Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Petersburg, 1912 rok.
Baron Roman Ungern von Sternberg, młody oficer armii carskiej, zostaje wysłany z tajną misją do Mongolii. Nim zdoła ją wypełnić, wybuch wojny i rewolucja bolszewicka burzą świat, któremu służył, a jego własne życie rozpada się na kawałki. Zmuszony porzucić dawne plany, wkracza na drogę, która uczyni go jedną z najbardziej zagadkowych postaci XX wieku.
Wrocław, 1969 rok.
Student geologii Hubert Kmita, w dramatycznych okolicznościach, wchodzi w posiadanie tajemniczego tekstu zapisanego na skrawku jedwabiu. Trop prowadzi do Mongolii i legendy o zaginionym złocie generała Ungerna — człowieka, który w 1921 roku wyzwolił ten kraj spod chińskiego panowania i został chanem. Zafascynowany zagadką Hubert wyjeżdża na naukowy obóz badawczy. Na bezkresnym stepie szybko odkrywa, że wokół niego mnożą się sekrety, a przeszłość wciąż potrafi zabijać.
Czy odnajdzie skrzynie pełne złota? A może prawdziwy skarb ukrywa się zupełnie gdzie indziej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 490
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026, Jolanta Maria Kaleta
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-399-1
Projekt okładki: Witold Klapper z wykorzystaniem narzędzi Adobe oraz Freepik/Magnific Suite.
Redakcja: MR
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@gmail.com
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
W głębinie ludzkiego jestestwa kryje się wiedza,która uczy iść przez labirynt świata.
Tadeusz Miciński, Nietota. Księga tajemna Tatr,Kraków 2002, s. 14
Ci, którzy myślą, że zjawiska są rzeczywiste, są głupi jak krowa.
Ci, którzy myślą, że zjawiska takie nie są, są jeszcze głupsi.
Saraha, indyjski jogin z VIII wieku
Mimo swoich lat SS-Brigadeführer Karl Maria Wiligut, mag i okultysta, a także naczelnik Wydziału Prehistorii i Wczesnej Historii Głównego Urzędu Rasy i Osiedlenia, wyjątkowo dziarsko zmierzał w stronę głównego wejścia do zamku. Tego dnia gmach wydał mu się niezwykle głośny, jakby nagle wszystkie duchy nieżyjących już jego mieszkańców na czele z Henrykiem I Ptasznikiem powstawały z grobów. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżał do Wewelsburga, czuł niemal fizyczną obecność króla Franków Wschodnich, który ten zamek przed wiekami pobudował. Od trzech lat za poradą Wiliguta zarządzał nim Reichsführer SS Heinrich Himmler, będący inkarnacją tego wybitnego średniowiecznego władcy z dynastii Ludolfingów. Tak przynajmniej sam twierdził, a Wiligut nie miał żadnych podstaw, by szefowi SS nie wierzyć. Przecież w jego z kolei ciele odrodziła się dusza Weisthora, legendarnego króla, kapłana i maga, obdarzając przy tym Karla Marię nie tylko pamięcią przodków, lecz także zdolnością jasnowidzenia i telepatii. Z tego też powodu, wstępując do SS, przyjął pseudonim „Weisthor”.
Teraz przybył do Wewelsburga, by przekazać Himmlerowi pewne niezwykle ważne informacje. Zanim zapukał do drzwi gabinetu Reichsführera, obciągnął poły czarnego munduru, ozdobionego licznymi naszywkami odwołującymi się do run i legend, z czarną swastyką na rękawie. Zdjął z głowy czapkę i dłonią przygładził już nie tak gęste jak przed laty i na dodatek szpakowate włosy.
Himmlera zastał siedzącego za biurkiem, na którym piętrzyły się liczne dokumenty. Jeden z nich trzymał w ręce i pilnie wpatrywał się w treść. Z uwagi na szkła krótkowidza, jego oczy wydawały się znacznie mniejsze, niż były w rzeczywistości. Jak zawsze włosy miał bardzo krótko ostrzyżone, a na karku i nad uszami starannie wygolone. Ubrany był w czarny mundur, a pas z bronią i koalicyjkę przewiesił przez poręcz krzesła. Wiligutowi nagle przyszło na myśl, że dygnitarz w niczym nie przypomina Henryka I Ptasznika, którego pomnik miał okazję oglądać na miśnieńskim rynku. Również obrazy przedstawiały władcę jako mężczyznę postawnego o władczych rysach. Himmler zaś był niezbyt wysoki, szczupły i jakiś niepozorny, żeby nie powiedzieć cherlawy, czego SS-Brigadeführer o sobie nie mógł powiedzieć. Był bowiem mężczyzną postawnym, a z wiekiem jeszcze bardziej nabrał ciała, zwłaszcza w pasie. I choć liczył sobie o wiele więcej lat niż Himmler, szkła zakładał tylko do czytania. Wiligut miał też za sobą służbę wojskową, i to podczas Wielkiej Wojny, szefa SS natomiast do armii przyjąć nie chcieli.
– Dobrze, że już pan jest, doktorze – ucieszył się Reichsführer SS i wstając zza biurka, nerwowym ruchem przygładził utrwalone brylantyną włosy. Gdy jej nie używał, zawsze kilka kosmyków sterczało mu na czubku głowy na kształt koguciego ogonka. – Proszę spocząć. – Wskazał przybyłemu obity ciemnobrązową skórą klubowy fotel, stojący w towarzystwie trzech pozostałych, rozdzielonych okrągłym mahoniowym stolikiem. – Napije się pan czegoś mocniejszego?
– Z przyjemnością – pośpieszył z odpowiedzią Wiligut, zagłębiając się w fotelu. Od rana nie miał w ustach kropli alkoholu, bo cały zapas zdążył wypić, zanim wyjechał z Berlina. – Łyk koniaku dobrze mi zrobi, bo podróż miałem wyczerpującą – wyjaśnił dla porządku, wpatrując się jak sroka w gnat w pękatą butelkę, którą z bogato wyposażonego barku wyjął Himmler i zmierzał z nią do stolika.
