85 osób interesuje się tą książką

Opis

Andrzej Sapkowski, arcymistrz światowej fantasy, zaprasza do swojego Neverlandu i przedstawia uwielbianą przez czytelników i wychwalaną przez krytykę wiedźmińską sagę!

Świat Ciri i wiedźmina ogarniają płomienie.
Nastał zapowiadany przez Ithlinne czas miecza i topora.

Czas Pogardy.

A w czasach pogardy na powierzchnię wypełzają Szczury.
Szczury atakujące po szczurzemu,
cicho, zdradziecko i okrutnie.
Szczury uwielbiające dobrą zabawę i zabijanie.
Maruderzy z rozbitych armii, zabłąkane dzieciaki,
wyrzutki, dziwna zbieranina stworzona przez wojnę
i na wojennym nieszczęściu żerująca.
Ludzie, którzy wszystko przeżyli, wszystko utracili,
którym śmierć już niestraszna.
Solidarni w biedzie i nieszczęściu,
dla obcych mający zaś tylko to,
czego sami od pogrążającego się w chaosie świata zaznali.

Pogardę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 32 min

Lektor: superNOWA fonopolis

Popularność


Krew na twoich rękach, Falka, krew na twej sukience Płoń, płoń, Falka, za twe zbrodnie Spłoń i skonaj w męce! Piosenka dzieci śpiewana podczas palenia kukły

Vedymini a. wiedźmini wśród Nordlingów (ob.) tajemnicza i elitarna kasta kapłanów wojowników, prawdopodobnie odłam druidów (ob.). Wyposażeni w wyobrażeniu ludowym w moc magiczną oraz nadludzkie zdolności, stawać mieli v. do walki przeciwko złym duchom, potworom i wszelkim ciemnym siłom. W rzeczywistości, mistrzami będąc we władaniu bronią, byli v. używani przez władyków Północy w walkach plemiennych, między owymi toczonych. W boju wpadali v. w trans, wywoływany, jak się mniema, autohipnozą lub środkami odurzającymi, walczyli ze ślepą energią, będąc całkowicie niewrażliwymi na ból i poważne nawet obrażenia, co umacniało przesądy o ich nadprzyrodzonej mocy. Teoria, wedle której v. mieli być produktami mutacji lub inżynierii genetycznej, nie znalazła potwierdzenia. Są v. bohaterami licznych podań Nordlingów (por. F. Delannoy, „Mity i legendy ludów Północy”).

Effenberg i Talbot, Encyclopaedia Maxima Mundi, tom XV

Rozdział pierwszy

Do tego, żeby móc zarabiać na życie jako goniec konny, mawiał zwykle Aplegatt wstępującym do służby młodzikom, potrzebne są dwie rzeczy – złota głowa i żelazna dupa.

Złota głowa jest nieodzowna, pouczał młodych gońców Aplegatt, albowiem pod ubraniem, w płaskiej, przypasanej do gołej piersi skórzanej sakwie goniec wozi tylko wiadomości mniejszej wagi, które bez lęku można powierzyć zdradliwemu papierowi lub pergaminowi. Prawdziwie ważne, sekretne wieści, takie, od których wiele zależy, goniec musi zapamiętać i powtórzyć komu trzeba. Słowo w słowo, a niekiedy nieproste są to słowa. Wymówić trudno, a co dopiero zapamiętać. Aby zapamiętać, aby nie pomylić się powtarzając, trzeba mieć iście złotą głowę.

A co daje żelazna rzyć, oho, tego każdy goniec rychło doświadczy sam. Gdy przyjdzie spędzić mu w siodle trzy dni i trzy noce, tłuc się sto albo i dwieście mil po gościńcach, a czasami, gdy trzeba, po bezdrożach. Ha, pewnie, nie cięgiem siedzi się w siodle, czasem się zsiada, odpoczywa. Bo człowiek dużo wytrzyma, ale koń mniej. Ale gdy po odpoczynku trzeba znowu na kulbakę, zda się, że rzyć krzyczy: „Ratunku, mordują!”

A komu teraz potrzebni gońcy konni, panie Aplegatt, wydziwiali niekiedy młodzi. Z Vengerbergu do Wyzimy, przykładowo, nie doskacze nikt szybciej niż w cztery, albo i pięć dni, choćby na najśmiglejszym dzianecie skakał. A czarodziejowi z Vengerbergu ile trzeba, by magiczną wiadomość przekazać do czarodzieja z Wyzimy? Godziny pół, albo i tego nie. Gońcowi może koń okuleć. Mogą go zbóje albo Wiewiórki ubić, wilcy albo gryfy go mogą rozedrzeć. Był goniec, nie ma gońca. A czarnoksięska wiadomość zawżdy dotrze, drogi nie zgubi, nie opóźni się ani nie zatraci. Po co gońcy, jeśli wszędzie są czarodzieje, przy każdym królewskim dworze? Niepotrzebni już są gońcy, panie Aplegatt.

Przez jakiś czas Aplegatt też myślał, że już nie jest nikomu potrzebny. Miał trzydzieści sześć lat, był mały, ale silny i żylasty, pracy się nie bał i miał, ma się rozumieć, złotą głowę. Mógł znaleźć sobie inną robotę, by wyżywić siebie i żonę, by odłożyć trochę grosza na posag dla dwóch niezamężnych jeszcze córek, by móc nadal pomagać tej zamężnej, której mężowi, beznadziejnej ofermie, cięgiem nie wiodło się w interesach. Ale Aplegatt nie chciał i nie wyobrażał sobie innej roboty. Był królewskim gońcem konnym.

I nagle, po długim okresie zapomnienia i upokarzającej bezczynności, Aplegatt stał się znowu potrzebny. Gościńce i leśne dukty znowu zadudniły od kopyt. Gońcy, jak za dawnych czasów, jęli znowu przemierzać kraj, niosąc wiadomości od grodu do grodu.

Aplegatt wiedział, dlaczego tak było. Widział wiele, a słyszał jeszcze więcej. Oczekiwano od niego, że treść przekazanej wiadomości natychmiast wymaże z pamięci, zapomni o niej, tak by nie móc sobie przypomnieć nawet na torturach. Ale Aplegatt pamiętał. I wiedział, dlaczego królowie nagle przestali się komunikować za pomocą magii i magików. Wiadomości, które przewozili gońcy, miały pozostać tajemnicą dla czarodziejów. Królowie nagle przestali ufać magikom, przestali powierzać im swe sekrety.

Co było powodem nagłego ochłodzenia się przyjaźni królów i czarodziejów, tego Aplegatt nie wiedział i nie obchodziło go to zbytnio. Tak królowie, jak i magicy byli w jego opinii istotami niepojętymi, nieobliczalnymi w czynach – zwłaszcza gdy czasy robiły się trudne. A tego, że szły trudne czasy, nie sposób było nie zauważyć, przemierzając kraj od grodu do grodu, od zamku do zamku, od królestwa do królestwa.

Na drogach pełno było wojska. Co krok natykało się na kolumny piechoty lub jazdy, a każdy napotkany komendant był zdenerwowany, przejęty, opryskliwy i tak ważny, jakby los całego świata od niego jednego zawisł. Również grody i zamki pełne były zbrojnego ludu, dzień i noc trwała tam gorączkowa bieganina. Niewidoczni zwykle burgrabiowie i kasztelani teraz bez ustanku latali po murach i dziedzińcach źli niczym osy przed burzą, darli się, klęli, wydawali rozkazy, rozdawali kopniaki. Ku twierdzom i garnizonom dniem i nocą ciągnęły ociężale kolumny wyładowanych wozów, mijając kolumny wracające, jadące szybko, leciutko i pusto. Pyliły gościńce pędzone wprost ze stadnin tabuny rozbrykanych trzylatków. Niezwyczajne ni wędzidła, ni zbrojnego jeźdźca koniki wesoło korzystały z ostatnich dni swobody, dostarczając koniuchom mnóstwo dodatkowego zajęcia, a innym użytkownikom dróg niemało kłopotów.

Krótko mówiąc, w upalnym, nieruchomym powietrzu wisiała wojna.

Aplegatt uniósł się w strzemionach, rozejrzał. W dole, u stóp wzgórza, błyskała rzeka, ostro meandrując wśród łąk i kęp drzew. Za rzeką, na południu, rozciągały się lasy. Goniec popędził konia. Czas naglił.

Był w drodze od dwóch dni. Rozkaz królewski i poczta dopadły go w Hagge, gdzie wypoczywał po powrocie z Tretogoru. Opuścił twierdzę nocą, galopując gościńcem wzdłuż lewego brzegu Pontaru, przekroczył granicę z Temerią przed świtem, a teraz, w południe następnego dnia, był już nad brzegiem Ismeny. Gdyby król Foltest był w Wyzimie, Aplegatt doręczyłby mu posłanie jeszcze tej nocy. Niestety, króla nie było w stolicy – przebywał na południu kraju, w Mariborze, oddalonym od Wyzimy o blisko dwieście mil. Aplegatt wiedział o tym, dlatego w okolicach Białego Mostu porzucił wiodący na zachód gościniec i pojechał lasami, w kierunku Ellander. Ryzykował nieco. W lasach ciągle grasowały Wiewiórki, biada temu, kto wpadł im w ręce lub nawinął się pod łuk. Ale goniec królewski musi ryzykować. Taka służba.

Sforsował rzekę bez trudu – od czerwca nie padało, woda w Ismenie opadła znacznie. Trzymając się skraju lasu, dotarł na szlak wiodący z Wyzimy na południowy wschód, w stronę krasnoludzkich hut, kuźni i osiedli w Masywie Mahakam. Szlakiem ciągnęły wozy, wyprzedzane często przez konne podjazdy. Aplegatt odetchnął z ulgą. Tam, gdzie było ludno, nie było Scoia’tael. Kampania przeciw walczącym z ludźmi elfom trwała w Temerii od roku, prześladowane po lasach wiewiórcze komanda podzieliły się na mniejsze grupki, a mniejsze grupki trzymały się z dala od uczęszczanych dróg i nie urządzały na nich zasadzek.

