Dom pełen miłości - Katarzyna Janus - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Dom pełen miłości ebook i audiobook

Katarzyna Janus

4,2

Opis

Zosia szuka miłości i akceptacji w ramionach przygodnie poznanych mężczyzn. W wolnym czasie w pięknym, mazurskim domu, oddaje się swojej pasji, jaką jest gotowanie. Wygrywa nawet konkurs kulinarny.

W zmaganiach towarzyszą jej trzej mężczyźni; Alex, młody Grek, w którego życiu odegra wielką rolę, przystojny Jan, sporo od niej starszy mężczyzna po przejściach, oraz Tomasz, chłopak, którego kiedyś porzuciła.

Które uczucie okaże się najsilniejsze? Czy Zosia wreszcie odnajdzie miłość?
Zanurz się w pięknej opowieści o poszukiwaniu szczęścia i o uroczym mazurskim domu, który swoim mieszkańcom daje nadzieję i wytchnienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 1 min

Lektor: Gabriela Jaskuła

Oceny
4,2 (163 oceny)
79
49
27
6
2
Sortuj według:
Sobkosia

Nie oderwiesz się od lektury

Cudownie ciepła opowieść o miłości, pełna emocji. Napisana tak, że czyta się ją jednym tchem.
00
JOANNAWBP14

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka o poszukiwaniu miłości , odwadze i determinacji w spełnianiu marzeń
00
Audra_cat

Nie oderwiesz się od lektury

Wzruszająca i dająca nadzieję Wszystkim jej potrzebującym
00
mokasik

Nie oderwiesz się od lektury

To była cudowna opowieść od pierwszej do ostatniej strony.
00
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałam z przyjemnością,polecam
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla całego świata możesz być nikim,

dla kogoś możesz być całym światem.

Antoine de Saint-Exupéry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

***

 

Unosiła się…

Była lekka jak piórko. Widziała chmury. Przepływały obok niej niczym baranki z waty cukrowej. I było jej tak beztrosko… Miała wrażenie, że sama stała się takim małym obłoczkiem, który podmuchy łagodnego wietrzyku przemieszczają to tu, to tam. Nie myślała o niczym, wszelkie problemy odpłynęły gdzieś w dal, zapewne niesione jak te obłoki. A może to one były obłokami? Była samym umysłem, zupełnie nie czuła, że posiada jakieś ciało. Czyżby nagle stała się tylko duszą? Czy dusze istnieją? Nie są tylko bioelektrycznymi impulsami rozchodzącymi się w mózgu? Więc jednak są? Chciała się poruszyć, spojrzeć w dół, ale nie mogła. Zupełnie jakby nie miała głowy, jakby nie patrzyła oczami, a jakimś innym, nieznanym zmysłem. Czy będzie mogła tak zostać już na zawsze? Nie chciała wracać do swego prawdziwego życia. I zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, jakie też ono było. Jakby nie było niczego przedtem ani nie miało być niczego potem. Była tylko tu i teraz i jedynie to miało znaczenie.

Nie pragnęła niczego więcej…

Nagle coś się zaczęło dziać, jakby jakaś niewidzialna siła próbowała ciągnąć ją w dół. W miejsce, które nie było już takie jasne i przyjazne jak te obłoczki. Nie chciała się tam kierować, tu było tak dobrze. Jednak siła była potężniejsza od niej, nie dawała za wygraną i w końcu to ona musiała się poddać, a kiedy to się stało, poraziło ją jasne światło. Słyszała głosy, tupot nóg i różne inne dźwięki. To wszystko huczało w jej głowie. W tej głowie, której przecież nie miała.

Bo przecież była samą świadomością… Duszą…

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Nagle poczuła się taka samotna…

Minął rok, od kiedy Paula wyprowadziła się z Błękitnego Domu, nie mówiąc już o Tosi, która wyfrunęła z tego gniazda prawie dwa lata temu. Dziewczyny pozakładały swoje rodziny, porodziły dzieci, były szczęśliwe. A ona, Zośka…? Co z nią było nie tak? Dlaczego nikt jej nie chciał? Czyżby miała w sobie jakąś usterkę? Ukrytą wadę, która ujawnia się przy dłuższym użytkowaniu? Właśnie… Użytkowaniu! Chyba jedynie do tego służyła wszystkim nowo poznawanym mężczyznom. Do użytkowania! Używania ile wlezie, a potem rzucania w kąt jak opakowanie po zjedzonych cukierkach. Owszem, były smaczne, ale szybko się kończyły, a kolorowe pudełko do niczego już nie mogło się przydać. Albo jak metalowa puszka po piwie zgnieciona jednym ruchem i wrzucona do śmietnika. Ot, samo życie.

Paulina i Tosia… Jej najlepsze przyjaciółki, droższe niż rodzone siostry (których zresztą nie miała). Wszystkie trzy pogubione dusze znalazły swój dom w pensjonacie o jakże trafnej nazwie Błękitny Dom, a to z racji stolarki w tym właśnie kolorze zdobiącej to siedlisko. Właścicielka tego przybytku, Antonina Zielińska, zwana przez wszystkich Tosią, z wykształcenia bibliotekarka, z zamiłowania wieczna marzycielka, odziedziczyła to położone w maleńkiej mazurskiej wsi Mrówki domostwo po zmarłej krewnej i przygarnęła do niego dwie znajdujące się na życiowym zakręcie młode kobiety – ją, Zośkę, którą chłopak pobił dotkliwie, zresztą nie po raz pierwszy, i od którego w środku nocy uciekła w popłochu do Tosi właśnie, i drugą nieszczęśnicę, Paulinę. Ta dla odmiany chciała ukraść jedzenie w sklepiku, w którym ona, Zośka, pracowała. Biedne dziewczę wyglądało jak siedem nieszczęść, a do tego było przy nadziei. Zaginął jej chłopak, który zostawił ją bez środków do życia, a ona, szukając go, zawędrowała aż tutaj, do miejsca, gdzie (oprócz lata) diabeł mówi dobranoc. Jak Zośka mogła ją zostawić w takim stanie? No, przecież nie mogła. Przygarnęła ją, a właściwie Tosia zaproponowała jej wspólne mieszkanie i pomoc w pensjonacie. I Paula została u nich, a jako bardzo utalentowana pianistka, która zmuszona była przerwać naukę w konserwatorium, grą na pianinie umilała im wszystkim długie zimowe wieczory. Tej cudownej, magicznej gry można by słuchać w nieskończoność.