– Zdrowie Hitlera! – Szef SS wzniósł toast, gdy napełnił kieliszki bursztynowym płynem. Jeszcze dziesięć lat temu nie tylko nie było go stać nawet na pośledni koniak, ale bywało, że nie miał na chleb, mieszkanie zaś zapewniała mu uliczna prostytutka. Gdy przymknął powieki, by wlać do gardła odrobinę alkoholu, ujrzał pod powiekami jej ciało leżące w kałuży krwi. Aż się wzdrygnął na samo wspomnienie nędzy, w jakiej wtedy żył. Swój życiowy awans i zawrotną karierę zawdzięczał Hitlerowi.
– Pańskie zdrowie, Reichsführer! – rzekł „Weisthor”, unosząc kieliszek. On z kolei wszystko zawdzięczał Himmlerowi, choć był Austriakiem jak Hitler. Rozwijającą się na polu okultyzmu karierę Wiliguta brutalnie przerwała żona, zamykając go na kilka lat w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy go wypuścili, uciekł do Niemiec, gdzie trafił przed oblicze Himmlera. Ten natychmiast docenił jego nadprzyrodzone zdolności i wiedzę okultystyczną. W krótkim czasie Karl Maria stał się nie tylko doradcą szefa SS, lecz także jego przewodnikiem duchowym.
– Musimy przyśpieszyć nasz projekt wysłania ekspedycji do Tybetu. – Himmler od razu przeszedł do rzeczy. – Rosjanie już wiedzą o naszych planach. Wszędzie mają swoich szpiegów, nawet w Berlinie. Pod płaszczykiem towarzystwa buddyjskiego o nazwie Stowarzyszenie Zielonych Ludzi działała komórka szpiegowska i udało im się zwerbować jednego z naszych. Ten na szczęście doniósł na gestapo. Proszę, niech pan zobaczy... – Wręczył jasnowidzowi otrzymane poprzedniego dnia pismo.
Wiligut, tytułowany na wyrost i w zasadzie bezprawnie doktorem, nałożył na nos okulary i zagłębił się w czytaniu. Z pisma wynikało, że w Związku Radzieckim od dłuższego czasu działa zespół, w którego skład wchodzi Aleksander Barczenko oraz Gleb Bokij, wysoko postawiony w szeregach OGPU oficer. Przedmiotem ich zainteresowania jest podziemna kraina Szambala. A to oznaczało, że weszli w paradę Himmlerowi i jego ludziom działającym w organizacji badawczej Ahnenerbe, a zmierzającym do odszukania aryjskich przodków, jakoby zamieszkujących w tym podziemnym państwie. Jak twierdzili niektórzy, w tym Wiligut, grupa kapłanów ocalałych z kataklizmu Atlantydy podporządkowała sobie tysiące riszich, jak zwano indyjskich magów. Dysponowali oni nie tylko starożytną boską technologią, ale przede wszystkim super mocami psychicznymi. A te Himmler zapragnął wykorzystać do stworzenia aryjskiej rasy nadludzi. Jego zainteresowanie budziły też pogłoski o trwających w laboratoriach Szambali pracach nad superbronią, która miała przynieść zagładę przeciwnikom.
Planowana przez III Rzeszę wyprawa do Tybetu miała na celu odszukać wrota prowadzące do tej podziemnej krainy. A te znajdowały się w Lhasie, jak zgodnie twierdzili Wiligut oraz Günther Kirchhoff, badacz od jakiegoś czasu rezydujący w Wewelsburgu, zajmujący się pradziejami Germanów i utrzymujący stały kontakt, jak twierdził, z duchami przodków za pomocą wibracji z pobliskiej puszczy schwarzwaldzkiej.
– Tego Barczenkę to ja znam... – zaczął konfidencjonalnie „Weisthor”, odkładając urzędowe pismo na blat stolika. – Oczywiście nie osobiście, lecz że tak powiem, korespondencyjnie, jeszcze z czasów sprzed Wielkiej Wojny. To wszechstronnie wykształcony człowiek. Już wówczas był znanym w Rosji hipnotyzerem i okultystą, a nawet założył jakieś bractwo skupiające wyznawców teorii głoszonych przez madame Helenę Bławatską, rosyjską arystokratkę obdarzoną pozazmysłowymi zdolnościami, znawczynię nauk Kalaczakry, uznawanej za najbardziej zaawansowaną tantrę w buddyzmie. W Tajemnej doktrynie, przedstawiającej nauki, które otrzymała ponoć drogą telepatyczną od mistrzów w Tybecie, Bławatska umiejscawia Szambalę w Mongolii – ciągnął tak podekscytowany tematem, że nawet nie poczuł pieczenia policzków. – Byli też tacy, którzy wręcz uważali to babsko za posłanniczkę Białego Bractwa z Szambali. Do zwolenników tych teorii należał również badacz, pisarz i malarz Mikołaj Roerich oraz jego żona, jasnowidząca mistyczka. W swoich książkach Roerich wyraźnie pisze o królestwie Szambali, gdzie włada Rigden-Jyepo, bacznie przyglądający się ludzkości, a jego oczy nigdy się nie zamykają i gotów jest nieść pomoc ludziom tego godnym. Mało tego... – Wiligut przepłukał gardło koniakiem – Roerich wskazuje na związki Szambali z Aghartą, do której można się dostać za pomocą tuneli znajdujących się pod Himalajami. Jakiś czas temu Roericha i jego małżonkę poznałem osobiście. Mieli już wówczas za sobą, nieudaną zresztą, wyprawę do Tybetu. I co ciekawe, sfinansował ją właśnie Związek Sowiecki za namową owego Gleba Bokija.