Przed wieczorem był już na zachodniej granicy księstwa Ellander, na rozstaju w okolicach wioski Zavada, skąd miał prostą i bezpieczną drogę do Mariboru – czterdzieści dwie mile bitym, uczęszczanym traktem. Na rozstaju była karczma. Postanowił dać odpocząć koniowi i sobie. Wiedział, że jeśli wyruszy o brzasku, to nawet bez specjalnego męczenia wierzchowca jeszcze przed zachodem słońca ujrzy srebrno–czarne proporce na czerwonych dachach wież mariborskiego zamku.

Rozkulbaczył klacz i sam ją oporządził, każąc pachołkowi iść precz. Był gońcem królewskim, a goniec królewski nikomu nie pozwala dotykać swego konia. Zjadł solidną porcję jajecznicy z kiełbasą i ćwiartkę pytlowego chleba, popił kwartą piwa. Posłuchał plotek. Różnorodnych. W karczmie popasali podróżni ze wszystkich stron świata.

W Dol Angra, dowiedział się Aplegatt, znowu doszło do incydentów, znowu oddział lyrijskiej kawalerii ściął się na granicy z nilfgaardzkim podjazdem, znowu Meve, królowa Lyrii, wielkim głosem oskarżyła Nilfgaard o prowokację i wezwała pomocy od króla Demawenda z Aedirn. W Tretogorze odbyła się publiczna egzekucja redańskiego barona, który potajemnie znosił się z emisariuszami nilfgaardzkiego cesarza Emhyra. W Kaedwen połączone w duży oddział komanda Scoia’tael dopuściły się rzezi w forcie Leyda. W rewanżu za tę masakrę ludność Ard Carraigh dokonała pogromu, mordując blisko cztery setki bytujących w stolicy nieludzi.

W Temerii, opowiedzieli kupcy jadący z południa, panują smutek i żałoba wśród cintryjskich emigrantów, zebranych pod sztandarami marszałka Vissegerda. Potwierdziła się bowiem straszna wieść o śmierci Lwiątka, księżniczki Cirilli, ostatniej z krwi królowej Calanthe, zwanej Lwicą z Cintry.

Opowiedziano trochę jeszcze straszniejszych, złowróżbnych plotek. Oto w kilku wsiach w okolicach Aldersbergu dojone krowy zaczęły nagle strzykać z wymion krwią, a o świcie widziano we mgle Dziewicę Moru, zwiastunkę straszliwej zagłady. W Brugge, w okolicach Lasu Brokilon, zakazanego królestwa leśnych driad, pojawił się Dziki Gon, galopujący po niebiosach orszak widm, a Dziki Gon, jak powszechnie wiadomo, zawsze zapowiada wojnę. A z przylądka Bremervoord dostrzeżono widmowy statek, a na jego pokładzie upiora – czarnego rycerza w hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka...

Goniec nie przysłuchiwał się dłużej, był zbyt zmęczony. Poszedł do wspólnej izby noclegowej, zwalił się na barłóg i zasnął jak kłoda.

O brzasku wstał. Gdy wyszedł na podwórze, zdziwił się nieco – nie był pierwszym szykującym się do drogi, a to rzadko się zdarzało. Przy studni stał osiodłany kary ogier, a obok, przy korycie, myła ręce kobieta w męskim stroju. Słysząc kroki Aplegatta, kobieta odwróciła się, mokrymi dłońmi zebrała i odrzuciła do tyłu bujne czarne włosy. Goniec ukłonił się. Kobieta lekko skinęła głową.

Wchodząc do stajni niemal zderzył się z drugim rannym ptaszkiem, którym była młoda dziewczyna w aksamitnym berecie, wywodząca właśnie na podwórze jabłkowitą klacz. Dziewczyna tarła twarz i ziewała, opierając się o bok wierzchowca.

– Ojej – mruknęła, mijając gońca. – Usnę chyba na koniu... Usnę jak nic... Uaauaaua...

– Chłód cię orzeźwi, gdy rozkłusujesz kobyłkę – rzekł grzecznie Aplegatt, ściągając siodło z belki. – Szczęśliwej drogi, panieneczko.

Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego, jak gdyby dopiero teraz go zauważyła. Oczy miała wielkie i zielone jak szmaragdy. Aplegatt narzucił czaprak na konia.

– Szczęśliwej drogi życzyłem – powtórzył. Zwykle nie był wylewny ani rozmowny, ale teraz czuł potrzebę pogadania z bliźnim, nawet jeśli tym bliźnim była zwykła zaspana smarkula. Może sprawiły to długie dni samotności na szlaku, a może to, że smarkula trochę przypominała jego średnią córkę.

– Niech was bogowie ustrzegą – dodał – od wypadku i złej przygody. We dwie wy jeno i przy tym niewiasty... A czasy teraz niedobre. Wszędzie niebezpieczeństwo czyha na gościńcach...

Dziewczyna szerzej otworzyła zielone oczy. Goniec poczuł zimno na plecach, przeszył go dreszcz.

– Niebezpieczeństwo... – odezwała się nagle dziewczyna dziwnym, zmienionym głosem. – Niebezpieczeństwo jest ciche. Nie usłyszysz, gdy nadleci na szarych piórach. Miałam sen. Piasek... Piasek był gorący od słońca...

– Co? – Aplegatt zamarł z siodłem opartym o brzuch. – Co mówisz, panieneczko? Jaki piasek?

Dziewczyna wzdrygnęła się silnie, przetarła twarz. Jabłkowita klacz potrząsnęła łbem.

– Ciri! – zawołała ostro czarnowłosa kobieta z podwórza, poprawiając popręg i juki karego ogiera. – Pospiesz się!

Dziewczyna ziewnęła, spojrzała na Aplegatta, zamrugała, sprawiając wrażenie zdziwionej jego obecnością w stajni. Goniec milczał.

– Ciri – powtórzyła kobieta. – Zasnęłaś tam?

– Już idę, pani Yennefer!

Gdy Aplegatt okulbaczył wreszcie konia i wywiódł go na podwórze, po kobiecie i dziewczynie nie było już śladu. Kogut zapiał przeciągle i chrypliwie, rozszczekał się pies, wśród drzew odezwała się kukułka. Goniec wskoczył na siodło. Przypomniał sobie nagle zielone oczy zaspanej dziewczyny, jej dziwne słowa. Ciche niebezpieczeństwo? Szare pióra? Gorący piasek? Chyba niespełna rozumu była dziewka, pomyślał. Sporo takich teraz się widuje, pomylonych dziewek, ukrzywdzonych w wojenne dni przez maruderów albo innych hultajów... Tak, ani chybi pomylona. A może jeno rozespana, wyrwana ze snu, nie dobudzona jeszcze? Dziw, jakie brednie nieraz ludzie plotą, gdy o świtaniu wciąż jeszcze między snem a jawą się kołaczą...

Znowu przeszył go dreszcz, a między łopatkami odezwał się ból. Rozmasował plecy pięścią.

Gdy tylko znalazł się na mariborskim trakcie, wraził koniowi piętę w miękkie i poszedł w galop. Czas naglił.

W Mariborze goniec nie odpoczywał długo – nie minął dzień, a wiatr znowu świszczał mu w uszach. Nowy koń, szpakowaty źrebiec z mariborskiej stadniny, szedł ostro, wyciągając szyję i zamiatając ogonem. Migały przydrożne wierzby. Pierś Aplegatta ugniatała sakwa z pocztą dyplomatyczną. Rzyć bolała.

– Tfu, a żebyś kark skręcił, latawcze zatracony! – wrzasnął mu w ślad woźnica, ściągając powody zaprzęgu, spłoszonego przemknięciem cwałującego szpaka. – Widzita go, jak to gna, jakby mu śmierć pięty lizała! A pędź, pędź, świszczypało, i tak przed kostuchą nie ucieczesz!

Aplegatt otarł oko, załzawione od pędu.

Wczorajszego dnia przekazał królowi Foltestowi listy, a potem wyrecytował tajne posłanie króla Demawenda.

– Demawend do Foltesta. W Dol Angra wszystko przygotowane. Przebierańcy czekają na rozkaz. Przewidywany termin: druga noc lipcowa po nowiu księżyca. Łodzie muszą wylądować na tamtym brzegu dwa dni później.

Nad gościńcem leciały stada wron, kracząc donośnie. Leciały na wschód, w kierunku Mahakamu i Dol Angra, w kierunku Vengerbergu. Jadąc, goniec powtarzał w pamięci słowa sekretnego poselstwa, które za jego pośrednictwem król Temerii słał królowi Aedirn.

Foltest do Demawenda. Pierwsze: Wstrzymajmy akcję. Mądrale zwołali zjazd, mają się spotkać i radzić na wyspie Thanedd. Ten zjazd może wiele zmienić. Drugie: poszukiwań Lwiątka można zaprzestać. Potwierdziło się. Lwiątko nie żyje.

Aplegatt dźgnął szpaka piętą. Czas naglił.

Wąska leśna droga była zatarasowana wozami. Aplegatt zwolnił, spokojnie podkłusował do ostatniego z długiej kolumny wehikułów. Natychmiast zorientował się, że nie przepchnie się przez zator. O zawracaniu nie mogło być i mowy, byłaby to zbyt wielka strata czasu. Zapuszczanie się w bagnisty gąszcz celem objechania zatoru też niezbyt mu się uśmiechało, tym bardziej że zmierzchało już.

– Co tu się stało? – zapytał woźniców ostatniego pojazdu kolumny, dwóch staruszków, z których jeden zdawał się drzemać, a drugi nie żyć. – Napad? Wiewiórki? Gadajcie! Spieszę się...

Nim któryś ze staruszków zdążył odpowiedzieć, od niewidocznego wśród lasu czoła kolumny rozległy się krzyki. Woźnice w pośpiechu wskakiwali na wozy, smagali konie i woły przy wtórze wyszukanych przekleństw. Kolumna ociężale ruszyła z miejsca. Drzemiący staruszek ocknął się, poruszył brodą, cmoknął na muły i strzelił je lejcami po zadach. Staruszek wyglądający na nieżywego ożył, odsunął słomiany kapelusz z oczu i popatrzył na Aplegatta.

