223 osoby interesują się tą książką

Opis

Andrzej Sapkowski, arcymistrz światowej fantasy, zaprasza do swojego Neverlandu i przedstawia uwielbianą przez czytelników i wychwalaną przez krytykę wiedźmińską sagę!

Jesienne Ekwinokcjum tegoż dziwnego roku
przyniosło rozmaite znaki na niebie i na ziemi,
które jakoweś klęski niechybnie zwiastowały.

Tuż przed północą zerwała się straszliwa zawierucha,
zadął potępieńczy wicher, a pędzone po niebie chmury
przybrały fantastyczne kształty, wśród których najczęściej
powtarzały się sylwetki galopujących koni i jednorożców.
Lelki dzikimi głosami wyśpiewywały konajączkę,
zaskowyczała beann'shie,
zwiastunka rychłej i gwałtownej śmierci.
A gdy przecwałował Dziki Gon i rozwiały się chmury,
ludzie zobaczyli księżyc – malejący,
jak zwykle w czas Zrównania.
Ale tej nocy księżyc miał barwę krwi.

W świątyni bogini Melitele trzy osoby śnią ten sam sen.
„Krew na jej twarzy... Tyle krwi...”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 594

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nocą jak kir czarną przybyli do Dun Dâre Gdzie się młoda wiedźminka skrywała Z każdej jednej strony sioło otoczyli Aby ucieknąć im nie zdołała Nocą jak kir czarną chcieli ją wziąć zdradą Atoli im się to nie udało Nim blade słonko wzeszło na zmarzłym gościńcu Trzydzieści trupów leżało

– Mogę dać ci wszystko, czego zapragniesz – powiedziała wróżka. – Bogactwo, władzę i sceptr, sławę, długie i szczęśliwe życie. Wybieraj.

– Nie chcę bogactwa ni sławy, władzy ni sceptru – odrzekła wiedźminka. – Chcę mieć konia, który byłby czarny i niedościgły jak nocny wicher. Chcę mieć miecz, który byłby jasny i ostry jak promień księżyca. Chcę nocą czarną przebiegać na mym czarnym koniu świat, chcę porażać moce Zła i Ciemności moim świetlistym mieczem. Tego pragnę.

– Dam ci konia, który będzie czarniejszy niż noc i lotniejszy od nocnego wichru – przyrzekła wróżka. – Dam ci miecz, który będzie jaśniejszy i ostrzejszy aniżeli księżycowy promień. Ale żądasz niemało, wiedźminko, będziesz więc musiała drogo mi zapłacić.

– Czym? Wszakże nie mam niczego.

– Twoją krwią.

Flourens Delannoy, Bajki i klechdy

Rozdział pierwszy

Jak powszechnie wiadomo, wszechświat – podobnie jak życie – toczy się kołem. Kołem, na którego obręczy zaznaczono osiem magicznych punktów, dających pełny obrót, czyli cykl roczny. Punktami tymi, leżącymi na obręczy koła w parach dokładnie naprzeciw siebie, są: Imbaelk – czyli Kiełkowanie, Lammas – czyli Dojrzewanie, Belleteyn – Rozkwit oraz Saovine – Zamieranie. Są także na kole zaznaczone dwa Solstycja, czyli Przesilenia – zimowe, zwane Midinvaerne, oraz Midaëte, letnie. Są także dwa Ekwinokcja, czyli Równonoce – Birke, wiosenna, i Velen, jesienna. Daty te dzielą okrąg na osiem części – i tak też w kalendarzu elfów dzieli się rok.

Lądując na plażach w okolicach ujść Jarugi i Pontaru, ludzie przywieźli tu ze sobą własny kalendarz, oparty na księżycu, dzielący rok na dwanaście miesięcy, dających cykl rocznej pracy rolnika – od początku, od wykonywanych w styczniu tyk, aż do końca, do czasu, gdy mróz zamieni ziemię w twardą grudę. Ale choć ludzie inaczej dzielili rok i liczyli daty, zaakceptowali elfie koło i osiem punktów na jego okręgu. Przejęte z elfiego kalendarza Imbaelk i Lammas, Saovine i Belleteyn, oba Przesilenia i obie Równonoce również wśród ludzi stały się ważnymi świętami, datami uroczystymi. Wyróżniały się wśród innych dat tak bardzo, jak samotne drzewo wyróżnia się wśród łąki.

Daty te wyróżnia bowiem magia.

Nie było – i nie jest – żadną tajemnicą, że owych osiem dat to dni i noce, podczas których niezwykle nasila się czarodziejska aura. Nikogo nie dziwią już magiczne fenomeny i zagadkowe zjawiska, które towarzyszą tym ośmiu datom, zwłaszcza zaś Ekwinokcjom i Solstycjom. Do fenomenów takich wszyscy już się przyzwyczaili i rzadko budzą one większą sensację.

Ale tego roku było inaczej.

Tego roku ludzie jak zwykle uczcili jesienne Ekwinokcjum uroczystą rodzinną wieczerzą, podczas której na stole znaleźć się musiało jak najwięcej płodów z tegorocznych zbiorów, choćby po odrobinie każdego. Tak kazał zwyczaj. Spożywszy wieczerzę i podziękowawszy bogini Melitele za urodzaj, ludzie udali się na spoczynek. I wówczas zaczęła się makabra.

Tuż przed północą zerwała się straszliwa zawierucha, zadął potępieńczy wicher, w którym poprzez szum przyginanych niemal do ziemi drzew, skrzyp krokwi i łomot okiennic słychać było upiorne wycia, krzyki i zawodzenia. Pędzone po niebie chmury przybrały fantastyczne kształty, wśród których najczęściej powtarzały się sylwetki galopujących koni i jednorożców. Wieja nie cichła przez dobrą godzinę, a w nagłej ciszy, jaka po niej nastąpiła, noc ożyła trylem i furkotem skrzydeł setek lelków kozodojów, owych tajemniczych ptaków, które według ludowych wierzeń grupują się, by nad kimś, kto dogorywa, odśpiewać demoniczną konajączkę. Tym razem chór lelków był tak wielki i głośny, jak gdyby skonać miał cały świat.

Lelki dzikimi głosami wyśpiewywały konajączkę, nieboskłon zaś pokryły chmury, gasząc resztki księżycowego światła. Wówczas zaskowyczała straszna beann’shie, zwiastunka czyjejś rychłej i gwałtownej śmierci, a przez czarne niebo pocwałował Dziki Gon – orszak płomiennookich upiorów na kościotrupach koni, szumiący strzępami płaszczy i sztandarów. Jak co kilka lat, Dziki Gon zebrał swe żniwo, ale od dziesięcioleci nie było ono tak straszliwe – w samym tylko Novigradzie doliczono się dwudziestu kilku osób zaginionych bez śladu ni wieści.

Gdy Gon przegalopował i rozwiały się chmury, ludzie zobaczyli księżyc – malejący, jak zwykle w czas Zrównania. Ale tej nocy księżyc miał barwę krwi.

Lud prosty miał dla ekwinokcyjnych fenomenów wiele wytłumaczeń, różniących się zresztą znacznie, stosownie do specyfik regionalnych demonologii. Astrologowie, druidzi i czarodzieje też mieli wytłumaczenia, ale w większości błędne i sklecone na wyrost. Mało, niezwykle mało było ludzi, którzy potrafili zjawiska te powiązać z rzeczywistymi faktami.

Na Wyspach Skellige, dla przykładu, nieliczni bardzo zabobonni widzieli w kuriozalnych ewenementach zapowiedź Tedd Deireadh, końca świata, poprzedzonego bitwą Ragh nar Roog, finalną walką Światła i Ciemności. Gwałtowny sztorm, który w noc Jesiennego Zrównania wstrząsnął Wyspami, zabobonni uznali za falę pchaną dziobem potwornego Naglfara z Morhöggu, wiozącego armię widm i demonów Chaosu drakkara o burtach zbudowanych z trupich paznokci. Ludzie światlejsi lub lepiej poinformowani łączyli jednak szaleństwo niebios i morza z osobą złej czarownicy Yennefer – i jej straszną śmiercią. Jeszcze inni – jeszcze lepiej poinformowani – widzieli we wzburzonym morzu znak, że oto kona ktoś, w czyich żyłach płynie krew królów Skellige i Cintry.

Jak świat długi i szeroki, była też noc jesiennego Ekwinokcjum nocą zmór, koszmarów i widziadeł, nocą raptownych, duszących i roztętnionych grozą przebudzeń wśród mokrych od potu i starganych prześcieradeł. Widziadła i przebudzenia nie omijały i głów najjaśniejszych – w Nilfgaardzie o Złotych Wieżach przebudził się z krzykiem cesarz Emhyr var Emreis. Na Północy, w Lan Exeter, zerwał się z łoża król Esterad Thyssen, budząc małżonkę, królową Zuleykę. W Tretogorze zerwał się i sięgnął po sztylet arcyszpieg Dijkstra, budząc małżonkę ministra skarbu. W zamczysku Montecalvo zerwała się z adamaszkowej pościeli czarodziejka Filippa Eilhart, nie budząc małżonki hrabiego de Noailles. Przebudzili się – mniej lub bardziej gwałtownie – krasnolud Yarpen Zigrin w Mahakamie, stary wiedźmin Vesemir w górskiej warowni Kaer Morhen, klerk bankowy Fabio Sachs w mieście Gors Velen, jarl Crach an Craite na pokładzie drakkara „Ringhorn”. Przebudziła się czarodziejka Fringilla Vigo w zamku Beauclair, przebudziła się kapłanka Sigrdrifa w świątyni bogini Freyji na wyspie Hindarsfjall. Przebudził się Daniel Etcheverry, hrabia Garramone, w oblężonej twierdzy Maribor. Zyvik, dziesiętnik Burej Chorągwi, w forcie Ban Gleann. Kupiec Dominik Bombastus Houvenaghel w miasteczku Claremont. I wielu, wielu innych.

Mało było jednak ludzi zdolnych wszystkie te zjawiska i fenomeny połączyć z rzeczywistym, konkretnym faktem. I z konkretną osobą. Traf sprawił, że troje z tych ludzi spędzało noc jesiennego Ekwinokcjum pod jednym dachem. W świątyni bogini Melitele w Ellander.

– Kozodoje... – jęknął pisarczyk Jarre, wpatrzony w ciemność zalegającą świątynny park. – Tysiące chyba ich są, całe chmary... Krzyczą na czyjąś śmierć... Na jej śmierć... Ona umiera...

– Nie gadaj bzdur! – Triss Merigold odwróciła się gwałtownie, uniosła zaciśniętą pięść, przez moment wyglądało, że pchnie lub uderzy chłopca w pierś. – Wierzysz w głupie zabobony? Wrzesień się kończy, lelki grupują się przed odlotem! To całkiem naturalne!

– Ona umiera...

– Nikt nie umiera! – krzyknęła czarodziejka, blednąc z wściekłości. – Nikt, pojmujesz? Przestań pleść!

W bibliotecznym korytarzu przybywało adeptek, pobudzonych nocnym alarmem. Ich twarze były poważne i blade.

– Jarre. – Triss uspokoiła się, położyła chłopcu dłoń na ramieniu, ścisnęła silnie. – Jesteś jedynym mężczyzną w świątyni. Wszystkie patrzymy na ciebie, szukamy w tobie oparcia i pomocy. Nie wolno ci się bać, nie wolno ci panikować. Opanuj się. Nie rób nam zawodu.

Jarre odetchnął głęboko, próbując uspokoić drżenie rąk i warg.

– To nie strach... – wyszeptał, unikając wzroku czarodziejki. – Ja się nie boję, ja się martwię! O nią. Widziałem we śnie...

– Ja też widziałam – zacisnęła wargi Triss. – Śniliśmy ten sam sen, ty, ja i Nenneke. Ale ani słowa o tym.

– Krew na jej twarzy... Tyle krwi...

– Milcz, prosiłam. Nenneke nadchodzi.

