsca na trybunach, a ja witam wszystkich głośnym „Dzień dobry!”. Brawa, krzyki – od razu coś się dzieje. Nawet kiedy jestem zmęczony – uwaga, bywam! – daję się ponieść wydarzeniu. Trudno żeby było inaczej, energia dzieciaków działa jak dodatkowa bateria. „Słuchajcie, moi drodzy” – mówię głośno, żeby rodzice też słyszeli. „Nie macie sprawdzać lajków na Instagramie czy Facebooku. Nie macie słuchać sąsiada, który powie, że nic z was nie będzie. Macie słuchać trenerów. Macie słuchać ludzi, którzy naprawdę coś przeżyli. Macie słuchać siebie. Tego głosu w środku, który wam podpowiada: walcz”.
Wyciągam na parkiet moją ekipę. Dziś są w niej Paulina Pawlak, wielokrotna reprezentantka Polski, Przemek Zamojski, gość, który zgarnął więcej medali niż połowa osób na hali razem wziętych, Robert Skibniewski, profesor od rozegrania, Paweł Woliński, odpowiadający za to, żeby każde dziecko poczuło mięśnie, o których istnieniu nawet nie wiedziało, i wreszcie Kacper „Kacpa” Lachowicz, głośniejszy niż moje gwizdki.
Nie ma campu bez porządnej rozgrzewki. Dwa kółka wokół hali, już dudni od kroków. Potem skipy, wykroki, wyskoki, plank. Jak ktoś oszukuje, od razu podchodzę i poprawiam: „Nie kombinuj, bo to ci się przyda w meczu”. Śmiech, ale i pot na czole. O to chodzi: żeby od początku poczuli, że tu się ciężko pracuje. Potem wchodzimy w testy sprawnościowe. Ustawiamy kolejki, każdy ma swoje pięć minut. Wprowadziliśmy testy, bo sport to nie tylko talent i serce do gry. Dzięki NBA zdałem sobie sprawę, że trzeba mieć system, który jasno pokazuje, na jakim dziecko jest etapie. Dwutakt, szybkość, wytrzymałość – to nie są detale, to fundamenty. Nigdy nie chodziło o to, żeby kogoś złamać wynikiem testu, ale by wskazać punkt odniesienia. Kartka z wynikami to nie są pochwały rodziców, chłopak ma czarno na białym, w czym jest mocny, a nad czym musi popracować. Uczciwość wobec dziecka i wobec sportu.
Skłon w przód – liczymy centymetry. Skok w dal – dwa podejścia. Dzieciaki kibicują, doping jak na meczu. Plank na czas – tu widać charakter.
Przypominam wszystkim, że to nie tylko zabawa, bo całodzienny utarg z naszego sklepiku idzie na pomoc chorej córeczce Roberta Skibniewskiego. Rodzice klaszczą, ta energia wraca do dzieci. „Jeśli mama czy tata muszą was na siłę ciągnąć na trening, to znaczy, że jeszcze nie jesteście gotowi. To wy macie chcieć. To wy macie wstać z kanapy i biec na autobus” – mówię do chłopaków, którzy już sapią i wydaje im się, że mają dość. Dzielimy się na grupy – koszulki są białe, szare albo niebieskie – i zaczyna się prawdziwy trening. Co osiem minut zmiana stacji. U Zamojskiego – obrona: ręce w górze, nogi nisko, gadaj na boisku. U Pawlak – kozłowanie, u Skiby – seria podań, u Wolińskiego – sprinty i zatrzymania. Głos „Kacpy” niesie się po całej hali. Każdy zakątek tętni swoim rytmem, jakbyśmy mieli cztery boiska.
Czy zdążę na trening?
„Kto chce grać w NBA?” – pytam. Dziesiątki rąk w górze. „A ilu z was jest w stanie biegać osiem godzin dziennie przez rok, przez dziesięć lat? Ilu z was odłoży telefon i pójdzie spać, zamiast oglądać TikToka? Ilu z was posłucha trenera, a nie rodzica, który nigdy nie grał meczu, a teraz mówi, że wie lepiej?” Dzieci patrzą. Niektóre się uśmiechają, inne spuszczają wzrok. Ale wiem, że te zdania zapadają im w pamięć.
