Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W czerwcową noc 1976 roku we Wrocławiu spłonął kościół pod wezwaniem św. Elżbiety. To fakt historyczny. Kilka dni później do mieszczącego się w ratuszu muzeum przychodzi anonim z pogróżkami. By cenny zabytek uchronić od puszczenia z dymem, pracownicy pełnią po nocach dyżury. Podczas jednego z nich Matylda, młodziutka i wścibska asystentka zatrudniona w muzeum, przypadkowo odnajduje tajną skrytkę, a w niej listę obrazów wywiezionych pod koniec wojny z Wrocławia przez gauleitera Dolnego Śląska Karla Hankego i ukrytych nie wiadomo gdzie. Idąc tropem obrazów, wpada na ślad szajki handlującej kradzionymi dziełami sztuki. Bardzo szybko przekonuje się, że na pomoc milicji w tej sprawie nie może liczyć, wręcz przeciwnie.
Jakby tego było mało, życie osobiste Matyldy przypomina jazdę kolejką górską. A my przy okazji poznajemy czasy pozornej prosperity lat gierkowskich, wszechwładzę cenzury i aparatu partyjnego.
Dodatkowego smaku tej powieści dodaje fakt, że zawiera ona wiele wątków autobiograficznych, a sama Autorka powiedziała kiedyś: „Matylda to ja”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 487
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026, Jolanta Maria Kaleta
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
Wszystkie postacie opisane w tej książce są wytworem wyobraźni autorki, podobieństwo do osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe.
ISBN 978-83-8241-378-6
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zdjęcie wykorzystane na okładce: adobe stock (©maria, ©Tomasz Warszewski, ©Eugene_Photo)
Redakcja: MR
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Tamtej pamiętnej nocy Matylda Harycka miała sen. Przypomniała sobie jego treść wiele miesięcy później, kiedy stanęła przed drzwiami pałacu, który ujrzała w tamtym śnie. Ten na jawie był mocno nadgryziony zębem czasu, tynk odchodził płatami, a stare odrzwia ledwie trzymały się ościeżnicy. Tamten ze snu był najpiękniejszym pałacem, jaki w życiu widziała. Nawet ten w Pszczynie, który zwiedzała ze szkolną wycieczką, nie umywał się do niego. Kiedy we śnie weszła do obszernej komnaty urządzonej z przepychem, o ścianach ozdobionych licznymi obrazami w złoconych barokowych ramach, zaparło jej dech w piersiach. Podchodziła do każdego malowidła, ze zdumieniem odkrywając, że wszystkie były dziełem Michaela Willmanna, wybitnego śląskiego malarza epoki baroku. Nagle usłyszała czyjeś kroki. W panice rozejrzała się po komnacie i gdy ujrzała drzwi na jej końcu, pobiegła w ich stronę. Za nimi znajdowała się biblioteka, jak mogła wnosić z wysokich, sięgających sufitu szaf wypełnionych książkami. Na stojącym pośrodku stole piętrzył się stos wyjętych z ram obrazów. Zdumiona przeglądała płótno za płótnem. Były to obrazy skradzione w ostatnich latach z kilku muzeów. Nie namyślając się wiele, zwinęła je w rulon i już chciała ruszyć z nimi do wyjścia, gdy nagle w drzwiach stanął milicjant. Spojrzał na Matyldę surowym wzrokiem, jakby to ona dopuściła się tej kradzieży.
– Pani pójdzie ze mną – oświadczył, chwytając ją za rękaw koszuli nocnej, w którą cały czas była ubrana.
– Nigdzie nie pójdę! – krzyknęła i szarpnęła ręką, lecz milicjant nie miał zamiaru jej puścić.
Szarpnęła raz jeszcze. Zerwała się z krzykiem i usiadła na łóżku. Mama Matyldy, nachylona nad nią, delikatnie ciągnęła ją za ramię.
– Tyldziu... Tyldziu... – szeptała. – Obudź się. Kościół się pali. – Słowa matki docierały do Matyldy z głębokiej jak Hades otchłani pierwszego snu, tego najtwardszego i najsmaczniejszego, jaki się miewa w jej wieku, w wieku dwudziestu paru lat.
– Kościół? – powtórzyła, spoglądając na matkę nieprzytomnym wzrokiem. – Który? – Ziewnęła szeroko, zasłaniając usta.
Z żalem wracała do świata jawy. Miała taki piękny sen. W końcu udało jej się dotrzeć do pałacu, w którym odnalazła zawieruszone gdzieś po wojnie dzieła śląskiego mistrza baroku.