Tymczasem zarówno Paula, jak i Tosia wyfrunęły z błękitnego gniazda i została tylko ona sama. Kobieta, której nikt nie chciał. A może do tej pory źle lokowała swoje uczucia? Może wybierała nieodpowiednich mężczyzn, podświadomie szukając takich, którzy przypominali jej ojca? Wiecznego utracjusza i obiboka, na którego najpierw jej matka, a później ona, musiały pracować do czasu, kiedy wyrzucona przez niego z domu poroniła swoje pierwsze i jedyne jak do tej pory dziecko. Fakt, była wtedy jeszcze bardzo młoda, ale już kochała to maleństwo rozwijające się w jej łonie. Chłopak, który jej to szczęście zmajstrował, oczywiście na wiadomość o ciąży wziął dupę w troki i tyle go było widać. Bo tak bardzo był podobny do jej ojca. Zero odpowiedzialności, zero uczuć, zwyczajny Piotruś Pan. Nie miała z nim więcej kontaktu, unikał spotkań, nie wiedząc nawet, że straciła ich dziecko.

Tak… Podświadomie wyszukiwała w tłumie (no, może to zbyt wiele powiedziane) osobników toczka w toczkę jak jej staruszek, o którym zawsze myślała, że miał beton w głowie i w sercu. Ale czy tak na dobrą sprawę miała jakiś wybór? Odnosiła wrażenie, że tylko tacy mężczyźni kręcą się wokół niej. Kiedyś odbyła rozmowę z Paulą. Przyjaciółka usiłowała jej delikatnie uświadomić, aby nie szła od razu z nowo poznanymi mężczyznami do łóżka i nie osaczała ich później swoją osobą. Kiedy oni nadawali się tylko do łóżka, a i to nie zawsze… A tak z drugiej strony… Czy ona sama nadawała się do czegoś więcej? Poza tym nie ma przecież na świecie takich mężczyzn, o jakich marzą kobiety, tak jak nie ma suchej wody ani kwadratowego koła.

Marzyła o własnym domu, takim czyściutkim, ładnie urządzonym, pachnącym ciastem; o rodzinie, kochającym, mądrym mężczyźnie, u boku którego będzie mogła czuć się bezpiecznie i być sobą. Nie tą emanującą seksem, wyzywającą Zośką, tylko delikatną, kobiecą, niezaradną Zosią, którą należy kochać, otaczać troską, wspierać… Ech, czy znajdzie kiedyś takiego kogoś? Czy on w ogóle istnieje? Spotykani do tej pory faceci mieli zdecydowanie rozum w gaciach, a serca nie posiadali. No, może z wyjątkiem Tomasza, ale przestraszyła ją jego powaga i traktowanie świata i wszystkiego w ogóle bardzo serio. A przecież jej nie chodziło wtedy o taki związek, kiedy to dwoje dorosłych ludzi spija sobie z dziubków i świergocze miłosne bzdety. Chodziło jej o partnera, przyjaciela, kogoś, na kim mogłaby polegać.

Szczęście… Czymże ono jest? Dla jednego to milion wygrany w totka, dla drugiego posiadanie pięknego domu, dla jeszcze innego wielka miłość… Są też jednak i tacy, dla których na szczęście składają się drobnostki codziennego dnia. Smaczne śniadanie na miły początek, uśmiechy pasażerów w autobusie podczas jazdy do pracy, sumiennie wykonane zawodowe obowiązki, słoneczny dzień, dający życie deszcz, zasłyszane dobre słowo, pochwała, świergot ptaka, uścisk przyjaznej dłoni, pocałunek ukochanego… Można by tak wymieniać bez końca, tylko po co?

Westchnęła…

Wstała z fotela, który kiedyś był ulubionym siedziskiem Pauliny. Po wyjeździe przyjaciółki przeprowadziła się do jej małego mieszkanka, które dawno temu wspólnie urządziły na stryszku w pensjonacie. Najpierw mieszkały tam obie, później, kiedy Paula urodziła synka i związała się z Brunem, Zośka przeniosła się do pokoiku na parterze, który początkowo służył Tosi za biuro. Zawsze była przerzucana z miejsca na miejsce, bo kiedy pomieszczenie było potrzebne dla gości, wracała na górę do Pauli, gdzie pomieszkiwała przez kilka kolejnych dni. Dlatego nawet nie rozpakowywała walizki, stale gotowa do opuszczenia swego lokum. Zresztą dobytku nie miała wiele, ot, kilka fatałaszków, trochę kosmetyków i ukochaną książkę kucharską, którą odziedziczyła po babci. Babcia Helena… To była jej najukochańsza osoba na świecie, ona jedyna rozumiała nastoletnią Zosię jak nikt inny, zawsze potrafiła pocieszyć, wesprzeć, pogłaskać po głowie kojącym gestem, a wtedy wszystkie troski rozwiewały się jak poranna mgła. Książka z przepisami zainspirowała dziewczynę do tego, aby w Błękitnym Domu przejąć we władanie kuchnię. Ku jej zdziwieniu okazało się, że lubi to robić i wychodzi jej to całkiem nieźle. Uwielbiała gotować. Wcześniej nie miała okazji, żeby się o tym przekonać, bo zarówno ojciec, jak i niedoszły narzeczony – damski bokser – wymagali od niej na okrągło schabowych z kapustą, mielonych z burakami, pierogów, gołąbków i tym podobnych klasycznych polskich potraw. A tu, w pensjonacie, okazało się, że może poimprowizować. Początkowo były to na przykład gołąbki, ale z kaszy jaglanej z mięsem indyczym zawinięte w liście winorośli, mielone z dodatkiem utartej marchwi i korzenia pietruszki, a do tego buraczki pokrojone w paseczki podsmażone na oliwce z dodatkiem estragonu. Kotlet schabowy dla odmiany panierowany w płatkach kukurydzianych lub migdałowych, a kapusta zasmażana z dodatkiem dyni i chili. Nie mówiąc już o przepisach na zupełnie nowe potrawy, które wynajdywała w internecie czy też po prostu wymyślała. Tak… Kuchnia stała się jej odskocznią, tam zapominała o swoich problemach, marzenia przestawały być ważne i zostawała tylko ona i gotowanie. Ale cóż… kucharzenie nie zastąpi prawdziwego życia, może być jedynie od niego chwilową ucieczką.

Dopiła ostatni łyk czerwonego wina i ciężko wstała z fotela. Czuła się zmęczona. Wszystko w pensjonacie było na jej głowie. Już dawno zrezygnowała z pracy w sklepie, zajmując się jedynie siedliskiem. Miała wprawdzie Irenę, miłą i ciepłą osobę, która pomagała jej chętnie we wszystkim, ale kapitanem na statku była wyłącznie ona. A gości nie brakowało, dobra opinia o Błękitnym Domu niosła się z ust do ust i ten sposób był najlepszą reklamą. Zaczęło się od powieści Kacpra Balińskiego, nieżyjącego już niestety autora poczytnych thrillerów psychologicznych, który, goszcząc u nich przed ponad rokiem, umieścił ich siedlisko w swojej książce, a ta po jego śmierci okazała się bestsellerem.

