Wojna i miłość. Andrzej i Halina - Jolanta Maria Kaleta - ebook

Wojna i miłość. Andrzej i Halina ebook

Jolanta Maria Kaleta

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Jeszcze na dobre nie przebrzmiały echa poprzedniej wojny, gdy świat stanął na krawędzi kolejnej katastrofy.

Katarzyna nie sądziła, że będzie musiała drżeć o życie synów, Andrzeja i Piotra, bo ludzkość nie wyciągnie z przeszłości żadnych wniosków. Zmienia to wrzesień 1939 roku. Gdy na Wawelu powiewa flaga ze swastyką, a z Wieży Mariackiej nie słychać hejnału, wielu krakowian ratuje się ucieczką na Wschód. Andrzej, do niedawna student medycyny, zgadza się zawieźć długo niewidzianą sąsiadkę Halinę do rodziny w Przemyślu. Pamięta ją jako podlotka, lecz kiedy staje przed nim studentka klasy fortepianu i spogląda na niego szarymi jak pochmurne niebo oczyma, Andrzej z miejsca w nich tonie…

Uczucie młodych będzie rodziło się w czasie apokalipsy. Wśród codziennych bombardowań, łapanek i egzekucji. W czasie szybkich ślubów i obrączek zrobionych z karabinowych łusek.

Piękna, inspirowana rodzinną historią powieść o miłości skażonej wojną i o bohaterstwie dwudziestolatków, którzy w czasie okupacji walczyli do samego końca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 869

Data ważności licencji: 10/16/2027

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem.

Fiodor Dostojewski

Niezbędnik historyczny

Koniec pierwszej wojny światowej nie tylko nie przyniósł rozwiązania problemów, które do niej doprowadziły, ale także stał się zarzewiem nowych konfliktów. Upadło Cesarstwo Niemieckie i Imperium Rosyjskie. Na gruzach monarchii Habsburgów narody wchodzące w jej skład utworzyły własne państwa. Po stu dwudziestu trzech latach zaborów odrodziła się niepodległa Polska. W powojennym chaosie zrodziły się nowe ideologie: komunizm i faszyzm. Obie bazowały na pogardzie i nienawiści do innych, obie chciały uczynić z pojedynczego człowieka posłuszne narzędzie w rękach rządzących, obie miały ambicje zapanować nad światem, nawet kosztem kolejnego konfliktu zbrojnego.

Wojna rozpoczęła się 1 września 1939 roku atakiem Trzeciej Rzeszy na Polskę. 17 września, zgodnie z zawartym tajnym protokołem traktatu Ribbentrop–Mołotow, wschodnie granice państwa polskiego przekroczyła Armia Czerwona. Mimo podpisanych układów i gwarancji udzielonych przez rządy Francji i Wielkiej Brytanii państwa te nie przyszły Polsce z pomocą. Osamotniona prowadziła heroiczną walkę, choć ekipa rządowa i wódz naczelny opuścili terytorium państwa, udając się na emigrację. Działania wojenne zakończyły się 6 października, kiedy pod Kockiem skapitulowała Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” dowodzona przez generała Kleeberga.

Ziemie polskie na wschód od Bugu przypadły Sowietom. Natomiast Wielkopolska, Pomorze, ziemia łódzka, północna część Mazowsza i województwo śląskie zostały włączone do Trzeciej Rzeszy. Na pozostałych ziemiach polskich Niemcy utworzyli Generalne Gubernatorstwo ze stolicą w Krakowie, na którego czele stanął Hans Frank.

Niemal od pierwszego dnia okupacji zaczął się organizować ruch oporu. W jego szeregach znaleźli się oficerowie i żołnierze, którzy uniknęli śmierci lub niewoli, oraz młodzi chłopcy i dziewczęta, gotowi walczyć z okupantem nawet za cenę życia. Właśnie o nich jest ta opowieść.

Główni bohaterowie powieści

Rodzina Kaledinów:

Igor Kaledin, pułkownik kawalerii w stanie spoczynku.

Katarzyna, jego żona, z domu Jaxa-Rawecka, primo voto Kobierska.

Andrzej, ich starszy syn, student medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Piotr, ich młodszy syn, podporucznik w 2. dywizjonie artylerii konnej stacjonującym w Dubnie.

Mieszkają w Krakowie przy ulicy Grodzkiej.

Rodzina Jaxa-Raweckich:

Albin Jaxa-Rawecki, właściciel folwarku w Porętowie, odziedziczonym po śmierci swego ojca Pawła, uczestnik walk legionowych, podczas których stracił jedną rękę.

Maryla, jego żona, z domu Kochanowska.

Cezary, ich pierworodny syn, zwany w domu Czarkiem, porucznik w pułku ułanów.

Emilia, ich córka.

Robert, ich młodszy syn.

Rodzina Tarnowskich z Boratyna pod Łuckiem:

Henryk Tarnowski, kapitan rezerwy 44. Dywizji Strzelców Kresowych, osadnik wojskowy na Kresach, właściciel niewielkiego majątku ziemskiego.

Janina, jego żona, pochodząca ze Zduńskiej Woli.

Celina, ich córka, świeżo upieczona maturzystka.

Janek, ich syn, młodszy brat Celiny.

Część pierwsza „A lato było piękne tego roku”

Rozdział 1

Zimna stal lufy przytkniętej do potylicy Andrzeja Kaledina uświadomiła mu, że oto nadszedł kres jego życia. Ogarnął go ogromny żal, że jeszcze niczego ważnego nie dokonał, niczego nie zaznał, a ono już się kończyło, i to w taki głupi sposób. Pewno go zakopią w zbiorowej mogile i nawet nikt się nie dowie, że tak marnie skończył. Przed oczyma mignęło mu całe jego życie, jakby to była jedna krótka chwila, a nie dwadzieścia długich lat. W pamięci szczególnie utkwił mu dzień, kiedy po raz ostatni cała rodzina zebrała się przy stole w jadalni porętowskiego dworu. Było to wiosną tego roku, gdy wybuchła wojna światowa, od początku nazywana drugą w odróżnieniu od tej poprzedniej, pierwszej, którą przez dwadzieścia lat nazywano wielką. Choć nastała wiosna i przyroda budziła się do życia, oni tego dnia odprowadzili na wieczny odpoczynek Agnieszkę Jaxa-Rawecką, babkę Andrzeja ze strony matki. Niewiele brakowało, a Andrzej byłby zaspał.

Kiedy ostre promienie majowego słońca, wpadając przez szparę pomiędzy niezasuniętymi należycie kotarami, zakłuły go w oczy, odwrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę. Poprzedniego wieczoru do późna rozmawiali z bratem, który w związku z pogrzebem babci Agnieszki dostał krótki urlop i przyjechał do Krakowa. Położyli się grubo po północy i teraz Andrzej dałby wiele, aby pospać jeszcze choć godzinkę. Do rannych ptaszków nigdy się nie zaliczał. Ledwie na powrót zaczął się pogrążać we śnie, gdy usłyszał delikatne pukanie do drzwi.

– Paniczu… – dobiegł go głos Heli, służącej, która nastała u Kaledinów kilka lat temu, gdy Andrzej jeszcze chodził do liceum.

Była to dość ładna dziewczyna spod Krakowa, licząca w skrytości ducha, że w dużym mieście szybko znajdzie sobie kawalera. Być może takiego przy pieniądzach, jak sobie zamarzyła. Na razie musiała się zadowolić pracą służącej od wszystkiego. Szczęściem dla niej czasy, w których służbę domową traktowano niczym własność jaśnie państwa, powoli odchodziły do lamusa, a Katarzyna Kaledin mogła pod tym względem służyć za wzór.

– Paniczu, proszę się obudzić. – Hela nie dawała za wygraną i coraz głośniej dobijała się do drzwi. – Państwo czekają ze śniadaniem. Czas jechać na pogrzeb starszej pani Raweckiej.

Na śmierć zapomniałem, pomyślał Andrzej, wyskakując z łóżka.

– Dziękuję, Helciu! Już wstaję! – zawołał w stronę drzwi, zbierając z podłogi porozrzucaną wieczorem odzież. Dobrze, że staruszka tego nie widzi, pomyślał, dopiero by mi głowę zmyła. Od dziecka matka usiłowała wpoić mu zamiłowanie do porządku, lecz bez widocznych rezultatów.

Rozsunął kotary i wyjrzał przez okno. Środkiem ulicy, stukając radośnie kopytami o bruk, konie ciągnęły dorożki w jedną i drugą stronę, przechodnie zmierzali w sobie tylko wiadomym kierunku, a gazeciarze przekrzykiwali się, cytując najbardziej krew w żyłach mrożące fragmenty artykułów prasowych. W oknie naprzeciwko ujrzał dziewczynę ubraną w cieniutką koszulkę nocną, ledwie zasłaniającą całkiem zgrabny biuścik, co natychmiast zwróciło uwagę Andrzeja. Musiała się niedawno wprowadzić, bo wcześniej jej nie widywał. Podlewała kwiatki rosnące w skrzynce na parapecie. Mocne promienie wiosennego słońca zalśniły złotem w jej płowych włosach, rozsypanych na ramionach. Gdy ujrzała gapiącego się na nią Jędrka, błyskawicznie zniknęła za firanką. Niczym Zosia w Panu Tadeuszu, pomyślał rozbawiony. W tym momencie bicie kościelnych dzwonów przypomniało mu o czekającym go pogrzebie babci Agnieszki. Był z dziadkami z Porętowa bardzo zżyty. Uwielbiał słuchać ich opowieści o pradziadku Andrzeju, który walczył w bitwie o Miechów podczas powstania styczniowego, jak został ciężko ranny, a życie uratowała mu prababcia Apolonia. To po nim otrzymał imię, lecz rodzice i koledzy wołali na niego Jędrek. Dziadek Paweł zmarł kilka lat temu, teraz odeszła babcia. Dziadków ze strony ojca nie znał w ogóle. Jak opowiadano, zostali zabici podczas wojny.

Gdy w końcu pojawił się w jadalni, rodzice i brat już siedzieli za stołem.

– Że też zawsze każesz na siebie czekać – skarcił go ojciec, zakładając sobie serwetę pod szyję.

Andrzeja zaskoczył widok ojca w galowym mundurze, którego nie wkładał od lat. Piotr, jako słuchacz Szkoły Podchorążych Artylerii, także wystroił się w mundur. Andrzej poczuł lekkie ukłucie zazdrości, bo jemu wada wzroku i przebyte w wieku dziecięcym liczne choroby zamknęły drogę do podchorążówki, choć marzył o wojsku od dziecka. Pragnął jak ojciec być kawalerzystą. W gabinecie do dziś wisiała na ścianie jego szabla. Szaszka, jak mówił.