– Kościół garnizonowy – wyjaśniła rzeczowo matka, wyrywając Matyldę ostatecznie ze słodkich ramion Morfeusza. – Czegoś tak strasznego jeszcze nie widziałaś – skwitowała krótko i widząc, że jej córka już całkiem się rozbudziła, szybkim krokiem wróciła do pokoju, gdzie jej matka, a babka Matyldy stała w szeroko otwartych drzwiach balkonowych i z zainteresowaniem zmieszanym z przerażeniem obserwowała popisy żywiołu.
Mieszkanie tych trzech kobiet znajdowało się na czwartym, ostatnim piętrze bloku, przed którym, aż do Placu 1 Maja, nie pobudowano żadnych wysokich budynków. Dopiero szpital wojewódzki i cerkiew prawosławna przy ulicy Świętego Mikołaja częściowo zasłaniały bryłę Kościoła Świętej Elżbiety zwanego garnizonowym.
Płonęła wieża, a ogień widoczny był jak na dłoni. Wysokie na kilka metrów płomienie, niczym gigantyczna pochodnia jaskrawo odcinały się żółtą barwą od nieba, które przybrało kolor purpury. Co chwilę snopy iskier strzelały w górę i przypominając noworoczne sztuczne ognie, z sykiem opadały na ziemię. Kłęby czarnego dymu snuły się wokół i Matylda odniosła wrażenie, że jego duszący smród wciska się do mieszkania. Co działo się poniżej, nie mogła dostrzec, jednak dochodzące z daleka wycie syren straży pożarnej, pogotowia ratunkowego i milicji pozwalały wyobrazić sobie rozgrywającą się tragedię. Zapewne działy się tam dantejskie sceny. Istotnie. Na drugi dzień w gazetach i w Dzienniku Telewizyjnym podano informację, że mimo udziału w gaszeniu pożaru wielu jednostek pożarniczych, płomienie strawiły nie tylko wieżę i dach kościoła, ale także jego wyposażenie, w tym jedne z najpiękniejszych zabytkowych organów, jakie istniały na Dolnym Śląsku.
– Zupełnie jak podczas bombardowania Lwowa... – westchnęła babka, stojąc z rękami splecionymi za plecami, nie przejmując się, że czyniło to jej zaokrągloną sylwetkę jeszcze bardziej okrągłą. Mając lat siedemdziesiąt z hakiem i wdowi garb na karku, nie zwracała już uwagi na swoją urodę. Miała ważniejsze sprawy na głowie. Gdy obserwowała ten festiwal ognia, stanęły jej przed oczami koszmarne dni wojny, która zabrała jej nie tylko męża, lecz także ostatnie lata młodości.
– Przecież już raz wieża się paliła... Kilka miesięcy temu... – Słowa Matyldy miały przywrócić starszą panią do teraźniejszości. Te wieczne wspominki, dotyczące nie tylko drugiej wojny światowej, ale także tej pierwszej, a nawet zaboru rosyjskiego, momentami strasznie ją nudziły. – Pamiętacie? – Zerknęła na matkę, bo babka ostatnio miewała kłopoty z bieżącą pamięcią. – W gazetach napisano, że spaliło się całe rusztowanie.
– Szwaby podpaliły – zawyrokowała starsza pani i z niesmakiem wydęła zwiędłe usta.
– Mamo, co ty wygadujesz? – prychnęła pani Harycka i wzruszywszy ramionami, spojrzała na swoją rodzicielkę z dezaprobatą. – W jakim celu?
– Z zemsty... – odparła i posłała córce wymowne spojrzenie. – Za to, że utracili te ziemie. Jakbyśmy my swoich nie stracili – westchnęła z żalem za pozostawionym we Lwowie domem i na moment w pokoju zapadła cisza, zakłócana jedynie upiornym wyciem syren coraz to nowych wozów strażackich śpieszących na miejsce wydarzeń.
– Jestem przekonana, że to robotnicy zaprószyli ogień podczas remontu, wówczas i teraz – wróciła do tematu Harycka. Nerwowo zaplatała i rozplatała końcówkę długiego warkocza. Był przedmiotem uwielbienia jej męża, kiedy ten jeszcze żył. – Tak się dziwnie składa, że jak tylko coś remontują, zaraz wybucha pożar – dodała, odrzucając warkocz na plecy.
– Jak to? – zdziwiła się Matylda i zatrzymała na matce zaskoczone spojrzenie. – Nikt nie kontroluje, gdy po pracy wychodzą do domu, czy wszystko zostawili w idealnym porządku? Przecież ja muszę sprawdzić dwa razy, zanim zamknę gabinet na klucz! – dodała pełnym oburzenia głosem, i zaraz sobie wyobraziła awanturę, gdyby ją złapano choćby na pozostawieniu włączonego światła. Dopiero Stara, jak mówiła na dyrektorkę muzeum, darłaby gębę. Słychać byłoby w całym ratuszu. O premii Matylda mogłaby zapomnieć na długi czas.