Arcykapłanka podeszła do nich. Twarz miała zmęczoną. Na nieme pytanie Triss odpowiedziała przeczącym ruchem głowy. Zauważywszy, że Jarre otwiera usta, uprzedziła go.

– Niestety, nic. Gdy Dziki Gon przelatywał nad świątynią, zbudziły się prawie wszystkie, ale żadna nie miała wizji. Nawet tak mglistej, jak nasze. Idź spać, chłopcze, nic tu po tobie. Dziewczęta, proszę do dormitorium!

Oburącz potarła twarz i oczy.

– Ech... Ekwinokcjum! Cholerna noc... Idź się położyć, Triss. Nic nie możemy zrobić.

– Ta bezsiła – zacisnęła pięści czarodziejka – doprowadza mnie do szału. Na myśl, że ona tam gdzieś cierpi, że krwawi, że grozi jej... Psiakrew, gdybym wiedziała, co zrobić!

Nenneke, arcykapłanka świątyni Melitele, odwróciła się.

– A próbowałaś się modlić?

Na Południu, hen za górami Amell, w Ebbing, w krainie zwanej Pereplutem, na rozległych mokradłach przeciętych rzekami Veldą, Lete i Arete, w miejscu oddalonym od miasta Ellander i świątyni Melitele o osiemset mil lotem wrony, koszmar senny gwałtownie zbudził nad ranem starego pustelnika Vysogotę. Przebudzony Vysogota za nic nie mógł przypomnieć sobie treści snu, ale dziwny niepokój nie pozwolił mu już usnąć.

– Zimno, zimno, zimno, brrr – gadał do siebie Vysogota, maszerując ścieżką wśród trzcin. – Zimno, zimno, brrrr.

Kolejna pułapka była pusta. Ani jednego piżmaka. Wyjątkowo nieudany połów. Vysogota oczyścił pułapkę ze szlamu i rzęsy, mamrocząc przekleństwa i pociągając zziębniętym nosem.

– Zimno, brrr, hu-ha – gadał, idąc w kierunku skraju bagna. – A przecie to jeszcze wrzesień! Przecie dopiero cztery dni po Ekwinokcjum! Ha, takich chłodów w końcu września nie pamiętam, jak długo żyję. A żyję przecież dość długo!

Kolejna – przedostatnia już – pułapka też była pusta. Vysogocie nie chciało się nawet kląć.

– Niechybnie tak jest – ględził, idąc – że klimat oziębia się z roku na rok. A teraz wygląda, że efekt oziębiania będzie postępował lawinowo. Ha, elfy przewidziały to już dawno temu, ale kto wierzył w przepowiednie elfów?

Nad głową starca znowu zafurkotały skrzydełka, mignęły szare, niesamowicie szybkie kształty. Mgła nad moczarami znowu rozdzwoniła się dzikim, urywanym trylem lelków kozodojów, szybkim klaskaniem skrzydełek. Vysogota nie zwracał na ptaki uwagi. Zabobonny nie był, a kozodojów zawsze było sporo na bagnach, zwłaszcza o świcie latały tak gęsto, że aż strach brał, że o głowę zawadzą. No, może nie zawsze było ich tak wiele jak dziś, może nie zawsze wołały tak potępieńczo... Ale cóż, ostatnimi czasy przyroda wyprawiała dziwne figle, a kuriozum goniło kuriozum, każde bardziej kuriozalne od poprzedniego.

Wyciągał właśnie z wody ostatnią – pustą – pułapkę, gdy usłyszał rżenie konia. Lelki zamilkły nagle, jak na komendę.

Na mokradłach Pereplutu były kępy, suche, wyżej położone miejsca, porośnięte czarną brzozą, olchą, świdwą, dereniem i tarniną. Większość kęp trzęsawiska otaczały tak dokładnie, że było absolutnie niemożliwe, by dotarł tam koń lub nie znający ścieżek jeździec. A jednak rżenie – Vysogota usłyszał je znowu – dobiegało właśnie z takiej kępy.

Ciekawość przemogła ostrożność.

Vysogota słabo znał się na koniach i ich rasach, ale był estetą, umiał rozpoznać i docenić piękno. A kary koń o sierści lśniącej jak antracyt, którego zobaczył na tle brzezinowych pni, był przedziwnie piękny. Był istną kwintesencją piękna. Był tak piękny, że wydawał się nierealny.

Ale był realny. I całkiem realnie schwytany w pułapkę, zaplątany wodzami i uździenicą w krwistoczerwone, chwytne gałęzie świdwy. Gdy Vysogota podszedł bliżej, koń stulił uszy, tupnął tak, że aż zadygotał grunt, zatarmosił zgrabną głową, obrócił się. Teraz było widać, że jest to klacz. Było widać coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że serce Vysogoty zaczęło łomotać jak oszalałe, a niewidzialne kleszcze adrenaliny zacisnęły się na gardle.

Za koniem, w płytkim wykrocie, leżał trup.

Vysogota rzucił na ziemię worek. I zawstydził się pierwszej myśli, którą było: odwrócić się i uciekać. Podszedł bliżej, zachowując ostrożność, bo kara klacz tupała, kładła uszy, szczerzyła zęby na munsztuku i tylko czekała na okazję, by go ugryźć lub kopnąć.

Trup był trupem kilkunastoletniego chłopca. Leżał twarzą ku ziemi, z jedną ręką przygniecioną ciałem, drugą wyciągniętą w bok i wpitą palcami w piach. Chłopiec miał na sobie zamszowy kubraczek, obcisłe skórzane spodnie i wysokie do kolan miękkie elfie buty z klamerkami.

Vysogota pochylił się i w tym momencie trup głośno jęknął. Kara klacz zarżała przeciągle, łupnęła kopytami o ziemię.

Pustelnik ukląkł, ostrożnie obrócił rannego. Odruchowo cofnął głowę i syknął na widok potwornej maski z brudu i zakrzepłej krwi, jaką chłopak miał w miejscu twarzy. Delikatnie zgarnął mech, liście i piasek z pokrytych śluzem i śliną warg, spróbował oderwać od policzka zbite w twardy kołtun, sklejone krwią włosy. Ranny zajęczał głucho, wyprężył się. I zaczął dygotać. Vysogota odlepił mu włosy od twarzy.

– Dziewczyna – powiedział głośno, nie mogąc uwierzyć w to, co miał wprost przed nosem. – To jest dziewczyna.

Gdyby tego dnia po zapadnięciu zmroku ktoś zdołał cichaczem podkraść się do zagubionej wśród moczarów chaty z zapadniętą i obrośniętą mchem strzechą, gdyby zajrzał przez szpary w okiennicach, zobaczyłby w skąpo oświetlonym łojówkami wnętrzu kilkunastoletnią dziewczynę z głową grubo omotaną bandażami, spoczywającą w martwym, niemal trupim bezruchu na zasłanej skórami pryczy. Zobaczyłby też starca z siwą klinowatą brodą i długimi białymi włosami, opadającymi na ramiona i plecy od granic potężnej łysiny przedłużającej pobrużdżone czoło daleko poza ciemię. Spostrzegłby, jak starzec zapala jeszcze jedną łojówkę, jak stawia na stole klepsydrę, jak ostrzy pióro, jak pochyla się nad arkuszem pergaminu. Jak zamyśla się i mówi coś do siebie w zadumie, nie spuszczając oka z leżącej na pryczy dziewczyny.

Ale to nie było możliwe. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata pustelnika Vysogoty była dobrze ukryta wśród mokradeł. Na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

– Zapiszmy – Vysogota zanurzył pióro w inkauście – co następuje. Jest trzecia godzina po zabiegu. Rozpoznanie: vulnus incisivum, rana cięta, zadana z dużą siłą niewiadomym ostrym narzędziem, przypuszczalnie o zakrzywionym ostrzu. Obejmuje część lewą twarzy, zaczyna się w regionie podoczodołowym, biegnie poprzez policzek i sięga aż do regionu przyuszniczo-żwaczowego. Najgłębsza, bo sięgająca okostnej, jest rana w części początkowej, poniżej oczodołu, na kości jarzmowej. Przypuszczalny czas, jaki minął od zranienia do momentu pierwszego zaopatrzenia rany: dziesięć godzin.

Pióro zaskrzypiało na pergaminie, ale skrzypienie trwało nie dłużej niż kilka chwil. I linijek. Vysogota nie wszystko, co mówił do siebie, uznawał za warte zapisania.

– Wracając do zaopatrzenia rany – podjął po chwili starzec, wpatrzony w migotliwy i kopcący płomień łojówki – zapiszmy, co następuje. Nie wycinałem brzegów skaleczenia, ograniczyłem się jedynie do usunięcia kilku nieukrwionych strzępów i oczywiście skrzepliny. Przemyłem ranę wyciągiem z kory wierzbowej. Usunąłem zanieczyszczenia i ciała obce. Założyłem szwy. Konopne. Innym rodzajem nici, niechajże zapisane to będzie, nie dysponowałem. Zastosowałem okład z arniki górskiej i założyłem formowany opatrunek muślinowy.

Na środek izby wybiegła mysz. Vysogota rzucił jej kawałeczek chleba. Dziewczyna na pryczy oddychała niespokojnie, jęczała przez sen.

– Ósma godzina po zabiegu. Stan chorej bez zmian. Stan lekarza... To znaczy, mój, poprawił się, albowiem zaznałem nieco snu... Mogę kontynuować notatki. Godzi się bowiem przelać na te karty nieco informacji o mojej pacjentce. Dla potomności. O ile jakakolwiek potomność dotrze na te moczary, zanim wszystko tu zbutwieje i rozpadnie się w proch.

Vysogota westchnął ciężko, zamoczył pióro i otarł je o brzeg kałamarza.

– Co się zaś tyczy pacjentki – zamruczał – to niechaj zanotowane zostanie, co następuje. Lat, jak się zda, około szesnastu, wysoka, budowy pomiernie szczupłej, lecz bynajmniej nie cherlawej, nie wskazującej na niedożywienie. Umięśnienie i konstrukcja fizyczna typowa raczej dla młodej elfki, ale nie stwierdzono żadnych cech metyski... do kwarteronki włącznie. Niższy procent elfiej krwi może, jak wiadomo, nie pozostawiać śladów.

Vysogota jakby teraz dopiero przypomniał sobie, że nie zapisał na arkuszu ani jednej runy, ani jednego słowa. Przyłożył pióro do papieru, ale inkaust wysechł. Starzec wcale się tym nie przejął.

– Niechże zanotowane zostanie i to – podjął – że dziewczyna nigdy nie rodziła. A także i to, że na ciele nie ma żadnych zastarzałych znamion, blizn, szram, żadnych śladów, jakie zostawiają ciężka praca, wypadki, hazardowne życie. Podkreślam: mowa o śladach zastarzałych. Śladów świeżych nie brakuje na jej ciele. Dziewczyna była bita. Chłostana, i to bynajmniej nie ojcowską ręką. Kopana była prawdopodobnie też.

– Znalazłem też na jej ciele dość dziwny znak szczególny... Hmmm... Zapiszmy to, dla dobra nauki... W pachwinie, tuż przy wzgórku łonowym, dziewczyna ma wytatuowaną czerwoną różę.

Vysogota w skupieniu obejrzał zaostrzony koniec pióra, po czym zanurzył je w kałamarzu. Tym razem nie zapomniał jednak, w jakim celu to uczynił – szybko zaczął pokrywać arkusz równymi linijkami pochyłego pisma. Pisał, dopóki pióro nie oschło.

– Półprzytomna, mówiła i krzyczała – podjął. – Jej akcent i sposób wysławiania się, jeśli pominąć gęste wtręty w obscenicznym żargonie kryminalistów, są dość konfundujące, trudne do umiejscowienia, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że pochodzą raczej z Północy niż z Południa. Niektóre słowa...

