Wszyscy jesteśmy martwi - Katarzyna Grzędowska - ebook
Opis

KONIEC ŚWIATA to zadziwiająca miejscowość leżąca na styku PIERWSZEGO I DRUGIEGO ŚWIATA, okryta Całunem. Tylko tu Maria Antonina może kłócić się z Izaakiem Newtonem, Abraham Lincoln rozmawiać z Emilią Plater, a Elżbieta Batory nadal popełniać straszliwe zbrodnie. Nie trafiają tu turyści, trudno znaleźć nocleg, a w powietrzu czuć magię.

ALICE I DAN – rodzeństwo z tajemniczą przeszłością – zabłąkali się w tym dziwnym miejscu nieprzypadkowo. Tylko tu mogli się przekonać, kim naprawdę są. Tylko tu, wśród wilkołaków i wampirów, mogli przeżyć najistotniejszą przygodę swojego życia i włączyć się w walkę między siłami dobra i zła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej siostrze, Adzie Szewczyk

PROLOG

Ludzie nie zbliżali się do tego zamku. Ludzie się go bali. Ludzie go omijali. Ludzie o nim nie mówili.

Ale w Wiecu Krwi nie uczestniczyli ludzie.

W Wiecu Krwi uczestniczyły wampiry.

Maria nie przepadała za zebraniami. Transylwania była dla niej obca, inna niż to, co znała. Urodziła się na słońcu, nie w cieniu, jak inni członkowie Wiecu. I kochała słońce, nie cień.

Zabębniła palcami w kamienny, lodowato zimny blat. Z niesmakiem zauważyła, że z paznokcia odprysł jej czerwony lakier. Skrzywiła usta.

– To nie takie proste, kochanie – powiedziała w końcu słodko. – Nie możecie tego robić, kiedy wam się podoba.

Młody wampir prychnął z pogardą.

– O ile się orientuję, nie jesteś już królową, prawda? – syknął w jej stronę.

– Trzymaj swój zgniły jęzor za zębami, Jeff – warknął Philip. – Chyba zapomniałeś, do kogo mówisz. Zwracasz się do Wiecu Krwi, nie do swoich kolegów z kanałów.

– Spokojnie, kochani – uspokoiła ich, delikatnie odgarniając z czoła jasny lok. Młody wampir przewiercił ją spojrzeniem. Nie lubiła takich jasnych oczu. Mieli je tylko Powtórnie Narodzeni, ci, których ukąszono lub zmutowano w inny sposób. Tylko tacy jak Jeff albo ona, Maria.

– Uspokójmy się. Może ktoś nalać mi wina? Dziękuję, Leigh. – Wzięła w dłoń złoty kieliszek. Przyjrzała się płynowi w środku. Gęsty, czerwony, słodki, odrobinę lepki, o metalicznym posmaku. Dziwny. Ale przyzwyczaiła się już. Ile to lat? Dwieście? Dwieście pięćdziesiąt?

Była jednym z najstarszych wampirów. Starsi od niej byli tylko Philip i Bezoka Veronica. Veronica wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia kilka lat, chociaż miała prawie tysiąc. Czarne włosy okalały jej okrągłą, przesłoniętą białą woalką twarz. Miała ona oszczędzić innym widoku pustych, ziejących czernią oczodołów. Wydłubano jej oczy, zamiast wrzucić nieszczęsną na stos. Głupia, powiedziała o swojej przemianie mężowi. On doniósł komu trzeba, a wtedy wykonano wyrok rozżarzonym do białości nożem, podtopiwszy ją przed tym w wodzie święconej, obrzuciwszy czosnkiem w nadziei, że umrze z bólu. Nie umarła. Była wampirem, do cholery. Wampira nie da się zabić… Nie tak. Trzeba było ją spalić albo…

Dalej, Austriaczko, powiedz to. Musisz to zrobić. Musisz powiedzieć, że mogliby…

Ściąć jej głowę.

Maria musnęła palcami aksamitną obrożę, przylegającą do jej smukłej, białej jak mleko szyi. Zawsze ją nosiła, bo doskonale zasłaniała bliznę przed oczami ciekawskich. Ona jednak wciąż czuła ją, wiedziała, że jeżeli tyko odepnie zamek i dotknie skóry, poczuje chropowate blizny – pamiątkę niestarannych szwów. Za każdym razem, kiedy zdejmowała naszyjnik, wspomnienia odżywały w niej i piekło ją miejsce, gdzie kiedyś znajdowała się jej dusza.

Ostry krzyk sędziego, zimne ostrze, gorąca krew. Zginęła.

A jednak znowu żyje.

*

Nie urodziła się we Francji, tylko w Austrii. Mimo to zawsze, ilekroć była na Wiecu, czuła potrzebę odwiedzenia po drodze właśnie Francji, a nie rodzinnego kraju. Tam żyła, tam urodziła dzieci. Tam została przemieniona i w końcu tam umarła. To z krajem, w którym przeżyła najgorsze, wiązały się również piękne wspomnienia miłości, macierzyństwa i powtórnych narodzin.

Pamiętała dzień, w którym poznała Francję. To było rok przed ślubem. Miało zacząć się jej nowe, lepsze życie. Ludzie wiwatowali, kiedy przyszły mąż prowadził ją przez miasto. Krzyczeli, kiedy machała im, młoda, pełna marzeń. Kochali ją. A ona kochała jego, Ludwika. Kochała go tak mocno, jak tylko mogła kochać czternastoletnia dziewczyna swojego króla. Niestety, byli jeszcze dziećmi. Nie umieli sami nad sobą panować, a mieli rządzić ogromnym państwem. Nikt nie nauczył ich, jak troszczyć się o prostych ludzi, jak ważne są nawet najbardziej błahe decyzje… I zapłacili za to życiem.

Kiedy miała piętnaście lat, przywieźli ją do Paryża. Była zachwycona, urzeczona, oczarowana. Austria nagle stała się dla niej ciemnogrodem, do którego nie chciała wracać. Francja była jej nowym domem. Tam czuła się kochana, wolna od rodziców i sióstr.

Przez jakiś czas nawet dane jej było być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale z upływem miesięcy zdarzało się coraz więcej złych dni. Wszystkie zamki na lodzie, które murowała marzeniami, nagle zaczęły się walić, jeden po drugim.

To przez tę wstrętną kurtyzanę, du Barry[1]. Była brzydka, była wredna, była cholerną zarazą na dworze. To zazdrość zidiociałej putain[2] zniszczyła jej życie. Du Barry rozpuszczała plotki niemal tak samo intensywnie, jak samą siebie. Zaczęło się od głupiego „To niech jedzą ciastka[3]”. Przecież to nie były słowa Marii. Nie była tak głupia, jak ta kurtyzana. Po prostu zawistna kobieta chciała ją zniszczyć. I udało jej się, do cholery! Ludzie zaczęli obrzucać ją wyzwiskami, krytykowali. Nie dawali jej spokoju. Później Ludwik, król z bajki, musiał zbudować ten cholerny Petit Trianon. Musiał powiedzieć, że zrobił to z jej rozkazu. Musiał ją pogrążyć.

Sytuację pogarszał Karol, brat Ludwika. Był przystojny, szarmancki, był ideałem mężczyzny. Ale dla Marii nie znaczył nic… A przynajmniej nic ważnego.

Nie gardziła mężczyznami. Zawsze miała słabość do tych nędznych kreatur, chociaż krzywdzili ją i wykorzystywali. Wtedy nieobce było jej uczucie miłości, zauroczenia. Jednak tylko trzech naprawdę się liczyło.

Jednym z nich był Pierre. Nie miał nazwiska, a przynajmniej się do niego nie przyznawał. Czarujący, przystojny, chorobliwie blady, o przeraźliwie jasnych oczach. Maria zaprzyjaźnia się z nim, może nawet zakochała. Tylko on nie wierzył w te paskudne plotki o romansach, o okrutnych wyrokach, o kradzieży naszyjnika… Chociaż niektóre pogłoski były prawdą.

I nagle stało się. Zaszła w ciążę.

Karol stwierdził, że to jego dziecko. Tylko ona wiedziała, że jej droga córka była prawowitą dziedziczką. Ludwik oczywiście odnosił się do tego z rezerwą, ale pokochał Marię Teresę Charlottę. Jako jedyna z ich dzieci zdobyła jego serce. Tylko jej bronił. Sukinsyn.