Gdy widzę, jak męczą się w plankach, przypomina mi się własne dzieciństwo. Z ustami pełnymi ziemniaków i kotleta biegłem na autobus, żeby zdążyć na trening. Nikt mnie nie woził, nie pytał, czy chcę. A chciałem. Chodziłem na treningi, nawet jeśli nakładały się na szkołę. Nie miałem wątpliwości, co wybrać. Mama się czasem wściekała, że lekcje leżą odłogiem, ale nigdy nie zabraniała mi sportu, wiedziała, że szlifuję charakter. A ja? Czułem, że to jest ważniejsze niż piątka z matematyki, że jak odpuszczę choć jeden trening, to coś stracę. Tak to wyglądało: inni uczyli się do klasówek, a ja biegłem z torbą na tramwaj. W głowie miałem nie wzory i definicje, tylko pytanie: czy zdążę na boisko?
Bałuty w tym czasie były jak ring. Bazar na Bałuckim Rynku, gdzie pachniało kiełbasą i kapustą, a do tego trzepaki, klepiska i dzikie boiska między blokami. Do tego tramwaje. Przez moją dzielnicę jeździły trzynastka, jedenastka, ósemka i podmiejska czterdziestka szóstka. Czerwono-kremowe enki, potem żółto-czerwone przegubowe ikarusy, które trzeszczały na zakrętach – to była nasza komunikacja. Każdy dzień wyglądał podobnie: szkoła, tramwaj, trening, a potem spotkanie na osiedlowym boisku, nawet jak mama marudziła, że lekcje leżą. Ojciec nie naciskał, powtarzał jednak, że dla mnie to tylko koszykówka albo siatkówka, bo jestem za wysoki na piłkę nożną. Ale ja kochałem futbol. W Starcie Łódź grałem jako bramkarz, w gazetach pisali, że jestem fenomenalnym golkiperem. Byłem dumny. Torba była spakowana dzień wcześniej, korki wypastowane, rękawice wyczyszczone. Dla mnie trening był świętością. Nieważne, czy padał deszcz, czy był mróz – wtedy nawet lepiej, bo mogłem włożyć dwie pary spodni i rzucać się w śnieg. Nigdy nie zapomniałem butów, nigdy nie przyszedłem po czasie. Nie rozumiem, jak dzieciaki mogą przyjść na trening i powiedzieć, że zapomniały korków.
Czasami uciekałem z lekcji, żeby zdążyć zjeść obiad i pobiec na trening. Jeździłem jeden czy dwa przystanki bez biletu, wolałem kupić sobie gumę niż bilet. Wyskakiwałem z tramwaju, zanim konduktor zdążył mnie złapać. A jak się nie dało, to leciałem pieszo. Pamiętam, jak wuefista w technikum, trener Pruszczyński, powiedział: „Marcin, przejdź na koszykówkę, to pomogę ci też w szkole. Masz ogromną przyszłość, charakter, pracowitość i wzrost, to cię poniesie”. To nie było tylko takie sobie gadanie. Wiedział, że jak złapię bakcyla, to odżyję – i w sporcie, i w nauce. Wtedy pomyślałem: „czemu nie?”.
Dla mnie trening był świętością. Nigdy nie zapomniałem butów, nigdy nie przyszedłem po czasie.
A wcześniej, w podstawówce, moje dni wyglądały tak: kończyłem lekcje w szkole numer 55, biegłem dwa i pół kilometra na stadion lekkoatletyczny, zaliczałem półtorej godziny biegania i skakania, a potem torba pod pachę i prosto na stadion Startu Łódź, by zdążyć na trening piłkarski. Nieraz lekkoatletyka kończyła się o 15:30, a piłka zaczynała o 15:00, ale nie było mowy, żebym wyszedł wcześniej. Wszystko łączyłem. Nie byłem zmęczony ani zniecierpliwiony, robiłem to z czystą przyjemnością. Do dziś tęsknię za energią, którą wtedy miałem.
