Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy uda się odnaleźć najcenniejszy obraz z kolekcji Czartoryskich zaginiony w 1945?
Jest rok 1989. Rozpoczynają się obrady Okrągłego Stołu. Wrocławski dziennikarz Wiktor Wolański spodziewa się większej swobody i wolności, aby nie tylko pisać o interesujących go sprawach, ale przede wszystkim rozpocząć rzetelne poszukiwaniaPortretu młodzieńca, cennego obrazu zaginionego podczas wojny.
Natomiast dla kapitana Cyryla Kohuta, wieloletniego pracownika wrocławskiej służby bezpieczeństwa, nieubłaganie nadchodzi kres jego uprzywilejowanej pozycji i bezkarnego czerpania z życia pełnymi garściami. Postanawia wykorzystać dokumenty tajnej operacji „Kustosz” i z naprędce skleconą ekipą sięgnąć po zawartość skrytek, gdzie jakoby nadal spoczywają ukryte przez Niemców pod koniec II wojny światowej złoto, biżuteria i dzieła sztuki, a wśród nich cenny renesansowy obraz.
W tryby uruchomionej przez niego machiny zostaje wbrew własnej woli wkręcona młoda pracownica wrocławskiego archiwum, Marina, którą zauroczeni są obaj poszukiwacze.Zdobycie jej serca nie jest proste, gdyż dla jednego jest żoną wspólnika w nielegalnych poszukiwaniach, a dla drugiego żoną serdecznego przyjaciela.
Gdy gra toczy się o najwyższą stawkę, wszystkie chwyty stają się dozwolone, a cena, jaką przyjdzie zapłacić, jest bardzo słona.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 484
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026, Jolanta Maria Kaleta
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
Wszystkie postacie opisane w tej książce są wytworem wyobraźni autorki, podobieństwo do osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe.
ISBN 978-83-8241-184-3
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zdjęcie wykorzystane na okładce: adobe stock (©eleonora_77, ©Daria, ©bdvect1) oraz domena publiczna (Portret młodzieńca aut. Rafaela Santi)
Redakcja: MG
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@wydawnictwomg.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Przez szeroko pootwierane okna do wnętrza sali Pod Ptakami mieszczącej się na drugim piętrze wawelskiego zamku wlewało się upalne sierpniowe powietrze, niosąc ze sobą zapach ulicznego kurzu, ćwierkanie wróbli w koronach pobliskich drzew i warkot silników wojskowych ciężarówek, jadących w sobie tylko znanym kierunku. Siedzący za długim prezydialnym stołem, otoczonym wianuszkiem stylowych krzeseł szef kancelarii Generalnego Gubernatorstwa, doktor Max Meidinger śnieżnobiałą chusteczką dyskretnie ocierał czoło zroszone kroplami potu. Co chwilę przenosił zmęczony wzrok na barokowy kabinet przyozdobiony widokami Rzymu, mając złudne wrażenie, że znajduje się w całkiem innym miejscu, bardziej oddalonym od stacjonującej tuż za Wisłą Armii Czerwonej. Po przeciwnej stronie, czas oczekiwania skracając sobie studiowaniem ptaków i plafonów Dolabelli, ozdabiających wspaniały strop komnaty, siedział doktor Wilhelm von Palezieux, doradca „króla Frank-Reichu”, jak powszechnie, choć z odrobiną ironii, nazywano generalnego gubernatora Hansa Franka. Doskonale zdając sobie sprawę, co będzie przedmiotem zwołanej na godziny południowe narady, obaj panowie półsłówkami wymieniali między sobą uwagi. Kilkakrotne mieli już okazję uczestniczyć w spotkaniach swojego pryncypała, gubernatora Hansa Franka, z Güntherem Grundmannem, historykiem sztuki i konserwatorem zabytków. Od pewnego czasu uczestniczył w nich także gauleiter Dolnego Śląska, Karl Hanke.