– Takie ruskie porządki. – Wzruszyła ramionami babka. W jej wieku i z jej przeszłością już nic nie mogło dziwić ani zaskakiwać. – Komuniści do nas przywlekli ten bałagan i bylejakość, to tak mamy! Jak mieszkaliśmy w Lipsku... – swoim zwyczajem, choć w opowieściach, chciała wrócić do czasów młodości.
– Jezu, Maria! Wieża zapadła się do środka! – krzyknęła matka Matyldy, przerywając bezceremonialnie znane na pamięć wspominki. Z emocji i przerażenia chwyciła się za głowę.
– Strasznie to wygląda... – wyszeptała grobowym głosem najmłodsza z kobiet i zastygła w identycznej jak jej matka pozie. Sama dostrzegając, że staje się jej wierną kopią, czego chciała uniknąć za wszelką cenę, wcisnęła ręce w kieszenie szlafroka. Po kilku minutach obserwacji szalejącego żywiołu oświadczyła zdecydowanie:
– Idę spać. Nie wiem jak wy, ale ja muszę wstać wcześnie rano. Jeśli się spóźnię do muzeum, to Stara będzie przynudzać, a tego wyjątkowo nie znoszę.
– Idź, Tyldziu, idź – poparła ją babka. – Ale, proszę cię, moje dziecko, zmień słownictwo. Nie stara, lecz pani dyrektor – poprawiła wnuczkę. Mimo upływających lat, nadal nie przyzwyczaiła się do zmian, jakie niósł ze sobą czas. A już szczególnie nie lubiła tej młodzieżowej gwary. – Za moich czasów... – zaczęła, lecz Matylda przerwała jej bezceremonialnie.
– Błagam, nie mówcie do mnie Tyldziu – burknęła, wychodząc z pokoju. Zaraz mnie diabli wezmą, przemknęło jej przez myśl i chcąc zaakcentować niezadowolenie, zbyt głośno zamknęła drzwi, choć trudno było to nazwać trzaśnięciem. Uwagi o słownictwie nie przyjęła do wiadomości. Miała nadzieję, graniczącą z pewnością, że ona nigdy nie powie do swoich dzieci: „Za moich czasów...”. O ile będzie je kiedykolwiek miała, bo nie ciągnęło jej do pieluch i przecierania zupek.
To oryginalne imię – Matylda – dostała po swojej drugiej babce, matce ojca, który wkrótce po przyjściu córki na świat został zamordowany przez komunistów, mimo że nie zaliczał się do tak zwanych wrogów ludu. Nie wywodził się ani z ziemiańskiej rodziny, ani z burżuazji. Wystarczyło, że głośno skrytykował panujące porządki, a właściwie ich brak w fabryce, gdzie był majstrem. Pochodził z Wielkopolski, więc akuratność i pracowitość z dziada pradziada miał we krwi. Nie mogąc spokojnie patrzeć na marnowanie materiałów, powszechną kradzież i partactwo, powiedział dyrektorowi z partyjnego nadania, ze świadectwem ukończenia czterech klas szkoły powszechnej, co o tym wszystkim myśli. Na drugi dzień dwóch ubranych w prochowce osobników wywlekło go z domu jeszcze o świcie, nie patrząc, że był w piżamie i kapciach. Więcej go nie zobaczyły. Ponoć zmarł na zapalenie płuc. Były i tak w dobrej sytuacji, że wydano im zwłoki i mogły urządzić pogrzeb. Inni nigdy nie doczekali się informacji, co stało się z ich bliskimi, aresztowanymi przez bezpiekę, jak powszechnie mówiono na Urząd Bezpieczeństwa. Jego rodzice, owa Matylda i jej mąż Wincenty, wówczas już nie żyli. Oboje zginęli podczas wojny, kiedy ich syn był jeszcze chłopakiem.