Boiska na Bałutach to była prowizorka: kawałek klepiska bądź betonowe place, na których piłka odbijała się jak kawałek kauczuku, dwie krzywe metalowe obręcze przyspawane do słupów. Wychowanie fizyczne odbywało się w dusznych salach gimnastycznych z drewnianą podłogą, gdzieniegdzie popękaną, i drabinkami, które pamiętały jeszcze lata 60. Sprzęt był byle jaki, piłki ciężkie jak kamienie, a te do kosza w dodatku rozciągnięte i nierówne, stroje sportowe – szare spodenki i koszulki – wydawano z magazynu. Nikt się tym nie przejmował, bo liczyło się tylko to, by grać. Chłopaki przychodziły w dresach „Adidasa” z rynku albo w podrobionych air maxach, które rozsypywały się po miesiącu. Ale na tych boiskach rodziła się zajawka – tutaj uczyło się gry w kosza, w piłkę ręczną, wszystkiego, co pozwalało choć na chwilę poczuć, że świat nie kończy się na trzepaku i bazarze.
W technikum samochodowym zaczęliśmy brać udział w turniejach międzyszkolnych. Reprezentowaliśmy szkołę. Pamiętam jednego chłopaka, naprawdę dobrego koszykarza jak na tamte czasy. Patrzyłem, jak się rusza, jak gra, jak prowadzi piłkę, i mówiłem sobie: „Wow, ten gość jest naprawdę niezły!”. To nie była zazdrość, raczej podziw. Nakręcało mnie, że można być na takim poziomie. I wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że ja też mógłbym pójść tą drogą.
Bałuty mnie wychowały
Mówią na mnie Polish Hammer, ale zawsze byłem i będę chłopakiem z Bałut. Campy są dla mnie czymś więcej niż wydarzeniem sportowym. To sposób, żeby domknąć krąg. Ktoś kiedyś się nade mną pochylił: trener został po godzinach, starszy kolega podał piłkę, rodzic znalazł pieniądze na bilet. Bez tych ludzi nie byłoby ani pierwszych treningów, ani NBA. Ten dług noszę w sobie, nie da się go spłacić pieniędzmi ani słowami, dlatego wracam na hale w Polsce i organizuję campy. To jest moja forma wdzięczności. Każdy uśmiech dziecka, które wchodzi na boisko, sprawia, że dług się zmniejsza. Ale wiem też, że kilka godzin na Stadionie Śląskim może stać się punktem zwrotnym. To jedno zdanie, które dzieciak usłyszy ode mnie – że charakter jest ważniejszy niż talent, że odwaga to decyzja, nie dar od Boga, że słuchać trzeba mądrych, a nie głośnych – i zapamięta to na lata.
Camp dorasta razem ze mną
W połowie robię przerwę na coś wyjątkowego. Na parkiet zapraszam dawnych campowców, kilkoro MVP, most valuable player, najbardziej wartościowych zawodników poprzednich edycji: Sarę, Szymona, Julię, braci Studzińskich. Opowiadają dzieciakom, jak sami tak stali przed kilkoma laty, a dziś grają w ligach, studiują, trenują. Najmocniej uderza historia Szymona Studzińskiego, który był na każdym campie, odkąd skończył pięć lat, a jako jedenastolatek został MVP i poleciał do USA. Podchodzę i mówię: „Szymon, ale powiedz im, że wtedy byłeś niższy ode mnie… siedzącego na krześle”. Cała hala się śmieje. Patrzę na twarze dzieci i wiem, że dla nich to więcej warte niż wszystkie moje opowieści o NBA. Potem mikrofon bierze Kacper i robi swoje show. Zawsze mu powtarzam: „Kacpa, ty powinieneś prowadzić TEDx, a nie camp”. Opowiada o charakterze, obronie, drużynie. Charakter ważniejszy niż talent. Prawdziwy zawodnik zaczyna od obrony. Trzeba się cieszyć z sukcesu kolegi tak samo jak z własnego. A hejterów mieć w nosie. Jeśli trener cię krytykuje, to po to, żebyś był lepszy. „Słuchajcie, zacznijmy od drużyny” – mówi. „W koszykówce sam nic nie zrobisz. Nawet jeśli jesteś najlepszym strzelcem, bez kolegów nie wygrasz meczu. Siła jest w zespole. W tym, że rozmawiacie na boisku, że się wspieracie, że cieszycie się z punktów kolegi tak samo jak ze swoich. Pamiętajcie: w pojedynkę można błysnąć, ale tylko razem da się zwyciężać”. I dalej: „Druga rzecz to ciężki trening. Chcecie być dobrzy? To musi boleć. To musi męczyć. Trening to nie tylko rzucanie do kosza. To plank, to sprint, powtarzanie tego samego setki razy, aż zacznie wychodzić. Tylko tak buduje się charakter i tylko tak dochodzi się do poziomu, o którym marzycie. I trzecia rzecz: hejt. Hejtują zawsze ci, którzy was nie znają. Ludzie z boku, którzy nie widzieli waszej pracy, waszego wysiłku. To jest ich problem, nie wasz. Krytyka z ust trenera to co innego, on chce wam pomóc. Hejter próbuje was zatrzymać. I tu macie wybór: czy słuchacie tego, kto chce was podnieść, czy tego, kto chce was złamać. Miejcie hejt w nosie i róbcie swoje”.
