Wrota Światów - Dariusz Adamowski - ebook
Opis


„Wrota Światów” Dariusza Adamowskiego to powieść fantasy. Pełna przygód historia nastolatków, którzy dzięki kupionej w tajemniczym antykwariacie grze komputerowej trafiają na tytułowe „Wrota Światów". Dzięki nim zobaczą rzeczy, o których do tej pory jedynie czytali w książkach fantasy, lub oglądali na filmach. Smoki, dungale, mistrz Dżen, magia i magowie, a także cudowne i straszne krainy, niezwykli przyjaciele i potężni, groźni wrogowie – jest tu wszystko, co trzeba. A do tego mnóstwo akcji, humoru i odrobina wschodniej mistyki” - Jakub Winiarski – pisarz, krytyk, nauczyciel pisania.

Dariusz Adamowski niezwykle zgrabnie przekracza w tej powieści tytułowe Wrota: poetyckiej wyobraźni, bujnej fantasmagorii, literackiej brawury. Bez problemu przerzuca młodych bohaterów z polskich współczesnych realiów do świata fantasy rodem z gier RPG, a czyni to lekko, sprawnie, sypiąc jak z rękawa feerią błyskotliwych pomysłów. Barwna, wciągająca i odświeżająca lektura, nie tylko dla młodzieży” - Witold Jabłoński – autor powieści „Słowo i miecz”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 489

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2016

Dariusz Adamowski „Wrota światów”

Copyright © by Dariusz Adamowski, 2016

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Kamil Skitek

Redakcja: Marta Drozdowska - Bednarz

Korekta: Łukasz Rogowski

Ilustracja na okładce: Marcin Panasiuk

Opracowanie graficzne okładki: Karolina Panasiuk

ISBN: 978-83-7900-671-7

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Rozdział I

Van Thorn i inne komplikacje

Zbroja Czarnego Rycerza lśniła w świetle zachodzącego słońca jakby była wykonana z obsydianu. Ze swoim dwumetrowym wzrostem, stojąc na szczycie wzgórza, Van Thorn wyglądał teraz jak wyrzeźbiony w kamieniu monument – pomnik posłańca śmierci, który zdawał się mówić: „To koniec drogi; nikt nie może pójść dalej”. Opuszczona przyłbica hełmu nie pozwalała dostrzec jego twarzy, ale oczami wyobraźni łatwo było zobaczyć zimne, stalowoszare oczy człowieka, który pogardza wszystkim, co słabe i kruche.

Dominic z Teilu stał twarzą w twarz ze swoim ostatnim i najpotężniejszym wrogiem. Wiedział, że ma do czynienia z prawdziwym wcieleniem zła – człowiekiem, który, jak dotąd, nie spotkał godnego siebie przeciwnika i który nikomu nie okazał łaski: wszyscy walczący z nim polegli, przeszyci Mortenem – magicznym mieczem Van Thorna, mieczem, który raz wyciągnięty z pochwy, zawsze musiał zakosztować ludzkiej krwi.

Wiatr ustał i nad wzgórzem Godhar zawisła złowroga cisza. Dominic słyszał tylko swój przyspieszony oddech i czuł, jak strach i gniew, które kazały mu ścigać Van Thorna przez całą niemal Krainę Teil, nagle go opuszczają. Niespodziewanie poczuł się wolny i bardzo spokojny. Wiedział, że musi stanąć do walki, bo tak każe mu przeznaczenie, lecz nie bał się już Van Thorna, a tym samym – nie lękał się śmierci.

Ze wzgórza dobiegł go pogardliwy śmiech Van Thorna, a zaraz potem – metaliczny odgłos dobywanego miecza. Czarny Rycerz stał tam, trzymając broń w wysoko uniesionej dłoni. Wydawał się teraz jeszcze potężniejszy i bardziej przerażający, jednak Dominic, gotowy do walki, bez wahania ruszył w jego kierunku.

Pierwsze uderzenie nadeszło niespodziewanie i z ogromną siłą, ale młodzieniec odparował je pewnie swoją tarczą i już po chwili zaatakował przeciwnika szybkim pchnięciem w bok. Van Thorn uchylił się i ostrze ześlizgnęło się po czarnej zbroi.

– Widzę, że wiele się nauczyłeś od swego mistrza! – warknął zaskoczony tą ripostą Czarny Rycerz. – Szkoda, że nie ma go już wśród żywych.

– Nie sprowokujesz mnie – odparł spokojnie Dominic. – Dunbar zginął, broniąc słusznej sprawy, jego śmierć nie poszła na marne. Zresztą, nie zginąłby, gdybyś nie stosował tych swoich żałosnych sztuczek i walczył honorowo. Wiedziałeś, że w otwartej, uczciwej walce nie masz żadnych szans...

Van Thorn nie mógł znieść prawdy, rzuconej mu w twarz przez tego niedoświadczonego młodzika. Gwałtownym ruchem uniósł miecz i z furią ruszył do ataku. Ciosy sypały się teraz na Dominica istnym gradem, a ten, cofając się, parował je jeden po drugim. Klingi zderzały się ze sobą sypiąc iskrami, a ogłuszający szczęk ścierającej się broni i płatów zbroi docierał echem do miejsc odległych o setki metrów, sprawiając, że ludzie i zwierzęta zatrzymywali się i nasłuchiwali strwożeni.

Dominic nie liczył kolejnych ciosów – odparł ich może kilkadziesiąt, a może kilkaset. Działał instynktownie, wysyłając swój srebrzysty miecz na spotkanie Mortena. Van Thorn wydawał się mieć niespożyte siły; uderzał raz po raz: z góry, z boku, od dołu i znów z góry i z boku. Jego sprzymierzeńcem była siła grawitacji – atakował, schodząc w dół wzgórza i wyprowadzał ciosy na przeciwnika, walczącego poniżej. Dominic szybko dostrzegł, w jak niekorzystnym znalazł się położeniu. Nie tylko ustępował pola nacierającemu z góry przeciwnikowi, ale też nie mógł kontrolować zbocza za swoimi plecami, przez co narażony był na potknięcie się o kamień lub wystający z ziemi korzeń. Postanowił to zmienić. Kolejne potężne uderzenie sparował trochę mocniej niż poprzednie, zamarkował pchnięcie w korpus, po czym wykonał piruet i wyprowadził bardzo silne uderzenie w prawy bok. Van Thorn, choć zaskoczony, zdołał zablokować miecz Dominica, lecz impet tego ciosu odrzucił go do tyłu i sprawił, że rycerz zachwiał się, na moment tracąc równowagę. Dominic wykorzystał tę chwilę, obiegł go i zajął uprzywilejowaną pozycję na wzgórzu.

Po tej paradzie poczuł nagłe zmęczenie i zdał sobie sprawę, że nie pozostało mu wiele czasu na zakończenie pojedynku. Dysząc ciężko, ruszył do ostatniego natarcia. To on teraz atakował, lecz nie z taką furią, jak czynił to jeszcze przed chwilą Czarny Rycerz. Uderzał precyzyjnie, wykorzystując całą zdolność koncentracji, jakiej nauczył się przez lata praktyki u swego mistrza. Posyłał w kierunku przeciwnika pozornie chaotyczne ciosy, które nękały go jak rój os, kąsały to z lewej, to z prawej, atakowały nogi, ramiona i szyję.

