Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
83 osoby interesują się tą książką
KAŻDE SERCE MA SWOJĄ CENĘ
Zaproponowała mu dziesięć tysięcy dolarów, by uwiódł narzeczoną jej ojca – kobietę, która ewidentnie polowała na jego majątek. Odpowiedział kontrpropozycją: piętnaście tysięcy… i pocałunek. Od niej. W dowolnym momencie, który sam wybierze.
Kris powinna była odmówić, ale była zdesperowana, by pozbyć się przyszłej macochy. A przystojny aktor z niebezpiecznym uśmiechem wydawał się idealny do tego zadania.
Zgodziła się na jego warunki, nie wiedząc, że ta decyzja będzie ją kosztować o wiele więcej…
Nate zrobił to dla pieniędzy, których desperacko potrzebował. Pocałunek był tylko dodatkiem. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Stopienie lodu w sercu Kris początkowo było jedynie wyzwaniem, ale gdy Nate zrozumiał, że kryje się w nim znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka, było już za późno.
Zakochał się.
Pochodzą z dwóch różnych środowisk. A w zasadzie należą do dwóch zupełnie odmiennych światów.
A KIEDY TE ŚWIATY SIĘ ZDERZĄ, KRIS I NATE BĘDĄ MUSIELI ZDECYDOWAĆ, CZY SĄ GOTOWI POŚWIĘCIĆ WSZYSTKO, CO MAJĄ, DLA MIŁOŚCI, KTÓRA MOGŁABY SIĘ WYDARZYĆ…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 459
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: If Love Had a Price
Copyright © 2020. IF LOVE HAD A PRICE by Ana Huang
Published by arrangement of Park, Fine & Brower Literary Management, USA and Book/Lab Literary Agency, Poland.
Copyright © for the Polish translation by Natalia Gawrońska-Miszuk, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Magdalena Białek, Daria Latzke
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Justyna Nowaczyk
Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Fotografie: © klyaksun | iStock by Getty Images
© Greens87 | iStock by Getty Images
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-35-7
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Price Tag – Jessie J ft. B.o.B.
California Gurls – Katy Perry
Billionaire – Travie McCoy ft. Bruno Mars
Heart Attack – Demi Lovato
California Love – 2Pac ft. Dr. Dre
All I Know – DaniLeigh ft. Kes
West Coast – Lana Del Rey
Beautiful, Dirty, Rich – Lady Gaga
Summer Love – Justin Timberlake
Money Honey – Lady Gaga
Love Don’t Cost a Thing – Jennifer Lopez
Bleeding Love – Leona Lewis
– Zapłacę ci dziesięć tysięcy dolarów, żebyś zerżnął moją macochę.
Kris uśmiechnęła się zadziornie, kiedy zielonooki Adonis się zatrzymał i odwrócił w jej kierunku. Na jego przystojnej twarzy malowała się mieszanka znudzenia i niedowierzania.
Nie podobało jej się to, że ignorował ją przez większość lata.
Nikt nie ignoruje Kris Carrery.
Tyle że on idealnie pasował do jej planu, więc uznała, że mimo wszystko będzie miła. A przez „miła” miała na myśli, że powstrzyma się przed oderwaniem mu jaj i rzuceniem ich mamuśkom, które grupkami przemierzały ulicę Rodeo Drive, szczycąc się swoim kiepsko zrobionym botoksem i tandetnymi ciuchami od Versace.
Ach, no i trzeba przyznać, że dziesięć kafli to przyjemna sumka. Choć dla córki jednego z najbogatszych ludzi w Ameryce to jak kieszonkowe.
– Pomyliłaś mnie z kimś – odparł Adonis jedwabistym, mrocznym jak onyks głosem. – Nie jestem żigolakiem.
Uśmieszek Kris się wyostrzył. Podeszła do chłopaka tak blisko, że mogła policzyć każde jaśniejsze od słońca pasemko w jego falowanych brązowych włosach i dostrzec furię lśniącą w jego zielonych oczach.
To ona ją zaciekawiła. Pewnie większość ludzi nie ucieszyłaby się, gdyby wzięto ich za prostytutkę, ale napięcie w jego zaciśniętych szczękach podpowiadało jej, że za tą złością kryło się coś głębszego.
Gdyby Kris faktycznie to obchodziło, zastanowiłaby się nad powodem.
Ale miała to gdzieś.
Zależało jej tylko na tym, żeby jej przyszła macocha, która była lecącą na pieniądze zdzirą ze sztucznymi cyckami, wylądowała na ulicy, a Adonis miał jej w tym pomóc.
Był w typie Glorii (znanej również jako macohiena) – opalony, napakowany i tak przystojny, że wyglądał, jakby ktoś go obrobił w Photoshopie. Zasługiwał też na bonusowe punkty za zdolność budowania zgrabnych zdań.
W sumie to był w typie każdej kobiety i idealnie nadawał się do tego zadania. Jedyne, co musiała zrobić, to go do tego przekonać.
– Powinnam wyrazić się jaśniej – mruknęła Kris. – Zapłacę ci dziesięć tysięcy dolarów za to, żebyś udawał, że chcesz zerżnąć moją macochę. A to, czy faktycznie ją przelecisz, czy nie, to już nie moja sprawa.
Adonis się zaśmiał. Był to niski, chrypliwy dźwięk, przez który dziwnie ścisnęło ją w żołądku.
Mam nadzieję, że to nie przez kanapkę, którą wcześniej zjadłam, pomyślała.
Gdyby okazało się, że Kris czymś się struła, pozwałaby właścicieli kawiarni, z której właśnie wyszli, na taką sumę, że nigdy by się nie wypłacili. Byłoby szkoda, bo lubiła to miejsce. Alchemy Café mieściła się pomiędzy jej rodzinną willą w Beverly Hills a biurem Bobbi Rayden, najlepszej PR-owczyni w Hollywood. Kris odnajdywała spokój w przestronnej kawiarni z perfekcyjnie zaparzonymi latte. Było tu sporo łakomych kąsków – włączając w to przystojniaka z wyrzeźbioną klatą, który stał przed nią.
Kris nie znała jego prawdziwego imienia, więc w myślach nazywała go „Adonisem” – po pięknym bożyszczu z mitologii greckiej. Obsługiwał stoliki w Alchemy, choć była gotowa postawić sporą sumkę na to, że marzył o zostaniu aktorem albo gwiazdą rocka.
W końcu byli w Los Angeles.
– Panienko, nieźle cię odkleiło. Nie zbliżę się do twojej macochy, o ile ona w ogóle istnieje. – Adonis podejrzliwie zmrużył oczy. – Jeśli chcesz mi wykręcić numer na potrzeby jakiegoś programu, to marnujesz mój czas. Nie bawię się w reality show, zwłaszcza te, na które nie wyraziłem zgody.
Kris najeżyła się na jego drwiące użycie słowa „panienko”, podobnie jak na upór, przez który to ona marnowała swój czas.
Wkurzało ją, że nie był podatny na jej czar. Kris rzadko oddawała się flirtom czy romansowaniu, ale oczekiwała, że kiedy już włączy swój urok osobisty, to każdy facet padnie jej do stóp. Duże brązowe oczy, pełne usta i drobna, krągła figura (w tym pokaźny biust) zwykle wystarczały, żeby zwrócić uwagę mężczyzny.
Ale nie Adonisa. Był nią zainteresowany w równym stopniu co paprochem na koszuli.
Zalała ją fala irytacji.
– To żaden numer. – Kris za żadne skarby nie chciała mieć nic wspólnego z czymś tak tandetnym jak reality show. – Mój czas jest cenny i nie będę go tracić na kłócenie się z tobą, więc powiem ci w skrócie, o co mi chodzi: tej jesieni mój ojciec bierze ślub ze swoją pazerną narzeczoną i nie chce przejrzeć na oczy, więc zamierzam go zmusić do pójścia po rozum do głowy, żeby wreszcie wyrzucił ją na zbity pysk razem z tymi jej kiczowatymi ciuchami, które miała na sobie, kiedy go uwiodła w barze, w którym pracowała.