Weszła do malutkiej łazienki. Spojrzała w lustro na swe przemęczone odbicie. Wyglądała jak z krzyża zdjęta. Podkrążone oczy, szara cera, zaniedbane włosy, które puszczone na żywioł rosły sobie, jak chciały, jedynie od czasu do czasu podcinane przez nią samą jednym ruchem krawieckich nożyc. Jaki mógł być tego efekt, wiadomo. Przetarła dłońmi po policzkach, naciągając je tu i ówdzie. Gdyby tak operacja plastyczna…? Byłoby lepiej? Poprawiłby się jej wygląd? Była już trzydziestopięciolatką, młodość niestety miała się ku końcowi. Co będzie z nią dalej? Jaka przyszłość przed nią? Parsknęła z rezygnacją. Co też jej przychodzi do głowy, same durne pomysły; myśli, które tylko dołują, pogłębiając jej przygnębienie. Umyła zęby, ochlapała twarz zimną wodą, położyła grubą warstwę kremu na noc, jakby to miało w czymś pomóc, zgasiła światło i po chwili opatulona kołdrą po czubek głowy zasnęła ukołysana do snu czerwonym winem.

Znowu sama…

 

***

 

Obudził ją telefon.

– Zosiu! Śpisz?

– Już nie – odpowiedziała zaspanym głosem.

Tosia zawsze była rannym ptaszkiem, w przeciwieństwie do niej i Pauli. Wstawała skoro świt, ale i szła spać z kurami.

– To dobrze! – zaświergotała przyjaciółka. – Pamiętasz, że w przyszłym tygodniu masz imieniny?

„No tak, piętnasty maja tuż, tuż…” – pomyślała.

–Yhm… – wymamrotała. – I?

– Jak to i? I przyjeżdżamy oczywiście!

Coś było w tej Tośce, że wzbudzała w rozmówcy dobry nastrój. To chyba jej pogoda ducha tak się udzielała wszystkim wokoło. A przecież jeszcze nie tak dawno, przed trzema laty, była szarą myszką z nosem w książkach, spędzającą czas jedynie w towarzystwie grubego kota Baltazara. I pomyśleć, że wystarczyła przeprowadzka na Mazury…

– My, czyli kto? – Zosia ziewnęła od ucha do ucha. Nie zamierzała jeszcze tak wcześnie wstawać. Dzisiaj śniadanie dla gości przygotowywała Irena.

– Jak to kto? Wszyscy oczywiście! – zaświergotała Tosia radośnie.

– Czyli?

– No ja i Kuba, i nasza Basieńka, Paulisia z Brunem i dzieciakami, będzie jeszcze tato Pauli i oczywiście pani Kazia.

Tato Pauli… Jan…

Nie widziała go prawie od roku, ostatni raz w Bydgoszczy, podczas pobytu u Pauli i Bruna. Wtedy odniosła wrażenie, że między nimi zaczęło się dziać coś dziwnego. Spoglądali na siebie co chwilę, jednocześnie czując to dziwne skrępowanie, które dopada dwoje ludzi zainteresowanych sobą. Z jednej strony chciałoby się być blisko tej osoby, patrzeć na nią, rozmawiać, dotykać, a z drugiej… Coś powoduje, że w gardle nagle rośnie klucha, która skutecznie uniemożliwia konwersację, nogi drżą, dłonie się pocą… I może nie byłoby w tym nic dziwnego, każdy przecież ma prawo zauroczyć się drugą osobą, każdego to może dopaść, tylko że Jan był starszy od niej o ponad dwadzieścia lat! A przecież ona nigdy nie interesowała się starszymi mężczyznami! Czyżby ujawniał się u niej w tym przypadku niedosyt ojcowskiej miłości? Być może… Jednak Jan był bardzo atrakcyjnym mężczyzną. Dość wysoki, o wysportowanej sylwetce, którą zawdzięczał codziennej aktywności fizycznej – biegał, jeździł na rowerze, często grywał w tenisa. Na jego brzuchu nie było tego piwnego mięśnia, jakim szczyci się większość mężczyzn w jego wieku. Szpakowate, nadal bujne włosy, zawsze modnie przycięte, krótka bródka, którą od czasu do czasu miał zwyczaj golić, aby, jak mawiał, przypomnieć sobie, jak naprawdę wygląda. Do tego nawet modny, a przede wszystkim sportowy i jednocześnie elegancki ubiór, sprawiały, że miło było zawiesić na nim oko. Zosia sądziła, iż przez ten długi czas, kiedy się nie widzieli, mężczyzna zupełnie wywietrzeje jej z głowy, tymczasem kiedy usłyszała, że i on wybiera się do niej na imieniny, szybciej zabiło jej serce.

– Halo! Houston! Jesteś tam, Zosieńko? – Tosia zniecierpliwiona zbyt długim milczeniem przyjaciółki dała o sobie znać.

– Tak, tak, jestem… Leżę jak kurz i słucham, jak mi paznokcie rosną – odpowiedziała, ocknąwszy się nieco. – Tylko zastanawiam się, gdzie ja was wszystkich pomieszczę. Pensjonat jest pełny, a Paula z rodzinką nie zmieści się u mnie na poddaszu. Poza tym nie ­będziemy mieli nawet gdzie spokojnie posiedzieć. Tym razem dom jest pełen dzieciaków, bo zjechali do nas sportowcy z podstawówki, których opiekunowie wymyślili sobie, że Mazury na wiosnę to najlepsze miejsce do treningów.

– Nic się nie martw, kochana, już wszystko załatwione i obgadane. Wszyscy będziemy imprezować u nas, w Skorupkach. Dom jest wielki, pomieści wszystkich. Ty i Jan zanocujecie u nas, a panią Kazię się odwiezie do domu. Powiedziała, że wolałaby spać u siebie, więc musimy to uszanować. Ma przecież już swoje lata. A w pensjonacie zostanie Irena. To co? Załatwione?

„Załatwione, załatwione… Czyli co? Ona i Jan pod jednym dachem? O rany…”

Kuba, mąż Tosi, miał piękną willę w sąsiedniej wsi Skorupki. To dzięki tej niewielkiej odległości między ich posiadłościami i zrządzeniu losu tych dwoje się poznało. Teraz mieszkali w Bydgoszczy, ale każdą wolną chwilę starali się spędzać na Mazurach.

– Zośka! Weź się zbudź wreszcie, kobieto! Jesteś tam?

– Tak, tak, Tosiu. Dobrze, oczywiście… Będzie mi bardzo miło… – dukała niczym uczennica wyrwana niespodziewanie do odpowiedzi, do której zupełnie nie była przygotowana. – A co z jedzeniem? Muszę przecież was jakoś ugościć, w końcu to moje imieniny.