– Taaak, to daje do myślenia... – mruknął Himmler, nieco skołowany mnogością egzotycznych teorii. – Czyżby zostali zwerbowani przez Stalina? – podsunął bardziej przyziemne rozwiązanie.
– Tego bym nie wykluczał – przytaknął Wiligut. – Być może właśnie dlatego, że Roerich miał krytyczny stosunek do Dalajlamy, i opowiadał się za wywołaniem rebelii Czerwonych Czapek przeciwko panującej doktrynie Gelugpa, czyli Żółtych Czapek, nie wpuszczono ich do Tybetu. Niewiele brakowało, by z wyczerpania, zimna i głodu przypłacili wyprawę życiem.
– Czy zatem można wierzyć ich zapewnieniom, że to właśnie w Tybecie znajdują się wrota do Szambali? – upewnił się szef SS, z trudem nadążając za teoriami przedstawianymi przez jasnowidza. – Może jednak oni mają co innego na myśli. Odkrycia Hermana Wirtha w Karelii, a zwłaszcza odnaleziony tam magmatyczny cokół, zdają się potwierdzać jego koncepcję, że właśnie tam znajduje się Królestwo Thule.
– Owszem – przyznał kwaśno Brigadeführer SS, nie mając zamiaru negować wprost koncepcji geografa, a nade wszystko szefa Ahnenerbe. – Ale te tereny już wielokrotnie badał Aleksander Barczenko i żadnego wejścia nie znalazł, bo ono znajduje się w Tybecie – zdecydował się dopowiedzieć.
– Nie uważa pan, że mnogość koncepcji o tej podziemnej krainie tylko poświadcza, że głoszona przez amerykańskich i żydowskich naukowców teoria, jakoby Ziemia była w środku pełna i na dodatek gorąca, jest z gruntu fałszywa i ma na celu jedynie wprowadzić nas, Niemców, w błąd?
– Ma pan całkowitą słuszność – przytaknął ochoczo Wilgut. – Według mojej wiedzy wewnątrz Ziemi istnieje olbrzymia sieć tuneli i kanałów, którymi to Miasto-Świątynia połączone jest z innymi kontynentami – ciągnął coraz bardziej zaaferowany, aż mu krople potu zrosiły czoło. – To tam, dzięki potężnej sile Vril, uciekinierzy z Atlantydy zdołali przetrwać późniejsze kataklizmy i to tam rozwinęli swoją wysoką technologię...
– Ufam, że nasza ekspedycja do Tybetu nie tylko ponad wszelką wątpliwość udowodni tę tezę, lecz że zdoła również nawiązać kontakt z mieszkańcami Szambali – rzekł Himmler, a widząc, jak jego duchowy przewodnik wymownie zerka na swój pusty kieliszek, dolał mu koniaku.
– Ja właśnie w tej sprawie przyjechałem – rzekł szeptem Wiligut i podejrzliwie zerknął na boki.
– W tym miejscu, doktorze, może pan mówić śmiało – zapewnił Reichsführer SS, nie kryjąc satysfakcji, że wprowadzone przez niego metody selekcji personelu okazały się skuteczne. On był mistrzem selekcji. Już wkrótce miał nadejść czas, kiedy doprowadzi ją do perfekcji.
– Otóż musi pan wiedzieć, że Rosja jeszcze za cara interesowała się Szambalą – zaczął tajemniczo „Weisthor”, sięgając po alkohol. – Bodajże w tysiąc dziewięćset czwartym roku carska ochrana wysłała z misją specjalną do Tuwy, wówczas należącej do Chin, niejakiego Feliksa Kona, późniejszego bolszewika, w celu zbadania pewnej jaskini, do której pielgrzymowali buddyści, a która nosiła nazwę Wrota Agarthy. Ale widać nic nie znaleźli, bo do sprawy jakiś czas później wrócił wielki książę Michał Aleksandrowicz Romanow. Już wówczas wszedł on w posiadanie jakichś map i dokumentów opisujących Szambalę oraz jej cywilizację. Car jednak projekt ekspedycji do Tybetu odrzucił, być może pod wpływem Rasputina. Mimo to w ścisłej tajemnicy został wysłany tajny agent, baron Ungern von Sternberg...
– Niemiec? – zdziwił się Himmler.
– Niemiec, i to ze znamienitego rodu Niemców bałtyckich – przytaknął specjalista od magii i pociągnął spory łyk z kieliszka. – Oni od wieków służyli carom Rosji. Ungern ze swoją dywizją zdołał wyprzeć z Mongolii Chińczyków, a władcą kraju uczynił duchowego przywódcę lamaizmu mongolskiego Ósmego Dżebcundambę Chutugtu z tytułem Bogd Chana, będącego wcieleniem poprzednika. A musi pan wiedzieć, Reichsführer, że zgodnie z tradycją każdego odnajdywano wyłącznie w Tybecie, a to mówi samo za siebie. – Spojrzał wymownie na nazistowskiego dygnitarza, wsłuchującego się w jego słowa z uwagą. – W podzięce ów Dżebcundamba, uważany za świętego władcę, czyli bogd gegeena, uczynił Ungerna chanem. Podarował mu także pewną księgę, zawierającą mądrości przekazane przez Buddę królowi Szambali. Jedną z tych, które guru Rinpocze ukrył dla przyszłych pokoleń. Po tybetańsku noszą one nazwę terma, co znaczy skarb, i właśnie w posiadanie tej zawierającej formułę-klucz do run oraz instrukcję, jak używać strasznej siły Vril, wszedł ów generał Ungern.
– Istotnie, brzmi interesująco – przyznał Himmler, czując mrówki na plecach. – Gdzie obecnie znajduje się ta księga? – spytał z nadzieją, że jego duchowy przewodnik taką wiedzę posiada.