– I chcesz tego dokonać, zatrudniając kogoś, kto ją zerżnie? Sorki: kto będzie udawał, że chce ją zerżnąć. – Jego głos ociekał sarkazmem.
– I kogoś, kto zrobi zdjęcia, na których będzie widać, że zdradza mojego tatę. – Kris wzruszyła ramionami. – Zrobi to bez wahania, gdy już zostanie jego żoną. Po prostu chcę oszczędzić ojcu złamanego serca.
Kris zależało na tacie, nawet jeśli był tak zajęty, że widywała go tylko przez kilka tygodni w roku. Wiedziała, że stać go na kogoś lepszego niż ta ruda wiedźma, Gloria.
Nie wspominając już o tym, że nadal nie wybaczyła macohienie tego, że namówiła ojca, by zakręcił jej kurek z pieniędzmi podczas przerwy świątecznej.
Na szczęście Roger Carrera szybko się ugiął, bo nie wytrzymał ciszy ze strony swojej jedynej córki. Przywrócił jej dostęp do karty, ale niestety tym razem miała miesięczny limit. Kris wciąż nie zapomniała tego Glorii.
Zamierzała odpłacić jej pięknym za nadobne.
– Skąd pewność, że go zdradzi? – Wściekłość w oczach Adonisa zmieniła się w szydercze rozbawienie.
Kris zaczęła wyliczać na palcach:
– Po pierwsze, jest od niego dwa razy młodsza i wygląda jak Jessica Rabbit. Kocham mojego ojca, ale daleko mu do George’a Clooneya. Po drugie, ma zero skrupułów. Po trzecie, widziałam, jak rozbiera wzrokiem innych gości, gdy myślała, że nikt nie patrzy. Wiem, że ma słabość do młodych, umięśnionych pięknisiów. – Przebiegła wzrokiem po pełnych wargach Adonisa, ostro zarysowanej żuchwie i szerokich ramionach. – Takich jak ty.
W sumie nie była pewna, czy Adonis pasuje do kategorii pięknisiów. Miał cudowną twarz, ale emanował też surową, intensywną męskością, której brakowało większości plastikowych Kenów z Kalifornii.
Kris skrzywiła się na tę myśl.
Ewidentnie była za długo w tak zwanym Mieście Aniołów, bo jej wewnętrzne monologi zaczynały przypominać przemyślenia postaci z kiepskiej komedii romantycznej.
– Schlebiasz mi. – Wrócił sarkazm. Lekka bryza zmierzwiła włosy Adonisowi. – Mimo to odpowiedź nadal brzmi: „nie”.
Kris prychnęła z niedowierzaniem.
– Żartujesz sobie? Mowa o dziesięciu tysiącach dolarów. Nie musisz jej nawet całować. Po prostu udawaj, że się z nią pieprzysz. Jesteś aktorem, co nie?
Adonis ściągnął brwi.
– Skąd wiesz?
– Błagam cię, jesteśmy w LA. Jeśli dobrze wyglądasz i jesteś kelnerem, to na osiemdziesiąt pięć procent jesteś też początkującym aktorem.
– Coś w tym jest. – Potarł szczękę. – Dlaczego ja? W LA jest mnóstwo aktorów, którzy z chęcią by się tego podjęli.
– Mówiłam ci już. Jesteś w typie macohieny.
Kris nigdy by tego nie przyznała, ale Adonis ją zaintrygował. Była stałą klientką Alchemy, odkąd wylądowała w LA trzy tygodnie temu, a on jako jedyny z pracujących tutaj mężczyzn nigdy nie zwrócił na nią uwagi, chyba że pytał, czy chce dolewkę. Poza tym właśnie odrzucał ofertę dziesięciu kafli, które by mu się przydały, sądząc po starym gruchocie, do którego zamierzał wsiąść, zanim go zaczepiła. Już samo to sprawiło, że był nieco bardziej interesujący od swoich kolegów.
Kris oderwała wzrok od zdezelowanego samochodu kelnera. Przechodziły ją ciarki na sam widok odchodzącego lakieru i wgiętych drzwi od strony kierowcy. Gdyby auta były tkaninami, ten smutny staroć z pewnością byłby poliestrem.
– A ja ci mówiłem, że nie jestem żigolakiem – odparł cicho Adonis.
Powietrze wokół nich było tak ciężkie od napięcia, że Kris aż stanęły włoski na karku. Jeszcze nigdy nie miała tak wyczulonych zmysłów, przez które zauważałaby dosłownie wszystko: od sposobu, w jaki unosił się i opadał umięśniony tors mężczyzny, aż do lekkiego, całkiem przyjemnego zapachu kawy i skóry, którym przesiąkły jego ubrania.
– Wróciliśmy do punktu wyjścia. – Kris z trudem utrzymywała spokój. – Jak wspominałam, nie musisz się z nią przespać. To zadanie dla aktora. Masz grać jej kochanka. Uwiedź ją i doprowadź do kompromitującej sytuacji. Mój prywatny detektyw cyknie kilka fotek i po sprawie. Będziesz o dziesięć tysięcy bogatszy. To najprostsza robota pod słońcem.
Adonis oparł się o swoje auto i skrzyżował ręce na piersi. Przez twarde spojrzenie i nonszalancką postawę przypominał połączenie współczesnego Jamesa Deana z Liamem Hemsworthem.
– Dorzuć jeszcze pięć koła, to się nad tym zastanowię.
Kris zapulsowała żyłka z niedowierzania.
– Chyba sobie, kurwa, żartujesz. Negocjujesz ze mną? – Za kogo on się, dodiabła, ma?– Dziesięć tysięcy to i tak dużo jak na taką prostą robotę. Za taką stawkę mogłabym zatrudnić każdego początkującego aktora w mieście.
– To tak zrób. – W odpowiedzi na jej milczenie na jego ustach pojawił się drwiący uśmieszek. – Gdyby to było takie proste, nie kłóciłabyś się z kelnerem na parkingu. – Jakimś cudem sprawił, że słowo „kelner” zabrzmiało jak szyderstwo pod adresem Kris, mimo że to on nim był. – To jak będzie, księżniczko?
Zazgrzytała zębami.
– Piętnaście tysięcy i to zrobisz, tak?
– Powiedziałem, że się zastanowię.
Kris korciło, żeby przyłożyć mu w tę idealną twarz. Żałowała, że nie założyła dziś swojego pokaźnego pierścionka z kamieniami od Diora. To by dopiero bolało.
– Dobra. – Zdziwiło ją, jak łatwo się zgodziła. – Daj mi swój telefon.
Adonis zrobił to bez żadnych protestów – kolejna niespodzianka. Kris myślała, że jej odmówi, biorąc pod uwagę fakt, jak wszystko utrudniał.
Zapisała mu swój numer i wysłała sobie esemesa z jego telefonu.
– Jak masz na imię?
– Nate.
Nate. Pasowało do niego.
– Ja jestem Kris przez „K”. – Oddała mu telefon. Mówiła rzeczowo i zwięźle. – Masz czterdzieści osiem godzin na podjęcie decyzji. Jeśli nie odpowiesz mi do siedemnastej w poniedziałek, zaproponuję tę pracę komuś innemu. Komuś, kto nie będzie na tyle głupi, by pozwolić interesowi życia wyślizgnąć mu się z ręki.
– Księżniczko, musiałabyś zaproponować mi o wiele więcej niż piętnaście koła, żeby był to interes mojego życia. – Wzrok Nate’a opadł na jej usta. Ten niewielki ruch dodał jego słowom seksualnego podtekstu, na co przez ciało Kris niespodziewanie przeszła fala gorąca. Znów się drwiąco uśmiechnął. – Do usłyszenia za czterdzieści osiem godzin. Albo i nie.