– O nic się nie martw, kochana. Kuba już zamówił catering, dostarczą wszystko z Rynu, a Paula obiecała, że przywiezie upieczony przez siebie sernik, wiesz, ten, co to go wszyscy uwielbiamy. A ty zrób tylko tę swoją musakę.

Tak… Paula była mistrzynią w pieczeniu ciast i kiedy obie prowadziły Błękitny Dom, doskonale się uzupełniały w kuchni. Zośka gotowała, a Paula piekła. I wszystko grało. A musaka była ostatnio popisowym daniem Zofii. To rodzaj zapiekanki przygotowanej z mielonego mięsa, bakłażanów, pomidorów, odpowiedniej kompozycji przypraw i wierzchu otulonego sosem beszamelowym, posypanym żółtym serem. Do tego kawałek świeżej bagietki… Ech, palce lizać. Nie dziwota, że od kiedy zaczęła gotować w Błękitnym Domu, jej kształty nieco się zaokrągliły, ale ponoć dodawało jej to uroku.

Zosia westchnęła, poddając się woli przyjaciółki.

– Dobrze, Tosiu, w takim razie do zobaczenia wkrótce.

 

***

 

Czuła dziwny niepokój, jadąc do Skorupek. Na tylnym siedzeniu dumnie spoczywała dopiero co przygotowana musaka, której zachęcający aromat wypełniał cały samochód. Pomyślała, że przesiąknie tym zapachem i witając się z przyjaciółmi, zamiast wonią nowych perfum – niedawno przez nią odkrytej Laury Biagiotti – będzie cuchnęła kuchennymi wyziewami. Tak, tak. Zapach zapiekanki był cudowny, ale owładnięty nim człowiek zwyczajnie cuchnął. Nie znosiła tego. Dlatego uchyliła wszystkie okna w samochodzie. Z dwojga złego lepiej mieć rozwiane włosy niczym Bridget Jones po ekscytującej jeździe kabrioletem, niż drażnić cudze nosy niezbyt wyszukanymi pachnidłami.

I jak to będzie spotkać Jana po takim czasie? Jak on wygląda? A czy z jej wyglądem wszystko w porządku? Dobre czterdzieści minut pindrzyła się przed lustrem, a zazwyczaj wystarczało jej piętnaście. O czym to świadczyło? Czyżby traciła wprawę w czynieniu się piękną, czy też…

Kiedy tylko zatrzymała auto na podjeździe posiadłości, drzwi natychmiast otworzył jej Kuba, właściciel domu. Nie widzieli się od kilku miesięcy, przytyło mu się nieco, skroń przyprószyły początki siwizny, jak to u czterdziestolatków bywa, ale jego oblicze jak zwykle rozjaśniał serdeczny uśmiech.

– Zośka! Witamy! – zawołał wesoło, zbiegając ze schodów, by po chwili wziąć ją w ramiona i unieść niczym silny niedźwiedź.

– Udusisz mnie! – zapiszczała radośnie, a wszelkie wątpliwości i troski, jakie dopadły ją po drodze, rozwiały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Po chwili witana przez przyjaciół w przestronnym holu czuła się jak królowa balu. Oto wszyscy zebrali się tu z jej powodu, aby wspólnie świętować jej imieniny. I w jednej chwili poczuła się taka ważna. Byli dla niej rodziną, jedyną, jaką posiadała.

Na końcu podszedł Jan. Nie zmienił się właściwie od ich ostatniego spotkania, jedynie jego włosy posiwiały odrobinę bardziej, co, o dziwo, przydawało mu atrakcyjności. Ubrany w ciemne dżinsy, czarny T-shirt i lnianą jasną marynarkę prezentował się pierwszo­rzędnie. Do tego czarne eleganckie mokasyny… nic dodać, nic ująć.

Zosia nagle poczuła, jakby ktoś ściskał jej klatkę piersiową, uniemożliwiając oddychanie. Kiedy Jan podszedł bliżej, zupełnie nie słyszała życzeń, które jej składał. Miała wrażenie, że ogląda film puszczony w zwolnionym tempie, i jedyne, co zdołała zarejestrować, to był pocałunek, który mężczyzna złożył na jej dłoni.

„Kto teraz całuje kobietę w dłoń? – pomyślała. – A przecież to takie romantyczne, tak przyjemnie łechce damską próżność…”

Tak, Kuba i Bruno ściskali ją zazwyczaj, jakby była ich młodszą siostrą, a kobiety wycałowywały jej policzki. Tymczasem Jan… A pachniał tak subtelnie, mieszaniną woni zadbanego mężczyzny i dobrej wody toaletowej, zupełnie nie miała pojęcia jakiej, nie znała się na tych sprawach. Jej ojciec zazwyczaj woniał alkoholem albo co najwyżej Przemysławką, a chłopacy, z którymi się zadawała… Owszem, jakiś dezodorant, do tego zapach potu, co nie stanowiło zbyt wyszukanej ani miłej dla nosa mieszanki, ale nigdy żaden z nich nie pachniał prawdziwym mężczyzną. A Jan tak!

Na końcu przywitała się z dziećmi. Tosia i Kuba ­mieli półtoraroczną córeczkę Basię, natomiast Paula i Bruno synka Maciusia, który był panieńskim dzieckiem Pauli, ale Bruno oczywiście go zaadoptował. Chłopiec liczył sobie trzy wiosny. Oprócz niego były jeszcze ich wspólne bliźnięta niewiele młodsze od Basi: Kacperek i mała Zosieńka – jak się można spodziewać – oczko w głowie dużej Zosi. Kiedy tak przytulała do siebie te wszystkie maluchy, jednego po drugim, z trudem ukrywała, jak serce ściska się jej z żalu. Już dawno pragnęła własnego dziecka, zegar biologiczny tykał przecież nieubłaganie. Tik-tak, tik-tak, stale rozbrzmiewało w jej głowie. Nawet niedawno w desperacji usiłowała zajść w ciążę z takim jednym… Wydawał się jej najprzystojniejszy ze wszystkich absztyfikantów, z którymi spotykała się do tej pory. Nie zamierzała się z nim więcej widywać, nie planowała także informować go o ewentualnej ciąży. I co? Nic! Figa z makiem!