Obaj siedzieli sztywno, jakby kije połknęli, pozapinani wysoko pod szyję, jedynie rogatywki, skórzane pasy, rękawiczki i szable spoczywały na wieszaku w przedpokoju. Ojciec przypiął nawet do munduru order, który otrzymał za udział w walkach z bolszewikami pod Warszawą. Piotr jeszcze się żadnego odznaczenia nie dorobił. Jak wybuchnie wojna, to może też medal dostanie, pomyślał uszczypliwie Jędrek. Piotr w niczym też do ojca nie był podobny. Do matki w zasadzie też nie, jedynie falujące, choć nie tak jasne włosy miał po niej i brązowe oczy pełne melancholii. Średniego wzrostu, barczysty, o szerokiej dolnej szczęce i mięsistych ustach, których kąciki, opadając w dół, nadawały jego twarzy wyraz wiecznego niezadowolenia. Choć młodszy, wydawał się od Andrzeja dużo starszy. Jak w rodzinie mówiono, Piotr wdał się w swego dziadka po mieczu, po którym otrzymał imię, nie tylko z wyglądu, ale także z charakteru. Od dziecka poukładany i stanowczy, by nie powiedzieć: uparty, a także skryty ponad miarę. Nigdy na nic się nie skarżył, a wszystkie swoje niepowodzenia przeżywał w ukryciu. Nawet wówczas, gdy jego serdeczny przyjaciel ze szkolnej ławy ciężko zachorował i umarł, nikt o jego cierpieniu się nie dowiedział. Nie mając konkretnych planów życiowych, wybrał karierę wojskowego. Jak dziadek i ojciec.

Andrzej był jego przeciwieństwem. Kruczoczarne lekko falujące włosy zaczesane do góry, szerokie brwi zrośnięte nad nosem oraz zmysłowe usta czyniły go podobnym do ojca. Był też jak on wysoki. Jednak ciemne oczy, podobnie jak u matki, pełne były smutku i zadumy, jakby zdążył już poznać wszystkie cierpienia tego świata.

– Dzień dobry – bąknął, puszczając uwagę ojca mimo uszu.

Usiadł za stołem i podał służącej talerz, aby mu nalała owsianki, której nie znosił. Zapięty ciasno pod szyją kołnierzyk białej koszuli pił go niemiłosiernie. Do tego krawatka i marynarka. Wyglądam przy nich jak fircyk w zalotach, pomyślał zazdrosny o te mundury.

Zanim sięgnął po łyżkę, napotkał spojrzenie matki. Twarz miała bladą jak kreda, a oczy zaczerwienione od wylanych łez. Jasne kręcone włosy, delikatnie poprzetykane srebrnymi nitkami, spięła jak zawsze z tyłu głowy kościaną klamrą. Kilka kosmyków już zdążyło się niesfornie wysunąć i skręcone w spiralki, łaskotały ją po policzkach, wiły się nad czołem. Odgarniała je nerwowym ruchem ręki. Czerń sukni specjalnie uszytej na tę smutną okoliczność czyniła jej sylwetkę jeszcze drobniejszą i smuklejszą niż zazwyczaj. Mieszała łyżką w talerzu z owsianką, nie mogąc się zdecydować, aby zjeść choć trochę. Ciekawe, czy oni, rozmyślała, spoglądając na swoich synów, też tak będą cierpieć po mojej śmierci, jak ja teraz cierpię? Jędruś pewno tak, ale Pietruszka… Z nieznanych sobie przyczyn większą miłością darzyła pierworodnego. Może dlatego, że tak bardzo przypominał jej Igora. Natomiast Piotr, przychodząc na świat, o mało jej nie zabił. Lekarz uratował dziecko, ale mnie wypatroszył jak pulardę, przypomniała sobie z wściekłością. Drugiej córki już mieć nie będę. Na wspomnienie zmarłej podczas wojny malutkiej Tamary łzy na nowo popłynęły jej po policzkach.

– Już tak nie rozpaczaj, Kasieńko… – Igor ujął lodowato zimną dłoń żony i na moment przytulił do swego gładko ogolonego policzka. – Taka jest kolej rzeczy. Mama dożyła pięknego wieku i poszła na spotkanie ze swoim mężem. Teraz obydwoje będą czuwać nad tobą i chłopcami. – Zdawał sobie sprawę, że te słowa nie ukoją bólu po stracie matki, ale nic więcej dla Katarzyny nie mógł zrobić. Wiedział, że czas i tę ranę zaleczy. On już zdążył zapomnieć, jak bardzo cierpiał po śmierci swoich rodziców.

– Wiem, wiem… – bąknęła Katarzyna i osuszyła łzy chusteczką.

Spojrzała z wdzięcznością na męża. Posrebrzone siwizną krótko obcięte, lecz wciąż gęste włosy, śniada cera oraz grube kreski zmarszczek pod oczami, kiedy się uśmiechał, uczyniły go jeszcze bardziej atrakcyjnym, niż był za młodu. Jak ja go wciąż kocham, pomyślała.

– Ale będzie mi brakowało jej wiecznego gderania – tłumaczyła się ze swych łez. – Tego pouczania, co wypada, a co nie, że kto to widział nosić takie krótkie sukienki, że służba zrobiła się całkiem bezczelna, że przed wojną młodzież miała szacunek dla starszych, a nie to co teraz, że należy być zawsze przygotowanym na czarną godzinę, bo ona przychodzi, czy się tego chce, czy nie – dokończyła z melancholijnym uśmiechem na ustach.

Andrzej i Piotr, czując się nieswojo wobec śmierci, która po raz kolejny dotknęła ich rodzinę, w milczeniu zjedli owsiankę i podziękowawszy, wstali od stołu. Obaj chcieliby mieć to wszystko już za sobą. Zwłaszcza Piotr, nieznoszący tych wszystkich uroczystości rodzinnych, podczas których nic innego się nie robiło, tylko wspominało czasy, kiedy on, jego brat i kuzyni byli dziećmi. Wyciągano wówczas z szuflad albumy wypełnione zdjęciami i podając je z rąk do rąk, spierano się, kto do kogo jest podobny oraz kto w kogo wdał się z charakteru. A już do szewskiej pasji doprowadzały go zdjęcia, na których on był niemowlęciem.

„Jaki z ciebie był uroczy bobas!” – zawsze w takich chwilach wołała kuzynka Mila, śmiejąc się do rozpuku. Swoje zdjęcie, na którym uśmiecha się szeroko, nie mając przednich zębów, wykradła z albumu, podarła na kawałeczki i wrzuciła do pieca.

Andrzej miał więcej szczęścia, jak myślał, bo kiedy on przyszedł na świat, rodzice jeszcze nie mieli aparatu fotograficznego.

– Pójdę po dorożkę – oświadczył Piotr i stukając wysokimi oficerkami po parkiecie, wypucowanymi przez Helę na błysk, wyszedł z jadalni.

Jak znowu będą wywlekać zdjęcia, na których leżę z gołym tyłkiem na futerku, to wyjdę i już nigdy więcej do Porętowa nie pojadę, obiecał sobie solennie. Jeszcze wówczas nie wiedział, że te kompromitujące go, jak myślał, zdjęcia podczas rewizji brudnymi buciorami podepczą sowieccy żołnierze.

Jakiś czas później fiakier zatrzymał dorożkę w pobliżu wysokiego ogrodzenia otaczającego kościół pod wezwaniem Grobu Bożego i Jakuba Mniejszego w Miechowie. Ale o tym drugim tytule, dodanym podczas konsekracji kościoła na początku XIX wieku, wiedziała tylko garstka mieszkańców, tych bardziej zainteresowanych historią swego miasta. Reszta i przyjezdni używali krótszej nazwy. Wzdłuż ulicy stało już kilka powozów i wasągów, którymi mieszkańcy Miechowa i okolicznych folwarków przybyli odprowadzić na miejsce wiecznego spoczynku Agnieszkę Rawecką, wdowę po Pawle Raweckim, do wybuchu wojny prowadzącym w miasteczku introligatornię i księgarnię, a po śmierci swego ojca, Andrzeja Jaxa-Raweckiego – odziedziczony po nim folwark w Porętowie. Obydwaj już spoczywali w rodzinnym grobowcu na miechowskim cmentarzu. Teraz miała do nich dołączyć Agnieszka. „Tak się za nimi stęskniłam” – szepnęła, zanim wydała ostatnie tchnienie.

Jak to życie szybko upływa, pomyślała z żalem Katarzyna, zanurzywszy się w chłodnym wnętrzu kościoła, prześwietlonym promieniami słońca wpadającymi przez wysoko pod sklepieniem umieszczone okna. Jego bogaty barokowy wystrój wydał jej się niestosowny na taką smutną okoliczność jak pogrzeb, ale kościół Świętej Barbary, stojący w obrębie cmentarza i pełniący w ubiegłym wieku funkcję kaplicy, spłonął jeszcze podczas powstania styczniowego i nikt go do tej pory nie odbudował. Idąc środkową nawą, Katarzyna zauważyła, że większość miejsc zdążyli już zająć bliżsi i dalsi znajomi. Spoglądali na nią ze współczuciem i zrozumieniem dla jej cierpienia. Ani się obejrzę, jak i ja będę leżała na tym katafalku, pomyślała ze smutkiem, spojrzawszy na spoczywającą w trumnie matkę, ubraną w czarną długą suknię, z białymi włosami skrytymi pod koronkowym czepcem.

Albin, ujrzawszy siostrę, wstał z ławki, aby się przywitać. Przez ostatnie lata stracił znaczną część swojej blond czupryny, której resztki, zaczesane do góry, odsłaniały wysokie czoło i policzki ogorzałe od słońca. Zarządzając folwarkiem w Porętowie, większość dnia spędzał na świeżym powietrzu. Nadal też chętnie jeździł konno, a brak ręki, urwanej przez szrapnel podczas wojny, uzupełnił zgrabną protezą.

– Witaj, siostrzyczko – zwrócił się do Katarzyny i ucałował ją w obydwa policzki. – To już my całkiem sieroty – oświadczył łamiącym się głosem.

Siedząca w ławce jego żona Marynia po raz kolejny wybuchnęła szlochem i przysłoniła usta chusteczką mokrą od łez. Po urodzeniu trójki dzieci roztyła się i już w niczym nie przypominała smukłej dziewczyny o kasztanowych warkoczach, którą Albin przywiózł pod koniec wojny z Sadagóry. Jedynie jej szmaragdowe oczy wciąż pełne były blasku i radości życia. Takie same miała siedząca obok niej ich córka Emilia, zwana przez wszystkich Milą. Również kolor włosów odziedziczyła po matce, podobnie jak jej młodszy brat, dziesięcioletni Robert, na którego wszyscy w rodzinie wołali Bobek, co doprowadzało go do wybuchów złości.