Temat tych rozmów – zbliżająca się Armia Czerwona i wynikające z tego tytułu konsekwencje – był nie tyle palący, ile ogromnej wagi. Rozważanie, zwłaszcza publiczne, o możliwości przegrania wojny traktowano jako sianie nastrojów defetystycznych, za co groziła kula w łeb. Jednak w ścisłym gronie zaufanych przyjaciół rozmowy o zbliżającym się końcu były na porządku dziennym. Poruszano w nich zwłaszcza istotny problem zabezpieczenia sobie przyzwoitego poziomu życia „na po wojnie”. Myśl, że trzeba będzie ponieść jakiekolwiek jej konsekwencje, nie zrodziła się w niczyjej głowie. Planowali wspólnie, ale też każdy z osobna, stosując zasadę ograniczonego zaufania, wszyscy z nich czynili jakieś kroki na własną rękę, aby nie dać się wystrychnąć na dudka.
Punktualnie o godzinie trzynastej otworzyły się pięknie intarsjowane drzwi i do sali wkroczył Hans Frank. Przystanął w progu i powiódł po zebranych badawczym spojrzeniem ciemnych oczu. Brunatny mundur Reichsleitera, ozdobiony złoto-czerwonymi naszywkami na kołnierzu, leżał na jego dobrze zbudowanej sylwetce nienagannie. Czerwona opaska na lewym ramieniu z czarną swastyką w białym polu i wysokie, oficerskie buty dopełniały całości.
– Heil Hitler... – przywitał oczekujących go towarzyszy, leniwie, jakby od niechcenia podnosząc rękę w nazistowskim pozdrowieniu.
Od czasu, gdy popadł w niełaskę u Wodza i groziła mu nawet utrata stanowiska generalnego gubernatora, odgryzał się w taki właśnie, nieco dziecinny sposób. Meidinger i Palezieux zerwali się z miejsca i równie niedbale unieśli swoje prawice. Wierne i oddane spojrzenia utkwili w swoim przełożonym. Ich awanse i urzędy zależały przede wszystkim od Hansa Franka, a nie od Berlina.
– Siadajcie, panowie! – polecił gubernator stanowczym tonem, zasiadając na prezydialnym miejscu, w bogato zdobionym zabytkowym fotelu, który w czasach dla niego szczęśliwszych gościł na sobie królewskie pośladki Jagiellonów. – Sytuacja na froncie przedstawia się nieciekawie – przystąpił do rzeczy, obrzuciwszy uważnym spojrzeniem siedzących za stołem mężczyzn, a widząc ich zainteresowanie, kontynuował: – Front, mówiąc jak najkrócej, przebiega od Bałtyku, wzdłuż Niemna, Narwi i Wisły. Plan opracowany przez generała Guderiana zakłada obronę terenów na zachód od tej linii, w miejscach istniejących umocnień miast-twierdz. W obszarze nas interesującym najbardziej, czyli w rejonie Krakowa, takie obiekty nie istnieją. Mówiąc wprost, panowie, a jesteśmy przecież w gronie przyjaciół, co zobowiązuje do szczerości, szanse na utrzymanie wyznaczonej linii frontu, a tym bardziej na zwycięstwo w tej wojnie, są znikome. Należałoby się zatem zastanowić, jaki plan działań mamy przyjąć my, urzędnicy cywilni. Swoją propozycję przedstawiłem na naszym ostatnim spotkaniu, dziś nadszedł czas na decyzję. Jaka zatem jest panów opinia?
– Koncepcja zarysowana przez pana gubernatora... – głos jako pierwszy zabrał doktor Palezieux, doradca do spraw sztuki, i otworzył leżący przed nim na stole sporych rozmiarów notatnik – wydaje się ze wszech miar roztropna. Zresztą w tym kierunku zostały już poczynione pewne kroki... – Zawiesił głos i usłużnie zerknął na szefa, czekając na przyzwolenie.
– Proszę referować – zezwolił łaskawie gubernator i rozparł się wygodnie w fotelu. Zimny, stalowy wzrok zatopił w twarzy intendenta.
– Doktor Grundmann... – ciągnął wyjaśnienia Palezieux – był tak uprzejmy i przekazał mi wykaz zawierający około osiemdziesięciu obiektów na terenie Dolnego Śląska, w których już przygotowano odpowiednie pomieszczenia. Są one zdolne przyjąć dzieła sztuki wybrane przez pana – skłonił głowę przed swoim pryncypałem – oraz gauleitera Karla Hankego.