Znowu poskrzypiał piórem po pergaminie, niezbyt długo, o wiele za krótko, by móc zapisać wszystko, co przed chwilą wyrzekł. Po czym podjął monolog, dokładnie tam, gdzie go przerwał.

– Niektóre słowa, imiona i nazwy, które dziewczyna wybełkotała w malignie, warte są zapamiętania. I zbadania. Wszystko wskazuje na to, że bardzo, ale to bardzo niecodzienna osoba znalazła drogę do chaty starego Vysogoty...

Milczał przez chwilę, nasłuchując.

– Oby tylko – zamruczał – chata starego Vysogoty nie okazała się kresem jej drogi.

Vysogota pochylił się nad pergaminem i nawet przyłożył do niego pióro, ale nie zapisał nic, ani jednej runy. Rzucił pióro na stół. Przez chwilę sapał, mruczał gniewnie, posmarkiwał. Patrzył na pryczę, słuchał dobiegających stamtąd odgłosów.

– Trzeba stwierdzić i zapisać – powiedział zmęczonym głosem – że jest bardzo niedobrze. Wszystkie moje starania i zabiegi mogą okazać się niewystarczające, a wysiłki płonne. Moje obawy były uzasadnione. Rana jest zakażona. Dziewczyna silnie gorączkuje. Wystąpiły już trzy z czterech kardynalnych objawów ostrego stanu zapalnego. Rubor, calor i tumor łatwo już w tej chwili stwierdzić okiem i dotykiem. Gdy minie szok pozabiegowy, pojawi się i objaw czwarty: dolor. Niechże zapisane zostanie, że minęło blisko pół wieku, od kiedy zajmowałem się praktyką medyczną, czuję, jak lata te ciążą na mej pamięci i na zręczności mych palców. Niewiele umiem zrobić, jeszcze mniej mogę zrobić. Środków i medykamentów mam mniej niż mało. Cała nadzieja w mechanizmach obronnych młodego organizmu...

– Dwunasta godzina po zabiegu. Zgodnie z oczekiwaniami, przyszedł czwarty kardynalny objaw zakażenia: dolor. Chora krzyczy z bólu, gorączka i dreszcze wzmagają się. Nie mam niczego, żadnego środka, który mógłbym jej podać. Dysponuję niewielką ilością eliksiru daturowego, ale dziewczyna jest za słaba, by przeżyć jego działanie. Mam też nieco akonitum, ale akonitum zabiłoby ją niechybnie.

– Piętnasta godzina po zabiegu. Świt. Chora jest nieprzytomna. Gorączka wzrasta gwałtownie, dreszcze nasilają się. Ponadto występują silne skurcze mięśni twarzy. Jeśli to tężec, dziewczyna jest zgubiona. Miejmy jednak nadzieję, że to tylko nerw twarzowy... Albo trójdzielny. Albo obydwa... Dziewczyna będzie wówczas oszpecona... Ale będzie żyła...

Vysogota spojrzał na pergamin, na którym nie zapisał ani jednej runy, ani jednego słowa.

– Pod warunkiem – powiedział głucho – że przeżyje zakażenie.

– Dwudziesta godzina po zabiegu. Gorączka wzmaga się. Rubor, calor, tumor i dolor sięgają, jak mi się zdaje, granic przesilenia. Ale dziewczyna nie ma szans, by przeżyć, by dożyć choćby do tych granic. Oto więc zapisuję... Ja, Vysogota z Corvo, nie wierzę w istnienie bogów. Ale gdyby przez przypadek istnieli, niechaj mają w opiece tę dziewczynę. I niech wybaczą mi to, co zrobiłem... Jeśli to, co zrobiłem, okaże się pomyłką.

Vysogota odłożył pióro, potarł spuchnięte i swędzące powieki, przycisnął pięści do skroni.

– Podałem jej mieszankę datury i akonitum – powiedział głucho. – Najbliższe godziny rozstrzygną wszystko.

Nie spał, drzemał tylko, gdy z drzemki wyrwał go stuk i łomot, któremu towarzyszył jęk. Bardziej wściekłości niż bólu.

Na zewnątrz dniało, szpary okiennic sączyły nikłe światełko. Klepsydra przesypała się do końca, i to dawno – Vysogota jak zwykle zapomniał ją obrócić. Kaganek ledwo pełgał, rubinowy żar z paleniska słabo oświetlał kąt izby. Starzec wstał, odsunął zaimprowizowany parawan z koców, którym odgrodził pryczę od reszty pomieszczenia, by zapewnić chorej spokój.

Chora zdążyła już pozbierać się z podłogi, na którą przed chwilą upadła, siedziała zgarbiona na brzegu barłogu, usiłując podrapać się w twarz pod opatrunkiem. Vysogota chrząknął.

– Prosiłem, byś nie wstawała. Jesteś zbyt osłabiona. Jeśli czegoś chcesz, zawołaj. Jestem zawsze w pobliżu.

– Ja akurat nie chcę, byś był w pobliżu – powiedziała cicho, półgębkiem, ale zupełnie wyraźnie. – Chcę się wysikać.

Gdy wrócił, by zabrać nocnik, leżała na pryczy na wznak, obmacując opatrunek przymocowany do policzka opasującymi czoło i szyję wstęgami bandaża. Gdy po chwili podszedł do niej ponownie, nie zmieniła pozycji.

– Cztery doby? – spytała, patrząc w powałę.

– Pięć. Minęła prawie doba od naszej ostatniej rozmowy. Przespałaś całą dobę. To dobrze. Potrzebujesz snu.

– Czuję się lepiej.

– Rad jestem słyszeć. Zdejmiemy opatrunek. Pomogę ci usiąść. Uchwyć moją rękę.

Rana goiła się ładnie i sucho, tym razem prawie obyło się bez bolesnego odrywania opatrunku od strupa. Dziewczyna ostrożnie dotknęła policzka. Skrzywiła się, ale Vysogota wiedział, że to nie tylko ból. Za każdym razem na nowo upewniała się o rozległości skaleczenia, zdawała sobie sprawę z powagi rany. Upewniała się – z przerażeniem – że to, co czuła dotykiem poprzednio, to nie był wywołany gorączką koszmar.

– Masz tu jakieś lustro?

– Nie mam – skłamał.

Spojrzała na niego, po raz pierwszy chyba całkowicie przytomnie.

– To znaczy, że jest aż tak źle? – spytała, ostrożnie wodząc palcami po szwach.

– To bardzo rozległe skaleczenie – wybąkał, zły na siebie, że tłumaczy się i usprawiedliwia przed smarkulą. – Twarz wciąż masz bardzo opuchniętą. Za kilka dni zdejmę szwy, do tego czasu będę przykładał arnikę i wyciąg z wierzbiny. Nie będę już owijał ci całej głowy. To się ładnie goi. Naprawdę ładnie.

Nie odpowiedziała. Poruszała ustami i żuchwą, marszczyła i krzywiła twarz, wypróbowując, na co rana pozwala, a na co nie.

– Ugotowałem rosołu z gołębia. Zjesz?

– Zjem. Ale tym razem spróbuję sama. To upokarzające, być karmiona jak paralityczka.

Jadła długo. Drewnianą łyżkę donosiła do ust ostrożnie i z takim wysiłkiem, jak gdyby ważyła ze dwa funty. Ale poradziła sobie bez pomocy Vysogoty obserwującego ją z zainteresowaniem. Vysogota był ciekawski – i płonął ciekawością. Wiedział, że wraz z powrotem dziewczyny do zdrowia zaczną się wymiany zdań mogące rzucić światło na tajemniczą sprawę. Wiedział o tym i nie mógł doczekać się tej chwili. Zbyt długo mieszkał sam na pustkowiu.

Dziewczyna skończyła jeść, opadła na poduszki. Przez chwilę martwo patrzyła w sufit, potem obróciła głowę. Niezwykle duże zielone oczy, stwierdził po raz kolejny Vysogota, nadawały jej twarzy wyraz niewinnie dziecięcy, w tej chwili kłócący się krzykliwie z paskudnie okaleczonym policzkiem. Vysogota znał ten typ urody – wielkookie wieczne dziecko, fizjonomia wywołująca instynktowną reakcję sympatii. Wieczna dziewczynka, nawet gdy dwudzieste, ba, trzydzieste urodziny już dawno zapadną w niepamięć. Tak, Vysogota dobrze znał ten typ urody. Jego druga żona była taka. Jego córka była taka.

– Muszę stąd uciekać – powiedziała nagle dziewczyna. – I to pilnie. Jestem ścigana. Przecież wiesz o tym.

– Wiem – kiwnął głową. – Były to twoje pierwsze słowa, które wbrew pozorom nie były majaczeniem. Dokładniej, jedne z pierwszych. Najpierw spytałaś o twego konia i o twój miecz. W tej kolejności. Gdy zapewniłem cię, że i koń, i miecz są pod dobrą opieką, nabrałaś podejrzeń, że jestem wspólnikiem jakiegoś Bonharta i nie leczę cię, lecz poddaję torturze nadziei. Gdy nie bez trudu wyprowadziłem cię z błędu, przedstawiłaś się jako Falka i podziękowałaś mi za ratunek.

– To dobrze. – Obróciła głowę na poduszce, jak gdyby chciała uniknąć konieczności patrzenia mu w oczy. – To dobrze, że nie zapomniałam podziękować. Ja tamto pamiętam jak przez mgłę. Nie wiem, co było jawą, a co snem. Bałam się, że nie podziękowałam. Nie nazywam się Falka.

– Tego też się dowiedziałem, choć raczej przypadkowo. Mówiłaś w gorączce.

– Jestem zbiegiem – powiedziała, nie odwracając się. – Uciekinierem. Niebezpiecznie jest dawać mi schronienie. Niebezpiecznie jest wiedzieć, jak się naprawdę nazywam. Ja muszę wsiadać na konia i uciekać, zanim mnie tu wytropią...

– Przed chwilą – powiedział łagodnie – miałaś kłopoty z siąściem na nocnik. Nie bardzo widzę cię siadającą na konia. Ale zapewniam, tutaj jesteś bezpieczna. Nikt cię tu nie wytropi.

– Z pewnością mnie ścigają. Idą po śladach, przetrząsają okolicę...

– Uspokój się. Codziennie pada, nikt nie odnajdzie śladów. Ty zaś jesteś na pustkowiu, w pustelni. W domu pustelnika, który odciął się od świata. Tak, by światu też niełatwo było go odnaleźć. Jeśli jednak sobie życzysz, mogę poszukać sposobu, by wieść o tobie przekazać bliskim lub przyjaciołom.

– Nie wiesz nawet, kim jestem...

– Jesteś ranną dziewczyną – przerwał. – Uciekającą przed kimś, kto nie waha się ranić dziewczyn. Czy życzysz sobie, bym przekazał jakąś wiadomość?

– Nie ma komu – odrzekła po chwili, a Vysogota złowił uchem zmianę głosu. – Moi przyjaciele nie żyją. Wszystkich zamordowano.

Nie skomentował.

– Ja jestem śmiercią – podjęła dziwnie brzmiącym głosem. – Każdy, kto styka się ze mną, umiera.

– Nie każdy – zaprzeczył, przyglądając się jej bacznie. – Nie Bonhart, ten, którego imię wykrzykiwałaś w gorączce, ten, przed którym chcesz teraz uciekać. Wasz styk zaszkodził raczej tobie, nie jemu. To on... zranił cię w twarz?

– Nie – zacisnęła usta, by stłumić coś, co było albo jękiem, albo przekleństwem. – W twarz zranił mnie Puszczyk. Stefan Skellen. A Bonhart... Bonhart zranił mnie znacznie poważniej. Głębiej. Czy i o tym mówiłam w gorączce?

– Uspokój się. Jesteś osłabiona, powinnaś unikać silnych wzruszeń.

– Nazywam się Ciri.

– Zrobię ci okład z arniki, Ciri.

– Wstrzymaj się... chwilę. Daj mi jakieś zwierciadło.

– Mówiłem ci...

– Proszę!