– Patrzcie go – powiedział. – Spieszno mu. He, synku, poszczęściło ci się. W sam czas tu doskakałeś.

– Ano – poruszył brodą drugi staruszek i popędził muły. – W sam czas. Gdybyś tu w połednie zajechał, stałbyś wraz z nami, czekał na wolny przejazd. Wszystkim nam pilno, ale czekać przyszło. Jak pojedziesz, gdy trakt zamknięty?

– Zamknięty był trakt? A to jaką modą?

– Srogi ludojad się tu objawił, synku. Na rycerza napadł, co samowtór z pachołkiem traktem jechał. Rycerzowi podobnież potwór głowę wraz z hełmem urwał, koniu kiszki wypuścił. Pachołek umknąć zdołał, bajał, że zgroza jedna, że czerwony był pono gościniec od juchy...

– Co to było za monstrum? – spytał Aplegatt, wstrzymując konia, by móc kontynuować rozmowę z woźnicami wlokącego się wozu. – Smok?

– Nie, nie smok – powiedział drugi staruszek, ten w słomianym kapeluszu. – Powiadają, mandygora, czy jakoś tak. Pachołek gadał, że latająca bestyja, okrutnie wielga. A zawzięta! Myślelim, zeżre rycerza i odleci, ale gdzie tam! Siadła pono na drodze, kurwa jej mać, i siedzi, syczy, zębiskami łyska... No, to i zatkała szlak niczym korek flaszkę, bo kto podjechał i potworę zoczył, zostawiał wóz i chodu nazad. Ustawiło się tedy wozów na pół mili, a dookoła, jak sam baczysz, synku, gęstwa i mokradło, ani objechać, ani zawrócić. Stalim tedy...

– Tylu chłopa! – parsknął goniec. – A stali jak dudki! Było topory wziąć a dzidy i wyżenąć bestię z drogi albo ubić.

– Ano, paru próbowało – powiedział powożący staruszek, popędzając muły, bo kolumna ruszyła szybciej. – Trzech krasnoludów z kupieckiej straży, a z nimi czterej nowobrańcy, co do Carreras do twierdzy szli, do wojska. Krasnoludów bestyja okrutnie poharatała, a nowobrańcy...

– Czmychnęli – dokończył drugi staruszek, po czym soczyście i daleko splunął, niechybnie trafiając w wolną przestrzeń między zadami mułów. – Czmychnęli, ledwo ową mandygorę zoczyli. Jeden pono w gacie się sfajdał. O, patrzaj, patrzaj, synku, to on! Tam!

– Co wy mi tu – zdenerwował się lekko Aplegatt – posrańca chcecie pokazywać? Nieciekawym...

– Nie to! Potwór! Ubity potwór! Wojacy na furę go kładą! Widzicie?

Aplegatt stanął w strzemionach. Pomimo zapadających ciemności i tłoczących się ciekawskich dostrzegł podnoszone przez żołnierzy ogromne płowe cielsko. Nietoperze skrzydła i skorpioni ogon potwora wlokły się bezwładnie po ziemi. Krzyknąwszy chóralnie, wojacy unieśli zewłok wyżej i zwalili na wóz. Zaprzężone do wozu konie, zaniepokojone widać smrodem krwi i ścierwa, zarżały, targnęły dyszlem.

– Nie stać! – wrzasnął na staruszków komenderujący żołnierzami dziesiętnik. – Dalej jechać! Nie tarasować przejazdu!

Dziadek popędził muły, wóz podskoczył na koleinach. Aplegatt szturchnął konia piętą, zrównał się.

– Wojacy, widno, bestię utłukli?

– Ale tam – zaprzeczył staruszek. – Wojacy, jak przyszli, jeno gęby na ludzi ozwierali, rugali. A to stój, a to nastąp się, a to to, a to sio. Do potwora im spieszno nie było. Posłali po wiedźmina.

– Po wiedźmina?

– Tak było – zapewnił drugi staruszek. – Któremuś się przypomniało, że we wsi wiedźmina widział, tedy posłali po niego. Przejeżdżał potem podle nas. Włos miał biały, gębę paskudną i srogi miecz na plecach. Nie minęła godzina, jak ktoś od przodka krzyknął, że zara będzie można jechać, bo wiedźmin bestyję ukatrupił. Tegdy ruszylim nareszcie i akuratnieś ty się, synku, napatoczył.

– Ha – rzekł Aplegatt w zamyśleniu. – Tyle lat po drogach gonię, a jeszcze wiedźmina nie napotkałem. Widział kto, jak on tego potwora sprawiał?

– Ja widziałem! – zawołał chłopak ze zmierzwioną czupryną, podkłusowując z drugiej strony wozu. Jechał na oklep, powodując chudą hreczkowatą szkapką za pomocą kantara. – Wszystko widziałem! Bo przy żołnierzach byłem, na samiuśkim przodku!

– Patrzcie go, smarka – powiedział powożący staruszek. – Mleko pod nosem, a jak się mądrzy. A batem chcesz?

– Niechajcie go, ojciec – wtrącił się Aplegatt. – Skoro rozstaje, tam na Carreras pojadę, a wcześniej chciałoby się wiedzieć, co było z tym wiedźminem. Gadaj, mały.

– A było tak – zaczął szybko chłopak, jadąc stępa obok zaprzęgu – że przybył ów wiedźmin do wojskowego komendanta. Rzekł, że zwie się Gerant. Komendant zasię na to, że jak się zwał, tak się zwał, lepiej niech się do roboty weźmie. I pokazał, kędy potwór siedzi. Wiedźmin podszedł bliżej, popatrzył krzynkę. Do potwora było ze staje albo i więcej nawet, ale on tylko z dala pojrzał i od razu mówi, że to jest mantikora wyjątkiem wielga i że ubije ją, jak mu dwieście koron zapłacą.

– Dwieście koron? – zachłysnął się drugi staruszek. – Co on, ze szczętem zdurniał?

– To samo pan komendant rzekli, ino że plugawiej nieco. A wiedźmin na to, że tyle to ma kosztować i że jemu zajedno, niech potwór siedzi na drodze choćby do sądnego dnia. Komendant na to, że tyli grosza nie zapłaci, wolej mu poczekać, aż stwora sama odleci. Wiedźmin zasię na to, że stwora nie odleci, bo głodna jest i wściekła. A jeśli odleci, to wnet nazad powróci, bo to jej łowieckie tero... teret... teretor...

– A ty, smarku, nie bublij! – zezłościł się powożący staruszek, bez widocznego skutku próbując wysmarkać się w palce, w których jednocześnie trzymał lejce. – Jeno mów, jak było!

– Wżdy mówię! Rzekł wiedźmin tak: nie odleci potwór, a będzie sobie całą noc rycerza ubitego jadł, powolutku, bo rycerz w zbroicy, wydłubać go trudno ze środka. Na to podeszli kupce i nuże wiedźmina ugadywać, tak i siak, że ściepkę zrobią i sto koron mu dadzą. A wiedźmin im na to, że bestia, pry, zowie się mantikora i bardzo jest nieprzezpieczna, tedy sto koron to se mogą wsadzić do rzyci, on karku nie nadstawi. Na to komendant rozsierdził się i powiedział, że taka to już pieska i wiedźmińska dola karku nadstawiać i że wiedźmin rychtyk do tego jest, jako właśnie ona rzyć do srania. A kupce widać bojali się, że wiedźmin takoż rozsierdzi się i precz ruszy, bo ugodzili się na sto pięćdziesiąt. I wiedźmin miecza dobył i gościńcem poszedł ku temu miejscu, gdzie potwora siedziała. A komendant znak od uroku w ślad za nim zrobił, na ziem popluł i rzekł, że takich odmieńców piekielnych nie wiedzieć czemu ziemia nosi. Jeden kupiec zasię na to, że jakby wojsko, miast po lasach za elfami ganiać, straszydła z dróg przepędzało, toby wiedźminów nie było trzeba i że...

– Nie pleć – przerwał staruszek – ino opowiadaj, coś widział.

– Jam – pochwalił się chłopak – wiedźmińskiego konia strzegł, kobyłki kasztanki ze strzałką białą.

– Z kobyłką pies tańcował! A jak wiedźmin potwora ubijał, widziałeś?

– Eee... – zająknął się chłopak. – Nie widziałem... Do tyłu mnie wypchli. Wszyscy w głos wrzeszczeli i konie się spłoszyły, tedy...

– Przeciem mówił – rzekł pogardliwie dziadek – że gówno on widział, smark jeden.

– Alem widział wiedźmina, gdy wrócił! – zaperzył się chłopak. – A komendant, który na wszystko baczył, blady był całkiem na licu i rzekł po cichu do żołnierzów, że są to czary magiczne albo sztuczki elfie, że zwykły człowiek tak szybko mieczem robić nie zdoła... Wiedźmin zasię od kupców wziął pieniądz, kobyłki dosiadł i pojechał.

– Hmmm... – mruknął Aplegatt. – Którędy pojechał? Traktem ku Carreras? Jeśli tak, to go może dognam, choć mu się przyjrzę...

– Nie – powiedział chłopak. – On z rozstaja w stronę Dorian ruszył. Spieszno mu było.

Wiedźminowi rzadko śniło się cokolwiek i nawet tych rzadkich snów nigdy nie pamiętał po przebudzeniu. Nawet wtedy, gdy były to koszmary – a zwykle były to koszmary.