– Czy poza panem i Grundmannem ktoś jeszcze poznał lokalizacje tych skrytek? – przerwał bezceremonialnie Frank, a jego oczy zwęziły się jak u zwierzęcia szykującego się do skoku na swoją ofiarę.
– Oprócz nas trzech wykaz otrzymał oczywiście gauleiter Karl Hanke i nikt więcej, a cały dokument został zaszyfrowany – wyjaśnił pospiesznie Palezieux. – Proszę łaskawie spojrzeć... – Zerwał się z miejsca i usłużnie położył przed gubernatorem kilkustronicowy dokument.
Hans Frank od niechcenia rzucił okiem na kartki papieru zapisane dziwnym szeregiem liter i cyfr. On przecież na szyfrowaniu się nie znał. Nie widział jednak potrzeby, aby ten fakt podkreślać.
– No... perfekt... – pochwalił zatem krótko. – Proszę to schować – polecił, zdecydowanym ruchem odsuwając od siebie zaszyfrowany wykaz skrytek. – Które miejsce wytypowaliście, panowie, jako numer jeden? – przeszedł do konkretów, bardziej interesujących niż szyfry.
– Pałac w Seichau, nieopodal Jauer... – zaczął Meidinger. Nie musiał wspomagać się notatkami. Całość miał w pamięci.
– Własność Manfreda von Richthoffena... – Frank wszedł mu w słowo. – Kto by pomyślał, że w ostateczności hrabia okaże się prawdziwym patriotą.
– A jednak – potwierdził skwapliwie Meidinger, nie mając zamiaru wdawać się w dyskusje na temat moralnej postawy hrabiego. – Od jakiegoś już czasu przebywa tam współpracujący z nami doktor Eduard Kneisel...
– Konserwator zabytków z Wiednia... – ponownie wtrącił gubernator, dając dowód doskonałego rozeznania wśród najwyższych urzędników III Rzeszy.
– Tak jest! – przytaknął niezrażony Meidinger, który przez kilka lat pracy na stanowisku sekretarza zdążył przywyknąć, że gubernator stale mu przerywa. – Otrzymałem od niego pismo informujące o pilnych pracach nad przygotowaniem solidnych, a zarazem tajnych skrytek na nasze najcenniejsze eksponaty.
– To dobrze, bardzo dobrze – pochwalił gubernator, ozdabiając twarz dyskretnym uśmiechem. – Nie ma na co czekać, panowie! – oświadczył, potoczywszy po zebranych badawczym spojrzeniem. – Te czerwone wszy miały czelność dotrzeć aż tutaj! – Uderzył otwartą dłonią o lśniący blat stołu, dając wyraz swojemu najwyższemu oburzeniu. Leżące na nim pióra i ołówki podskoczyły, a Palezieux i Meidinger rzucili się je łapać, aby nie pospadały na podłogę.
– Wobec tego – kontynuował Meidinger, zatrzymując wyczekujące spojrzenie na zwierzchniku – zaraz wydam polecenie załadowania skrzyń do wagonów. Wszystkie są już spakowane. Według listy numer jeden?
– Oczywiście, drogi Maksie! – przytaknął gubernator i posłał swojemu sekretarzowi protekcjonalny uśmiech. – Proszę natychmiast udać się do SS-Obergruppenführera Friedricha Krügera i ustalić warunki ochrony transportu... A ty, Willi... – Frank zwrócił się do Palezieuxa – zostań jeszcze na chwilę.
– Tak jest, panie gubernatorze! – wykrzyknął Meidinger. Zerwał się z krzesła i służbiście stuknął obcasami. Zebrał ze stołu całą swoją dokumentację i energicznym krokiem opuścił salę Pod Ptakami.
Gdy gubernator i Palezieux zostali sami, Frank otworzył drzwiczki kabinetu ozdobione widokiem Coloseum i wyjął butelkę Martella oraz dwa kryształowe kieliszki. Usiadł przy stole tuż obok swojego doradcy i napełnił koniakówki bursztynowym płynem.