Tymczasem godziny spędzane w gronie ukochanych przyjaciół mijały tak szybko. Tyle mieli sobie do powiedzenia, tyle śmiesznych historii do zrelacjonowania, wspólnych wspomnień do przypomnienia. Kiedy maluchy ułożono wreszcie do snu, a Kuba po kolacji odwiózł panią Kazię do domu, dopiero wtedy poczuli się bardziej wyluzowani. Kuba i Bruno prawie nie pili alkoholu, ktoś przecież musiał czuwać nad dziećmi. Zosi bardzo spodobała się ta ich odpowiedzialność. Spostrzegła z zaskoczeniem, ale i dumą jednocześnie, że obaj dojrzali do roli ojców. Natomiast co do alkoholu, to panie postanowiły sobie tego wieczoru pofolgować i jedynym mężczyzną, który mógł im w tej przyjemności w pełni towarzyszyć, był Jan.

Jan…

Posadzono ich oczywiście obok siebie. Zazwyczaj tak się działo. Dwie persony bez pary. Nie do pary… a może właśnie do pary? Rzucali sobie raz po raz ukradkowe spojrzenia, a kiedy przypadkowo stykali się ramionami, albo też ich dłonie się dotykały, gdy sięgali po coś na stole, Zosia natychmiast odsuwała się od swego towarzysza, jakby dopuszczała się jakiegoś zakazanego czynu i obawiała się srogiej kary. Poza tym przecież to wszystko, co roiło się w jej głowie odnośnie do tego mężczyzny, było idiotyczne, a kiedy wypiwszy już sporo czerwonego wina, w końcu to sobie uświadomiła, poczuła ogarniające ją przygnębienie. Miała wrażenie, że śmiechy, wesołe rozmowy towarzyszących jej osób dochodzą skądś z daleka, jakby sama znajdowała się za grubą szybą, skutecznie odgradzającą ją od świata, jakby ten strzegł, aby nie sięgnęła po zakazany owoc.

Grubo po drugiej w nocy wszyscy udali się na spoczynek. Jednak ona nie mogła zasnąć. Było jej niedobrze, z pewnością z powodu zbyt dużej ilości wypitego wina. Wiedziała przecież, że ten trunek jej nie służy, zawsze po nim czuła się źle, ale nigdy nie potrafiła go sobie odmówić. Uwielbiała ten smak, aksamitną cierpkość rozlewającą się po języku, specyficzne drętwienie zębów i ten przyjemny rausz… A że potem zwykle musiała odchorować, cóż… Było warto dla tej chwili przyjemności. Jednak teraz chciało jej się pić, odczuwała kołowrotek w głowie i nieprzyjemne mdłości, które nasilały się w pozycji leżącej. Wstała zatem, narzuciła na piżamę Tosi szlafrok znaleziony w łazience i zeszła do kuchni. Nalała sobie wielką szklanicę wody mineralnej i wyszła na taras. Noc była taka ciepła, zupełnie nie pasowała do „zimnej Zośki”. W tym roku już od pierwszego maja można było nosić krótkie rękawki, piękna pogoda się utrzymywała, temperatury w ciągu dnia często przekraczały dwadzieścia stopni, noce także były bardzo przyjemne. Usiadła na drewnianym leżaku. Światło padające z salonu oświetlało część tarasu i przyległego do niego ogródka. Łagodny wiatr delikatnie poruszał gałęziami krzewu rosnącego tuż przy schodach prowadzących do ogrodu. Liście wydawały się ze srebra, mieniąc się i skrząc przy każdym ruchu. Na niebie świecił księżyc, który raz po raz przesłaniały delikatne pierzaste chmury wyglądające niczym jedwabne nici snujące się po nieboskłonie, jakby malarz gdzieś tam, w przestworzach, przeciągał pędzlem po tym Srebrnym Globie tylko po to, żeby za chwilę swe dzieło zmazać. W oddali leniwie szczekał pies, zamiast spać, jak przystało o tej porze. Nagle usłyszała śpiew ptaka. Uniosła się na leżaku, nasłuchując. Wydało się jej dziwne, że ptaki śpiewają nocą. A był to koncert zaiste przejmujący, z pewnością mógłby się równać z grą Pauli na pianinie. Pieśń brzmiała nieprawdopodobnie, wyśpiewywana z zadziwiającą mocą i zaangażowaniem, a pokręcona melodyjka zawierała w sobie taką różnorodność dźwięków, od świstów, gwizdów, treli, poprzez tony przypominające grę na flecie, a wszystko to miksowało się w niepowtarzalną melodię.

– To słowik… – usłyszała obok cichy głos.

Drgnęła.

To był Jan. Nie zauważyła go wcześniej. Teraz także go nie widziała, poznała jedynie po głosie. Siedział na leżaku obok, ale światło nie dochodziło do tego miejsca, natomiast bardzo dobrze oświetlało ją.

– Szuka partnerki – ciągnął dalej, a jego głos w tej nocnej atmosferze brzmiał, jakby ktoś trącał basowe struny gitary. – Jego śpiew słychać na kilka kilometrów.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Nagle zupełnie wytrzeźwiała, nawet nudności ustąpiły.

– Nie miałam pojęcia, że ptaki mogą śpiewać nocą – odezwała się w końcu.

Milczał. Słowik wyśpiewywał, a ona miała wrażenie, że odgłos jej szybko bijącego serca doskonale słychać wokoło i nawet ta rozświergotana ptaszyna z pewnością jest w stanie go usłyszeć.

– Cieszę się, że mieliśmy okazję się ponownie spotkać, Zosiu – usłyszała.

– Tak… To miło… – Nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Nigdy nie miała problemów z kontaktami z płcią przeciwną, nie była nieśmiałą osobą, często to właśnie ona inicjowała rozmowę, prowokowała mężczyzn seksa­pilem, nie mając żadnych kompleksów, tymczasem teraz… Co się z nią działo? Zupełnie nie znała tego stanu.

– I czuję się zaszczycony, że mogłem uczestniczyć w twoim święcie – dodał po chwili Jan.

Uśmiechnęła się w mroku, chociaż zdawała sobie sprawę, że jej towarzysz i tak tego nie dostrzeże. Milczeli przez kolejne sekundy, tymczasem ją dopadł nagły i zupełnie irracjonalny lęk, którego nie była w stanie zdefiniować. Poczuła chęć natychmiastowej ucieczki i nie potrafiła nad nią zapanować.

– Przepraszam, Janie, muszę już iść. Położę się… Późno już… – oznjamiła po chwili i pośpiesznie opuściła taras.

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Czerwiec zrobił się upalny. Temperatury powyżej trzydziestu stopni momentami zwalały z nóg. Najlepiej czuła się w ceglanych ścianach Błękitnego Domu, które, postawione tradycyjnym sposobem, skutecznie chroniły zarówno przed chłodem, jak i nadmiernym gorącem. Pensjonat był pełen gości, mimo że jeszcze nie skończył się rok szkolny. Większość stanowili młodzi ludzie z małymi dziećmi, dlatego od rana do wieczora w domu panował harmider. Zosia z Ireną miały co robić, tym bardziej że chcąc dogodzić maluchom, wymyślały co rusz to jakieś nowe wymyślne potrawy, wręcz podpytując, co szkraby chciałyby zjeść. Irena była jej współpracowniczką, niezastąpioną we wszystkich sprawach związanych z prowadzeniem pensjonatu, dosłownie prawą ręką.