– A siostra Benedykta nie przyjechała? – Katarzyna obrzuciła badawczym spojrzeniem ławkę, w której siedzieli jej krewni.

Dopiero po chwili przez łzy dostrzegła w drugim rzędzie wciśniętą w kąt siostrę swego ojca, cioteczkę Lalę, dożywającą swych dni w klasztorze krakowskich albertynek. Siedziała skulona w sobie, drobna i zasuszona, ginąc w fałdach czarnego habitu ozdobionego krzyżem z pasyjką. Kościstymi palcami przesuwała drewniane koraliki różańca, szepcząc zwiędłymi ustami modlitwy. Katarzyna usiadła tuż obok niej i delikatnie, jakby zakonnica była z porcelany, wsunęła jej rękę pod ramię. Kiedy zabraknie Lali, ja będę najstarsza w naszym rodzie, pomyślała z przerażeniem. Od jakiegoś czasu panicznie się bała starości, choć dopiero skończyła czterdzieści dwa lata, prawie nie miała zmarszczek, a te kilka siwych włosów na skroniach nie rzucało się w oczy. Igor z synami zajęli pozostałe miejsca. Już po chwili szmery ucichły i za stołem pełniącym funkcję ambony stanął ksiądz. Jeszcze nie zdążył otworzyć ust ani złożyć rąk do modlitwy, gdy w grobowej ciszy, która nastała, rozległo się skrzypienie drzwi i już po chwili, stukając obcasami wysokich oficerskich butów, z cicha pobrzękując szablą u boku, środkiem nawy wprost ku otwartej trumnie zmierzał wysoki młody mężczyzna ubrany w galowy mundur kawaleryjski. W jednej ręce trzymał zdjętą z głowy rogatywkę, a w drugiej bukiet pąsowych róż.

– Rany boskie… – szepnęła Katarzyna i boleśnie wpiła palce w ramię ciotki Lali. – Mój brat Cezary wstał z grobu i przyszedł na pogrzeb naszej matki…

Rozdział 2

Kiedy młody mężczyzna złożył kwiaty u podnóża katafalku i zajął miejsce w ławce obok Albina, dopiero wówczas Katarzyna go poznała. Był to jej bratanek, urodzony tuż po zakończeniu wojny. Na życzenie Agnieszki otrzymał imię jej syna, Cezarego, poległego podczas szarży na rosyjskie okopy. Albin i Marynia nie byli zachwyceni jej pomysłem. „Jeszcze gotów zginąć tak samo tragicznie!” – argumentowali, ale Agnieszka pozostała nieugięta. Na wszelki wypadek, aby nie kusić licha, wołali na syna Czarek. Chłopiec jednak już od dziecka wykazywał niezwykłe podobieństwo do Cezarego. W szkole były z nim same kłopoty. Zadziorny jak kogut, wdawał się w bójki z synami endeków i z każdym, kto negatywnie wypowiadał się o Piłsudskim. Zbierał wszelkie pamiątki z nim związane i nie chciał chodzić do kościoła, co wzbudziło w rodzicach obawy, że także zostanie socjalistą. Nauczyciele nie dawali sobie z nim rady, więc Raweccy wysłali pierworodnego do szkoły z internatem w Częstochowie, gdzie w końcu zdołał zdać maturę. Grom z jasnego nieba spadł na nich, gdy postanowił wstąpić do podchorążówki. „Idzie w ślady swego stryja – rozpaczała Maryla. – Mówiłam, że tak będzie, ale twoja matka musiała postawić na swoim!” Albin jednak w skrytości ducha liczył, że z powodu niesubordynacji i niesłuchania rozkazów syna ze szkoły wojskowej wkrótce usuną. I nagle się okazało, że właśnie armia była tym, czego potrzebował. Zbierał same pozytywne oceny, podchorążówkę ukończył z wyróżnieniem i wstąpił do pułku ułanów. Z wyglądu bardzo przypominał poległego na wojnie stryja. Ta sama smukła sylwetka, popielate włosy i żywe spojrzenie szaroniebieskich oczu. Nawet tembr głosu miał podobny. Nic zatem dziwnego, że był ukochanym wnukiem babci Agnieszki i dziadka Pawła. I on tę miłość szczerze odwzajemniał. Potrafili godzinami rozprawiać o Pierwszej Kadrowej, która z początkiem wojny weszła do Miechowa, o Piłsudskim i jego zasługach, jakby Agnieszka całkowicie zapomniała, że kiedyś to właśnie marszałka obwiniała o śmierć pierworodnego syna i kalectwo drugiego. Kiedy do pułku Czarka dotarł telegram zawiadamiający o śmierci babci Agnieszki, chłopak nie potrafił powstrzymać łez.

W asyście kościelnych dzwonów pogrzebowy karawan zaprzężony w parę karych koni ruszył ulicami Miechowa w stronę cmentarza znajdującego się u wylotu z miasta. Tuż za nim podążał kondukt żałobników ubranych na czarno. Ci z przodu dzielnie wtórowali księdzu gromkim głosem śpiewającemu: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej wieczne spoczywanie”. Ci bliżej końca szeptem prowadzili rozmowy luźno związane z uroczystością, w której uczestniczyli. Liczni przechodnie mijający kondukt przystawali i z nabożną czcią kreślili na piersiach znak krzyża, po czym szepnąwszy cicho: „Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie”, ruszali w swoją stronę. Już zdążyli przywyknąć do mniejszych lub większych konduktów żałobnych wędrujących przez miasto. Lata mijały, a kaplicy cmentarnej nikt nie miał zamiaru odbudować. Nie spodziewali się, że dojdzie do tego dopiero w czasach, kiedy w Polsce rządzić będą komuniści. Zanim kondukt dotarł na cmentarz, repertuar pieśni żałobnych się wyczerpał. W nomen omen grobowej ciszy wszyscy się przeciskali pomiędzy stłoczonymi nagrobkami, aby dotrzeć do rodzinnego grobowca Jaxa-Raweckich. Jeszcze tylko ksiądz wygłosił ostatnie pożegnanie, wyrywając z piersi Katarzyny kolejny szloch, jeszcze tylko rodzinie zmarłej złożono wyrazy współczucia i uczestnicy smutnej ceremonii w poczuciu dobrze spełnionego chrześcijańskiego obowiązku poczęli się rozchodzić do swych domów.

– Dużo osób przyszło pożegnać mamę – stwierdziła Marynia, której łzy już zdążyły całkowicie obeschnąć, gdy w końcu cała rodzina dotarła do Porętowa i zasiadła za stołem w jadalni. – Nawet państwo Łubieńscy z Kazimierzy Wielkiej się pofatygowali. Tylko Maciejewskich z Poznania jak zwykle zabrakło – dodała z przekąsem.

– Był nawet Drogosz – głosem zapowiadającym nie lada sensację oznajmił Albin, zwracając się do Katarzyny. – Gapił się na ciebie jak sroka w gnat – dodał po chwili, zerkając na Igora, lecz szwagier zajęty był rozmową z Czarkiem na temat roli kawalerii we współczesnej armii. Chyba doszło między nimi do różnicy zdań, bo młody Rawecki aż dostał wypieków na twarzy.

– A cóż to za jeden? – zdziwiła się Katarzyna i rozłożyła sobie serwetę na kolanach, aby nie poplamić sukni. Nie będę przecież szyć nowej, jak cioteczka Lala pomrze, pomyślała. Sądząc z wyglądu zakonnicy, jej dni były już policzone.

– Nie pamiętasz? – w głosie Albina dało się słyszeć zdziwienie. – Przecież to syn tego aptekarza z Miechowa, za którego rodzice chcieli cię wydać za mąż. Pod pretekstem choroby, zanim wybuchła wojna, rodzina wywiozła go do Zakopanego. Chyba teraz gorzko żałuje tego kroku, sądząc po wyglądzie jego małżonki. Typowa pani Twardowska – dorzucił żartem.

– Ach, Ksawery… – Katarzyna machnęła ręką. Mój Boże, pomyślała, minęło dopiero dwadzieścia parę lat, a wydaje się, jakby to było przed wiekami. – Co u niego? – spytała z pozornym zainteresowaniem. Tak naprawdę nawet nie pamiętała, jak ten Ksawery wyglądał.

– Przejął aptekę po ojcu, ożenił się i ma sześcioro dzieci – relacjonował Albin.

– Widać aż taki chorowity nie był – ze śmiechem skomentował Igor, do którego dotarła treść rozmowy i poczuł lekkie ukłucie zazdrości.

– Nasz świętej pamięci ojciec robił wszystko, aby Kasia nie wyszła za ciebie – Albin zwrócił się do siedzącego tuż obok szwagra i serdecznie poklepał go po ramieniu. – Ale od przeznaczenia się nie ucieknie… – dorzucił z nostalgią. – Chyba tatko przeżył szok, że Jan Kalita, za którego wydał córkę, to ty, carski dragon. Sprawiał wrażenie, jakby ci nigdy twych korzeni nie darował.

– No, niezupełnie tak to było – wtrąciła Katarzyna, uśmiechając się do wspomnień. – Tacy gapowaci nasi rodzice nie byli. Świeć, Panie, nad ich duszami – szepnęła, kreśląc na piersiach znak krzyża.

– A światłość wiekuista niechaj im świeci – dorzuciła siostra Benedykta. Z pozoru zatopiona w bogobojnych myślach, słyszała wszystko, o czym mówiono przy stole.

Oczy całej rodziny skierowały się na Katarzynę. Sprawa nazwiska Kaledinów i ich małżeństwa zawsze była tematem drażliwym, choć niezwykle interesującym, zwłaszcza dla młodszego pokolenia. Była to jedna z tak zwanych tajemnic rodzinnych, które na ogół na światło dzienne wychodzą po latach, gdy ci, których dotyczą, już spoczywają w grobach.

– Niech cioteczka nam opowie – poprosiła przymilnie Mila, a w jej szmaragdowych oczach błysnęła ciekawość. – To musi być bardzo romantyczna historia – westchnęła. Jej marzeniem była wielka miłość, taka do grobowej deski.