Wsiadł do swojego auta i odjechał, zostawiając za sobą dym z rury wydechowej i rozpaloną Kris na parkingu.
Dobry humor Nate’a Reynoldsa wyparował, gdy tylko wszedł do domu. W nos zapiekł go smród przesyconego alkoholem powietrza, a widok nieprzytomnego ojca leżącego na kanapie z do połowy opróżnioną butelką Jacka Danielsa odgonił resztki rozbawienia, które czuł po rozmowie z piękną brunetką na parkingu.
Kris.
Była ulubienicą męskiej części personelu Alchemy, odkąd tylko pojawiła się w kawiarni kilka tygodni temu. Teraz była już ich stałą klientką, ale jej idealna fryzura i ubrania od projektantów mody krzyczały: „Rozpieszczona księżniczka!”, więc Nate unikał przy niej wszystkiego, co mogłoby przypominać flirt. Jego koledzy mogli się ślinić, ile chcieli, na widok jej zmysłowej figury i powściągliwej wyniosłości, ale on nie gustował w bogatych snobkach. Choć musiał przyznać, że okazała się ciekawsza, niż się spodziewał. W przeciwieństwie do kilku dziedziczek fortuny, z którymi spotykał się w przeszłości, miała ognisty temperament i cięty język zamiast nieciekawego i bezbarwnego charakteru. Jej pięciocyfrowa propozycja też była interesująca. Może i nie lubił rozpuszczonych burżujek, ale nie miał problemu z braniem od nich pieniędzy, a jego rodzina naprawdę ich potrzebowała. Z drugiej strony robiło mu się niedobrze na myśl o sprzedawaniu ciała – nawet jeśli miał jedynie udawać.
Nate miał czterdzieści osiem godzin, żeby zdecydować, czy jego wartości moralne są ważniejsze od dachu nad głową.
Później się nad tym zastanowię.
Miał teraz istotniejsze sprawy na głowie – chociażby zaciągnięcie ojca do jego pokoju i przewietrzenie domu, by pozbyć się woni whisky, zanim wróci Skylar.
Michael Reynolds mruknął i poruszył się przez sen. Kiedyś był przystojny. Miał taką samą wydatną strukturę kości i oliwkową cerę co jego syn, ale wiek, żałoba i alkohol zmieniły go w cień człowieka, którym niegdyś był.
Nate’a przepełniła znajoma mieszanka gniewu, zrezygnowania i zmęczenia. Otworzył wszystkie okna i popsikał wszędzie cytrynowym odświeżaczem, który kupili ostatnio ze Skylar w Walmarcie. Posprzątał rzeczy, które zrzucił jego ojciec – podniósł przewrócony stojak na parasole i postawił zdjęcie dziesięcioletniego Nate’a i czteroletniej Skylar na stoliku w wąskim przedpokoju – po czym spróbował wyciągnąć z jego rąk butelkę.
Michael się przebudził. Nic nie dodawało mu siły tak, jak wizja bycia rozdzielonym ze swoim ukochanym alkoholem.
– Nate? – Zamrugał i spojrzał na syna zaczerwienionymi, napuchniętymi oczami. – Co ty tu robisz?
– Mieszkam – odparł oschle. – To właśnie robiłeś cały dzień?
Michael miał szukać pracy. Został zwolniony z budowy po tym, jak się spóźnił i przyszedł pijany, ale obiecywał, że niedługo znajdzie nową.
Od wtedy minęły już dwa miesiące.
– Wysłałem kilka CV – wymamrotał. – Nie wiem, co się potem stało. Musiałem zasnąć.
Nate ciężko westchnął. Już dawno skończyła mu się cierpliwość do ojca. Rozumiał jego ból – on i Skylar też z nim walczyli. Nieważne, ile lat minęło, smutek unosił się w ich mieszkaniu jak gęsta mgła, która za nic nie chciała opaść.
A jednak życie nie baczyło na smutek i nie zatrzymywało się nawet na chwilę. Michael miał dwójkę dzieci, którymi powinien się zająć. Ale jako że wymienił odpowiedzialność na zapomnienie, które znajdował tylko w alkoholu, Nate musiał przejąć obowiązki głowy domu.
Miał dwadzieścia trzy lata, ale to on odgrywał rolę ojca, nie Michael.
– Weź prysznic i się ubierz – rozkazał Nate. – Skylar niedługo tu będzie.
Nie wdawał się w bezsensowne sprzeczki. Wiedział, że kiedy Michael jest w tym stanie, nie ma sensu na niego naciskać, żeby szukał pracy. Tylko patrzyłby na niego tym pustym wzrokiem, jakby stracił całą wolę życia.
W sumie tak stało się pięć lat temu, kiedy Joanna Reynolds wsiadła do samolotu po tym, jak odwiedziła swoją przyjaciółkę w Chicago. Nigdy nie doleciała. Jej samolot miał usterkę i rozbił się w Górach Skalistych. Nikt nie ocalał, a dziesiątki rodzin, w tym rodzina Nate’a, pogrążyły się w żałobie.
Michael podniósł się z trudem.
– Dostałeś w tym tygodniu jakąś nową rolę? – zapytał.
Obaj marzyli o tym, żeby Nate został wziętym aktorem, tyle że mieli ku temu całkiem odmienne powody. Nate od dziecka pragnął pojawić się na wielkim ekranie; Michael po prostu chciał, żeby jego syn zarabiał wystarczająco, żeby on dalej mógł się w spokoju upijać.
Ta, no nie widzę tego.
Nate postanowił, że jak zbije fortunę, wyśle ojca na najlepszy odwyk, jaki znajdzie. Może wtedy zdoła postawić ich rodzinę na nogi.
– Byłem modelem na sesji zdjęciowej – powiedział Nate, unikając odpowiedzi na pytanie. Złapał Michaela pod ramię i pomógł mu wstać.
Nate chwytał się różnych dorywczych prac, bo wypłata z kawiarni im nie wystarczała – pracował jako model, obsługiwał różne przyjęcia i stał za barem. Nie wybrzydzał. Liczył się każdy dolar.
Reynoldsowie byli spłukani. Niektóre rodziny były w gorszej sytuacji, ale ze względu na bezrobocie Michaela, jego uzależnienie od alkoholu, wydatki związane z tym, że Skylar kończyła liceum, a Nate miał aktorskie aspiracje, u nich też nie było zbyt kolorowo. Przędli tak cienko, że co miesiąc, gdy trzeba było opłacić czynsz, Nate stresował się jak diabli.
Mógłby drastycznie zredukować ich zobowiązania i zapomnieć o Hollywood, ale nie był na to gotowy. Pogoń za karierą aktora nie była tania. Zdjęcia do portfolio, lekcje aktorstwa, niezliczona ilość benzyny, którą spalał, jeżdżąc po całym LA na przesłuchania i wydarzenia, podczas których można było nawiązać kontakty – wszystko to swoje kosztowało. Co prawda, gdy Michael stracił pracę, Nate zrezygnował z lekcji, ale to nadal nie rozwiązało ich problemów.
Nie był ani finansowym geniuszem, ani świętym. Miał dwadzieścia trzy lata i marzenie. Może i był samolubny, ale nie zamierzał porzucić nadziei w takim młodym wieku.
Gdy miał osiemnaście lat, wziął na barki obowiązki dwukrotnie od niego starszego dorosłego. Teraz jedyne, czego potrzebował, to przełomowa rola.
Tylko jedna. Potrzebuję jednej szansy.
Usłyszał trzaśnięcie drzwi samochodu.
Nate zesztywniał, przyspieszył kroku i położył ojca na łóżku w jego pokoju. Kiedy ściągnął mu buty, przykrył go kołdrą i zasunął zasłony, Michael znów odpłynął.