Dwór na chwilę jej przebaczył. Urodziła nową księżniczkę, wykonała obowiązek żony króla. I mimo że urodziła ją w mękach, że prawie umarła podczas porodu, to nigdy nie czuła, że to naprawdę jej dziecko. Oczywiście, kochała ją; ale dziewczynka była zbyt podobna do ojca. A Ludwika zaczęła traktować z dystansem po tym, kiedy dowiedziała się, jak troskliwie zajmował się innymi dwórkami.

Jej córeczka dorastała powoli. Maria patrzyła, jak stawia pierwsze, chwiejne kroczki. Serce kobiety głodnej miłości rosło, kiedy malutkie stworzonko obejmowało ją pulchnymi rączkami. Była najsłodszym dzieckiem świata. Chciała dać jej wszystko, co mogła. Wszystko, czego jej samej odmówiono na rzecz sióstr i państwa. Na moment Maria odzyskała wiarę w to, że będzie szczęśliwa.

I wtedy właśnie Pierre powiedział jej o sobie. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo. To była abstrakcja, rzecz niemożliwa. Nie wierzyła we wspólnotę wampirów, do której należał, w wilkołaki, z którymi walczył, w arachnoidy, w banshee, w meah. Ale dała się ponieść emocjom. „Nie mogę” – mówiła sobie w myślach, kiedy się całowali. Ale mogła. I chciała. Przymykała oczy na jego szaleństwa, ignorowała zapewnienia o jego krwiożerczej naturze. Nie wierzyła, dopóki nie zrobił jej… tego.

Dopóki jej nie ugryzł.

Ugryzienie wampira nie jest przyjemnym mrowieniem karku, ciepłem oddechu na szyi, odrobiną krwi. Ukąszenie przez krwiopijcę to dotyk zimnego palca kostuchy.

Wbił jej się w szyję zaraz pod uchem. Przebił tętnicę, popłynęła rzeka krwi, która zalała całe jej ciało. Krzyczała i szarpała się, kiedy czuła, jak życie we wszystkich żyłach tętni boleśnie, jakby chciało natychmiast uciec przez dwie dziury, które Pierre zostawił na jej szyi. Pił krew, zabierał jej człowieczeństwo. Czuła tępy ból w całym ciele, rozchodzący się falami, niekończący się. Krzyczała tak, że zbudziła cały dwór. Ludzie myśleli, że ktoś ją morduje. Nikt jeszcze nigdy w życiu nie słyszał tak strasznych dźwięków. Czuła, jak kurczą jej się płuca i przełyk, jak wrzask przechodzi w bezgłośne wycie. Wywarzono drzwi, a Pierre zniknął. Był wampirem, umiał poruszać się z nadludzką prędkością. Ona zemdlała, prawie tonąc w kałuży krwi. Myślała, że nie żyje. I rzeczywiście tak było przez jakiś czas. Leżała w łóżku, coraz rzadziej oddychając. I pewnej nocy, podczas pełni, obudziła się. Dreszcz był tak silny, że usiadła mimowolnie na puchowym materacu. Chciała zaczerpnąć powietrza, ale nie miała czym. Zniknęły jej płuca. Nie oddychała. Jej pierś i ramiona nie poruszały się, jej przepona nie pracowała. To był szok. Krzyknęła, żeby sprawdzić, czy umie wydobyć jeszcze głos z krtani. Przybiegli natychmiast. Ludwik z Charlottą, służba, cały dwór. Patrzyli na nią jak na ducha. Większość kobiet zemdlała. A ona nie wiedziała, o co chodzi. Zaciskała usta, bojąc się mówić. Po godzinach uporczywego milczenia szepnęła, żeby ją zostawili. Kiedy tylko zamknęły się za nimi ciężkie drzwi, wyskoczyła z łóżka. Czuła się martwą, nieżywą, zimną. Chwyciła srebrne lusterko z toaletki, ale natychmiast je odrzuciła. Metal poparzył jej rękę, wyżarł skórę. Zabolało, a coś w jej piersi załomotało boleśnie. Dymiąca rana na ręce napawała ją strachem przed tym, czego się domyślała. Kobiety nie zemdlały bez powodu. Owinęła wokół ręki aksamitną chustkę i wzięła zwierciadełko w dłoń. Zacisnęła powieki, przysuwając lustro przed twarz. Miała w pamięci swoje piękne, pełne policzki, różowe usta. Tak bardzo chciała je teraz zobaczyć. Gdyby mogła, wzięłaby głęboki oddech. Próbowała przypomnieć sobie wszystko, co słyszała o wampirach, i bała się potwora, którego mogła zobaczyć.

Otworzyła oczy. To, co zobaczyła, nie było człowiekiem. Jej twarz nie była twarzą. Nie było na niej mięśni, tylko same kości obleczone skórą białą jak mleko, jak wapno, jak pościel, jak chmury… Najbielszą, jaką w życiu widziała. Oczy zapadały się w oczodołach, przeraźliwie błękitne, też prawie białe, jak wykute w lodzie. Źrenice miała małe jak ziarnka piasku, prawie niewidoczne. Cienie pod oczami były za to czarne jak węgiel, wielkie, okrągłe. Usta, kiedyś piękne, pełne i dziewczęce, były zakrwawione. Po brodzie spływała cienka strużka. Kropla kapnęła na podłogę z cichym pluskiem. Usłyszała kroplę. Wymacała ucho wolną ręką, chudą jak patyk, pozbawioną mięśni. Było szpiczaste, ostro zakończone, twarde jak kamień. Przeczesała ręką blond włosy. Ich garść została w zaciśniętej pięści. Kiedy je zgniotła, rozpadły się w pył. Dosłownie, nie zostało z nich absolutnie nic. Marii chciało się płakać, ale nie miała łez. Wiedziała, co jej się stało. Zostało jeszcze tylko jedno, musiała się upewnić. Rozchyliła wargi, najpierw troszeczkę, jak do szeptu, a później szeroko jak do krzyku. Jej zęby były ostre, kłuły i bolały. Szczególnie makabryczne były jednak same kły. Długie na dwa centymetry, z końcówkami milion razy ostrzejszymi od wszystkich igieł świata.

Była wampirem.

Nagle usłyszała ciche westchnienie.

Coś w jej piersi poruszyło się kolejny raz. Jak nazywało się to coś? Pamiętała, że nosiło jakąś nazwę, bardzo poetycką, wręcz doskonałą, gładką i tętniącą jak to samo coś. Ale nie pamiętała jej. Nie mogła sobie przypomnieć imienia tego czegoś.

Znowu westchnięcie, szept. Podeszła do barierki balkonu, oparła o nią dłonie. Poczuła, jak kości w jej palcach ocierają się o siebie. Zagryzła wargę, a ta od razu zaczęła krwawić.

Znowu westchnienie, krok, chrzęst gałązki, stukot obcasów o brukowaną alejkę…

Ktoś był w ogrodzie.

Coś zatętniło jeszcze raz, mocniej, jakby chciało wyrwać się z jej ciała i uciec w stronę człowieka spacerującego pod jej oknem. Nagle poczuła, że ktoś muska jej ramię… Odwróciła się z nadnaturalną prędkością. Prawie się przewróciła na obleczonych w skórę kościach, które kiedyś były jej nogami.

– Pierre! – syknęła z taką nienawiścią, że sama się przestraszyła. Jej głos brzmiał jednocześnie ostrzej i bardziej słodko niż przedtem. – Co ty tutaj robisz?!

– Przepraszam – powiedział tylko aksamitnie i miękko.

– Co mi zrobiłeś?! – krzyknęła, chociaż doskonale znała odpowiedź. Miała do niego milion pytań, każde ważniejsze i wymagające bardziej zawiłej odpowiedzi od poprzedniego.

– Uspokój się, nie krzycz… – Chciał jej dotknąć, ale syknęła, instynktownie obnażając zęby. Cofnął dłoń. Westchnął. – Mówiłem ci, że nie jestem jak inni. Ostrzegałem, że jestem…

– I naprawdę myślałeś, że uwierzę pierwszemu lepszemu lowelasowi, jeśli powie mi, że jest… jest…

– Wampirem – przerwał jej. Ze spokojem, pewnie, szybko. – Wiem, że to brzmi dziwnie, ale musisz się przyzwyczaić do tego słowa…

– Dlaczego? – zapytała, a z jej gardła wyrwał się krótki szloch. – Dlaczego mi to zrobiłeś? Popatrz na mnie, kretynie! Byłam taka piękna, a teraz… – Spojrzała na swoje ręce, z których zostało już tylko kilka kości i cienka jak papier, biała skóra.