Dominic nacierał bez chwili wytchnienia. Walczył z ogromną determinacją, czując, że sił nie starczy mu na długo. Pocieszał się tylko myślą, że jego przeciwnik także słabnie. Nie widział co prawda twarzy Van Thorna, ale słyszał jego zmęczony, świszczący oddech. Czarny Rycerz wiedział, że szala zwycięstwa zaczyna się przechylać na stronę przeciwnika. Ciosy, które na niego spadały, uderzały w pół i ćwierć tempa, zmieniając co chwila rytm. Były mistrzowsko precyzyjne i zmuszały go do nieustannej koncentracji. Van Thorn zdał sobie sprawę, że nie potrafi już odzyskać inicjatywy i przejść do ataku. Pozostawało mu tylko bronić się resztkami sił i liczyć na Mortena, który kierował się w czasie walki własną, tajemną inteligencją.

Walczący rycerze zeszli już dobre trzydzieści metrów w dół zbocza. Zarośla i wysoka trawa działały teraz na korzyść Dominika. Zepchnął przeciwnika jeszcze dwa metry niżej, tak, że ten znalazł się o krok od niskiego krzewu kosodrzewiny. Gdyby cofali się nadal w tym samym, powolnym tempie, Van Thorn zdołałby zlokalizować i ominąć przeszkodę. Dominic musiał więc odwrócić jego uwagę. Po kolejnym cięciu, które świadomie wyprowadził trochę nieporadnie, jęknął i potknął się, przyklękając na prawe kolano, jakby złapał go nagły skurcz mięśni. Van Thorn dał się oszukać. Skorzystał z tej chwilowej przerwy, by złapać kilka chrapliwych oddechów i dać odpocząć łomoczącemu w piersi sercu. Widząc opuszczony miecz Dominica, wziął potężny zamach, chcąc przygwoździć nim swego przeciwnika do ziemi i zakończyć walkę. Młody rycerz właśnie na to liczył. Gdy Van Thorn osiągnął maksymalne wychylenie i miał zadać śmiertelny cios, Dominic wyprostował się gwałtownie i ciął go z całej siły przez pierś.Jęknęła stal. Zbroja Czarnego Rycerza wgięła się, raniąc go boleśnie i pozbawiając tchu. Van Thorn zachwiał się i odchylił. Próbował jeszcze odzyskać równowagę, ale wtedy jego nogi natrafiły na gałąź kosodrzewiny. Ręce wojownika wykonały w powietrzu kilka rozpaczliwych młynków, szukając jakiegoś oparcia, lecz bezskutecznie – Czarny Rycerz, w pełnej glorii swojej dwudziestokilogramowej zbroi, runął na ziemię.

Dominic, z trudem łapiąc oddech, stanął nad pokonanym nieprzyjacielem. Wsparł się na mieczu i przyjrzał leżącemu u jego stóp Van Thornowi. Ten, wolnym ruchem uniósł przyłbicę swego hełmu i spojrzał w oczy zwycięzcy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby uznając wynik walki. Trwało to kilka sekund, po czym wydarzyło się coś dziwnego. Van Thorn uśmiechnął się. Nie był to jednak uśmiech pokonanego, który uznaje swoją klęskę. Był to uśmiech zwycięzcy, butny i pogardliwy. Sir Dominic nie wiedział skąd w leżącym, bezbronnym wrogu wzięła się nagle pewność siebie i odwaga. Przecież to był koniec Czarnego Rycerza, koniec jego terroru i knowań. Koniec krwawych rządów Mortena... Morten! Tak! Nagle to do niego dotarło! Van Thorn leżał u jego stóp, ale nie było przy nim nieodłącznego miecza. Dominic rozejrzał się jeszcze raz, chociaż już wiedział, gdzie jest Morten. Wolno uniósł wzrok ku górze, czując, jak ogarnia go nagle fala rezygnacji. Morten tam był! Zawisł w miejscu, do którego uniosły go ramiona jego pana, by samodzielnie zadać ostatni, śmiertelny cios. Teraz nadszedł jego czas. Morten bezszelestnie opadł w dół, wprost na głowę Dominica z Teilu.

W KRAINIE TEIL NASTAŁY CIĘŻKIE CZASY. WRAZ ZE ŚMIERCIĄ OSTATNIEGO WALECZNEGO RYCERZA W PAŃSTWIE ZAPANOWAŁY RZĄDY TERRORU I POGARDY DLA DRUGIEGO CZŁOWIEKA. NA DZIESIĄTKI LAT TEIL POGRĄŻYŁ SIĘ W CIEMNOŚCIACH I CHAOSIE...

KONIEC GRY

Dominik nie mógł uwierzyć własnym oczom. Siedział przed pustym ekranem komputera i powtarzał sobie, że to niemożliwe. Zadał sobie tyle trudu, by przejść przez to zadanie bez powtórek i głupich błędów i nagle, o krok od zwycięstwa, został pokonany. A właściwie dał się pokonać – przegrał na własne życzenie. Jak mógł zapomnieć o tym, co przekazał mu Mistrz Dunbar? Morten był magicznym mieczem, ale nie był zły z natury. Miecz zawsze przejmował osobowość swego właściciela, gdy ten brał go do ręki i trzymał przez kilka sekund. To dlatego Van Thorn zawsze sypiał z dłonią na rękojeści Mortena.

Jak mogłem o tym zapomnieć? – powtarzał w myślach Dominik. Przecież wystarczyłoby, żebym dotknął miecza. Teraz wszystko przepadło. No, może nie wszystko – przecież będę mógł zagrać jeszcze raz.

– Dominik! – z kuchni dobiegło go wołanie mamy. – Chodź na kolację!

Na dzisiaj koniec – pomyślał. Wyjął płytę z komputera i przyjrzał się jej uważnie jeszcze raz. Gra nazywała się Poszukiwacze Źródła, a na dysku widniał dziwny rysunek. Przedstawiał starca i chłopca stojących przed skałą, z której wypływało maleńkie źródło. Kim były te dwie tajemnicze postaci? Starcem mógł być Mistrz Dunbar, chociaż na rysunku wyglądał zupełnie inaczej niż w grze. Ale chłopiec nie pojawił się tam ani razu, w każdym razie nie jako pierwszoplanowa postać.

Drzwi uchyliły się i do pokoju zajrzała mama.

– Kończ już, bo wszystko stygnie.

– Tak mamo – Dominik szybko zapakował dysk do pudełka i wyłączył monitor. – Nie wiedziałem, że już tak późno.

– Czy ty ostatnio nie za dużo przesiadujesz na komputerze? – zaniepokoiła się mama. – Miałam nadzieję, że ciebie to szaleństwo ominie. Zresztą, jeszcze jakiś czas temu sam skarżyłeś się, że w klasie nie można z nikim pogadać, bo wszyscy bez przerwy rozmawiają tylko o najnowszych grach...