– Tato? Jesteś w domu? – Głos Skylar poniósł się w górę schodów.
Nate zamknął drzwi do pokoju ojca i wyszedł do salonu na spotkanie siostrze. Miała na sobie biało-niebieską sportową koszulkę i pasujące do niej szorty. Pod pachą trzymała piłkę. Jej uśmiechnięta twarz była zaróżowiona, a włosy upięte w kucyk. Odziedziczyła po mamie piwne oczy i złociste włosy. Czasami Nate’owi pękało serce, gdy myślał o tym, jaka jest do niej podobna.
Kiedy ujrzała brata, jej twarz się rozpromieniła.
– Nate! Wróciłeś wcześniej. – Zgarnęła go w spocone ramiona i zaśmiała się, gdy na jego twarzy pojawił się udawany grymas.
Uwielbiała się przytulać, bez względu na porę czy sytuację.
– Puszczaj. Śmierdzisz – powiedział żartobliwie melodyjnym głosem.
– No raczej. Właśnie wróciłam z treningu. – Skylar przewróciła oczami i zmarszczyła nos. – Śmierdzi w całym pokoju. Fuj.
– To przez twój zapach.
– Zamknij się. Wcale, że nie. – Przygryzła wargę. – Tata znowu pił, prawda?
– Nie – skłamał.
– Gówno prawda. Cuchnie tu whisky.
Skylar powędrowała wzrokiem do czegoś za plecami Nate’a. Odwrócił się i przeklął w duchu, kiedy zobaczył na stoliku kawowym porzuconą butelkę Jacka Danielsa. Zapomniał ją schować, zanim zaciągnął ojca na piętro.
Skylar wiedziała, że Michael pije, ale Nate próbował oszczędzić jej takich widoków. Jego siostra nadal kurczowo trzymała się nadziei, że ich ojciec nagle wyrwie się z nałogu i stanie się na powrót kochającym rodzicem. Mimo że minęło pięć lat, Nate nie miał serca pozbawiać jej złudzeń.
– Nie wyrażaj się tak – rozkazał, skupiając się na jej słowach, zamiast na wpół opróżnionej butelce whisky.
Skylar znów przewróciła oczami.
– Nie spinaj się. Z twoich ust słyszałam już nieraz gorsze słowa.
– Jak tam obóz? – Nate zmienił temat. Mogliby się sprzeczać godzinami, ale był wyczerpany po pracowitym dniu w kawiarni. Poza tym potrzebował czasu na przemyślenie oferty Kris.
– Było ekstra! – Kucyk Skylar się zakołysał, gdy podskoczyła z entuzjazmu. Nic nie cieszyło jej tak jak piłka nożna. No może poza najnowszym numerem magazynu „Scientific American”1. Nate nie wiedział, skąd wzięło się jej zamiłowanie do przedmiotów ścisłych. Mama uczyła angielskiego, a tata w ogóle nie był fanem nauki. – Strzeliłam dwa gole, a trenerka powiedziała, że jeśli dalej będę tak dobrze grała, to pod koniec lata napisze mi list polecający do Stanforda.
– Ekstra! – Na twarzy Nate’a pojawił się szczery uśmiech.
Rzucił studia, żeby pójść do pracy po tym, jak ich mama zginęła, a tata zaczął topić smutki w alkoholu – zbierał średnie oceny z zajęć, ale tęsknił za opowieściami o szalonych współlokatorach i nawiązywaniem nowych przyjaźni, za imprezami, dziewczynami i całonocnymi przygodami, za byciem młodym, nieokiełznanym i wolnym.
Sam nie miał okazji prowadzić życia, jakie powinien mieć każdy osiemnastolatek, ale robił, co w jego mocy, żeby nie ominęło to Skylar. Była inteligentna i pełna energii. Miała świetne oceny i marzyła o studiowaniu biologii na Stanfordzie. Wiązały się z tym duże koszty (nawet większe niż te związane z marzeniem Nate’a), więc dostanie pełnego stypendium było jej jedyną szansą na obranie tej ścieżki.
Żeby dostać stypendium, Skylar musiała wyróżnić się na tle innych ubiegających się o nie uczniów. Na szczęście miała talent nie tylko do nauki, ale też do gry w piłkę nożną. Dlatego Nate bez wahania szarpnął się dla niej na niewiarygodnie drogi prestiżowy letni obóz piłkarski, który słynął z tego, że niegdyś uczęszczali na niego olimpijczycy i mistrzowie świata.
Tygodniami harował jak wół, żeby załatać dziurę w ich budżecie, ale było warto. A przynajmniej taką miał nadzieję.
– Swoją drogą… – Skylar chwyciła swój kucyk, a jej ton był tak beztroski, że Nate natychmiast zaczął być podejrzliwy. – Mógłbyś mnie podwieźć jutro wieczorem do kina? Idę na film z nową koleżanką z obozu.
Gdy okazało się, że chodziło o tak błahą sprawę, rozluźnił spięte ramiona. Dzięki Bogu, że nie była umówiona na randkę czy coś w tym stylu. Nate miał wystarczająco dużo na głowie. Nie potrzebował na dokładkę martwić się o trzymanie nabuzowanych hormonami chłopaków z dala od swojej siostry.
– Jasne.
– Dzięki! – Skylar przytuliła go raz jeszcze, po czym popędziła na piętro. – Dobra, to ty zamów tę pizzę, a ja wezmę prysznic.
– Kto powiedział, że zamawiam pizzę?! – krzyknął za nią Nate, ale odpowiedziała mu jedynie śmiechem.
Zamawianie jedzenia na wynos stanowiło dla nich luksus, ale sobotnia pizza była ich rodzinną tradycją, odkąd byli dziećmi. Czasami rezygnowali z niej przez wzgląd na różne wydarzenia, ale zazwyczaj trzymali się tego rytuału. Był to jedyny zbędny wydatek, na który Nate każdego miesiąca wyłuskiwał pieniądze.
Gdy Skylar poszła na górę, zapadła cisza.
Nate zamówił pizzę i oparł się o ścianę, scrollując bezmyślnie kontakty w telefonie, aż zatrzymał się na imieniu Kris.
Na wspomnienie jej wielkich, ciemnych oczu i zmysłowych krągłości poczuł dreszczyk emocji. Zwiastowała kłopoty, jak każda dziewczyna, która ma się za księżniczkę.
Ale piętnaście tysięcy dolarów… wystarczyłoby mu na czynsz na kilka miesięcy. Odzyskałby wreszcie spokój ducha i miałby czas, żeby skupić się na castingach. Kto wie, może jeden z nich zagwarantowałby mu przełomową rolę.
Poza tym chętnie by ją znowu zobaczył. Oczywiście tylko po to, żeby odebrać pieniądze.
Nate zacisnął szczęki, bo nadal miał opory, by sprzedać swoje ciało za pieniądze. Do tego dochodził jeszcze aspekt moralny uwodzenia kogoś tylko po to, żeby zniszczyć czyjś związek.
A może to tylko hipokryzja? Przecież zawody modela i aktora też na swój sposób zakładały sprzedawanie ciała. Nate nie był święty, ale miał swoje wartości i myśl o udawaniu zainteresowania kobietą za gotówkę ciążyła mu na żołądku jak tłuste jedzenie.
Po dziesięciu minutach analizowania plusów i minusów schował telefon i poszedł na górę. Skylar zwolniła już łazienkę, więc z wymęczonym od niezdecydowania umysłem poszedł wziąć długi, gorący prysznic, żeby zmyć z siebie wszelkie troski.
Nie musiał teraz podejmować tej decyzji.
Kris dała mu czterdzieści osiem godzin.
Zostało mu jeszcze czterdzieści pięć.
Irytacja i niewytłumaczalne podniecenie związane z rozmową z Nate’em siedziały w Kris przez całą terapeutyczną sesję zakupów przy Rodeo Drive. Kiedy wróciła do domu, słońce schowało się już za horyzontem, a ona nadal drżała od nietypowego dla niej poruszenia.