– O ile wojna może w ogóle być romantyczna – odparła Katarzyna. Nie wiedziała, jak wytłumaczyć, że ślub z Kobierskim musiał się odbyć, bo ona była w ciąży z Igorem, który już wyruszył na wojnę. Postanowiła ten fragment swego życiorysu pominąć. – Igor podczas wojny został ciężko ranny i stracił pamięć – opowiadała lekko speszona, czując na sobie spojrzenia całej rodziny. – Przybrał wówczas nazwisko Jan Kalita…

– Miałem wrażenie, że tak się właśnie nazywałem, zanim kula oberwała mi ucho – wtrącił Igor, nie spuszczając oczu z Katarzyny. Ale mi się śliczna żona trafiła, pomyślał.

– Walczył pod tym nazwiskiem z bolszewikami… – ciągnęła dalej Katarzyna.

– Prawie jak Kmicic – Andrzej, miłośnik powieści Sienkiewicza, wpadł jej w słowo.

– No, nie przesadzajmy. – Igor machnął ręką. – Przypomniałem sobie, kim jestem, jak zobaczyłem bestialsko zamordowaną ziemiańską rodzinę. Wówczas też sobie przypomniałem, że Kasia czeka na mnie w Sławucie.

– Razem zdołaliśmy uciec z ogarniętej rewolucją Rosji do odradzającej się Polski – Katarzyna wróciła do opowieści. – Okropnie się bałam, że tatko po raz drugi nie wyrazi zgody na nasz ślub. I wówczas Igor postanowił pozostać przy nazwisku Kalita, choć oznaczało to wyparcie się dyplomu wyższej uczelni wojskowej, co z kolei zamykało mu drogę do kariery w armii.

– No, chyba nie miało to aż tak istotnego znaczenia – wtrącił Czarek z grymasem niezadowolenia na twarzy i odgarnął kosmyk włosów spadający mu na czoło. – Przecież i tak była to rosyjska uczelnia.

– Wówczas wszyscy polscy oficerowie byli wykształceni, jak nie na rosyjskich, to na austriackich uczelniach. Polskich przecież nie było – syknął Albin, spoglądając z naganą na swego syna. Tak samo włosy odgarniał Cezary, przypomniał sobie brata i posmutniał na moment.

– Choć skończyła się wojna światowa, zaczęła się ta z bolszewikami – ciągnęła dalej Katarzyna ze wzrokiem utkwionym za oknem, skąd rozpościerał się widok na sad cały obsypany kwiatami. – Igor po naszym ślubie zaraz ruszył na front, a ja w Porętowie na niego czekałam.

– W końcu ktoś go rozpoznał czy jak? – Albin nie mógł się doczekać końca opowieści. Jeśli Kaśka ma zamiar opowiedzieć nam przebieg całej wojny, to do jutra nie skończy, zżymał się w myślach.

– Jakbyś zgadł! – Parsknęła śmiechem i zerknęła na Igora. Wsparty łokciami o stół, wpatrywał się w nią z uwagą. W jego oczach dostrzegła to samo uczucie, którym ją darzył przed laty. – Trafił do pułku, którym dowodził Anders. Wówczas w stopniu podpułkownika. Znali się jeszcze z armii carskiej i on od razu Igora rozpoznał. Początkowo powstało podejrzenie, że Igor jest bolszewickim szpiegiem. Dopiero sprowadzeni na świadków rotmistrz Królikowski oraz porucznik Grabowski opowiedzieli, jak Igor został ciężko ranny w walce z bolszewikami, tracąc pamięć, i jak razem z nimi przewędrował pół Rosji ogarniętej anarchią, dając dowód swego przywiązania do nowej ojczyzny. Z miejsca przywrócono mu stopień rotmistrza…

– Królikowski, teraz już generał, to postać znana – wtrącił Czarek i z uznaniem zerknął na Igora. Chyba źle go oceniłem, przemknęło mu przez myśl. – Miał wuj szczęście, walcząc u boku takiego oficera.

– A co na to wszystko babcia i dziadek? – Mila nie mogła się doczekać końca opowieści, aż ją policzki paliły. – Pewno szok przeżyli – zgadywała.

– Oni od razu Igora rozpoznali – Katarzyna machnęła ręką – ale chcieli zachować twarz, więc robili dobrą minę do złej gry. Cała intryga ujrzała światło dzienne, gdy na świat przyszedł Jędruś i trzeba go było ochrzcić. W dokumentach widniało jak byk nazwisko Kaledin. Kiedy im opowiedziałam, jak bestialsko zostali pomordowani rodzice Igora, jak mnie wyrwał z rąk bat’ki Jakowa, a ja bez użycia chloroformu, bo nie miałam, wyjęłam mu kulę z rany, bo inaczej by umarł, płakali jak bobry…

Katarzyna na moment przerwała opowieść, czując szczypanie łez pod powiekami. Mila chlipała i pociągała nosem, a Marynia ocierała oczy chusteczką. Jędrek i Piotr zerkali na ojca z podziwem, mając w głębi duszy pretensje, że nigdy wcześniej im tego wszystkiego nie opowiedział.

– Mam jednak pewne podejrzenia – ciszę przerwał Albin – że mama, a zwłaszcza tatko, czuli się mocno zawiedzeni, kiedy nie udało się odzyskać majątku ziemskiego Kaledinów, a sejm zniósł tytuły szlacheckie, przez co Igor przestał być hrabią.

– To Kaledinowie byli hrabiami? – spytał Andrzej i wymienili z Piotrem spojrzenia. Słowa stryja ich zaskoczyły. – To my też jesteśmy hrabiami? – dopytywał się rozbawionym głosem. – Panie hrabio… – Skłonił się przed Piotrem usłużnie. – Czy pan hrabia każe zaprzęgać do karety?

Obaj parsknęli śmiechem.

– Hrabiowie z gołymi tyłkami. – Igor im wtórował, śmiejąc się w głos. – Majątek najpierw rozgrabili bolszewicy, a na mocy traktu w Rydze przepadł ostatecznie, pozostając poza granicami Polski – dorzucił bez żalu, machnąwszy ręką. On i bez niego był szczęśliwy.

Gdy śmiechy ucichły, Katarzyna opowiadała dalej:

– Ten majątek nie był nam do niczego potrzebny. Jak wojna się skończyła, Igor trafił do sztabu pod rozkazy generała Rozwadowskiego. Dostaliśmy w Warszawie piękne mieszkanie na Saskiej Kępie, zaraz na świat przyszedł Piotruś, a ja miałam do pomocy służącą, a nawet nianię do dzieci.

– To skąd wujostwo wzięli się w Krakowie? – spytał zdziwiony Czarek. – W końcu co stolica, to stolica.

– Nie miałem nic do gadania – odparł Igor, wracając myślami do przeszłości. Nagle zdał sobie sprawę, że wciąż nosił w sobie żal do dowództwa. Przyszło mu na myśl, że poza innymi względami, nie darowano mu rosyjskich korzeni. – Dostałem przeniesienie, i basta. Jesteś oficerem, to wiesz. Nas obowiązuje rozkaz. Jakiś czas później przeszedłem w stan spoczynku.

– Ale to była swego rodzaju degradacja – drążył Czarek. – Czym sobie wuj zasłużył?

Pomyślał, że Igor dopuścił się malwersacji. Przypomniał sobie głośną aferę, w którą zamieszany był generał Rola-Żymierski. Zdefraudował pieniądze armii podczas zakupu masek przeciwgazowych.

– Można to nazwać degradacją – zgodził się Igor, choć on nie miał sobie nic do zarzucenia. – Wylądowałem w krakowskim garnizonie kawalerii. Czasami trzeba wybierać między honorem a karierą. Dla mnie zawsze ważniejszy był honor.

– To samo w swoim przemówieniu powiedział Beck. – Albin przypomniał sobie artykuł przeczytany wczoraj w gazecie. – Była to jego odpowiedź na żądania Ribbentropa…

– Któż to taki ten Ribbentrop? Jakiś nasz krewny? – spytała siostra Benedykta i przyłożyła dłoń do ucha, bo z wiekiem coraz gorzej słyszała.

– Minister spraw zagranicznych Rzeszy – wyjaśniła Katarzyna, pochylając się ku ciotce. – Niemiec! – dorzuciła głośniej, widząc, że ciotka otwiera usta, aby wyrwać się z kolejnym pytaniem.

Rozmowę przerwało wejście służącej, niemłodej już kobiety o obfitych kształtach, przepasanej nieskazitelnie białym fartuchem. Niosła przed sobą wazę wypełnioną rosołem z kury. Aromatyczny zapach świątecznego dania rozszedł się po jadalni i na chwilę oderwał uwagę członków rodziny od rozmowy o honorze.

– Najpierw gościom, moja Janowo – szepnęła Marynia do stojącej jak słup soli służącej.

Chwilowo awansowała na pokoje, zastępując swoją córkę, która właśnie urodziła dziecko.

– Smacznego – odezwał się Albin, bądź co bądź gospodarz.

Jeszcze parę lat temu do głowy by mu nie przyszło, że tak szybko folwark w Porętowie trafi w jego ręce. On był przecież w rodzinie Raweckich najmłodszy, poza kuzynami Jurą i Kolą, ale o nich wszelki słuch zaginął. Dziadek, ojciec, Cezary i Wiktor – wszyscy oni odeszli z tego świata zbyt wcześnie, pomyślał pełen smutku. Przez moment mieszał łyżką w talerzu, bezmyślnie obserwując pływające po wierzchu złociste oka tłuszczu, zanim westchnąwszy ciężko, zabrał się do jedzenia.

– Beck powiedział także, że od Pomorza odepchnąć się nie damy – dorzucił Czarek z pełnymi ustami. Jak zwykle jadł łapczywie, a krople tłustego rosołu kapały mu po brodzie.

– A to oznacza wojnę – wtrącił jakby od niechcenia Piotr, ładując pełną łyżkę do ust. Przepadał za rosołem z kury. Zwłaszcza takim, jaki gotowała jego matka. Bo ten podawany w garnizonie był zbyt wodnisty.

Nikt z członków rodziny, zajętych pałaszowaniem rosołu, nie zwrócił na jego słowa uwagi. Jedynie Igor w duchu przyznał synowi rację. Wojna wisiała na włosku, ale straszenie nie miało najmniejszego sensu. I tak uciec przed nią nie mieli szans.

– Nie powiedziałeś nam jeszcze, ojcze, dlaczego przenieśli cię do Krakowa – Andrzej wrócił do poprzedniego tematu. Bardziej go interesował niż rosół. Nagle zdał sobie sprawę, że temat ów nigdy w domu nie był poruszany, jakby zaliczał się do wstydliwych albo stanowił swego rodzaju tabu.

Nauki babci Poli, aby nie mówić z pełnymi ustami, poszły w las, pomyślała Katarzyna z odrobiną żalu. Co chwilę ocierała usta serwetą, aby rosół nie kapał jej po brodzie.

