Dziewięć rozmów o aborcji - Katarzyna Skrzydłowska Kalukin, Krystyna Romanowska - ebook
Opis

Czy o aborcji można rozmawiać nie krzycząc? Bohaterki tej książki udowadniają, że tak. To kobiety, które zaszły w nieplanowane ciąże, albo dowiedziały się, że urodzą chore dzieci. Nie wszystkie usunęły ciążę, ale wybory, których musiały dokonać naznaczyły później ich życie. Każda z tych historii jest inna, ale wszystkie łączy jedno - ogromny smutek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Czerwone i Czarne

Projekt okładki FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce Getty Images

Korekta Iwona Romaniuk

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A. Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7700-285-8

Warszawa 2017

Wstęp

Kiedy dostałyśmy propozycję napisania tej książki, najpierw poczułyśmy strach. Jak nam się uda dotrzeć do bohaterek? Kto opowie nam swoje historie? Zaczęłyśmy rozpytywać wśród znajomych. Siedziałyśmy kiedyś w gronie czterech kobiet. I jedna z nich powiedziała: „Według statystyk co czwarta kobieta w Polsce dokonuje aborcji. No to odliczmy: jeden, dwa, trzy, cztery. Padło na mnie i trafnie, bo ja poddałam się aborcji”.

Aborcja jest powszechnym zjawiskiem. Żadna ustawa jej nie powstrzymuje. Ta książka jest dla tych, którzy mają ugruntowane zdanie na jej temat, ale także tych, którzy nie wiedzą, co o niej myśleć. Dla jej zwolenników, bezwzględnych przeciwników i tych, którym odpowiada wieloletni kompromis w tej sprawie. Po przeczytaniu tej książki trudniej będzie formułować jednoznaczne sądy na ten temat. Z Dziewięciu rozmów o aborcji wynika, że nic nie jest łatwe, także sąd nad nią jest trudny. Łatwo wygłaszać oceny, kiedy nie zna się osobiście historii kobiety, która za nią stoi. Łatwo jest powiedzieć: „Ja nigdy” albo „Ja zawsze”. Sytuacja się komplikuje, kiedy poznamy bliżej czyjąś historię – wówczas pogląd, wiara, idea odchodzą na dalszy plan. Okazuje się, że życie ich nie dogania.

Przedstawiamy historie ośmiu kobiet mających doświadczenie aborcyjne. Dziewiąta rozmowa to wywiad z osobą pracującą z kobietami w skrajnych sytuacjach związanych z ciążą, rodzeniem, aborcją czy terminacją ciąży. Poznajcie je, wysłuchajcie ich, niech staną się waszymi sąsiadkami, koleżankami, siostrami. Później zadajcie sobie pytanie: „Jaki jest mój pogląd na temat aborcji?”. Może już nie być tak łatwo.

Rozmawiałyśmy z kobietami, które zdecydowały się usunąć ciążę nielegalnie. Także z takimi, które nie zdecydowały się tego zrobić, choć miałyby do tego prawo. I z takimi, które chciały terminować ciążę: miały do tego prawo ze względu na wadę płodu, ale nie mogły – uniemożliwiono im to, zmuszając do urodzenia nieuleczalnie chorego dziecka. Za każdą z tych historii stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi o syndrom postaborcyjny. Aborcja to trauma, bo zawsze wiążą się z nią dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa. Co oznacza lęk przed posiadaniem dziecka w takiej sytuacji, może wiedzieć tylko ta kobieta, która go przeżyła.

Siadając naprzeciwko naszych rozmówczyń, byłyśmy ciekawe, co to znaczy nie chcieć ciąży. Wydaje się, że taka sytuacja jest wewnętrznie sprzeczna – ciąża to przecież coś, co instynktownie chce się chronić. Jak można jej nie chcieć? Pytałyśmy o to, a każda odpowiedź była inna. I każda nas przekonała. Rozumiemy wszystkie nasze rozmówczynie, które nie chciały ciąży. Żeby to jednak pojąć, trzeba poznać sytuację i problemy wyboru. A wtedy o wiele trudniej będzie formułować uniwersalne oceny: „To jest życie poczęte” albo „To jest tylko zarodek”. Bo może być tak i tak.