– Zrobiłem sobie spory zapasik... – zaczął rozmowę, podziwiając pod światło barwę alkoholu oraz ogrzewając go w dłoniach dla wydobycia bukietu. – Czy w Neuhaus wszystko już gotowe? Można wysłać transport? – spytał dopiero po chwili, gdy nasycił się aromatem przedniego trunku.
– W zasadzie tak – potwierdził intendent, oblizując wąskie jak szparki usta. – Nawet już część mebli i urządzeń biurowych została przewieziona. Pfaffenrot może działać – relacjonował, delektując się smakiem znakomitego koniaku.
– Jak planujesz przewieźć te trzy obrazy? – Frank przeszedł do sprawy najbardziej go interesującej, żeby nie powiedzieć żywotnej, dopiero na koniec rozmowy zahaczając o najcenniejszą część swoich zbiorów. – Wiesz, o czym mówię? – spytał enigmatycznie, jakby nawet wymówienie tytułów dzieł było niepotrzebnym ryzykiem, że informacja dotrze do niepowołanych uszu.
– Nie martw się na zapas, Hans – odparł Palezieux, po przyjacielsku, lecz z należnym szacunkiem, kładąc dłoń na przedramienia pryncypała. – Pojadą do Seichau, do specjalnej skrytki. Prosit! – dodał po sekundzie, z uśmiechem zadowolenia unosząc kieliszek w górę.
Nie miał najmniejszego zamiaru zdradzać, że odnośnie do najcenniejszego obrazu w kolekcji Franka ma własne plany. Jemu przecież też coś się należało za lata wiernej służby.
– Prosit! – rzekł gubernator i w sali Pod Ptakami rozległ się dyskretny brzęk kryształu, gdy panowie stuknęli się kieliszkami.
Kilka godzin później Hans Frank lekkim krokiem wbiegł na piętro i pomaszerował wprost do sali Kolumnowej. Przystanął vis-à-vis dwóch obrazów wiszących na jednej ze ścian. Pierwszy z nich przedstawiał młodego mężczyznę, a w zasadzie chłopca o pięknych, długich włosach brązowego koloru, siedzącego w niedbałej pozie przy stole. Na drugim, urodziwa młoda kobieta trzymała na rękach zwierzątko przypominające łasicę. Obie postacie uwidocznione na obrazach tworzyły piękną parę. Gubernator chwilę kontemplował ich urodę, trzymając ręce w kieszeniach bryczesów. Jak zawsze, gdy ważki problem zaprzątał jego umysł, kołysał się na stopach, przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem. Po chwili przygładził dłonią włosy, przywołując do porządku kilka niesfornych kosmyków. Miał dopiero czterdzieści cztery lata, ale postarzały go powiększające się z roku na rok zakola i drugi podbródek. On jednak zdawał się tego nie zauważać, gdyż nadal miał szalone powodzenie u kobiet. Gdy podjął ostateczną decyzję, zdjął ze ściany portret przedstawiający młodzieńca i z trudem zataskał piętro wyżej, do swojego prywatnego gabinetu. Tam za pomocą scyzoryka nie bez trudu wydobył z ram deskę, na której przed wiekami artysta namalował swoje dzieło, i pieczołowicie włożył do leżącego na biurku aluminiowego etui. Błyskawicznie zamknął je na kluczyk, po czym wsunął do skórzanej walizki leżącej na sofie. Z bogato zdobionej szafy gdańskiej wyjął identyczny obraz. Sapiąc z wysiłku, wcisnął go w puste ramy i ściskając pod pachą, wrócił do sali Kolumnowej. Kopię, trzeba powiedzieć, że znakomitą, zawiesił na miejscu oryginału.
Wytarłszy dłonie nieskazitelnie białą chusteczką wyjętą z kieszeni spodni, zwykłym dla siebie szybkim krokiem gubernator zszedł na dół do kancelarii i telefonicznie zawezwał Helmuta Pfaffenrota. Adiutant, wchodząc, stuknął obcasami i podniósł rękę w nazistowskim pozdrowieniu.