Tym razem to też był koszmar, ale tym razem wiedźmin zapamiętał przynajmniej jego fragment. Ze skłębionego wiru jakichś niejasnych, ale niepokojących postaci, dziwnych, ale złowróżbnych scen i niezrozumiałych, ale budzących grozę słów i dźwięków wyłonił się nagle wyraźny i czysty obraz. Ciri. Inna od tej, którą pamiętał z Kaer Morhen. Jej popielate włosy, rozwiane w galopie, były dłuższe – takie, jakie nosiła wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy, w Brokilonie. Gdy przejeżdżała obok niego, chciał krzyknąć, ale nie dobył głosu. Chciał pobiec za nią, ale miał wrażenie, że do połowy ud pogrążony jest w stygnącej smole. A Ciri zdawała się go nie widzieć, galopowała dalej, w noc, między pokraczne olchy i wierzby, jak żywe wymachujące konarami. A on zobaczył, że jest ścigana. Że w ślad za nią cwałuje kary koń, a na nim jeździec w czarnej zbroi, w hełmie udekorowanym skrzydłami drapieżnego ptaka.

Nie mógł się poruszyć, nie mógł krzyknąć. Mógł tylko patrzeć, jak skrzydlaty rycerz dogania Ciri, chwyta za włosy, ściąga z siodła i galopuje dalej, wlokąc ją za sobą. Mógł tylko patrzeć, jak twarz Ciri sinieje z bólu, a z jej ust rwie się bezgłośny krzyk. Obudzić się, rozkazał sobie, nie mogąc znieść koszmaru. Obudzić się! Obudzić się natychmiast!

Obudził się.

Długo leżał nieruchomo, rozpamiętując sen. Potem wstał. Wyciągnął spod poduszki sakiewkę, szybko przeliczył dziesięciokoronówki. Sto pięćdziesiąt za wczorajszą mantikorę. Pięćdziesiąt za mglaka, którego zabił na zlecenie wójta z wioski pod Carreras. I pięćdziesiąt za wilkołaka, którego wystawili mu osadnicy z Burdorffu.

Pięćdziesiąt za wilkołaka. Dużo, bo robota była łatwa. Wilkołak nie bronił się. Zagnany do jaskini, z której nie było wyjścia, uklęknął i czekał na cios miecza. Wiedźminowi było go żal.

Ale potrzebował pieniędzy.

Nie minęła godzina, a wędrował już ulicami miasta Dorian, szukając znajomego zaułka i znajomego szyldu.

Napis na szyldzie głosił: „Codringher i Fenn, konsultacje i usługi prawne”. Geralt jednak wiedział aż nadto dobrze, że to, co robili Codringher i Fenn, miało z reguły nad wyraz mało wspólnego z prawem, sami zaś partnerzy mieli mnóstwo powodów, by unikać jakiegokolwiek kontaktu zarówno z prawem, jak i z jego przedstawicielami. Wątpił też poważnie, by którykolwiek ze zjawiających się w kantorze klientów wiedział, co znaczy słowo „konsultacja”.

W dolnej kondygnacji budyneczku nie było wejścia – były tylko solidnie zaryglowane wrota, zapewne wiodące do wozowni lub stajni. Aby dostać się do drzwi wejściowych, trzeba było zapuścić się na tyły domu, wejść na błotniste, pełne kaczek i kur podwórko, stamtąd na schodki, potem zaś przejść wąską galeryjką i ciemnym korytarzykiem. Dopiero wówczas stawało się przed solidnymi, okutymi drzwiami z mahoniu, zaopatrzonymi w wielką mosiężną kołatkę w kształcie lwiej głowy.

Geralt zakołatał, po czym cofnął się szybko. Wiedział, że zamontowany w drzwiach mechanizm może wystrzelić z ukrytych wśród okuć otworów długie na dwadzieścia cali żelazne szpikulce. Teoretycznie szpikulce strzelały z drzwi tylko wówczas, gdy ktoś próbował manipulować przy zamku, względnie gdy Codringher lub Fenn naciskali na urządzenie spustowe, ale Geralt wielokrotnie już przekonał się, że nie ma niezawodnych mechanizmów i że każdy z nich działa czasem nawet wtedy, gdy działać nie powinien. I odwrotnie.

W drzwiach było zapewne jakieś urządzenie identyfikujące gości, prawdopodobnie czarodziejskie. Po zakołataniu nigdy nikt z wewnątrz nie indagował ani nie żądał, by się opowiadać. Drzwi otwierały się i stawał w nich Codringher. Zawsze Codringher, nigdy Fenn.

– Witaj, Geralt – powiedział Codringher. – Wejdź. Nie musisz się tak płaszczyć do framugi, bo rozmontowałem zabezpieczenie. Parę dni temu coś się w nim zepsuło. Zadziałało ni z gruszki, ni z pietruszki i podziurawiło domokrążcę. Wchodź śmiało. Masz sprawę do mnie?

– Nie – wiedźmin wszedł do obszernego, mrocznego przedpokoju, w którym jak zwykle lekko śmierdziało kotem. – Nie do ciebie. Do Fenna.

Codringher zarechotał głośno, utwierdzając wiedźmina w podejrzeniu, że Fenn był postacią stuprocentowo mityczną, służącą do mydlenia oczu prewotom, bajlifom, poborcom podatków i innym nienawistnym Codringherowi osobom.

Weszli do kantoru, w którym było jaśniej, bo był to pokój szczytowy – solidnie zakratowane okna wychodziły na słońce przez większą część dnia. Geralt zajął krzesło przeznaczone dla klientów. Naprzeciw, za dębowym biurkiem, rozparł się w wyściełanym fotelu Codringher, każący tytułować się „adwokatem” człowiek, dla którego nie było rzeczy niemożliwych. Jeśli ktoś miał trudności, kłopoty, problemy – szedł do Codringhera. I wówczas ten ktoś szybko dostawał do ręki dowody nieuczciwości i malwersacji wspólnika w interesach. Otrzymywał kredyt bankowy bez zabezpieczeń i gwarancji. Jako jedyny z długiej listy wierzycieli egzekwował należności od firmy, która ogłaszała bankructwo. Otrzymywał spadek, choć bogaty wuj odgrażał się, że nie zapisze ni miedziaka. Wygrywał proces spadkowy, bo najzawziętsi nawet krewni niespodziewanie wycofywali roszczenia. Jego syn wychodził z lochu, oczyszczony z zarzutów na podstawie niezbitych dowodów albo zwolniony z braku takowych, bo jeśli dowody były, to znikały tajemniczo, a świadkowie na wyprzódki odwoływali wcześniejsze zeznania. Nadskakujący córce łowca posagów nagle zwracał afekt ku innej. Kochanek żony lub uwodziciel córki w wyniku nieszczęśliwego wypadku doznawał skomplikowanego złamania trzech kończyn, w tym przynajmniej jednej górnej. A zapamiętały wróg lub inny nader niewygodny osobnik przestawał szkodzić – z reguły ginął po nim wszelki ślad i słuch. Tak, jeśli ktoś miał problemy, jechał do Dorian, biegł chyżo do firmy „Codringher i Fenn” i kołatał do mahoniowych drzwi. W drzwiach stawał „adwokat” Codringher, niewysoki, szczupły i szpakowaty, o niezdrowej cerze człowieka rzadko przebywającego na świeżym powietrzu. Codringher prowadził do kantoru, siadał w fotelu, brał na kolana dużego biało-czarnego kocura i głaskał go. Obaj – Codringher i kocur – mierzyli klienta nieładnym, niepokojącym spojrzeniem żółtozielonkawych oczu.

– Otrzymałem twój list – Codringher i kocur zmierzyli wiedźmina żółtozielonymi spojrzeniami. – Odwiedził mnie także Jaskier. Przejeżdżał przez Dorian kilka tygodni temu. Opowiedział mi co nieco o twoich strapieniach. Ale powiedział bardzo mało. Za mało.

– Doprawdy? Zaskakujesz mnie. To byłby pierwszy znany mi przypadek, gdy Jaskier nie powiedział za dużo.

– Jaskier – Codringher nie uśmiechnął się – niewiele powiedział, bo i wiedział niewiele. A powiedział mniej, niż wiedział, bo po prostu o niektórych sprawach zakazałeś mu gadać. Skąd u ciebie ten brak zaufania? I to względem kolegi w profesji?

Geralt żachnął się lekko. Codringher byłby udał, że nie zauważył, ale nie mógł, bo kot zauważył. Rozwarłszy szeroko oczy, obnażył białe kiełki i zasyczał niemal bezgłośnie.

– Nie drażnij mojego kota – powiedział adwokat, uspokajając zwierzątko głaskaniem. – Poruszyło cię nazwanie kolegą? Przecież to prawda. Ja też jestem wiedźminem. Ja też wybawiam ludzi od potworów i od potwornych kłopotów. I też robię to za pieniądze.

– Są pewne różnice – mruknął Geralt, wciąż pod nieprzyjaznym wzrokiem kocura.

– Są – zgodził się Codringher. – Ty jesteś wiedźminem anachronicznym, a ja wiedźminem nowoczesnym, idącym z duchem czasu. Dlatego ty wkrótce będziesz bezrobotny, a ja będę prosperował. Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze.

– Przecież ty wybawiasz od kłopotów właśnie głównie skurwysynów, Codringher. Mających kłopoty biedaków nie stać na twoje usługi.

– Na twoje usługi biedaków nie stać również. Biedaków nigdy nie stać na nic, dlatego właśnie są biedakami.

– Niesłychanie to logiczne. A odkrywcze, że aż dech zapiera.

– Prawda ma to do siebie, że zapiera. A właśnie prawdą jest, że bazą i ostoją naszych profesji jest skurwysyństwo. Z tym, że twoje jest już prawie reliktem, a moje jest realne i rosnące w siłę.

– Dobra, dobra. Przejdźmy do rzeczy.

– Najwyższy czas – kiwnął głową Codringher, głaszcząc kota, który wyprężył się i zamruczał głośno, wbijając mu pazury w kolano. – I załatwiajmy te rzeczy zgodnie z hierarchią ich ważności. Rzecz pierwsza: moje honorarium, kolego wiedźminie, wynosi dwieście pięćdziesiąt novigradzkich koron. Dysponujesz taką kwotą? Czy też może zaliczasz się do mających kłopoty biedaków?

– Najpierw przekonajmy się, czy zapracowałeś na taką kwotę.