Trauma wiąże się ze wstydem i lękiem, że „się wyda”. Ten strach jest wielki szczególnie na prowincji, gdzie aborcja może stać się powodem do napiętnowania. To nie znaczy, że tam jej nie ma. Ale kobiety zrobią wszystko, żeby nikt się o niej nie dowiedział. Dlatego tak ciężko było nam dotrzeć do kobiet z małych miasteczek i wsi. Jedna z naszych niedoszłych rozmówczyń zgodziła się na rozmowę. Już umówiła się na spotkanie w miasteczku oddalonym o 20 kilometrów od jej wsi, w zaparkowanym samochodzie. Miała tylko potwierdzić datę. I przestała odbierać telefony. Do rozmowy nie doszło. Miała urodzić dziecko z zespołem Downa. Po długim rajdzie po szpitalach, gdzie była odsyłana od drzwi do drzwi, trafiła w końcu do jednego ze stołecznych szpitali, gdzie wykonano w ostatniej chwili legalny zabieg. Gwarantowałyśmy jej całkowitą anonimowość, chciałyśmy, żeby opowiedziała, dlaczego tak się bała. Ale ona wolała o wszystkim jak najszybciej zapomnieć i wrócić do codziennego życia, jakby ciąży i aborcji nie było.

Inna nasza niedoszła rozmówczyni w skrajnie złej sytuacji finansowej, mieszkająca w jednym ledwo ogrzewanym pomieszczeniu z kilkuletnią córką, przeszła przez piekło, próbując dokonać legalnej aborcji z powodu bardzo poważnych wad genetycznych płodu. Chciałyśmy posłuchać, jak ją odsyłano, jak wykorzystywano jej nieznajomość własnych praw i brak odwagi, by zaprotestować wobec odmowy lekarzy. Ten sam scenariusz – umówiła się, a potem przestała odbierać telefony, chociaż wiemy, że miała potrzebę wyżalić się. Bała się sąsiadów.

Ten strach bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło. Niektórzy przypisują to ustawie dopuszczającej ją tylko w skrajnych sytuacjach. W krajach europejskich, w których w pierwszych tygodniach ciąży jest całkowicie legalna, nie mówi się tyle na jej temat, co w Polsce. Nie ma tam Czarnych Protestów, a organizacje katolickie nie mają tyle siły przebicia, by umieścić w parlamentach projekty ustaw na temat jej całkowitego zakazu. U nas jednak aborcję stawia się na równi z zabójstwem nie tylko na pikietach, ale też w Sejmie, w mediach, w publicznej dyskusji. A to przekłada się na jej powszechny odbiór. Jeszcze 30 lat temu nie mówiliśmy na płód „życie poczęte”, później sformułowanie to weszło do codziennego słownictwa. A za językiem idzie wyobraźnia. I łatwo w aborcji zobaczyć zabójstwo. Dlatego kobiety, które dokonały aborcji, nie zaznają spokoju. Nawet jeśli są przekonane, że zrobiły dobrze, i nigdy nie żałowały swoich decyzji, boją się agresji albo potępienia. Dlatego nie podajemy ich nazwisk – większość z nich tego nie chciała.

Strach jest też konsekwencją łamania prawa. Kobiety, które usuwają ciążę, wprawdzie nie są za to karane, ale ci, którzy im pomagają – już tak. A więc mężowie, partnerzy, lekarze, przyjaciele. Jedna z kobiet opowiadała (nie ma jej w książce, bo nie wszystkie nasze rozmowy się w niej znalazły), że rozmawiała na ten temat z mężem i lekarzami, wyłącznie pisząc na kartkach, które później niszczyła. Była przekonana, że może być podsłuchiwana przez telefon komórkowy. „Myślę, że handlarz narkotyków boi się mniej” – mówiła.

Żadna z tych historii nie jest taka sama. Każda decyzja wynikała z innych okoliczności, każda aborcja przebiegała inaczej i każda jest inaczej przeżywana. Część z naszych rozmówczyń wyobraża sobie dziecko, które urodziłoby się z przerwanej ciąży, i tęskni za nim. Jednak gdyby znowu stanęły w podobnej sytuacji, jak wtedy, kiedy dokonały aborcji, zrobiłyby to samo. Są też takie, które drugi raz by tego nie zrobiły, żałują i czują się winne. Ale wszystkie, każda z nich, są za prawem do wolnego wyboru w tej sprawie. Nikogo nie można zmuszać do urodzenia dziecka – powtarza to każda z nich, nawet ta, która uważa, że aborcja była najgorszą rzeczą, jaką w życiu zrobiła.