– A teraz będziesz jeszcze piękniejsza – dokończył. – Popatrz na mnie, Mario, spójrz na moją twarz. Czy uwierzysz, jeśli ci powiem, że zaraz po przemianie wyglądałem jeszcze gorzej od ciebie?

– Nie – odparła, chociaż nie oczekiwał odpowiedzi. Pierre był jednym z najpiękniejszych mężczyzn, jakich widziała. A widziała ich wielu. – Jestem cieniem człowieka, nie kobietą. Moje zęby wyglądają jak igły, oczy mam przekrwione i białe jak trup, skórę i ciało… – Poczuła, że musi się rozpłakać, że oczy ją pieką, a policzki mrowią… Ale nie znalazła żadnych łez, nawet jednej.

– Uspokój się. – Wyciągnął do niej rękę. – Zrobiłem to dla twojego dobra, Mario. Kocham cię…

– Co?! – krzyknęła. – To był romans! Rozumiesz? Nie miłość! Wiesz, ilu mężczyzn z tego dworu było we mnie zadurzonych? Z iloma byłam? Z większością, skarbie. Porażającą większością… – Delikatny, blady uśmiech na jego twarzy zniknął bez śladu. Zastąpił go dziwny, krzywy grymas, coś na pograniczu smutku i bólu. – Teraz odpowiedz mi, dlaczego to zrobiłeś? Co się ze mną stanie dalej?

– Nie wiem – szepnął. – Ale musisz coś wypić. Chodź, dam ci…

– Nigdzie z tobą nie idę, idioto – prychnęła.

– Ale jeśli tego nie zrobisz, będziesz musiała… Prędzej czy później zrobisz komuś krzywdę… To jedyny sposób, żeby…

– Ej! – krzyknął ktoś spod balkonu. – Kto tam jest?!

Coś zatętniło potężnie, mocno, boleśnie. Maria poczuła, jak ślina napływa jej do ust, jak mrowią ją plecy, jak kłuje szyja, zwija się żołądek. Głód, głód, głód…

– To tylko strażnik – szepnął Pierre, widząc jej minę. – Niewinny człowiek, nie możesz go… – Wpiła wzrok w jego usta. W ruch jego warg. Chciała dokładnie usłyszeć to słowo – …wypić – powiedział.

I wtedy coś zatętniło po raz kolejny. Przypomniała sobie pierwszą i najważniejszą rzecz, jaką robiły wampiry w strasznych historiach, które opowiadały sobie z siostrami. Krew… Kiedy w jej myślach zajaśniało to słowo, poczuła mrowienie. W palcach, na twarzy… wszędzie. Krew, pić, jeść, teraz, musisz…

Nigdy nie czuła czegoś takiego.

To było cudowne.

– Nie rób tego – szepnął Pierre, widząc wyraz jej twarzy.

Ale jej już tam nie było.

Strażnik popatrzył na nią zdziwiony i przestraszony. Wiedziała, co zobaczył. Cień pojawiający się znikąd; kości obleczone w białą skórę, kruche włosy, białe oczy…

– Kim… Kim jesteś? – jęknął.

– Nikim, skarbie – powiedziała. Coś zatętniło, jeszcze mocniej niż poprzednio. – Nikim ważnym… – Podeszła do niego. Był zbyt sparaliżowany strachem, żeby się cofnąć. Dotknęła jego ramienia, obeszła go wkoło. Był wysoki i otyły, twarz mu się rozlewała, a liczne podbródki trzęsły z obawy o życie.

– O… O… Odejdź… – chrząknął. Pot zalał mu twarz. Bał się… Coś zatętniło. Mocno, najmocniej… Pić, jeść, teraz, natychmiast… Krew, krew, krew… Upiorna melodia szumiała w jej uszach i zmuszała, aby prędko zrobiła z nim to samo, co Pierre mógł zrobić z nią.

– Nie odejdę. Ale nie martw się, dam ci coś lepszego niż to, co dano mnie. Odetchnął z ulgą. Uśmiechnęła się, pokazując ostre kły.

– Dasz mi odejść? – zająknął się.

– O, tak… – Nawet nie zauważył. Wbiła się w jego szyję, ale nie trafiła na tętnicę. Zatrząsł się, więc zrobiła to drugi raz. Tym razem ciepła krew zalała jego ciało, wypełniła jej usta… Krzyknął, jęknął, zająknął się… Coś zatętniło, kilka razy pod rząd, mocno, prawie boleśnie. Krew zaplamiła całą jej suknię, całe jej ręce. Nie myślała o niczym. Tylko o krwi. Nic innego się nie liczyło. Metaliczny, słodki smak, dziwny, straszny, obrzydliwy, mdlący… Najważniejszy. Jedyny.

Skończyła szybko. Ciało strażnika osunęło się na ziemię. Stała nieruchomo. Coś tętniło, zupełnie jak kiedyś… Zerknęła na swoje ręce. Przestrzeń między skórą a kością wypełniła się. Nogi też były inne, szczupłe, umięśnione, długie. Uniosła wzrok. Przed nią stał Pierre.

Spojrzała mu prowokująco w oczy. Czuła siłę, czuła dawne piękno, czuła się jak bogini, jak chodzący cud. Dawno nie czuła się tak… idealna.

– To nie tak miało być… – powiedział. – To nie tak…

Maria poczuła, jak jej nos drażni przebrzydła woń. Pierre też to poczuł. Niepokojący świst rozległ się w powietrzu, zanim zdążył się obejrzeć.

Głowa mężczyzny podskoczyła i upadła na ziemię idealnie odcięta od szyi. Na pięknej twarzy Pierre’a zastygł wyraz strachu. Drżące ciało upadło chwilę potem. Maria wpatrzyła się w cień i zobaczyła człowieka. Jasnoskórego, o złotobrązowych oczach błyszczących w ciemności. Srebrna szabla, którą dzierżył, ociekała krwią. To zapach kruszcu doprowadzał ją do mdłości.

– Witam, Mario Antonino Austriaczko, w naszych szeregach. Witają cię wszystkie wampiry, Dzieci Nocy. Witam cię ja. Philip Smith.

Ubrany był w wilczą skórę. Powaga na jego twarzy dodawała mu uroku.

Uśmiechnęła się do niego.

Pamiętała tę rozmowę, jakby odbyła się nie wcześniej niż wczoraj…

Na początku było jej trudno. Ludzie gapili się na nią, kiedy chodziła w nocy po zamku. Nie mogli zrozumieć, dlaczego nie obdarza ich już szerokim uśmiechem przy spotkaniu. Nie wiedzieli, że w każdej chwili mogłaby ich zaatakować. I nieraz tak robiła, kiedy ktoś zauważył za dużo. Nie obchodziło jej życie innych, liczyły się tylko ona i Charlotta… No i może Philip. Ludwik myślał, że zwariowała, kazał lekarzowi ją przebadać. Lekarz nigdy już nie opuścił jej pokoju. A przynajmniej nie żywy. Ludwik nie odzywał się do niej bardzo długo, ale poddani znowu ją pokochali. Zrozumiał na szczęście, że opinia publiczna nie zniesie, jeśli się jej pozbędzie. A sam król zaczął widzieć w tej zimnej wampirzycy nieziemskie piękno… I niedługo potem urodził się Ludwik Józef, jej drogi synek. Urodził się dziwnie szybko, ledwie po sześciu pełniach. Mimo to podczas ciąży schudła niemiłosiernie, znowu zostały z niej same kości. Prawie nie chodziła, ledwo mówiła… Na szczęście Philip był z nią, wszystko jej wyjaśniał. Odkąd zabił Pierre’a zawsze jej pilnował. Wyjaśnił jej zasady Wiecu, wyjaśnił, czego nie może robić, a co robić musi. Tylko jego nie przeraził wygląd jej dziecka. Józef był kościsty, mały, urodził się z ostrymi ząbkami i nie płakał ani nie krzyczał. Philip wyjaśnił jej, że hybrydę powstałą z człowieka i wampira nazywa się dhampirem. To, czy większość cech odziedziczy po matce czy po ojcu, zależało tylko od Opatrzności. Modliła się, żeby żaden oszołom nie powiedział jej mężowi o istnieniu ich… społeczności. Bo wampiry były wtedy potężne, liczne i zgrane. Gdyby tylko im zagroził, zlikwidowałyby go. Nie to, co teraz… Na szczęście Ludwik nie widział nic dziwnego w swoim dziecku. Philip nałożył na małego parę magicznych pieczęci, żeby sprawdzić jego Potencjał Magiczny. Nie był duży, więc szybko przybrał normalny wygląd. Jej trzecim dzieckiem był Ludwik Karol. Ten wykazał tak nikły Potencjał Magiczny, że nawet tuż po urodzeniu nie wyglądał jak dhampir. Ludwik kochał go jak resztę dzieci. Żyli względnie szczęśliwie. Choć jako wampir musiała unikać słońca, a jej dzieci musiały na nim przebywać. Philip powiedział, że to bardzo dobrze, iż żadna z królewskich pociech nie odziedziczyła jej cery. Józef z wampira miał jedynie ogromne zamiłowanie do mięsa i krwawych zabaw, a Karol był nadzwyczaj sprawny fizycznie.