Usłuchał, dochodząc do wniosku, że tak trzeba, że dłużej zwlekać niepodobna. Przyniósł nawet kaganek. By mogła lepiej widzieć, co zrobiono z jej twarzą.

– No, tak – powiedziała zmienionym, łamiącym się głosem. – No, tak. Właśnie tak, jak myślałam. Prawie tak, jak myślałam.

Wyszedł, zaciągając za sobą zaimprowizowany z derek parawan.

Starała się szlochać cicho, tak by nie słyszał. Bardzo się starała.

Nazajutrz Vysogota zdjął połowę szwów. Ciri obmacała policzek, posyczała jak żmija, narzekając na silny ból ucha i przeczulicę szyi w okolicy żuchwy. Wstała jednak, ubrała się i wyszła na podwórze. Vysogota nie protestował. Towarzyszył jej. Pomagać ani podtrzymywać nie musiał. Dziewczyna była zdrowa i o wiele silniejsza, niż można było przypuszczać.

Zachwiała się dopiero na zewnątrz, przytrzymała ościeżnicy i odrzwi.

– Ależ... – gwałtownie zachłysnęła się wdechem. – Ależ ziąb! Mróz, czy jak? Już zima? Jak długo ja tu przeleżałam? Kilka tygodni?

– Dokładnie sześć dni. Mamy piąty dzień października. Ale zapowiada się bardzo zimny październik.

– Piąty października? – zmarszczyła się, syknęła z bólu. – To jak to? Dwa tygodnie...

– Co? Jakie dwa tygodnie?

– Nieważne – wzruszyła ramionami. – Może to ja coś mylę... A może i nie mylę. Powiedz, co tu tak okropnie śmierdzi?

– Skóry. Łowię piżmaki, bobry, nutrie i wydry, garbuję skóry. Nawet pustelnicy muszą z czegoś żyć.

– Gdzie jest mój koń?

– W obórce.

Kara klacz powitała wchodzących głośnym rżeniem, a koza Vysogoty zawtórowała beczeniem, w którym pobrzmiewało wielkie niezadowolenie z konieczności dzielenia lokum z innym lokatorem. Ciri objęła konia za szyję, poklepała, pogładziła po zagrzywku. Klacz prychała i grzebała słomę kopytem.

– Gdzie moje siodło? Czaprak? Uprząż?

– Tutaj.

Nie protestował, nie czynił uwag, nie wygłaszał swego zdania. Milczał, wsparty na kosturze. Nie poruszył się, gdy zastękała, próbując unieść siodło, nie drgnął, gdy zachwiała się pod ciężarem i ciężko, z głośnym jękiem klapnęła na zasypaną słomą polepę. Nie podszedł, nie pomógł jej wstać. Patrzył uważnie.

– No, tak – powiedziała przez zaciśnięte zęby, odpychając klacz, usiłującą wsunąć jej nos za kołnierz. – Wszystko jasne. Ale ja muszę stąd uciekać, cholera! Po prostu muszę!

– Dokąd? – spytał chłodno.

Pomacała twarz, nadal siedząc na słomie obok upuszczonego siodła.

– Jak najdalej.

Kiwnął głową, jak gdyby odpowiedź satysfakcjonowała, wszystko czyniła jasnym i nie pozostawiała miejsca na domysły. Ciri wstała z trudem. Po siodło i uprząż nawet nie próbowała się schylać. Sprawdziła tylko, czy klacz ma siano i owies w żłobie, zaczęła wycierać grzbiet i boki konia wiechciem słomy. Vysogota czekał w milczeniu i doczekał się. Dziewczyna zatoczyła się na słup podtrzymujący strop, zbladła jak płótno. Bez słowa podał jej kostur.

– Nic mi nie jest. Tylko...

– Tylko w głowie ci się zakręciło, bo jesteś chora i słaba jak noworodek. Wracajmy. Musisz się położyć.

O zachodzie słońca, przespawszy ładnych kilka godzin, Ciri wyszła ponownie. Vysogota, wracając znad rzeki, natknął się na nią przy naturalnym jeżynowym żywopłocie.

– Nie odchodź zbyt daleko od chałupy – powiedział cierpko. – Po pierwsze, jesteś zbyt osłabiona...

– Czuję się lepiej.

– Po drugie, to niebezpieczne. Dookoła jest ogromne mokradło, nie kończące się pole trzcin. Nie znasz ścieżek, możesz zabłądzić lub utonąć w trzęsawisku.

– A ty – wskazała na worek, który taszczył – ścieżki znasz, oczywiście. I nawet niedaleko nimi chadzasz, a zatem mokradło wcale nie jest takie wielkie. Garbujesz skóry, aby żyć, jasne. Kelpie, moja klacz, ma owies, a pola tu nie widzę. My jedliśmy kurę i krupy. I chleb. Prawdziwy chleb, nie podpłomyki. Chleba nie dostałbyś od trapera. A zatem w okolicy jest wieś.

– Bezbłędnie wydedukowane – potwierdził spokojnie. – Rzeczywiście, dostaję prowianty z najbliższej wsi. Najbliższej, ale wcale nie bliskiej, leżącej na skraju bagien. Mokradło przylega do rzeki. Wymieniam skóry na żywność, którą przywożą mi łodzią. Chleb, kaszę, mąkę, sól, ser, czasami królika lub kurę. Czasami wiadomości.

Nie doczekał się pytania, więc kontynuował.

– Wataha konnych w pościgu dwukrotnie była w osadzie. Za pierwszym razem ostrzegano, by cię nie ukrywać, grożono chłopom mieczem i ogniem, jeśli zostaniesz w osadzie schwytana. Za drugim obiecywano nagrodę. Za odnalezienie trupa. Twoi prześladowcy są przekonani, że leżysz martwa w lasach, w jakimś jarze czy wądole.

– I nie spoczną – mruknęła – dopóki nie odnajdą zwłok. Wiem o tym dobrze. Muszą mieć dowód, że nie żyję. Bez tego dowodu nie zrezygnują. Będą szperać wszędzie. Wreszcie trafią i tutaj...

– Bardzo im zależy – zauważył. – Powiedziałbym, niezwykle im zależy...

Zacięła usta.

– Nie lękaj się. Odjadę, zanim mnie tu znajdą. Nie narażę cię... Nie bój się.

– Skąd przypuszczenie, że się boję? – wzruszył ramionami. – Że jest powód, by się lękać? Tutaj nikt nie trafi, nikt cię tu nie wyśledzi. Jeśli jednak ty wystawisz nos z trzcin, trafisz twoim prześladowcom prosto w ręce.

– Innymi słowy – podrzuciła hardo głowę – muszę tu zostać? To chciałeś powiedzieć?

– Nie jesteś więźniem. Możesz odjechać, gdy zechcesz. Dokładniej: gdy zdołasz. Ale możesz też zostać u mnie i przeczekać. Ścigający zniechęcą się kiedyś. Zawsze się zniechęcają, prędzej lub później. Zawsze. Możesz mi wierzyć. Znam się na tym.

Jej zielone oczy błysnęły, gdy spojrzała na niego.

– Zresztą – powiedział szybko, wzruszając ramionami i uciekając przed jej wzrokiem – uczynisz, jak zechcesz. Powtarzam, nie więżę cię tu.

– Dzisiaj chyba jednak nie odjadę – prychnęła. – Słaba jestem... I zaraz słońce zajdzie... A ja przecież nie znam ścieżek. Chodźmy więc do chaty. Zmarzłam.

– Powiedziałeś, że leżałam u ciebie sześć dób. To jest prawda?

– Dlaczego miałbym kłamać?

– Nie unoś się. Staram się doliczyć dni... Ja uciekłam... Zraniono mnie... w dzień Zrównania. Dwudziestego trzeciego września. Jeśli wolisz liczyć według elfów, ostatniego dnia Lammas.

– To niemożliwe.

– Dlaczego miałabym kłamać? – krzyknęła i jęknęła, chwytając się za twarz. Vysogota patrzył na nią spokojnie.

– Nie wiem, dlaczego – powiedział zimno. – Ale ja byłem kiedyś lekarzem, Ciri. Dawno temu, ale nadal umiem odróżnić ranę zadaną przed dziesięcioma godzinami od rany zadanej przed czterema dniami. Znalazłem cię dwudziestego siódmego września. Zraniona zostałaś więc dwudziestego szóstego. Trzeciego dnia Velen, jeśli wolisz liczyć według elfów. Trzy dni po Ekwinokcjum.

– Zostałam zraniona w samo Ekwinokcjum.

– To nie jest możliwe, Ciri. Musiałaś pomylić daty.

– Na pewno nie. To ty masz tu jakiś przestarzały pustelniczy kalendarz.

– Niech ci będzie. Aż tak wielkie ma to znaczenie?

– Nie. Nie ma żadnego.

Trzy dni później Vysogota zdjął ostatnie szwy. Miał wszelkie powody, by być zadowolony i dumny ze swego dzieła – linia zszycia była równa i czysta, nie należało obawiać się tatuażu wrośniętym w ranę brudem. Satysfakcję psuł jednak chirurgowi widok Ciri, w posępnym milczeniu kontemplującej szramę w ustawianym pod różnymi kątami zwierciadle i usiłującej zakrywać ją – bezskutecznie – zaczesywanymi na policzek włosami. Blizna szpeciła. Fakt był faktem. Nie było na to rady. W niczym nie mogło pomóc udawanie, że jest inaczej. Wciąż czerwona, napuchnięta jak powróz, napunktowana śladami ukłuć igły i poznaczona odciskami nitek, szrama wyglądała iście makabrycznie. Ten stan miał szansę ulegać stopniowej i nawet szybkiej poprawie. Vysogota wiedział jednak, że nie było żadnych szans na to, by blizna znikła i przestała szpecić.

Ciri czuła się znacznie lepiej, ale ku zdziwieniu i zadowoleniu Vysogoty w ogóle nie mówiła o odjeździe. Wywiodła z obórki swą karą Kelpie – Vysogota wiedział, że na Północy nazwę „kelpie” nosił morszczyniec, groźny potwór morski, wedle przesądu mogący przybrać postać pięknego rumaka, delfina, a nawet urodziwej kobiety, w rzeczywistości zaś zawsze wyglądający jak kupa zielska. Ciri osiodłała klacz i kilkakrotnie obkłusowała podwórko i chatę dookoła, po czym Kelpie wróciła do obórki, by dotrzymywać towarzystwa kozie, Ciri zaś do chaty, by dotrzymywać towarzystwa Vysogocie. Pomagała mu nawet – prawdopodobnie z nudów – w pracy przy skórach. Gdy on segregował nutrie według rozmiarów i odcieni, ona dzieliła piżmaki na grzbieciki i brzuszki, rozcinając skórki wzdłuż wprowadzanej do środka deszczułki. Palce miała nad wyraz zręczne.

Właśnie przy tym zajęciu doszło między nimi do dość dziwnej rozmowy.

– Nie wiesz, kim jestem. Nawet się nie domyślasz, kim jestem.

Kilkakrotnie powtórzyła to banalne stwierdzenie i rozdrażniła go tym lekko. Rzecz jasna, nie dał po sobie poznać rozdrażnienia – uwłaczało by mu, gdyby zdradził swe uczucia przed taką smarkulą. Nie, do tego dopuścić nie mógł, nie mógł też zdradzić ciekawości, która go drążyła.

Ciekawości w sumie bezzasadnej, bo przecież bez trudu mógł się domyślić, kim była. W czasach Vysogoty młodzieżowe bandy również nie były rzadkością. Lata, które minęły, nie mogły też wyeliminować magnetycznej siły, z jaką takie szajki przyciągały żądną przygód i silnych wrażeń szczeniaterię. Nader często na jej zgubę. Smarkacze wykręcający się blizną na twarzy mogli mówić o szczęściu – na tych mniej szczęśliwych czekały tortury, stryczek, hak lub pal.