– Coś nowego z Warszawy? – zapytał znużony upałem Frank, siedząc za pustym biurkiem, jeśli nie liczyć leżących w przyborniku kilku wiecznych piór.
– Melduję posłusznie, że mam złe wiadomości! – oznajmił gromkim głosem adiutant, po raz kolejny stukając obcasami.
– Tak? – W głosie gubernatora dało się słyszeć zdziwienie. Cóż gorszego mogło się przytrafić na kilka miesięcy przed ostateczną klęską? – przemknęło mu przez myśl.
– Pół godziny temu w Warszawie wybuchło powstanie – relacjonował adiutant. – Przed minutą otrzymałem meldunek.
Gubernator teatralnym gestem uderzył pięścią w blat biurka.
– Do jasnej cholery! – zaklął ze złością. – Tylko tego brakowało... – Umilkł, nie dokończywszy zdania.
Ale zaraz przyszło mu na myśl, że to wydarzenie może sprzyjać jego planom. Rosjanie pod byle pretekstem wstrzymają marsz na zachód, aby dać Niemcom czas na zdławienie powstania. Cudzymi rękami rozwiążą problem Armii Krajowej. W chaosie walk łatwiej mu będzie realizować własne plany. Nie zamierzał się jednak ze swych myśli zwierzać adiutantowi.
– To sprawa wojska! – oznajmił pewnym siebie głosem, zakładając nogę na nogę. – Poradzą sobie. Zmielą przez maszynkę do mięsa te polskie śmieci!
– Jawohl! – przytaknął Pfaffenrot i prężąc sylwetkę, stuknął obcasami.
Hans Frank zatrzymał na nim lodowate spojrzenie. Ileż to razy powtarzał, żeby nie trzaskać bezmyślnie buciorami. Skonfundowany adiutant opuścił wzrok.
– Transport do doktor Weiss już gotowy? – gubernator zmienił temat, a w jego głosie trudno było doszukać się jakichkolwiek emocji.
– Jawohl! – zameldował adiutant, w porę pohamowując odruch stukania obcasami, jedynie sylwetkę wyprężył.
– Co wysyłamy tym razem? – zainteresował się Frank, choć było to zainteresowanie grzecznościowe.
– Niewiele – odparł adiutant. – Trochę dywanów oraz kilkanaście skrzyń zawierających zbiory biblioteczne i wyposażenie biura – wyliczył z pamięci.
Gubernator ze wzrokiem utkwionym za oknem, na majaczących w oddali kościelnych wieżach, kiwnął głową z aprobatą. Przyszło mu na myśl, że w tym kraju jest zbyt wiele kościołów. No nic, kontynuował rozmyślania, ruscy zrobią z tym porządek.
– Dziękuję. To wszystko – oznajmił adiutantowi, nie zaszczyciwszy go nawet spojrzeniem. – Odmaszerować!
– Jawohl! – wrzasnął Pfaffenrot i energicznie podniósł ramię w górę. Pamiętał, żeby nie stuknąć obcasami. – Heil Hitler!
Gubernator jedynie bąknął coś niewyraźnie pod nosem i gdy za adiutantem zamknęły się drzwi, wrócił do swojego prywatnego gabinetu na piętrze, usiadł za biurkiem i wziął do ręki leżący tam od wczoraj list. Nadawcą był Gerhart Hauptmann z Agnetendorf. Pisarz, noblista, a prywatnie dobry znajomy Hansa Franka. Sądził nawet, że przyjaciel, ale kto tam mógł wiedzieć, co siedziało w głowie tego ponadosiemdziesięcioletniego staruszka. Pytał o możliwość wygrania wojny przez Rosjan i zagarnięcia przez nich Dolnego Śląska.
– Co on taki strachliwy? – prychnął z odrobiną kpiny Frank. – Za takie głupie pytanie grozi kula w łeb!