Czterdzieści osiem godzin. Nigdy w życiu nie czekała na coś tak długo i nie mogła się sobie nadziwić, że dała mu tyle czasu i swobody, zamiast zatrudnić jakiegoś pierwszego lepszego pustego przystojniaka. To było zwykłe zadanie. Była pracodawczynią, która obsadzała stanowisko, i to na krótki okres. Dlaczego Kris obchodziło, kto podejmie się tej misji?
Jej paskudny humor się pogorszył, kiedy zobaczyła w wielkim garażu czerwone Ferrari Spider macohieny. To Ferrari i srebrny kabriolet należący do Kris były dwoma autami z trzech, które Roger trzymał w LA.
Willa Carrerów w Beverly Hills była wielka, tak jak i ich pozostałe posiadłości, więc Kris zazwyczaj udawało się unikać macohieny. Mimo to sama świadomość, że ten rudzielec przebywał z nią pod jednym dachem, doprowadzała ją do szału.
Trzasnęła drzwiami swojego Mercedesa i weszła do głównego budynku przez zwieńczony kopułą hol. Po drodze do swojego apartamentu minęła ogromny salon i elegancką kuchnię. Z jej ramion zwisały dziesiątki toreb z zakupami z designerskich butików, ale Kris za bardzo tonęła w myślach o szmaragdowych oczach i chrypliwym głosie, żeby znaleźć pocieszenie w ciężarze ubrań i dodatków wartych tysiące dolarów.
Próbowała pozbyć się wspomnienia o Nacie, ale przyczepiło się do niej jak rzep.
Cholera.
Kris dotarła do schodów, gdy usłyszała słodki do porzygu głos Glorii:
– Jak minął ci dzień, kochanieńka?
Od jej przesadzonego południowego akcentu Kris przeszły ciarki po plecach.
Wyprostowała się, odwróciła i skierowała znudzone spojrzenie na macohienę.
Co prawda Gloria nie była jeszcze jej macochą, ale określenie „macohiena” świetnie oddawało ich relacje.
Dwudziestosiedmioletnia narzeczona jej ojca miała na sobie półprzezroczysty sarong, który sięgał jej do połowy uda, i zieloną górę od kwiecistego bikini, która podkreślała jej sztuczne piersi o miseczce E. Dzięki swoim płomiennym włosom, figurze w kształcie klepsydry i trzepoczącym rzęsom wyglądała wypisz wymaluj jak Jessica Rabbit, tyle że nawet fikcyjna postać z kreskówki nie była tak sztuczna jak ona.
– To takie okropne, że musisz pracować cały dzień. – Gloria wydęła pociągnięte błyszczykiem usta. – Pewnie jesteś taka… zmęczona. Ale wiesz, co powiedział twój ojciec. Musisz poznać wartość pieniędzy i ciężkiej pracy, złotko. Nie możesz roztrwonić całej rodzinnej fortuny na torebki i buty od projektantów mody. – Uniosła brew, patrząc na liczne torby w dłoniach Kris.
W żyłach dziewczyny zawrzała furia. Jak Gloria śmiała zwracać jej uwagę, skoro sama była uzależniona od Hermèsa i Louis Vuittona. Jeszcze niedawno serwowała drinki w wyszukanym barze, ledwo utrzymując się z napiwków od lubieżnych facetów. Ale potem upolowała swoją wielką zdobycz: Rogera Carrerę, czyli ojca Kris. Odkąd zaczęli się spotykać, w osiemnaście miesięcy zmieniła się z prostej dziewczyny, która uważała Target za sklep z górnej półki, w lubującą się w projektantach mody snobkę, która wydawała miesięcznie tyle, ile zarabiał rocznie przeciętny Amerykanin.
Mimo to Kris zachowywała spokój. Toczyły z Glorią cichą wojnę. Rozgrywały swoje bitwy w cieniach poprzez subtelne, jadowite przytyki i inne ataki wymierzane z ukrycia. Ta, która pierwsza dała się wyprowadzić z równowagi, przegrywała starcie.
– Dziękuję za troskę. Z pewnością ty pracowałaś w życiu tak ciężko jak za dwie osoby… więc ja już nie muszę. I nie martw się, że „roztrwonię” fortunę Carrerów. Zamierzam chronić ją przed wszelkimi zagrożeniami.
Prawdziwe znaczenie jej słów zawisło w powietrzu. Było jasne jak słońce.
To Gloria stanowiła zagrożenie, a Kris zamierzała się jej pozbyć, zanim macohiena stanie na ślubnym kobiercu.
Część z tego wynikała z czystej chęci zemsty. Jej ojciec naciskał na Kris, żeby znalazła sobie „prawdziwą” pracę tego lata i poznała wartość pieniędzy, a to dlatego, że Gloria podsunęła mu ten pomysł. Wcześniej Roger dawał córce tyle pieniędzy i swobody, ile tylko chciała – dopóki w ich życiu nie pojawiła się ta zołza.
Zamiast się z nim kłócić, Kris poszła na ustępstwo i przekonała ojca, by załatwił jej posadę asystentki Bobbi Rayden. Skoro miała już pracować jak zwykły plebs, to równie dobrze mogła objąć prestiżowe stanowisko w LA, żeby w wolnym czasie korzystać z plaż i odwiedzać ekskluzywne butiki. To było znacznie lepsze od nudnej pracy biurowej w głównej siedzibie firmy ojca w Seattle.
Niespodziewanie i ku jej niezadowoleniu Gloria zaproponowała, że dołączy do niej w Kalifornii, bo stwierdziła, że to idealna okazja na zacieśnienie więzi z przyszłą pasierbicą przed jej ślubem w listopadzie. Roger, który nie dostrzegał wzajemnej pogardy Glorii i Kris, był wniebowzięty, choć tak naprawdę obie pragnęły zaprzyjaźnić się ze sobą równie mocno, co Kris chciała wskoczyć w tani, drapiący, poliestrowy sweter.
Macohienie po prostu zależało na spędzeniu lata w słonecznej południowej Kalifornii zamiast w deszczowym Seattle, gdy Roger będzie zajmował się domykaniem dużej umowy biznesowej w Manili. Spędził nad nią ostatnie kilka miesięcy i postanowił, że zamiast latać między Stanami a Azją, zostanie na Filipinach, dopóki nie dopnie wszystkiego na ostatni guzik.
– Och, moja droga. Jesteś taka naiwna – powiedziała cicho Gloria. – Naprawdę myślisz, że umiałabyś kogoś ochronić? Jesteś w czepku urodzona. Nie masz bladego pojęcia, jak to jest walczyć o przetrwanie.
Kris odsłoniła zęby w czymś na kształt uśmiechu.
– Chcesz się założyć?
– Oj, nie bawię się w zakłady. To głupota. – Machnęła lekceważąco dłonią. Jej ogromny dziesięciokaratowy brylant od Cartiera zalśnił w świetle, a w oczach kobiety pojawiła się chłodna satysfakcja na widok złości Kris. – Poza tym – kontynuowała, przeciągając samogłoski – nie będziesz miała wystarczająco dużo kasy, żeby się zakładać.
Macohiena obróciła się na pięcie i odeszła w stronę basenu, zarzucając biodrami na boki.
Nie będziesz miała wystarczająco dużo kasy, żeby się zakładać.
Co to, do cholery, miało znaczyć? Gloria przekonała ojca, żeby odciął Kris od pieniędzy po tym, jak wydała sporą sumkę na urodzinowy weekend dla swojej przyjaciółki, Courtney Taylor, podczas ich zagranicznej wymiany. Ale dręczony poczuciem winy Roger szybko przywrócił jej dostęp do karty. Wątpiła, by Gloria ponownie uciekła się do takiego podstępu.