Ha, od czasów Vysogoty tylko jedno uległo zmianie – postępująca emancypacja. Do band ciągnęły nie tylko wyrostki, ale i zwariowane podlotki, przedkładające konia, miecz i przygodę nad szydełko, kądziel i czekanie na swatów.

Vysogota nie powiedział jej tego wszystkiego wprost. Powiedział to ogródkami. Ale tak, by wiedziała, że on wie. By uświadomić jej, że jeśli ktoś tu jest zagadką, to z pewnością nie ona – cudem zbiegła z obławy małoletnia grasantka z bandy grasantów małolatów. Oszpecona smarkula próbująca otaczać się nimbem tajemniczości...

– Nie wiesz, kim jestem. Ale nie obawiaj się. Odjadę wkrótce. Nie narażę cię na niebezpieczeństwo.

Vysogota miał dość.

– Nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo – powiedział sucho. – Bo i jakież? Nawet jeśli pościg tu się zjawi, w co wątpię, cóż złego może mnie spotkać? Udzielanie pomocy zbiegłym przestępcom jest karalne, ale nie w przypadku pustelnika, albowiem pustelnik jest rzeczy świeckich nieświadom. Moim przywilejem jest gościć każdego, kto trafia do mej pustelni. Dobrze rzekłaś: nie wiem, kim jesteś. Skąd ja, pustelnik, mogę wiedzieć, kim jesteś, co przeskrobałaś i za co ściga cię prawo? I jakie prawo? Przecież ja nawet nie wiem, czyje prawo w tych okolicach obowiązuje, jaka i czyja jurysdykcja. I nie obchodzi mnie to. Jestem pustelnikiem.

Trochę zbyt wiele razy mówił o pustelnictwie, czuł to. Ale nie rezygnował, jej wściekle zielone oczy kłuły go niczym ostrogi.

– Jestem ubogim eremitą. Umarłym dla świata i dla spraw jego. Jestem człekiem prostym i niewykształconym, rzeczy światowych nieświadomym...

Przesadził.

– Akurat! – wrzasnęła, ciskając skórkę i nóż na podłogę. – Za głupią mnie masz, czy jak? Ja głupia nie jestem, nie myśl sobie. Pustelniku, eremito ubogi! Gdy cię nie było, rozejrzałam się. Zajrzałam tam, o, do kąta, za tę niezbyt czystą kotarę. Skąd wzięły się tam na półkach uczone księgi, hę, człeku prosty i nieświadomy?

Vysogota odrzucił skórę nutrii na stertę.

– Mieszkał tu kiedyś poborca podatków – powiedział niefrasobliwie. – To są katastry i księgi buchalteryjne.

– Kłamiesz. – Ciri skrzywiła twarz, pomasowała bliznę. – Kłamiesz w żywe oczy!

Nie odpowiedział, udając, że ocenia odcień kolejnej skóry.

– Myślisz może sobie – podjęła po chwili dziewczyna – że jeśli masz białą brodę, zmarszczki i sto lat na karku, to bez trudu oszukasz naiwną młódkę, hę? To ci powiem: pierwszą lepszą może i zwiódłbyś. Ale ja nie jestem pierwsza lepsza.

Uniósł wysoko brwi w niemym, lecz prowokacyjnym pytaniu. Nie kazała mu długo czekać.

– Ja, mój pustelniku, uczyłam się w miejscach, gdzie było sporo ksiąg, także i tych samych tytułów, co na twoich półkach. Sporo z tych tytułów znam.

Vysogota jeszcze wyżej uniósł brwi. Patrzyła mu prosto w oczy.

– Dziwne rzeczy – wycedziła – wygaduje brudny kocmołuch, oberwana sierota, musi złodziejka lub bandytka znaleziona w krzakach z rozwaloną gębą. A jednak trzeba ci wiedzieć, panie pustelniku, że ja czytywałam Historię Rodericka de Novembre. Przeglądałam, i to nieraz, dzieło o tytule Materia medica. Znam Herbarius, taki sam, jak ten na twojej półce. Wiem też, co oznacza na grzbietach ksiąg gronostajowy krzyż na czerwonej tarczy. To znak, że księgę wydał uniwersytet w Oxenfurcie.

Urwała, wciąż bacznie go obserwując. Vysogota milczał, starając się, by jego twarz nie zdradzała niczego.

– Dlatego myślę – powiedziała, podrzucając głowę zwykłym dla niej, dumnym i gwałtownym nieco ruchem – żeś ty wcale nie prostak i nie pustelnik. Żeś wcale nie umarł dla świata, ale uciekł przed nim. I ukrywasz się tu, na pustkowiu, zamaskowany pozorami i bezkresnym trzcinowiskiem.

– Jeżeli tak jest – uśmiechnął się Vysogota – to w istocie przedziwnie splotły się nasze losy, moja ty oczytana panno. Wielce zagadkowym sposobem zbratało nas oto przeznaczenie. Wszakże i ty się tu ukrywasz. Wszakże i ty, Ciri, umiejętnie snujesz wokół siebie woale pozorów. Jam jest jednak człekiem starym, pełnym podejrzeń i zgorzkniałej starczej nieufności...

– Nieufności do mnie?

– Do świata, Ciri. Do świata, w którym szachrajski pozór wkłada maskę prawdy, by wywieść w pole inną prawdę, fałszywą, nawiasem mówiąc, i też próbującą szachrować. Do świata, w którym herb uniwersytetu w Oxenfurcie maluje się na drzwiach zamtuzów. Do świata, w którym ranne grasantki podają się za bywałe, uczone, może i szlachetnie urodzone panny, intelektualistki i erudytki, czytujące Rodericka de Novembre i obeznane z godłem Akademii. Wbrew wszelkim pozorom. Wbrew temu, że same noszą inny znak. Bandycki tatuaż. Czerwoną różę wykłutą w pachwinie.

– Faktycznie, miałeś rację. – Przygryzła wargę, a jej twarz pokrył pąs tak głęboki, że linia szramy wydawała się czarna. – Jesteś zgorzkniały staruch. I wścibski dziadyga.

– Na mojej półce, za kotarą – wskazał ruchem głowy – stoi Aen N’og Mab Taedh’morc, zbiór elfich baśni i wierszowanych przypowieści. Jest tam, jakże pasująca do naszej sytuacji i rozmowy, historyjka o sędziwym kruku i młodziutkiej jaskółce. Ponieważ podobnie jak ty, Ciri, jestem erudytą, pozwolę sobie przypomnieć stosowny fragment. Kruk, jak niezawodnie pamiętasz, zarzuca jaskółce płochość i nieprzystojną frygowatość.

Hen Cerbin dic’ss aen n’og Zireael

Aark, aark, caelm foile, te veloe, ell?

Zireael...

Urwał, oparł łokcie o stół, a podbródek na splecionych palcach. Ciri szarpnęła głową, wyprostowała się, spojrzała na niego wyzywająco. I dokończyła.

...Zireael veloe que’ss aen en’ssan irch

Mab og, Hen Cerbin, vean ni, quirk, quirk!

– Zgorzkniały i nieufny staruch – powiedział po chwili Vysogota, nie zmieniając pozycji – przeprasza młodą erudytkę. Sędziwy kruk, wszędzie węszący podstęp i oszustwo, prosi o wybaczenie jaskółkę, której jedyną winą jest to, że jest młoda i pełna życia. I ładniutka.

– Teraz pleciesz – żachnęła się, odruchowo zakrywając dłonią bliznę na policzku. – Takie komplementy możesz sobie darować. Nie poprawią one koślawych ściegów, którymi sfastrygowałeś mi skórę. Nie myśl też sobie, że zdobędziesz w ten sposób moją ufność. Ja nadal nie wiem, kim ty właściwie jesteś. Dlaczego okłamałeś mnie w sprawie tych dat i dni. I w jakim celu zaglądałeś mi między nogi, choć ranna byłam w twarz. I czy na zaglądaniu się skończyło.

Tym razem udało się jej wyprowadzić go z równowagi.

– Co ty sobie wyobrażasz, smarkulo?! – krzyknął. – Mógłbym być twoim ojcem!

– Dziadkiem – poprawiła zimno. – Albo i pradziadkiem. Ale nie jesteś. Ja nie wiem, kim jesteś. Ale na pewno nie jesteś tym, za kogo chciałbyś uchodzić.

– Jestem tym, kto znalazł cię na bagnie, niemal przymarzniętą do mchu, z czarną skorupą zamiast twarzy, nieprzytomną, zapaskudzoną i brudną. Jestem tym, kto zabrał cię do domu, choć nie wiedział, kim jesteś, a domyślać się miał prawo najgorszego. Kto opatrzył cię i położył do łóżka. Leczył, gdy konałaś z gorączki. Pielęgnował. Mył. Dokładnie. W okolicach tatuażu również.

Znowu spąsowiała, ale z jej oczu ani myślało znikać bezczelne wyzwanie.

– Na tym świecie – warknęła – szachrajskie pozory czasem udają prawdę, sam tak powiedziałeś. Ja też już trochę znam świat, wyobraź sobie. Uratowałeś mnie, opatrzyłeś, pielęgnowałeś. Dzięki ci za to. Wdzięczna ci jestem za... za dobroć. Ale przecież ja wiem, że nie ma czegoś takiego, jak dobroć bez...

– Bez wyrachowania i nadziei na korzyść – dokończył z uśmiechem. – Tak, tak, wiem, bywały ze mnie człek, kto wie, czy nie znam świata równie dobrze jak ty, Ciri. Ranne dziewczyny, jak wiadomo, ograbia się ze wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość. Jeśli są nieprzytomne lub zbyt słabe, by się bronić, zwyczajowo popuszcza się cugli własnym chuciom i żądzom, nierzadko na występne i przeciwne naturze sposoby. Prawda?

– Nic nie jest takie, na jakie wygląda – odrzekła Ciri, po raz kolejny oblewając się rumieńcem.

– Jakżeż prawdziwe twierdzenie. – Dorzucił kolejną skórę na właściwą kupkę. – I jakżeż bezlitośnie wiodące nas do wniosku, że my, Ciri, nie wiemy o sobie niczego. Znamy tylko pozory, a te mylą.

Odczekał chwilę, ale Ciri nie spieszyła się, by powiedzieć cokolwiek.

– Chociaż obojgu nam udało się przeprowadzić coś w rodzaju wstępnej inkwizycji, nadal nie wiemy o sobie nic. Ja nie wiem, kim ty jesteś, ty nie wiesz, kim ja jestem...

Tym razem czekał z wyrachowaniem. Patrzyła na niego, a w jej oczach czaiło się pytanie, którego oczekiwał. Coś dziwnego błysnęło w jej oczach, gdy owo pytanie zadała.

– Kto zacznie?

Gdyby po zmroku ktoś podkradł się do chaty z zapadniętą i omszałą strzechą, gdyby zajrzał do wnętrza, w świetle płomieni i żaru paleniska zobaczyłby siwobrodego starca zgarbionego nad stertą skór. Zobaczyłby też popielatowłosą dziewczynę z paskudną szramą na policzku, szramą zupełnie nie pasującą do wielkich jak u dziecka zielonych oczu.

Ale nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata stała wśród trzcin, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

– Nazywam się Vysogota z Corvo. Byłem lekarzem. Chirurgiem. Byłem alchemikiem. Byłem badaczem, historykiem, filozofem, etykiem. Byłem profesorem w Akademii Oxenfurckiej. Musiałem stamtąd uciekać po opublikowaniu pewnego dzieła, które uznano za bezbożne, za co wówczas, pięćdziesiąt lat temu, groziła kara śmierci. Musiałem emigrować. Moja żona emigrować nie chciała, więc porzuciła mnie. A ja zatrzymałem się dopiero daleko na południu, w Cesarstwie Nilfgaardzkim. Zostałem wreszcie wykładowcą etyki w Akademii Imperialnej w Castell Graupian, godność tę piastowałem blisko dziesięć lat. Ale i stamtąd musiałem uciekać po opublikowaniu pewnego traktatu... Nawiasem mówiąc, dzieło traktowało o totalitarnej władzy i zbrodniczym charakterze zaborczych wojen, ale oficjalnie zarzucano dziełu i mnie metafizyczny mistycyzm i schizmę klerykalną. Uznano, że działałem z poduszczenia ekspansywnych i rewizjonistycznych ugrupowań kapłańskich, faktycznie rządzących królestwami Nordlingów. Dość zabawne w świetle mojego wyroku śmierci za ateizm sprzed dwudziestu lat! Było zresztą akurat tak, że na Północy ekspansywni kapłani dawno już poszli w zapomnienie, ale w Nilfgaardzie nie przyjmowano tego do wiadomości. Łączenie mistycyzmu i zabobonu z polityką było ścigane i surowo karane.