Były dwie najważniejsze wampirze zalety: pociągająca, nieziemska uroda i siła dwustu wołów zamknięta w nieśmiertelnym ciele. Byłaby szczęśliwa, żyła wiecznie z dziećmi i innymi wampirami, gdyby nie jej córeczka. Beatrice. Nie przestraszyła się, kiedy lekarz zawiadomił ją o kolejnej ciąży. Poprzednie dzieci nie wykazywały Potencjału, były spokojne. I wtedy urodziła drugą córkę, a pierwszą dhampirzycę. W ciąży czuła się jeszcze gorzej niż podczas tej drugiej, z Józefem. Wyglądała też gorzej. Philip od razu wiedział, co się stanie. Po sześciu miesiącach na świat spojrzała całkowicie biała, czerwonooka istotka. Jej córeczka była najchudszą dziecinką, jaką kiedykolwiek widziała. Jej kły były długie i ostre prawie jak jej albo Philipa, syczała też i wrzeszczała głośniej niż ryczy lew. Każdego, kto chciał ją dotknąć, drapała długimi pazurami. Nienawidziła ludzi, kochała za to dotyk wampirów. Po pół roku na jej ślicznej główce wyrosły białe włosy. Philip badał ją z niepokojem. Cały Potencjał Magiczny Marii, którego tak mało było w Józefie i Karolu, przeszedł na Beatrice. Mała rzucała przedmiotami siłą woli, hipnotyzowała opiekunki. Ludwik patrzył na nią jak na potworka. Raz, kiedy udało mu się wynieść ją na balkon, doznała oparzeń po kilku sekundach. Dla Marii Beatrice była najukochańszą nieludzką kreaturą na świecie. Philip wmówił jej mężowi, że ta choruje na albinizm. Uspokoiło go to. Do czasu. Pewnego wyjątkowo słonecznego dnia opiekunka próbowała zabrać Beatrice na spacer po ogrodach. Jej mała buntowniczka złapała więc łyżkę leżącą na stoliku i wydłubała dziewczynie oko. Podrapała ją też do krwi i pogryzła jej twarz.

Ludwik zrozumiał.

Kazał ją zabić. Własną córkę. Maria nie chciała tego, płakała krwią. Żeby tylko ratować małą, opowiedziała mu o wampirach, o dhampirach i reszcie. Powiedziała, że Józef też jest hybrydą, żeby pokazać mu, że Beatrice może się poprawić… Myślała, że zrozumie…

A on zabił jej malutkie, nadnaturalne dzieciątka.

Płakała całą noc. Z jej policzków spływały krwawe łzy. Zamknęli ją w pokoju, żeby nie była przy egzekucji.

A rano ją wypuścili. Spuściła krew ze wszystkich, którzy wzięli udział w mordowaniu jej dzieciątek. Ludwika zostawiła sobie na koniec. Nie chciał do niej podchodzić, nie chciał z nią rozmawiać, unikał jej jak… jak wampira. Gryzła wargi do krwi, czekając, aż zastanie go samego. Nie udawało się. W strachu przed rychłą śmiercią zawsze chodził w towarzystwie eskorty.

Powoli przyzwyczajała się do tego, kim się stała. Nigdy nie pokochała, co prawda, swoich jasnych oczu, bladej, wrażliwej skóry i ostrych kłów. Ale zdołała polubić nową, jeszcze piękniejszą twarz, nadnaturalną siłę i niesamowitą szybkość. Cieszyła się na myśl o wiecznym życiu, któremu smaku dodawałaby zemsta na całych pokoleniach dynastii Burbonów.

I wtedy musiała wybuchnąć ta okropna rewolucja. Ludzie, patrząc z zazdrością na jej bogactwo, zaczynali plotkować. Idioci uwierzyli, że jej dzieciątka zmarły z powodu chorób, które wymyślił Ludwik dla ugłaskania opinii publicznej, a nie potrafili uwierzyć, że fortuna jest dla władców rzeczą naturalną. Zaczynały się domysły. W końcu ze złodziejki stała się zdrajczynią. Nikt nie chciał jej pomóc, nawet rodzeństwo. Austria, która tak ją kochała, odwróciła się od niej. Tak po prostu. Bez słowa wyjaśnienia. Dla bezpieczeństwa przeniesiono ich do Les Tuileries. Ludzie plotkowali przez to jeszcze goręcej, zaczynała się burza. Chciano ją skazać za cudzołóstwo, zdradę, kradzież… A Ludwiczka ożenić ponownie. Maria nie mogła sobie wyobrazić, jak unieszczęśliwia inną kobietę. To do niej należała zemsta!

Postanowiła uciec. Oparcie znalazła w hrabi Axelu, Szwedzie. Był jej starym znajomym i postanowił pomóc w ucieczce. Niestety, był bardziej zajęty myśleniem o niej niż o spisku. Złapali ich. Jego odesłano do Szwecji, a ją, wraz z rodziną, do więzienia Temple.

Wtedy już wiedziała, co ją czeka.

Śmierć, która miała nigdy nie nadejść.

W więzieniu nie miała dostępu do świeżej krwi. Philipa do niej nie wpuszczano. Za to zza krat gapili się na nią różni idioci, dawniej jej poddani. Słabła. Pociła się krwią, która jeszcze nie zdążyła całkowicie zniknąć z jej organizmu. Nerwy utraciła po tygodniu od przemiany, coś przestało bić po miesiącu. Reszta organów wyłączała się powoli, po kolei. Zostały jej jeszcze tylko resztki krwi zastępujące pot i łzy. W celi schudła też niesamowicie. Włosy zaczęły jej wypadać, zęby kruszyć się… I tak przez dziewięć tygodni. A idioci? Zaczynali jej współczuć, jak to idioci. Ale, niestety, tylko niektórzy. Reszta ciągała ją na liczne procesy. Prali stare brudy. Wrócił temat Pierre’a, wampira, którego wzięto za jej kochanka. Jej znajomy hrabia Axel też dostał to miano. W końcu przekupiono jej syna, Karola, aby przyznał się… do bycia jej ostatnim kochankiem. Gdyby na sali nie było Philipa, zabiłaby wszystkich. To było za wiele. I choć wcześniej zachowywała spokój i zimną krew, wtedy dała upust emocjom. Wrzeszczała, pluła, drapała i gryzła, przeklinała, rzucała czym popadnie. Zdradził ją własny syn, ten sam, którego wyratowała od śmierci. Wywleczono ją, wrzeszczącą, z sali za wychudłe ręce.

Do celi przydzielono jej strażnika. Miał pilnować, aby sama się nie zabiła. Gdyby to było takie proste… Noże jedynie ją łaskotały, żyletki przechodziły przez kości gładko jak przez masło, nie był w stanie udusić jej nawet najgrubszy sznur. A jedynym, czego chciała, była krew…

Strażnik był potężny, wysoki i gruby. Nie dałaby rady go powalić, była za słaba. Wyglądała prawie tak samo tragicznie jak zaraz po przemianie. Początkowo nie zwracała na niego uwagi. Zaczął jej przeszkadzać dopiero, kiedy chciała się przebrać. Nie zgodził się nawet odwrócić. Mimo próśb nie miał zamiaru dać jej spokoju. I wtedy powiedział coś, czego nie powinien był mówić.