– I to jest właśnie ta cenna wiadomość, z którą do pana przyjechałem – pochwalił się Wiligut. – Jak pan wie, zostałem obdarzony jasnowidzącą pamięcią przodków, a to pozwala mi znać ich dzieje i doświadczenia na przestrzeni tysięcy lat. Okazuje się, że jestem z owym Ungernem spokrewniony. Wystarczyło, aby nasz nieoceniony Wilhelm Wulff wprowadził mnie w trans, a zaraz nawiązałem z baronem kontakt. Bo musi pan wiedzieć, Reichsführer, że został on schwytany przez bolszewików i rozstrzelany. Kiedy wieść ta dotarła do Tybetu, został przez Dalajlamę pośmiertnie uznany za inkarnację Mahakali...
– A ten Mahakala to kto? – wtrącił Himmler nieco przytłoczony mnogością obcych, a nade wszystko egzotycznych nazw.
– W sanskrycie oznacza Czarnego Węża – pośpiesznie wyjaśnił Wiligut, oblizując wysuszone usta. – Ten posiadający sześć ramion demon uważany jest w buddyzmie tybetańskim za najpotężniejszego Strażnika Dharmy i jest jednym z trzech korzeni buddyzmu Wadżrajany... – Przerwał, widząc, że szef SS zaczyna się gubić w zawiłościach lamaizmu. – Otóż duch barona Ungerna – wrócił do meritum sprawy – przekazał mi informację, gdzie ta niezwykle cenna księga została ukryta, by nie wpadła w łapy czerwonych...
– Niechże pan mówi, gdzie ją ukrył? – ponaglił go schrypniętym głosem Himmler i poluzował krawat pod szyją. Za każdym razem, gdy mag i jasnowidz dzielił się z nim swoją wiedzą, Reichsführerowi SS po plecach przechodziły ciarki.
– W stepie. Jakieś osiemdziesiąt kilometrów przed Tamsagbułag, na drodze do Hajłaru. W niewielkiej rozpadlinie nieopodal wzgórza o nazwie Cagaan Tołgoi, czyli po naszemu Biała Głowa.
Na twarzy Himmlera pojawił się wyraz głębokiego zawodu, a ogromna nadzieja związana z księgą zgasła niczym płomień świecy zdmuchnięty przez oszczędną niemiecką gospodynię.
– Nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę z rozległości mongolskich stepów i mnogości występujących w tym kraju wzgórz – prychnął zawiedziony. – Szukanie czegoś tam ukrytego to jak szukanie igły w stogu siana. Już pomijam kwestię, że to kraj nie tylko całkowicie podporządkowany Moskwie, z którą my nie mamy przyjaznych relacji, ale właśnie trwają tam czystki na niespotykaną skalę. Posłanie jakiejkolwiek ekipy pod płaszczykiem badań pustyni Gobi czy wyprawy wysokogórskiej jest ogromnie ryzykowne, bo nasi ludzie mogą wpaść w łapy NKWD.
– Nie ma potrzeby szukać po omacku – zapewnił go Brigadeführer SS. – Otóż istnieje pewna mapa. Sporządził ją jeden z oficerów Ungerna. Brał udział w ukrywaniu skrzyń, i na tej mapie zaznaczył interesujące nas miejsce – ciągnął rozgorączkowanym tonem. – Już pomijam fakt, że ów Hajłar obecnie należy do Mandżukuo i znajduje się w rejonie nadgranicznym, skąd wysłanie ekspedycji nie będzie nastręczało żadnych trudności.
Nadzieja na nowo zawitała w sercu szefa SS. Wejście w posiadanie zawartych w tajemniczej księdze informacji mogło dać narodowi niemieckiemu przewagę nie tylko nad Francją, Anglią czy Rosją, mogło mu zapewnić panowanie nad całym światem.
– I gdzie jest teraz ta mapa? – dopytał schrypniętym z emocji głosem.
– Nadal w rękach tego oficera. Ponoć po wojnie wrócił do Niemiec – zapewnił „Weisthor”. – Ale to nie wszystko... – Zawiesił głos, sięgając do kieszeni munduru. – Jest jeszcze coś. – Wręczył Himmlerowi list, który otrzymał kilka dni temu, i teraz czekał cierpliwie, co powie szef SS.
– Czy ten Konstanty Ungern von Sternberg jest krewnym naszego generała Ungerna? – upewnił się Himmler, odkładając pismo na stół, gdy zapoznał się z treścią.
– To jego rodzony brat. Niestety nie wiem, kim jest ten Polak, porucznik Wiktor Madejski, o którym on pisze, że zna miejsce ukrycia należącego do barona kufra zawierającego jego osobisty dobytek.
– O to proszę się nie kłopotać, drogi doktorze – rzekł Himmler, nie kryjąc uśmiechu zadowolenia. Po przeczytaniu pisma już się poczuł władcą świata. – Teraz wszystkim zajmą się moi ludzie, a oni potrafią z każdego wycisnąć interesujące mnie informacje.
Świtało, gdy gwałtowne dobijanie się do drzwi obudziło Huberta Kmitę, zwanego przez kolegów Hubą. Pewno Madejska znowu nie wystawiła butelek na mleko, pomyślał ze złością, odwracając się na drugi bok. Na stancję, którą wynajmował w przedwojennej willi na wrocławskim Zaciszu, wrócił dobrze po północy, więc snu ledwo liznął. Do późna siedział z kumplami w Pałacyku, oblewając zaliczenie kartografii geologicznej u docenta Konarskiego.
Jeszcze nie zdążył na nowo osunąć się w ramiona Morfeusza, gdy z dołu doleciały do niego jakieś podniesione głosy. Naciągnął kołdrę na głowę i zacisnął powieki. Mimo to już po chwili usłyszał tupot nóg, jakby po schodach pędziło stado kozic. Nawet nie zdążył pomyśleć, co się tam wyprawia, gdy z hukiem otworzyły się drzwi do jego pokoju.