– Dziś, oceniając z perspektywy lat, myślę, że gdybym się ukorzył i okazał skruchę, może afera rozwiałaby się, a cesarz ograniczył do niełaski, bez sięgania po środki drastyczne. Ale ja byłem rozgoryczony. Pewny swych racji, które miałem za ponadczasowe, nadrzędne wobec tej czy innej władzy lub polityki. Czułem się skrzywdzony, skrzywdzony niesprawiedliwie. Tyrańsko. Nawiązałem więc aktywne kontakty z dysydentami, tajnie zwalczającymi tyrana. Zanim się obejrzałem, siedziałem razem z dysydentami w lochu, a niektórzy, gdy pokazano im narzędzia, wskazali na mnie jako na głównego ideologa ruchu.

– Cesarz skorzystał z prawa łaski, zostałem jednak skazany na banicję... pod groźbą natychmiastowej kary śmierci w przypadku powrotu na ziemie cesarskie.

– Wówczas obraziłem się na cały świat, na królestwa, cesarstwa i uniwersytety, na dysydentów, urzędników, prawników. Na kolegów i przyjaciół, którzy jak za dotknięciem magicznej różdżki przestali być nimi. Na drugą żonę, która podobnie jak pierwsza uważała, że kłopoty męża to zasadniczy powód do rozwodu. Na dzieci, które się mnie wyrzekły. Zostałem pustelnikiem. Tu, w Ebbing, na bagnach Pereplutu. Przejąłem sadybę w schedzie po pewnym eremicie, którego zdarzyło mi się kiedyś poznać. Pech chciał, że Nilfgaard zaanektował Ebbing i ni z tego, ni z owego znalazłem się znowu w Cesarstwie. Nie mam już ani sił, ani chęci na dalsze wędrowanie, dlatego muszę się ukrywać. Cesarskie wyroki nie ulegają przedawnieniu, nawet w sytuacji, gdy imperator, który je wydał, dawno nie żyje, a obecny cesarz nie ma powodów, by mile wspominać tamtego i podzielać jego poglądy. Wyrok śmierci pozostaje w mocy. Takie jest prawo i zwyczaj w Nilfgaardzie. Wyroki za zdradę stanu nie przedawniają się i nie podlegają amnestii, którą każdy cesarz ogłasza po koronacji. Po wstąpieniu na tron nowego cesarza amnestionowani zostają wszyscy, których jego poprzednik skazał... za wyjątkiem winnych zdrady stanu. Nie ma znaczenia, kto rządzi w Nilfgaardzie: jeśli wyda się, że żyję i łamię wyrok banicji, przebywając na cesarskim terytorium, moja głowa spadnie na szafocie.

– Jak zatem widzisz, Ciri, znajdujemy się w całkiem podobnej sytuacji.

– Co to jest etyka? Wiedziałam to, ale zapomniałam.

– Nauka o moralności. O prawidłach postępowania obyczajnego, szlachetnego, poczciwego i uczciwego. O wyżynach dobra, na które wynosi duszę ludzką prawość i moralność. I o otchłaniach zła, w które strąca niepoczciwość i niemoralność...

– Wyżyny dobra! – parsknęła. – Prawość! Moralność! Nie rozśmieszaj mnie, bo mi się szrama na pysku rozpęknie. Miałeś szczęście, że cię nie tropili, że nie posłali za tobą łowców nagród, takich jak... Bonhart. Zobaczyłbyś, co to są otchłanie zła. Etyka? Łajno warta jest twoja etyka, Vysogoto z Corvo. To nie złych i niepoczciwych strąca się na dno, nie! O, nie! To źli, ale zdecydowani, strącają tam takich, którzy są moralni, uczciwi i szlachetni, ale niezdarni, wahający się i pełni skrupułów.

– Dzięki za naukę – zadrwił. – Wierę, choćbyś cały wiek przeżył, nigdy nie jest za późno, by czegoś się nauczyć. Zaiste, zawsze warto posłuchać osób dojrzałych, bywałych i doświadczonych.

– A kpij sobie, kpij – szarpnęła głową. – Póki możesz. Bo teraz moja kolej. Teraz ja zabawię cię opowieścią. Opowiem ci, jak to było ze mną. A gdy skończę, zobaczymy, czy nadal będziesz miał ochotę drwić.

Gdyby tego dnia po zmroku ktoś podkradł się do chaty z zapadniętą strzechą, gdyby zajrzał przez szparę w okiennicy, zobaczyłby w skąpo oświetlonym wnętrzu białobrodego starca, w skupieniu słuchającego opowieści popielatowłosej dziewczyny siedzącej na kłodzie przy kominie. Spostrzegłby, że dziewczyna mówi wolno, jak gdyby z trudem znajdowała słowa, że nerwowo pociera zeszpecony paskudną blizną policzek, że przeplata długimi momentami milczenia opowieść o swych losach. Opowieść o naukach, które odebrała, a które wszystkie, co do jednej, okazały się kłamliwe i bałamutne. O obietnicach, które jej złożono i których nie dotrzymano. Opowieść o tym, jak przeznaczenie, w które kazano jej wierzyć, zdradziło ją niecnie i wyzuło z dziedzictwa. O tym, jak za każdym razem, gdy już zaczynała wierzyć, spadały na nią poniewierka, ból, krzywda i upokorzenie. O tym, jak ci, którym ufała i których kochała, zdradzili, nie przyszli z pomocą, gdy cierpiała, gdy groziły jej pohańbienie, męka i śmierć. Opowieść o ideałach, którym zalecano jej być wierną, a które zawiodły, zdradziły, opuściły wtedy, gdy ich potrzebowała, dowodząc, jak niewiele były warte. O tym, jak pomoc, przyjaźń – i miłość – znalazła wreszcie u tych, u których z pozoru nie należało szukać ani pomocy, ani przyjaźni. Nie wspominając o miłości.

Ale tego nikt nie mógł zobaczyć ani tym bardziej usłyszeć. Chata z zapadniętą i omszałą strzechą była dobrze ukryta wśród mgieł, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

Wkraczając w wiek dojrzewania, młoda dziewczyna zaczyna podejmować próby penetracji dziedzin życia uprzednio jej niedostępnych, co w baśniach symbolizuje wejście do tajemniczej wieży i poszukiwanie ukrytej tam komnaty. Dziewczyna wspina się na szczyt wieży, stąpając po kręconych schodach – schody w snach są symbolem przeżycia erotycznego. Zakazana komnata, ów mały zamknięty na klucz pokój, symbolizuje vaginę; przekręcenie klucza w zamku to symbol aktu seksualnego.

Bruno Bettelheim, The Uses of Enchantment, the Meaning and Importance of Fairy Tales

Rozdział drugi

Zachodni wiatr przyniósł nocną burzę.

Czarnofioletowe niebo pękło wzdłuż linii błyskawicy, eksplodowało przeciągłym łoskotem gromu. Nagły deszcz uderzył w kurz drogi kroplami gęstymi jak olej, zaszumiał na dachach, rozmazał brud na okiennych błonach. Ale silny wiatr szybko przepędził ulewę, odegnał burzę gdzieś hen, daleko, za płonący błyskawicami horyzont.

I wtedy rozszczekały się psy. Zadudniły kopyta, zabrzęczała broń. Dzikie hałłakowania i gwizdy zjeżyły włos rozbudzonym wieśniakom, zrywającym się w popłochu, zapierającym drągami drzwi i okiennice. Spocone dłonie zaciskały się na styliskach siekier, na trzonkach wideł. Zaciskały się mocno. Ale bezsilnie.

Terror, terror leci przez wieś. Ścigani czy ścigający? Szaleni i okrutni z wściekłości czy ze strachu? Przelecą, nie wstrzymując koni? Czy też rozjarzy się za chwilę noc ogniem gorejących strzech?

Cicho, cicho, dzieci...

Mamo, czy to demony? Czy to Dziki Gon? Zmory z piekła rodem? Mamo, mamo!

Cicho, cicho, dzieci. To nie demony, nie diabły...

Gorzej.

To ludzie.

Psy ujadały. Dął wicher. Rżały konie, łomotały podkowy.

Przez wieś i noc leciała hulajpartia.

Hotsporn wjechał na wzgórek, wstrzymał i obrócił konia. Był przezorny i ostrożny, nie lubił ryzyka, zwłaszcza wtedy, gdy czujność nic nie kosztowała. Nie spieszył się ze zjazdem w dół, nad rzeczkę, do stacji pocztowej. Wolał pierwej dobrze się przypatrzyć.

Przed stacją nie było koni ani zaprzęgów, stał tam wyłącznie jeden furgonik zaprzężony w parę mułów. Na płachcie widniał napis, którego Hotsporn nie mógł z daleka odczytać. Ale niebezpieczeństwem nie pachniało. Hotsporn potrafił wyczuwać niebezpieczeństwo. Był zawodowcem.

Zjechał nad zakrzaczony i zarośnięty łozą brzeg, zdecydowanie wparł konia w rzekę, przebrodził galopem wśród bijących powyżej siodła rozbryzgów wody. Taplające się przy brzegu kaczki uciekły z głośnym kwakiem.

Hotsporn ponaglił konia, przez rozgrodzony płot wjechał na podwórze stacji. Teraz mógł już odczytać napis na płachcie furgonu głoszący: „Mistrz Almavera, Kunsztownik Tatuażu”. Każdy wyraz napisu wymalowany był innym kolorem i zaczynał się od przesadnie wielkiej, ozdobnie iluminowanej litery. A na skrzyni wozu, powyżej prawego przedniego koła, widniała wymalowana purpurową farbą nieduża rozdarta strzała.

– Z konia! – usłyszał zza pleców. – Na ziemię, a żywo! Ręce z daleka od rękojeści!

Podeszli go i otoczyli bezszelestnie – z prawej Asse, w czarnej skórzanej kurtce nitowanej srebrem, z lewej Falka, w zielonym zamszowym kubraczku i berecie z piórkami. Hotsporn ściągnął kaptur i zasłonę z twarzy.

– Ha! – Asse opuścił miecz. – To wy, Hotsporn. Poznałbym, ale zmylił mnie ten kary koń!

– Ależ kobyłka śliczna – powiedziała z zachwytem Falka, odsuwając beret na ucho. – Czarna i lśniąca jak węgiel, ani włoska jaśniejszego. A zgrabna! Ech, krasawica!

– Ano, taka się trafiła za niecałe sto florenów – uśmiechnął się niedbale Hotsporn. – Gdzie Giselher? W środku?

Asse kiwnął głową. Falka, patrząc na klacz jak urzeczona, poklepała ją po szyi.

– Gdy biegła przez wodę – uniosła na Hotsporna wielkie zielone oczy – to była niczym istna kelpie! Gdyby z morza się wynurzyła, a nie z rzeczki, nie uwierzyłabym, że to nie prawdziwa kelpie.

– A widziała panna Falka kiedy prawdziwą kelpie?

– Na obrazku – dziewczyna spochmurniała nagle. – Dużo by o tym gadać. Chodźcie do środka. Giselher czeka.