– Widział cię własny syn, dlaczego ja nie miałbym cię zobaczyć?

Jak się okazało, nawet te straszne dwanaście tygodni nie zdołało pozbawić jej wampirzej siły. Zabiła go jednym ugryzieniem, tym razem trafiła prosto w tętnicę. Wychłeptała całą krew, rozkoszując się znajomym, metalicznym smakiem. Oblizywała wargi i palce, śmiejąc się jak wariatka. Później udała, że idzie spać, a kiedy rano wstała z pryczy, podniosła alarm. Jednak to nie miało znaczenia. Wtedy czekała już na nią gilotyna.

To był szesnasty października tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, godzina jedenasta przed południem. Z celi wyszła już piękna, wypełniona krwią, silna, nieustępliwa, spokojna. Dała się prowadzić wśród kpiącej tłuszczy w śnieżnobiałej sukni. Wysoko unosiła głowę.

– Jakieś ostatnie życzenie? – spytał jeden ze strażników, kiedy szafot zamajaczył na horyzoncie.

– Owszem, skarbie – powiedziała. – Czy mógłbyś zadbać, aby przed złożeniem do grobu, moja ścięta główka została przyszyta z powrotem do ciała?

– Proszę bardzo, wdowo Capet. – Podał jej rękę, aby pomóc wejść po schodkach szafotu. Odrzuciła pomoc i wbiegła lekko na drewniane rusztowanie o własnych siłach. Przypadkiem nastąpiła na stopę katu.

– Wybacz, monsieur, zrobiłam to niechcący – powiedziała słodkim głosem i posłusznie położyła się na przeznaczonym do tego miejscu. Jakiś mężczyzna rozwinął zwój papieru i zaczął czytać grzmiącym głosem.

– Tak oto, w pełnej hańbie, ginie Maria Antonia Josefa Johanna von Österreich tudzież Maria Antonina Austriaczka, królowa Francji, żona Ludwika XVI, wyklęta i wzgardzona!

Zimno stali na szyi.

I ciemność.

*

Ponownie zabębniła palcami w marmurowy blat.

– Rozumiecie? – spytała błagalników. – Takie są zasady. Jeśli nie zasiedliście nigdy w Wiecu Krwi, i jeśli nie dostaniecie jego pozwolenia, nie wolno wam przemieniać śmiertelników.

– Dlaczego? – rzucił prowokująco Jeff. Był młody, uparty i głupi. Maria szczerze go nienawidziła. Zachowywał się jak jej współlokatorka, Olivia. Mieli nawet te same argumenty.

– Nasza społeczność się kurczy. – Uśmiechnął się drwiąco do Philipa. Przywódca Wiecu zachowywał jednak kamienną twarz i cierpliwość. – Dlaczego nie możemy jej powiększyć? Zaatakowalibyśmy pierwsi, wykorzystali Nowo Narodzonych jako, że tak powiem, tanią siłę roboczą, a później opletli srebrem i wrzucili do ognia niepotrzebne wampiry.

– Po co mielibyśmy to robić? – spytała inna członkini Wiecu, Roxana, ze swoim silnym ukraińskim akcentem.

– A jeśli wybuchnie wojna? Sami mówiliście, że Wilkołakom nie wolno do końca ufać.

Najwyraźniej myślał, że ten argument zmusi ich do myślenia. Jedyną reakcją był jednak śmiech Marcusa. Maria spojrzała w jego stronę. Po jej prawicy siedziała wampirzyca Veronica. Jako druga wiceprzewodnicząca miała swoje miejsce na środku, obok Philipa. Dalej siedział Joshua o nieprzyjemnych, wodnistych oczach i słomianych włosach. Obok chichotał rudowłosy Marcus, najczystszej krwi, z dziada pradziada wampir. Siedzący obok, również rudy Diego patrzył na niego zdziwiony i trochę zniesmaczony, mrużąc zielone oczy. Bladolicy Evaryst jak zwykle nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Leigh siedzący na końcu podzielił swoją uwagę między marmurową płytę na podłodze a kielich wypełniony świeżą krwią. Maria odwróciła głowę w lewą stronę. Jessica gorąco popierała Jeffa. Mimo wyglądu słodkiej nastolatki była naprawdę jednym z bardziej krwiożerczych wampirów, jakie Maria miała okazję spotkać. Roxana jak zawsze czynnie brała udział w zebraniach, łypiąc na wszystkich jaskrawożółtymi oczami i potrząsając regularnie płomiennymi włosami. Dilayla miała śliczne rude loki, piękne zielone oczy, uroczy uśmiech i pięciocentymetrowe kły. Zatrzymała wygląd szesnastolatki, mimo blisko setki na karku. Na końcu usiadła Lois, nieśmiała i cicha, o mysich, krótkich włosach i szarych oczach.

Marii zrobiło się niedobrze. Chciała już wracać do domu. Była głodna.

– Kudłacze – odezwał się Philip spokojnie. – Związali się z nami rozejmem – przypomniał. – Teraz mamy ważniejszy problem. Głosujmy. Kto daje Jeffowi przywilej dawania nowego życia? – Rękę podniosła Jessica. – Kto odbiera mu ten przywilej i nakłada karę śmierci za danie nowego życia? – Ręce unieśli wszyscy pozostali. Wiceprzewodniczący wstał. – Wiec Krwi orzekł zakaz wciągania śmiertelników w nasze szeregi przez Jeffa Lexingtona, niezależnie od ich woli. Możesz odejść. – Usiadł. Jeff splunął na podłogę, ale nie wyszedł.

– Chcę porozmawiać z przewodniczącym – powiedział.

– Hrabia ma teraz inne problemy niż słuchanie takiego wymoczka jak ty – wtrącił Diego tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Mam prawo skierować moją prośbę do niego. – Największą bronią Jeffa był jego bystry umysł i niepodważalna wiedza. O Drugim Świecie wiedział wszystko jeszcze zanim do niego dołączył. Philip doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

– Hrabia Vladimir nie chce mieć nic wspólnego z nowicjatem – przypomniał.

– Hrabia Vladimir nie wie, co dzieje się na świecie. Czas go uświadomić. – Uśmiechnął się tryumfalnie. – Niech ktoś zaprowadzi mnie do niego.

Maria spojrzała na Philipa. Wyglądał dosyć bezradnie. Ostatnio we znaki dawał mu się jego wiek. Przeżył wiele wojen i jeszcze więcej rozejmów, ale sam przyznawał, że to Wojna Drugiego Świata jest najpaskudniejszą i najbardziej nieczystą grą, w jakiej brał udział. Mimo że Philip był wampirem, i to bardzo potężnym, przez ostatnie zmartwienia wydawał się bardziej ludzki; na czoło wstąpiły mu płytkie zmarszczki, a jego ruchy straciły na żywotności. Oczy miał matowe od ciągłego zamartwiania się. Dawno nie był też na polowaniu, przez co jego umięśnione ramiona stały się kościste, choć zachowały ślady dawnej siły. Tylko wilcza skóra zarzucona na ramię oraz dwie szable, złota i srebrna, przypominały Marii, że wciąż jest on tym samym wampirem, który zabił Pierre’a i wprowadził ją do Drugiego Świata. To jemu zawdzięcza to, że zasiada w Wiecu Krwi.

– Dobrze – powiedział w końcu, patrząc, jak na twarz Jeffa wpełza okropny, tryumfalny uśmiech.

– Hrabio! – krzyknął i wstał. Uśmiech młodego wampira rozpłynął się w powietrzu.

– On… ja… To ja miałem iść do niego… – wykrztusił jeszcze, zanim rozległ się głuchy huk otwieranych wielkich, dwuskrzydłowych drzwi z litego drewna wzmocnionych stalowymi okuciami. Uderzyły z niewiarygodnym impetem w kamienną ścianę. Do sali wszedł Hrabia Dracula we własnej osobie, niosąc ze sobą odgłosy stukotu obcasów, miarowego uderzania o podłogę polerowaną laską zwieńczoną głową nietoperza i furkotu czarnego płaszcza. Oprócz tego nie dało się słyszeć nawet skrobania myszy, które licznie zamieszkiwały Zamek Transylwania. Mężczyzna przemierzał pokój wielkimi krokami, łypiąc na zebranych czarnymi oczami. Kiedy mijał kinkiety z niezapalonymi świecami, wykonywał tylko zamaszysty ruch rękoma, a pomieszczenie rozjaśniły tańczące płomienie. Nie zerknął nawet na Jeffa, kiedy go mijał. Stanął przed pustym miejscem oddzielającym Philipa i Veronicę, a tym samym część męską Wiecu Krwi od tej żeńskiej. Uniósł głowę i rzucił pełne pogardy spojrzenie Jeffowi.