– Co jest, do cholery! – wrzasnął i usiadł. Gdy ujrzał w progu trzech, ubranych w jednakowe prochowce mężczyzn, umilkł w pół słowa i z miejsca się rozbudził. Już wiedział, z kim ma do czynienia. Bezpieka, przemknęło mu przez myśl i poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach.
– Hubert Kmita? – spytał jeden, w filcowym kapeluszu na głowie. Pozostali tego dnia włożyli berety. Choć esbek sprawiał wrażenie młodszego od swoich kolegów, z pewnością był starszy stopniem, co można było wywnioskować z ich wzajemnych relacji.
– Tak... – potwierdził Huba, błyskawicznie robiąc w myślach rachunek sumienia. Nabrał pewności, że w domu nie ma nic kompromitującego. Od strajków minął już rok, więc zdążył pozbyć się nie tylko ulotek, lecz także zakazanej literatury. Relegowanie z uczelni i powołanie do wojska najbardziej aktywnych studentów skutecznie zastraszyło pozostałych.
– Poproszę o dowód osobisty – nakazał esbek, a jego dwaj towarzysze rozpełzli się po pokoju.
– Już daję – bąknął Kmita i owinięty w pasie kołdrą wygramolił się z pościeli. Dopiero teraz spostrzegł stojącą nieruchomo w progu na kształt żony Lota swoją gospodynię, Wandę Madejską. Ubrana w pikowaną podomkę, niemłoda już kobieta o bladej jak kreda twarzy, otoczonej aureolą nawiniętych na lokówki jasnych włosów, gdzieniegdzie posrebrzonych siwizną, z zaciśniętymi ustami obserwowała poczynania nieproszonych gości. Jeden z nich otwierał szuflady biurka i bezceremonialnie wywalał zawartość na podłogę. Drugi w tym czasie penetrował szafę wypełnioną skromną garderobą Kmity.
– Proszę – bąknął student, podając dokument wyciągnięty z kieszeni spodni wiszących na oparciu krzesła. Aż go język świerzbił, aby spytać, kim są panowie w prochowcach i czemu zawdzięcza ich wizytę o tak wczesnej porze. Uznał jednak, że będzie to przejaw nikomu niepotrzebnej brawury. Dostanie po ryju i tyle będzie z jego bohaterstwa.
– Obywatel nie pracuje? – spytał z przekąsem kapeluszowy, z uwagą porównując oryginał ze zdjęciem zamieszczonym w dowodzie osobistym. Z pewnością od dnia wizyty w zakładzie fotograficznym minęło kilka lat. W dokumencie widniał młodzieniaszek o kanciastym, świadczącym o uporze podbródku i gładko przylizanych, dość krótko obciętych włosach. Przed nim zaś stał młody człowiek o jasnych niczym len puklach wpadających do oczu i zgodnie z modą, która przyszła ze zgniłego Zachodu, wijących się na karku. W jego szarych jak gradowa chmura oczach czaił się niepokój. Ale akurat to było zjawiskiem normalnym. Każdy się bał, gdy funkcjonariusze służby bezpieczeństwa przychodzili na rewizję.
– Studiuję – wyjaśnił Kmita i odchrząknął, czując nieprzyjemną kluchę w gardle. W pamięci stanęły mu wszystkie okropności opowiadane przez kolegów całkiem niedawno przesłuchiwanych na komisariatach.
– Co? – dociekał funkcjonariusz.
– Geologię.
W tym czasie esbek w berecie zainteresował się zajmującym jedną ze ścian, wysokim niemal do sufitu regałem z książkami. Podszedł bliżej i bezceremonialnie sięgnął po pierwszy z brzegu egzemplarz.
– To są książki należące do mojego zmarłego męża – wtrąciła ostrzegawczym tonem Madejska, jakby sądziła, że to ma jakieś znaczenie.
– Otrzymaliśmy informację, że pani sublokator zajmuje się pisaniem i kolportowaniem szkalujących ludowe państwo polskie ulotek – syknął kapeluszowy, podchodząc do regału. – A książki najlepiej nadają się na schowek dla tego typu literatury. Róbcie swoje, sierżancie – zwrócił się do podkomendnego, a sam przysunął sobie schodki biblioteczne i wspiąwszy się wyżej, zaczął bezceremonialnie wywalać zawartość górnych półek na podłogę.
Właścicielka domu, nie spuszczając oczu z esbeków, drobnymi kroczkami podeszła do Kmity i wsparła się na jego ramieniu, jakby oczekiwała z jego strony pomocy.
– Proszę się nie obawiać – szepnął jej do ucha, wykorzystując hałas, jaki czyniły spadające na podłogę książki. – Jestem czysty.
Madejska odetchnęła z ulgą i w milczeniu obserwowała poczynania funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Początkowo każdą książkę starannie wertowali, a kiedy nic interesującego w niej nie znaleźli, rzucali na podłogę. Z czasem, brodząc po kostki między woluminami, każdy wyjęty z regału egzemplarz brali za okładki jak kurczaka za skrzydła, i potrząsali energicznie, licząc, że wypadnie to, co zostało ukryte między stronicami. Tym sposobem znaleźli służące jako zakładki stare widokówki, które zmarły otrzymywał od żony przebywającej w sanatorium oraz pewną ilość pożółkłych ze starości, zapisanych maczkiem karteluszków. Zarekwirowali je, nie pytając o zgodę. Ich łupem padło też kilka książek, których tytułów Hubert z daleka nie był w stanie przeczytać, wdowa zaś nie miała odwagi zaprotestować. Być może nie miały dla niej żadnej wartości. Gdy opróżnili wszystkie półki, zajęli się ozdabiającymi ściany różnego rodzajami afrykańskimi artefaktami, jak na oko ocenił Kmita. Zdejmowali ze ścian dziwaczne maski wykonane z drewna, piór i koralików, fujarki i bębenki oraz przedmioty, które nie wiadomo do czego służyły. Z pewnością miały dla zmarłego przed rokiem ich właściciela wartość sentymentalną. Niemniej niczego, co mogło zainteresować esbeków, w swoich wnętrzach nie skrywały.