– Przekonywanie – powiedział zimno adwokat – ogranicz wyłącznie do własnej osoby i bardzo przyspiesz. Gdy zaś się już przekonasz, połóż pieniądze na stole. Wówczas przejdziemy do kolejnych, mniej ważnych rzeczy.

Geralt odwiązał od pasa mieszek i z brzękiem rzucił go na biurko. Kocur gwałtownym susem zeskoczył z kolan Codringhera i umknął. Adwokat schował trzos do szuflady, nie sprawdzając zawartości.

– Spłoszyłeś mojego kota – powiedział z nieudawanym wyrzutem.

– Przepraszam. Myślałem, że brzęk pieniędzy jest ostatnią rzeczą mogącą spłoszyć twojego kota. Mów, czego się dowiedziałeś.

– Ten Rience – zaczął Codringher – który tak cię interesuje, to dość tajemnicza postać. Udało mi się ustalić tylko to, że studiował dwa lata w szkole czarodziejów w Ban Ard. Wywalili go stamtąd, przyłapawszy na drobnych kradzieżach. Pod szkołą, jak zwykle, czekali werbownicy z kaedweńskiego wywiadu. Rience dał się zwerbować. Co robił dla wywiadu Kaedwen, nie udało mi się ustalić. Ale odrzuty ze szkoły czarodziejów zwykle szkoli się na morderców. Pasuje?

– Jak ulał. Mów dalej.

– Następna informacja pochodzi z Cintry. Pan Rience siedział tam w lochu. Za rządów królowej Calanthe.

– Za co siedział?

– Wyobraź to sobie, że za długi. Kiblował krótko, bo ktoś go wykupił, spłacając te długi wraz z procentami. Transakcja odbyła się za pośrednictwem banku, z zastrzeżeniem anonimowości dobroczyńcy. Próbowałem wyśledzić, od kogo pochodziły pieniądze, ale dałem za wygraną po czterech kolejnych bankach. Ten, kto wykupił Rience’a, był profesjonałem. I bardzo zależało mu na anonimowości.

Codringher zamilkł, zakasłał ciężko, przykładając chustkę do ust.

– I nagle, tuż po zakończeniu wojny, pan Rience pojawił się w Sodden, w Angrenie i w Brugge – podjął po chwili, ocierając wargi i patrząc na chustkę. – Odmieniony nie do poznania, przynajmniej jeśli chodzi o zachowanie i ilość gotówki, jaką dysponował i jaką szastał. Bo jeżeli chodzi o miano, to bezczelny sukinsyn nie wysilał się – nadal używał imienia Rience. I jako Rience zaczął prowadzić intensywne poszukiwania pewnej osoby, czy raczej osóbki. Odwiedził druidów z angreńskiego Kręgu, tych, którzy opiekowali się wojennymi sierotami. Ciało jednego z druidów odnaleziono po jakimś czasie w pobliskim lesie, zmasakrowane, noszące ślady tortur. Potem Rience pojawił się na Zarzeczu...

– Wiem – przerwał Geralt. – Wiem, co zrobił z chłopską rodziną z Zarzecza. Za dwieście pięćdziesiąt koron liczyłem na więcej. Jak do tej pory, nowością była dla mnie jedynie informacja o szkole czarodziejów i o kaedweńskim wywiadzie. Resztę znam. Wiem, że Rience to bezwzględny morderca. Wiem, że to arogancki łobuz, nie wysilający się nawet na przybieranie fałszywych imion. Wiem, że pracuje na czyjeś zlecenie. Na czyje, Codringher?

– Na zlecenie jakiegoś czarodzieja. To czarodziej wykupił go wtedy z lochu. Sam mnie informowałeś, a Jaskier to potwierdził, że Rience używa magii. Prawdziwej magii, nie sztuczek, które mógłby znać żak wylany z akademii. Ktoś go zatem wspiera, wyposaża w amulety, prawdopodobnie potajemnie szkoli. Niektórzy z oficjalnie praktykujących magików mają takich sekretnych uczniów i totumfackich do załatwiania nielegalnych lub brudnych spraw. W żargonie czarodziejów coś takiego określa się jako działanie ze smyczy.

– Działając z czarodziejskiej smyczy, Rience korzystałby z magii kamuflującej. A on nie zmienia ani imienia, ani aparycji. Nie pozbył się nawet odbarwienia skóry po poparzeniu przez Yennefer.

– Właśnie to potwierdza, że działa ze smyczy – Codringher zakasłał, otarł wargi chustką. – Bo czarodziejski kamuflaż to żaden kamuflaż, tylko dyletanci używają czegoś takiego. Gdyby Rience ukrywał się pod magiczną zasłoną lub iluzoryczną maską, natychmiast sygnalizowałby to każdy magiczny alarm, a takie alarmy są w tej chwili praktycznie w każdej bramie grodowej. A czarodzieje wyczuwają iluzoryczne maski bezbłędnie. W największym skupisku ludzi, w największej ciżbie Rience zwróciłby na siebie uwagę każdego czarodzieja, jak gdyby z uszu walił mu płomień, a z rzyci kłęby dymu. Powtarzam: Rience działa na zlecenie czarodzieja i działa tak, by nie ściągać na siebie uwagi innych czarodziejów.

– Niektórzy mają go za nilfgaardzkiego szpiega.

– Wiem o tym. Uważa tak na przykład Dijkstra, szef wywiadu Redanii. Dijkstra myli się rzadko, można więc przyjąć, że i tym razem ma rację. Ale jedno nie wyklucza drugiego. Totumfacki czarodzieja może być jednocześnie nilfgaardzkim szpiegiem.

– Co oznaczałoby, że jakiś oficjalnie praktykujący czarodziej szpieguje dla Nilfgaardu za pośrednictwem tajnego totumfackiego.

– Bzdura – Codringher zakasłał, z uwagą obejrzał chustkę. – Czarodziej miałby szpiegować dla Nilfgaardu? Z jakich powodów? Dla pieniędzy? Śmieszne. Licząc na wielką władzę pod rządami zwycięskiego cesarza Emhyra? Jeszcze śmieszniejsze. Nie jest tajemnicą, że Emhyr var Emreis trzyma podległych mu czarodziejów krótko. Czarodzieje w Nilfgaardzie traktowani są równie funkcjonalnie jak, dajmy na to, stajenni. I mają nie więcej władzy niż stajenni. Czy którykolwiek z naszych rozwydrzonych magików zdecydowałby się walczyć o zwycięstwo cesarza, przy którym byłby stajennym? Filippa Eilhart, która dyktuje Vizimirowi Redańskiemu królewskie orędzia i edykty? Sabrina Glevissig, która przerywa przemowy Henselta z Kaedwen, waląc pięścią w stół i nakazując, by król się zamknął i słuchał? Vilgefortz z Roggeveen, który niedawno odpowiedział Demawendowi z Aedirn, że chwilowo nie ma dla niego czasu?

– Krócej, Codringher. Jak to więc jest z Rience’em?

– Zwyczajnie. Nilfgaardzki wywiad próbuje dotrzeć do czarodzieja, wciągając do współpracy totumfackiego. Z tego, co wiem, Rience nie pogardziłby nilfgaardzkim florenem i zdradził swego mistrza bez wahania.

– Teraz to ty opowiadasz bzdury. Nawet nasi rozwydrzeni magicy z miejsca zorientowaliby się, że są zdradzani, a rozszyfrowany Rience zadyndałby na szubienicy. Jeśli miałby szczęście.

– Dziecko z ciebie, Geralt. Rozszyfrowanych szpiegów nie wiesza się, lecz wykorzystuje. Faszeruje dezinformacją, próbuje przerobić na podwójnych agentów...

– Nie nudź dziecka, Codringher. Nie interesują mnie kulisy pracy wywiadu ani polityka. Rience depcze mi po piętach, chcę wiedzieć, dlaczego i na czyje zlecenie. Wychodzi na to, że na zlecenie jakiegoś czarodzieja. Kto jest tym czarodziejem?

– Jeszcze nie wiem. Ale wkrótce będę to wiedział.

– Wkrótce – wycedził wiedźmin – to dla mnie za późno.

– Wcale tego nie wykluczam – powiedział poważnie Codringher. – Wpakowałeś się w paskudną kabałę, Geralt. Dobrze, że zwróciłeś się do mnie, ja umiem wyciągać z kabał. W zasadzie już cię wyciągnąłem.

– Doprawdy?

– Doprawdy – adwokat przyłożył chustkę do ust i zakasłał. – Bo widzisz, kolego, oprócz czarodzieja, a może i Nilfgaardu, w rozgrywce jest też trzecia partia. Odwiedzili mnie, wystaw sobie, agenci tajnych służb króla Foltesta. Mieli kłopot. Król rozkazał im poszukiwać pewnej zaginionej księżniczki. Gdy okazało się, że to nie takie proste, agenci postanowili wciągnąć do współpracy specjalistę od nieprostych spraw. Naświetlając problem, zasugerowali specjaliście, że sporo o poszukiwanej księżniczce może wiedzieć pewien wiedźmin. Ba, może nawet wiedzieć, gdzie ona jest.

– A co uczynił specjalista?

– Początkowo dał wyraz zdziwieniu. Zdziwiło go mianowicie, że wzmiankowanego wiedźmina nie wsadzono do lochu, by tam tradycyjnym sposobem dowiedzieć się wszystkiego, co wie, a nawet sporo tego, czego nie wie, ale zmyśli, by zadowolić pytających. Agenci odrzekli, że ich szef zabronił im tego. Wiedźmini, wyjaśnili agenci, mają tak wrażliwy system nerwowy, że pod wpływem tortur natychmiast umierają, albowiem, jak się obrazowo wyrazili, żyłka im w mózgu pęka. W związku z tym polecono im wiedźmina tropić, ale to zadanie również okazało się niełatwe. Specjalista pochwalił agentów za rozsądek i nakazał im zgłosić się za dwa tygodnie.

– Zgłosili się?