Historie naszych bohaterek nie są oczywiste, nie nadają się na transparenty. One nie krzyczą. Jeżeli coś je łączy, to smutek, z którym opowiadają o swoich przeżyciach, i samotność, bo wiele z nich podczas aborcji było zupełnie samych. Nawet jeśli partner je wspierał, kiedy czekał pod drzwiami lekarza albo był przy telefonie, to kiedy połknęły tabletki wywołujące poronienie, kiedy miały zabieg w szpitalu lub nielegalnie w prywatnym gabinecie, były same i bardzo się bały. Aborcja jest sprawą kobiet, ich zmartwieniem, strachem i smutkiem. Nie jest jednak sprawą ich brzucha, jak piszą na transparentach niektóre feministki. To sprawa głowy. „Moja głowa, moja sprawa” – raczej tak powinno brzmieć znane z ulicznych demonstracji hasło. To nie jest tylko biologia, to także rzecz duszy.

Jednak w czym innym organizatorki pikiet w sprawie liberalizacji przepisów aborcyjnych mają rację – usuwaniu ciąży towarzyszy hipokryzja. Tak, to znany slogan, ale bogatsze o rozmowy, które przeprowadziłyśmy, wiemy, że prawdziwy.

Ustawa zakazująca aborcji sprawia, że zabieg ten robi się niebezpieczny, zwłaszcza dla kobiet, które nie mogą pozwolić sobie finansowo na wyjazd do zagranicznej kliniki. A więc znowu poszkodowane są najbardziej niezamożne mieszkanki małych miejscowości czy takie, które nie mogą powiedzieć o swoich planach partnerowi. Tak, oczywiście, że mogły nie zachodzić w ciążę, jak nie miały warunków, jednak my nie o tym mówimy. One zaszły w tę ciążę i jeśli nie chcą w niej być, to najprościej jest im kupić na czarnym rynku, przez internet, od nieznanego dostawcy tabletki poronne. Tylko skąd wiadomo, jaki skład ma pigułka kupiona z nieznanego źródła? Jednak łykają je, ryzykując zdrowie i życie. To są fakty, które przerastają ideologię.

Znajomi lekarze opowiadali nam, że przychodzą do nich zadeklarowane katoliczki i proszą, żeby „zatrzymać to dziecko”, bo nie może przejść im przez gardło to straszne słowo „aborcja”. A inne mówią: „Jak mi pani nie pomoże, to skoczę z okna”. Taki jest właśnie efekt słów, jakie padają codziennie w Polsce na temat aborcji. Słów o zabijaniu, o wyskrobywaniu się, o używaniu aborcji jak środka antykoncepcyjnego. Zanim ktoś z państwa będzie chciał powtórzyć te słowa, niech przeczyta najpierw opowieści, które są w tej książce. Mędrca szkiełko i oko to w tym wypadku czysta arogancja. Aborcja nie jest sprawą uniwersalną, każda jest inna. I nie jest też czymś, co można rozpatrywać w kategorii dobra i zła.

Wbrew naszym obawom nie miałyśmy problemów ze znalezieniem rozmówczyń do tej książki. Mogłybyśmy rozmawiać jeszcze długo, bo tyle jest wokół historii na ten temat. Chciałybyśmy podziękować wszystkim kobietom, które zgodziły się opowiedzieć nam swoje historie. Cieszymy się, że nie zostaną one zapomniane. Chciałybyśmy także podziękować lekarzom pomagającym nam w dotarciu do tych bohaterek, którym nikt nie pomógł w terminacji ciąży. Niestety, żaden z nich nie zgodził się na to, by jego nazwisko znalazło się w książce. I to jest także jeden z wymiarów wielkiego strachu i wielkiej samotności.

Krystyna Romanowska Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Rozmowa pierwsza

Agnieszka, 40 lat

Poniedziałek

22. tydzień – badanie połówkowe. W warszawskiej prywatnej przychodni pracuje lekarka, która mnie kojarzy z badań w czasie ciąży z drugim synkiem. Fajna, komunikatywna osoba. Wiem, że ma dwie córeczki.

Kładę się, smaruje mi brzuch żelem. Przykłada głowicę do brzucha. Nagle przeklina i mówi, że nienawidzi swojego zawodu w takich sytuacjach.

Już wiem, że jest źle. Truchleję. Pytam, co się dzieje? „Olbrzymie wodogłowie” – mówi. „Główka przysłania wszystko”.