– Chciałbym rzucić okiem na pani sypialnię – oznajmił stanowczym tonem kapeluszowy.
– Ale panowie mówili, że interesuje ich mój sublokator... – jęknęła wdowa, przerażona wizją bałaganu, jaki mogą zrobić, wywalając zawartość szafy i komody na podłogę.
– No właśnie – przytaknął esbek. – Mam wrażenie, że bywa tam częstym gościem, więc mógł coś podrzucić – dodał, spoglądając wymownie na jej rękę wspartą na ramieniu chłopaka.
Kobieta odskoczyła jak oparzona, a jej blade do tej pory policzki pokryły się ceglastym rumieńcem.
– Jak pan śmie coś podobnego insynuować – syknęła ze świętym oburzeniem.
– Ja nic nie insynuuję – warknął funkcjonariusz. – Ja tylko wykonuję swoje obowiązki. Proszę nas zaprowadzić do sypialni – nakazał tonem nawykłym do wydawania poleceń.
Madejska z gracją odwróciła się na pięcie i skierowała do drzwi. Funkcjonariusze, depcząc walające się po podłodze, wywalone z regału książki i czasopisma, podążyli za nią. Owinięty kołdrą Kmita pozostał sam, jakby nie on był głównym przedmiotem ich zainteresowania. Gdy tylko zniknęli mu z oczu, błyskawicznie włożył koszulę i spodnie oraz wzuł półbuty. Na wszelki wypadek do brezentowego worka, w którym nosił książki i notatki potrzebne na zajęciach oraz całą masę bliżej nieokreślonych klamotów, wrzucił sweter oraz trochę bielizny na zapas i ręcznik. Szczoteczka i pasta do zębów były w łazience, a ta znajdowała się tuż obok sypialni gospodyni, więc wolał nie ryzykować. Co jeszcze może być mu potrzebne w więzieniu, nie miał pojęcia. Choć esbecy niczego kompromitującego nie znaleźli, Kmita nie mógł wykluczyć, że aresztują go na czterdzieści osiem godzin celem zastraszenia. W pewnym momencie przyszło mu na myśl, żeby zwiać. Uchylił okno i wyjrzał na zewnątrz. Między rosnącymi wzdłuż ogrodzenia bezlistnymi krzakami bzu prześwitywał stojący przed furtką milicyjny radiowóz z mundurowym za kierownicą. Tylko tego brakuje, żeby mnie zastrzelili podczas próby ucieczki, pomyślał Hubert, zasuwając firankę. Jeszcze nie zdążył obmyślić nowego planu działania, gdy usłyszał podniesione głosy wychodzących z sypialni esbeków. Spakowany worek cisnął do szafy i udał, że jest zajęty porządkowaniem swoich skoroszytów i książek wyrzuconych z szuflad na podłogę. Po co mają wiedzieć, że spodziewa się aresztowania. To tylko potwierdzałoby jego winę.
– Tym razem ci się upiekło, gnojku – oznajmił chłodno esbek, wchodząc do pokoju Kmity. Oddał mu jego dowód osobisty i dołączył do swoich towarzyszy, którzy tupiąc głośno po schodach, zeszli na parter.
Po chwili dał się słyszeć warkot silnika i milicyjny radiowóz odjechał, zostawiając za sobą smród spalin, które wdarły się do wnętrza przez uchylone okno. Kmita zerwał się z krzesła i wyszedł do przedpokoju. Był pusty. Przez szeroko otwarte drzwi do sypialni ujrzał walające się po podłodze, wywleczone z szafy sukienki i całą masę damskich fatałaszków, których nie potrafił nazwać. Nad tym wszystkim unosił się dyskretny zapach eleganckich perfum. Madejskiej jednak nigdzie nie było. Zaniepokojony jej nieobecnością, zszedł na dół. Zastał ją krzątającą się po obszernej kuchni umeblowanej staromodnymi sprzętami, zapewne pamiętającymi swoich niemieckich właścicieli. Raz po raz ocierała dłonią łzy z policzków.
– Niech pan siada, Hubercie. – Wskazała mu krzesło za stołem przysuniętym do okna, z którego rozpościerał się uroczy widok na rozświetlony promieniami wschodzącego słońca ogród. – Zaparzę dobrej kawy. Należy nam się – dodała, pociągając nosem. Z tego wszystkiego zapomniała, że na głowie ma lokówki, a całe życie dbała, aby żaden mężczyzna nigdy jej nie widział nie tylko bez makijażu, lecz także bez starannie ułożonej fryzury.
– Przestraszyłem się, że panią aresztowali – wyznał zaskoczony jej propozycją. Choć mieszkał u niej już prawie rok, nigdy nie zaprosiła go do siebie ani nie zamieniła z nim więcej słów, niż było to konieczne. Być może ten czas był jej potrzebny, by pozbierać się po stracie męża. Być może nie chciała zostać teraz sama po szoku, jakiego doznała podczas rewizji, zapewne pierwszej w życiu.
– A mnie za co? – żachnęła się i wysiąkała nos w batystową chusteczkę w kwiatki, wyjętą z kieszeni podomki. – Przecież ja wywrotowych haseł na murach nie wypisuję. Nawet Radia Wolna Europa nie słucham – dopowiedziała nieco zbulwersowana podejrzeniami studenta.
– Z nimi nigdy nic nie wiadomo – bąknął Hubert, siadając przy stole nakrytym kolorową ceratą. – Czy mogę zapalić? – spytał na wszelki wypadek. W rodzinnym domu matka mu zabraniała, choć był już dorosły.