Rano Matylda wstała zbyt późno, żeby zjeść cokolwiek. Błyskawicznie wskoczyła w ulubione sztruksowe spodnie w piaskowym kolorze. Na czarny podkoszulek narzuciła długie sztruksowe wdzianko zapinane z góry na dół na guziki. Od biedy mogło służyć jako sukienka, jeśli się nie włożyło spodni. Zdaniem Matyldy żadna tkanina nie mogła się równać z porządnie spranym sztruksem. Komplecik uszyła jej mama, bo przecież w sklepach trudno było kupić coś modnego, a na Peweks czy ciuchy z komisu Matyldy nie było stać. Jako pracownik muzeum zarabiała grosze, a przecież musiała się dokładać do wspólnego domowego budżetu, stale dziurawego. Chodziła w tym stroju świątek, piątek i niedziela. Gdy słupek rtęci w termometrze za oknem wędrował powyżej dwudziestu kilku stopni, wdzianko zdejmowała i zostawała w samym podkoszulku, kiedy robiło się chłodniej, wkładała pod spód golf samodzielnie wydziergany z włóczki jeszcze zimą, kiedy złapała anginę i przez tydzień była przykuta do łóżka. Do tego przewieszona przez ramię brezentowa torba, tak wielka, że wchodziły do niej cztery bochenki chleba albo dwa tomy encyklopedii powszechnej. Zastępowała zwykłą damską torebkę, która nie była w stanie pomieścić wszystkich klamotów niezbędnych Matyldzie w codziennym funkcjonowaniu.
Dzień po pożarze zapowiadał się ciepły, jak zwykle w czerwcu. Na przystanek tramwajowy Matylda wpadła w ostatniej chwili. Gdyby nie łaskawość motorniczego, który zechciał zaczekać, aż Matylda dobiegnie, dziesiątka uciekłaby jej sprzed nosa. Gdy kasowała bilet na przednim pomoście, kręcąc korbą, spoglądał łakomie na tę szczuplutką, niezbyt wysoką dziewczynę o długich jasnych włosach. Na staruszkę pewno by nie zaczekał, przemknęło jej przez myśl.
Do muzeum zdążyła wpaść akurat w momencie, kiedy sekretarka zeszła na portiernię, aby wziąć od pani Łucji zeszyt. Przychodzący pracownicy składali w nim swój podpis, a ona wpisywała godzinę przyjścia. Spóźnialscy te przykre formalności kończyli w gabinecie dyrektorki, okraszone kilkoma cierpkimi słowami nagany. Matylda zawsze wówczas miała wrażenie, jakby nadal chodziła do szkoły, więc starała się usilnie, by do pracy przychodzić na czas.
Wejście do biur muzeum znajdowało się od strony Sukiennic. Chcąc dojść do swojego gabinetu, Matylda musiała najpierw pokonać wąziutkie schodki prowadzące na piętro, potem długi, wąski korytarz łączący Sukiennice z ratuszem, zejść szerokimi granitowymi schodami na sam dół, do Sali Mieszczańskiej, a dopiero na jej końcu znajdowały się drzwi do pokoiku, w którym mieściło się jej miejsce pracy. W rzadkich chwilach wolnego czasu przez ogromne okna poprzecinane szprosami mogła podziwiać południową pierzeję rynku. Zatrzymujące się na przystanku tramwaje i tłum pasażerów czekających na kolejny przysłaniali skromne wystawy sklepów ulokowanych w części parterowej kamienic.
Gdy Matylda weszła do siebie, wyszperała w torbie ciężki pęk kluczy, pootwierała szuflady biurka i szafę pancerną, w której spoczywały dokumenty dotyczące bieżących zadań, protokoły zakupu zabytków, księgi inwentarzowe, korespondencja i Bóg wie co jeszcze, nawet dwa kubki i słoiczek z cukrem, bo do szuflady biurka już nie dały się wcisnąć. Kiedy wyłożyła na wierzch potrzebne w dniu dzisiejszym teczki z dokumentacją, mogła zabrać się do pracy. Jeszcze tylko zamówiła wrzątek na herbatę u portierki dyżurującej przy głównym wejściu do ratusza, tym od strony pomnika Fredry. Gdy w końcu usiadła za biurkiem, zapaliła ze smakiem papierosa i uśmiechnęła się do swoich myśli. Cieszyła się, że choć gabinet był ciasny niczym dziupla, to jednak miała go do swojej wyłącznej dyspozycji i nie musiała się do nikogo dostosowywać, nikt też nie patrzył jej na ręce, utyskując, że bałagan na biurku czy w szafie. Po roku pracy pełniła funkcję asystenta oraz kierownika jednoosobowego działu, którego personel stanowiła ona sama.
Obowiązków miała dużo, a momentami nawet za dużo. Była jednak zadowolona, że pracuje samodzielnie – na własną odpowiedzialność, ale i na własny rachunek, a nie jak w innych działach, gdzie personel się naharował, a kierownik brał premię. Od wielu tygodni mozoliła się nad przygotowaniem wystawy monograficznej artysty plastyka, Wacława Chudego. Do końca czerwca musiała opracować katalog, przypilnować drukarnię, żeby ta wydrukowała plakat, i oczywiście zorganizować samą wystawę. Wernisaż zaplanowano na wrzesień. Scenariusz był już napisany i złożyła go w urzędzie cenzury do akceptacji. Należało jeszcze skompletować prace, które miały być zaprezentowane na wystawie, a których nie posiadało muzeum. Ten etap pracy muzealnika Matylda lubiła najbardziej. Wybrać, zgromadzić i przedstawić publiczności najpiękniejsze dzieła, jakie artyście udało się stworzyć.