Nagle Zosia usłyszała dźwięk klaksonu na podwórzu, a kiedy wyjrzała przez okno, zobaczyła auto Kuby, z którego właśnie wysiadał właściciel, a wraz z nim dwóch mężczyzn. Zaskoczył ją ten widok, nie spodziewała się dzisiaj ich wizyty.

– Zosiu! – Po chwili od drzwi rozległo się wołanie. – Zośka! Jesteś tam?

Była właśnie w trakcie robienia klopsików dla dzieci. Ręce miała oblepione drobiowym mielonym mięsem, nie prezentowały się zbyt efektownie. Szybko je zatem umyła i właśnie wycierała w kuchenny ręcznik, gdy na progu stanął Kuba.

– Zośka! – zawołał i jak miał to w zwyczaju, natychmiast zamknął ją w niedźwiedzim uścisku swych silnych ramion.

– Auuu! Udusisz mnie, wariacie! – zapiszczała, ale nie kryła swej radości z tego spotkania. Oni wszyscy: Kuba, Tosia, Paula, Bruno byli przecież jej rodziną, kochała ich bezgranicznie.

Kuba rozluźnił uścisk, ale nadal jej z niego nie uwalniał. Spojrzała zza ramienia przyjaciela na jego towarzyszy.

– Pozwól, że przedstawię ci moich gości – powiedział, w końcu ją puszczając. – Panowie przyjechali z Grecji, od roku są naszymi partnerami w interesach, a że nie znają zupełnie Mazur, postanowiłem pokazać im ich kawałek.

Spojrzała na mężczyzn. Jeden z nich był zdecydowanie niższy, krępej budowy ciała, z  włosami siwymi na skroniach i zaokrąglonym brzuchem świadczącym o prowadzeniu wygodnego życia w dobrobycie; mógł mieć około sześćdziesiątki. Drugi, młodszy i wyższy, z pewnością grubo przed czterdziestką, może raczej tuż po trzydziestce, wyglądał wypisz wymaluj jak amant z powieści erotycznych. Typ samca z Południa. Wprawdzie Zosia nigdy jeszcze nie poznała żadnego południowca w kwiecie wieku (podstarzałego także nie), jednak na jego widok niejednej kobiecie z pewnością szybciej biło serce. Jej też.

– Zosiu, to jest Manolis Stavridis, a ten tu przystojniak to jego syn, Alexandros.

Młodszy mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny, błyskając śnieżnobiałymi zębami, które w kontraście ze śniadą skórą stanowiły iście diabelski widok. Potem obaj podali jej dłonie na przywitanie. Gdy ściskała dłoń Alexandrosa, ten przytrzymał ją nieco dłużej i wpatrując się w dziewczynę świdrującym wzrokiem, uśmiechał się zniewalająco, kokietując ją w jawny sposób.

– Jestem Alex, tak jest prościej – powiedział niskim głosem.

„No, nie! – pomyślała. – Przyjechał taki z jakiegoś dalekiego kraju i myśli sobie, że co? Że może sobie się tak do mnie bezkarnie uśmiechać, błyskając tymi zębami jak perełki? I co? Zaraz sobie poderwie głupią Polkę z zabitej dechami wsi Mrówki, o której nikt w żadnej Grecji nigdy nie słyszał? Niedoczekanie twoje!”

Postanowiła utrzeć mu nosa i potraktować gościa uprzejmie, acz chłodno. A potrafiła to robić, oj, potrafiła. Niejednego absztyfikanta, który jej nie odpowiadał, bo albo był brzydki jak noc, albo miał zabłocone buty, albo dla odmiany jechało mu z ust, albo nie miała z nim o czym rozmawiać, w trymiga potrafiła sprowadzić na ziemię i jednym spojrzeniem ostudzić jego zapał. Jednak z drugiej strony, gdy ktoś się jej podobał, gdy na kimś jej zależało (chociaż przez chwilę), kilkoma powłóczystymi spojrzeniami była w stanie owinąć go sobie wokół palca.

– Mogłeś mnie uprzedzić. – Z nutką pretensji w głosie powiedziała do Kuby, jednocześnie uśmiechając się do niego słodko.

– Oj tam, oj tam – odparł, obejmując ją ramieniem i prowadząc w stronę salonu. – Twoja gościnność jest wszystkim dobrze znana. Powszechnie wiadomo, że nie zostawisz żadnego podróżnego o pustym brzuchu i bez filiżanki kawy.

Wzruszyła ramionami.

– Rozgośćcie się zatem w salonie, a ja coś przygotuję. Na co panowie mają ochotę? – Spojrzała wymownie w stronę gości. – Czy panowie mówią po polsku?

– O, tak! – odezwał się starszy zupełnie poprawną polszczyzną. – Urodziłem się w Polsce, moi rodzice osiedlili się w Zgorzelcu, kiedy jako komuniści dawno temu musieli opuścić rodzinną Grecję, jednak po wielu latach wrócili do ojczyzny, a ja razem z nimi. Alex także urodził się w Polsce, ale zupełnie jej nie pamięta. Miał roczek, kiedy wyjechaliśmy do Grecji. Jednak mówi po polsku, bo moja żona, Małgosia, jest Polką.

Od razu nabrała sympatii do tego gościa, miał w sobie jakąś taką polską jowialność. Widocznie nie do końca geny decydują o charakterze człowieka, ale także w dużej mierze miejsce, w którym się dorasta, ludzie, z którymi się obcuje, i wiele, wiele innych czynników. Tymczasem Alex nadal wgapiał się w nią bezceremonialnie, uśmiechając się z wdziękiem.

„No, fakt. Jest superprzystojny. Czarne włosy, biała koszula z podwiniętymi powyżej łokci rękawami, rozpięta pod szyją niby to niechcący odsłaniała ciemne kręcone włoski na jego torsie. Do tego jasne wąskie dżinsy, jasnobrązowe mokasyny nałożone na bose stopy… Uch…”

Aż ją coś ścisnęło w wiadomym miejscu. Z pewnością zabawiłaby się z takim przystojniakiem, jednak zbyt nachalnie się w nią wgapiał, jakby był w stu procentach pewien swego zniewalającego wdzięku. Najwyższy czas, aby ktoś go wreszcie utemperował!