– Mnie dym nie przeszkadza – stwierdziła Madejska. Z obszernego kredensu wyjęła paterę z drożdżowym plackiem i postawiła na stole. – Świętej pamięci Wiktor, mój mąż, palił jak lokomotywa. Ale na czczo to niezdrowo. Niech pan najpierw zje kawałek ciasta. Sama piekłam... – zachęcała, wsypując ziarna kawy do młynka.
– Może ja to zrobię... – zaproponował Kmita, biorąc z rąk wdowy urządzenie do mielenia z pewnością pamiętające czasy przedwojenne. Choć stare, działało jednak bez zarzutu i już po chwili po kuchni rozszedł się apetyczny aromat świeżo zmielonej kawy, jakiej na próżno szukać w kawiarniach. – Mam nadzieję, że się pani na mnie nie gniewa... – bąknął przepraszającym tonem, gdy skończył i oddał wdowie młynek.
– Niby za co? – spytała, zalewając wrzątkiem wsypaną do dzbanka kawę.
Zanim odpowiedział, sięgnął łakomie po kawałek placka z kruszonką. Dopiero teraz do niego dotarło, jak bardzo jest głodny. Na kolację wypił tylko kilka grzańców w Pałacyku.
– Za tę wizytę esbeków – wymamrotał z pełnymi ustami.
Na moment zapadła cisza, zakłócana jedynie brzękiem porcelanowych filiżanek ustawianych przez kobietę na stole. Kształt oraz kobaltowy wzór świadczyły, że Madejska musiała wejść w ich posiadanie wraz z kuchennym kredensem zaraz po wojnie, gdy przyjechała na Ziemie Odzyskane.
– Podejrzewam, że im wcale nie o pana chodziło – oświadczyła po chwili namysłu, gdy już usiadła naprzeciw Kmity.
– A o kogo? – wybełkotał, mając wrażenie, że drożdżowe ciasto całkiem zakleiło mu usta.
– O mojego świętej pamięci męża – odparła tajemniczym tonem wdowa. – A w zasadzie nie o niego samego, lecz o jego wiedzę – dopowiedziała szybko.
Kmicie przyszło na myśl, że cokolwiek interesującego Madejski wiedział, zabrał to ze sobą do grobu. Jednak nie wypadało wdowie tak brutalnie tej prawdy przypominać.
– Z jakiej dziedziny była to wiedza? – spytał dość oględnie.
– Czyżby pan nie wiedział, kim był mój świętej pamięci mąż? – pani Wanda odparła pytaniem i zatrzymała na swoim sublokatorze pełne pretensji spojrzenie.
– Proszę mi wybaczyć, ale ja we Wrocławiu mieszkam dopiero od trzech lat... – bąknął speszony, błyskawicznie robiąc w pamięci przegląd powszechnie znanych w mieście osobistości, lecz nazwiska Wiktor Madejski między nimi nie znalazł. – Znam tu tylko parę osób, głównie z uczelni.
– Ale czytuje pan jakieś książki? – dociekała kobieta, sącząc z wolna gorący i gorzki napar. Kmita do swojej filiżanki wsypał aż dwie łyżeczki cukru. Lubił słodką kawę.
Słysząc pytanie, poczuł się nieswojo. Coś tam czytał. Miał nawet piątkę z polskiego w podstawówce i czwórkę w liceum. Z pewnością przeczytał większość szkolnych lektur, może z wyjątkiem Lalki i Nad Niemnem.
– Przyznaję się bez bicia, że czytam stanowczo za mało – oświadczył przepraszającym tonem. – Czy mam rozumieć, że pani mąż był pisarzem?
– I to znanym – przytaknęła z dumą wdowa. – Został nawet odznaczony medalem.
– Ale co to ma wspólnego z rewizją? – zainteresował się Hubert, nie nadążając za jej tokiem rozumowania.
– To bardzo stara historia – zaczęła, odstawiając filiżankę na spodeczek. – Podczas pierwszej wojny światowej Wiktor, to znaczy mój świętej pamięci mąż, trafił na Syberię. Walczył u boku admirała Kołczaka, dwa razy dostał się do bolszewickiej niewoli, aż w końcu wstąpił do dywizji generała Ungerna...
– Przeszedł na stronę Niemców? – zdziwił się Kmita. Historia nigdy nie była jego mocną stroną i zawsze jechał na samych trójach. O pierwszej wojnie wiedział tyle, że Niemcy ją przegrały, w Rosji wybuchła rewolucja proletariacka, a Polska odzyskała niepodległość.
– No co też pan, Hubercie! – żachnęła się Madejska. Ach, ci młodzi, westchnęła w myślach, żadnej wiedzy nie mają. Lecz uwagę tę zostawiła dla siebie. Nie miała zamiaru stracić tak dobrego sublokatora. Chłopak nie sprawiał kłopotów, dziewczyn na noc nie sprowadzał ani z kolegami libacji alkoholowych nie urządzał. I przede wszystkim, dzięki jego obecności, nie czuła się w tym wielkim domu taka samotna. Zawsze lepiej mieć męskie ramię w pobliżu. – Baron Roman Ungern von Sternberg był bałtyckim Niemcem, którego przodkowie od wieków pozostawali w służbie carów. A ten był im wyjątkowo wierny. Walczył z bolszewikami do upadłego.
– Ale co esbeków może obchodzić generał z czasów pierwszej wojny światowej – zdziwił się Hubert. – Przecież już od dawna wącha kwiatki od spodu.
– Toteż nie generał ich obchodzi, lecz jego skarb.
– Skarb? – Kmita powtórzył za wdową, czując się kompletnie skołowany.
– Otóż po klęsce Kołczaka i Wrangla ten Ungern wycofał się do Mongolii – ciągnęła Madejska, wsparta łokciami o stół – i został tam chanem. Uciekając przed bolszewikami, kazał ukryć w stepie skrzynie ze złotem, diamentami i Bóg wie z czym jeszcze. Tego skarbu najpierw szukali bolszewicy, później Niemcy, a nawet Amerykanie.