Rozmyślania nad wystawą przerwało pukanie do drzwi. Matylda nie zdążyła nawet ust otworzyć, by wyrzec sakramentalne „proszę”, gdy rozległ się charakterystyczny zgrzyt starych zardzewiałych zawiasów i w szparę w drzwiach wsunęła się głowa o kędzierzawej, z lekka rudawej czuprynie. Należała do kolegi z działu starodruków, którego pociągłą twarz zdobiła rudawa bródka, potocznie zwaną kozią, oraz obwisłe wąsy à la Wyspiański. Zaraz diabli mnie wezmą, pomyślała z niechęcią.
– Wejdź, Ambroży! Co cię sprowadza? – zapytała chłodno.
– Witaj – odezwał się rudobrody charakterystycznym dla siebie głosem, który brzmiał tajemniczo, a jednocześnie upojnie, jak u przedwojennego amanta. – Co masz na tapecie? – zainteresował się, wyciągając do przodu chudą szyję z nadzieją, że dojrzy treść papierów, Matylda jednak szybko wsunęła je do szuflady biurka.
– Cały czas siedzę nad Chudym, ale scenariusz już w cenzurze. – Wzruszyła obojętnie ramionami. – Mam nadzieję, że nie użyją inkwizytorskiego ołówka – dodała z westchnieniem.
Ambroży, choć nieproszony, zagłębił się w stojącym w kącie pokoju fotelu i swoim zwyczajem kościstymi palcami gładził capią bródkę.
– Na to bym nie liczył... – postraszył po chwili. – Wiesz, że Chudemu zdarzały się prace o tematyce religijnej, a tego cenzor nie przełknie. Jeżeli się nie udławi, to z pewnością rzygnie brzydko na czerwono na ten cały twój scenariusz.
– Wiem, wiem. – Machnęła ręką, odganiając od siebie złowieszcze krakania kolegi. – Ale ja mam swoje sposoby. – Puściła do kolegi figlarne oko. – Myślę, że tym razem nie trzeba będzie przewracać wszystkiego do góry nogami. Zaraz będzie wrzątek – zmieniła temat. Nie znosiła, kiedy ktoś ją pouczał, lecz wytknąć tego wprost starszemu koledze nie śmiała. – Napijesz się herbatki czy kawki?
W zasadzie jej pytanie zaliczało się do retorycznych. Wszyscy merytoryczni wiedzieli, że Ambroży Dorzecki zawsze zagląda do kolegów na plotki pod pretekstem wypicia kawy lub herbaty. Albo chce pożyczyć pieniądze, bo znowu mu zabrakło na wątróbkę dla kota czy na pszenicę dla papużki. Z dwojga złego Matylda wolała, żeby przychodził na herbatę, bo u niej z pieniędzmi zawsze było bardzo krucho.
– Z przyjemnością napiję się kawki – zaszemrał Ambroży radośnie i zakładając swoje tyczkowate nogi jedna na drugą, wyciągnął je przed siebie.
Zawiesił na Matyldzie spojrzenie, które miało mówić: „Jaka ty jesteś ładna”. Tak naprawdę ona tego spojrzenia nigdy do końca nie rozgryzła. Czasami miała wrażenie, że kolega usiłuje wzrokiem zmusić ją do opuszczenia muzeum raz na zawsze. Przy słowie kawka rozległo się donośne pukanie. Matylda znowu nie zdążyła zawołać „proszę”, gdy drzwi otworzyły się szeroko i w progu stanęła okrągła jak baryłeczka portierka ubrana w granatowy atłasowy fartuch ozdobiony kołnierzykiem wydzierganym szydełkiem z białego kordonka. W ręce dzierżyła ogromny aluminiowy czajnik, usmolony od spodu przez palnik kuchenki gazowej, na której przez lata gotowano wodę.
– Pani magister! – zaczęła na cały głos, stojąc w progu, aż echo rozeszło się po Sali Mieszczańskiej. – Przyniosłam wrzątek!
Matyldzie przyszło na myśl, że informacja o wrzątku dotarła z pewnością do sąsiednich gabinetów, dając pretekst do kolejnej fali plotek, rozsiewanych przez niektórych kolegów, że ona niczym innym się nie zajmuje, tylko piciem kawy, paleniem papierosów i flirtowaniem z Dorzeckim.
– Dziękuję bardzo, pani Zofio – bąknęła i zerwała się z krzesła. Zgrabnie wyminęła fotel, w którym siedział Ambroży, chwyciła z trudem ciężki jak młyński kamień czajnik i nalała wrzątku do kubeczków.