– Wiem, wiem – bronił się Dominik. – Ale ta gra jest naprawdę wyjątkowa, zupełnie niepodobna do innych. I myślę, że większość moich kolegów nie chciałaby w nią grać, bo byłaby dla nich zbyt nudna. Ona jest po prostu...

– Super! – dokończyła mama ironicznym tonem. – No, dobrze już – wierzę ci na słowo. Ale teraz chodź na kolację.

Zapach kolacji wypełniał całą kuchnię. Dominik wyczuł jajecznicę, parówki i swoją ulubioną sałatkę z kukurydzą. Nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny, więc, nie zwlekając, zabrał się do jedzenia.

Najbardziej lubił wieczory w domu, gdy wszystko wokół zdawało się być na swoim miejscu, ciche, spokojne i bezpieczne. Rodzice zdążyli już odpocząć po męczącym dniu w pracy, a on odrobił lekcje i mógł spokojnie oddać się takim drobnym przyjemnościom, jak czytanie najnowszej książki Łukjanienki czy choćby jedzenie. Tak, uwielbiał wieczory w domu, o ile oczywiście wszystko było w porządku i rodzice, jak to sam określał, nie „przerabiali” czegoś, czyli po prostu nie kłócili się ze sobą. Ale dzisiaj kolacja upływała w pogodnej atmosferze, żartów ojca na temat szefa-tyrana i spokojnej muzyki jesiennego deszczu za oknem.

Wszystko popsuło się w najmniej oczekiwanym momencie, gdy w świetnych nastrojach oglądali stary film z Harrisonem Fordem. Kiedy na ekranie pojawiła się kolejna nieodzowna porcja reklam, mama nagle przypomniała sobie o imieninach przyjaciółki z pracy:

– To już za dwa dni, Staszku! Na śmierć zapomniałam. Co my jej damy w prezencie? No i w czym mam iść? – Mama rozgorączkowanym wzrokiem wpatrywała się w tatę, szukając w jego twarzy choćby odrobiny zainteresowania. Na próżno.

– Wiesz, nie jestem pewien, czy się wyrobię – powiedział po chwili milczenia tata, wpatrując się w reklamę nowego leku na ból głowy z takim skupieniem, jakby miało to być remedium na wszystkie nieuleczalne choroby świata. – Zdaje się, że będę musiał jutro zostać dłużej w pracy. Są jakieś problemy z budżetem tej nowej placówki w...

– Z tego co pamiętam, nigdy nie obchodziły cię finanse przedsiębiorstwa – przerwała mu mama spokojnie, o wiele za spokojnie. – Jesteś marketingowcem i nie powinni cię ciągać na posiedzenia w sprawach, w których nie jesteś ekspertem.

– Wiem, ale nie mam wyboru. Szef kazał mi przyjść, bo ceni sobie moją opinię.

W głosie taty zabrzmiała nuta irytacji, niby nic wielkiego, ale Dominik wiedział, że wkrótce sytuacja wymknie się spod kontroli. Teraz inicjatywę przejęła mama:

– Oczywiście! – perorowała ironicznie – Przecież jesteś niezastąpiony! Czy ty naprawdę myślisz, że on chce, żebyś przyszedł, bo twoje zdanie jest takie istotne? Nie sądzę! On cię po prostu wykorzystuje. Wlecze cię ze sobą na każde bzdurne zebranie, żeby ci pokazać, kto tu rządzi, bo dobrze wie, co ty i twoi koledzy mówią o nim za plecami. A my przez to cierpimy.

Dominik był teraz pewien, że nic już nie powstrzyma katastrofy. Znowu będą musieli „przerobić” jakiś stary temat i nie skończy się to dobrze.

I chyba miał rację. Po ostatniej uwadze mamy, tata najeżył się już całkiem na serio i przeszedł do kontrataku, twierdząc, że jest niedoceniany, chociaż pracuje po dwanaście godzin na dobę, żeby w domu były pieniądze, że jest mu bardzo przykro słuchać wymówek i że doprawdy – jedna opuszczona impreza to jeszcze nie koniec świata. Na to mama odpowiedziała załamującym się głosem, że to już trzecia impreza w tym roku, na którą nie pójdą, bo tata ma tę swoją pracę na głowie, a przecież życie nie może się składać z samych ponurych obowiązków, bo takie życie nie ma w ogóle sensu. Zapytała, kiedy w końcu wszystko będzie jak dawniej, jak w czasach gdy nie byli zbyt bogaci, ale na pewno o wiele szczęśliwsi. Dodała też, że być może ona jest tylko nauczycielką i nie zarabia takich kokosów, ale przecież w końcu przynosi do domu jakieś pieniądze, więc tata nie powinien się aż tak przejmować rolą jedynego żywiciela rodziny.

Dominik chyłkiem wycofał się do swego pokoju. Nie usłyszał końca kłótni, ale znał ten schemat na pamięć: podniesione głosy, później krzyki, czasami płacz, trzaśnięcie drzwiami; następny dzień lub dwa w lodowatej atmosferze krzyżujących się spojrzeń i tego przerażającego milczenia pomiędzy rodzicami, które było chyba jeszcze gorsze niż sama kłótnia. Dominik czuł, jak spokój i cisza, które jeszcze przed chwilą gościły w jego sercu, ulatują i znikają bezpowrotnie, a na ich miejsce wślizguje się to okropne uczucie bezradności, które tak często go ostatnio nawiedzało.

Gdybym tylko mógł coś zrobić! – pomyślał. Może oni tego nie zauważają, ale te kłótnie zdarzają się coraz częściej. W zeszłym tygodniu poszło o jakąś rysę na samochodzie, której tam nie było, zanim mama nie usiadła za kierownicą. A jeszcze wcześniej zdenerwowała się, bo tata zapomniał oddać odkurzacz do naprawy.

Choć Dominik tego nie chciał, pamięć sama podsuwała mu sceny ostatnich sprzeczek, niektórych poważnych, innych zupełnie błahych – było ich stanowczo zbyt wiele.

Nawet nie pamiętał, kiedy się to zaczęło. Może rok, a może dwa lata temu? Nie wiedział też dlaczego rodzice nieustannie się od siebie oddalali, ale czuł, że to poważna sprawa i że powinien coś z tym zrobić. Lecz, choć wytężał umysł, szukając rozwiązania problemu, w głowie miał tylko szarą, beznadziejną pustkę.

Leżąc w łóżku, wciąż rozmyślał nad tą sytuacją. Przez chwilę miał wrażenie, że pojawiła się nadzieja i prawie usłyszał, jak czyjś głos, spokojny i mądry mówi mu, że wszystko będzie w porządku. Zaraz potem ogarnęła go fala zmęczenia i Dominik wolno zapadł w sen.