– Ty i Piotr byliście jeszcze mali – Igor zwrócił się do Andrzeja, odkładając łyżkę na bok. – Ty, Czarku, też pewno tego nie pamiętasz. Kiedy skończyła się wojna, Polska z trudem dźwigała się z ruin, a politycy, jak to politycy. Każdy szarpał w swoją stronę…

– Wszystko przez to, że kobiety dostały prawa wyborcze – Albin wpadł Igorowi w słowo. – Nie potrafiły oddać głosu na właściwych ludzi i do sejmu dostała się hołota.

– Albin! – zawołała Katarzyna, nie kryjąc oburzenia. Aż łyżkę odłożyła na bok. – Co ty wygadujesz?!

– Sam Piłsudski mówił, że kobiety są za głupie, aby z tych praw korzystać – Albin obstawał przy swoim. Kopnięty pod stołem przez Marynię, opuścił wzrok na zawartość talerza i wrócił do jedzenia rosołu.

– To nawet do niego podobne – oznajmiła Katarzyna z dezaprobatą. – Ale nasz udział w wojnie – ciągnęła drżącym z emocji głosem, z wypiekami na twarzy – nawet z bronią w ręku, lata walki takich kobiet, jak Paulina Kuczalska-Reinschmit, Konopnicka, Nałkowska czy Bujwidowa, uświadomiły nie tylko Piłsudskiemu, ale też innym mężczyznom, że jesteśmy im równe…

– Pamiętam, jak w krótkim czasie po naszym ślubie – do dyskusji wtrącił się Igor, zaskoczony staroświeckimi poglądami Albina – zdesperowane kobiety poszły pod dom Piłsudskiego, pełniącego wówczas funkcję Naczelnika Państwa, i stukając parasolkami o bruk oraz w okna, domagały się rozmowy. Wyszedł do nich dopiero po kilku godzinach, jak już solidnie zmarzły. Ja bym nie wykluczał, że to pani Aleksandra, druga żona, będąca orędowniczką równouprawnienia kobiet, zdołała go namówić.

Katarzyna zerknęła na ciotkę, czy ta czasem nie zaoponuje, że Aleksandra zawróciła w głowie Piłsudskiemu i rozbiła jego małżeństwo, ale siostra Benedykta była całkowicie pochłonięta dolewaniem sobie rosołu. „Nie ma to jak dobry rosołek” – mamrotała pod nosem.

– Tak… – westchnął Albin. – To były ciężkie czasy. Nawet doszło do zamordowania prezydenta…

– Zastrzelił go malarz, Eligiusz Niewiadomski. Endek – swoją wiedzą pochwaliła się Mila i spiekła raczka.

Spojrzała na matkę, ale ta wyjątkowo nie zganiła jej wzrokiem. Chciała córkę wychować na dobrą żonę, która będzie rodziła dzieci, dbała o męża i zarządzała domem. Ale dziewczyny takie życie nie nęciło. Już postanowiła, że po maturze wybierze się do Krakowa na studia, choć jeszcze nie wiedziała na jakie. Liczyła, że Marcin Walczak, chłopak mieszkający w sąsiedniej wsi, wybierze się razem z nią. Tak przynajmniej obiecał, kiedy go ostatnio spotkała nad stawem.

– No i nie dziwota, że go ukatrupili – niespodziewanie znad pustego już talerza głosem pełnym oburzenia odezwała się ciotka Lala. – Przecież to Żydzi głosowali na Narutowicza.

Gdy poczuła na sobie karcący wzrok reszty rodziny, splotła dłonie na podołku i obracając w palcach koraliki różańca, zabrała się do odmawiania modlitwy.

– I to z tego powodu wujostwo przenieśli się do Krakowa? – spytał Czarek, rozczarowany wyjaśnieniami. Liczył na jakąś nie lada sensację, żeby móc się później w pułku pochwalić.

– No skąd! – prychnęła Katarzyna. – To przez ten przewrót.

– Nic nie rozumiem – zżymał się Czarek. – Jaki przewrót?

Andrzej zerknął na kuzyna z dezaprobatą. Cholerny piłsudczyk niby nic nie wie, przemknęło mu przez myśl. On i Piotr wiedzieli od ojca, o czym była mowa.

– Piłsudski wraz z częścią oficerów, niezadowolonych z sytuacji politycznej w kraju, ruszył w maju dwudziestego szóstego roku na Warszawę, żądając dymisji prezydenta Wojciechowskiego – opowiadał Igor. – Wojna domowa wisiała na włosku, bo reszta wojska pozostała wierna rządowi…

– Rozumiem, że wuj znalazł się wśród tych ostatnich – Czarek wtrącił z przekąsem. Dla niego Piłsudski był wzorem wszelkich cnót żołnierskich i genialnym wodzem.

– Prezydent powierzył funkcję obrońcy stolicy generałowi Rozwadowskiemu – Igor wrócił do opowieści, nie zwracając uwagi na miny swego młodego krewniaka. On w jego wieku też widział świat w czarno-białych barwach. – Należy przy tym pamiętać – ściszył głos, zdając sobie sprawę, że mówi o sprawach drażliwych – że między nim a Piłsudskim iskrzyło od dawna. Szczególnie od bitwy warszawskiej, gdzie właściwe dowodzenie sprawował generał, ale zasługi przypisano Piłsudskiemu…

– Moim zdaniem… – wtrąciła po raz kolejny ciotka Lala, wydymając z pogardą zwiędłe usta – ani ten bezbożnik Piłsudski, ani jakiś tam Rozwadowski nie pokonali bolszewików pod Warszawą…

– Tylko kto? – równocześnie spytali Piotr, Andrzej i Czarek.

Spojrzeli na zakonnicę, jakby się szaleju najadła, a nie rosołu z kury.

– Wszyscy wiedzą, że to za wstawiennictwem Matki Boskiej doszło do tego cudu – prychnęła ciotka Lala, z żalem zerkając na pustą już wazę po rosole. W klasztorze takich pyszności na co dzień nie jadała. – Przecież byli tacy, co widzieli jej wizerunek na niebie…

Igor uśmiechnął się pod nosem. On tam był i walczył. Żadnej Matki Boskiej nie widział. Widział natomiast wysoki kunszt dowódców i bezprzykładne bohaterstwo żołnierzy oraz błędy popełnione przez przeciwników. Ale nie miał zamiaru się spierać ze staruszką stojącą nad grobem. Tym bardziej że nie ona wymyśliła te opowieści o cudzie, lecz endecy, aby umniejszyć zwycięstwo swoich konkurentów politycznych.

– Chodziło też o wizję polskiej armii – Igor wrócił do opowieści, widząc skierowane na siebie zaciekawione spojrzenia synów i Czarka. Maryla i Emilia szeptały coś między sobą, mało zainteresowane polityką. – Rozwadowski stawiał na wojska pancerne, a Piłsudski na kawalerię…

– Co po czołgach i samochodach pancernych, jak nam przyjdzie bolszewików gonić! – zacietrzewił się Czarek, że ktoś śmiał podważać koncepcje marszałka. – Ugrzęzną w błocie i piachu na bezdrożach Rosji!

– Zaszarżujesz kawalerią na czołgi, jak na nas Niemcy najadą? – z jadowitym uśmiechem spytał Piotr. U niego w pułku szeptało się po katach, że utrzymanie koni kosztuje majątek, a za te pieniądze można by czołgi i armaty produkować.

Czarek już otwierał usta, aby wyjechać z kolejnym argumentem przemawiającym za skutecznością kawalerii we współczesnej armii, gdy do dyskusji stanowczym tonem wtrącił się Albin:

– Przestańcie się w końcu kłócić, bo nigdy się nie dowiemy, co skłoniło Igora i Kasię do wyjazdu z Warszawy!

Czarek i Piotr z nadętymi minami wrócili do jedzenia, a Igor ciągnął dalej:

– W obawie, że dojdzie do rozlewu krwi, prezydent zdecydował się złożyć rezygnację i wydał rozkaz zaprzestania walk. Piłsudski obiecał, że nie będzie zemsty na przeciwnikach. Mimo to ja i kilku innych oficerów, na przykład generał Anders, zostaliśmy na krótki czas internowani. Później aresztowano i osadzono w więzieniu generałów Rozwadowskiego i Zagórskiego, oskarżając ich o pospolite przestępstwa. Mnie odesłano do garnizonu w Krakowie, a kiedy osiągnąłem odpowiedni wiek, przeniesiono w stan spoczynku. Ot, i cała tajemnica – zakończył z uśmiechem.

Na chwilę w jadalni zapadła cisza. Nikt w rodzinie tych szczegółów nie znał. O tym, że Igor bardzo to przeżył, wiedziała jedynie Katarzyna. Armia była całym jego życiem.

– Zagórski? To ten, co niby zaginął bez wieści? – ciszę przerwał Albin. – Pamiętam, jak gazety się rozpisywały, że chyba uciekł. A co się stało z Rozwadowskim?

– Nie doczekawszy się procesu sądowego, został po roku z więzienia wypuszczony i wkrótce zmarł – wyjaśnił Igor. – Wówczas zaczęto przebąkiwać, że być może go otruto.

– Otruto? – prychnął Czarek, krzywiąc kpiąco usta. – Czego to przeciwnicy polityczni nie wymyślą! Przecież sekcja zwłok by to wykazała.

– Oczywiście – zgodził się Igor. – Ale armia nie wyraziła na nią zgody. Ponoć ściany celi, w której przebywał, pomalowano farbą z arszenikiem. Mówiło się też o posiekanym końskim włosiu dodanym do jedzenia.

Dalszą wymianę poglądów mniej lub bardziej prawdopodobnych na temat przyczyn śmierci Rozwadowskiego oraz tajemniczego zniknięcia Zagórskiego przerwało wejście służącej, która furkocząc wykrochmalonym fartuchem, wyniosła puste już talerze do kuchni, skąd dolatywał apetyczny zapach pieczystego.

– Jednakże… – Czarek, któremu słowa Igora nie dawały spokoju, wrócił do rozmowy – te wszystkie spory to jeszcze nie powód, aby człowieka pozbawić życia. A w zasadzie dwóch ludzi.

– Już wcześniej pojawiły się pogłoski, że Rozwadowski, jako generał w armii austriackiej, dowiedział się o czymś, co stanowiło plamę na honorze Piłsudskiego… – zaczął Igor, zdając sobie sprawę, że porusza się po grząskim gruncie. Do zwolenników marszałka nie trafiały żadne argumenty i reagowali nerwowo.