– No to ja już nie przeszkadzam, pani magister – oznajmiła portierka z lisim uśmieszkiem na wąskich ustach, wymownie przy tym obrzucając wzrokiem Dorzeckiego, i z czajnikiem w ręce starannie zamknęła za sobą drzwi.
Jasna cholera, pomyślała Matylda, zaraz babsko rozpaple wśród fizycznych, że merytoryczni romansują, zamiast pracować. Wkurzona, wsypywała do wrzątku kawę rozpuszczalną, Neskę, która ostatnio pojawiła się w hali targowej, i mieszała ją energicznie.
– Słodzisz? – zwróciła się do muzealnika i nie czekając na odpowiedź, postawiła słoiczek z cukrem na biurku.
Wiadomym było powszechnie, że Dorzecki słodkości sobie nie żałuje, a po cukier stało się w koszmarnych kolejkach i chodziły słuchy, że znowu mają podnieść cenę. Właśnie nastąpił wysyp truskawek, a wówczas po domach robi się kompoty i dżemy, a bez cukru ani rusz. Byli tacy, co wieszczyli wprowadzenie kartek, lecz w to Matylda nie wierzyła. Z przyczyn, których mogła się tylko domyślać, „oni” czyli rządzący, ceny na żywność zawsze podnosili w newralgicznych mementach. Na ogół przed świętami albo podczas sezonu owocowego. Nawet jajka drożały makabrycznie przed Wielkanocą, jakby kury złośliwie przestawały się nieść, wiedząc, że wzrasta zapotrzebowanie.
Ambroży wsypał do kubka dwie kopiaste łyżeczki i mieszał w garnuszku, dzwoniąc jak w kościele na mszę.
– Warszawa udostępni coś ze swoich zbiorów? – spytał, topiąc wzrok we wnętrzu kubka.
Choć zdobył się na obojętny ton, mający dać do zrozumienia, że pyta jedynie z grzeczności, Matylda nie dała się nabrać.
– Wszystko już mam dograne. Bez tego nie mogłabym zamknąć scenariusza – kłamała jak z nut, bo właśnie Warszawa robiła największe trudności. Chyba jedynie dlatego, że to Wrocław się do nich zwrócił o wypożyczenie kilku obrazów artysty. Wolała jednak o tym muzealnikowi nie mówić. Z nieznanych jej przyczyn lubił, kiedy plany jego kolegów po fachu nie dawały się łatwo realizować. A że w wielu muzeach miał jakichś swoich przydupasów, to często osobiście się do tego przykładał. Tak przynajmniej niosła muzealna plotka, choć osobiście Matylda jeszcze ani razu się na Dorzeckim nie przejechała. Wolała jednak nie ryzykować. Była to jej pierwsza duża wystawa monograficzna i chciała wypaść jak najlepiej. Za tydzień miała umówione spotkanie w Warszawie i od tego zależało, czy dyrektor Narodowego wyrazi zgodę na wypożyczenie tych kilku akwarel, czy też nie. I o tym planie Ambroży nie mógł się dowiedzieć.
– A jak twoja praca nad malarstwem dolnośląskim? – zapytała, złośliwie poruszając to właśnie zagadnienie.
Był to temat, który on dosłownie jej ukradł i chyba za karę miał problemy z jego realizacją. Ze względów politycznych. Tematyka, która sięgała do niemieckiej przeszłości Dolnego Śląska, nie była mile widziana przez władze zarówno te lokalne, jak i centralne. Od lat niezmiennie stały one na stanowisku, żeby na każdym kroku akcentować polskość tych ziem – siłą zabranych, podstępnie zgermanizowanych, po wiekach odzyskanych. Dla rządzących nie miało znaczenia ani mistrzostwo autora, ani wartość artystyczna jego dzieł. Liczyła się tylko narodowość i tematyka, a ta akurat najczęściej była religijna, więc trudna do przełknięcia. Wszelkie zagadnienia dotyczące przeszłości Dolnego Śląska były zatem śliskie jak lód, żeby nie użyć gorszego słowa. Ambroży zanurzył wąsy w garnuszku z kawą i upił kilka łyków, zanim zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy.
– Sama wiesz, jak jest. – Machnął zrezygnowany ręką. – Na Dąbrowszczaków latam dzień w dzień i można powiedzieć, że nie wychodzę z Komitetu Wojewódzkiego, ale efektów nie widzę. Chyba wsadziłem się na minę. Żałuję, że wziąłem ten temat.
Matylda poczuła w duchu coś na kształt satysfakcji i z trudem zapanowała nad uśmiechem, który usiłował wypełznąć jej na usta.