Poza tym miała pełno kasy na rachunku bieżącym i koncie oszczędnościowym, a gdy skończy dwadzieścia trzy lata, dostanie dostęp do swojego funduszu powierniczego, który był tak duży, że nie będzie musiała pracować już do końca życia.
Uznała, że Gloria po prostu próbuje namieszać jej w głowie. Weszła na górę do swojego pokoju. Kiedy Nate przyjmie ofertę Kris – a na pewno to zrobi – Gloria zniknie z jej życia. Kris wierzyła, że da radę wrobić macohienę.
Mimo fasady chichoczącej damy w opałach Gloria nie była głupia. Ale nie widziała też swojego narzeczonego przez ponad miesiąc, a Nate był na tyle przystojny, że rzuciłby na kolana nawet zakonnicę. Skuszenie napalonej, znudzonej utrzymanki będzie dla niego proste jak bułka z masłem.
Kris zrzuciła szpilki od Jimmy’ego Choo i poruszała stopami na miękkim dywanie. Znów ścisnęło ją w żołądku, gdy wyobraziła sobie silne, szerokie ramiona i doskonałe ostre rysy twarzy kelnera. Zastanawiała się, jak sobie radzą biedaczyska z brodawkami i podwójnymi podbródkami, dla których zabrakło piękna, bo jego nadmierna ilość powędrowała właśnie do Nate’a. Bóg musiał przeznaczyć na niego potrójną dawkę przystojności; nie dało się inaczej wyjaśnić tego, że był taki doskonały.
Kris próbowała wyrzucić go z głowy, kiedy rozpakowywała zakupy, ale nadal była rozkojarzona i nie umiała się nawet cieszyć nowymi zdobyczami z Rag & Bone.
Jej wzrok powędrował do zegarka stojącego na stoliku nocnym.
– Tik tak, Nate – wyszeptała. – Nie lubię czekać.
Kris spędziła następny poranek w Alchemy na poszukiwaniu alternatywy. Była pewna, że Nate przyjmie jej propozycję, ale w razie czego chciała znaleźć dla niego jakieś zastępstwo.
Do południa przejrzała tyle zdjęć aktorów, że kręciło jej się w głowie. Sześciopaki, kwadratowe szczęki i idealna opalenizna. Bla, bla, bla. Nuda.
Nate też je miał, tyle że te cechy dopiero w połączeniu z jego pewnością siebie i zarozumiałością tworzyły mieszankę wybuchową, która zniewalała od pierwszego wejrzenia. Goście, których znalazła online, nie byli w najmniejszym stopniu fascynujący.
Trzeba przyznać, że widziała tylko ich zdjęcia. Może na żywo by ją oczarowali. Ale Kris potrzebowała przerwy, bo inaczej zaczęłaby walić głową w stół z frustracji.
– Waniliowe latte z mlekiem owsianym i podwójnym espresso. – Niebieskowłosy barista z odjechanym kolczykiem w nosie postawił przed nią napój.
– Dzięki. – Kris ogarnęła wzrokiem resztę personelu. Nate’a nie było. Zwykle pracował na porannej zmianie w niedzielę. Nie żeby śledziła jego harmonogram.
Gdy pierwszy raz go zobaczyła, od razu przykuł jej uwagę, ale nie myślała o tym, żeby go zagadać, dopóki nie wpadła na doskonały plan pozbycia się Glorii ze swojego życia.
Przez jego nieobecność poczuła dziwne ukłucie rozczarowania.
– Macie dzisiaj spory ruch – rzuciła nonszalancko. – Dziwi mnie, że obsługujecie klientów tylko we trójkę.
W ciągu tygodnia kawiarnia była spokojnym miejscem, ale w weekendy wpadało do niej pełno ludzi, zwłaszcza w godzinach brunchu. Kris przyjechała na tyle wcześnie, że udało jej się znaleźć stolik w kącie, i usprawiedliwiała zajmowanie go przez wiele godzin ciągłymi zamówieniami kawy, ciast i przepysznych francuskich tostów.
– Nie jest źle. Weekend jak weekend. – Niebieskowłosy wydawał się zdziwiony nagłą chęcią Kris na pogawędki. Zwykle nie wdawała się w rozmowy poza standardowym „cześć”, „dziękuję”, „do widzenia”. – Miał przyjść jeszcze jeden kelner, ale w ostatniej chwili coś mu wypadło i musiał wziąć popołudniową zmianę.
Kris pociągnęła łyk latte.
– Mam nadzieję, że nic poważnego.
– Nie, nic mu nie jest. – Nagle jego uwagę przyciągnęła grupka wstawionych blondynek domagających się więcej mimozy. Kelner rzucił Kris smutne spojrzenie i dodał: – Daj znać, gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała.
Po kilku minutach żmudnego przeglądania portfolio różnych aktorów Kris zamknęła laptopa i kątem oka zauważyła starszą kobietę siedzącą przy sąsiednim stoliku. Była piękna. Miała wydatne kości policzkowe i ładną opaleniznę. Ona również była stałą bywalczynią Alchemy.
Kris nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdzieś już ją widziała, zanim zaczęły widywać się w kawiarni. Może była jakąś drugoplanową aktorką?
Kobieta posłała jej uśmiech – Kris go nie odwzajemniła. To, że kojarzyły swoje twarze, nie znaczyło, że były przyjaciółkami czy znajomymi. Równie dobrze mogła okazać się jakąś stalkerką.
Kris wsunęła laptopa do torby, zostawiła dwadzieścia dolarów na stole i wyszła z kawiarni. Skończyła na dzisiaj pracę. Kolejne spotkanie miała o osiemnastej, więc zostało jej mnóstwo czasu na… No właśnie, na co?
Na zakupy? Robiła je wczoraj.
Na SPA? Je też odhaczyła wczoraj.
Na plażę? Było tam za gorąco i zbyt tłoczno. Kris wolała prywatne plaże w pięciogwiazdkowych hotelach nad Morzem Śródziemnym.
Ech.
– Jestem taka banalna – wymamrotała, wsiadając do swojego Mercedesa.
Biedna bogata dziewczyna, która nie ma nic do roboty.
Kurwa, mogłabym już tak się nad sobą nie użalać.
Kris żałowała, że nie ma tu z nią Farry, którą poznała w Szanghaju. Farra mieszkała w LA, ale akurat tego lata odbywała staż w Nowym Jorku razem z ich przyjaciółmi z wymiany – Olivią Tang i Sammym Yu.
Kris znała trochę ludzi w Los Angeles, głównie potomstwo celebrytów, które spędzało czas w tych samych kurortach dla bogaczy co Carrerowie, ale nie miała ochoty na spotkanie z nimi. Tylko Teague był znośny, ale latem zawsze surfował na wybrzeżach Hawajów albo południowego Pacyfiku.
Po chwili namysłu pojechała w stronę ulicy La Brea. W mniej niż pół godziny dotarła do dwupoziomowego biurowca, w którym mieścił się między innymi dentysta, oddział banku i firma ubezpieczeniowa. Był tak nudny i nijaki, że sam jego widok ją przygnębiał.
Kris wyłączyła silnik i wysiadła z auta. Dopiero kiedy nie dała rady otworzyć drzwi do budynku, przypomniała sobie, że jest niedziela. Wszystko zamknięte.
Jęknęła.
– Jestem idiotką.
– Już nie bądź dla siebie tak surowa.
Kris odwróciła się z gazem pieprzowym w gotowości, ale na widok błyszczących oczu Susan i jej ciepłego uśmiechu szybko się odprężyła.
– Co ty tu robisz? – zapytała. – Jest niedziela.
Susan uniosła brew. Miała na sobie stare jeansy i żółtą koszulkę, która pamiętała lepsze czasy. W dłoniach niosła wielkie kartonowe pudło pełne przyborów plastycznych.
– Mogłabym zapytać cię o to samo.