– Z pewnością jakieś idiotyczne plotki rozsiewane przez zazdrośników! – oświadczył Albin stanowczym tonem. On do dziś pamiętał, jak do Legionów, właśnie z uwagi na Piłsudskiego, garnęli się młodzi chłopcy tacy jak on. I swe życie składali w ofierze.

– Jego nazwisko oraz nazwisko Walerego Sławka znajdowało się na liście tajnych konfidentów Austro-Węgier – dokończył Igor beznamiętnym tonem. Jego te informacje w zasadzie ani grzały, ani ziębiły. On na polityce się nie znał.

– Wielkie mi co – prychnął Albin i machnął ręką. Odetchnął z ulgą, że tylko o to chodziło. Przestraszył się, że padną takie słowa, jak „malwersacja” czy „łapówki”. – Strzelcy też byli finansowani przez Austriaków. A kto miał ich finansować? – żołądkował się coraz bardziej. – Przecież Polski nie było. Rosjanie też mieli swoich konfidentów i finansowali polskie oddziały. I kto jak kto, ale ty o tym wiesz najlepiej – zwrócił się do szwagra z pretensją w głosie.

– Racja – zgodził się Igor. – Ale ten fakt był i jest wykorzystywany przez przeciwników Piłsudskiego.

– Endeków – uściślił Czarek i wydął pogardliwie usta.

– Nie wiedziałem, że Piłsudski miał takie grzechy na sumieniu – odezwał się Piotr, w którego pułku nieżyjący już marszałek traktowany był jak świętość.

– I lepiej będzie, synu, abyś głośno na ten temat się nie wypowiadał – ostrzegł go Igor.

– A to z jakiego powodu? – Piotr spojrzał na ojca ze zdziwieniem. On też na polityce się nie znał.

– Z powodu ochrony dobrego imienia Piłsudskiego – odparł krótko. – Za szkalowanie marszałka można trafić na pięć lat do więzienia. Nie wiedzieliście? – spytał, widząc niedowierzanie w niektórych oczach. – Kilka miesięcy temu pewnego dziennikarza, nazwiska już teraz sobie nie przypominam, który w artykule prasowym nazwał Piłsudskiego, choć nie wprost, kabotynem, pobito do nieprzytomności, a w sejmie w tempie ekspresowym napisano i uchwalano ustawę…

Wejście służącej z półmiskami, na których parowały zrazy zawijane z kaszą perłową, odwróciło uwagę wszystkich od polityki. Zabrali się ochoczo do jedzenia, nie mogąc się nachwalić zdolności kulinarnych kucharki. Poprzez szum rozmów o zmianach, jakie nastąpiły w wyniku wojny, o rządach sanacji, która miała uzdrowić, a chyba nic nie uzdrowiła, o wprowadzanych reformach, obozie w Berezie Kartuskiej, nowej konstytucji, której Piłsudski nie doczekał, o dalekosiężnych planach rządu dawał się słyszeć delikatny brzęk sztućców i bulgotanie kompotu wlewanego z dzbanka do szklanek. Przez uchylone okna do pokoju wpadał świergot ptaków, które z wiosną wróciły do Porętowa, aby tutaj jak co roku wydać na świat swoje potomstwo. Te wszystkie pstrokate dudki, remizy i pliszki wraz z całą chmarą pospolitych wróbli uwijały się w koronach drzew, buszowały po zaroślach, aby wyszykować gniazda.

Katarzyna nagle straciła apetyt. Odsunęła od siebie talerz i ogarnęła wzrokiem rodzinę siedzącą za stołem, jakby chciała ich wszystkich policzyć. Wciąż miała w pamięci gwar, którym przed laty rozbrzmiewał dwór w Porętowie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielu spośród nich zabrała wojna. I oto teraz ona z Albinem pełnią funkcję, którą zaledwie dwadzieścia lat temu pełnili dziadek Andrzej i babcia Pola. Czyżbym już była taka stara? – pomyślała z przerażeniem. Przecież ja nawet wnuków nie mam…

– Jeśli wybuchnie kolejna wojna, to całkiem zmiecie naszą rodzinę z powierzchni ziemi. Nikt się już nie uchowa… – oznajmiła nagle grobowym głosem.

Gwar rozmów ucichł jak nożem uciął i spojrzenia wszystkich skierowały się wprost na Katarzynę. Poczuła się nieswojo. Chyba przesadziłam, pomyślała, uśmiechając się niepewnie. Marynia zamarła z widelcem zmierzającym do ust.

– Przecież jedna wojna dopiero co się skończyła – bąknęła, wkładając do ust kawałek mięsa. – Chyba ludzie nie są tacy głupi, aby wciąż nowe wojny wywoływać? – spytała w zasadzie retorycznie, bo na tak postawione pytanie nikt nie znał odpowiedzi. Wyobraziła sobie swych synów leżących martwych w okopach.

– Oj, Kasiu! Co ty jakaś Pytia delficka jesteś, że wieszczysz nam same tragiczne wydarzenia? – obruszył się Albin i zaczął zawzięcie kroić roladę nożem, jakby to ona za wszystko ponosiła odpowiedzialność.

– To może powinniśmy jednak stąd wyjechać? – spytała Maryla głosem pełnym niepewności i powiodła po rodzinie bezradnym spojrzeniem.

– A dokąd, Maryniu, ty chcesz wyjechać? – Katarzyna zerknęła na szwagierkę z odrobiną politowania. – Ja już raz uciekałam przed wojną i zawsze wpadałam z deszczu pod rynnę. – Westchnęła ciężko, przypomniawszy sobie to wszystko, przez co musiała przejść. – Przeznaczenia nie unikniesz – dorzuciła filozoficznie na koniec.

– Jaka wojna? O czym ciocia mówi? – żachnął się Czarek. – Nieodpowiedzialni politycy straszą społeczeństwo wojną, a przecież Hitler nie waży się nas zaatakować – oświadczył przekonany do swoich racji. – A jeśli nawet, to Niemców pokonamy w dwa tygodnie.

Z emocji rozpiął wysoki kołnierz kurtki mundurowej. Rozgrzał go też rosół. Jednak w gruncie rzeczy wolałby, aby nie trzeba było przekonywać niedowiarków, jak silna, zwarta i gotowa jest polska armia. Na jesieni miał wziąć udział w międzynarodowych zawodach hippicznych, a to było to, co w kawalerii podobało mu się najbardziej.

– Ale traktat o nieagresji Niemcy nam wypowiedzieli – sceptycznie wtrącił Piotr. U niego w podchorążówce o niczym innym się nie mówiło, jak o wybuchu wojny. Ponoć w pułkach już trwała mobilizacja kartkowa.

– Kochani… – Igor uciął rozkręcającą się na nowo awanturę. – Sytuacja nie jest wesoła – zaczął śmiertelnie poważnym tonem i serwetą starł sobie z ust resztki sosu. – Niemcy zażądali od Polski zwrotu Gdańska i zgody na budowę eksterytorialnego korytarza biegnącego przez nasze Pomorze do Prus Wschodnich. – Powiódł spojrzeniem po rodzinie. – Jeśli nawet nasz rząd wyrazi na to zgodę – na moment zrobił pauzę – Hitler wysunie kolejne żądania. To są przecież tylko preteksty, aby doprowadzić do wojny.

Milcząca cały czas Mila uważnie przysłuchiwała się rozmowie. Od dziecka karmiono ją opowieściami o tych wszystkich bombardowaniach, przemarszach wojsk, tysiącach zabitych i rannych żołnierzy. Jeśli ta wojna wybuchnie, zostanę sanitariuszką jak mama, zadecydowała w myślach. Oczyma wyobraźni widziała siebie w białym fartuchu ozdobionym czerwonym krzyżem, jak z torbą medykamentów biega po polu walki, opatrując rannych.

– Żądać sobie Niemcy mogą – wtrącił Czarek z pewną siebie miną. – Nie tylko nie oddamy całej sukni, ale nawet guzika nie damy! – oświadczył stanowczym tonem i niewiele brakowało, a byłby palnął pięścią w stół.

– Ty to wymyśliłeś, Czarku? – spytał Andrzej, spoglądając na kuzyna ze zdziwieniem.

Pamiętał go z dzieciństwa jako niezłego rozrabiakę o ułańskiej wręcz fantazji, ale niezdolnego do takich zgrabnych bon motów. Trochę zazdrościł bratu i kuzynowi wiedzy wynoszonej z koszar, tajemnic zdradzanych przez zwierzchników. On, jako cywilbanda, wiedział tylko tyle, co napisały gazety. A tam dziennikarze zachwycali się siłą polskiej armii, a nade wszystko geniuszem wodza naczelnego.

– To powiedział Rydz-Śmigły podczas ostatniej wizytacji w naszym pułku – odparł Czarek. Był zauroczony marszałkiem Rydzem, którego na swego następcę namaścił Piłsudski. – O słabości polskiej armii plotki rozpowiadają nasi wrogowie – dodał stanowczym tonem.

– Skoro tak mówisz, to pewno masz rację – odparł pojednawczym tonem Igor, choć miał odmienne zdanie. Nie chciał jednak wszczynać kłótni w dniu pogrzebu swojej teściowej, na dodatek z żółtodziobem, który jeszcze nigdy prochu nie powąchał, ale jego pewność siebie działała mu na nerwy. – Mnie też kiedyś dowództwo wmawiało, że ojczyzna jest świetnie do wojny przygotowana, a skończyło się, jak się skończyło – dorzucił po chwili i wstał od stołu. Sięgnął do kieszeni spodni po papierosy i stukając oficerkami po drewnianej modrzewiowej podłodze, wyszedł z jadalni.

Andrzej i Piotr, podziękowawszy za posiłek, zerwali się z krzeseł i pobiegli na poszukiwanie ojca. Bardziej jemu ufali niż Czarkowi, który od dziecka lubił wszystkimi dyrygować, choćby z tego powodu, że był spośród nich najstarszy. Zastali Igora spacerującego po sadzie pomiędzy drzewami, które już zdążyły się pokryć białymi obłokami kwiatów, zapowiadającymi urodzaj owoców. Rześkie wiosenne powietrze przyjemnie chłodziło im policzki, rozgrzane gorącym posiłkiem i nerwową atmosferą panującą przy stole.

– Ojcze… – zaczął Andrzej, podchodząc bliżej. – Powiedz nam, ale tak szczerze, bez owijania w bawełnę. Czy wojna wybuchnie?

Piotr nie musiał o to pytać. Atmosfera oczekiwania panująca w podchorążówce udzieliła się i jemu, choć wojny nie pragnął.