Patrzymy dalej. „Zaciśnięte piąstki. Będziemy patrzeć, może podczas badania chociaż troszkę je otworzy. To byłby dobry znak”.

„Stopy powykrzywiane, końskie, szpotawe” – ogląda dalej. „Serce bije normalnie, w takim rytmie jak trzeba. Zniekształcona buzia, cofnięta broda”.

Bada mnie półtorej godziny, cały czas patrząc na te nierozwarte dłonie. Podczas badania nie porusza się ani jeden paluszek. Ale całe dziecko się rusza.

„Chce pani znać płeć?” – pyta.

„Wiem, że to dziewczyna” – mówię.

Tydzień wcześniej jeździłam na rowerze i zastanawiałam się nad imieniem. Przyszła mi do głowy Rita. Myślę, dlaczego właśnie Rita? Taki straszny życiorys. Ale jak ją zobaczyłam na USG, to wiedziałam: św. Rita, patronka od spraw beznadziejnych. Nie miałam wątpliwości, że to imię nie przyplątało mi się przypadkiem.

Na USG ma poskręcane nogi. Widzę ją całą, bo jest ten moment, kiedy można dziecko całe zobaczyć. Ma trzy razy okręconą pępowinę wokół szyi. Nie wytrzymuję. Ryczę jak bóbr. Wygląda jak mały wisielec. Taka biedna cała, z tą wielką głową. I wtedy myślę, że ona prosi mnie, żeby ją uwolnić.

W wyniku badania lekarka wpisuje wielowadzie, wymieniając sporo terminów medycznych i wodogłowie. Patrzy mi w oczy i mówi: „Ma pani dwóch zdrowych, małych synków, którzy bardzo pani potrzebują. Ja proponuję tylko jedną opcję, wie pani, o czym mówię?”.

„O co chodzi?” – pytam przerażona.

„Można terminować taką ciążę, ma pani bardzo mało czasu, bo to jest 22. tydzień. Ale zgodnie z prawem może pani to zrobić. Wady są straszne, to nie rokuje życia. Teraz musi pani bardzo uważać, ponieważ wszyscy będą chcieli dodatkowymi badaniami odwlec w czasie waszą decyzję”.

Chce mnie umówić z genetykiem, ale on odmawia – nie obejmuje go kontrakt z NFZ.

Wybiegam z przychodni bez kurtki. Dzwonię do Pawła. Opowiadam o wszystkim. Oboje jesteśmy przerażeni. Mówię mu, że wrócę na piechotę do domu, to mi się głowa przewietrzy. Jednak w odpowiedzi słyszę, że starszy synek obudził się z bólem oka i ucha – musieliśmy jechać szybko na pogotowie. Ocieram łzy w rękaw, żeby nie widział mnie w takim stanie. I zaczęło się. Zapalenie oka i ucha, wkrótce pochorował się drugi syn. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dopiero później do mnie dotarło, że my byliśmy całkiem rozedrgani, a oni przejmowali nieświadomie te emocje. Zaczęło się podrzucanie ich do babci. My na badania.

Wtorek

Moja ciąża zaczęła się jako bliźniacza. W ósmym tygodniu jedno dziecko zmarło. Wyglądało na to, że drugie także umrze, ale – ku zdziwieniu lekarzy – okazało się, że dziecko rośnie prawidłowo, że się rozwija. Na poprzednich USG wszystko wyglądało dobrze.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

* * *

Przytoczyłam zapis 13 dramatycznych dni z twojego życia. Powiedz, co było dalej, kiedy się okazało, że nikt wam nie pomoże. Odpuściliście?

Tak, zajęliśmy się chłopakami, bo oni ciągle wchodzili z infekcji w infekcję. To wszystko działo się pod koniec listopada. W grudniu stwierdziliśmy z Pawłem, że nic nie wymyślimy, a musimy chłopakom poświęcić czas. Starszy powinien wrócić na zajęcia w przedszkolu, a ja wyjść do ludzi i porozmawiać o czymś innym. Podarowaliśmy sobie ten czas.