– A jakże. A wówczas specjalista, który już uważał cię za klienta, przedstawił agentom niezbite dowody na to, że wiedźmin Geralt nie miał, nie ma i nie mógł mieć niczego wspólnego z poszukiwaną księżniczką. Specjalista znalazł bowiem naocznych świadków śmierci księżniczki Cirilli, wnuczki królowej Calanthe, córki królewny Pavetty. Cirilla zmarła trzy lata temu w obozie dla uchodźców w Angrenie. Na dyfteryt. Dziecko przed śmiercią cierpiało strasznie. Nie uwierzysz, ale temerscy agenci mieli łzy w oczach, gdy słuchali relacji moich naocznych świadków.

– Ja też mam łzy w oczach. Temerscy agenci, jak tuszę, nie mogli lub nie chcieli zaoferować ci więcej niż dwieście pięćdziesiąt koron?

– Twój sarkazm rani moje serce, wiedźminie. Wyciągnąłem cię z kabały, a ty, miast dziękować, ranisz moje serce.

– Dziękuję i przepraszam. Dlaczego król Foltest rozkazał agentom poszukiwać Ciri, Codringher? Co im rozkazano uczynić, gdy ją odnajdą?

– Aleś ty niedomyślny. Zabić ją, rzecz jasna. Uznano ją za pretendentkę do tronu Cintry, a są wobec tego tronu inne plany.

– To się kupy nie trzyma, Codringher. Tron Cintry spłonął razem z królewskim pałacem, miastem i całym krajem. Teraz rządzi tam Nilfgaard. Foltest dobrze o tym wie, inni królowie też. W jaki sposób Ciri może pretendować do tronu, którego nie ma?

– Chodź – Codringher wstał. – Spróbujemy wspólnie znaleźć odpowiedź na to pytanie. Przy okazji dam ci dowód zaufania... Co cię tak interesuje w tym portrecie, można wiedzieć?

– To, że jest podziurawiony, jakby dzięcioł dziobał go kilka sezonów – powiedział Geralt, patrząc na wizerunek w złoconych ramach, wiszący na ścianie naprzeciw biurka adwokata. – I to, że przedstawia wyjątkowego idiotę.

– To mój nieboszczyk ojciec – Codringher skrzywił się lekko. – Wyjątkowy idiota. Powiesiłem tu portret, by zawsze mieć go przed oczami. W charakterze przestrogi. Chodź, wiedźminie.

Wyszli do przedpokoju. Kocur, który leżał na środku dywanu i zapamiętale lizał wyciągniętą pod dziwnym kątem tylną łapkę, na widok wiedźmina umknął natychmiast w ciemność korytarza.

– Dlaczego koty cię tak nie lubią, Geralt? Czy to ma coś wspólnego z...

– Tak – uciął. – Ma.

Mahoniowy panel boazerii usunął się bezszelestnie, odsłaniając sekretne przejście. Codringher poszedł pierwszy. Panel, niewątpliwie uruchamiany magicznie, zamknął się za nimi, ale nie pogrążył ich w ciemności. Z głębi tajnego korytarza docierało światło.

W pomieszczeniu na końcu korytarza było zimno i sucho, a w powietrzu unosił się ciężki, duszący zapach kurzu i świec.

– Poznasz mojego współpracownika, Geralt.

– Fenna? – uśmiechnął się wiedźmin. – Nie może być.

– Może. Przyznaj się, podejrzewałeś, że Fenn nie istnieje?

– Skądże.

Spomiędzy sięgających niskiego sklepienia regałów i półek z księgami rozległo się skrzypienie, a po chwili wyjechał stamtąd dziwaczny wehikuł. Był to wysoki fotel zaopatrzony w koła. Na fotelu siedział karzeł o ogromnej głowie, osadzonej – z pominięciem szyi – na nieproporcjonalnie wąskich ramionach. Karzeł nie miał obu nóg.

– Poznajcie się – powiedział Codringher. – Jakub Fenn, uczony legista, mój wspólnik i nieoceniony współpracownik. A to nasz gość i klient...

– Wiedźmin Geralt z Rivii – dokończył z uśmiechem kaleka. – Domyśliłem się bez zbytniego trudu. Pracuję nad zagadnieniem od kilku miesięcy. Pozwólcie za mną, panowie.

Ruszyli za poskrzypującym fotelem w labirynt między regałami uginającymi się pod ciężarem tomów, których nie powstydziłaby się uniwersytecka biblioteka w Oxenfurcie. Inkunabuły, jak ocenił Geralt, musiały być gromadzone przez kilka pokoleń Codringherów i Fennów. Był rad z okazanego dowodu zaufania, cieszył się, mogąc wreszcie poznać Fenna. Nie wątpił jednak, że postać, choć stuprocentowo realna, po części była też mityczna. Mitycznego Fenna, niezawodnie alter ego Codringhera, często widywano w terenie, a przykuty do fotela uczony legista prawdopodobnie nigdy nie opuszczał budynku.

Środek pomieszczenia był szczególnie dobrze oświetlony, stał tu niski, dostępny z fotela na kółkach pulpit, na którym piętrzyły się księgi, zwoje pergaminu i welinu, papierzyska, butle inkaustu i tuszu, pęki piór i tysiączne zagadkowe utensylia. Nie wszystkie były zagadkowe. Geralt rozpoznał formy do fałszowania pieczęci i diamentową tarkę do usuwania zapisów z urzędowych dokumentów. Na środku pulpitu leżał mały kulowy arbalet repetier, a obok wyzierały spod aksamitnej tkaniny wielkie szkła powiększające, sporządzone ze szlifowanego kryształu górskiego. Takie szkła były rzadkością i kosztowały majątek.

– Znalazłeś coś nowego, Fenn?

– Niewiele – kaleka uśmiechnął się. Uśmiech miał miły i bardzo ujmujący. – Zawęziłem listę potencjalnych mocodawców Rience’a do dwudziestu ośmiu czarodziejów...

– To na razie zostawmy – przerwał prędko Codringher. – Na razie interesuje nas coś innego. Wyjaśnij Geraltowi powody, dla których zaginiona księżniczka Cintry jest obiektem szeroko zakrojonych poszukiwań agentów Czterech Królestw.

– Dziewczyna ma w żyłach krew królowej Calanthe – powiedział Fenn, jakby zaskoczony koniecznością wyjaśniania tak oczywistych spraw. – Jest ostatnią z królewskiej linii. Cintra ma spore znaczenie strategiczne i polityczne. Zaginiona, pozostająca poza strefą wpływów pretendentka do korony jest niewygodna, a może być groźna, jeśli dostanie się pod niewłaściwe wpływy. Na przykład wpływy Nilfgaardu.

– O ile pamiętam – rzekł Geralt – w Cintrze prawo wyłącza kobiety z sukcesji.

– To prawda – potwierdził Fenn i znowu się uśmiechnął. – Ale kobieta zawsze może zostać czyjąś żoną i matką potomka płci męskiej. Służby wywiadowcze Czterech Królestw dowiedziały się o wszczętych przez Rience’a gorączkowych poszukiwaniach księżniczki i były przekonane, że o to właśnie chodziło. Postanowiono więc uniemożliwić księżniczce zostanie żoną i matką. Prostym, ale skutecznym sposobem.

– Ale księżniczka nie żyje – rzekł szybko Codringher, obserwując zmiany, jakie na twarzy Geralta wywołały słowa uśmiechniętego karła. – Agenci dowiedzieli się o tym i zaprzestali poszukiwań.

– Na razie zaprzestali – wiedźmin z niemałym trudem zdobył się na spokój i chłodny ton. – Fałsz ma to do siebie, że wychodzi na jaw. Poza tym królewscy agenci to tylko jedna z partii biorących udział w tej grze. Agenci, sami to powiedzieliście, tropili Ciri, by pokrzyżować plany innym tropicielom. Ci inni mogą być mniej podatni na dezinformację. Wynająłem was, byście znaleźli sposób na zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Co proponujecie?

– Mamy pewną koncepcję – Fenn rzucił okiem na wspólnika, ale nie znalazł na jego twarzy rozkazu milczenia. – Chcemy dyskretnie, ale szeroko rozpowszechnić opinię, że nie tylko księżniczka Cirilla, ale nawet jej ewentualni męscy potomkowie nie mają żadnych praw do tronu Cintry.

– W Cintrze kądziel nie dziedziczy – wyjaśnił Codringher, walcząc z kolejnym atakiem kaszlu. – Dziedziczy wyłącznie miecz.

– Dokładnie tak – potwierdził uczony legista. – Geralt przed chwilą sam to powiedział. To prastare prawo, nawet tej diablicy Calanthe nie udało się go unieważnić, a starała się.

– Próbowała obalić to prawo intrygą – rzekł z przekonaniem Codringher, wycierając wargi chustką. – Nielegalną intrygą. Wyjaśnij, Fenn.

– Calanthe była jedyną córką króla Dagorada i królowej Adalii. Po śmierci rodziców przeciwstawiła się arystokracji, widzącej w niej wyłącznie żonę dla nowego króla. Chciała panować niepodzielnie, co najwyżej dla formy i podtrzymania dynastii zgadzała się na instytucję księcia małżonka, zasiadającego przy niej, ale znaczącego tyle, co październa kukła. Stare rody oparły się temu. Calanthe miała do wyboru wojnę domową, abdykację na rzecz innej linii lub małżeństwo z Roegnerem, księciem Ebbing. Wybrała to trzecie rozwiązanie. Rządziła krajem, ale u boku Roegnera. Rzecz jasna, nie dała się ujarzmić ani wypchnąć do babińca. Była Lwicą z Cintry. Ale panował Roegner, choć nikt nie tytułował go Lwem.

– A Calanthe – dodał Codringher – gwałtownie usiłowała zajść w ciążę i urodzić syna. Nic z tego nie wyszło. Urodziła córkę Pavettę, potem dwukrotnie poroniła i stało się jasne, że nie będzie miała więcej dzieci. Wszystkie plany wzięły w łeb. Ot, babska dola. Wielkie ambicje przekreśla zrujnowana macica.

Geralt skrzywił się.

– Jesteś obrzydliwie trywialny, Codringher.