– A jak twoi pupile? – zagadnęła z innej beczki. – Nie płaczą, gdy cały dzień siedzą same w domu? – celowo drążyła tematy drażliwe dla kolegi. Chciała, aby jej gość jak najszybciej sobie poszedł. Robota leżała wrzucona do szuflady, a on siedział jak przyspawany. A że nie lubił, jak się z niego natrząsają z powodu kota i papugi, jego jedynych przyjaciół, to zawsze kończył temat, wychodząc. Tym razem jednak, za nic mając uszczypliwe pytania Matyldy, spoglądał z zachwytem na czubki swoich nowych butów, kręcąc stopami zgrabnego młynka.
– Nic z tych rzeczy – oznajmił po chwili ze stoickim spokojem. – Grzecznie czekają, aż pańcio wróci do domu.
– Nie boisz się, że któregoś pięknego dnia kot z nudów dobierze się do klatki z papużką? – spytała z pozorną troską i zerknęła na zegarek, ale pozostało to niezauważone.
Ambroży już otwierał usta, żeby po raz setny pochwalić się mądrością swoich pupili, gdy kolejna osoba energicznie zapukała do drzwi i natychmiast je otworzyła, nie czekając na zaproszenie do środka. Tym razem najpierw wsunął się dość obfity biust obleczony w popielaty sweterek z kaszmiru, kupiony z pewnością w Peweksie, a za nim cała reszta wicedyrektorki Haliny Wąsowicz. Wraz z nią wpłynęły opary wyjątkowo słodkich perfum, których woń przypominała Matyldzie pierniki skrywane przez babkę w szafce z bielizną.
– Brożek! – fuknęła kaszmirowa, obrzucając swojego podwładnego surowym spojrzeniem. – Nie siedź tutaj bezczynnie, kiedy mamy wizytę sekretarza z wydziału kultury na karku. Proszę do mojego gabinetu. Musimy ustalić parę spraw! – Dobitnie, z nutą pogardy, zaakcentowała słowo tutaj, nie witając się z Matyldą, jakby ta była powietrzem.
– Już, już lecę – bąkał speszony, strzelając oczami po kątach. – Tylko dopiję kawkę... – Zerwał się jak sztubak i stojąc w progu, wysiorbał resztki płynu. – Umyję po sobie – zaszemrał potulnie i z kubeczkiem w dłoni popędził za Haliną.
Kiedy za gośćmi zamknęły się drzwi, Matylda odetchnęła z ulgą. Wysunęła szufladę i pośpiesznie wyjęła schowane dokumenty. Rozłożyła na biurku luźne kartki. Były to pisma od kilku wrocławskich instytucji, które przysłano w odpowiedzi na listy napisane przez Matyldę. Wszystkie zaczynały się od słów, że z przykrością informują, ale takiego obrazu nie mają, nie mieli, nie wiedzą, gdzie jest, że u nich nigdy nie było i tak dalej, wszystkie w tym samym stylu. A to oznaczało, że wciąż odbijała się jak piłka od ściany. Zapaliła papierosa, wkręciła papier do maszyny i napisała nagłówek:
Komitet Wojewódzki PZPR we WrocławiuWydział Kultury i Sztuki
Pismo miało dotyczyć nie tylko zgody KW na prowadzenie poszukiwań obrazów związanych z Wrocławiem, a zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach podczas wojny i po jej zakończeniu, ale także poparcia partii dla tej muzealnej inicjatywy. Bez tego ani rusz. Matylda ustaliła ze Starą, że podejmie się takiej pracy, ale obie chciały utrzymać z wielu względów plany w tajemnicy. Jednym z nich były mnożące się z roku na rok kradzieże cennych obrazów nie tylko z obiektów sakralnych, lecz nawet z muzeów. Dla nikogo nie było tajemnicą, że skradzione dzieła wywożone są na Zachód i tam sprzedawane prywatnym kolekcjonerom. Milicja zaś i Służba Bezpieczeństwa tylko bezradnie rozkładały ręce. Chyba celowo bojkotują śledztwa, bo mają w tym swój udział, pomyślała któregoś dnia Matylda, lecz na wszelki wypadek spostrzeżenia te zostawiła dla siebie. Nawet Starej nie bąknęła ani słowem. Za takie podejrzenia mogła skończyć za kratkami albo spłonąć żywcem, jak jeden z celników, który wiedział za dużo. W tej sytuacji wiedza zgromadzona przez pracowników muzeum mogła niechcący wskazać złodziejom drogę do cennego obrazu, którego nikt nie strzegł. Im później taki projekt ujrzy światło dzienne, tym dłużej Matylda będzie mogła spokojnie pracować.