Rozdział II

Szkoła, osy i gnom

Następnego dnia obudził go deszcz. Dudnił monotonnie o szyby. Nie był to łagodny i przyjazny deszcz z poprzedniego wieczora – ten walił w okno, jakby chciał je wybić i wedrzeć się do pokoju. Dominik od razu przypomniał sobie o wczorajszej kłótni i poczuł, że on, jego rodzice, cały blok i miasto toną w potokach spadającej z nieba wody. Był w tak wisielczym nastroju, że omal się nie rozpłakał. Przykrył się po czubek głowy kołdrą i miał zamiar zostać tam do końca świata, a przynajmniej przez kilka godzin, kiedy nagle zadzwoniła jego komórka. Wyczołgał się więc niechętnie z łóżka i odebrał telefon:

– Słucham?

– To ja! – zaskrzeczał podekscytowany głos. – Nie mów mi, że jeszcze nie wstałeś.

– Cześć Rufus. No co ty?! Wstałem parę godzin temu, posprzątałem mieszkanie, zrobiłem rodzicom drugie śniadanie do pracy i właśnie zaczynałem pranie...

– Dobra, dobra – zaśmiał się Rufus. – Dobrze wiem, że stoisz tam w samych gatkach i ledwo trzymasz się na nogach z niewyspania. Posłuchaj! Pakuj się szybko i goń do szkoły. Musimy pogadać o tej grze, o Poszukwaczach Źródła. Coś jest z nią nie tak i to bardzo tajemnicza sprawa. Muszę już kończyć, bo mój mały brat właśnie ochlapał mnie owsianką... Alojzy, uspokój się natychmiast! – rzucił gdzieś poza słuchawkę. – To cześć!

– Cześć!

– Aha...Pamiętaj, że dzisiaj polski! Zabierz książki i tak dalej, żebyś znowu nie podpadł Kowalskiemu, okej?

– Okej, okej.

Dominik odłożył telefon i ze zdziwieniem stwierdził, że skłębione chmury porannej depresji zaczęły się powoli rozpraszać. Nie miał już ochoty wracać do łóżka i spędzać tam reszty dnia. Życie nabrało jaśniejszych kolorów, a deszcz za oknem nie był już zapowiedzią potopu. I pomyśleć, że wystarczył jeden krótki telefon od przyjaciela.

Dominik znał Rufusa od pierwszej klasy podstawówki, czyli ponad pięć lat. Była to, jak się zdawało, jedna z tych przyjaźni na całe życie, których nic – ani ludzie, ani czas, ani przestrzeń nie potrafią zniszczyć. Rufus był pogodnym i bardzo energicznym chłopcem, który miewał zazwyczaj około tysiąca nowych pomysłów na minutę. Jego ognista, ruda czupryna i dziesiątki złocistych piegów na policzkach i nosie, sprawiały, że czasami wyglądał jak żywy płomień. Wszędzie go było pełno i wszędzie, gdzie się pojawiał, przynosił ze sobą swoje poczucie humoru. Był lubiany przez kolegów z klasy i nawet najbardziej srodzy nauczyciele w szkole topnieli jak masło, gdy się do nich uśmiechał i przepraszał za jakiś wyskok. Dominik czuł się naprawdę szczęściarzem, że ma kogoś takiego za przyjaciela.

Nie zwlekając, umył się, ubrał, w locie porwał ze stołu przygotowane przez mamę kanapki i popędził do szkoły.

Wpadł do klasy odrobinę spóźniony i usiadł w ławce obok Rufusa, który uśmiechnął się do niego porozumiewawczo. Ponieważ zaczęła się lekcja, nie mieli czasu porozmawiać o grze i musieli cierpliwie zaczekać do dzwonka. Na szczęście pani Żaglewska, nauczycielka matematyki, nie pozwoliła im się nudzić, robiąc całej klasie niezapowiedzianą kartkówkę. Po lekcji znaleźli sobie zaciszne miejsce na korytarzu przed salą biologiczną, z dala od dudniących muzyką techno głośników.

– Po pierwsze – zaczął podnieconym głosem Rufus – w tej grze nie można zrobić save’a!

– Jak to nie? – zdziwił się Dominik. – Przecież robiłeś to codziennie przez cały tydzień...

– Tak, tak, oczywiście. Ale nie można się zasejwować na wypadek śmierci. Gdy moja postać zginęła wczoraj w Lesie Elfów, nie mogłem rozpocząć gry jeszcze raz od ostatniego zapisu. Cała historia została wymazana.

– Może to coś z twoim komputerem – nie ustępował Dominik. – Przecież ostatnio miałeś problemy z jakimś wirusem.

– Ale to było miesiąc temu! Poza tym ten wirus to był tylko czyjś kiepski żart. Zjadł mi wszystkie pliki zaczynające się na „z” i zniknął. Teraz mam świetny program antywirusowy: nic się nie prześlizgnie.

– No, nie wiem – odparł Dominik. – Ja nie próbowałem jeszcze drugiego podejścia do pojedynku z Van Thornem. Będę musiał to sprawdzić. Mnie w tej grze zdziwiło co innego. Czasami, kiedy miałem do wykonania jakieś trudne zadanie, albo kiedy spotykałem szczególnie interesującą postać, czułem się tak dziwnie, nie wiem, jak to opisać, ale...

– No, wyduś to wreszcie!

– Więc było to tak, jakbym był wewnątrz tej gry. Nie wiem, czy mnie rozumiesz. To coś, jak rzeczywistość wirtualna. Zapominałem, że siedzę na fotelu w swoim pokoju, wszystko wokół przestawało istnieć i była tylko ta gra. Dopiero, kiedy pokonywałem jakiś problem i nie byłem już taki... skupiony, wracałem do rzeczywistości.

– Biedaku – Rufus poklepał go po ramieniu. – Widzę, że się w końcu naprawdę uzależniłeś od gier komputerowych. Witaj w klubie.

– Nie zgrywaj się. To coś zupełnie innego...

– Może po prostu bardzo chciałeś być w tej grze, bardziej niż tutaj.

– Jak to? – zdziwił się Dominik.

– Pan Kowalski – sorry, że przypominam ci to znienawidzone imię – nazywa to eskapizmem. No, po prostu miałeś dość szarej codzienności tak bardzo, że w końcu przeniosłeś się tam. Czy twoi rodzice znowu...? No, wiesz, znowu coś „przerabiali”?

– W ciągu ostatniego tygodnia dwa razy. Wczoraj było naprawdę kiepsko.

– Do licha! Czemu tak jest? Moi starzy rozeszli się parę lat temu, ale bardzo rzadko widziałem, jak się kłócą. A twoi...

– Może mimo wszystko za bardzo się wciąż kochają. Nie lubią się, ale nadal kochają.

– Rany! – wykrzyknął Rufus. – Jeśli sprawy naprawdę tak się komplikują, gdy dorastasz, to ja nie chcę być dorosły. Nie ma głupich!

W tym momencie zadźwięczał dzwonek i przerwał im ponure refleksje na temat dorosłego życia.