W gruncie rzeczy jednak bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że klęska Niemiec jest tylko kwestią czasu. Z drugiej strony był święcie przekonany, że „czerwoni” na tereny Dolnego Śląska nie wejdą i ziemie te pozostaną przy Rzeszy. W najgorszym wypadku Rosjanie może przetoczą się przez Wrocław i przekroczą Odrę, ale później wycofają się i oni, Niemcy, tam wrócą. Do tego jednak czasu muszą ukryć wszystko, co najcenniejsze, aby nie wpadło w łapy „czerwonej hołoty”, jak przy każdej okazji nazywał Rosjan. Możliwość zagarnięcia przez nich Dolnego Śląska na stałe wydawała się nieprawdopodobna, i nie tylko jemu. Grundmann był tego samego zdania i gauleiter Karl Hanke również.
Poza tym, po wojnie, trzeba będzie jakoś żyć. Na lukratywne stanowisko w nowych władzach Frank raczej nie mógł liczyć, więc musiał sam zadbać o przyszłość swoją i najbliższych. Przyzwyczajony wraz z rodziną do ogromnego luksusu i nieograniczonej władzy, nie wyobrażał już sobie życia na poziomie urzędnika, nawet wysokiej rangi. Tutaj, w Krakowie, był przecież królem. Nie tylko on, każdy z dygnitarzy III Rzeszy miał upatrzone miejsca, schowki, w znacznej mierze zapełnione bezcennymi dziełami sztuki, złotem, numizmatami, porcelaną, starodrukami, a nawet meblami.
Gubernator wyjął z szuflady biurka dziennik, który prowadził nieprzerwanie od października 1939 roku. Jeszcze do połowy 1943 roku zwykł mawiać, że „ten jedyny w swoim rodzaju dokument będzie po wsze czasy świadectwem, z jaką powagą przystąpiłem do powierzonego mi zadania...”. Nie wziął pod uwagę, że będzie również świadectwem jego zbrodni.
Pod datą 1 sierpnia 1944 roku polecił sekretarzowi zapisać: „narada w sprawie zabezpieczenia niemieckiego dorobku kulturowego przed czerwoną zarazą, w której uczestniczył doktor Palezieux i doktor Meidinger...”. Sekretarz precyzyjnie opisał troskę pryncypała i jego współpracowników o los bezcennych zbiorów, w kilku zdaniach skreślił, jak gubernator osobiście musiał się ciężko napracować i ile czasu poświęcił dla dobra narodu niemieckiego. Dopiero na samym końcu dodał krótką informację o wybuchu powstania w Warszawie.
Dwa dni później z krakowskiego dworca kolejowego ruszył pociąg, którego trzy wagony wyładowano po brzegi wszelakim dobrem należącym do Hansa Franka. Setki żołnierzy ochraniały drogocenny transport, który po kilkunastu godzinach dotarł na Dolny Śląsk, do Jawora. Oczekiwały go specjalnie na ten cel przygotowane meblowozy należące do firmy transportowej, od kilku miesięcy współpracującej z gubernatorem. Kiedy towar przeładowano, ciężarówki ruszyły do Seichau i po godzinie wjechały na pałacowy podjazd, gdzie z niecierpliwością oczekiwał na nie konserwator zabytków, doktor Eduard Kneisel.
Kilka miesięcy później, w mroźny styczniowy poranek 1945 roku, odbywszy ostatnią już odprawę ze swoimi pracownikami na Wawelu, gubernator wsiadł do najnowszego modelu Mercedesa i w licznej asyście wojskowych samochodów ruszył do Seichau. Znaczna część jego osobistego bagażu jechała w oddzielnych samochodach. Było tego sporo, bo przecież żona gubernatora o arystokratycznych korzeniach, rozmiłowana w zbytku i luksusie, w podróży nie mogła się obyć bez wielu niezbędnych przedmiotów. Do bagażnika Mercedesa kazał także wrzucić skórzaną walizkę stojącą od pewnego czasu w gabinecie na piętrze. Chciał ją mieć na oku. Ostatnie dni były bardzo gorące, choć mroźne, a w takiej atmosferze darzenie współpracowników absolutnym zaufaniem nie wchodziło w grę.
Początkowo podróż odbywała się przy akompaniamencie rosyjskiej artylerii, ale Seichau przywitał ich prawdziwie wiejskim spokojem. Siedziba Richthoffena w cudownie białej scenerii, obsypana iskrzącym się w słońcu śniegiem, bardziej sprawiała wrażenie bajkowego pałacu niż twierdzy mającej bronić dzieł sztuki ukrytych w jej wnętrzu.