– Jakim prawem – zaczął całkiem spokojnie – tak wymoczkowaty błagalnik śmiał wyrwać mnie ze snu? – dokończył tonem będącym w stanie zmiażdżyć robaka.

Vladimir Dracula niewiele zmienił się podczas swojego życia. Urodził się szalonym Vladimirem, wyrósł z niego Vlad Palownik, zamienił się w hrabiego Draculę. A cały czas był tym samym zimnym, nieuprzejmym i wyniosłym mężczyzną, nieznoszącym słowa sprzeciwu, za to kochającym swoją pozycję w Drugim Świecie. Był jedynym wampirem, o którego istnieniu wiedzieli wszyscy, ale w które nie wierzył nikt.

Jeffowi nie przypadła do gustu taka wypowiedź.

– Ja… Wybacz, panie. – Padł na kolana. Na twarzy hrabiego pojawił się szyderczy uśmiech ukazujący długie kły.

– Wybacz? Ha! Słuchajcie wszyscy! Jeffrey Lexington błaga mnie o wybaczenie! – Jego śmiech przypominał śmiech szaleńca. Nic dziwnego, przecież rzeczywiście nim był. Ścisnął w bladej, zwieńczonej pazurami dłoni swoją laskę i wskazał nią na stojącego w osłupieniu Jeffa.

– Dlaczego wstałeś? – spytał z fałszywą troską i politowaniem. – Czy pozwoliłem ci wstać? – Łypnął okiem w stronę Marii. – Czy pozwoliłem mu wstać? – powtórzył i znowu prześwidrował czarnymi oczami zdezorientowanego Jeffa. – Nie pozwoliłem ci wstać, psi pomiocie! – Wykonał dłonią gest nakazujący mu znowu uklęknąć. Młody wampir stał nadal w osłupieniu, zaciskając kły. To była najgłupsza rzecz, jaką zrobił w swoim życiu. Vladimir otworzył szeroko oczy ze zdumienia i zgrzytnął zębami. Nie znosił sprzeciwu.

– Kazałem ci klęknąć! – Machnął gwałtownie ręką, a niewidzialna siła, która przedtem zapalała świece, przygwoździła Jeffa do podłogi z głuchym hukiem. Usłyszeli, jak jego kości zgrzytają i kruszą się. Vlad zaśmiał się okrutnie.

– Więc o co chciałeś mnie błagać? – Opadł na krzesło jakby od niechcenia.

– Ja… Ja… Ja… – Po policzkach Jeffa spływały krwawe łzy. Wampiry nie czuły ludzkiego bólu, choćby wbijano w ich ciało miliardy rozgrzanych do białości noży. Czuły za to ból magiczny, jeszcze dotkliwiej niż ludzie. Hrabia Dracula poświęcił swoje życie zadawaniu bólu; i tego w ludzkim wymiarze, i tego magicznego. Sprawiało mu to chorą radość, nieopisaną i nie do zrozumienia, nawet przez Marię. Jedyną osobą, która mogła wyjść żywa z kłótni z nim, była Bezoka Veronica. Mieszkała w Zamku Transylwania, jadła z nim posiłki i rozmawiała. Była rodzajem służącej, choć nie dawała mu sobą pomiatać. Obydwoje mieli równie silne charaktery i Potencjał Magiczny, a Vladimir bardzo dobrze o tym wiedział. Maria podejrzewała nawet, że Veronica jest od niego o wiele silniejsza. Kiedy straciła oczy, wyostrzyły jej się inne zmysły. Była wyższa siłą od ludzi, a nawet od innych wampirów. Wzrok, a raczej jego brak, rekompensowały jej uszy, nozdrza i palce. Nawet hrabia Dracula nie miałby z nią szans. Na szczęście nie był jeszcze tak szalony, aby z nią zadzierać.

– Ty, ty, ty… – warknął gardłowo w odpowiedzi. – Mów, czego chciałeś.

– Przyszedł tutaj jako błagalnik – wtrąciła się Bezoka Veronica. – Chciał od nas pozwolenia na przemienianie ludzi w wampiry, kiedy tylko mu się to spodoba.

Vladimir zmarszczył brwi.

– I jak zagłosowaliście?

– Nie daliśmy mu go.

– Więc na co jeszcze liczycie? Wyprowadźcie go stąd, i to już. Nie chcę więcej widzieć na oczy tego wymoczka.

Kiedy Diego ciągnął za sobą wciąż płaczącego Jeffa, nikt nie śmiał się odezwać.

*

– Do zobaczenia, Mario – powiedział Leigh.

– Do zobaczenia, skarbie. – Maria uśmiechnęła się do niego jak najmilej tylko potrafiła. Wiedziała, jak bardzo ten młody i niedoświadczony wampir ją podziwiał. Nie chciała studzić jego zapału zimnymi słowami.

– Chodźmy już, Leigh – ponagliła go Jessica. – Wszyscy już poszli, to nie czas na pogawędki. Tym bardziej że zaraz świtanie.

– Już idę.

– Miłej podróży – powiedział Philip, kiedy wychodzili przez drzwi, które hrabia Dracula prawie roztrzaskał, wchodząc na zebranie.

– Jest naprawdę miły – powiedziała Maria, myśląc o Leightonie. – I silny. Olivia nie mogłaby mu się oprzeć – zaśmiała się. Philip też wysilił się na cień uśmiechu. – Odprowadzisz mnie? – spytała z nadzieją. Nie miała ochoty iść przez dziedziniec zupełnie sama. Ciarki ją przechodziły, kiedy patrzyła na małe, mrugające nietoperze oczka gapiące się na nią.

– Oczywiście – odpowiedział i wyszli z ciemnej, nieprzyjaznej sali. Maria nawet nie próbowała go zmusić, żeby poprowadził ją pod ramię. Maniery, do których była przyzwyczajona z czasów swojego ludzkiego życia, już dawno przestały być aktualne, a Philipowi nawet wtedy przychodziły opornie.

– Co u dzieci? – zapytał. Był jedynym, który interesował się całą jej przyszywaną rodziną. Reszta wampirów pytała tylko o Olivię – jej dziką lokatorkę, tak zafascynowaną Drugim Światem, że dała się przemienić w wampira – Isaaca Austina, a właściwie Newtona, który uznał, że dobrze będzie się ukryć za Marią Antoniną, i córkę Olivii, Jasmine. Młoda wampirzyca była silna i należała do swojego świata w każdym calu. Jej płomiennorude włosy i śliczna twarz, wyniosłość, egoizm i całkowity brak sumienia składały się na ideał wampira. Philip interesował się też losem chłopców, a właściwie dhampirów, Johna i Matta. John był starszy od swojej siostry, a jego ojciec był wampirem. Olivię w potwora przemienił jej drugi narzeczony, a ojciec Jasmine. Później upolowała sobie śmiertelnika. Zanim jednak go zabiła, postanowiła mieć jeszcze jedno dhampirzątko. Matthew zdecydowanie nie dorównywał Johnowi wyglądem i siłą, ale miał o wiele większy Potencjał Magiczny.

– Dobrze – odpowiedziała. – Matt przekonuje się do krwi, Jasmine się buntuje jeszcze bardziej niż zazwyczaj, John nabrał trochę ogłady.

– A Isaac?

– Trochę gorzej. Wyrzucili go z pracy. Podobno zabieranie pacjentom krwi jest złamaniem przysięgi lekarskiej… Olivia za to kwitnie. – Skrzywiła usta. – Chociaż wolałabym, żeby była mniej krwiożercza i lepiej zajęła się swoimi dziećmi.

– Nie możesz mówić jej, jak ma je wychować – powiedział Philip. – Wiem, że trudno ci na to patrzeć, ale…

– Ja nie mam już moich dzieci, które bym kochała i poświęcała im każdą wolną chwilę. A ona ma dwójkę wspaniałych, mądrych, wrażliwych synów i nieposkromioną córkę. Jedyne, czego chcą, to odrobina uwagi z jej strony, a ona nie jest w stanie poświęcić im nawet minuty. – Maria w głębi duszy zawsze zazdrościła Olivii. Nie mogła przeboleć straty swoich kochanych dzieci i słodyczy bycia matką, patrząc, jak ona marnuje ofiarowany jej przez życie dar.