Następną lekcją był język polski, więc chłopcy natychmiast popędzili do klasy. Wcale nie dlatego, że tak bardzo lubili ten przedmiot, ale dlatego, że ich nauczycielem był pan Kowalski. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu, przerzedzające się, starannie zaczesane do tyłu włosy i bladą twarz z dużym, haczykowatym nosem. Jednym słowem – wyglądał jak klasyczny wampir ze starych czarno-białych filmów. Uchodził też za najbardziej surowego belfra w szkole. Jeżeli uczniom zdarzało się drżeć przed lekcjami ze strachu to były to najczęściej lekcje polskiego. Najcichszy szept wyprowadzał go z równowagi. Niechlujnie prowadzone zeszyty darł na strzępy i wyrzucał do kosza. Nieprzygotowanych do lekcji uczniów obrzucał niewybrednymi epitetami. Kiedy z kimś rozmawiał,mówił tonem, który sugerował, że nic dobrego już z niego nie wyrośnie, a jego bezsensowne życie przysparza samych kłopotów rasie ludzkiej i powinno się jak najszybciej zakończyć. Tak, z pewnością pan Kowalski przerastał swoim brakiem człowieczeństwa wszystkie monstra zamieszkujące cybernetyczne światy najbardziej przerażających gier komputerowych. I oczywiście nigdy się nie uśmiechał.

W drzwiach klasy chłopcy omal nie zderzyli się z kilkoma innymi nieszczęśnikami z II B, którzy, tak jak oni, pędzili na złamanie karku, żeby zdążyć przed srogim nauczycielem.

Tuż po tym, jak wszyscy zajęli swoje miejsca, drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wkroczył pan Kowalski. Był ubrany w swoją nieśmiertelną, szarą marynarkę i czarną koszulę, w których jeszcze bardziej przypominał Hrabiego Draculę. Jego ruchliwe, błyszczące oczy rzucały po klasie niespokojne spojrzenia, jakby szukały wśród uczniów nowej ofiary.

– Czy wszyscy przeczytali lekturę? – zapytał, a jego głos rozszedł się po pogrążonej w ciszy klasie jak syk węża. – Przypominam, że dzisiaj zaczynamy omawiać Pralkę Bolesława Mruza i mam nadzieję, że wszyscy zadali sobie trud przeczytania tej niezwykłej książki.

Dominik i Rufus wymienili między sobą spojrzenie, które zdawało się mówić: „Niedobrze”.

Pan Kowalski słynął ze swego uwielbienia dla prozy realistycznej, a Bolesław Mruz był jego ulubionym realistycznym pisarzem, więc miał teraz jedną z nielicznych okazji, by zabłysnąć przed uczniami jako erudyta i zademonstrować wyższość prawdziwej literatury nad dziecięcymi bajkami.

Dominik wyobraził sobie, jak pan Kowalski męczy się, przerabiając z nimi na lekcjach Tolkiena i Lema. Uświadomił sobie, że Pralka musi być dla niego ogromnym pucharem lodów czekoladowych, na które czekał z niecierpliwością od początku roku szkolnego. Uśmiechnął się od ucha do ucha na to porównanie, a zaraz potem wyobraził sobie swego nauczyciela pałaszującego ten ogromny deser i jego uśmiech zmienił się w krótkie, lecz dość głośne parsknięcie.

– Śmieszy was coś? – huknął pan Kowalski i wyprostował się gwałtownie, szukając winowajcy. – Jeśli tak, przejdźmy od razu do rzeczy. Zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni.

Jego twarz przeciął diaboliczny grymas, który nie wróżył niczego dobrego. Chwilę później przenikliwe spojrzenie nauczyciela zatrzymało się na Dominiku. Na twarzy chłopca nie było już, co prawda, ani śladu uśmiechu, ale najwyraźniej nie było tam też dostatecznej ilości przerażenia. To wystarczyło, żeby skierować przeciw niemu cały gniew pana Kowalskiego.

– Wstań! – zakomenderował surowy tonem, a cała klasa wstrzymała oddech.

Gdy Dominik posłusznie podniósł się ze swego miejsca, pan Kowalski kontynuował:

– Ty, Terkowski, zawsze sprawiasz problemy. Nie pierwszy raz przyłapuję cię na tym, jak tchórzliwie, za plecami innych, siejesz defetyzm i zwątpienie w wielkość autentycznej literatury. Nigdy nie doceniałeś geniuszu prawdziwych pisarzy i robiłeś wszystko, co tylko możliwe, by zarazić tą swoją arogancją resztę klasy, czyż nie mam racji?

Dominik zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć, na tak niesprawiedliwe zarzuty. To prawda, że zdarzało mu się w przeszłości nie przeczytać jakiejś mało interesującej lektury, która, zdaniem pana Kowalskiego, zasługiwała na miano arcydzieła wszechczasów. Bywało też, że wdawał się ze swym nauczycielem w dyskusje, na temat tego, co w literaturze jest najważniejsze. Ale, chociaż ich przekonania zupełnie się różniły, Dominikowi zdawało się, że zawsze wyrażał swoje poglądy na tyle delikatnie, żeby nie nadużyć nauczycielskiej cierpliwości. Najwyraźniej grubo się pomylił i wiedział już, że cokolwiek teraz powie, zostanie to bezwzględnie wykorzystane przeciwko niemu.

– Ja zawsze doceniałem literaturę, proszę pana – odpowiedział w końcu. – Bardzo lubię czytać książki i wszyscy o tym wiedzą...

– Oczywiście, bardzo lubisz książki. Ale jakie to są książki? Odpadki, Terkowski, odpadki z uczty wielkich mistrzów prozy! Fantastyka, horror, bajka i science fiction! To, niestety, nie jest literatura.

Dominik otworzył już usta, żeby coś na to odpowiedzieć, ale pan Kowalski zbył go machnięciem ręki i kontynuował swoją tyradę:

– Ja wiem bardzo dobrze jak ty i tobie podobni kochają te śmieci. Kiedy przerabialiśmy Opowieści o pilocie Pirxie, rozmawialiście o tej książce tak zapamiętale, że nie słyszeliście dzwonka na przerwę. Wszyscy mieliście wypieki na twarzy, rozpamiętując jak pewien kosmonauta uganiał się po kraterach Księżyca za jakimś szalonym robotem. Właśnie tak wygląda wasze umiłowanie literatury. A później słyszę od kogoś na lekcji, że oksymoron to postać z najnowszej powieści Sapkowskiego. I, oczywiście, obowiązuje nas demokracja, więc wszyscy mają prawo do własnego zdania. Zgadza się, ale ja też mam prawo, żeby egzekwować od was istotne, według mnie, wiadomości. Dlatego, Terkowski, proszę powiedzieć mi, bo zapewne czytałeś ostatnią lekturę, co, twoim zdaniem, symbolizuje w powieści Bolesława Mruza tytułowa pralka?

Dominik akurat tym razem przeczytał książkę, choć kosztowało go to sporo wysiłku. Miał jednak w głowie taki mętlik, że nie umiałby nawet powiedzieć, jak sam się nazywa, a co dopiero interpretować symbolikę Pralki.

Widząc beznadziejną sytuację swego przyjaciela, Rufus postanowił przyjść mu z pomocą. Jedyne, co był w stanie teraz zrobić, to odciągnąć jakoś uwagę pana Kowalskiego od Dominika, tak, by ten miał czas ochłonąć i zebrać myśli.