Igor zatrzymał uważne spojrzenie na twarzach swych synów. Po chwili sięgnął do kieszeni i poczęstował ich papierosami. Przez chwilę się certolili, krępując się palić przy ojcu. Igor uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Jesteście już dorośli – powiedział z odrobiną dumy i żalu jednocześnie, że czas tak szybko minął. – Ja w waszym wieku też już paliłem.

Ośmieleni słowami ojca wsunęli sobie po papierosie do ust, a Igor podał im ogień.

– To co z tą wojną? – Andrzej powtórzył pytanie. Na dnie jego duszy zrodził się lęk, że wojna może jego życie przewrócić do góry nogami, czy będzie tego chciał, czy nie.

– Ja mam wrażenie, że sprawa już przesądzona – wyrwał się Piotr.

– Nie do końca, synu – odparł Igor. – Jeśli spojrzysz uważnie na mapę Europy, to zauważysz, że istnieje tylko jedna siła zdolna powstrzymać Hitlera…

– Sowieci – odgadł Piotr.

Igor spojrzał na syna z uznaniem. Czegoś w tej podchorążówce jednak go nauczyli, pomyślał z zadowoleniem.

– Od Stalina zależy, czy wojna wybuchnie już, czy za jakiś czas – ciągnął dalej Igor.

– Pisano w gazetach, że mamy ze Związkiem Sowieckim pakt o nieagresji – odezwał się Andrzej, chcąc też ojcu zaimponować rozeznaniem w temacie, choć studiował medycynę i nie przeszedł szkolenia wojskowego.

– Dzisiaj nastały takie czasy, że wszelkie pakty i umowy nie są warte nawet funta kłaków – tłumaczył Igor, nie spuszczając z synów uważnego spojrzenia. – Zwłaszcza dla takich ludzi jak Hitler i Stalin. Oby nasi sojusznicy nas nie zawiedli – dorzucił bez większej nadziei. Oddałby wiele, aby do wojny nie doszło, ale zdawał sobie sprawę, że zwykli ludzie w tych sprawach nie mieli nic do powiedzenia, choć to oni później ginęli.

– Przecież Rosja to olbrzymi kraj – Piotrowi przypomniały się słowa, które nieraz słyszał od swoich przełożonych – i żadnych dodatkowych terenów nie potrzebuje…

– Gadasz, jakbyś się nie uczył historii – Andrzej zwrócił się do brata, rad, że go złapał na niewiedzy. – Gdyby tak było, jak mówisz, do rozbiorów by nie doszło.

– Jak zwykle musisz się wymądrzać – burknął Piotr pod nosem. Nie chciał się kłócić z bratem, którego nie wiadomo kiedy znowu zobaczy. Tej nocy miał koszmarny sen, że już nigdy się nie spotkają.

– Jeśli wybuchnie wojna… – Andrzej zwrócił się do ojca, puszczając słowa Piotra mimo uszu, bo on też daleki był od kłótni – pójdziesz walczyć?

– To mój obowiązek – odpowiedział Igor, starając się, aby w jego głosie nie było niepotrzebnego patosu. – Mój i Piotra. Obawiam się jednak, synu, że na ciebie spadnie o wiele trudniejsze zadanie.

Jakie, bał się nawet pomyśleć.

Rozdział 3

Piotr Kaledin, świeżo upieczony podporucznik artylerii konnej, otrzymawszy od swego dowódcy zgodę na złożenie wizyty znajomym, mieszkającym w osadzie wojskowej leżącej nad Styrem, zaledwie trzy kilometry od Łucka, wskoczył na siodło i poganiając konia szpicrutą, ruszył galopem w stronę Boratyna. Sierpniowe niedzielne popołudnie sprzyjało lenistwu mieszkańców wsi. Z pól już uprzątnięto snopki pszenicy i żyta, a ziemię zaorano. Krowy z pełnymi wymionami snuły się po nadrzecznych łąkach w poszukiwaniu odrobiny chłodu, skrytego w cieniu gęstych zagajników. Gałęzie drzew w przydomowych sadach uginały się pod ciężarem dorodnych jabłek i gruszek, a pszczoły znosiły do uli kwiatowe pyłki kwitnących właśnie wrzosów.

Do pobudowanego z dala od reszty wsi dworu o wysokim czterospadowym dachu i pomalowanych na biało ścianach wiodła szeroka gruntowa droga. Gdy Piotr z daleka ujrzał budynek, osadził konia i zeskoczył z siodła. Z munduru polowego, który miał na sobie, otrzepał przydrożny kurz i chustką do nosa wyglansował skórzane wysokie buty. Poprawił na głowie furażerkę i kiedy doszedł do wniosku, że już nic więcej nie jest w stanie zrobić, aby doprowadzić się do porządku po ćwiczeniach, wskoczył na siodło i stępa ruszył w stronę szeroko otwartej bramy, wiodącej na dworski podjazd. Już po chwili zobaczył na kolumnowym ganku dziewczynę o ciemnych włosach, przyciętych do wysokości ucha, z grzywką sięgającą dość szerokich brwi. Siedziała w wiklinowym bujanym fotelu. Usłyszawszy tętent końskich kopyt, podniosła wzrok znad leżącej na jej kolanach książki, którą czytała od godziny.

Gdy ujrzała zbliżającego się jeźdźca w mundurze i z szablą u boku, zerwała się z miejsca i z naturalnym wdziękiem, jaki posiadają tylko młode dziewczęta, zbiegła ze schodów, wychodząc mu naprzeciw. Prosta kremowa sukienka, zapinana na rząd guzików od dołu do góry, odsłaniała jej jędrne łydki i opalone ramiona, świadczące o zdrowym stylu życia, jaki wiodła. Na wiosnę zdała maturę i od jesieni miała podjąć pracę nauczycielki w sąsiedniej wsi. Podporucznika Piotra Kaledina poznała trzy tygodnie temu, na balu zorganizowanym przez pułk kawalerii, mający swój garnizon w Łucku. Nie tylko okazał się wyśmienitym tancerzem, ale także potrafił bawić wszystkich interesującą rozmową. Szczególnie opowieść o koniu dowódcy pułku przypadła jej do gustu. Ponoć zwierzę znało regulamin lepiej niż niejeden młody ułan. Gdy koń się zestarzał, został wciągnięty na listę zasłużonych, przyznano mu dożywotnią rację żywnościową i nie sprzedano, jak to miało miejsce w wypadku innych koni. W dniu święta pułku udekorowano go specjalnym odznaczeniem, a gdy stracił wszystkie zęby, karmiono gniecionym owsem i rozmoczonym chlebem. Nigdy bym się nie spodziewała, że kawalerzyści są tak bardzo uczuciowo związani ze swoimi końmi, pomyślała wówczas, nie spuszczając zachwyconego spojrzenia z orzechowych oczu ułana. Skoro konie tak kochają, to co dopiero kobiety, westchnęła rozmarzona. Uszyta na miarę zielonkawa kurtka mundurowa oraz granatowe szasery z lampasami leżały na nim nienagannie, a nogi, obute w lakierowane sztyblety z posrebrzanymi skuwkami, wbrew obiegowej opinii miał wyjątkowo długie i proste jak świeca.

– Dzień dobry, Celinko! – zawołał, zgrabnie zeskakując z siodła.

Na widok fiołkowych oczu dziewczyny, ocienionych czarnymi rzęsami, poczuł dziwne ciepło na sercu i oblizał usta, które mu nagle wyschły. Rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu dogodnego miejsca, gdzie mógłby na czas wizyty zostawić swego wierzchowca.

– Dzień dobry… – odpowiedziała nieco speszona niezapowiedzianą wizytą. Gdyby wiedziała, włożyłaby coś bardziej odpowiedniego na to spotkanie. Energicznym ruchem wygładziła fałdy sukienki w obawie, że się pogniotła podczas siedzenia w głębokim fotelu. – Zaprowadź konia do stajni, Janku – zwróciła się do swego brata, wyrostka jedenastoletniego, który wyskoczył jak spod ziemi i bezceremonialnie obmacywał ułańską szablę podporucznika. Czekaj, smarkaczu, pomyślała ze złością, za to szpiegowanie spuszczę ci wieczorem manto. – A ciebie zapraszam do domu. – Wzięła Piotra za rękę i pociągnęła w stronę schodów wiodących na ganek. – Zaraz podadzą podwieczorek. Nasza Nadia upiekła pyszną szarlotkę – trajkotała jak najęta, aby pokryć zakłopotanie. Zerkała przy tym raz po raz w oczy chłopaka, szukając w nich potwierdzenia, że nadal się mu podoba, choć miała na sobie zwykłą, codzienną sukienkę.

– Mamo, tato – zwróciła się do rodziców, którzy właśnie toczyli ożywioną rozmowę na tematy gospodarcze, siedząc w salonie w wygodnych fotelach rozdzielonych okrągłym stoliczkiem nakrytym koronkową serwetą, dziełem rąk pani domu. – Pozwólcie, że wam przedstawię pana podporucznika Piotra Kaledina.

Ojciec dziewczyny, mężczyzna o szpakowatych włosach i bujnym wąsie pod dość wydatnym nosem, uniósł się z fotela i rozciągając usta w uśmiechu, sprężystym krokiem podszedł do Piotra, stojącego w postawie zasadniczej z furażerką w dłoni. Uważnym wzrokiem obrzucił elementy jego munduru, a zwłaszcza czerwono-czarne proporczyki na patkach kołnierza kurtki mundurowej.

– Bardzo nam miło, panie oficerze – odezwał się, wyciągnąwszy w kierunku młodego Kaledina rękę. Dłoń miał silną i twardą, świadczącą o pracowitości i otwartym charakterze. – Henryk Tarnowski jestem, a to moja małżonka, Janina.

Tarnowska leniwym ruchem podała Piotrowi kościstą dłoń do ucałowania. Ozdabiała ją jedynie prosta ślubna obrączka, co świadczyło, że pani Janina wzorem innych nastawionych patriotycznie pań swoją biżuterię już oddała na fundusz uzbrojenia żołnierza polskiego. Gdyby nie siateczka drobnych zmarszczek wokół piwnych oczu i pasma siwizny w ciemnych włosach, kręconych za sprawą wiecznej ondulacji, okalających jej trójkątną twarz, można by pomyśleć, że to nie matka, lecz siostra Celiny, tak były do siebie podobne.

– A tak konkretniej, to w której dywizji pan podporucznik służy, a? – ciekawie dopytywał się Tarnowski, raz po raz podkręcając wąsa.

– W 2. dywizjonie artylerii konnej z Dubna – odparł Piotr, prężąc pierś, jakby meldował się dowódcy. Miał wobec Celiny poważne zamiary, a teść to prawie to samo co dowódca. – Łuck jest miejscem koncentracji Wołyńskiej Brygady Kawalerii, do której dywizjon przynależy.