Gdyby Kris miała w zwyczaju się czerwienić, właśnie spłonęłaby rumieńcem.
– Pomyliły mi się dni. Myślałam, że dzisiaj poniedziałek.
– Rozumiem. – Susan była zbyt miła, żeby ciągnąć ją za język, ale jej znaczące spojrzenie mówiło wszystko: przejrzała jawne kłamstwo Kris. Przede wszystkim był środek dnia, a ze względu na pracę Kris zwykle przyjeżdżała tu wczesnym wieczorem. – Jak już tutaj jesteś, to będziesz tak uprzejma i otworzysz mi drzwi? – Podbródkiem wskazała na magnetyczną kartę, którą trzymała na smyczy.
Kris ją od niej wzięła, przystawiła do elektronicznego zamka, po czym przytrzymała otwarte drzwi dla Susan i weszła za nią do biura MentHer, mieszczącego się na tyłach. Czuła się jak córka, która przyszła z mamą do pracy.
Nie żeby wiedziała, jakie to uczucie. Jej matka porzuciła ją i ojca, gdy Kris miała zaledwie dwa latka.
Może właśnie dlatego ciągnęło ją do tego miejsca, odkąd dwa tygodnie temu zobaczyła ich ulotkę w Alchemy. MentHer było organizacją non-profit dla dziewczynek, które straciły mamy. Organizowali różne wydarzenia, zarówno na żywo, jak i online, oraz oferowali program mentorski dla dziewczyn poniżej dwudziestego trzeciego roku życia.
Kris miała dwadzieścia jeden lat, więc była za młoda, by zostać mentorką – nie żeby zamierzała zgłosić się na ochotniczkę, nawet gdyby spełniała wymagania wiekowe. Zdecydowanie bardziej wolała wyrażać swój wkład datkami w postaci czeków. Sama też nie miała ochoty szukać sobie mentora. Kris świetnie sobie poradziła z dorastaniem, mimo że nie miała mamy. Sama ogarnęła temat okresu, nikt nigdy nie złamał jej serca, a poza tym umiała się zajebiście malować i ubierać.
A jednak coś kazało jej wziąć jedną z ulotek MentHer. Następnego dnia pojawiła się w ich siedzibie i zaoferowała swoją pomoc przy różnych wydarzeniach i pracy biurowej. To nie miało sensu. Kris nie cierpiała pracy biurowej. Wystarczająco już musiała się z nią męczyć we własnej robocie. Okazało się, że jej praca dla Bobbi Rayden wcale nie skupiała się na imprezach na czerwonym dywanie, tylko na śledzeniu wzmianek w mediach o ważnych klientach Bobbi, przez co była nudna jak flaki z olejem.
Susan włączyła lampę, a ich oczom ukazała się pusta recepcja i wydeptany granatowy dywan. Minęły ją i ruszyły na tyły. Na pomarańczowych ścianach wisiały motywacyjne plakaty oraz zdjęcia mentorów i ich podopiecznych z różnych wypadów.
– Więc… – Susan odstawiła kartonowe pudło na stolik i zmierzyła Kris inteligentnym spojrzeniem. – Chcesz mi pomóc posegregować przybory na zajęcia czy wolisz mi powiedzieć, co tak naprawdę tu robisz w niedzielne popołudnie?
Kris się skrzywiła. Lubiła Susan, która cztery lata temu rzuciła pracę w produkcjach filmowych i założyła MentHer, ale nie lubiła jej aż tak. Poza tym sama nie wiedziała dokładnie, dlaczego jest tutaj, zamiast flirtować z jakimś uroczym facetem w Chateau Marmont.
– Wybieram segregowanie.
Kris odsunęła kosmyk włosów z oczu. Przefarbowała swoje naturalnie czarne włosy na ciemny brąz i zrobiła sobie wielowymiarowe czekoladowe i karmelowe refleksy. Dzięki Bogu znalazła stylistkę w LA, która dorównywała kunsztem jej fryzjerce z Seattle.
Susan wygięła usta w kpiącym uśmieszku.
– Jak wolisz.
Pracowały w ciszy przez kolejne kilka godzin. Samo segregowanie nie zajęło im dużo czasu, ale Susan potrzebowała też pomocy w organizacji corocznej letniej gali MentHer, która miała odbyć się w sierpniu. Kris chętnie się z nią za to zabrała. Lubiła planowanie imprez, a w przeszłości wielokrotnie pomagała ojcu przy różnych galach. MentHer nie miał takiego budżetu jak bale charytatywne, na które wejście dla jednej osoby kosztowało pięć tysięcy dolarów, ale wystarczyła odrobina kreatywności, by zorganizować coś ciekawego.
– Dlaczego zajmujesz się tym w weekend? – Kris zapisała w notatniku listę propozycji na temat przewodni gali: Disney. Tajemniczy ogród. Morski świat. Nie były ekscytujące, ale na tyle uniwersalne, że podopieczni w każdym wieku powinni się w nich bez trudu odnaleźć. – Myślałam, że za planowanie odpowiada Melinda.
– Jestem tu w niedzielę, bo mi to nie przeszkadza. Kiedy kochasz to, co robisz, nie czujesz, że to praca. – Susan zmarszczyła kąciki oczu w uśmiechu. – Doceniam to, że ze mną zostałaś. Przecież mogłabyś teraz łamać serce jakiemuś biedakowi.
Kris nie przejęła się zaczepką.
– Proszę cię, faceci to same kłopoty.
W jej głowie pojawił się Nate. Znowu. Był jak natrętny komar, który nie chce się odczepić. Poirytowana, znów wyrzuciła go z myśli.
– W większości przypadków tak – zgodziła się Susan. – Ale poczekaj, aż trafisz na takiego, dla którego dasz się pokroić.
– Nie lubię czekać. – Kris miała dosyć tego tematu. – Czy dzisiaj wieczorem nie macie czasem grupowego wypadu do kina?
– Tak. Dzięki za przypomnienie. – Susan sprawdziła godzinę. – Musimy już jechać, jeśli chcemy zdążyć. Sama wiesz, jakie o tej porze są korki.
Jeśli istniała jedna rzecz, której Kris nienawidziła bardziej od podróbek markowych ubrań, to były nią korki w Los Angeles. Powinna była wynająć prywatny helikopter, zamiast jeździć Mercedesem. Zaoszczędziłaby masę czasu.
Spóźniły się na zbiórkę przed seansem o dziesięć minut. Na szczęście Melinda, która odpowiadała za program MentHer, przyjechała wcześniej, żeby przywitać dziewczyny i ich mentorów.
Kiedy zobaczyła Susan i Kris, na jej twarzy wymalował się uśmiech. Pewnie nie było jej łatwo samej pilnować ponad dwudziestki ludzi.
Podczas gdy Susan i Melinda omawiały sprawy firmowe, Kris przyjrzała się dwunastu parom mentorów i podopiecznych z chłodną obojętnością. Większość dziewczyn jej nie irytowała, co już było sporym osiągnięciem, ale kilku z nich przydałaby się metamorfoza. Nigdy nie słyszały o masce do włosów?
– Kris! – Podeszła do niej blond gaduła w jeansowych szortach i białej koszulce z pastelową tęczą na przodzie. – Ale fajnie, że wpadłaś!
Mina Kris nieco złagodniała.
– Jak mogłabym to przegapić?
Skylar dołączyła do MentHer mniej więcej w tym czasie, gdy Kris została wolontariuszką, i była jedyną podopieczną, którą Kris naprawdę polubiła. Nie rozumiała, dlaczego darzyła ją taką sympatią, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj nie tolerowała takich chodzących promyków słońca. Dotychczas Courtney była jedyną taką osobą, przy której nie chciała wydłubać sobie oczu.
– Twój brat nadal nie wie, że przychodzisz na te spotkania? – Kris podążyła za resztą grupy do środka. Susan kupiła im bilety online, więc ominęły długą kolejkę i ruszyły prosto do znudzonych opiekunów grupy.