– Czy mogę coś powiedzieć? – zapytał przywołując na twarz najpokorniejszy ze swych uśmiechów.

– Słucham?! – nauczyciel na chwilę przestał piorunować wzrokiem Dominika i posłał Rufusowi podejrzliwe spojrzenie – O co chodzi, Dzwonkowski? Tylko się streszczaj.

– Wydaje mi się, proszę pana, że, być może, jesteśmy jeszcze za młodzi na tak... poważne lektury i nasza... no... niechęć wynika po prostu z tego, że mamy za mało doświadczenia życiowego i nie rozumiemy zbyt dobrze świata dorosłych. Łatwiej nam czytać bajki i fantastykę, bo bohaterowie tych książek bardziej do nas przemawiają...

– Bla, bla, bla! – ofuknął go pan Kowalski – Oczywiście, Dzwonkowski, wiecznie ta sama śpiewka: „Jesteśmy za mali, nic z tego nie rozumiemy”. Dorośnijcie wreszcie! Świat to nie powieść fantasy. Siadaj! A ty – zwrócił się znów do Dominika – masz w końcu coś do powiedzenia, czy też może Pralka cię przerasta?

Dominik miał już dość tej upokarzającej sytuacji. Przerastała go i Pralka, i pan Kowalski ze swymi bezsensownymi pretensjami. Po wczorajszej kłótni między rodzicami, nie był w zbyt dobrej formie i czuł, jak powoli opuszczają go resztki sił. Było mu wszystko jedno, co się dalej stanie; wiedział, że, bez względu na to, co powie, i tak dostanie jedynkę. Więc po co było to ciągnąć? Już miał zamiar poddać się i powiedzieć, że nie ma zielonego pojęcia, o czym jest Pralka ani po co ją napisano, gdy nagle wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego.

Przez otwarte okno do klasy wpadła osa i głośno bzycząc zrobiła rundkę wokół głowy pana Kowalskiego. Ten machnął kilka razy ręką, próbując się od niej opędzić, lecz na próżno. Osa za każdym razem wracała, niczym bojowy myśliwiec, biorąc na cel twarz nauczyciela. Co gorsza, po chwili do osy dołączyła jej przyjaciółka i teraz pan Kowalski musiał opędzać się od natrętnych owadów dwa razy szybciej.

Przez klasę przebiegł pomruk, najpierw – zdziwienia zmieszanego z przerażeniem (o rany, teraz to dopiero się wkurzy!), a zaraz potem – rozbawienia, bo wszyscy zdali sobie sprawę, że ich nauczyciel ma teraz na głowie zmartwienie poważniejsze od mało oczytanej klasy. Dominik również nie wiedział, jak zareagować na tę niespodziewaną odmianę losu, ale po chwili i on się rozluźnił i z nieco mściwym uśmiechem na twarzy zaczął obserwować zmagania pedagoga z owadami.

A pan Kowalski był teraz w nie lada opałach. Do dwóch atakujących go os dołączały kolejne, wciąż wpadające do klasy przez otwarte okno i nauczyciel musiał się teraz bronić przed atakiem całego roju bzyczących napastników. Nerwowe ruchy jego rąk nie przynosiły żadnego skutku, więc zaczął uchylać się od nadlatujących owadów, co wyglądało na jakiś dziki rytualny taniec. Gdy i to nie pomogło, biedak rzucił się do ucieczki. Pognał najpierw wzdłuż ławek, jakby próbował znaleźć schronienie wśród uczniów, którzy, śmiejąc się głośno, obserwowali swego nauczyciela. Jednak osy nie zgubiły celu i nadal wytrwale krążyły mu nad głową. Kiedy nauczyciel spostrzegł, że owady uwzięły się właśnie na niego, z okropnym rykiem rzucił się w kierunku drzwi. Otworzył je gwałtownym szarpnięciem i na moment zastygł bez ruchu, obrzucając klasę nienawistnym spojrzeniem.

– Ja tu jeszcze wrócę! – wycedził przez zaciśnięte usta – Nazywam się Kowalski. Jan Kowalski. I nikt nie będzie się ze mnie śmiał...

Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale najwidoczniej jedna z os zakończyła swój atak trafieniem, bo nieszczęśnik tylko jęknął, chwytając się za ucho i zaraz potem wybiegł na korytarz. Klasa II B jeszcze przez kilkanaście sekund słyszała oddalający się tupot nóg i okrzyki bólu. Kiedy wszystko ucichło i najbardziej rozbawieni uczniowie przestali się śmiać, do wszystkich dotarła groźba zawarta w ostatnich słowach pana Kowalskiego: przecież on tu wróci i wcześniej czy później zemści się na nich za to, że widzieli go w tak upokarzającej sytuacji. Dominik, podobnie jak reszta klasy, miał kwaśną minę i niezbyt optymistycznie patrzył w przyszłość, ale teraz przynajmniej nie był w tym zupełnie sam. Jego drobna wpadka była niczym w porównaniu ze sceną, która się tu przed chwilą rozegrała. Spojrzał na swego przyjaciela, który z wyrazem osłupienia na twarzy wpatrywał się w otwarte drzwi klasy. Rufus wolno odwrócił głowę w jego stronę i powiedział:

– No, no, kto by pomyślał. Może i nigdy się nie uśmiecha, ale jak chce, to potrafi człowieka rozbawić do łez.

Nie tylko Dominik, ale i cała reszta klasy II B uznała to za świetny dowcip i wybuchnęła znowu gromkim śmiechem.

Po lekcjach chłopcy pobiegli sprawdzić, czy na komputerze Dominika będzie można wznowić grę.

Gdy tylko zasiedli przed monitorem, zapomnieli o całym zamieszaniu w szkole i o tym, że pan Kowalski prawdopodobnie szykował teraz jakąś straszną zemstę.

Dominik ponaglany przez Rufusa, włożył dysk i uruchomił komputer. Na ekranie pojawiły się dziesiątki barwnych ikonek, a wśród nich ta z napisem PoszukiwaczeŹródła. Komputer zaterkotał cicho i wyświetlił zestaw kilkunastu zapisów z poszczególnych etapów gry.

Załadował płytę, nerwowo przebiegł wzrokiem wszystkie opcje na panelu i wcisnął ENTER... Ekran komputera zamrugał; przez chwilę chłopcom wydawało się, że zobaczyli na nim znajome krajobrazy i postaci, ale zaraz potem wszystko przesłoniła jakaś mleczna poświata, po czym pojawił się komunikat: BŁĄD WCZYTYWANIA DANYCH.

– Błąd!? – Dominik aż zamrugał oczami z niedowierzania. – Jaki błąd?

Spróbował jeszcze raz, ale na ekranie pojawił się ten sam napis. Chciał ponowić próbę, ale zza pleców dobiegło go głośnie chrząknięcie Rufusa.

– Nie masz się co szarpać. U mnie było dokładnie tak samo, chociaż próbowałem chyba ze sto razy.

– A pozostałe checkpointy?

– A jak myślisz?

– To co robimy? – zapytał Dominik – Ja nie mam zamiaru się tak poddać. Za dużo mnie to kosztowało.