– Przecież jesteś matką – przypomniał jej Philip. – Wychowałaś Jasmine, Johna i Matta jak własne dzieci.

– Wiem. Ale nie urodziłam ich. Urodziłam inne, które…

– Przestań – przerwał jej nagle. – Nie możesz ciągle tego rozpamiętywać. Musisz wreszcie nauczyć się z tym żyć, Mario. Wokół ciebie dzieje się tyle rzeczy, o których nikt by nawet nie pomyślał, a ty ciągle użalasz się nad swoimi dziećmi.

Maria spojrzała na niego. Może miał rację? Czy warto poświęcać swoją teraźniejszość na rzecz przeszłości? Przeszłości, której nikt już nie zmieni, choćby nie wiadomo jak się starał?

– Kiedy mnie odwiedzisz? – zapytała prawie czule.

– Niedługo – obiecał. – Na razie nie mam dużo wolnego czasu… Młode wampiry się buntują. Łamią wszystkie zakazy po kolei… Przemieniają znajomych za szkoły, polują na dzieci, praktykują magię, nakładają pieczęcie, organizują polowania na meah… Bardzo chcą tej wojny. A do tego Elżbieta znowu daje się we znaki.

– Rozumiem – powiedziała, chociaż wcale nie rozumiała. – Niedługo wschód. – Spojrzała na rozjaśniające się niebo. – Muszę się spieszyć. – Przeszła przez zwodzony most nad pustą fosą, zostawiając Philipa samego na dziedzińcu. Pomachała mu jeszcze raz, zanim znalazła się za zakrętem.

U stóp wzgórza zaczynała się brukowana droga. Maria przeklinała w myślach tego, kto wybrał te wystające, śliskie kamienie, i siebie samą, za dobranie sobie nieprzyzwoicie wysokich szpilek. Czy naprawdę musiała je zakładać? Była w nich wyższa od większości uczestników Wiecu. Godziło to w dumę wampirów i onieśmielało wampirzyce. Przystanęła, żeby rozłożyć parasolkę. Było co prawda jeszcze przed wschodem słońca, ale nie chciała ryzykować. Lato to zdradliwa pora roku dla jej rasy.

– Hej, piękna! – Nie wiadomo dlaczego trzech chłopaków, wysokich i tak tęgich, że aż prawie kwadratowych, upodobało sobie rozstaj dróg na miejsce nocnej popijawy. Maria nie zwróciła uwagi na zaczepkę. Skrzywiła się, widząc, jak jeden z nich pociąga potężnego łyka taniego wina wprost z kartonu. Drugi podszedł do niej chwiejnym krokiem. Złapał ją za ramię i przytknął pod nos swoją butelkę napoju wątpliwego pochodzenia.

– Głucha jesteś? Pytałem, czy chcesz łyka…

– Nie, dziękuję – odpowiedziała grzecznie, marszcząc nos. – Nie pijam takich napojów.

– Co ty, co ty? – Stanął jak wryty. – Z nami się nie napijesz? – Jego łysina błysnęła w świetle latarni.

– Nie – odpowiedziała, już mniej grzecznie, a bardziej stanowczo.

– Te, Łysy! – wrzasnął. Z ziemi poderwał się młodzieniec o wyjątkowo bujnej czuprynie. – Paniusia nie chce się z nami napić!

Łysy podszedł do nich razem z trzecim jegomościem, tym od kartonu.

– Jak to?

– No mówi, że za słabi dla niej jesteśmy!

– My?! Słabi?!

Wymiana zdań była regularnie przerywana beknięciami i czknięciami. Każda dziewczyna lub kobieta, która znalazłaby się w tej sytuacji, pewnie już by płakała i próbowała uciekać. Jednak oni nie zadarli z kruchą niewiastą. Ten gbur szarpał za ramię i dusił śmierdzącym oddechem Marię Antoninę Austriaczkę, wampirzycę!

– Puszczaj – powiedziała ostro. – A wtedy odejdę spokojnie i udam, że nic nie zaszło.

– Ha! Czy ona mi grozi, Łysy?

– Tak, Chudy! Pannica się znalazła, psiakrew! – Chciał splunąć jej pod nogi, ale malownicza plama znalazła się na spódnicy jej sukni.

Zgrzytnęła zębami.

– Dam wam ostatnią szansę, chłopcy. – Pogłaskała Chudego po gładkim policzku i spojrzała na niego, jakby mówiła do malutkiego dziecka. – Teraz puścisz moje ramię, a ja sobie pójdę. Dobrze, skarbie? – Zwinęła usta w dziubek.

Chudy nie docenił jej pokojowej propozycji. Odtrącił jej dłoń i z zadowoleniem słuchał rechotu swoich kumpli.

– Nie? – zapytała smutno. – Cóż, trudno. Powiedz mi, dziecko, wierzysz w wampiry? – Poczuła przyjemne mrowienie na twarzy na myśl o wypiciu odrobiny świeżej krwi.

– Czy w co wierzę? – Miał wyjątkowo głupią minę.

– Czas minął. – Otworzyła usta i pokazała im dwa rzędy długich, zaostrzonych kłów. Puścił jej ramię.

– Chłopaki… Spieprzamy, i to już… – powiedział Łysy, z przerażeniem śledząc ruchy jej bladych rąk. Ujęła w nie jego przebrzydłą mordę. Uśmiechnęła się.

– Za późno. Dobranoc. – Posłała mu całusa i wbiła zęby prosto w jego tętnicę. Chudy i chłopak od kartonu próbowali uciekać, zataczając się. Maria skoczyła w stronę tego drugiego; rozszarpała mu szyję i rozkoszowała się gorącą krwią rozpływającą się po jej ciele przez kilka sekund. Chudy stanął nad nimi przerażony. Upadł na kolana.

– Mówiłam, żebyś uciekał? – Z jej głosu wyparowało całe ciepło. Został tylko jad.

– Z… Zabijesz mnie? – spytał.

– A chcesz tego?

– Nie! – wrzasnął. Zaczynał wariować. Maria widziała to w jego oczach. Ujęła jego twarz w dłonie i zbliżyła usta do jego ucha.

– Zła odpowiedź – szepnęła i skręciła mu kark. Rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie. Wypiła trochę jego krwi i wstała.

Spojrzała na wschód. Słońce wyzierało nieśmiało zza horyzontu. Westchnęła. Otarła dokładnie usta chusteczką i nakryła nią twarz swojej ofiary. Rozłożyła parasolkę, oparła rączkę na ramieniu. Poprawiła włosy. Mimowolnie spojrzała na swoje paznokcie. Przypomniało jej się, że z jednego odprysł lakier. Cmoknęła, widząc brzydką plamę. Po powrocie do domu będzie musiała pomalować je od nowa. Może tym razem na fioletowo?

– Tak – powiedziała do siebie zadowolona. – Fiolet będzie odpowiedni.

[1] Madame du Barry – kurtyzana mieszkająca na dworze francuskim. Między nią a Marią Antoniną panował otwarty konflikt, co chętnie wykorzystywali przeciwnicy królowej.

[2] Putain – z franc. kobieta lekkich obyczajów (przyp. autorki).

[3] „To niech jedzą ciastka” – słynne słowa, które miały być reakcją Marii Antoniny na wieść, że wieśniacy są głodni i nie mają nawet chleba. W rzeczywistości wypowiedziała je najprawdopodobniej żona Ludwika XIV, Maria Teresa.

1.

ALICE

A co jeśli tak naprawdę pieniądze są wyznacznikiem szczęścia? Jeśli podróże to błądzenie skazane z góry na porażkę, a nie poszukiwanie własnego miejsca na świecie? Jeśli świat, który znamy, jest tak naprawdę tylko jedną stroną monety? Jeśli życie to tylko mgnienie i żaden człowiek nie jest w stanie go poznać wystarczająco dobrze?…

Niebo na zachodzie przybrało odcień czerwieni, kiedy słońce chowało się powoli. Nad jej głową wystrzępione chmury płynęły po szarości, a na wschodzie, tuż nad horyzontem, niebo było czarnogranatowe, upstrzone gwiazdami. Księżyc był prawie pełny, dumny i błyszczący wyłaniał się zza chmur.