Już następnego ranka gubernator osobiście rozpoczął selekcję zgromadzonych w pałacu dokumentów. Część na jego polecenie została wrzucona na płonący pośrodku dziedzińca, wysoki na dwa metry stos. Wiatr roznosił po okolicy, niczym płatki śniegu, spopielałe drobinki papieru. Pozostałe papierzyska złożono do skrzyń, które zapakowano na samochody ciężarowe. Pod czujnym okiem Hansa Franka do skrzyń pakowano również dzieła sztuki wytypowane do dalszego transportu. Doktor Kneisel przygotował dla nich skrytki w pałacu w Morawie, gdzie czekali już współpracownicy gubernatora, do których dołączył doktor Schuler. Pozostałe dzieła sztuki miano wysłać do Świerzawy i do pałacu Schaffgotschów w Cieplicach.
Pracownicy uwijali się jak w ukropie, przenosząc z miejsca na miejsce, pakując i przepakowując zgromadzone w pałacu obrazy, meble, wyroby artystyczne i inne dobra. Nie szczędzili sił, gdyż czas naglił. Wyjazd bowiem generalny gubernator wyznaczył na dwudziestego trzeciego stycznia. W niedzielę jednak wszystkim należał się odpoczynek. Jedynie Frank nie mógł sobie pozwolić na marnotrawienie cennego czasu. Zaraz po szybkim śniadaniu wsiadł do Mercedesa, rozparł się wygodnie na tylnym siedzeniu i rzucił kierowcy krótki rozkaz:
– Do Wiesenstein!
Nazwa willi należącej do Gerharta Hauptmanna nie była kierowcy obca, więc nie zadając zbędnych pytań, ruszył w kierunku Jagniątkowa. Po godzinie czy dwóch Mercedes zatrzymał się na podjeździe uroczego pałacyku, nazwanego przez właściciela „Łąkowym Kamieniem”. Tym razem jednak wizyta Hansa Franka w gościnnych progach pisarza nie wynikała z przyjaźni, kurtuazji czy sentymentu. Hauptmann znany był nie tylko ze swoich utworów, za które zresztą otrzymał Nagrodę Nobla, lecz także z zamiłowania do pięknych przedmiotów. Od lat gromadził obrazy, rzeźby, monety i inne dzieła sztuki, zamieniając z czasem dom w muzeum.
Wiadomym też było, że jego dzieła literackie, z uwagi na poruszaną w nich problematykę biedy, wyzysku i niesprawiedliwości społecznej, chętnie tłumaczono w Związku Radzieckim, gdzie cieszyły się sympatią wysokich dygnitarzy. Hans Frank miał zatem wewnętrzne przekonanie, że Rosjanie, kiedy zajmą Dolny Śląsk, pozwolą pozostać leciwemu staruszkowi w jego pałacyku i tam dokonać żywota. W najgorszym razie ewakuują go wraz z całym dobytkiem. Gubernator postanowił to wykorzystać. Kto jak kto, ale on dobrze wiedział, że całego majątku nie należało ukrywać w jednym miejscu, lecz przynajmniej w kilku. Im większy majątek, tym więcej schowków. Prawdopodobieństwo odkrycia wszystkich jest w zasadzie równe zeru.
Szczupły, niewysoki staruszek, z aureolą siwych włosów na głowie, przywitał swojego gościa w saloniku, siedząc w przepięknym, biedermeierowskim fotelu przysuniętym w pobliże ogromnego marmurowego kominka, w którym płonął ogień. Styczeń 1945 roku był wyjątkowo mroźny.
– Witaj, drogi przyjacielu – odezwał się drżącym głosem, wyciągając pokrytą starczymi plamami dłoń w stronę przybyłego.
– Jakże miło znowu wejść w progi tej świątyni dusz! – serdecznie wołał gubernator już od progu, całkowicie darując sobie nazistowskie pozdrowienie odchodzące właśnie do lamusa historii.
– Jak pan sądzi, drogi Hans, czy Rosjanie tu dotrą? – spytał Hauptmann, a w jego głosie dało się wyczuć nutkę niepokoju.