– Wiem. Prawda też była trywialna. Bo Roegner zaczął się rozglądać za młodą królewną o odpowiednio szerokich biodrach, najlepiej z rodu o potwierdzonej płodności aż do praprababki wstecz. A Calanthe zaczął grunt umykać spod nóg. Każdy posiłek, każdy kielich wina mógł zawierać śmierć, każde polowanie mogło się skończyć nieszczęśliwym wypadkiem. Wiele świadczy o tym, że Lwica z Cintry przejęła wówczas inicjatywę. Roegner zmarł. W kraju szalała wówczas ospa i zgon króla nikogo nie zdziwił.

– Zaczynam rozumieć – rzekł wiedźmin, pozornie beznamiętnie – na czym opierać się będą wieści, które zamierzacie dyskretnie, acz szeroko rozpuścić. Ciri zostanie wnuczką trucicielki i mężobójczyni?

– Nie uprzedzaj faktów, Geralt. Mów dalej, Fenn.

– Calanthe – uśmiechnął się karzeł – uratowała życie, ale korona była coraz dalej. Gdy po śmierci Roegnera Lwica sięgnęła po władzę absolutną, arystokracja ponownie twardo oparła się łamaniu praw i tradycji. Na tronie Cintry miał zasiadać król, nie królowa. Postawiono sprawę jasno: gdy tylko mała Pavetta zacznie choć trochę przypominać kobietę, należy ją wydać za mąż za kogoś, kto zostanie nowym królem. Powtórne małżeństwo bezpłodnej królowej nie wchodziło w grę. Lwica z Cintry zrozumiała, że może liczyć co najwyżej na rolę królowej matki. Na domiar złego mężem Pavetty mógł zostać ktoś, kto by totalnie odsunął teściową od rządów.

– Będę znowu trywialny – ostrzegł Codringher. – Calanthe zwlekała z wydaniem Pavetty za mąż. Zniszczyła pierwszy projekt mariażu, gdy dziewczyna miała dziesięć lat, i drugi, gdy miała trzynaście. Arystokracja przejrzała plany i zażądała, by piętnaste urodziny Pavetty były jej ostatnimi panieńskimi urodzinami. Calanthe musiała wyrazić zgodę. Ale wcześniej osiągnęła to, na co liczyła. Pavetta za długo pozostawała panną. Zaczęło ją wreszcie świerzbić tak, że puściła się z pierwszym z brzegu przybłędą, do tego zaklętym w potwora. Były w tym jakieś okoliczności nadprzydrodzone, jakieś przepowiednie, czary, obietnice... Jakieś Prawa Niespodzianki? Prawda, Geralt? Co stało się potem, pamiętasz zapewne. Calanthe ściągnęła do Cintry wiedźmina, a wiedźmin narozrabiał. Nie wiedząc, że jest sterowany, zdjął klątwę z potwornego Jeża, umożliwiając mu mariaż z Pavettą. Tym samym wiedźmin ułatwił Calanthe utrzymanie tronu. Związek Pavetty z odczarowanym potworem był dla wielmożów tak wielkim szokiem, że zaakceptowali nagłe małżeństwo Lwicy z Eistem Tuirseach. Jarl z Wysp Skellige wydał im się jednak lepszy niż przybłęda Jeż. W ten sposób Calanthe nadal rządziła krajem. Eist, jak wszyscy wyspiarze, obdarzał Lwicę z Cintry zbyt wielkim szacunkiem, by się jej w czymkolwiek przeciwstawiać, a królowanie nudziło go po prostu. Całkowicie oddał rządy w jej ręce. A Calanthe, faszerując się medykamentami i eliksirami, wlokła małżonka do łoża w dzień i w nocy. Chciała rządzić aż do końca swych dni. A jeśli jako królowa matka, to matka własnego syna. Ale, jak już mówiłem, ambicje duże, ale...

– Już mówiłeś. Nie powtarzaj się.

– Natomiast królewna Pavetta, żona dziwacznego Jeża, już w czasie ślubnej ceremonii miała na sobie podejrzanie luźną suknię. Zrezygnowana Calanthe zmieniła plany. Jeśli nie jej syn, pomyślała, to niech to będzie syn Pavetty. Ale Pavetta urodziła córkę. Przekleństwo czy jak? Królewna mogła jednak jeszcze rodzić. To znaczy mogłaby. Bo zdarzył się zagadkowy wypadek. Ona i ów dziwaczny Jeż zginęli w nie wyjaśnionej katastrofie morskiej.

– Czy ty nie za dużo sugerujesz, Codringher?

– Staram się wyjaśnić sytuację, nic więcej. Po śmierci Pavetty Calanthe załamała się, ale na krótko. Jej ostatnią nadzieją była wnuczka. Córka Pavetty, Cirilla. Ciri, szalejący po królewskim burgu wcielony diabełek. Dla niektórych oczko w głowie, zwłaszcza dla starszych, bo tak przypominała Calanthe, gdy ta była dzieckiem. Dla innych... odmieniec, córka potwornego Jeża, do której rościł sobie nadto prawa jakiś wiedźmin. I teraz dochodzimy do sedna sprawy: pupilka Calanthe, ewidentnie szykowana na następczynię, traktowana wręcz jak drugie wcielenie, Lwiątko z krwi Lwicy, już wówczas uważana była przez niektórych za wykluczoną z praw do tronu. Cirilla była źle urodzona. Pavetta popełniła mezalians. Zmieszała królewską krew z pośledniejszą krwią przybłędy o nieznanym pochodzeniu.

– Chytrze, Codringher. Ale to nie tak. Ojciec Ciri wcale nie był pośledniejszy. Był królewiczem.

– Co ty powiesz? O tym nie wiedziałem. Z jakiego królestwa?

– Z któregoś na południu... Z Maecht... Tak, właśnie z Maecht.

– Interesujące – mruknął Codringher. – Maecht od dawna jest nilfgaardzką marchią. Wchodzi w skład Prowincji Metinna.

– Ale jest królestwem – wtrącił Fenn. – Panuje tam król.

– Panuje tam Emhyr var Emreis – uciął Codringher. – Ktokolwiek siedzi tam na tronie, siedzi z łaski i decyzji Emhyra. Ale jeśli już przy tym jesteśmy, to sprawdź, kogo Emhyr tam uczynił królem. Ja nie pamiętam.

– Już szukam – kaleka popchnął koła swego fotela, skrzypiąc odjechał w kierunku regału, ściągnął z niego gruby rulon zwojów i zaczął je przeglądać, rzucając przejrzane na podłogę. – Hmmm... Już mam. Królestwo Maecht. W herbie srebrne ryby i korony naprzemiennie w polu błękitno-czerwonym czterodzielnym...

– Pluń na heraldykę, Fenn. Król, kto jest tam królem?

– Hoët zwany Sprawiedliwym. Wybrany w drodze elekcji...

– ...przez Emhyra z Nilfgaardu – domyślił się zimno Codringher.

– ...dziewięć lat temu.

– Nie ten – policzył prędko adwokat. – Ten nas nie interesuje. Kto był przed nim?

– Chwileczkę. Mam. Akerspaark. Zmarł...

– Zmarł na ostre zapalenie płuc, przebitych sztyletem przez siepaczy Emhyra albo tego Sprawiedliwego – Codringher znowu popisał się domyślnością. – Geralt, czy rzeczony Akerspaark budzi u ciebie jakieś skojarzenia? Czy to mógłby być tatunio tego Jeża?

– Tak – potwierdził wiedźmin po chwili namysłu. – Akerspaark. Pamiętam, Duny tak nazwał swego ojca.

– Duny?

– Takie nosił imię. Był królewiczem, synem tego Akerspaarka...

– Nie – przerwał Fenn, zapatrzony w zwoje. – Tu są wszyscy wymienieni. Legalni synowie: Orm, Gorm, Torm, Horm i Gonzalez. Legalne córki: Alia, Valia, Nina, Paulina, Malvina i Argentina...

– Odwołuję oszczerstwa rzucone na Nilfgaard i na Sprawiedliwego Hoëta – oświadczył poważnie Codringher. – Ten Akerspaark nie został zamordowany. On zwyczajnie zachędożył się na śmierć. Bo pewnie miał i bękartów, co, Fenn?

– Miał. Sporo. Ale żadnego o imieniu Duny tutaj nie widzę.

– I nie liczyłem, że zobaczysz. Geralt, twój Jeż nie był żadnym królewiczem. Nawet jeśli rzeczywiście spłodził go gdzieś na boku ten jebur Akerspaark, od praw do takiego tytułu dzieliła go, oprócz Nilfgaardu, cholernie długa kolejka legalnych Ormów, Gormów i innych Gonzalezów, z własną, zapewne liczną progeniturą. Z formalnego punktu widzenia Pavetta popełniła mezalians.

– A Ciri, dziecko mezaliansu, nie ma praw do tronu?

– Brawo.

Fenn przyskrzypiał do pulpitu, popychając koła fotela.

– To jest argument – powiedział, zadzierając wielką głowę. – Wyłącznie argument. Nie zapominaj, Geralt, my nie walczymy ani o koronę dla księżniczki Cirilli, ani o pozbawienie jej korony. Z rozpuszczonej plotki ma wynikać, że nie można dziewczyny wykorzystać do sięgnięcia po Cintrę. Że jeśli ktoś taką próbę podejmie, łatwo będzie można ją podważyć, zakwestionować. Dziewczyna w grze politycznej przestanie być figurą, będzie mało ważnym pionkiem. A wówczas...

– Pozwolą jej żyć – dokończył beznamiętnie Codringher.

– Od strony formalnej – spytał Geralt – jak mocny jest ten wasz argument?

Fenn spojrzał na Codringhera, potem na wiedźmina.

– Niezbyt mocny – przyznał. – Cirilla to ciągle krew Calanthe, choć nieco rozcieńczona. W normalnych warunkach może i odsunięto by ją od tronu, ale warunki nie są normalne. Krew Lwicy ma znaczenie polityczne...

– Krew... – Geralt potarł czoło. – Co to znaczy Dziecko Starszej Krwi, Codringher?