Po chwili, kiedy krzątała się w kuchni, nasłuchiwała dochodzących z salonu odgłosów męskich rozmów. Alex wprawdzie mówił po polsku z obcym akcentem, ale słychać było, że nie ma żadnych problemów z rozmową w tym języku. Wkrótce stanęła obok nich z tacą, na której postawiła trzy filiżanki z obłędnie pachnącym espresso, jeden kubek z kawą z mlekiem dla siebie, paterę z ciastem drożdżowym z rabarbarem i do niego talerzyki. Gdy stawiała tacę na niskim stoliku obok foteli, wszyscy mężczyźni westchnęli z lubością. Manolis nachylił się nad smakołykami, z namaszczeniem wciągając nosem powietrze.

– Nigdzie na świecie placek z rabarbarem nie pachnie i nie smakuje tak jak w Polsce. No, chyba że zrobiony przez moją Krakowiankę.

Zosia spojrzała na niego z zainteresowaniem.

– Mówię o mojej żonie, Gosi. Nazywam ją Krakowianką trochę z przekory. Wprawdzie większość swej młodości spędziła w Zielonej Górze, ale urodziła się w Krakowie i zawsze z dumą to podkreśla, na co ja lubię sobie z niej w tej kwestii żartować zawsze, kiedy dostrzegam w niej jakieś przejawy snobizmu. Oczywiście wszystko to z miłości.

I roześmiał się donośnie, a Zosia zauważyła w jego oczach miłość, kiedy tylko wspomniał o swojej żonie.

– Tęskni pan za nią? – zapytała, rozkładając talerze i filiżanki na stoliku.

– Oj, tak. W każdej chwili. Nie lubię się z nią rozstawać. Jest dla mnie najpiękniejszą i najbardziej godną miłości kobietą na świecie.

Stanęła wyprostowana i uważnie przyglądała się mężczyźnie. Pomyślała, że też by chciała być tak bezwarunkowo kochaną przez kogoś wartościowego. Spojrzała na Alexa. Nie przestawał wgapiać się w nią z tym swoim uśmieszkiem samca zadowolonego z siebie i uroku, jaki wokoło roztacza. Jej romantyczny nastrój natychmiast minął. Uniosła dumnie głowę, odwracając wzrok.

Panowie nie zabawili długo. Po półgodzinnej rozmowie o duperelach, Mazurach, Błękitnym Domu i pogodzie zaczęli zbierać się do wyjścia.

– Jedziemy do Rynu, muszę pokazać moim gościom zamek.

– Tak, tak. Jest co oglądać.

– Zatrzymaliśmy się oczywiście u mnie – ciągnął Kuba – ale mam do ciebie, Zosiu, prośbę. Chcielibyśmy przyjeżdżać do ciebie na obiady. Spędzimy na Mazurach pięć dni, za każdym razem dzień wcześniej dałbym ci znać, o której godzinie się zjawimy. Co ty na to?

– Nasz gość, nasz pan – odpowiedziała z uprzejmym uśmiechem. – Jak by na to nie patrzeć, ty jesteś tu szefem.

Właścicielką pensjonatu była Tosia, ale on jako jej mąż stawał się automatycznie współwłaścicielem. Zosia była tu tylko pracownicą.

– Oj, Zosiu. Nie mów tak. Nie chciałbym sprawić ci kłopotu.

– Nie sprawisz, nie sprawisz. O nic się nie martw. Wiesz, że twoi goście są moimi gośćmi. Będzie mi bardzo miło jeszcze was spotkać. – Tu spojrzała wymownie na Manolisa, który podchwyciwszy jej wzrok, uśmiechnął się promiennie.

Udawała, że nie patrzy na młodego Greka, właściwie to przez cały czas starała się go zupełnie ignorować, on zaś wydawał się tą sytuacją coraz bardziej rozbawiony i bezustannie prowokował kobietę swymi spojrzeniami. Ale jakoś dała radę do samego końca, lecz gdy ten znowu dłużej przytrzymał jej dłoń przy pożegnaniu, wyrwała ją zmieszana, spostrzegając jednocześnie kuksańca w bok, którego jej dręczyciel otrzymał od ojca.

– Jutro bylibyśmy na obiedzie, a właściwie obiado­kolacji, około osiemnastej. Może być?

Skinęła głową, po czym mężczyźni wsiedli do auta i po chwili zniknęli za bramą.

 

***

 

Nic jej się dzisiaj nie chciało. Dochodziła dziewiąta, a ona nadal leżała w łóżku. Na szczęście tym razem gościła w pensjonacie grupę emerytów, którzy skro świt, pobrawszy suchy prowiant przygotowany przez nią poprzedniego dnia, wyjechali na całodniową wycieczkę. Pensjonat był pusty, bo oprócz nich nie było w nim żadnych innych gości. Wokoło panowała niczym niezmącona cudowna cisza. Przeciągnęła się z rozkoszą, by po chwili znowu zanurkować pod kołdrę. Cudowne to uczucie, takie słodkie nicnierobienie. Dawno nie miała takich momentów, wiecznie zagoniona, zajęta pracą. Wprawdzie miała w planie zrobienie dzisiaj prania, posprzątanie swego małego apartamentu odziedziczonego po Paulisi, ale… co się odwlecze, to nie uciecze. Włączyła radio, które jak zwykle było nastawione na ulubioną przez wszystkie mieszkanki Błękitnego Domu stację Meloradio. Z głośnika rozległy się cichutkie dźwięki nostalgicznej piosenki. To Dinah Washington śpiewała Smoke Gets in Your Eyes.

„Kurz leży, prasowanie leży, to i ja sobie poleżę” – pomyślała i przymknęła powieki z nadzieją, że uda się jej jeszcze choć na chwilę zasnąć przy kołyszących do snu dźwiękach tej cudownej melodii.

Nie udało się. Rozległ się dźwięk nadchodzącego SMS-a. W pierwszej chwili zamierzała go zignorować, ale ciekawość zwyciężyła. Kiedy wzięła aparat w dłoń, ze zdziwieniem spostrzegła, że wiadomość jest od Jana, a gdy ją otworzyła, ze zdumieniem ujrzała ogłoszenie o konkursie kulinarnym organizowanym przez Mrągowskie Centrum Kultury i Turystyki. Kiedy zdezorientowana wpatrywała się w ekran smartfona, rozległ się sygnał nadchodzącego połączenia. To dzwonił Jan.

– Witam cię, Zosiu. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – Głos rozmówcy był taki pogodny, przymknęła oczy z lubością.

– Nie, zupełnie nie przeszkadzasz. Właśnie leniuchuję sobie w łóżku. Dzisiaj po raz pierwszy od bardzo dawna zdarzył się dzień, w którym nic nie muszę. Przynajmniej na razie.

– O! To fantastycznie. Każdemu takie chwile są potrzebne. Sam też lubię sobie czasami pofolgować.