Ale wiedziałam, że w końcu muszę wrócić do lekarza prowadzącego. Poszłam w grudniu. „Przyszła pani na ostatnią wizytę do profesora?” – zapytała pielęgniarka. „Dlaczego ostatnią?” – zdziwiłam się. „Bo profesor dziś ostatni dzień jest w pracy, od jutra już tu nie pracuje” – odpowiedziała. I tak straciłam lekarza prowadzącego. Myślę, że od jakiegoś czasu wiedział, że odchodzi, ale mnie jako pacjentki o tym nie poinformował. Weszłam do niego. Popatrzył, czy mam brzuch. „Nie przyjęli pani na oddział?” – zapytał. „Nie, bo nie mieliśmy dokumentu, że wady są letalne” – odpowiedziałam. „Bo w tym kraju tak jest, tu się wszyscy boją” – stwierdził. „Szkoda tylko, że w tym strachu lekarze zapominają, kim są i jak powinni dbać o pacjentów” – powiedziałam. „Jestem dla was śmierdzącym jajem, każdy z was mnie wypycha do kogoś innego”.

Nie dał mi skierowania na USG do szpitala, na którym mi bardzo zależało, gdzie powinnam pojechać, żeby ewentualnie odbarczono głowę Rity.

Znalazłam w końcu lekarkę od beznadziejnych przypadków. Badała mnie półtorej godziny. To ona pierwsza mi powiedziała, że Rita nie przełyka wód płodowych, przez co mam duże wielowodzie. Dostałam od niej skierowanie do profesor w hospicjum. Nie chciałam, ale pojechaliśmy. Prawie trzy godziny czekania. Z chłopakami, którzy dosłownie stawali na uszach. To nie działa tak, jak powinno działać. Na USG nie można było mnie zbadać, bo traciłam oddech. Czułam i cały czas czuję, jakbym oddychała przez rurkę. Na koniec profesor powiedziała, że dzieci z wodogłowiem mogą żyć, mogą się rozwijać.

Nie zapytałam ze zmęczenia, jak wygląda ten rozwój. Ruszenie palcem? Co się nazywa rozwojem u takiego dziecka, które nie ma mózgu? Zrośnięty przełyk – operacja. Szpotawe nóżki – operacja.

W drodze powrotnej szukaliśmy z Pawłem różnych opcji. Myśleliśmy: serce jest dobre. Może w tym jest ukryty sens – żeby to serce biło w innym dziecku? Niestety, w Polsce nie jest unormowane prawnie pobieranie organów na przeszczep od tak małych dzieci.

Jak w tej chwili wyglądają twoje pobyty w szpitalu?

Z lekarką od spraw beznadziejnych pożegnałam się po tym, gdy z bólami jechałam do szpitala i zapytałam, do którego najlepiej. Odpowiedziała mi krótko: „Do innego”.

Niedawno dostałam mocnych bólów brzucha. Wytrzymałam do rana, myśląc, że to jakoś rozejdzie się po kościach, ale nie. Pojechaliśmy do szpitala. Izba przyjęć, ludzi niezbyt wiele, ale „pani procedura” działa i wszyscy mają czekać. Jednak widząc wyniki naszej Rity, pani w rejestracji spasowała, weszliśmy bez kolejki do lekarza i wylądowaliśmy na porodówce. Dostałam zastrzyk rozkurczający, kroplówkę i czekamy. Wytłumaczyłam lekarzowi, że nie chcemy uciążliwej terapii, że w razie porodu chcemy, żeby nasza córka mogła spokojnie odejść. Za parawanem, taką zasłonką prysznicową, właśnie zaczęła rodzić kobieta. Przeżywamy poród z nią. Kiedy urodzony maluch zaczął płakać, nie wytrzymałam i zaniosłam się szlochem. Dotarło do mnie, że nasza Rita nigdy tak nie zapłacze. To mnie dobiło. Niewiarygodne, że położne nie wpadły na pomysł, żeby mnie wypchnąć na chwilę na korytarz. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, dobrze, że był Paweł, bo mój płacz byłby słyszalny chyba na całym oddziale.

Potem lekarz w końcu powiedział, że szykują mi miejsce na patologii, ale jeszcze przez godzinę przysłuchiwaliśmy się pierwszym chwilom nowego człowieczka.

Na patologii spędziłam dwa bezsensowne dni. W weekend w szpitalu nic się nie działo, dopiero w poniedziałek zrobiono mi amnioredukcję, połowiczną, bo z bólu nie wytrzymałam całego zabiegu, i wypuszczono po trzech godzinach do domu. Wygląda na to, że nic podczas tej ciąży nie będzie mi oszczędzone.

Kiedy Rita pojawi się na świecie?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.