– Być może, być może... – odparł wymijająco Frank, nie chcąc odpowiadać wprost. – Ale proszę się nie obawiać! – oświadczył, gdy usiadł w fotelu tuż obok pisarza i po przyjacielsku, lecz z należnym szacunkiem poklepał go po ręce. – Noblisty nie ośmielą się ruszyć – zapewnił z pełnym przekonaniem.
– A jeżeli się ośmielą? – drążył staruszek, nie mając pewności gubernatora, gdyż w swoim długim życiu widział już niejedno.
– To może jednak, drogi przyjacielu, pozwoli pan, że pomogę w ewakuacji? – zaoferował Frank. – Gauleiter też już przecież proponował pomoc, czyż nie?
– Tak, tak... – potwierdził bez entuzjazmu pisarz, kiwając siwą głową. – Ale przecież moich wspaniałych polichromii z holu nie da się zabrać... – jęknął zrezygnowany.
– Przykro mi, ale nie – przytaknął zdecydowanie gubernator, rozwiewając wszelkie nadzieje Hauptmanna. – Natomiast pozostałe zbiory jak najbardziej można wywieźć. Proszę nami dysponować!
– Nie, nie... Dziękuję... Zostanę... – bąkał zagubiony staruszek. – Może nie będzie tak tragicznie – oznajmił po chwili i zapatrzywszy się w ogień, myślami już się gdzieś oddalił.
Po kilku minutach ciszy, przerywanej jedynie trzaskaniem płonących w kominku polan, gubernator zdecydował się wyjawić, z czym przyjechał.
– Skoro taka jest pańska decyzja, drogi panie Gerhardzie, to ja ją uszanuję, ale miałbym prośbę... – Zawiesił głos, czekając na reakcję pisarza.
– Ależ oczywiście! – ożywił się noblista i spojrzał na swojego wysoko postawionego gościa oczami w znacznej mierze zakrytymi kataraktą. – Jeśli tylko mogę pomóc. W tym ciężkim dla nas okresie musimy trzymać się razem.
Gubernator oblizał mięsiste usta i przełknął ślinę.
– Mam wyjątkowo dla mnie cenny obraz i obawiam się, że mogę go stracić, jeśli Rosjanie wpadną na jego trop – zaczął szeptem, pochyliwszy się wprost do ucha pisarza. – To tak, jak z pańską polichromią – ciągnął konfidencjonalnie. – Nie umiałbym bez niego żyć! – dodał na koniec nieco melodramatycznym tonem.
– Ale cóż ja mogę? – Staruszek bezradnie rozłożył wątłe ramiona i zatrzymał na gubernatorze zagubione spojrzenie.
– Gdyby zawisł między pańskimi obrazami – szeptał dalej Frank – zagubi się w masie arcydzieł, a poza tym ruscy nie będą mieli na tyle śmiałości, aby szperać w zbiorach noblisty. A w razie ewakuacji pojedzie z panem...
– Rozumiem – ucieszył się Hauptmann, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Bardzo chętnie pomogę, drogi Hansie, bardzo chętnie – oświadczył, poklepawszy życzliwie gubernatora po ramieniu, w pełni rozumiejąc miłość kolekcjonera do najcenniejszego obiektu w zbiorze.
– Spotkamy się zapewne już po wojnie – oznajmił Frank, skinieniem głowy podziękowawszy pisarzowi za jego zgodę. – To długo nie potrwa... – dorzucił grobowym głosem.
– Tak... Tak... Do zobaczenia po wojnie... – bąkał staruszek, kiwając głową ze smutkiem. – Oby jeszcze we własnym domu!
W wyznaczonym dniu kawalkada samochodów eskortujących Mercedesa z Hansem Frankiem rozpartym na obitym skórą tylnym siedzeniu opuściła Dolny Śląsk i przez Drezno dotarła do majątku Schoberhof koło Neuhaus. Na miejscu pryncypała oczekiwał adiutant Helmut Pfaffenrot oraz doktor Palezieux, przybyły z obrazami zabranymi z sali Kolumnowej na Wawelu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