Hejtują zawsze ci, którzy was nie znają. Ludzie z boku, którzy nie widzieli waszej pracy, waszego wysiłku. To jest ich problem, nie wasz.
Patrzę na rodziców. Biją brawo tak samo mocno jak dzieci. Nowi zawodnicy kiwają głowami. Wiem, że te słowa do nich trafiają, bo sam tak miałem. W NBA grałem przeciwko gwiazdom. I nie dlatego, że ktoś mnie podwiózł czy zapłacił menedżerowi. Dlatego, że słuchałem trenerów i własnej ambicji.
Na koniec najlepsze: mecz pięć na pięć. Wybieramy dziesiątkę, sędzia gwiżdże i hala wybucha. Krzyki, doping, bieganina, rzuty, obrona, łzy, śmiech. Każdy gra, jakby to były play-offy NBA. Stoję z boku, patrzę na nich i czuję dumę.
Zamykamy dzień rozdaniem nagród. MVP, najlepsi obrońcy, najbardziej zaangażowani. Pamiątkowe piłki, koszulki, dyplomy. Każde dziecko dostaje zdjęcie ze mną, profesjonalne, w jakości 4K. Wiem, że dla nich to pamiątka na lata. A dla mnie satysfakcja, że kolejny dzień campu to nie tylko trening, ale też historia, którą każde z nich zabierze ze sobą.
Zaczęło się od bananów
Kiedy we wrześniu 2008 roku szykowałem pierwszy camp, nie miałem wielkiego planu. A potem rok za rokiem impreza rosła razem ze mną: z każdą kolejną halą, z każdym trenerem, z każdym dzieckiem, które czuło, że spotkało je coś szalenie ważnego.
Najpierw była totalna partyzantka. Widziałem w Stanach, jak to działa: dzieciaki przychodzą na boiska, trenerzy robią zajęcia, jest atmosfera, są nagrody, i pomyślałem: „Kurde, czemu w Polsce tego nie ma? Trzeba to ściągnąć do Łodzi”. Tak się zaczęło. Zorganizowaliśmy spotkanie w Łodzi, dzieciaków przyszło coś koło sześćdziesięciorga. Ja, dwóch czy trzech kumpli z osiedla, bez wielkiej logistyki. Dla uczestników mieliśmy banany i wodę – to był cały catering. Treningi prowadziłem sam, dużo ćwiczeń wymyślając na bieżąco. Nie miałem wtedy żadnych scenariuszy, rozpisek, planów. Tylko gwizdek, piłka i jazda. Nagrody? To dopiero było! Stare koszulki NBA z własnej szafy. Trochę pamiątek, trochę moich potreningowych butów.