Uśmiechnęła się. Jan był takim miłym człowiekiem. Pofolgować…

– Wysłałem ci taką informację o konkursie kucharskim. Jest on wprawdzie przeznaczony dla profesjonalnych kucharzy, ale dopuszczają też amatorów, którzy gotują nie tylko dla rodziny. Myślę, że to fajna okazja dla ciebie. Gotujesz fantastycznie, uwielbiam twoją kuchnię, goście pensjonatu są podobnego zdania. A nagrodą jest dziesięć tysięcy złotych. Co ty na to?

– Ja? Na konkurs? Z moimi umiejętnościami? Coś ty! Tylko bym się ośmieszyła. Przecież ja w kuchni głównie improwizuję.

– Widzisz! I wychodzi ci to naprawdę świetnie. Zastanów się, proszę, myślę, że masz duże szanse. I pamiętaj! Dziesięć tysięcy!

Pomyślała, że mogłaby dołożyć do swoich oszczędności spory zastrzyk gotówki. Od kilku miesięcy odkładała pieniądze na mieszkanie. Chciała być niezależna. Zdawała sobie sprawę, że nie będzie mieszkała do końca życia w Błękitnym Domu. Pragnęła mieć coś własnego. Gdyby udało się jej kupić lokum, oczywiście na ­kredyt, wynajęłaby je, dopóki jej los nadal byłby związany z pensjonatem, a za pieniądze z wynajmu spłacałaby raty. Wprawdzie nie miała jeszcze zielonego pojęcia, w jakim mieście miałoby to być, ale najważniejsze, że w jej głowie już powstał jakiś plan, że miała przed sobą jakiś cel. Udało jej się odłożyć dziewięć i pół tysiąca, a potrzebowała minimum czterdziestu, suma oczywiście zależała od wielkości i ceny lokalu, jaki zamierzała kupić. Westchnęła.

– Dziesięć tysięcy… Nie ukrywam, że przydałaby mi się kasa, ale… Gdzie ja tam…

– Jeżeli nie spróbujesz, nie przekonasz się. W ogłoszeniu masz podane dane kontaktowe, wystarczy tylko wypełnić formularz znajdujący się na stronie konkursu, kliknąć „wyślij” i załatwione. Mam to zrobić za ciebie?

Pokręciła głową rozbawiona.

– Nie trzeba. Zastanowię się nad tym. Dziękuję ci, Janie, że o mnie pomyślałeś.

– Myślę o tobie… – dodał ciszej.

Nie wiedziała, co powiedzieć, i gdy wreszcie miała odrzec coś banalnego, odezwał się pierwszy:

– Muszę kończyć, Zosiu. Jeszcze raz proszę, wyślij zgłoszenie. Naprawdę warto.

 

***

 

Wysłała.

Natychmiast po zakończonej rozmowie. Z wypiekami na twarzy wypełniała rubryki w formularzu. „Od kiedy zajmuje się Pani/Pan gotowaniem? Czy wiąże się to z Pani/Pana pracą? Czy ma Pani/Pan swoją autorską potrawę?” i tym podobne pytania. Na każde z nich odpowiedziała szczerą prawdę. Bo po co było ściemniać? Jeżeli zakwalifikuje się do tego konkursu, i tak wszyscy natychmiast się dowiedzą, kim jest. I kiedy klikała ikonkę „wyślij”, serce biło jej jak oszalałe, jakby właśnie szybkim biegiem pokonała dystans z Mrówek do Skorupek. Przymknęła powieki i natychmiast zobaczyła oczami wyobraźni te dziesięć tysiączków zasilających jej konto i swoje mieszkanko przyszłości z powiewającymi kolorowymi firankami w otwartym kuchennym oknie.

Weszła do łazienki, spojrzała w lustro. Kiedyś może i nieco pucułowate, teraz w jej mniemaniu coraz bardziej obwisłe policzki sprawiały, że od rana dopadał ją lęk przed starzeniem. Lata przelatywały jak kadry na filmie puszczonym w przyśpieszonym tempie, a ona bezustannie była szukającą szczęścia singielką. Jak długo jeszcze tak pociągnie? Gdyby chociaż miała dziecko… a może by się tak o nie usilniej postarać? Skoro żaden facet nie zdołał dotychczas spełnić jej oczekiwań i stanąć na wysokości zadania nie tylko w łóżku, ale przede wszystkim w życiu codziennym, to być może powinna zrezygnować z nieudanych jak do tej pory poszukiwań mężczyzny doskonałego i skupić się na ważniejszych kwestiach? Zupełnie nie przerażała jej rola samotnej matki. Od dwunastego roku życia praktycznie musiała sobie radzić sama, a do tego jeszcze dbać o ojca pijaka. Nawet nie wiedziała, co się z nim teraz dzieje. I było jej to zupełnie obojętne. Szczęśliwie staruszek nie miał pojęcia, gdzie obecnie przebywała, bo gdyby te informacje do niego trafiły, i gdyby na dodatek jeszcze dowiedział się, jak dobrze jej się wiedzie, nękałby ją, żądając pieniędzy. A tak – miała święty spokój. Szczerze mówiąc, nie miała nawet pewności, czy ten jej pożal się Boże rodzic jeszcze żyje.

Westchnąwszy, opłukała twarz zimną wodą. Natychmiast po ciele przebiegły jej nieprzyjemne ciarki, ale czegóż nie robi się dla urody? Dla zatrzymania oznak…

Kiedy się ubrała, nie zawracając sobie głowy robieniem makijażu, stanęła w oknie i spojrzała w zadumie na ogród. Nawet nie zauważyła, że już zupełnie obudził się do życia. Bujna zieleń zdawała się zalewać całe otoczenie, a do tego kwitnące obficie różnokolorowe kwiaty rozweselały ten letni krajobraz, sprawiając, że w człowieku natychmiast budziły się jakieś optymistyczne myśli i emocje. Wyprostowała się, przyjmując nienaganną postawę, nad którą pracowała wiele lat. Otworzyła szeroko okno, wciągnęła głęboko w płuca kilka haustów rześkiego powietrza. Poczuła, jak energia zaczerpnięta z tej fascynującej przyrody błyskawicznie rozchodzi się po całym jej ciele. Do tego spokojna muzyka nieustannie płynąca z głośnika sprawiła, że po prostu przestała się czymkolwiek martwić. Zrobiła kilka skłonów, potem trochę zwyczajnych ćwiczeń gimnastycznych, jakie wykonywała na lekcjach WF-u w szkole. Usłyszała świergot ptaków, nawet mucha, wpadając niezaproszona przez okno, sprawiła jej radość.

Zaczynał się kolejny piękny dzień!

I zamierzała go dobrze wykorzystać.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Katarzyna Janus, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcia na okładce: © Dora Zett/Shutterstock

 

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Od słowa do słowa

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-616-1

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.