– Może spróbujemy złożyć reklamację?

– No, nie wiem. Przecież nie dostaliśmy na tę grę żadnej gwarancji. A pamiętasz sklepik, w którym ją kupiliśmy?

– Raczej antykwariat.

– Jak zwał tak zwał. W każdym razie był trochę podejrzany. – Dominik zamyślił się przez chwilę. – Jak myśmy go właściwie znaleźli?

– Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam. Chyba przez przypadek. Szliśmy sobie Lipową, odwiedzając księgarnie i sklepy muzyczne, potem skręciliśmy w tę wąską uliczkę... chyba w Waryńskiego, no i w końcu tam trafiliśmy. Powiedziałeś, że masz ochotę na jakąś fajną oldskulową grę... Jak się ten antykwariat nazywał?

– Tak jakoś baśniowo... i obcojęzycznie. Waterloo?

– Nie, to z zupełnie innej bajki.

– Wersal? Wurst? Waltornia?

– Nie, nie, nie. Chwileczkę – oczy Rufusa zabłysły nagle. – Mam! Varanasi!

– Tak, zgadza się. A ta śmieszna staruszka w środku, chyba właścicielka, powiedziała nam, że to nazwa takiego miasta w Indiach.

– I zapewniała, że znajdziemy u niej coś dla siebie. A potem pokazała nam półkę z „najlepszymi grami komputerowymi w całej galaktyce”. I bez przerwy uśmiechała się pod nosem albo chichotała.

– A kiedy wybraliśmy grę, oddała ją nam prawie za darmo; dwa dyski w cenie jednego – powiedział Dominik i uśmiechnął się kwaśno. – Teraz już wiem, dlaczego.

– Mimo wszystko, nie sądzę, żeby chciała nas naciągnąć – Rufus bronił staruszki.

– Chyba masz rację, ona po prostu się na takich rzeczach nie zna. Tak czy inaczej, powinniśmy z nią pogadać. Może będzie mogła wymienić grę na inną. Chociaż na pewno była to najlepsza gra w całej galaktyce – powiedział smutno Dominik. – Więc jak, idziemy?

Rufus tylko kiwnął głową na znak, że przystaje na tę propozycję i obaj, jak na komendę, ruszyli do wyjścia. Nagle wydało im się, że spotkanie ze staruszką jest najważniejszą sprawą w ich życiu i że dziwny sklep kryje w sobie jakąś niezwykłą tajemnicę, którą trzeba jak najszybciej rozwikłać.

W drzwiach chłopcy niemal zderzyli się z mamą.

– Dokąd tak pędzicie? – zapytała.

– To długa historia, mamo – odparł Dominik. – Opowiem ci, jak wrócę, ok?

– Ok, ok. Tylko żebyś zdążył na kolację! Będzie około siódmej. Rufus, ty też przyjdź. Dzisiaj będą naleśniki z konfiturami.

– Dziękuję bardzo, na pewno skorzystam. Do widzenia.

Chłopcy zamknęli za sobą drzwi i wybiegli na ulicę. Postanowili nie czekać na autobus, mimo że osiedle Słoneczny Stok, gdzie mieszkali, leżało dość daleko od centrum. Byli zbyt podekscytowani, żeby stać w miejscu i stwierdzili, że półgodzinny spacer dobrze im zrobi.

Przez całą drogę chłopcy gubili się w domysłach, co też powie im staruszka z antykwariatu. Zaczynali też powoli rozumieć, że gra, którą od niej kupili, jest wyjątkowa. Mieściła się na jednym dysku i zawierała o wiele więcej możliwości niż wszystkie gry, które do tej pory poznali. Opakowanie nie miało żadnych identyfikujących napisów, jak choćby miejsca produkcji. A poza tym ich klasowy kolega, Zbyszek Konsola, nazywany tak ze względu na swoje multimedialne pasje, nigdy o takiej grze nie słyszał. Coś tu było nie tak i chłopcy musieli w końcu dowiedzieć się, co.

Kiedy stanęli przed sklepikiem, dochodziła piąta. Zauważyli to, bo na wystawie, wśród książek i płyt stał olbrzymi srebrny zegar, zapewne bardzo drogi antyk, który miał za zadanie przyciągać uwagę przechodniów. Gdyby nie ten stary chronometr, łatwo można by przegapić mały sklepik wciśnięty pomiędzy dwie stare kamienice.

– Wchodzimy – powiedział Dominik i śmiało nacisnął klamkę. Lecz drzwi nie ustąpiły. – Co jest? Przecież jeszcze całkiem wcześnie.

– Daj, ja spróbuję – rzekł Rufus i z całych sił naparł na drzwi. Bez skutku.

Chłopcy zajrzeli do środka przez niezbyt czystą szybę, ale nikogo tam nie dostrzegli. Wnętrze sklepiku zajmowały drewniane półki z setkami książek, płyt, figurek, lampek oliwnych, obrazów i bibelotów. Było tam chyba wszystko, czego można by się było spodziewać w miejscu o nazwie Varanasi – antykwariat ze wszystkim.

– Zdaje się, że nasza staruszka gdzieś wyszła – powiedział Rufus. – Może zrobiła sobie przerwę na obiad.

– Zaczekajmy trochę, pewnie zaraz wróci – Dominik odwrócił się i usiadł na kamiennych schodkach przed wejściem.

Rufus dołączył do niego i przez jakiś czas chłopcy siedzieli w milczeniu, przyglądając się mijającym ich przechodniom. Ludzie pędzili dokądś, zajęci własnymi sprawami, otuleni ciepłymi płaszczami i wełnianymi szalikami, które miały ich chronić przed chłodem. Chłopcy również poczuli zimny podmuch jesiennego wiatru i czym prędzej zapięli swoje kurtki pod samą szyję.

– Pamiętasz te dzisiejsze osy w klasie? – zapytał nagle Dominik.

– No jasne! To było niesamowite! Nie wiem, jak Kowalski spojrzy nam teraz w oczy. Po tym swoim tańcu jest już chyba spalony na dobre. Może gdyby wcześniej nie był taki nadęty i srogi, nie byłoby to takie śmieszne...

– Tak, tak, – przerwał mu Dominik. – Ale mnie zastanawia coś innego.

– No, co takiego?

– A to, że w październiku nie ma już żadnych os. Popatrz tylko – Dominik wskazał głową na pogrążającą się w mroku ulicę – żadna normalna osa by tego nie przetrwała. Wszystkie już pochowały się przed zimą w jakichś zakamarkach.

– Może to były jakieś mutanty – zażartował Rufus. – Przecież wiesz, że teraz wszystko w przyrodzie staje na głowie. Mamy dziurę ozonową i efekt cieplarniany i El Nino, to dlaczego nie osy w październiku?

– Nie wiem, po prostu mnie to trochę zastanawia. Dlaczego zjawił się cały rój i to akurat w momencie, gdy potrzebowałem pomocy?

– Chcesz powiedzieć, że te osy przyleciały, żeby cię bronić? – Rufus zrobił nieco zdziwioną minę.