– Proszę usiąść, panie oficerze – Tarnowska zwróciła się do Piotra, obrzucając go jednocześnie taksującym spojrzeniem. Nawet dość przystojny, pomyślała. Tylko ten grymas twarzy, jakby był niezadowolony… – Celinka dużo nam o panu opowiadała. Pochodzi pan z Krakowa, czyż nie? – spytała.

– W Krakowie mieszkamy od wielu lat – odparł podporucznik, siadając na kanapie.

Celina zajęła miejsce tuż obok niego, sztywna jak kołek. Na tyle znała swoją matkę, aby się obawiać o przebieg tej wizyty. Tarnowska była typową snobką, na dodatek wścibską. Jeśli zapyta, ile zarabia oficer artylerii, spalę się ze wstydu, pomyślała, nie spuszczając z matki czujnego spojrzenia, gotowa w każdej chwili interweniować.

– Ale urodziłem się w Warszawie, podobnie jak mój ojciec. Pułkownik kawalerii w stanie spoczynku – dorzucił Piotr, zwracając się do ojca dziewczyny.

– No to my prawie rodzina! – ucieszył się Tarnowski i z radości klepnął się dłońmi po mocarnych udach. – Ba ja, musisz wiedzieć, kawalerze, jestem kapitanem rezerwy 44. Dywizji Strzelców Kresowych. Organizowałem tutaj, na Kresach, osadnictwo wojskowe i Związek Osadników Wojskowych. Nas, byłych żołnierzy, jest tutaj na Wołyniu kupa.

– A szanowna mamusia kawalera… – Tarnowska, nie czekając, aż Piotr się wypowie na temat osadnictwa kresowego, o którym zresztą nie miał zielonego pojęcia, wróciła do tematu bardziej ją interesującego. Skoro ona awansowała z kapitanowej na dziedziczkę, nie miała zamiaru oddać córki w ręce byle kogo. – Skąd mamusia pochodzi?

– Mama urodziła się w Miechowie. – Piotr odpowiadał zwięźle i krótko, niczym uczeń na ważnym egzaminie. Od pierwszego wrażenia zależało, czy go rodzice panny zaakceptują, czy nie. – Mam jeszcze starszego brata, który studiuje medycynę.

– Miechów, Miechów… – Janina zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć, gdzie to miasto mogło leżeć, ale bezskutecznie. Kiedy ona uczęszczała na pensję w Zduńskiej Woli, geografii Polski w szkołach nie nauczano.

– To miasteczko leżące w pobliżu Krakowa – Piotr przyszedł jej z pomocą. – Mama pochodzi z Jaxa-Raweckich z Porętowa. Folwarkiem zajmuje się wuj Albin.

Jako ostateczny argument, gdyby rodzice Celiny mieli wątpliwości co do jego osoby, zostawił informacje, że jego ojciec jest hrabią, choć już bez majątku.

Twarz pani Janiny pokraśniała. Nawet nie marzyła, że jej córka wejdzie do takiej rodziny, szlachty herbowej. No bo w jakim celu ten przystojny młody człowiek by przyjechał, gdyby nie miał poważnych zamiarów wobec ich córki? Aż ją język świerzbił, aby spytać o wielkość tego majątku, a zwłaszcza o szansę odziedziczenia, ale widząc naganne spojrzenie Celiny, zrezygnowała.

Rozmowę przerwało wejście służącej, młodej dziewczyny z jasnymi warkoczami owiniętymi na kształt korony wokół głowy. Marszczoną w pasie spódnicę chronił przed zabrudzeniem obszerny biały fartuch na szelkach.

– Nakryłam w jadalni do podwieczorku, proszę jaśnie pani – oznajmiła z ukraińskim zaśpiewem i zerknęła ciekawie na nieznanego jej młodego oficera, siedzącego z jej państwem w salonie. – Mam podać dodatkowe nakrycie? – spytała, aby się upewnić. Inaczej chlebodawczyni mogła znowu ją zbesztać, jak podczas ostatniej wizyty leśniczego Roszponka.

– Oczywiście, Taniu – oznajmiła dość wyniośle Tarnowska, dumna, że miała do dyspozycji nie tylko kucharkę, ale także służącą, którą czasami między sąsiadkami nazywała pokojówką, aby dodać sobie splendoru. Bogu dziękować, czasy, kiedy do pomocy w domu miałam tylko ordynansa mego męża, już minęły, przychodziło jej na myśl w takich chwilach jak ta.

– Zapraszamy, kawalerze, do jadalni – zwróciła się do Piotra, wstając z fotela, i ruszyła w stronę drzwi.

Dopiero wówczas mógł osądzić, że z figury córka w matkę nic a nic się nie wdała. Celina była mocnej, lecz bardzo proporcjonalnej budowy, o biuście dzielnie sterczącym pod cienką tkaniną sukienki, a krew zdawała się kipieć w jej żyłach. Natomiast pani Janina sprawiała wrażenie osoby kościstej i zbyt wychudzonej, o płaskich piersiach, które nie wiadomo jakim cudem zdołały wykarmić dwoje dzieci. Że trzecie, pogrążając Tarnowską w głębokiej rozpaczy na długi czas, zmarło, mając zaledwie trzy latka, Piotr nie wiedział.

Jadalnię urządzono niezbyt wyszukanymi, typowymi dla wiejskich dworków meblami, stwarzającymi prawdziwie rodzinną atmosferę. Prostokątny stół nakryty białym obrusem, przepastny pomocnik, a tuż obok serwantka wypełniona porcelaną, zapewne pochodzącą z wyprawy ślubnej, oraz okna ozdobione koronkowymi firankami przypominały Piotrowi stary dwór w Porętowie. Jedynie na ścianach zamiast portretów przodków Jaxa-Raweckich i Krzysztoforskich wisiały sielskie pejzaże, kupione pewnie za grosze u początkującego, lecz dobrze się zapowiadającego malarza.

– Taniu! Znowu nie podałaś śmietanki do kawy! – Tarnowska krzyknęła w stronę kuchni, skąd dobiegały podniesione głosy kucharki i służącej. Spierały się o coś w swoim ojczystym języku. – Ach, ta dzisiejsza służba! Leniwe toto i gnuśne – z grymasem niezadowolenia na twarzy rzuciła nie wiadomo do kogo.

Po chwili zarumieniona po białka oczu służąca niemal biegiem przyniosła porcelanowy mlecznik, ozdobiony tym samym kwiatowym deseniem co reszta zastawy, i postawiwszy na stole, dygnęła grzecznie i czmychnęła.

– Celinko, nałóż panu podporucznikowi kawałek szarlotki – zwróciła się do córki Tarnowska. – Mam nadzieję, że będzie panu smakowała. Celinka piekła sama, kucharka jedynie pomagała – kłamała jak z nut. Za żadne skarby nie chciałaby, aby ten przystojny młody oficer się dowiedział, że jej córka, zamiast przygotowywać się do roli matki i żony, woli jeździć na rowerze, pływać łódką po rzece i czytać książki.

Pan Henryk pochłaniał ciasto z apetytem, Celina dziobała widelczykiem swoją porcję, nie mogąc się doczekać, kiedy z Piotrem wybiorą się na spacer nad rzekę. Może Janek tym razem nas nie wytropi, pomyślała z nadzieją. Nie wiedziała, że za każdym razem, kiedy tylko koło niej zaczynał się kręcić jakiś młody człowiek, ojciec celowo wysyłał Janka na przeszpiegi.

– Panie Piotrze – zagaił Tarnowski, gdy uporał się z drugim kawałkiem szarlotki i nalał sobie kolejną filiżankę kawy – co tam w wielkim świecie słychać? Bo my tu, na wsi, żyjemy jak na zesłaniu, nawet gazety docierają z opóźnieniem.

– Nie wiem jak innych, ale mnie fascynują przygotowania do startu Gwiazdy Polskiej – opowiadał Piotr. – Ma wznieść się na trzydzieści tysięcy metrów. Koniecznie chciałbym to zobaczyć.

– A cóż to takiego ta Gwiazda Polska? – udając zainteresowanie, spytała Tarnowska. Ją bardziej ciekawiły ploteczki dotyczące śmietanki towarzyskiej Lwowa, do którego miała najbliżej. Mężczyźni zawsze wolą rozmawiać o głupotach zamiast o czymś istotnym, pomyślała z naganą.

– To balon, proszę pani – tłumaczył Piotr. – Wysoki na sto dwadzieścia metrów. Powłokę ma uszytą z tysiąca metrów jedwabiu. Już w zeszłym roku podjęto próbę startu. Ustawiono go na Polanie Chochołowskiej i napełniono wodorem. Aż tu nagle przyszedł halny i doszło do samozapłonu. W tym roku, aby nieszczęście się nie powtórzyło, kolejny start zaplanowano na wrzesień w Gorganach. Przedsięwzięciu patronuje sam prezydent Mościcki, a także generał Sosnkowski. Tym razem musi się udać – zakończył z odrobiną dumy, że Polska miała na swoim koncie takie sukcesy.

– Nie szkoda to pieniędzy na takie fanaberie? – skrzywił się Tarnowski. – Lepiej by coś z uzbrojenia dla armii kupić…

Tarnowska w myślach przyznała mu rację. Ile sukienek mogłybyśmy sobie z Celinką uszyć? – pomyślała z bólem serca, że doszło do takiego marnotrawstwa. Starczyłoby do końca życia i dla wnuczek jeszcze zostało.

– Jest i na to, panie Henryku – zapewnił Piotr, uśmiechając się uprzejmie. Tak przynajmniej twierdziło dowództwo. – Nie dalej jak w lipcu do Polski dotarło z Francji pięćdziesiąt nowiutkich czołgów.

– Cóż to jest pięćdziesiąt czołgów! – prychnął Tarnowski i poruszył się niespokojnie na krześle. – Jak Niemcy zaatakują, przyjdzie nam się bronić tymi żywymi torpedami – dorzucił z kpiną.

– No tak… – Piotr przyznał ze wstydem. Jako żołnierz, który miał zamiar całe swoje życie poświęcić armii, również uważał takie pomysły jak te torpedy za chybione lub wręcz ośmieszające wojsko. – Ale cokolwiek by mówić, ochotnicy się licznie zgłaszają, a to świadczy o patriotycznym nastawieniu naszego społeczeństwa.

– Nadchodzący czas pokaże, komu patriotyzmu stanie, a komu braknie – oznajmił Tarnowski grobowym głosem i się zasępił.