– Nie. Myśli, że jestem tu z koleżanką z obozu piłkarskiego. – Skylar spłonęła rumieńcem. – Wiem, to głupota. Pewnie nie miałby nic przeciwko, ale nie chcę go zranić. Odkąd mama zmarła, poświęcił dla mnie bardzo dużo i nie chciałabym, żeby poczuł, że to mi nie wystarcza. Po prostu są takie rzeczy, o których…
– Lepiej pogadać z inną kobietą – dokończyła za nią Kris.
– Właśnie. – Skylar posłała jej pełen wdzięczności uśmiech.
Jak na siedemnastolatkę, która dorastała w Los Angeles, krainie dwulicowych żmij i fałszywych uśmiechów, była zaskakująco niewinna i zrównoważona. Nie nazwałaby jej naiwną. Po prostu miała świeże, optymistyczne spojrzenie na życie, którego Kris nie potrafiła do końca zrozumieć. Może właśnie dlatego tak ją polubiła. Skylar była jak rzadki klejnot w morzu zwyczajnych kamyczków.
Kris czasami widziała za fasadą promiennego uśmiechu Skylar dojmującą samotność i rozumiała ją. Wrażenie, że jesteś sama, mimo że otaczają cię ludzie, bywa naprawdę do dupy.
– Czułabym się lepiej, gdyby miał dziewczynę – powiedziała Skylar, gdy zajmowały swoje miejsca. – Kogoś, kto odciągnąłby jego myśli od rodziny i pracy. Żyje w takim stresie… Boję się, że dostanie zawału przed trzydziestką. – Przekrzywiła głowę i spojrzała na Kris zmrużonymi oczami. – Jesteście w podobnym wieku, wiesz?
– Nawet o tym nie myśl – odparła Kris tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie bawię się w związki i przyjechałam tu tylko na lato.
Brat Skylar wydawał się naprawdę w porządku. Ale sprawiał wrażenie nudziarza.
Rodzina ipraca.
Na samą myśl robiła się senna.
– Ale wakacyjne romanse są fajne! – naciskała Skylar.
Kris uniosła idealnie wypielęgnowaną brew.
– Tak? Przeżyłaś już jakiś?
– Nie, ale…
– Ciii. Film się zaczyna.
Faktycznie, światła przygasły, a kino pogrążyło się w wyczekującej ciszy.
Jako że niektóre podopieczne miały zaledwie jedenaście lat, Susan wybrała uroczy film animowany. Kiedy dotarli do czterdziestej piątej minuty, Kris chciała zastrzelić scenarzystę, reżysera, aktorów podkładających głosy postaciom i osobę, która jako pierwsza wpadła na to, by nakręcić pełnometrażową bajkę.
Jej tolerancja wobec kolorowych tęcz i jednorożców miała swoje granice. To, że Skylar przez cały seans zerkała na nią z psotnym błyskiem w oku, wcale nie pomagało. Ani trochę.
Po półtorej godziny film wreszcie się skończył. Susan i Melinda poczekały z dziewczynkami, aż zostaną odebrane przez członków rodziny, ale Kris miała już dość grupowych aktywności na ten dzień. Pożegnała się z resztą zespołu MentHer i ze Skylar, ignorując ostatnią desperacką próbę dziewczyny do namówienia jej na randkę w ciemno, i pojechała do domu.
Była już w połowie drogi do Beverly Hills, kiedy rozległ się dzwonek jej telefonu. Był podłączony do samochodu, więc na ekranie od razu jej się wyświetliło, kto dzwoni.
Nate.
Serce Kris wykonało fikołka, a jej palce zacisnęły się na kierownicy.
– Niemal skończył ci się czas – powiedziała, darując sobie powitanie.
– Z tego, co kojarzę, zostało mi jeszcze dwadzieścia jeden godzin. – Chrypliwy głos Nate’a wypełnił auto. Był tak głęboki i aksamitny, że Kris niemal poczuła go na skórze.
Jej skryte pod jedwabnym stanikiem za trzysta dolarów sutki stwardniały, a między udami poczuła wilgoć. W porę powstrzymała zdumiony, zduszony okrzyk.
Kris nie poddawała się irracjonalnemu pożądaniu. Nigdy.
Tak, od wczorajszego spotkania z Nate’em na parkingu była pobudzona, ale teraz sytuacja wymykała się spod kontroli.
Zrobiło jej się mokro na jedno zdanie z ust gościa, którego nawet nie wiedziała, czy lubi.
Co, do diabła, było z nią nie tak?
Musimy sobie potem pogadać owłaściwych reakcjach, upomniała swoje zdradzieckie ciało.
– Dzwonisz, żeby dyskutować o czasie, czy podjąłeś decyzję?
Kris pogratulowała sobie rezerwy w głosie. Nikt by po niej nie poznał, że drżała jak liść na wietrze.
Nate się zaśmiał i, cholera, ten gardłowy dźwięk nakręcił ją jeszcze bardziej.
Mógłby zbić fortunę, robiąc za operatora seksu przez telefon.
– Zrobię to. – Chwila ciszy. – Pod pewnym warunkiem.
Warunkiem? Warunkiem?!
Wściekłość zgasiła ogień pożądania. Już i tak zgodziła się na podwyżkę o pięć tysięcy. Piętnaście koła to kupa siana za to, co miał zrobić, czyli właściwie nic poza wyglądaniem dobrze i rzuceniem kilku komplementów Glorii.
– Chyba cię do końca pogięło, jeśli myślisz, że…
– Zrobię to za piętnaście tysięcy dolarów… – odezwał się w tej samej chwili co ona. Na dalszy ciąg zdania Nate’a tak ją zatkało, że jeszcze długo po skończonej rozmowie brakowało jej słów: – …i twój pocałunek. W wybranym przeze mnie momencie.
Była wściekła.
Nate uniósł kącik ust w uśmiechu, kiedy zobaczył Kris stojącą w Hilltop Park. Patrzyła, jak do niej podchodzi, a z jej oczu sypały się iskry. Dzięki białej sukience, ciemnym włosom poruszającym się na wietrze i gniewnemu spojrzeniu wyglądała jak mściwy anioł szykujący się do pobicia biednego śmiertelnika, który śmiał wejść mu w drogę.
Tyle że Nate nie był zwykłym śmiertelnikiem. Kris go potrzebowała. Gdyby tak nie było, nie poprosiła by go o spotkanie twarzą w twarz tydzień po tym, jak wysłała mu listę kilku ciekawych miejsc, w które mógł sobie wsadzić swoją kontrpropozycję.
Nate mocno zaryzykował ze swoimi warunkami, ale o życiu i interesach wiedział jedno: zawsze trzeba negocjować. Rzadko kiedy oferta wyjściowa była najlepsza, dlatego zbadał teren i podbił stawkę do piętnastu tysięcy. Dodatkowe pięć koła nic nie znaczyło dla Kris, ale Reynoldsom robiło ogromną różnicę.
A co do części z pocałunkiem… Cóż, Nate’a zaskoczyły jego słowa w równym stopniu co Kris. Ale im dłużej myślał o tym, co rzucił w przypływie emocji, tym bardziej był przekonany, że chętnie sprawdziłby, czy jej pełne usta są tak słodkie, na jakie wyglądają.
Odkąd się poznali, nie mógł przestać o niej myśleć i doprowadzało go to do szału. Nate nie był typem gościa, który nakręcał się z powodu dziewczyny. Normalnie nie musiał nawet kiwnąć palcem, a kobiety i tak się na niego rzucały. Obiecywały wszystko: od obciągania, przez trójkąty, po perwersyjne zabawy, które można znaleźć tylko na stronkach z porno.
1 Amerykański popularnonaukowy magazyn, który skupia się na najnowszych osiągnięciach technicznych i naukowych [przyp. tłum.].