Wtedy, w 2008 roku, w Ameryce byłem jeszcze nikim. Siedziałem na końcu ławki Orlando Magic, patrzyłem, jak Dwight Howard wsadza piłkę, jakby był z innej planety, tu i tam dostawałem swoje dwie minuty. Za sobą miałem pierwszy sezon, kilka chwil w play-offach w Toronto. Niby spełnione marzenie, ale wciąż czułem, że jestem bardziej widzem niż graczem. W Stanach nikt mnie nie znał, byłem tylko „wysokim Polakiem”, który próbował się utrzymać w lidze. Ale kiedy wróciłem do Łodzi, dla dzieciaków na parkiecie byłem gościem z NBA. Pierwszego dnia – sześćdziesięcioro uczestników, pełne obłożenie. Drugiego dnia – pięćdziesiątka. Trzeciego – trzydzieścioro. Trochę się rozeszło, trochę odstraszył upał, niektórzy mieli inne zajęcia. Ale dla mnie to i tak było coś wielkiego, zobaczyłem, że można. Rok później wróciłem jako finalista NBA. W ciągu jednego sezonu wszystko się zmieniło. Z chłopaka z końca ławki stałem się Polish Hammerem, graczem, który wyszedł w play-offach w pierwszej piątce i nie pękł. W Polsce moje nazwisko pojawiało się w gazetach, w telewizji i na drugim campie dzieciaki patrzyły na mnie tak, jak ja kiedyś patrzyłem na swoich idoli. Wtedy zrozumiałem, że te imprezy muszą przerodzić się w coś więcej. I tak się stało. Pojawili się sponsorzy, partnerzy, pieniądze. Mogliśmy zrobić strefy dla dzieciaków, zwiększyć nagrody, dołożyć atrakcji. A reszta kasy szła przez moją fundację na stypendia w USA, na sprzęt dla młodych, na pomoc dla rodzin. I to już był zupełnie inny poziom.
Pamiętam, jak na jednym z pierwszych campów pojawił się dzieciak jakich setki. Wysoki, nieco nieśmiały, ale z tym czymś, co rozpoznaję na kilometr. Bo sam kiedyś taki byłem. Trenował, słuchał uważnie, chłonął każde słowo. Widziałem, że mu się chce. Po paru latach dowiedziałem się, że gra w Stanach, ma stypendium, rozwija się w koszykówce. I kiedy usłyszałem, jak mówi: „to dzięki campowi Gortata złapałem motywację i nie odpuściłem”, przeszły mnie ciarki.
Ale były też smutniejsze historie. Kiedyś podszedłem do młodszego nastolatka i poklepałem go po plecach, a on się jakoś tak dziwnie odsunął. Zobaczyłem coś, co mnie zmroziło. Zdejmuję mu koszulkę i widzę pręgi na plecach. Pytam, gdzie mieszka. Mówi, że u babci. „Dlaczego u babci?” Bo nie ma rodziców. Moja pierwsza reakcja? Zwróciłem się do mojej mamy, nauczycielki WF-u. Pracowała w podstawówce, widziała takie rzeczy wiele razy. Nie wiedziałem, jak się zachować, co zrobić. To nie była historia z NBA, tylko brutalna rzeczywistość, którą często ignorujemy. Mama porozmawiała z babcią chłopca, sprawdziła, jak wygląda opieka, czy założono niebieską kartę. Do dziś mam przed oczami te plecy i tę bezradność. Wtedy zrozumiałem, że camp to spotkanie z prawdziwym życiem dzieciaków i że czasem jest ono cięższe, niż nam się wydaje.
Innym razem na początku treningu przychodzi do mnie dziewczynka i pyta: „Gdzie mogę coś zjeść?”. „Tu się nie je, tu trenujemy” – mówię. A ona: „Babcia mi kazała przyjść do pana, bo mówiła, że tutaj coś zjem”. I znowu wkracza moja mama: „To ja idę kupić dwie bułki, jakieś jagodzianki, niech zje i wraca na trening”. Co ja bym wtedy zrobił bez mojej mamy!?
Jak wybrać MVP?