Największe kłopoty miała z uzyskaniem zgody Kościoła na prowadzenie poszukiwań w ich magazynach, strychach czy piwnicach. Kler nie darzył zaufaniem żadnej instytucji państwowej i trudno się było temu dziwić, znając choć trochę dzieje stosunków Kościół – Państwo w Polsce po drugiej wojnie światowej. Kolejną przeszkodę stanowiły bliżej nieokreślone przepisy w biurach, zakładach pracy czy fabrykach. Nie chcąc wścibskiej muzealniczki wpuszczać na swój teren, wszyscy zasłaniali się paragrafami. Prawdziwa przyczyna tej niechęci leżała zapewne w zupełnie czym innym. Matylda liczyła, że wytyczne z KW mogłyby te przeszkody pokonać, wyjąwszy oczywiście Kościół, który jako jedyna instytucja w Polsce nie podlegał partii, choć musiał się z nią liczyć, nie chcąc narazić się na represje.
Matyldę szczególnie interesowało kilka obrazów. Pierwszy z nich, zatytułowany Panorama bitwy na Psim Polu, o niewielkich walorach artystycznych, znany ze swojego propagandowego charakteru odwiecznej walki z Niemcami o Śląsk oraz z tajemniczego zniknięcia w 1948 roku po zakończeniu Wystawy Ziem Odzyskanych, a namalowany przez Stobieckiego i Rozpędowskiego zaledwie rok wcześniej. Przepadł jak kamień w wodę. Natomiast wartość artystyczna, historyczna i materialna pozostałych obrazów, których poszukiwała Matylda, była ogromna, jednak nie miała żadnej pewności, czy te dzieła w ogóle nadal istnieją. Być może diabli je wzięli podczas wojny. Były to obrazy namalowane przez Michaela Willmanna, siedemnastowiecznego malarza, rysownika i freskanta epoki baroku, coraz częściej zwanego śląskim Rubensem, Rembrandtem, a nawet Rafaelem. Urodzony w Królewcu większość życia spędził w Lubiążu na Dolnym Śląsku, dokąd przybył na zaproszenie opata miejscowego klasztoru cystersów. I to głównie na jego potrzeby tworzył. Tam też przed wojną znajdowało się najwięcej jego dzieł. Jednak teraz tylko kilka wisiało w parafialnym kościółku. Resztę spotkał tragiczny los. Najpierw Niemcy podczas wojny w obawie przed bombardowaniem wywieźli cenne zbiory z budynków poklasztornych do składnicy w Lubomierzu. Później trafiły do Szklarskiej Poręby. Ponoć cennymi ramami od obrazów i drewnianymi ołtarzami czerwonoarmiści palili w piecach, kiedy stacjonowali w Lubiążu. Za zgodą władz radzieckich lubiąskie zbiory ze Szklarskiej Poręby trafiły do Pałacu Paulinum koło Jeleniej Góry, a stamtąd do Warszawy. Tam rozparcelowano je po kościołach i muzeach, żeby nie gloryfikowały niemieckości Dolnego Śląska. Gnuśniały niewystawiane w sezamach muzealnych magazynów do dziś. I z tym nie mogła już nic zrobić. Przecież nie zmusi Muzeum Narodowego, żeby oddało Wrocławiowi co wrocławskie.
Również w Breslau, jak nazywał się Wrocław w czasach przynależności do Niemiec, w Śląskim Muzeum Sztuk Pięknych istniała kolekcja prac tego artysty. Jednak na polecenie Karla Hankego, gauleitera Dolnego Śląska, zbiory ewakuowano i wszelki ślad po dziełach Willmanna zaginął. Choć gmach muzeum, jako jeden z niewielu, wyszedł cało z wojennej zawieruchy, nowe władze Wrocławia zdecydowały się go wyburzyć, czego Matylda kompletnie nie mogła zrozumieć, ale miała na ten temat własną koncepcję. Dzieła, których nie wywieźli Niemcy, ktoś rozkradł, a dla zatarcia śladów kazał budynek wysadzić w powietrze. I tak we Wrocławiu, w miejscu zburzonego muzeum powstał Plac Muzealny, przy którym nie mieściło się żadne muzeum.
Przez ostatni rok odwiedziła wszystkie wrocławskie kościoły, jednak w żadnym z nich nie natknęła się na ani jeden obraz będący dziełem mistrza, choć niektóre mogła o to podejrzewać. Z uwagi jednak na brak należytej dbałości, a być może z powodu nieudolnych prób konserwatorskich, na żadnym nie widniała sygnatura mistrza. Aby mieć pewność co do autorstwa, konieczne były specjalistyczne badania. A na to zgody, przynajmniej na razie, nie było.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