– Niedługo się ściemni – odezwał się Dan, jej brat. Alice przytaknęła.

– Musimy poszukać noclegu – odpowiedziała niechętnie. Wyjechali prawie tydzień temu i jak dotąd udało im się przejechać autostopem pół kraju. Ostatni mężczyzna ulitował się nad nimi, kiedy mokli na deszczu, wyciągając kciuki. Tuziny samochodów ochlapywały ich wodą z kałuż lub trąbiły. Ten jeden zabrał ich ze sobą.

– Gdzie jedziecie? – zapytał.

– Na koniec świata. – Uśmiechnęła się do niego. Nie odwzajemnił się podobnym wyrazem sympatii, tylko skrzywił twarz w grymasie.

– Mogę was zawieźć sto kilometrów. Dalej pójdziecie sami. Nikt tam nie chce jechać – dodał po chwili namysłu, uruchamiając wycieraczki, i zamilkł na resztę podróży. Zrobił tak, jak obiecał i po stu kilometrach musieli wysiąść. Droga była wąska, wybrukowana i wiodła przez las. Szli w deszczu dwie godziny, cały czas przed siebie, środkiem drogi. Zgodnie z zapewnieniem ich dobroczyńcy nie jeździły tu żadne samochody ani nie spacerowali żadni ludzie.

O co chodzi z końcem świata – podpowiedział im napis nad bramą miejską. Nazwa miasteczka portowego brzmiała „KONIEC ŚWIATA” właśnie i była ułożona z wysokich na pół metra, odlanych ze stali liter.

– Cudownie – powiedziała Alice, kiedy zadarła głowę i przeczytała napis.

– Koszmarnie – powiedział Dan, przechodząc pod ozdobnym łukiem miejskim.

Miasteczko rzeczywiście leżało na końcu świata i było tak bajkowe, jak tylko Alice mogła sobie wymarzyć. Uliczki tu były brukowane, domki małe i nierównej wysokości, stojące przy ulicy jeden obok drugiego. Port też nie był nowoczesny, ale ciągnął się na przestrzeni kilku mil. Cumowały tam zaniedbane, dawno nieużywane kutry rybackie. Deszcz uderzał w dachy barów, neony nad drzwiami i płaszcze rodzeństwa. Alice czuła w powietrzu coś, czego nie czuła nigdzie indziej, a węch miała doskonały. Unosił się tutaj zapach ryb, mokrej ziemi i przede wszystkim morza. Fale uderzały o brzeg, kłócąc się z deszczem, wiatr pukał w zamknięte okiennice domów, a na ulicy nie było ani jednego samochodu. Alice czuła się, jakby przeniosła się z Danem w dwudziesty wiek.

Niewątpliwie byli na końcu świata.

Z każdą minutą robiło się ciemniej, a deszcz padał coraz zacieklej.

– To co robimy? – zapytała. – Nie widzę tu żadnego hotelu…

– Ani ja – przyznał i skrzywił się. Deszcz przylepił mu włosy do czoła. Przemókł już doszczętnie i nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. – Po co wspominałaś o tym końcu świata?

– To miał być żart. Ale najwyraźniej mieliśmy tu trafić.

– Nawet jeżeli musieliśmy, to ta twoja „Opatrzność” mogła nam przynamniej zarezerwować hotel…

Spojrzała na niego niezadowolona. Nie lubiła, kiedy się z niej śmiał.

– Rozdzielimy się – powiedział. – Ja pójdę na zachód, a ty na wschód. Jeśli któreś z nas znajdzie jakikolwiek nocleg, niech zadzwoni do drugiego. Nie zapomnisz?

W odpowiedzi uśmiechnęła się i pociągnęła swoją walizkę na wschód. Słońce zaszło już całkowicie. Kiedy odwróciła się za kilka minut, Dana już nie było. Poprawiła kaptur i wsłuchała się w deszcz bębniący w niego, w hałas, jaki wywołały kółeczka walizki skaczące po bruku i szum fal. Postanowiła iść blisko wybrzeża. Miała nadzieję, że natrafi na dom jakiegoś rybaka, który chętnie udziela schronienia turystom. Przemarzła już i przemokła, a deszcz nie przestawał padać. Granatowe niebo spowijały chmury, na domach tańczyły cienie. Latarnie uliczne zapalały się jedna po drugiej, oświetlając bruk i dziewczynę pomarańczowym światłem. Chodziła, uparcie wypatrując neonów lub chociażby tablic informacyjnych ze zbawiennym słowem „hotel”, ale widziała tylko zamknięte bary. Z każdym krokiem czuła się bardziej zmęczona i coraz bardziej chciała odpocząć. Po pewnym czasie nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Dwugodzinny spacer po nierównym bruku nie dodał jej sił. Usiadła zrezygnowana na krawężniku, próbując otulić się szczelniej płaszczem, ale nic to nie dało. Wiatr był przenikliwy, a ona mokra i zmęczona. Dała za wygraną i zwiesiła głowę, obserwując cienie pod swoimi stopami.

Nagle zdała sobie sprawę, że ktoś za nią stoi.

Odwróciła się pewna, że to Dan, ale mężczyzna, którego zobaczyła, był wyższy od jej brata. Niebo przeszyła błyskawica, oświetlając jego twarz. Nie była w stanie określić, jaki miała kształt. Jego szczękę porastała gęsta, kędzierzawa, brunatna broda przechodząca w bokobrody. Oczy miał małe i szarobrązowe, nos duży, a usta wąskie. Oceniła jego wiek na około czterdzieści lat, ale nie była pewna. Najbardziej zainteresował ją jednak jego ubiór. Miał na sobie czarny płaszcz i spodnie zaprasowane w kant. Na głowie nosił coś na kształt cylindra, spod którego wystawały brunatne włosy. W jednej ręce trzymał parasol, a w drugiej laskę, na której się opierał.

– Dobry wieczór. – Uśmiechnął się do niej uprzejmie. – Co tak młoda osoba robi na Końcu Świata? – zapytał. Oparł laskę o nogę, aby podać jej rękę. Alice zerwała się z krawężnika.

– Ja… Szukałam noclegu… – Uścisnęła niepewnie podaną jej dłoń.

– Cóż za zbieg okoliczności. – Posłał jej kolejny uśmiech. Był brzydkim mężczyzną, a Alice odnosiła wrażenie, że kiedyś już go widziała. Uczucie to było tak silne, że wprawiało ją w zakłopotanie. – Bo ja właśnie szukałem kogoś szukającego noclegu. Nazywam się Abraham Lennox.

– Alice Blues.

– Urocze nazwisko, Alice. A więc szukasz miejsca, w którym mogłabyś przenocować?

– Tak… Dla mnie i dla brata.

– Cóż, muszę cię zasmucić. W naszym kochanym miasteczku nie znajdziesz żadnego hotelu. Nie ma tu turystów, nie ma nawet przejezdnych.

Alice jęknęła.

– Ale mam też dobrą wiadomość. – Uśmiechnął się, a wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki. – W mojej posiadłości mamy kilka nieużywanych pokoi… Jeśli zechciałabyś towarzyszyć mi i mojej rodzinie dziś wieczór, powiedz tylko słowo.

– Nie, dziękuję – odparła, otwierając szeroko oczy. – Naprawdę, może przenocuje mnie ktoś w pobliżu…

– Nonsens – prychnął mężczyzna. – Nie jest to zbyt gościnna okolica, Alice. Zapraszam do siebie, a rano będziesz mogła zrobić, co zechcesz.

Zamyśliła się. Alice nie była strachliwa ani nieśmiała. Lubiła ludzi, nie obawiała się mężczyzny, którego spotkała w środku nocy w opustoszałym miasteczku. Lubiła mówić samej sobie, że wyczuwa intencje, i tak właśnie było, dosłownie. Nie zwracała uwagi na wygląd czy ubiór ludzi. Wewnętrzny głos jednak ostrzegał ją przed tymi, których zapach nie przypadł jej do gustu. Każdy człowiek posiada swój własny, niepowtarzalny zapach, a Alice zwracała na niego uwagę. Lekarze twierdzili, że przez dużą wadę wzroku ma wyostrzony węch, niektórzy nawet wierzyli, że posiada węch absolutny, jak Jean-Baptiste Grenouille[1]. Ona sama nie widziała w tym nic niezwykłego.

Zapach Abrahama podobał jej się. Dlatego nie odmówiła.