Przy oknie, dającym nieco światła, stał stół. Na stole półleżała Mistle, wsparta na łokciach, od pasa w dół goła, nie mająca na sobie nic prócz czarnych pończoch. Między jej nieskromnie rozkraczonymi nogami klęczał chudy i długowłosy osobnik w burym chałacie. Nie mógł być to nikt inny jak mistrz Almavera, kunsztownik tatuażu, albowiem właśnie zajęty był wykłuwaniem na udzie Mistle kolorowego obrazka.

– Chodź bliżej, Hotsporn – zaprosił Giselher, odsuwając zydel od dalszego stołu, za którym siedział z Iskrą, Kayleighem i Reefem. Dwaj ostatni, jak Asse, też odziani byli w czarną cielęcą skórę usianą klamerkami, ćwiekami, łańcuszkami i innymi wymyślnymi ozdobami ze srebra. Jakiś rzemieślnik musiał na nich potężnie zarobić, pomyślał Hotsporn. Szczury, gdy napadła ich zachcianka wystroić się, płaciły krawcom, szewcom i rymarzom iście po królewsku. Jasna rzecz, nigdy też nie były od tego, by po prostu zedrzeć z napadniętej osoby odzież lub biżuterię, która wpadła im w oko.

– Znalazłeś, jak widzę, naszą wiadomość w ruinach starej stacji? – przeciągnął się Giselher. – Ha, co gadam, inaczej przecie nie byłoby cię tu. Szybko nawet zjechałeś, przyznać muszę.

– Bo klacz śliczna – wtrąciła Falka. – Założę się, że i rącza!

– Ja waszą wiadomość znalazłem. – Hotsporn nie spuszczał oka z Giselhera. – A co z moją? Dotarła do ciebie?

– Dotarła... – zająknął się herszt Szczurów. – Ale... No, krótko mówiąc... Nie było wtedy czasu. A potem żeśmy się popili i mus był się trochę wywczasować. A później inna nam droga wypadła...

Cholerni gówniarze, pomyślał Hotsporn.

– Krótko mówiąc, nie wykonałeś polecenia?

– Ano nie. Wybacz, Hotsporn. Nie było jak... Ale następnym razem, ho, ho! Niezawodnie!

– Niezawodnie! – potwierdził z emfazą Kayleigh, choć nikt nie prosił go, by potwierdzał.

Cholerni, nieodpowiedzialni gówniarze. Popili się. A później inna droga im wypadła. Do krawców po frymuśne ciuszki, ani chybi.

– Napijesz się?

– Dziękuję, nie.

– A może tego skosztujesz? – Giselher wskazał stojące wśród gąsiorków i kubków ozdobne puzdereczko z laki. Hotsporn już wiedział, czemu w oczach Szczurów jarzył się tak dziwny blask, czemu ich ruchy były tak nerwowe i szybkie.

– Pierwszorzędny proch – zapewnił Giselher. – Nie weźmiesz szczypty?

– Dziękuję, nie. – Hotsporn wymownie spojrzał na plamę krwi i niknący w komorze ślad na trocinach, wyraźnie wskazujący, którędy i dokąd powleczono trupa. Giselher zauważył spojrzenie.

– Jeden pachoł zucha tu chciał odgrywać – parsknął. – Aż go Iskra skarcić musiała.

Iskra zaśmiała się gardłowo. Od razu było widać, że jest mocno podniecona narkotykiem.

– Tak go skarciłam, że się krwią zachłysnął – pochwaliła się. – A wtedy inni z miejsca spokornieli. To się nazywa terror!

Była jak zwykle obwieszona klejnotami, diamentowy kolczyk miała nawet w skrzydełku nosa. Nie nosiła skóry, lecz wiśniowy kaftanik z brokatowym wzorkiem, już na tyle słynny, by być ostatnim krzykiem mody wśród złotej młodzieży z Thurn. Podobnie jak jedwabna chusta, którą owijał głowę Giselher. Hotsporn słyszał już nawet o dziewczynach, które strzygły się „na Mistle”.

– To się nazywa terror – powtórzył w zamyśleniu, wciąż patrząc na krwawy zaciek na podłodze. – A gospodarz stacji? Jego żona? Syn?

– Nie, nie – skrzywił się Giselher. – Sądzisz, żeśmy wszystkich zarąbali? Gdzie tam. W spiżarni ich chwilowo zawarliśmy. Teraz stacja, jak widzisz, nasza.

Kayleigh głośno przepłukał usta winem, wypluł na podłogę. Maleńką łyżeczką nabrał ze szkatułki odrobinę fisstechu, pieczołowicie nasypał na pośliniony opuszek palca wskazującego i wtarł sobie narkotyk w dziąsło. Podał puzdereczko Falce, która powtórzyła rytuał i przekazała fisstech Reefowi. Nilfgaardczyk odmówił, zajęty przeglądaniem katalogu kolorowych tatuaży, oddał pudełko Iskrze. Elfka przekazała je Giselherowi, nie zażywając.

– Terror! – warknęła, mrużąc błyszczące oczy i pociągając nosem. – Stację mamy pod terrorem! Cesarz Emhyr trzyma tak cały świat, my jeno tę budę. Ale zasada ta sama!

– Auuuuu, psiakrew! – wrzasnęła ze stołu Mistle. – Uważaj, w co żgasz! Zrób mi tak raz jeszcze, to ja ciebie żgnę! Tak, że na wylot przejdzie!

Szczury – oprócz Falki i Giselhera – ryknęły śmiechem.

– Chce się być piękną, trzeba cierpieć! – zawołała Iskra.

– Kłuj ją, mistrzu, kłuj – dodał Kayleigh. – Ona między nogami zahartowana!

Falka zaklęła paskudnie i rzuciła w niego kubkiem. Kayleigh uchylił się, Szczury znowu zaryczały śmiechem.

– Tak tedy – Hotsporn zdecydował się położyć kres wesołości – stację trzymacie pod terrorem. A po co? Pomijając satysfakcję, jaka z terroryzowania wypływa?

– My tutaj – odrzekł Giselher, wcierając sobie fisstech w dziąsło – na czatach leżymy. Gdy kto tu stanie, by konie zmienić albo wypocząć, to się go obedrze. Tu wygodniej, niźli gdzie na rozstaju albo w chaszczach przy gościńcu. Atoli, jak to Iskra dopiero co powiedziała, zasada ta sama.

– Ale dziś, od świtu, tylko ten nam popadł – wtrącił Reef, wskazując mistrza Almaverę, skrytego niemal z głową między rozwiedzionymi udami Mistle. – Golec, jak każdy sztukmistrz, nie było go z czego ograbić, więc go z jego kunsztu ograbiamy. Rzućcie okiem, jaki on zmyślny do rysunku.

Obnażył przedramię i pokazał tatuaż – nagą kobietę, ruszającą pośladkami, gdy zaciskał pięść. Kayleigh też się pochwalił – dookoła jego ręki, powyżej kolczastej bransolety, wił się zielony wąż z rozwartą paszczą i szkarłatnym, rozwidlonym językiem.

– Gustowna rzecz – rzekł obojętnie Hotsporn. – I pomocna przy identyfikacji trupów. Atoli z grabieżą nie wyszło wam, drogie Szczury. Przyjdzie wam zapłacić artyście za jego kunszt. Nie było kiedy was uprzedzić: od siedmiu dni, od pierwszego września, znakiem jest purpurowa rozdarta strzała. On ma taką wymalowaną na wozie.

Reef zaklął pod nosem, Kayleigh zaśmiał się. Giselher obojętnie machnął ręką.

– Trudno. Jeśli mus, to się mu zapłaci za jego igły i farby. Purpurowa strzała, mówisz? Zapamiętamy. Gdyby tu do jutra jeszcze jaki ze znakiem strzały nadjechał, nie będzie mu krzywdy.

– Zamierzacie tu tkwić do jutra? – zdziwił się nieco przesadnie Hotsporn. – Nierozsądnie, Szczury. Ryzykownie i niebezpiecznie!

– Że jak?

– Ryzykownie i niebezpiecznie.

Giselher wzruszył ramionami, Iskra parsknęła i wysmarkała się na podłogę. Reef, Kayleigh i Falka patrzyli na kupca tak, jak gdyby właśnie oznajmił im, że słońce wpadło do rzeczki i trzeba je szybko wyłowić, zanim je raki oszczypią. Hotsporn zrozumiał, że właśnie odwołał się do rozsądku szalonych smarkaczy. Że ostrzegł przed ryzykiem i niebezpieczeństwem pełnych szaleńczej brawury fanfaronów, którym pojęcia te były całkowicie obce.

– Pościg za wami idzie, Szczury.

– No i co z tego?

Hotsporn westchnął.

Dyskurs przerwała Mistle, która podeszła do nich, nie zadając sobie trudu, by się ubrać. Postawiła nogę na ławie i kręcąc biodrami zademonstrowała wszem i wobec dzieło mistrza Almavery: pąsową różę na zielonej łodyżce z dwoma listkami, usytuowaną na udzie – tuż przy pachwinie.

– Ha? – spytała, biorąc się pod boki. Jej sięgające niemal łokci bransolety błysnęły brylantowo. – Co powiecie?

– Śliczności! – parsknął Kayleigh, odgarniając włosy. Hotsporn zauważył, że Szczur nosił kolczyki w przekłutych małżowinach usznych. Nie ulegało wątpliwości, że wkrótce takie kolczyki będą – podobnie jak nabijana metalem skóra – w modzie wśród złotej młodzieży w Thurn i w całym Geso.

– Twoja kolej, Falka – powiedziała Mistle. – Co każesz sobie wykłuć?

Falka dotknęła jej uda, pochyliła się i przyjrzała tatuażowi. Z bliska. Mistle pieszczotliwie poczochrała jej popielate włosy. Falka zachichotała i bez żadnych ceregieli zaczęła się rozbierać.

– Chcę taką samą różę – oznajmiła. – W tym samym miejscu, co u ciebie, kochana.

– Ależ myszy tu u ciebie, Vysogoto. – Ciri przerwała opowieść, patrząc na podłogę, gdzie w kręgu rzucanego przez kaganek światła trwał istny mysi turniej. Można było sobie jedyne wyobrazić, co działo się poza kręgiem, w ciemnościach. – Przydałby ci się kot. Albo lepiej: dwa koty.

– Gryzonie – odchrząknął pustelnik – lezą do chałupy, bo zima nadciąga. A kota miałem. Ale powędrował gdzieś, niecnota, przepadł.

– Pewnie zagryzł go lis albo kuna.

– Nie widziałaś tego kota, Ciri. Jeśli coś go zagryzło, to smok. Nic mniejszego.

– Taki był? Ha, szkoda. On by tym myszom nie pozwolił łazić mi po łóżku. Szkoda.

– Szkoda. Ale ja myślę, że on wróci. Koty zawsze wracają.

– Dorzucę do ognia. Zimno.

– Zimno. Diabelnie chłodne teraz noce... A przecież to jeszcze nawet nie połowa października... Opowiadaj dalej, Ciri.

Ciri przez chwilę siedziała nieruchomo, zapatrzona w palenisko. Ogień ożył na podrzuconym drewnie, zatrzeszczał, zahuczał, cisnął na oszpeconą twarz dziewczyny złoty blask i ruchliwe cienie.

– Opowiadaj.

Mistrz Almavera kłuł, a Ciri czuła, jak łzy wiercą się jej w kącikach oczu. Choć przezornie oszołomiła się przed zabiegiem winem i białym proszkiem, ból był nieznośny. Zaciskała zęby, by nie pojękiwać. Ale nie jęczała, ma się rozumieć, udawała, że nie zwraca uwagi na igły, a ból ma w pogardzie. Starała się jak gdyby nigdy nic brać udział w rozmowie, jaką Szczury wiodły z Hotspornem, osobnikiem pragnącym uchodzić za kupca, a który – oprócz faktu, że żył z handlowców – nic wspólnego z handlem nie miał.

– Czarne chmury ściągnęły nad wasze głowy – mówił Hotsporn, wodząc po twarzach Szczurów ciemnymi oczyma. – Nie dość, że poluje na was prefekt z Amarillo, mało, że Varnhagenowie, mało, że baron Casadei...