– Ale co z tym wszystkim wspólnego ma pani świętej pamięci mąż? – dociekał Kmita i z trudem stłumił ziewanie.
– Bo on, kiedy po pierwszej wojnie wrócił do kraju, napisał o tym powieść zatytułowaną Przez stepy Mongolii.
– To dlaczego wszyscy tego skarbu szukają, skoro to była fikcja literacka?
– Czytał pan Wojnę światów Orsona Wellesa? – Wdowa odparła pytaniem, z pozoru niemającym nic wspólnego z tematem. – To powieść wydana w tej słynnej serii ze srebrnym kluczykiem – dopowiedziała, słusznie podejrzewając, że jej sublokator rzadko bywa w księgarni.
– Oczywiście, czytałem – przytaknął student, nie bardzo nadążając za tokiem rozumowania Madejskiej.
– Otóż, niech pan sobie wyobrazi – ciągnęła tonem wieszczącym nie lada sensację – że w Ameryce, kiedy nadawano ją jako słuchowisko, ludzie wpadli w panikę, bo sądzili, że to wszystko dzieje się naprawdę.
– Mówili o tym w telewizji?
– No skąd – prychnęła wdowa i obrzuciła młodego człowieka karcącym spojrzeniem. – To było dawno, jeszcze przed wojną. I tak samo jest z tym skarbem barona Ungerna. Wystarczy, że jeden w skrzynie ze złotem uwierzył i plotka zaczęła żyć własnym życiem. Że jest w niej ziarno prawdy, wykluczyć się nie da.
– Chętnie bym przeczytał tę książkę – zadeklarował Hubert, chcąc zrobić starszej pani przyjemność. – Czy może mi pani pożyczyć?
– Nie pan jeden chciałby ją przeczytać. – Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – Sęk w tym, że z bliżej nieznanych mi przyczyn po drugiej wojnie jej nie wznowiono. Może cenzura zabroniła. Mimo to wiedza o skarbie generała Ungerna wyciekła – dodała szeptem, jakby zdradzała cudzą tajemnicę. – Ładnych parę lat temu jacyś dziennikarze rozpisywali się na ten temat, ale mąż twierdził, że większych bzdur w życiu nie czytał. Potem nastała cisza. Ale na jakiś czas przed śmiercią Wiktora odwiedził go pewien człowiek – przypomniała sobie nagle. – Nie wiem, o czym rozmawiali, ale kiedy wyszedł, mąż był bardzo zdenerwowany. Kilka dni później źle się poczuł, zabrali go do szpitala i... umarł. – Głos uwiązł jej w gardle, a w oczach zaszkliły się łzy.
– Sądzi pani, że ta wizyta miała coś wspólnego z tym legendarnym skarbem? – spytał Hubert.
– Biorąc pod uwagę dzisiejszą wizytę ubecji, jestem skłonna przyjąć, że tak właśnie było – oznajmiła i głośno wysiąkała nos. – Bo że chodziło im o pana, nie dałam się nabrać.
– Nie bardzo rozumiem, dlaczego esbecy szukają tego skarbu u pani w domu, a nie w Mongolii? – dociekał zbity z tropu Kmita. Jego zdaniem opowieść wdowy nie trzymała się kupy. Już sam nie wiedział, czy te skrzynie były wytworem wyobraźni pisarza, czy faktem.
– I to jest bardzo dobre pytanie, panie Hubercie – pochwaliła go Madejska i zerknęła na chłopaka z uznaniem. Chyba będą z niego ludzie, przemknęło jej przez myśl. – Żeby szukać skarbu w Mongolii, trzeba wiedzieć, gdzie konkretnie. Pewno przyszło im do tych zakutych łbów, że mój mąż dysponował jakąś mapą lub innymi wskazówkami.
Wypiwszy kawę, Kmita wrócił do swojego pokoju. Po wizycie esbeków bardziej przypominał pole bitwy niż miejsce zamieszkania nawet najbardziej bałaganiarskiego studenta. Zapalił papierosa i zabrał się do porządków. Cały czas w uszach brzmiały mu opowieści Madejskiej o przygodach jej męża na Dalekim Wschodzie. Wydawały się nieprawdopodobne, a jednocześnie fantastyczne, jakby czytał powieść lub oglądał film przygodowy. Machinalnie układał książki w regale. Te starsze źle zniosły sposób, w jaki potraktowali je esbecy. Z wielu pospadały obwoluty, a niektórym ze środka wypadły wszystkie kartki. W oczy rzuciło mu się eleganckie, w twardych okładkach, wydanie dzieła Karola Marksa.
– Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej – przeczytał na głos tytuł wytłoczony złotymi literami i parsknął śmiechem. – Kto by pomyślał, że Madejski czytywał taką literaturę – mruknął pod nosem i odruchowo zajrzał w treść. – A nich to szlag... – syknął, gdy zamiast zadrukowanych stronic ujrzał zapisane je odręcznym pismem przy użyciu ołówka kopiowego.
Zaintrygowany zagłębił się w czytaniu notatnika sprytnie wklejonego w okładki Kapitału. Choć litery ktoś drobił maczkiem i bazgrolił przy tym jak kura pazurem, treść pochłonęła Huberta całkowicie. Zaraz też odgadł, co wpadło mu w ręce. Już odkładał tę zagadkową książkę na biurko, gdy jego uwagę zwrócił jej wypukły grzbiet. Dołem coś się z niego wysunęło, coś, co przypominało tasiemkę zakładki, lecz z całą pewnością nią nie było. Zaintrygowany, w pojemniku z przyborami kreślarskimi wygrzebał pincetę. Uchwycił to coś wystającego i ostrożnie pociągnął.
– O żesz kurwa... – syknął, gdy ujrzał to, co tak sprytnie skryto pod grzbietem notatnika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