– Może nie bronić, ale... czy ja wiem... odwrócić uwagę. Ja po prostu bardzo chciałem, żeby coś się wydarzyło i żeby Kowalski w końcu zostawił mnie w spokoju. I wtedy nagle pojawiły się osy.

– Hm – zamyślił się Rufus – czy ty trochę nie przesadzasz? Może powinieneś chwilowo odpuścić sobie gry komputerowe i powieści fantasy. Nie chciałbym, żeby mój najlepszy kumpel stracił nagle kontakt z rzeczywistością. Ale nie martw się, będę z tobą do końca, nawet gdy przyjadą założyć ci kaftan bezpieczeństwa.

Dominik zaśmiał się w odpowiedzi na ten żart i już miał przyznać, że chyba rzeczywiście poniosła go fantazja, gdy nagle zza pleców dobiegł ich głośny hałas, jakby odgłos upadku. Obaj zerwali się na równe nogi i spojrzeli na sklepik. Na pozór wszystko było w porządku, ale chwilę później usłyszeli kolejne głośne stuknięcie. Hałasy bez wątpienia dochodziły z wnętrza antykwariatu. Chłopcy zbliżyli się i zajrzeli do środka przez szybę. Wewnątrz nadal nie było nikogo, ale jedna z szafek z książkami leżała teraz przewrócona na podłodze.

– Rany! – zawołał Rufus – co się tam u licha dzieje?

– Może nasza staruszka trzyma tam jakieś zwierzę – powiedział Dominik. – Pewnie to jakiś kot, który stęsknił się za swoją panią.

– Myślisz, że kot mógłby wywrócić taką dużą szafkę?

– Gdyby gonił jakąś mysz...

– Nigdy w życiu – odparł Rufus. – Może tygrys, ale na pewno nie kot.

– W takim razie co?

– Nie mam pojęcia. Może starsza pani wcale nie poszła na obiad, tylko została przez kogoś napadnięta, a później próbowała uciec i w czasie szamotaniny potrąciła szafkę.

 – I to ja mam bujną wyobraźnię, tak? – ironizował Dominik. – Powiedz jeszcze, że staruszkę porwało UFO.

Rufus bezradnie rozłożył ręce na znak, że nie potrafi znaleźć żadnego sensownego wyjaśnienia.

Dominik ponownie spróbował otworzyć drzwi, napierając na klamkę z całej siły. Bez skutku. Potem zajrzał jeszcze raz przez szybę i zastukał w nią kilka razy. Nikt nie odpowiadał. Miał już zaproponować Rufusowi, żeby pójść do domu i wrócić tu następnego dnia, ale w tej samej chwili wydarzyło się coś niebywałego.

Za szybą przemknęły dwie niskie postaci i zniknęły wśród półek. Chwilę później z głośnym tupotem przebiegły w przeciwnym kierunku. Najpierw chłopcy pomyśleli, że to jakieś dzieci, może wnuki właścicielki, bawią się w berka. Przez chwilę wydawało im się, że tajemnica hałasów i przewróconej półki została wyjaśniona, ale mylili się. I to bardzo.

Kiedy dziwne postaci pojawiły się w ich polu widzenia po raz trzeci, jedna z nich podbiegła nagle do okna, zainteresowana obserwującymi ją chłopcami, i przytknęła twarz do szyby. Nie była to twarz dziecka. Z całą pewnością nie! Była zbyt duża, nieproporcjonalnie wielka w stosunku do małego korpusu. Poza tym, miała rysy dorosłego. Nie dorosłego mężczyzny lecz... gnoma! Była zielonkawa, pomarszczona, pełna kurzajek i brodawek, jak zjawa z koszmarnego snu. Upiorne wrażenie potęgował fakt, że tajemnicza postać rozpłaszczyła swoją twarz na szybie niczym glonojad na ściance akwarium. Olbrzymie, czarne oczy spojrzały na chłopców z mieszaniną zaskoczenia i rozbawienia, po czym postać znikła, jak duch.

Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund i chłopcy nie mieli nawet czasu, żeby się porządnie wystraszyć. Stali tylko jak wmurowani i z wyrazem osłupienia na twarzach wpatrywali się w okno sklepiku. Kiedy w końcu oprzytomnieli, poczuli jak serca zaczynają im bić coraz szybciej i szybciej. Obaj zrobili głęboki wdech, przypominając sobie w końcu, że powinni zacząć oddychać. Próbowali się uspokoić. Ale czy można się uspokoić po tym, jak na własne oczy zobaczyło się takie dziwadło?

– Co to było? – zapytał Rufus, ale jego twarz zdradzała, że nie czeka na żadną rzeczową odpowiedź.

– Wow! – Dominik nie znalazł innych słów, by opisać, to co przed chwilą widzieli.

– To było, jak z jakiegoś filmu Spielberga!

– Jak z książek Tolkiena!

– Krasnal!

– Niziołek!

– Gnom!

– Kobolt!

Przykłady można było mnożyć w nieskończoność, ale jedno było pewne: zobaczyli coś, co nie powinno istnieć. Na pewno nie w ich świecie.

Chłopcy zdali sobie sprawę, że łatwo jest zachwycać się książkami fantasy, lecz o wiele trudniej zaakceptować fantastyczną rzeczywistość. To, co przed chwilą zobaczyli mogło być zabawne jako fikcja literacka, ale zupełnie nie pasowało do realnego świata.

– A może to jednak było UFO? – Rufusowi wydało się, że takie wyjaśnienie będzie najrozsądniejsze, jeśli w ogóle można tu było mówić o rozsądku. – W końcu ten stwór był zielony...

– Nie wiem – odparł Dominik zrezygnowanym tonem. – UFO czy nie – na pewno nie było to przywidzenie. Trzeba tam wejść i wyjaśnić tę sprawę. Może poprosimy kogoś o pomoc?

– Kogo?

– Czy ja wiem. Może policję?

– Tak, już to widzę: Panie sierżancie, my właśnie widzieliśmy takiego zielonego ludzika i być może to jest inwazja obcych, więc czy nie ściągnąłby pan posiłków, żeby zrobić nalot na ten sklepik i aresztować podejrzanych?!

Żart Rufusa rozładował nagle napiętą atmosferę. Najpierw zachichotał Dominik, cicho i trochę histerycznie, a chwilę później dołączył do niego Rufus ze swoim gardłowym rechotem, jakby dopiero teraz w pełni zrozumiał swój własny dowcip. Parsknięcia wkrótce zmieniły się w niepohamowany atak śmiechu – przez następne kilka minut chłopcy zwijali się w powracających napadach nieco histerycznej wesołości, to trzymając się za brzuchy, to znowu ocierając łzy.

Kiedy w końcu ochłonęli, usiedli znowu na schodkach przed sklepikiem. Zupełnie nie wiedzieli, co mają dalej robić, ale też w ogóle się tym nie martwili. W końcu – pomyśleli – na świecie są problemy o wiele poważniejsze od jakiegoś gnoma uwięzionego w małym, białostockim antykwariacie.

I właśnie wtedy, z cichym skrzypnięciem, za ich plecami uchyliły się drzwi.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok