Wrona z Madenfal - Przemysław Osowski - ebook

Wrona z Madenfal ebook

Przemysław Osowski

4,5

Opis

Nikt nie opuścił Gjaladenu od pokoleń. Mgławice pochłaniają wszystko. Kształtują. Zaburzają pory roku, sieją szaleństwo wśród zwierząt, rodzą potwory z ludzkich lęków.
Hjalkan dorastał w tym świecie, uwięzionym, wypaczonym, obojętnym na modlitwy.
Poznaj jego spojrzenie, pełne nieugiętej ciekawości, nieufności i gniewu wobec wszystkiego, co ukrywa się w purpurowej mgle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (8 ocen)
6
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Poczytajzemna

Nie oderwiesz się od lektury

Nie sięgam po fantastykę często. Ale czasem wystarczy jedno zdanie, jeden symbol, tajemnica, która nie daje spokoju. Tym razem to był… autor bez nazwiska. Na okładce nie znajdziecie imienia i nazwiska twórcy. Zamiast tego: Więzień Gjalademu. Tajemniczy pseudonim, który już sam w sobie brzmi jak początek opowieści. I może właśnie dlatego sięgnęłam po Wronę z Madenfal. Bo lubię zagadki. Lubię szukać. Lubię, kiedy książka zaczyna się jeszcze zanim otworzysz ją na pierwszej stronie. W rozmowie z autorem dowiedziałam się, że na grzbiecie tej książki są litery, które coś znaczą. I co zrobiłam? Oczywiście zaczęłam szukać wskazówek. Czułam się jak dziecko, które czyta książkę fantasy i bawi się w detektywa. Czy coś odkryłam? Może. Ale i tak Wam nie powiem, bo tę radość chcę zostawić Wam. Bo właśnie taka jest ta książka. Pełna niedopowiedzeń. Tajemnic. Symboli. To historia Hjalkana – wojownika z elitarnej grupy Burzowych Szponów, który żyje w świecie spowitym purpurową mgłą. Mgławice otaczaj...
11
monika910302

Nie oderwiesz się od lektury

„Wrona z Madenfal” Przemka Osowskiego to mroczna, brutalna i wymagająca powieść fantasy, w której klimat, niedopowiedzenia i surowe postaci zmuszają do refleksji nad naturą człowieka i światem bez iluzji. Zarówno w wersji książkowej, jak i audiobookowej, historia pozostawia trwały ślad w głowie i emocjach, będąc odkryciem dla wszystkich szukających w fantasy czegoś więcej niż lekkiej przygody.
00



Wrona z Madenfal © Przemysław Osowski, 2026

instagram.com/wronazmadenfal

Autor: Więzień Gjaladenu

Opracowanie redakcyjne i korekta: Natasza Olesiejuk, Monika Skowron,

Marta Pabisiak

Opracowanie graficzne: Maciej Pieda, Emilia Kolosa

Skład i łamanie tekstu: Agnieszka Makowska

ISBN: 978-83-976423-3-1

MIASTO DRUKU 2026

Druk i oprawa:

Prawa autorskie zastrzeżone. Reprodukcja, kopiowanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w publicznych wystąpieniach wymaga zezwolenia właściciela prawautorskich.

Saga Mgławic Gjaladenu

Tom I

Dla Michałka i Damianka – gwiazd, zgasłych zbyt wcześnie,a jednak wciąż obecnych w moich myślach.

Barrowden, 736 344 000 uderzeń serca temu

Osada na skalistym przylądku, najdalej wysuniętym punkcie północno-zachodniego wybrzeża kontynentu, nosiła nazwę Barrowden – choć nieliczni, którzy tam docierali, mówili o niej po prostu: koniec drogi. Tam urywały się trakty, a dalej czekały już tylko mgły, głazy i bezimiennewody.

Miasteczko cuchnęło rozpadem i nędzą. Domy zbijano z czegokolwiek, co wpadło w ręce: desek wyciągniętych z rozbitych statków czy też łupków zerwanych z klifów. Resztę pozostawiano losowi i lichym modlitwom, by wichura nie zdmuchnęła dachów.

Po rynsztokach snuły się szczury większe od kotów, z naroślami na grzbietach sączącymi gęstą maź. Młodzi mieszkańcy Barrowden ochrzcili je mianem grimlorów. Od najmłodszych lat wpajano dzieciom, by nie schylały się po nic, co błyszczy w ściekach. Nikt nie wiedział, jakim cudem ludzie wciąż potrafią tu żyć. Może lepiej znać potwory czające się tuż za drzwiami, niźli ufać tym ukrytym pośród świateł odległychpałaców?

Mimo wszystko miejsce to pozostawało bezpieczniejsze od wielu pozłacanych sal w stolicy. Bo choć cuchnęło rybami, odchodami zwierząt i zwietrzałym piwem, to baron Eyvig, pan tych ziem, trzymał osadę żelazną ręką. Litość nie należała do jego cnót, toteż noże rzadko opuszczały pochwy, a myśli o kradzieży gasły, nim zdążyły przerodzić się w czyn. Mówiono, że u Eyviga najpierw traci się język, potem palce, a dopiero na końcu zyskuje prawo doobrony.

Hjalkan siedział na belce rozciągniętej nad stajnią przylegającą do ściany karczmy. Okrywał się znoszonym, przybrudzonym płaszczem. Pod nim miał jedynie koszulinę oraz grube spodnie przewiązane w pasie zwykłym sznurem. Liczył sobie ledwie szesnaście zim. Był chudy, niemal kościsty, o czujnych oczach i wyostrzonymsłuchu.

Pod gontowym dachem każda szczelina służyła mu za ucho. Od lat wyłapywał stąd rozmowy – nie tylko tajne narady, lecz także bełkot pijanych żeglarzy, jęki grzesznych spotkań i płacz oszukanych. Między tymi ścianami padło więcej zwierzeń niż w niejednej zamkowej komnacie. A Hjalkan nauczył się słuchać tak, jak inni uczą się modlitwy: z pokorą icierpliwością.

Rozwijał się zadziwiająco szybko – zdawało się, że czas sprzyja mu w sposób niedostępny innym. Od zawsze żył w przekonaniu, że świat wokół stanowi jedynie fragment większej całości, a jego granice skrywają się gdzieś za horyzontem. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak bardzo różnił się od innych. Być może gęste, amarantowe pasma otaczające Gjaladen od pięciuset dwudziestu jeden lat pozostawiły w nim swójślad.

Mgławice mutowały wszystko, czego dotknęły. Nikt nie zdołał przez nie przedostać się na drugą stronę – poza jedną istotą. Wroną, której trop prowadził do Madenfal, MiastaKłamstw.

Hjalkan posiadał jeszcze jedną osobliwą cechę: potrafił porozumiewać się z niektórymi zwierzętami, zwłaszcza ptakami. Najczęściej towarzyszyły mu sowy, pojawiające się nagle, jakoby przyciągane niewidzialną nicią. Niektórzy widzieli w tym niezwykły dar, wszelako większość uważała go jeno zaprzekleństwo.

W gospodzie „Pod Bawolim Łbem” panował gwar, choć tylko na parterze. Na piętrze, w bocznej izbie wychodzącej na salę główną, baron Eyvig rozmawiał półgłosem z dwoma strażnikami. Hjalkan znał ich z widzenia – Sambora i Żegotę, ludzi z gór, którym nawet lód znad przełęczy nie był straszny. Pierwszy zwykł unosić brew, gdy powątpiewał w cudze słowa, jego towarzysz zaś marszczył czoło, gdy tylko coś wzbudzało niepokój. Obaj jednak mieli dość doświadczenia, by rozpoznaćzagrożenie.

– Mówię ci, Eyvig, to nie wilki – mruknął Sambor. – Coś rozrywa ich jak worki ze zbożem. Nie zostawia nic... tylko kości i krzyk w oczach tych, co widzieli. A nawet gdy widzieli, nie potrafią znaleźć słów, by toopisać.

– Ile ciał tym razem? – zapytał baron twardym, dociekliwym tonem. W dłoni trzymał cynowy kubek, nie upijając anikropli.

– Trzy w tym tygodniu. Czwartego coś... porwało na oczach syna. Chłopak mówił, że miało skrzydła jak płachtowce, jeno srebrzyste i... szpony – dodał Żegota. – Potworzysko musiało byćogromne.

Hjalkan przygryzł wargę. Coś skrzydlatego? – zaczął snuć domysły. Może legendy opowiadane przy ogniskach nie są tylko bajaniami. Zaś płachtowce... Mówiono, że upodobały sobie mrok górskich szczelin. Błony rozciągały się między ich wydłużonymi kończynami, przypominając rozdarte chorągwie. W locie wydawały chropawy odgłos, podobny do ocierających się o siebiepowrozów.

Chłopak słyszał też, że bestia miała barwę popiołu, przez co niemal niknęła w półmroku. Z grzbietu sterczały paskudne wyrostki. Czyste szkaradztwo. Łeb wydłużony, pozbawiony oczu. Nie widziała, wszelako wyczuwała ruch oraz zapach żywej istoty. Gdy rozdziawiała pyszczydło, ukazywał się rząd cienkich zębów, ostrych niby wielgaśne igły.

– I nikt jeszcze nie śmiał ukatrupić skurwysyna? – rzucił Eyvig, nie kryjącdrwiny.

– To nie coś, z czym można mierzyć się ot tak. Nie bez przygotowania. Nie bez... – Sambor zawahał się na jeden oddech. – Nie bez wyszkolonych tropicieli i Burzowych Szponów.

A takich policzyć można było na palcach jednej ręki. Tworzyli najznakomitszą gwardię Gjaladenu – kontynentu będącego zarazem domem i więzieniem. Każdy z członków przechodził straszliwą próbę, nim w ogóle pozwolono mu nosić znak bractwa. Jedni odnajdywali się w pościgu za celem, inni w planowaniu bitew, wszyscy jednakowoż nosili w sobie niemałą dozębezwzględności.

Odkąd ród Niebołamaczy objął władzę, powołano Burzowych Szponów jako filar władzy i obrony. W razie potrzeby dowodzili wojskami, ścigali wrogów korony, a niekiedy stawali także naprzeciw istotom, o których oficjalnie twierdzono, że w ogóle nie istnieją. Niebiescy od dawna rozsiewali bowiem wieści, jakoby wszelkie potwory należały wyłącznie do bajań – wszystko po to, by nie wzniecać wśród gawiedzi strachu anichaosu.

Hjalkan poczuł ciarki przebiegające po karku. Od wielu księżyców Mgławice gęstniały na horyzoncie, snując się nad pasmem górskim niczym żywe, splątane nici. Wszystko, co znalazło się pod ich wpływem, mogło ulec wypaczeniu. Choć czasem sięgały aż do Barrowden, prawdziwa potęga amarantowych pasm rozciągała się daleko poza morzami. Na całym kontynencie istniało zaledwie kilka miejsc równie mocno wystawionych na ich działanie. Purpurowy pył osiadał wszędzie – na liściach, ubraniach, a niekiedy nawet na tafli wody, nadając jej złowrogi blask, nigdy niegasnący do końca. Barrowden wraz z okolicami należało do najbardziejnarażonych.

Baron Eyvig zszedł na dół niedługo potem. Gdy ciężki but uderzył o drewnianą podłogę karczmy, rozmowy natychmiast umilkły. Spojrzał chłodno na zgromadzonych i przemówił twardym, rozkazującymtonem:

– Skrzyknijcie wszystkich. Myśliwych, kowali, nawet dziadów, którym trzęsą się ręce. Jeśli potrafią unieść widły albo kij – pójdą. Dzieci zostają. Pójdziemy za śladem. I nie udawajcie, że nie wiecie, o cochodzi.

– Panie... – odezwał się ktoś z kąta, stary rybak o imieniu Olen. – To... to nie robota dla nas. Co, jeśli to coś nie krwawi jak człowiek? Piszcie do stolicy. Niech przyślą kogoś, kto się na tym zna... kogoś, kto daradę.

Eyvig nie odpowiedział. Podszedł do niego, chwycił za brodę i uderzył pięścią prosto w zęby. Olen zgiął się wpół, charcząc krwią iśliną.

– Zawsze tak było – syknął baron. – Nikogo nie obchodzą bestie czające się na uboczach, tym bardziej na krańcach świata takich jak ten. Te kurwisyny z miast mają za nic nasze prośby. Żyją daleko od... – urwał. Nie chciał albo nie potrafił dokończyć myśli. – Dla nich takie rzeczy nie istnieją. Czas wziąć się za to paskudztwo. Żegota wyolbrzymia. To zapewne tylko płachtowiec.

Przy stodole na skraju Barrowden rozpoczęły się przygotowania. Chłopi znosili wszystko, co tylko mogło posłużyć za broń: cepy do młócenia zboża, młoty ciesielskie, siekiery z nadłamanymi trzonkami, kusze o naderwanych cięciwach, a nawet grabie z wbitymi gwoździami, przerobione na podobieństwo prostychpik.

Żegota rozdał smołowane szmaty i kazał owijać nimi groty. Miały zapłonąć przy trafieniu, gdyby zaszła potrzeba puszczenia bestii z dymem. Nikt nie pytał, czy monstrum w ogóle da się podpalić. Niemniej każdy sposób wydawał się wartspróbowania.

W kącie kilku osadników przygotowywało pochodnie. Ktoś kuł prowizoryczne kolce na stole warsztatowym. Jakiś garbarz wręczył trzem najodważniejszym chłopinom fiolki z mieszaniną zwaną krowim gniewem – solą, tłuszczem i proszkiem z gorczycy, wlewanymi zwierzętom do ran. Wierzono, że nawet jeśli nie zabije potwora, z pewnością goosłabi.

Sambor, trzymając hełm z nadłamanym grzebieniem, przechadzał się wzdłuż szeregu, zatrzymując wzrok na każdym zosobna.

Przejebane – stwierdził w myślach, nie dostrzegając ducha walki wśród zwykłych rolników. Żaden z nas niewróci.

Eyvig siedział samotnie na przewróconym pniu za stodołą. W półmroku futrzany płaszcz stapiał się z otoczeniem. Kołnierz okrycia ciasno przylegał do szyi, a frędzle zwisały u dołu, oblepione zaschniętym błotem. Żuł kawałek suszonego korzenia, najwyraźniej nie bacząc na smak.

Hjalkan dostrzegał jednak więcej niż przeciętny człowiek. W ciemności widział barona równie wyraźnie jak za dnia. Wiedział też, że Eyvig nie odstępuje od raz powziętego postanowienia. Gdy coś sobie umyślił, trudno było zawrócić go z obranejdrogi.

Młodzieniaszek zwykle skradał się jak wilk, lecz teraz, znalazłszy się kilka kroków od przywódcy, zatrzymał się i odchrząknął, dając znać o swojej obecności.

– Czego? – burknął Eyvig, nawet nie podnoszącwzroku.

– Ja… podsłuchiwałem. No, na dachu stajni – przyznał chłopak, niemal bez wstydu. – O płachtowcu. O tych, cozginęli.

Baron w końcu spojrzał na niego spod krzaczastych brwi. W oczach zalegało wyczerpanie, wszelako Hjalkan nie potrafił rozstrzygnąć, czy wynikało z nieprzespanych nocy, czy z ciężaru spraw spoczywających nabarkach.

– Jak zwykle. Już dawno przestałem się tym przejmować. Co więcej, zacząłem nawet mniemać, że znasz każde słowo wypowiedziane w tychstronach.

– Chcę iść z wami. Przecież wiesz, że nikt nie słyszy tak dobrze jak ja. Pomogę wam wytropićbestię.

Eyvig wstał i podszedł do chłopaka, rozpoczynając gorzkiwywód:

– Ludzie boją się opuszczać osadę. Trakty, którymi niegdyś ciągnęły karawany, dziś pokrywają kości. Handel zamiera, bo nikt nie śmie ryzykować podróży przez te przeklęte ziemie. Miasteczko niedomaga. Brakuje rzeczy potrzebnych do przetrwania. Mąki coraz mniej. Dostawy zboża dawno ustały. Nie pociągniemy już długo. Mieszkańcy boją się zapuszczać w las na polowania. Jeśli nie oczyścimy traktów, Barrowden uschnie na kość. Ludzie przestaną płacić podatki. Głód zrodzi o wiele gorsze potwory niż to, czego dziś szukamy. Dlatego musimy ubić toskurwysyństwo.

– Chcę pomóc – upierał siępodrostek.

– Nie boisz sięśmierci?

– Boję. Ale zostać tutaj znaczy żyć w większym strachu. Przynajmniej tam będę wiedział, przed czymuciekam.

Na wargach barona osiadł wyraz szczeregoukontentowania.

– Te twoje skrzydlaki i słuch mogą się przydać, ale… – Splunął na ziemię. – Doprowadzisz nas jeno do potworzyska. Resztę zostaw nam. Zrozumiałeś?

Chłopak przytaknął, zaciskającusta.

O zmroku nie było już odwrotu. Miejscowi wierzyli, że skoro poluje się na nocne bestyje, trzeba stać się częścią ich świata, podzielić mrok, w którymżyją.

Blask pochodni, niesionych przez chłopów, odsłaniał jedynie niewielki krąg. Ziemia pięła się łagodnie, usiana omszałymi głazami, kamieniami tudzież drobnym rumoszem chrzęszczącym pod butami. Wokół ciągnęło się splątane pasmo wzgórz i stromych jarów, pośród których ścieżki urywały się nagle. Każde zagłębienie mogło skrywać śmierć.

Mgła snuła się nisko, oplatając nogi i wpełzając pod rękawy. Nikt nie rozmawiał. Nie z zakazu ani obawy przed gniewem innych. Coś w tej ciszy nakazywało milczeć, jak gdyby każde wypowiedziane słowo mogło nakarmić istotę czającą się gdzieś w mroku.

A przecież nikt nie miał wątpliwości, po cóż wszyscy się tu zeszli. Nie łudzili się, że stanowią prawdziwą siłę. W obliczu bestii byli jeno wozem mięsa, przynętą rzuconą na pożarcie, by wreszcie wywabić ją zkryjówki.

Wokół nich sama ziemia zdawała się chorować. Błoto pulsowało pod stopami, wyrzucając ku górze parzące macki. Liście sunęły pośród traw niczym spłoszone stworzenia, zaś drzewa skręcały się w osobliwe kształty. Najstraszliwszy widok przedstawiały sosny. Mgławice ogołociły je z gałęzi, pozostawiając na wzgórzach nagie pnie, po których rozlewała sięczerwień.

Miejscowi nie bardzo znali się na takich sprawach, wszelako Hjalkan wiedziałswoje.

Eyvig parł naprzód. Miał przy sobie tylko topór, jednak sposób, w jaki go trzymał, nie pozostawiał wątpliwości – nikt nie chciałby się z nim minąć w ciemnymzaułku.

Wnet natknęli się na porzucony wóz. Koła zdążyły wrosnąć w grunt, mimo to deski nosiły ślady niedawnej ingerencji. Na błotnistym dnie leżał zwinięty koc i zniszczonauprząż.

Sambor zamarł w pół kroku. Coś najwyraźniej ułożyło mu się w głowie.

– Na bogi... – wydusił z trwogą. – A jednak topłachtowiec...

Uniósł wzrok ku niebu. Mgła rozmywała czubki drzew. Chłopi idący z tyłu przystanęli, zaniepokojeni tonem jegogłosu.

– A któż to na własne ślepia takie plugastwo widział? – rzucił Olen. – Bajdy to jeno, strachy, którymi dzieci po nocachstraszą.

– Już raz to widziałem – odburknął Sambor, nie spuszczając wzroku z poruszonej kępy paproci. – Wszystko wyglądało tak samo. Po prostu nie było nikogo. Apotem...

Wtedy Hjalkan przekrzywił głowę.

– Cśś... – syknął, unosząc dłoń. – Cośsłyszę.

– Co? Szelest? Pewnie jaka kuna – parsknął jeden z chłopów, siląc się na pewność. – Chłopak słyszy, co chce usłyszeć.

– Nie... Coś nadlatuje.

Sowa sfrunęła z gałęzi i wylądowała na ramieniu Hjalkana, lecz to nie trzepot skrzydeł przyciągnął jego uwagę. Ptak pokryty był granatowym, szorstkim i gęstym upierzeniem. Pazury lekko zacisnęły się na materiale płaszcza, zaś oczy, niczym dwie lśniące studnie, wpatrywały się nieruchomo w ciemność przed nimi.

Ludziezamarli.

– Na świętą Zorię... co to ma być? – zagadnął któryś.

– To znak – wymamrotał Olen, ściskając w palcach amulet z brzozowego drewna. – Żadne zwierzę tak nie siada bez przyczyny. Możejednak...

– On jest nieludź! – padłocicho.

– Nieludź! – podchwycił kolejny chłopina, wytykając Hjalkanapalcem.

– Długośmy mówili, że coś z nim nie tak... A teraz zobaczcie.

Sowa przekręciła głowę. Ślepia przesuwały się po zgromadzonych, zatrzymując się na każdym z osobna, jak gdyby chciała ichostrzec.

– Zamknąć ryje – warknął baron. – Wszyscy.

Mieszkańcy zastygnęli. Złość wciąż czaiła się w ich gardłach, wszelako nikt nie ośmielił się jużodezwać.

– A jeśli chłopak ma rację? – Eyvig zwrócił się ku staremu rybakowi. – Co wtedy, hmm? Wolisz czekać, aż bestia znów porwie kogoś z pola albo wyciągnie z ganku, nim zdąży zawołaćsąsiada?

Olen cofnął się o długość jednejwłóczni.

– Ja... ja jeno... chciałem rzec, że... – wyjąkał.

– Zamilcz. Całe życie szczekasz, Olen. Narzekasz na pogodę, ceny ryb, podatki. Ale jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby twoje ujadanie odpędziło śmierć. Może czas przekuć słowa w czyny. Skoro takiś mądry, skoro najwięcej wiesz i pierwszyś do gadania, zaszczyt przedniej straży przypadnie właśnietobie.

– Nie... panie, ja nie mogę... – Głos rybaka załamał się. – Kolana mam słabe, serce też... ja się nie nadaję.

Eyvig pozostałniewzruszony.

– Widły mu dać – rzucił chłodno. – A kto się sprzeciwi, sam pójdzieprzodem.

Chłopi zawahali się, lecz nikt nie stanął w obronie Olena. Jeden podał mu widły, drugi pchnął barkiem.

Rybak pojął, że nie ma odwrotu. Ruszył w stronę ciemności, starając się nie stracić z oczu ścieżki znikającej pod zaroślami. Gałęzie smagały go po twarzy, zostawiając czerwone pręgi. Z każdym kolejnym pacierzem cisza rzedła.

Wtedy usłyszał szepty. Zrazu nikłe i niepewne, rychło nabrały mocy, aż w końcu przeistoczyły się w słowa – powtarzane raz za razem, natarczywie i coraz bliżej.

– Olen... Nie wracaj donich.

Zatrzymał się. Chłód przeszył go na wskroś. Rozejrzał się nerwowo, lecz nikogo nie dostrzegł. Wszyscy zniknęli. Nie słyszał kroków, rozmów ani choćby pojedynczego mruknięcia. Las najwidoczniej pochłonął jegotowarzyszy.

A głos nie ustępował. Snując się wokół niego, przybierał coraz to inne brzmienie. Raz przypominał słodycz miodu, innym razem szelest traw tudzież westchnieniegałęzi.

– Ciągle się naradzają... Patrzą na ciebie, kiedy myślą, że nie widzisz. Chcą cię poświęcić. Uczynią z ciebie kozła. Jesteś sam. Zawsze byłeśsam.

Olen przyspieszył. Nie chciał oglądać się za siebie. Coś czaiło się tuż za jego plecami, choć pozostawało niewidoczne. Próbował oddalić się od głosu, lecz ten płynął zewsząd – z przodu, z tyłu, spomiędzy drzew, a w końcu także z wnętrza własnejczaszki.

– Zostaw ich – zawodził bardziej pomruk niż mowa. – Niech idą w ciemność bez ciebie. Przeżyjesz. Dasz sobie radę. Zawsze wychodziłeś cało z najgorszego. Przetrwałeś głód. Przetrwałeś ogień, który strawił twoją wioskę i zabrał matkę. Słyszałeś ich wrzaski, ale nic nie mogłeś zrobić. Widziałeś, jak ojcu wbili hak w gardło i powiesili go za szczękę. A jednak wciąż tu jesteś. Wytrzymasz ito.

Słowa mieszały się z odgłosami lasu, aż trudno było rozróżnić echo od własnych myśli. Łodygi drgały bez wiatru. Mech pod stopami zdawał się coraz głębszy i bardziej miękki, jakby gotów był pochłonąć go aż po kolana.

– Wróć... – powiedziało coś z tyłu. Albo z przodu. Albo w jegogłowie.

Z trudem przełknął ślinę. W gardle miał piach, nie – wodę… nie, coś gęstszego. Ruszył dalej. Wtem między drzewami, po lewej stronie, błysnęło coś jasnego. Może refleks księżyca na mokrej korze. Może kropla rosy. A może nie. Serce uderzyło mu o żebra. Przystanął i wpatrzył się w ciemność.

– To nie księżyc, Olen – zaszemrał głos, tym razem niemal przy jego uchu. – To oko. Wronie oko, które patrzy. Ale nie na ciebie. Jeszcze nie.

Zadrżał i ruszył szybciej. Krzewy rwały mu ubranie, gałęzie chwytały za włosy. Coś chrzęściło pod butami. Spojrzał w dół. Błoto. Kości. Dziesiątki powyginanych kości. Wyglądały, jakby coś wyssało z nich szpik, pozostawiając jedynie cienkieskorupy.

Wtedy zobaczył to przed sobą. Między drzewami zawisła ciemna forma. Rozpostarta. Zasłona albo skrzydło – trudno było rozstrzygnąć. Strzępiaste krawędzie poruszały się bez wiatru. Przez dwa uderzenia serca Olen łudził się, że patrzy jedynie na kawał płótna zaczepiony o gałęzie.

– Wiesz, co to jest, prawda? – syknął głos. – Czułeś to już wcześniej. Ciepło przy uchu, kiedy śpisz. Oddech w izbie, gdzie nikt nieoddycha.

Z mroku wysunęła się kończyna. Przypominała nogę nietoperza, lecz była zbyt długa i zgięta pod niewłaściwym kątem.

Olen zamarł.

Wydłużona głowa powoli ukazała się jego oczom. Tam, gdzie powinny znajdować się oczy, rozciągały się jedynie dwie czarne jamy. Pysk rozwarł się szeroko, obślizgły; we wnętrzu błyszczały rzędy igłowychkłów.

– Czuję cię – usłyszał. – Karmię się decyzją. A ty już ją podjąłeś.

Olen chciał krzyknąć, lecz nie potrafił wydobyć z siebie dźwięku. Mimowolnie zrobił krok w stronę cienia. Wtedy przy karku poczuł zimne, cuchnące sapnięcie. Szpony bestii wpiły się w jego ciało, przebijając skórę. Monstrum szarpnęło. Najpierw rozerwało bark, potem rękę, wreszcie nogę – każdy kolejny ruch odrywał od niego płaty mięsa wraz z kośćmi. Szczątki spadały na błoto.

Rybak próbował się wyrwać, niemniej kreatura rozrywała go dalej, metodycznie, bez pośpiechu. Wnet pozostał już tylko odgłos kłów miażdżących kości.

Wkrótce pozostali również usłyszeli głosy. Te same, które wcześniej kusiły Olena. Zrazu brzmiały niczym przytłumione nawoływania – ledwie uchwytne przebłyski niepokoju. Mimo to ludzie podążali za nimi, przyciągani niewidzialną siłą. Las sam układał przed nimiścieżkę.

Nagle mgła, dotąd zasłaniająca świat ze wszystkich stron, zaczęła się rozstępować. Przed nimi ukazała się niewielka polana. Pośród powykręcanych drzew leżały szczątki. Z rozerwanego brzucha wysypały się wnętrzności, ciągnąc się po błocie czerwonymi pasmami. Wokół walały się ochłapy mięsa i strzępy ubrań zmieszane z ziemią. Tu i ówdzie sterczały połamaneżebra.

– Toć to Olen – wydukał Żegota.

– Raczej to, co z niego zostało – odparł Hjalkan.

Chłopak podszedł pierwszy, unosząc pochodnię wysoko. Światło nie rozproszyło jednak ciemności. Przeciwnie – wydobywało z niej kolejne, poszarpane cienie.

Jeden z chłopów upadł na kolana i począł odmawiać modlitwę, gubiąc się w słowach. Eyvig opuścił topór. Stał nieruchomo z rozchylonymi ustami. Sambor charczał, jeszcze ktoś inny zdążył odwrócić się, nim spomiędzy jego warg chlusnęła strugażółci.

Wnet wilgotne skrzydła rozchyliły się z mlaśnięciem. A potem usłyszeligłos:

– Został pierwszym wybrańcem. Chwała Wronie. Kto chce być następny?

Bestia ryknęła i wpadła międzyosadników.

Brodaty chłopina skonał, nim serce zdołało uderzyć po raz dziesiąty. Kreatura przemknęła ku niemu z taką szybkością, że ujrzał jedynie błysk pazurów. Rozdarły mu bok, sięgając głęboko pod żebra. Kolejny rzucił się do ucieczki. Nie dobiegł daleko. Potwór dopadł go od tyłu, zacisnął łapy na karku i szarpnął. Trzask kręgów szyjnych zginął pośródwrzasków.

Hjalkan dostrzegł dwóch mieszkańców, którym garbarz wręczył fiolki z krowim gniewem. Leżeli już martwi, oblepieni ślinąkreatury.

W mgnieniu oka prześlizgnął się po błocie aż pod same zwłoki, wciąż targane konwulsjami. Dłonie drżały, gdy gorączkowo przeszukiwał pas. Wreszcie natrafił na fiolkę. Odpiął ją zębami, wyczuwając ostry zapach soli i tłuszczu. Wtenczas monstrum pochylało się już nad kolejną ofiarą, rozszarpując jej ramięzębiskami.

Żegota krzyczał, nawołując chłopów do walki, niemniej większość porzuciła broń i w panice rozbiegła się po lesie. Pozostały tylko osoby niezdolne do ucieczki oraz te, którym strach nie poniósł nóg w ślad zaresztą.

Sambor walczył jak opętany, wydzierając się z wściekłości. Raz po raz wbijał grot włóczni w chropowatą skórę plugastwa, lecz ostrze ześlizgiwało się po niej, nie mogąc przebić twardej powłoki. Dopiero kolejne pchnięcia sprawiły, że żeleźce poczęło wchodzić corazgłębiej.

Bestia zawyła, po czym rzuciła się na niego. Pazury natychmiast zagłębiły się w brzuch. Szarpnęła, rozrywając trzewia; jelita wysunęły się na zewnątrz. Sambor sięgnął po fiolkę, jednak kreatura nie czekała. Pochwyciła go i cisnęła o pień, wówczas czaszka pękła, wydając obrzydliwy odgłos. Ciało zwaliło się na ziemię. W powietrzu zawisła żelazista wońrzezi.

Gdy monstrum pastwiło się nad kolejnym chłopem, Hjalkan wyczekał właściwej chwili. Odpieczętował buteleczkę i chlusnął zawartością prosto w rozwartą paszczę. Zrazu nic się nie wydarzyło. Dopiero po pięciu oddechach kreatura gwałtownie się cofnęła, targając łbem na wszystkie strony. Zatoczyła kilka kręgów i poczęła miotać się wściekle, jakby piekąca maź rozlewała się w głębicielska.

– Teraz! – ryknął wtedyEyvig.

Nie musiał powtarzać. Osadnicy ruszyli naprzód niczym rozjuszone psy. Jeden wraził widły tam, gdzie mniemał, iż pod grubą skórą bije serce potworzyska. Drugi zamachnął się sierpem. Zakrzywione ostrze wdarło się w bok zaledwie na szerokość palca. Cuchnąca posoka trysnęła mu prosto w twarz. Nie bacząc na nic, zamachnął się ponownie iuderzył.

Baron zbliżył się powoli, mocno ściskając broń w dłoniach. Nadwątlone monstrum usiłowało poderwać się z ziemi. Eyvig zadał cios z całej siły. Płachtowiec zawył i szarpnął się rozpaczliwie, tym samym pogłębiając ranę. Chwiejąc się na nogach, ruszył ku głębi boru. Nie uszedł daleko. Jeden z chłopów dopadł go i długim nożem rzeźnickim podciął mu nogę. Kreaturaległa.

Nie dając stworzeniu możliwości odwrotu, wskoczył na karczysko i zatopił topór w szyi. Ostrze zatrzymało się na kości. Naparł całym ciężarem ciała, aż w końcu usłyszał chrupnięcie. Tkanki wreszcie puściły, choć cięcie wciąż nie sięgało dość głęboko, by zabićpotwora.

Płachtowiec wszelako nie zamierzał się poddawać. W przypływie potwornej siły odrzucił Eyviga, rozdzierając mu udo. Z gardzieli barona wyrwał się bolesny wrzask. Runął na ziemię, a niefortunny upadek zakończył się złamanąręką.

W ferworze walki kreatura dopadła kolejnego kmiecia. Wbiła pazury w jego biodro, rozrywając trzewia aż po kręgosłup. Krzyk nieszczęśnika urwał się nagle, gdy bestia zacisnęła szczęki naszyi.

Wtedy Hjalkan dostrzegł sposobność. W mgnieniu oka runął pod płachtowca, przemykając między śmiercionośnymi szponami i paszczą rozdartą tuż nad jego głową. Dopadł miecza leżącego w błocie, po czym bez namysłu wbił ostrze w miękkie podbrzusze – jedyne miejsce, które podczas wcześniejszej obserwacji uznał za dostatecznie podatne nacios.

Bestia zawyła przeraźliwie, przygniatając go swym cielskiem. Z pyska wysunął się długi jęzor. Drgnęła ostatni raz i zdechła.

Wszyscy chwycili za kończyny potworzyska i ciągnęli z całych sił, by uwolnić go spod przygniatającego ciężaru. Baron, blady od bólu i zbroczony krwią, przyłączył się do nich, wspierając pozostałych jedną dłonią. Złamanie odebrało mu możność walki, nie zdołało jednak zmusić do bezczynności. Dopiero po kilku próbach udało się odciągnąć kreaturę nabok.

Hjalkan leżał jeszcze na ziemi, łapiąc z trudem oddech.

– To falkon... – wykrztusił.

Chłopi wraz z Eyvigiem spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Żegotazachichotał.

– Nie pierdol. Przecież każdy widzi, co żeśubił.

Śmiech rozległ się po polanie, rozpraszając grozę. Wtedy ich spojrzenia podążyły za wzrokiem chłopaka ku górze. W gęstej mgle majaczyła ogromna sylwetka. Ledwie uchwytna, sunęła bezgłośnie na tle nocnego nieba. Patrząc na nią, nawet oni pojęli, że potwór leżący u ich stóp nie był tym, o którym mówił Hjalkan.

Podrostek z trudem powstrzymał uśmiech. Wiedział, że to dopiero początek. Mieszkańcy wioski pomylili się co do bestii. Płachtowiec był tylko tym, na co się natknęli. Prawdziwy cel znajdował się wysoko nad nimi. Był nim falkon, olbrzymi orzeł wypaczony przez Mgławice, o rozpiętości skrzydeł sięgającej nawet osiemdziesięciustóp.

Naprawdę istnieją – pomyślał zzachwytem.

Człowiek nie mógł zgładzić czegoś takiego, podobnie jak nie mógłby własnymi rękami powalić góry. Próba zabicia tak potężnego stworzenia zakrawała na szaleństwo. Hjalkanowi pozostało więc innerozwiązanie.

Zamierzał spróbować się z nimzaprzyjaźnić.

TERAZ

„Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.” – Andrzej Sapkowski, KrewElfów.

Mgławice Gjaladenu

Hjalkan od dwunastu lat nosił tytuł Burzowego Szpona. Zwano go Tropicielem, choć nie tylko on parał się tym rzemiosłem; z czasem jednak właśnie jego imię zaczęto z nim utożsamiać. Dar ten płynął w jego żyłach. Brązowe włosy spływały mu swobodnie na czoło, zaś oczy w odcieniu miedzi wychwytywały najmniejsze zmiany w otoczeniu.

W utorowaniu drogi do tego znaczącego stanowiska kluczową rolę odegrał baron Eyvig, człowiek pilnujący bezwzględnego przestrzegania prawa w swoim dominium. To właśnie on dostrzegł w chłopaku drzemiący potencjał, powierzył mu pierwsze obowiązki, a później otworzył drogę ku królewskiemu dworowi, gdzie czekały na niego nowe, nieznane jeszcze ścieżki.

Na skraju Syvandis, w niewielkiej izbie, przebywał właśnie Hjalkan. Nie była to komnata godna możnych panów, lecz dawna karczemna nora. Wszędzie stały słoje z zasuszonymi ziołami, korzeniami i osobliwymi znaleziskami z przebytych szlaków. Pod powałą kołysała się lampa olejna zawieszona na łańcuchu, a wokół jej płomienia wirowały ćmy, raz po raz uderzając skrzydłami oszkło.

Siedział przy owalnym blacie. Na jego powierzchni leżały rozrzucone stosy listów, a między nimi królewskie orły, monety będące powszechną walutą. Na awersie każdego z nich widniał mraźnik – ptak z koroną, dzierżący w szponach miecz i gałązkęoliwną.

Burzowy Szpon nie spojrzał w stronę drzwi, choć te skrzypnęły wyraźnie. Do środka wszedł Visander, niegdyś jeden z dowódców wojsk, dziś człowiek odsunięty od łask i bliski utraty wszystkiego, co dotąd posiadał. Dawne występki wykluczyły go z obrad dywanu, pozostawiając mu już tylko jedno – desperacką walkę o odzyskanie dawnejpozycji.

– Kazałeś mnie wezwać? – zapytał chrapliwie, przysiadając naprzeciw. – Myślałem, że o tej porze nawet cieńodpoczywa.

– Cień nigdy nie śpi – odparł Tropiciel, wciąż nie podnosząc wzroku. – A tym bardziej ten, który idzie za nami. Przyszły smutneczasy.

– Mów wprost. O co tu naprawdę chodzi? Nie kręć. Nie próbuj mnie uśpić tymi bzdurami, które rozpowiadasz na prawo i na lewo. Nikt cię nie obchodzi. Jesteś przyzwyczajony do odsuwania ludzi na bok, do traktowania ich jak części planu. Wiem, co robisz. I teraz chcesz, żebym to ja wdepnął za ciebie w jakieśgówno.

Hjalkan wciągnął powietrze. Na jego twarzy pojawił się prowokujący, lecz ledwie dostrzegalnyuśmiech.

– Nie mówmy teraz o mnie – odparł spokojnie. – Obaj wiemy, czego pragniesz. Powiem wprost: mój pobratymiec Kylhar Skoroświt musi umrzeć. Taki jest rozkaz króla, a jego słowo nie podlega sprzeciwowi. Jedna z moich sów podejmie trop. Ty zaś ruszysz za nią i nie powrócisz, dopóki sprawa nie znajdzie końca. Poza tym nietrudno przewidzieć, dokąd uciekł. Weźmiesz ludzi; mam nawet dla ciebie kilku najemników. Jak wiesz, książę Aelryn nie żyje, a wraz z jego śmiercią wiele spraw może obrócić się w chaos. Wrogowie tylko czekają, by dolać oliwy doognia.

– Mówią, że został otruty – sprostowałVisander.

– A wkrótce będą głosić, że to sam władca za tym stoi. Tego chcemy uniknąć. Skoroświt chce obrócić lud przeciw niemu. Jeśli dadzą wiarę tym słowom, Gjaladen stanie w ogniu. Nie możemy do tego dopuścić. Gdy powrócisz z głową Buntownika, otrzymasz wszystko, o czym marzyłeś i jeszcze więcej. Nie będzie to takietrudne.

– Nie sądzę – oburzył się Visander. Nie spodobało mu się lekceważące podejście Burzowego Szpona. – Dla ciebie proste oznacza: wysyłam innych na śmierć, a sam chowam się za murami. Czy naprawdę myślisz, że nie widzę, iż kupujesz lojalność sakiewką i kilkoma pustymi obietnicami? Miałem kiedyś miejsce u boku króla, wiernie stałem pod sztandarem. A teraz pozostały jedynie blizny. Mówisz: „gdy powrócisz z jego głową, otrzymasz wszystko, o czym marzyłeś”. Co to, do diabła, znaczy? Miejsce przy obradach? Złoto? Życie, którego już prawie nie pamiętam? Nie chcę zostaćwykorzystany…

– Wszystko będzie twoje. Nie rzucam słów nawiatr.

– Rozumiem, że to rozkaz i moje zdanie się nie liczy. A ty co będziesz robił w międzyczasie? Liczył pestkisłonecznika?

Hjalkan odchylił się na krześle i wreszcie spojrzał prosto w jegooczy.

– Nie mam czasu, by osobiście się tym zająć. Wkrótce wyruszę do Madenfal i będę szukał Wrony. Muszę ją odnaleźć, wierzę, że jest kluczem do przetrwania. Gdzieś za Mgławicami czeka na nas reszta świata. Naprawdę nie jesteś ciekaw, co jest pozanimi?

Cisza między nimi zgęstniała. Gdzieś w oddali zawył wiatr. Były dowódca zacisnął dłonie, czując, jak ogarnia go coś więcej niż obowiązek – żądza odzyskania dawnego znaczenia, pragnienie palące go od środka, odkąd popadł w niełaskę króla. Teraz los podsuwał mu szansę, jakiej nie mógł zignorować. Wystarczyło tylko wyciągnąć po nią rękę… i splamić ją krwią. Dobra... – pomyślał. Lepsze to niż chlanie wkurwidołach.

– Nim wyruszę, powiedz mi jedno – odezwał się w końcu. – O co tak naprawdę ci chodzi z tymi purpurowymi ścianami? Dlaczego nie zostawisz tych mrzonek dlaprostaczków?

– Słyszałem kiedyś o człowieku, który znalazł ranną wronę pod murami Madenfal. Skrzydło miała złamane, pierze posklejane krwią, więc zabrał ją do izby, opatrzył i nakarmił. Dopiero później przy świetle świecy dostrzegł na skórze wypalone znaki. Znał je aż nazbyt dobrze. Takimi samymi piętnowano wrony wypuszczane za Mgławice. Tyle że żadna nigdy nie wróciła. Ani jedna. Uznał to za zły omen. Powiadają, że chłopina od razu chciał skręcić jej kark, ale kamraci wyśmiali go i kazali przestać bredzić.

Słowa Burzowego Szpona wywołały ciarki na skórze dowódcy, lecz mimo wszystko słuchał uważnie.

– Zamknęli ptaszysko w skrzyni, wychylili po kubku gorzałki i poszli spać. W środku nocy obudziło ich przeraźliwe krakanie. Wrona wydostała się sama. Najpierw rzuciła się na swojego opiekuna, wydziobała mu oczy; pozostały po nich jedynie krwawe jamy. Drugiemu rozpruła gardło niemal po kark, trzeci może i doczołgał się do drzwi, ale pazury i tak rozorały mu twarz do kości. Rankiem znaleziono trzy ciała i czarne pióra rozsiane po podłodze. Na belkach widniały głębokie zadrapania. Po skrzydlaku nie został żaden ślad. Jedno stało się pewne – nie była to zwyczajna wrona, jakich pełno w Gjaladenie.

– To tylko bajki – mruknął obojętnieVisander.

– Czyżby? – odparł Hjalkan. – Czasami to, co uważamy za wytwór wyobraźni, okazuje się bardziej rzeczywiste niż wszystko, co znamy. Z kontynentu nie ma ucieczki. Minęły setki lat, a wciąż otaczają nas Mgławice – tajemnicze obłoki trzymające nas w uścisku. Obudź się. Gjaladen jestzamknięty.

– Nie ma sensu dłużej zaprzątać sobie tymgłowy.

– Zagrajmy w grę – Hjalkan niespodzianie skierował rozmowę na innytor.

Visander zmarszczyłbrwi.

– Wjaką?

– Połóż dłoń na stole i rozstaw szerokopalce.

Były dowódca spojrzał na niego z niedowierzaniem, wszelako obawa przed konsekwencjami nakazała mu spełnić polecenie. Oparł rękę o blat i rozwarłją.

Hjalkan wydobył nóż spomiędzy listów i przymknął oczy. Visander ledwie zdążył mrugnąć. Stal z łoskotem wbiła się w drewno tuż przy skraju jego dłoni. Dreszcz przeszył go od stóp do głów. Zanim zdołał choćby zaczerpnąć tchu, nastąpiło kolejne uderzenie, tym razem w szczelinę między środkowym a wskazującym. Potem jeszcze raz. I znowu. Ostrze przeskakiwało po stole z coraz większą zajadłością. Visanderowi zaschło w gardle. Mógł się wycofać. Nie zamierzał jednak tego uczynić. Wolał już zaryzykować, aniżeli pozwolić, by uznano go zatchórza.

Wreszcie wszystko ustało. Klinga tkwiła w drewnie przy kciuku. Burzowy Szpon otworzyłpowieki.

– Widzisz? – odezwał się spokojnie. – Od pokoleń wszyscy robimy to samo. Siadamy przy stole i czekamy, aż w końcu dosięgnie nas to, przed czym drżymy najbardziej. Nikt nawet nie próbuje sprawdzić, czy poza nim nie ma czegoś więcej. Ja zamierzam się przekonać, co znajduje się po drugiej stronieMgławic.

Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (...) przypomnij sobie, żenie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.” – F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby

Trzecie oko

Poczerniała Grań od dawien dawna uchodziła za jedną z przeklętych ziem Gjaladenu. Jej miano nie zrodziło się z przesądu, lecz z tego, co ludzkie oczy oglądały tam przez pokolenia. Mgławice wygnały z niej wszelką żywotność, pozostawiając jedynie głazy, martwe ostępy oraz jałowe pola. Nie znaczyło to wszelako, że kraina opustoszała – pośród bezdroży można było natrafić na banitów tudzież monstra. Mgła pełzała przy samej ziemi, pożerając kształty i stapiając niebo z pustkowiem w jedną, bezkresnąotchłań.

Wysoko ponad doliną piętrzyły się poszarpane żleby, śnieg zaś zasypywał urwiska, czyniąc je niewidocznymi dla wędrowców. Ścieżka wiła się między skałami, prowadząc ku mostowi owianemu złą sławą – przeprawie, z jakiej niewielu zdołało powrócić. W tamtejszych stronach osiadł klan Bladoskórych, lud przywykły do surowych warunków i życia w odosobnieniu pośród gór. Nie oni jednak stanowili największezagrożenie.

Z każdą zimą mieszkańcy pobliskich osad składali daninę bezlitosnej głuszy. Wybierano jednego nieszczęśnika, zazwyczaj włóczęgę albo skazańca. Zakuwano go w okowy i przytwierdzano do wielkiego kamienia pośrodku przeprawy. Na obu brzegach rozpalano po trzy ognie, po czym przybyli trwali w ciszy, wyczekując chwili, gdy z mgły wynurzy się wypaczonybies.

Monstrum powinno zjawić się o świcie, wraz z pierwszym promieniem słońca, by pożreć ofiarę w imię starych bogów, ułagodzić lawiny i powstrzymać rzekę przed wylewem. Tak czyniono przez długie lata, aż pewnego roku dokonano niewłaściwegowyboru.

Wybrano dziewczynę, córkę rybaka. Gdy łańcuchy zaciskały się na jej nadgarstkach, zamiast krzyczeć, zanosiła się obłąkańczym śmiechem. Wiatr zamilkł. O świcie znaleziono ciała wszystkich osadników; co najdziwniejsze, ich powieki wciążdrgały.

Most przetrwał mimo licznych kataklizmów, jakie przeszły przez te ziemie. Od tamtej pory omijano go z daleka. Mówi się, że niewiasta nie zginęła – bies zabrał ją do swej domeny, a teraz strzeże przeprawy, karmiąc się tymi, którzy ośmielą się zapuścić w okoliczneostępy.

Noc w tych stronach miała swój własny charakter. Skaliste zbocza i zamarznięte wodospady tworzyły nieprzebyte ściany. Na stokach rosły drzewa o czarnych pniach. Gałęzie zwisały z nich w postrzępionych pasmach, pokryte kryształami lodu. Nazywano je krwawymi wieżami – od barwy soków spływających pokorze.

Visander skrzywił się pod kapturem, bacznie obserwując drogę przed sobą. Był mężczyzną w średnim wieku, o szarawych oczach i surowych rysach twarzy. Włosy, przyprószone już siwizną, miał starannie zaczesane do tyłu. Za pasem zawsze skrywał dodatkowy nóż, z którym nie potrafił się rozstać.

Obok niego jechał Migar Darsen, najemnik o gęstym zaroście i posturze niedźwiedzia, nigdy nieujawniający swojego prawdziwego nazwiska. Szczelnie otulił się grubym futrem, odgradzającym go od kąśliwego chłodu oraz krwawej przeszłości, o jakiej próbował zapomnieć. Spod okrycia ledwie przebijała porysowana zbroja. Ponurym wzrokiem wodził po poszarpanych wierzchołkach gór. To miejsce budziło w nim niepokój.

Niedaleko, skulony pod płaszczem, stał Sato – czternastoletni chłopak o szczupłej sylwetce, nieustannie drżący z zimna. Wykorzystał postój, by oddalić się kawałek od świty i znaleźć ustronie w gęstwinie jeżyn. Odwrócił się plecami i rozstawił nogi nad strumieniem zasypanym śniegiem. Obłoczki pary uchodzące z ust mieszały się z mglistą zasłoną unoszącą się nad wodą.

– Długo będziesz szczał, chłopcze? – warknął Migar, pocierając dłonie. – Jeszcze chwila i jaja mizamarzną...

– Zaraz skończę! – odszczeknął Sato, próbując trafić między lód a kamienie.

Dwóch pozostałych żołdaków trwało w milczeniu na końskich grzbietach, trzymając pochodnie. Po niebie krążyła sowa Hjalkana, ledwie widoczna na tle chmur. Jej śnieżne upierzenie przecinały czarne pręgi. Co jakiś czas znikała za krawędzią urwiska, by wnet powrócić i zakreślić kolejny krąg. Nie był to zwykły skrzydlaty towarzysz. Burzowy Szpon używał tych ptaków jako swoich oczu, uszu i cieni w każdym zakątku kontynentu.

W tej grupie wyrzutków każdy patrzył na świat inaczej. Odmienne drogi ukształtowały przeróżne charaktery, wszystkich wszelako łączyła jedna cecha – chciwość. Widok sakiewki pełnej królewskich orłów rozpalał jednakoweżądze.

– Nie każcie mi tu gnić na marne – mruknął Darsen, zerkając w niebo. – Jeśli ta ptaszyna wpędzi nas w kozi róg, sam jej wyrwę skrzydła.

Visander nie dowierzał zachowaniu najemnika, z którym łączyła go przeszłość, a raczej niejeden wspólnie popełniony mord. Znał rzezimieszka zbyt dobrze, by wdawać się w zwadę, lecz poczuł, że sytuacja wymaga rychłejreakcji.

– Lepiej pilnuj jęzora – upomniał go. – Ta sowa słyszy więcej, niż ci sięwydaje.

Gdy tylko Sato załatwił swoją potrzebę, otrząsnął dłonie i sprawnie wskoczył na konia. Poprawił płaszcz pod szyją, po czym dołączył do reszty. Ruszyli dalej, podążając za skrzydlakiem między wysokimi iglastymi drzewami. Śnieg skrzypiał pod kopytami, wiatr targał pelerynami, przenikając ich na wskroś.

– Kto wpadł na taki pomysł, żeby niańczyć tego szczeniaka? – prychnął Migar, przyciskającwodze.

Zgodził się na tę robotę dla sakwy pełnej monet, lecz widok chłopaka odbierał mu wiarę w powodzenie wyprawy. Nie miał już pewności, czy ktokolwiek z nich wyjdzie z tegożywy.

– Mamy zabić Burzowego Szpona. Pięciu na jednego, niby powinno być łatwo, nie? Ale nie będzie. Jest nas co najwyżej czterech i ćwierć chłopa. Kto, kurwa, pozwolił temu pacholęciu z namiruszyć?

Podrostek spuścił wzrok na ręce. Nikt nie stanął w jegoobronie.

– Powiedz nam wreszcie, jak się tu znalazłeś – rzucił Visander, mając już dość domysłów.

– No... zostałem sierotą. Mój ojciec był stajennym w stolicy – rzekł Sato ponurym głosem. – Naprawiał uprzęże, czyścił konie, robił, co mu kazali. Byle zarobić na chleb. Pewnej nocy przyszła straż miejska. Wyszliśmy na zewnątrz, żeby konie się nie wystraszyły. Nabijali się z nas, popychali, szturchali. Ot, bez powodu. Doszło do szarpaniny. Zawlekli ojca pod ścianę i zadźgali. Potem... potem przywiązali go nad żłobem. Kazali mi patrzeć. Cały czas. Nie mogłem odwrócić głowy. Jeden stał za mną i trzymał mnie zakark.

Dowódca nie okazał ani krzty współczucia, wszelako opowieść chłopca zainteresowała go na tyle, by odezwać się ponownie:

– Mów dalej. Przynajmniej nie będę wtedy myślał o tym kurewskimmrozie.

Sato wziął głęboki oddech i ciągnąłdalej:

– Człowiek, który to zrobił, wyglądał jak potwór. Tej gęby nie zapomnę. Miał paskudną bliznę, od czubka łba aż po usta. A jedno oko... takie jakieś. Sam nie wiem. Chyba ledwo na nie widział. Uderzył mnie rękojeścią w gardło. Złapałem się za szyję i myślałem, że zaraz zdechnę. Zaczął padać deszcz. I sowy... sowy były wszędzie. Jedna siadła Burzowemu Szponowi na ramieniu, kiedy stanął we wrotach. Strażnicy aż posrali się ze strachu. Hjalkan powiedział, że dość już krwi na dzisiaj, ale... wyciągnął miecz. Tamci nawet się nie bronili. Jednemu rozciął brzuch, reszta rozbiegła się na wszystkie strony. Deszcz spłukiwał flaki w dół alejki. Krzyczał, że gawiedź skarży się na straż miejską i że to ostatnie ostrzeżenie. „Uciekając przed wilkiem, można trafić prosto na niedźwiedzia” – dodał na koniec. A ten, co zabił mojego ojca, dalej chodzi po świecie. Przysięgam, zarobię, nauczę się walczyć i go pomszczę.

– Nadal nie wiem, po co z nami jedziesz – powiedział Migar. W bladoniebieskim blasku księżyca jego twarz nabrała upiornejbladości.

– Po tym wszystkim ubłagałem Hjalkana, żeby dał mi szansę. Stałem przed nim i prosiłem, by przyjął mnie do służby. Powiedział, że mogę spróbować, ale pewnie i tak zginę. Jeśli jednak przeżyję, będę spał namonetach.

Darsen prychnął, wciągając w płuca mroźne powietrze.

– Zadałeś się z podłym skurwysynem, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Jemu byłoby na rękę, gdyby tylko jeden z nas powrócił z głową Buntownika. Wtedy królewski skarbiec nie ucierpiałby takbardzo.

W tym momencie wtrącił się najemnik jadący tuż za nimi – krępy mężczyzna w brązowej pelerynie, zwany Rudym Werrtem. Z całej piątki miał zdecydowanie najmniejzębów.

– Stawka powinna być jasna – zagaił. – Dajmy na to pięćset orzełków. Jeśli wrócimy wszyscy, po sto dla każdego. Zaś jeśli tylko jeden... no to bierze całość. Proste.

Visander spojrzał na chłopinę spode łba.

– Głupcze... Wtedy, po wykonaniu zadania, każdy próbowałby pozabijać pozostałych, żeby zagarnąć jak najwięcej.

– Może i tak – odparł tamten. – Ale wiecie, co się mówi: kto nie ryzykuje, ten nie kosztuje miodu zula.

Poszarpane grzbiety Poczerniałej Grani piętrzyły się wokół. Ze stoków gdzieniegdzie osuwały się głazy. Ziemia ta była pozbawiona życia – smutna, lodowata, przesiąknięta mrokiem. Nie dziwota więc, że schronienia szukali tu jedynie złoczyńcy.

– Nie podoba mi się w tych stronach – mruknął Migar Darsen, rozglądając się nerwowo. – Można tu natrafić na naprawdę paskudne istoty... i ludzi. Jedno od drugiego niewiele się różni. Wśród gór żyją różne klany, a jednym z nich sąBladoskórzy.

– Tak. Są bezlitośni – rzucił dowódca.

– A spotkałeś ich kiedy, że tak gadasz? – spytał Migar.

– Nie, ale słyszałem, że palą ludzi żywcem. Myślą, że w ten sposób odpędzają złe duchy. W końcu to miejsce od dawna przyciąga bandytów, banitów iwyrzutków.

– Czyli trafiliśmy między swoich – zakpił Werrt, zacierającręce.

– Myślałem, że wszyscy, o których mówiłeś, chcą tego samego – odezwał się zmieszany Sato.

– Nie do końca – odparł Visander, prostując się w siodle. – Bandyta to przestępca z wyboru. Banita – wygnaniec z wyroku. A wyrzutek? Tego odrzucili inni.

Wszyscy parsknęli śmiechem. Na kilka oddechów mroczna droga i czyhające wokół niebezpieczeństwa zeszły im z myśli.

– Zresztą, ja nie jestem tu dla złota – odezwał się po chwiliVisander.

Migar wyszczerzył zęby.

– Ooo, ja już wiem, czego ty chcesz. Stęskniłeś się za królewskim zadem, co? Za ciepłym łóżkiem i wąchaniem jaj jego miłościwegomajestatu?

– Jeszcze jedno słowo, a już nie zobaczyszsłońca.

Przez chwilę nikt nic nie powiedział. Słychać było tylko chrzęst śniegu pod kopytami. Wtedy Sato zapytał o starych bogów – w stolicy za podobne słowa niejeden kończył naszubienicy.

– Wierzycie w Swaroga?

– Nie bardzo – odparł Visander, przechylając głowę na bok. Przycisnął palcem jedną dziurkę nosa i dmuchnął przez drugą. Smark spłynął mu po wargach i brodzie. – Zbyt wiele widziałem, żeby wierzyć, że to sprawka jakichś wyższych mocy. Bogowie, jeśli w ogóle istnieli, dawno odwrócili wzrok od ludzi.

– A ja tam modlę się do Mokoszy – rzekł po chwili Sato, jakby na przekór panującej powadze. – I Peruna też. Czasem proszę jeszcze Welesa, żeby nie zabrał mnie za wcześnie. Tak mnie ojciec wychował. Powiadał, że lepiej zanosić prośby do wszystkich, bo nigdy nie wiadomo, kto akurat słucha.

Nawet Migar nie zdobył się tym razem naszyderstwo.

Odkąd Mgławice spowiły kontynent, władający nim Niebołamacze uznali starą wiarę za herezję. Zburzono dawne miejsca kultu, spalono posągi, natomiast wszelkie modlitwy do dawnych bóstw nazwano bluźnierstwem. W ich miejsce wzniesiono nowe ołtarze, poświęcone Bogu Urozmaiconych Cierpień. Jego imię miało rzekomo rozświetlać ciemność. Lecz im jaśniej płonęło, tym dłuższe kładłocienie.

Sowa pohukiwała, krążąc nad skalną szczeliną, aż wreszcie skręciła ku wąskiemu przesmykowi, wskazując drogę. Na skraju wąwozu ścieżka zwęziła się tak dalece, iż ledwie jeden człowiek mógł nią przejść. Nad nietkniętym śniegiem dostrzegli kolejny znak – skrawek materiału przywiązany do nagiej gałęzi. Tkanina wciąż wyglądała świeżo, ledwie poruszając się na mroźnym wietrze. Ktoś przechodził tędyniedawno.

– Przywiążcie konie tutaj, do tego dębu – rozkazał Visander, wyciągając dłoń w stronę drzewa wyróżniającego się spośród innych szeroko rozpostartąkoroną.

Przez chwilę wydawało mu się, że dostrzegł sylwetkę przesuwającą się za zaroślami. Dziwne – pomyślał, przyglądając się uważniej. To tylkowiatr.

Zeskoczyli z wierzchowców i przytroczyli je do pnia. Dalej musieli ruszyć pieszo; dróżka nie pozwalała na nic innego. Skrzydlak prowadził ich coraz głębiej w przesmyk.

Skały niemal stykały się ze sobą, tworząc naturalny tunel i odcinając dostęp księżycowemu światłu. Gdyby nie pochodnie, pogrążyliby się w zupełnej ciemności. Wszyscy wymienili spojrzenia. Nikt nie kwapił się, by ruszyć pierwszy; każdy czekał, aż ktoś inny podejmie ryzyko. Wnet Migar wymamrotał coś pod nosem o tchórzostwie i ruszył naprzód, przecierając drogę pozostałym.

Gdy dolina rozwarła się przed nimi, ukazała się wioska, wyglądająca na opuszczoną od dawien dawna. Trudno było odgadnąć, czym niegdyś kryto dachy tamtejszych chat. Pokrywy studni skuwała gruba warstwa lodu. Gdzieniegdzie walały się sztachety, przy niektórych budynkach sterczały resztki zbutwiałych szop, zaś wychodki straszyły pustymi otworami. Za dnia słońce mogło jeszcze tchnąć odrobinę życia w to miejsce. Nocą należało ono wyłącznie do mroku.

Przemierzając opuszczone obejścia, Sato lustrował puste domy z niepokojem. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, iż kryją w sobie cośtajemniczego.

– Coś tu za cicho – wymamrotał, wpatrując się w ciemne wejścia. – Nie ma żywej duszy.

– Albo ktoś po prostu woli, żebyście tak myśleli – oznajmił Visander, zatrzymując wzrok na budynku z szyldem rzeźnika. – Nie rozglądajcie się za dużo, idźcie razem. Jeden błądi…

Jego głos urwał się, gdy chłopiec zniknął w bocznejalejce.

Sowa wylądowała na kalenicy stodoły i poczęła głośno zawodzić. Zwykle można było sądzić, że wskazuje miejsce, do którego prowadzi trop. Nie tym razem.

Sato poczuł, jak serce wali mu w piersi. Coś ciągnęło go naprzód, choć nie miał nad tym żadnej władzy. Raz jeszcze spojrzał w stronę ciemnych zaułków. Czy naprawdę tylko wiatr poruszałgałęziami?

Wtedy coś poruszyło się w półmroku jednego z chlewów. Ledwie dostrzegalny ruch wystarczył jednak, by zdradzić czyjąś złowieszczą obecność.

– Co tam…? – wyszeptał młodzieniec, wszelako nie zdążył dokończyć. Gdy obejrzał się za siebie, był zupełnie sam. Wokół pulsowała czerwona poświata.

Miecz wyślizgnął mu się z palców i upadł na śnieg. W oczach chłopca zagościła pustka. Krok za krokiem zbliżał się do drgającego światła.

Poczuł nagłą falę tęsknoty i smutku. W srebrzystym blasku księżyca dostrzegł sylwetkę stojącą pośrodku drożyny. Był to niski człowiek o twarzy mocno naznaczonej zmarszczkami, włosach przerzedzonych i siwiejących na skroniach – jego ojciec. W pierwszej chwili uwierzył, że to naprawdę on. Puls przyspieszył, łzy spłynęły popoliczkach.

– To naprawdę ty? – wydusił, mimowolnie zbliżając się ku postaci. – Myślałem, że już…

Mężczyzna uśmiechnął się łagodnie i otworzył ramiona. Sato od razu pobiegł przed siebie i wtulił się w niego, czując ciepło oraz spokój, których brakowało mu od dawna.

Jednak to, co obejmował, było jedynie widziadłem – hipnotyczną projekcją wywołaną przez trzecie oko monstrum. Źrenica migotała rubinowym światłem, wciągając Sato coraz głębiej w złudzenie. Oddech zdawał się prawdziwy, podobnie jak uścisk odcinający go od reszty świata. Kończyny sztywniały, myśli poddawały się wolistworzenia.

W końcu postać ojca rozpłynęła się w powietrzu. Wtenczas bestia rozerwała granicę między iluzją a rzeczywistością. Szpony najpierw wbiły się pod żebra, potem brutalnie rozdarły miednicę, aż w końcu kreatura rzuciła nim o pobliską ścianękurnika.

Młodzieniec krzyczał z bólu, odruchowo szukając stali. Dłonią macał po lodowatej ziemi, niemniej na próżno. Każdy ruch tłumiła potęga trzeciego oka. Ostatnie uderzenie bestii rozorało mu brzuch. Gorąca krew zmieszała się ze śniegiem, parując w mroźnympowietrzu.

Przerażający, chrapliwy szloch wydarł się z gardła Sato i poniósł po wiosce, przyciągając uwagę pozostałej czwórki. Gdy dobiegli na miejsce, blask pochodni zatańczył na ich twarzach. Stanęli jak wryci, ujrzawszy rozprutegochłopca.

– Co się, kurwa, stało?! – ryknął Visander, omiatając wzrokiem miejscewalki.

Migar uklęknął przymłokosie.

– Już dobrze... zaraz przestanie boleć – skłamał, nie chcąc pogłębiać paniki.

Dawno nie widział podobnego okrucieństwa. Młodzieniec drżącymi rękami próbował wepchnąć własne jelita z powrotem do rozprutegobrzucha.

Sato usiłował jeszcze coś powiedzieć, wszelako gardło miał zalane krwią. Świat wokół rozpływał się przed jego oczami, stopniowo tonąc w nieprzeniknionej ciemności. Ta pochłaniała go bez reszty, wciągając w otchłań, z której nie było już powrotu. W końcu przestał sięporuszać.

Najemnicy nie mieli czasu ani na żałobę, ani na to, by pojąć, co właśnie ujrzeli. Coś zawibrowało w powietrzu – niskie, głuche dudnienie przeszyło ich aż do kości. Darsen zaklął siarczyście, czując, jak bezsilność ogarnia wszystkich.

Wtedy pojawiło się potworzysko – ogromne i pokraczne, o cielsku obleczonym zrogowaciałą skórą. Z łba wyrastało pokaźne poroże. Jedno ślepie miało czarne jak noc, drugie zaś skarlałe i szpetne nawet jak na zmutowaną kreaturę. Pośrodku czoła tkwiła trzecia gałka, pulsująca miarowym światłem. To właśnie ona, sądząc po oszołomieniu chłopca, wprawiła go w odurzenie.

Plecy potwora najeżały się kolcami; w kilku miejscach spomiędzy nich prześwitywał kręgosłup. Wszystko to świadczyło o tym, jak dalece Mgławice wypaczyły jegociało.

– To bies! – krzyknąłVisander.

Ton jego głosu wystarczył, by najemnicy zamarli. Skoro nawet on reagował w ten sposób, pozostali wiedzieli, z jak straszliwym przeciwnikiem przyszło im się mierzyć.

Monstrum obrało sobie za cel Rudego Werrta i ostatniego człowieka w szeregu. Migar natychmiast dostrzegł, że stworzenie omija wszelkie przeszkody i zmierza właśnie do nich. Obaj dzierżyli pochodnie, zaś ogień najwyraźniej budził w bestii lęk. Wpierw chciała więc pozbyć się tych, którzy mogli zagrozić jej płomieniami.

Werrt wpatrywał się w skarlałe ślepie, całkowicie zahipnotyzowany. Nie zauważył nadchodzącego ciosu. Potwór doskoczył jednym susem i uderzył z przerażającą siłą. Pazury rozdarły nieszczęśnikowi tors od barku aż po biodro.

Gdy chłopina skulił się z bólu, kreatura pochwyciła go rogatym łbem i uniosła w powietrze. Przez moment zawisł nabity na poroże. Potem bestia szarpnęła głową. Ciało zsunęło się z ostrych odnóg i runęło na ziemię.

Dowódca ruszył naprzód z mieczem trzymanym oburącz przed sobą. Gdy znalazł się dostatecznie blisko, zamachnął się z całej siły. Ostrze zagłębiło się głęboko w bok paskudztwa, rozrywając tkanki, aż w końcu ugrzęzło w ciele. Plugastwo ledwie drgnęło, wtem obróciło się, odrzucając go na pobliski pień.

Mężczyzna próbował wstać, lecz bestia doskoczyła ponownie. Przewróciła go i przycisnęła całą masą do lodowatego podłoża. Następnie zamachnęła się kolczastym ogonem. Przy drugim uderzeniu jeden z nich wbił się Visanderowi w szyję, rozrywając tętnicę. Strumień krwi oblał mu twarz. Po pięciu uderzeniach serca leżał jużnieruchomo.

Migar błyskawicznie włączył się do walki. Doskoczył z lewej strony i spróbował zatopić stal w oku kreatury, wszelako trafił jedynie w skórę na pysku, znacząc ją krwawą pręgą. Istota obróciła łeb w niemal mechaniczny sposób. Łapa pomknęła w stronę najemnika, z impetem ciskając nim o szopę. Wpadł prosto na drzwi. Dopiero gdy dostrzegł rozdartą zewnętrzną część uda, poczuł przeszywający ból.

Tym samym bestia skierowała się na ostatniego kamrata, skamieniałego z przerażenia. Żołdak wymachiwał pochodnią na oślep, na próżno jednak. Kończyna spadła z góry. Pazur przeszył mu mostek, zaś paskudztwo pociągnęło szponiastym odnóżem w dół, rozrywając ciało aż po pachwinę.

Wszelako potworzysko nie wyszło z tego bez szwanku. Płomień z pochodni objął jego futro, najdotkliwiej trawiąc grzbiet. Gdyby wcześniej poznali tę słabość, starcie mogłoby przybrać zgoła inny obrót.

Darsen wyprowadził cięcie znad głowy. Gdy bies odpowiedział uderzeniem ogona, najemnik przeturlał się przez zaspę. Wnet natrafił na pochodnię, która wypadła z dłoni martwego towarzysza. Mimo kontaktu ze śniegiem płomień wciąż się w niej tlił – rdzeń z minerału mirata pozwalał ogniowi przetrwać nawet po zetknięciu z lodem czy wodą, choć jeno przez krótki czas. Chwycił ją i cisnął w potwora, patrząc, jak płomienie wżerają się wsierść.

W końcu Migar dostrzegł sposobność. Rozproszone stworzenie cofnęło pyszczydło po kolejnym cięciu w bark. Darsen wbiegł pod korpus i wreszcie wbił miecz prosto w serce. Niemniej cios nie okazał się śmiertelny. Bies padł w śnieg i począł się miotać.

Migar nie odpuszczał. Wbił ostrze w gardło bestii. Potwór wydarł z siebie przeciągły wrzask, aż zatrzęsły się ściany pobliskich chat. Najemnik naparł całym ciężarem, wbijając stal aż porękojeść.

Następne uderzenie padło w jarzące się oko. W ferworze walki zdawało się ono słabnąć, jakby utraciło część swej mocy. Kreatura zawyła po raz ostatni, po czymznieruchomiała.

Najemnik osunął się na kolana, ciężko dysząc po wyczerpującym starciu. Spojrzał w górę. Sowa zdawała się całkowicie obojętna na to, co się wydarzyło. Wieść o wszystkim dotrze do Hjalkana szybciej, niźli ktokolwiek mógł sięspodziewać.

– Już po wszystkim – zwrócił się do niej Migar, zaciskając zęby z bólu. – Ale za jaką cenę…

Powietrze rozdarł świst strzały. Pocisk chybił ptaszynę siedzącą na dachu, grzęznąc w jednym z gontów. Zaskoczony skrzydlak poderwał się i pomknął w stronęlasu.

Z polany wyłonili się Bladoskórzy, prowadząc konie za uzdy. Na głowach nosili posępne kaptury zszyte z wilczych skór. Szare kępki sierści opadały im na kark, zlewając się z długimi włosami. Spod zwierzęcych łbów spoglądały oczy chłodne i nieprzychylne, zwiastujące raczej rzeź niźli gościnę. U boków zwisały topory o szerokich ostrzach, przy skórzanych pasach kołysały się zaś trofea pozyskane z potworów – pojedyncze kły, zasuszone skrawki łusek oraz inne osobliweszczątki.

Spośród nich wyróżniała się postać o rozważnym usposobieniu. Kruczoczarne włosy opadały mu aż na ramiona, zaś gęsta broda podkreślała kanciaste rysy twarzy. Na napierśniku widniał czarny byk z parą buchającą z nozdrzy, umieszczony na tle srebrno-złotego pola.

Migar nie stanowił już zagrożenia. Ranny i pozbawiony sił odrzucił miecz, osuwając się pod ścianą stodoły.

– No dalej… skurwysyny – wycharczał. – Skoro nie pomogliście, to chociaż mniedobijcie.

– A dlaczego mielibyśmy pomagać tym, którzy przyjechali po mój łeb? – odezwał się mężczyzna, pochylając się nad Darsenem.

Najemnik od razu pojął, kogo ma przed sobą – Kylhara Skoroświta, jednego z ostatnich czterech Burzowych Szponów. Choć niedawno odebrano mu ten tytuł, wciąż cieszył się poważaniem, zwłaszcza wśródpospólstwa.

– Czekaliśmy sobie w zagajniku, aż bies was wszystkich rozszarpie, a potem ot tak byśmy go dobili, już osłabionego – wtrącił szyderczo Kylhar, drapiąc się po głowie. – Wiesz, Niebołamacze każą wierzyć, że potwory to jedynie wymysł. A my… my, zwykli ludzie, wiemy lepiej, prawda? To chłopi są zjadani przez utopce, podczas gdy książęta grzeją dupska wzamkach.

Migar nie wyglądał na człowieka skorego do odpowiedzi. Buntownik mówił tedydalej:

– Dobrzewalczysz.

– Tym się param – odburknął Darsen. – Zabijam. Nic innego nie potrafię. Nawet pływać. Utopiłbym się w łyżcewody.

– Na twoje szczęście wody tu niewiele – odparł tamten, wskazując dłonią jałowy krajobraz.

Ton mężczyzny nagle się zmienił. Zniknęła drwina, pojawiła się osobista nutaoskarżenia.

– Nie myśl, że cię nie pamiętam. Często bywałeś u Hjalkana. Jesteś ostatnim zDarsenów.

Bladoskórzy wyciągali dłonie nad płonące ciało biesa, ogrzewając zziębniętepalce.

– Co cię to obchodzi? – zapytałMigar.

– Mnie? Nic. Ale zrobisz coś dla mnie. To, że przeżyłeś, to cud. Dam ci więcszansę.

– Nie zamierzam robić niczego dla ciebie ani tych dzikich psów.

Bladoskórzy puścili obelgę mimo uszu. Jeden z nich ukląkł przy kreaturze i ostrożnie odciął poroże. Najwyraźniej chciał zabrać je jako trofeum, choć to nie on zadał śmiertelnycios.

Kylhar zbliżył się i zacisnął dłoń na zranionym udzie Migara tak mocno, iż najemnik jęknął zbólu.

– Niestety, nie trafiłem sowy – kontynuował spokojnie Buntownik. – Hjalkan dowie się o wszystkim. I nie spodoba mu się to ani trochę. Ciebie także będzie chciał odnaleźć… Jeśli wrócisz do stolicy z niczym – zginiesz. Spróbujesz się ukryć – i tak cię dopadnie. Nadal możesz jednak się przysłużyć. Dla dobra kontynentu.

– Mów, kurwa, o co chodzi, anie...

– Udasz się do Grozmigradu i ostrzeżesz lorda Xoloriana, żeby nie wydawał córki za mąż. Niebołamacze mają wobec księżniczki niecne plany.

– Czemu sam tego niezrobisz?

– Bo jestem tu, gdzie jestem – odparł, jawnie zirytowany tym, że rozmówca wciąż nie pojmował, o co chodzi. – Czyhają na mnie. Obróciłem się przeciwko Niebieskim. Książę Aelryn nie żyje, więc tron pozostaje bez dziedzica… Może i królowa powiła bliźniaczki, ale nikt nie uzna kobiety za prawowitą następczynię tronu. Dowiedziałem się, że król otruł własnego syna, aby dłużej utrzymać koronę. Zabezpieczył się na wypadek, gdyby sprawy przybrały zły obrót. Porozumiał się z pewnym lordem. Gdy nadejdzie pora, córka Xoloriana zostanie zmuszona, by go poślubić, a małżeństwo przypieczętuje sojusz. Ta niewiasta jest dla nich bardzo ważna. Przeżyłeś – uznaj to za sposobność do odkupienia.

Darsen nawet nie próbował kryćpogardy.

– Gówno mnie obchodzi Gjaladen i jego los.

– Wkrótce go nie będzie… Tak jak twojego rodu, jeśli nie zmienisz podejścia. Zabijasz dla złota, prawda? Jeśli powiesz lordowi Xolorianowi, że Kylhar Skoroświt ostrzega, zapłaci ci znacznie więcej niż Hjalkan. Jeśli nie dla sprawy, zrób to chociaż dla pełnej sakiewki.

– Nie mam nawet konia. Został przy przesmyku. Poza tym jestem ranny – odparł Migar.

Zdążył już przywyknąć do przegranych. Niemniej śmierć Sato należała do nielicznych rzeczy, jakie wciąż potrafiły go poruszyć. Od początku wiedział, że to nie miejsce dla takiego młodzieńca.

– Czuję, że zdechnę na tej Grani. Dajże mispokój.

– Żaden ze mnie uzdrowiciel, ale konia to ci damy – oznajmił Buntownik. – Jedź tam, zrób, co mówię, a już nigdy nie będziesz musiał się martwić omonety.

– Nawet nie zdążę ich przepić... Hjalkan w końcu mnieodnajdzie.

Kylhar przeciągnął palcem powąsach.

– Znam go aż za dobrze. Będzie nas szukał, ale po drodze jego myśli zaprzątać będą inne sprawy. Ciągle tropi potwory, jakby od tego zależało jego życie.

– Powiedz mi… naprawdę przez coś takiego odwróciłeś się od własnego pana? Co cię obchodzi, co zrobił swojemusynowi?

– Widzisz, przez lata robiłem to, czego żądali Niebołamacze. Rozkazy były rozkazami, więc wykonywałem je bez pytań. Zabijałem, paliłem, brałem udział w rzeczach, o jakich nie chcę już pamiętać. Wierzyłem, że tak trzeba. Dopiero z czasem zacząłem dostrzegać, komu naprawdę służę. Przejrzałem na oczy… a raczej na jedno, bo przez Barisa jestem na wpółślepy.

Kylhar odgarnął kilka pasm włosów opadających na twarz. Oko przesłaniała mlecznobiała powłoka.

Najemnik spojrzał na ciała poległych towarzyszy oraz ubitemonstrum.

A co mi tam – pomyślał. I tak nie mam nic dostracenia.

– Niech będzie. Spróbuję.

Kylhar pomógł mu wstać, po czym popchnął lekko w kierunkuwierzchowca.

– No, jesteś swój chłop – rzucił, skinąwszy na jednego z Bladoskórych, by przyprowadził konia.

Darsen wziął jego słowa do serca.

Rozjaśniało się. Pierwsze promienie słońca odbijały się od pokrytych śniegiem szczytów gór, malując niebo krwawoczerwonym blaskiem. Ledwo zdążył usiąść w siodle, zanim przeszywający ból w udzie przypomniał mu o sobie.

W chłodzie wstającego dnia pognał w głąb lasu. Wnet rozpłynął się za zasłoną drzew niczym widmo, a wilgotne liście były tysiącami świadków.

Po niedługim czasie w oddali dostrzegł szyld zawieszony nad drzwiami. Wiatr targnął nim na boki, ząb czasu ledwie nadgryzł wyryty napis. Na tarczy widniało osobliwie wygięte żelazo. Zanim Migar stracił przytomność, wpatrywał się w litery ze zdumieniem. Myśli błądziły gdzieś między rzeczywistością a halucynacjami wywołanymi utratą krwi.

Po pięciu oddechach cicho przeczytał: Pod Krwawym Hakiem, czyli tam, gdzie bogów niema.

– Kurwa, tylko tego brakowało – sapnął, przekonany, że droga od początku prowadziła go donikąd. W tej samej chwili odpłynął w nieświadomość, spadając zsiodła.