– Ten? – wykrzywił się Giselher. – Prefekta i Varnhagenów rozumiem, ale czego ten jakiś Casadei na nas zawzięty?

– Okręcił się wilk owczą skórą – uśmiechnął się Hotsporn – i beczy żałośnie, bee, bee, nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie rozumie, gdzie się nie pokażę, kamieniami rzucają, „huź-ha” krzyczą, za co tak, za co taka krzywda i niesprawiedliwość? Córka barona Casadei, drogie Szczury, po przygodzie nad rzeczką Pliszką do dziś dnia słabuje, gorączkuje...

– Aaaa – przypomniał sobie Giselher. – Kareta z czwórką tarantów! To ta panna?

– Ta. Teraz, jakem mówił, choruje, w nocy z krzykiem się zrywa, pana Kayleigha wspomina... Ale osobliwie pannę Falkę. I broszkę, pamiątkę po mamusi nieboszczce, którą to broszkę panna Falka przemocą jej z sukienki zdzierała. Słowa różne przy tym powtarzając.

– To wcale nie o to idzie! – wrzasnęła ze stołu Ciri, mając okazję wrzaskiem odreagować ból. – Okazaliśmy baronównie kontempt i despekt, pozwalając, by na sucho uszła! Trzeba było wychędożyć pannicę!

– W samej rzeczy. – Ciri czuła wzrok Hotsporna na swych gołych udach. – Wielki to zaiste dyshonor, nie wychędożyć. Nie dziwota, że obrażony Casadei skrzyknął zbrojną hassę, wyznaczył nagrodę. Zaklinał się publicznie, że wszyscy zawiśniecie głowami w dół z kroksztynów na murach jego zamku. Zapowiedział też, że za ową zdartą z córki broszkę z panny Falki zedrze skórę. Pasami.

Ciri zaklęła, a Szczury zaryczały dzikim śmiechem. Iskra kichnęła i okropnie się usmarkała – fisstech drażnił jej śluzówkę.

– My te pościgi lekce sobie ważymy – oznajmiła, wycierając szalikiem nos, usta, podbródek i stół. – Prefekt, baron, Varnhageny! Ścigają, ale nie dościgną! My jesteśmy Szczury! Za Veldą zrobiliśmy trzy zygzaki i teraz ci durnie w piętkę gonią, wstecz zimnego tropu. Nim się połapią, będą za daleko, by zawracać.

– A niechby i zawrócili! – rzekł zapalczywie Asse, który jakiś czas temu przyszedł z warty, na której nikt go nie zastąpił i nie zamierzał zastąpić. – Poszczerbim ich i tyle!

– Pewnie! – krzyknęła ze stołu Ciri, zapomniawszy już, jak zeszłej nocy wiali przed pogonią przez wioski nad Veldą i jakiego miała wtedy stracha.

– Dobra. – Giselher walnął otwartą dłonią w stół, raptownie kładąc kres hałaśliwej gadaninie. – Gadaj, Hotsporn. Bo przecież widzę, że chcesz nam o czymś powiedzieć, o czymś ważniejszym od prefekta, Varnhagenów, barona Casadei i jego wrażliwej córeczki.

– Bonhart idzie waszym tropem.

Zapadła cisza, niezwykle długa. Nawet mistrz Almavera przestał na chwilę kłuć.

– Bonhart – powtórzył przeciągle Giselher. – Stary siwy szubrawiec. Musieliśmy komuś fest dokuczyć.

– Komuś bogatemu – stwierdziła Mistle. – Nie każdego stać na Bonharta.

Ciri już miała spytać, kim jest ów Bonhart, ale uprzedzili ją – prawie jednocześnie, jednym głosem – Asse i Reef.

– To łowca nagród – wyjaśnił ponuro Giselher. – Dawniej podobno żołnierką się parał, potem wędrownym handlem, wreszcie wziął się za zabijanie ludzi dla nagrody. To sukinsyn, jakich mało.

– Gadają – powiedział dość niefrasobliwie Kayleigh – że gdyby wszystkich, których Bonhart zaciukał, na jednym żalniku chcieć pochować, musiałby żalnik mieć z pół morgi.

Mistle nasypała szczyptę białego proszku w zagłębienie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, ostro wciągnęła do nosa.

– Bonhart rozbił hanzę Dużego Lothara – powiedziała. – Zasiekł jego i jego brata, tego, co go wołali Muchomorek.

– Powiadają: ciosem w plecy – dorzucił Kayleigh.

– Zabił też Valdeza – dodał Giselher. – A gdy Valdez zginął, rozpadła się jego hanza. Jedna z lepszych była. Porządna, ostra hulajpartia. Druhy dobre. Myślałem swego czasu przystać do nich. Zanim myśmy się spiknęli.

– Wszystko prawda. – rzekł Hotsporn. – Takiej hanzy, jak hanza Valdeza drugiej nie było i nie będzie. Pieśń śpiewają o tym, jak wyrwali się obławie pod Sardą. Ot, głowy bujne, ot, kawalerska fantazja! Mało komu z nimi w paragon iść.

Szczury zamilkły nagle i utkwiły w nim oczy, błyszczące i złe.

– Myśmy – wycedził po chwili ciszy Kayleigh – w szóstkę przedarli się kiedyś przez szwadron nilfgaardzkiej jazdy!

– Odbiliśmy Kayleigha Nissirom! – warknął Asse.

– Z nami – zasyczał Reef – też nie każdemu w paragon!

– Tak jest, Hotsporn – wypiął pierś Giselher. – Nie gorsze Szczury od żadnej innej hulajpartii, nie gorsze i od Valdezowej hanzy. Kawalerska fantazja, mówiłeś? To ja ci coś o panieńskiej fantazji opowiem. Iskra, Mistle i Falka we trzy, jak tu siedzą, przejechały w biały dzień środkiem miasteczka Druigh, a wywiedziawszy się, że stoją w traktierni Varnhagenowie, przecwałowały przez traktiernię! Na wskroś! Wjechały od frontu, wyjechały od podwórza. A Varnhagenowie zostali z otwartymi gębami, nad pobitymi kuflami i rozlanym piwskiem. Powiesz może, że to mała fantazja?

– Nie powie – uprzedziła odpowiedź Mistle, uśmiechając się złośliwie. – Nie powie, bo wie, kto zacz Szczury. Jego gildia też to wie.

Mistrz Almavera skończył tatuować. Ciri podziękowała z dumną miną, ubrała się i dosiadła do kompanii. Prychnęła, czując na sobie dziwny, taksujący – i jakby kpiący – wzrok Hotsporna. Łypnęła na niego złym okiem, manifestacyjnie przytulając się do ramienia Mistle. Zdążyła już wypraktykować, że takie manifestacje peszą i skutecznie chłodzą zapały panów, którym w głowie były amory. W przypadku Hotsporna działała nieco na wyrost, bo niby-kupiec nie był w tym względzie natrętny.

Hotsporn był dla Ciri zagadką. Widziała go przedtem tylko jeden jedyny raz, resztę opowiedziała jej Mistle. Hotsporn i Giselher, wyjaśniła, znają się i kumają od dawna, mają umówione sygnały, hasła i miejsca spotkań. Podczas tych spotkań Hotsporn daje informacje – i wtedy jedzie się na wskazany trakt i napada na wskazanego kupca, konwój lub karawanę. Niekiedy zabija się wskazaną osobę. Zawsze też umawiany jest znak – na kupców z takim znakiem na wozach napadać nie wolno.

Ciri początkowo była zdumiona i lekko rozczarowana – patrzyła na Giselhera jak w tęczę, miała Szczury za wzór swobody i niezależności, sama pokochała tę swobodę, tę pogardę dla wszystkiego i wszystkich. Aż tu niespodzianie przyszło wykonywać robotę na zamówienie. Jak najemnym zbirom, ktoś rozkazywał im, kogo bić. Mało tego – ktoś kogoś zakazywał im bić, a oni słuchali, spuściwszy uszy.

Coś za coś, wzruszyła ramionami indagowana Mistle. Hotsporn wydaje nam rozkazy, ale i daje informacje, dzięki którym przeżywamy. Swoboda i pogarda mają swoje granice. W końcu zawsze jest tak, że jest się czyimś narzędziem.

Takie jest życie, Sokoliczko.

Ciri była zdziwiona i rozczarowana, ale przeszło jej szybko. Uczyła się. Także tego, by nie dziwić się za dużo i za dużo nie oczekiwać – bo wtedy rozczarowanie bywa mniej dotkliwe.

– Ja, drogie Szczury – mówił tymczasem Hotsporn – miałbym remedium na wszystkie wasze kłopoty. Na Nissirów, baronów, prefektów, na Bonharta nawet. Tak, tak. Bo choć zaciska się na waszych szyjach arkan, ja miałbym sposób na to, by się z pętli wyśliznąć.

Iskra parsknęła, Reef zarechotał. Ale Giselher uciszył ich gestem, pozwolił Hotspornowi kontynuować.

– Wieść głosi – powiedział po chwili kupiec – że lada dzień ogłoszona będzie amnestia. Jeśli nawet na kim ciąży kondemnata, ba, jeśli nawet nad kimś stryczek wisi, będzie miał darowane, jeśli tylko się ujawni i wyzna winy. Was też to dotyczy.

– Pieprzenie! – krzyknął Kayleigh, załzawiony nieco, bo właśnie wciągnął był do nosa szczyptę fisstechu. – Nilfgaardzka sztuczka, fortel! Nie nas, starych wróblów, na takie plewy chcieć brać!

– Powoli – powstrzymał go Giselher. – Nie gorączkuj się, Kayleigh. Hotsporn, jak go znamy, nie zwykł klimkiem rzucać ni z gęby cholewy czynić. Zwykł wiedzieć, co i dlaczego gada. Tedy pewnie wie i powie nam, skąd ta nagła nilfgaardzka łaskawość.

– Cesarz Emhyr – rzekł spokojnie Hotsporn – bierze małżonkę. Cesarzową wkrótce będziemy mieli w Nilfgaardzie. Dlatego amnestię mają ogłosić. Cesarz ponoć ogromnie szczęśliwy, więc i dla innych pragnie szczęścia.

– Gdzieś mam cesarskie szczęście – oznajmiła wyniośle Mistle. – A z amnestii pozwolę sobie nie skorzystać, bo mi coś ta nilfgaardzka łaska świeżym wiórem pachnie. Coś jakby pal w szpic strugali, he, he!

– Wątpię – wzruszył ramionami Hotsporn – by to był podstęp. To jest sprawa polityczna. I duża. Większa, niźli wy, Szczury, niźli wszystkie tutejsze hulajpartie do kupy wzięte. Tu o politykę chodzi.

– Znaczy, o co? – zmarszczył brwi Giselher. – Bom ni czarta nie zrozumiał.

– Mariaż Emhyra jest polityczny i polityczne sprawy mają być za pomocą tego mariażu wygrane. Cesarz unię tworzy małżeństwem, chce jeszcze mocniej Cesarstwo zjednoczyć, położyć kres pogranicznym tumultom, zaprowadzić pokój. Bo wiecie, z kim on się żeni? Z Cirillą, następczynią tronu Cintry.

– Kłamstwo! – wrzasnęła Ciri. – Bujda!

– Jakim czołem raczy panna Falka zadawać mi kłam? – Hotsporn uniósł na nią oczy. – Czyżby była lepiej poinformowana?

– Pewnie!

– Ciszej, Falka – skrzywił się Giselher. – Kłuli cię na stole w kuperek, cicho byłaś, a teraz się drzesz? Co to za Cintra, Hotsporn? Co to za Cirilla? Czemu to niby ma być takie ważne?

– Cintra – wtrącił Reef, sypiąc sobie fisstech na palec – to państewko na północy, o które Cesarstwo wojowało z tamtejszymi władykami. Ze trzy albo cztery lata temu to było.