Podczas campu nie podchodzę do uczestników i nie mówię: ty się nadajesz, a ty nie. Każde dziecko ma szansę. Aby zostać MVP, zostać wyróżnionym, wyjechać za ocean, trzeba pamiętać o trzech zasadach: pracuj, miej odwagę, pokaż charakter. Możesz nie trafić pięć razy z rzędu, ale jeśli walczysz, jeśli podnosisz głowę i próbujesz dalej – ja to zauważę. Trenerzy to zauważą. Dlatego powtarzam, że dostać się na camp to jedno, ale prawdziwym sukcesem jest wykorzystanie tego czasu. Te trzy godziny mogą zmienić dziecko. Nie każde zostanie koszykarzem, nie każde zagra w reprezentacji, ale każde ma szansę wyjść silniejsze, mądrzejsze, z większą wiarą w siebie. O to chodzi od pierwszego dnia, od zgłoszenia aż po moment, gdy rozdawane są nagrody. Kiedy myślę o tych wszystkich latach, setkach dzieciaków, które przewinęły się przez campy, rozumiem, że najtrudniejsze chwile to nie mecze w NBA, lecz momenty wyboru. Co roku staję przed setką młodych ludzi i muszę wskazać MVP. Jednego lub jedną. Wydawałoby się, że to prosta sprawa. Wybierz najlepszego, najsprawniejszego, tego, kto zdobył najwięcej punktów. Ale to nigdy tak nie działało. Dla mnie MVP to nie tylko umiejętności, liczą się charakter, determinacja. Bywa, że głosy trenerów rozkładają się po równo i to ja muszę decydować. Dzisiaj w Chorzowie był moment, który długo zapamiętam. Lena to zawadiaka, z niesamowitą energią. Emil – pracowity, konsekwentny, bardziej „koszykarski”. W głosowaniu trenerów był remis.
Podczas campu nie podchodzę do uczestników i nie mówię: ty się nadajesz, a ty nie. Każde dziecko ma szansę.
„Lena, pamiętaj, masz w sobie to coś. Ale twoja droga to nie tylko sport. Ty już jesteś liderką. Ty już umiesz się odezwać, podejść, zażartować. Nie zgub tego” – powiedziałem jej prosto w oczy. – „Proszę jej dobrze gotować. Nie psuć, nie hamować, tylko karmić i pozwolić rosnąć”. Wybrałem Emila, bo wierzyłem, że ma większe szanse na sukces w koszykówce, ale wiem, że Lena też zajdzie daleko. I to nie jest tak, że dyskryminujemy zawodniczki. Na razie MVP to 15 chłopców i 11 dziewczynek. Nie chodzi o parytet, tylko o znalezienie prawdziwych talentów.
Lekcja pracy, odpowiedzialności i odwagi
Czy jestem zmęczony? Pewnie, że jestem. Kiedy czasem łapię się na tym, że od 18 lat powtarzam te same zdania, pytam siebie, czy to ma jeszcze sens. A potem się dowiaduję, że dziecko całą noc przed campem prasowało koszulkę i czyściło buty, żeby wypaść jak najlepiej. Widzę błysk w jego oczach. I wiem, że warto dla tego jednego małego człowieka, a czasem dla 10, dla 15. Bo może tylko jeden z zawodników dojdzie do ekstraklasy albo reprezentacji, ale każdy coś wyniesie: lekcję pracy, odpowiedzialności i odwagi. Kiedy dorośnie, pomoże mu to żyć lepiej, zdrowiej, świadomiej. I w tym tkwi prawdziwa siła campów.
Z czasem zrozumiałem, że nie każdy przychodzi, żeby nauczyć się rzucać do kosza. Zawodnik nie ma siły spojrzeć mi w oczy, a gdy pytam, czy jadł śniadanie, odpowiada: „Nie, ale to nic”. Dziewczynka stoi z boku, bo nie ma butów do biegania, więc mówi, że noga ją boli. Chłopak śmieje się ze wszystkiego, żeby nikt nie zauważył, jak mu ciężko. Takie dzieci dostają u nas to, czego brakuje im w domu: uwagę, bezpieczeństwo, normalność. Ktoś do nich mówi po imieniu, ktoś bije im brawo, ktoś przybija piątkę. Dla wielu z nich to więcej niż trening NBA. Czują się częścią drużyny, a nie problemem do rozwiązania. Kiedyś podeszła do mnie nauczycielka z lokalnej szkoły i powiedziała: „Wie pan, te dzieciaki, które pan tu miał, nie przyszły tylko potrenować. One przyszły po oddech, po reguły i granice”. Uważam, że miała rację. Bo sport jest tylko okazją do uczenia się reguł życia, tego, że czasami, by wygrać, musisz znieść zmęczenie i stres, że trzeba słuchać trenera, że na boisku nie ma lepszych ani gorszych. Jest piłka, pot, emocje i każdy ma takie same szanse. Chociaż nie jestem psychologiem, wiem, że to ogromnie ważne. Dziecko, które na co dzień czuje się niezauważane, uczy się, że może być docenione niezależnie od swoich możliwości. Ktoś je chwali, bo się starało.
Dla dzieci z trudnych domów to często pierwszy kontakt z dorosłymi, którzy nie oceniają, tylko wspierają. A to zostaje w głowie na lata, buduje poczucie własnej wartości, daje nadzieję, że może być inaczej. Czasem wystarczy jedno zdanie: „Dobrze ci idzie, nie poddawaj się!”, żeby uwierzyć, że się coś potrafi.
Widzę też, jak bardzo dzieci potrzebują obecności dorosłych, którzy nie krzyczą, tylko słuchają. Dla nas, trenerów, to bywa trudniejsze niż pokazanie, jak zrobić dwutakt. Żeby zapytać: „Co u ciebie?”, trzeba znaleźć w sobie dużo empatii, cierpliwości i odwagi.
Z prowizorki zrobiła się machina
Z biegiem czasu na boiskach zaczęli pojawiać się ludzie, którzy naprawdę wiedzieli, jak się pracuje z młodzieżą. Pojawił się mój dawny nauczyciel i trener Zdzisław Pruszczyński, ten sam, który namówił mnie na koszykówkę. Miało to dla mnie wymiar symboliczny: facet, od którego wszystko się zaczęło, stanął obok mnie na sali i uczyliśmy razem. Przewijali się też trenerzy z reprezentacji, moi znajomi z NBA, koledzy z kadry. Przyjechał Dave Adkins, pod którego okiem doskonaliłem umiejętności. Nie znam lepszego coacha dla młodych ludzi. Wszyscy go kochają. Dla dzieciaków z Łodzi, Gdańska, Olkusza, Siemianowic to było coś niewyobrażalnego, nagle stawały obok gościa, którego znały z telewizji. Efekt wow. Ale najważniejsze, że ci ludzie przekazywali wiedzę i zapewniali profesjonalne ćwiczenia. Pokaz pracy na najwyższym poziomie.
Z trenerami przyszły też pieniądze. Najpierw lokalni sponsorzy, potem duże firmy, a nawet miasta. Dostawałem mnóstwo zaproszeń. Wszyscy chcieli mieć nas u siebie, bo to były wydarzenia, które przyciągały dzieci, rodziców, media. I nagle camp Gortata stał się marką, instytucją. Od razu zmienił się poziom organizacji. Zamiast rozdawać używane adidasy, mogliśmy wręczać nowe piłki, pakiety z koszulkami, bidonami, plecakami i sprzętem. Dzieciaki dostawały czasem rzeczy, których nigdy wcześniej nie miały. Rodzice podchodzili i mówili: „Panie Marcinie, mój syn śpi z tą piłką”. Jeżeli cokolwiek ma sens, to właśnie to.
Pieniądze zapewniały też liczne umowy, w tym partnerskie. Nie będę ściemniał, że robiliśmy to za darmo, ale na koncie nie zostawał nawet grosz. Kupowaliśmy sprzęt dla szkół, pomagaliśmy rodzinom, wysyłaliśmy młodych koszykarzy na stypendia do Stanów. Camp dawał szansę na lepszy start.
Efekty? Różne. Niektórzy uczestnicy rzeczywiście poszli w sport, wyjechali za granicę, grają w ligach, robią kariery. Ale dla większości to był moment, kiedy poczuli się docenieni. Ktoś spojrzał na nich jak na zawodników, a nie anonimowe dzieci z bloku. I to było najważniejsze.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Słowo od Marcina
Przed meczem. Gortat Camp. Bo długi trzeba spłacać
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