– Nie rozumiem. Czy ktoś, mówiąc o Cirilli, używał takiego miana?

– Tak.

– Kto?

– Nieważne kto. Co to znaczy?

– Luned aep Hen Ichaer – powiedział nagle Fenn, odjeżdżając od pulpitu. – Dosłownie to nie byłoby Dziecko, ale Córka Starszej Krwi. Hmmm... Starsza Krew... Spotkałem się z tym określeniem. Nie pamiętam dokładnie... Chyba chodzi o jakieś elfie przepowiednie. W niektórych wersjach tekstu wróżby Itliny, tych starszych, są, jak mi się zdaje, wzmianki o Starszej Krwi Elfów, czyli Aen Hen Ichaer. Ale my tu nie mamy pełnego tekstu tej wróżby. Trzeba by zwrócić się do elfów...

– Zostawmy to – przerwał zimno Codringher. – Nie za wiele zagadnień naraz, Fenn, nie za wiele srok za ogon, nie za wiele przepowiedni i tajemnic. Dziękujemy ci na razie. Bywaj, owocnej pracy. Geralt, pozwól. Wróćmy do kantoru.

– Za mało, prawda? – upewnił się wiedźmin, gdy tylko wrócili i zasiedli w fotelach, adwokat za biurkiem, on naprzeciw. – Za niskie honorarium, tak?

Codringher podniósł z blatu biurka metalowy przedmiot w kształcie gwiazdy i kilkakrotnie obrócił go w palcach.

– Za niskie, Geralt. Kopanie w elfich przepowiedniach to dla mnie diabelne obciążenie, strata czasu i środków. Konieczność szukania dojść do elfów, bo oprócz nich nikt nie jest w stanie pojąć ich zapisów. Elfie manuskrypty to w większości przypadków jakaś pokrętna symbolika, akrostychy, czasami wręcz szyfry. Starsza Mowa jest zawsze co najmniej dwuznaczna, a zapisana może mieć i dziesięć znaczeń. Elfy nigdy nie były skłonne pomagać komuś, kto chciał rozgryzać ich przepowiednie. A w dzisiejszych czasach, gdy po lasach trwa krwawa wojna z Wiewiórkami, gdy dochodzi do pogromów, niebezpiecznie jest zbliżać się do nich. Podwójnie niebezpiecznie. Elfy mogą wziąć za prowokatora, ludzie mogą oskarżyć o zdradę...

– Ile, Codringher?

Adwokat milczał przez chwilę, bezustannie bawiąc się metalową gwiazdą.

– Dziesięć procent – powiedział wreszcie.

– Dziesięć procent od czego?

– Nie drwij ze mnie, wiedźminie. Sprawa robi się poważna. Zaczyna być coraz mniej jasne, o co tu chodzi, a gdy nie wiadomo, o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze. Milszy mi tedy procent niż zwykłe honorarium. Dasz mi dziesięć procent od tego, co sam będziesz z tego miał, pomniejszone o już zapłaconą sumę. Spisujemy umowę?

– Nie. Nie chcę cię narażać na straty. Dziesięć procent od zera daje zero, Codringher. Ja, mój drogi kolego, nie będę nic z tego miał.

– Powtarzam, nie drwij ze mnie. Nie wierzę, żebyś nie działał dla zysku. Nie wierzę, żeby nie kryły się za tym...

– Mało mnie obchodzi, w co wierzysz. Nie będzie żadnej umowy. I żadnych procentów. Określ wysokość honorarium za zebranie informacji.

– Każdego innego – zakasłał Codringher – wyrzuciłbym za drzwi, pewnym będąc, że próbuje mnie wykiwać. Ale do ciebie, anachroniczny wiedźminie, dziwnie jakoś pasuje szlachetna i naiwna bezinteresowność. To w twoim stylu, to wspaniale i patetycznie staromodne... dać się zabić za darmo...

– Nie traćmy czasu. Ile, Codringher?

– Drugie tyle. Razem pięćset.

– Żałuję – Geralt pokręcił głową – ale nie stać mnie na taką sumę. Przynajmniej nie w tej chwili.

– Ponawiam propozycję, którą już ci kiedyś złożyłem, na początku naszej znajomości – powiedział wolno adwokat, wciąż bawiąc się gwiazdą. – Przyjmij pracę u mnie, a będzie cię stać. Na informacje i na inne luksusy.

– Nie, Codringher.

– Dlaczego?

– Nie zrozumiesz.

– Tym razem ranisz nie moje serce, lecz dumę zawodową. Bo pochlebiam sobie, mniemając, że z reguły wszystko rozumiem. U podstaw naszych zawodów leży skurwysyństwo, ale ty jednak ciągle wolisz anachroniczne od nowoczesnego.

Wiedźmin uśmiechnął się.

– Brawo.

Codringher znowu zaniósł się kaszlem, otarł wargi, spojrzał na chustkę, potem podniósł żółtozielone oczy.

– Zapuściłeś żurawia w listę magiczek i magików, która leżała na pulpicie? W spis potencjalnych mocodawców Rience’a?

– Zapuściłem.

– Nie dam ci tej listy, dopóki nie sprawdzę dokładnie. Nie sugeruj się tym, co podpatrzyłeś. Jaskier powiedział mi, że Filippa Eilhart prawdopodobnie wie, kto stoi za Rience’em, ale tobie poskąpiła tej wiedzy. Filippa nie ochraniałaby byle pętaka. Za tym draniem stoi więc jakaś ważna figura.

Wiedźmin milczał.

– Strzeż się, Geralt. Jesteś w poważnym niebezpieczeństwie. Ktoś prowadzi z tobą grę. Ktoś dokładnie przewiduje twoje ruchy, ktoś nimi wręcz kieruje. Nie daj się ponieść arogancji i zadufaniu. Ten, kto z tobą igra, to nie strzyga i nie wilkołak. To nie bracia Micheletowie. To nawet nie Rience. Dziecko Starszej Krwi, cholera. Jakby mało było tronu Cintry, czarodziejów, królów i Nilfgaardu, jeszcze na dodatek elfy. Przerwij tę grę, wiedźminie, wyłącz się z niej. Pokrzyżuj plany, robiąc to, czego nikt się nie spodziewa. Zerwij ten szalony związek, nie pozwól, by kojarzono cię z Cirillą. Zostaw ją Yennefer, a sam wracaj do Kaer Morhen i nie wystawiaj stamtąd nosa. Zaszyj się w górach, a ja poszperam w elfich manuskryptach, spokojnie, bez pośpiechu, dokładnie. A gdy już będę miał informacje o Dziecku Starszej Krwi, gdy będę znał imię zaangażowanego w to czarodzieja, ty zdążysz zebrać pieniądze i dokonamy wymiany.

– Ja nie mogę czekać. Dziewczyna jest w niebezpieczeństwie.

– To prawda. Ale jest mi wiadome, że ciebie uważa się za przeszkodę na drodze do niej. Za przeszkodę, którą należy bezwzględnie usunąć. W związku z tym to ty jesteś w niebezpieczeństwie. Wezmą się za dziewczynę dopiero wtedy, gdy wykończą ciebie.

– Lub wtedy, gdy przerwę grę, usunę się i zaszyję w Kaer Morhen. Za dużo ci zapłaciłem, Codringher, byś udzielał mi takich rad.

Adwokat obrócił w palcach stalową gwiazdę.

– Za kwotę, którą dziś mi zapłaciłeś, działam aktywnie już od jakiegoś czasu, wiedźminie – powiedział, powstrzymując kaszel. – Rada, której ci udzielam, jest przemyślana. Zaszyj się w Kaer Morhen, zniknij. A wówczas ci, którzy szukają Cirilli, dostaną ją.

Geralt zmrużył oczy i uśmiechnął się. Codringher nie zbladł.

– Ja wiem, co mówię – podjął, wytrzymując spojrzenie i uśmiech. – Prześladowcy twojej Ciri znajdą ją i zrobią z nią, co zechcą. A tymczasem i ona, i ty będziecie bezpieczni.

– Wyjaśnij, proszę. W miarę szybko.

– Znalazłem pewną dziewczynę. Szlachciankę z Cintry, sierotę wojenną. Przeszła przez obozy dla uchodźców, aktualnie mierzy łokciem i kroi tkaniny, przygarnięta przez sukiennika z Brugge. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Prócz jednego. Jest dość podobna do wizerunku z pewnej miniatury przedstawiającej Lwiątko z Cintry... Chcesz zobaczyć jej portrecik?

– Nie, Codringher. Nie chcę. I nie zgadzam się na takie rozwiązanie.

– Geralt – adwokat przymknął powieki – co tobą kieruje? Jeśli chcesz ocalić tę twoją Ciri... Wydaje mi się, że nie stać cię teraz na luksus pogardy. Nie, źle się wyraziłem. Nie stać cię na luksus pogardzania pogardą. Nadchodzi czas pogardy, kolego wiedźminie, czas wielkiej, bezbrzeżnej pogardy. Musisz się dopasować. To, co ci proponuję, to prosta alternatywa. Ktoś umrze, żeby żyć mógł ktoś. Ktoś, kogo kochasz, ocaleje. Umrze inna dziewczynka, której nie znasz, której nigdy nie widziałeś...

– Którą mogę pogardzać? – przerwał wiedźmin. – Mam za to, co kocham, zapłacić pogardą dla samego siebie? Nie, Codringher. Zostaw tamto dziecko w spokoju, niech nadal mierzy sukno łokciem. Jej portrecik zniszcz. Spal. A za moje dwieście pięćdziesiąt ciężko zarobionych koron, które wrzuciłeś do szuflady, daj mi coś innego. Informację. Yennefer i Ciri opuściły Ellander. Jestem pewien, że o tym wiesz. Jestem pewien, że wiesz, dokąd zmierzają. Jestem pewien, że wiesz, czy ktoś podąża ich tropem.

Codringher pobębnił palcami po stole, zakasłał.

– Wilk, niepomny na przestrogi, chce polować nadal – stwierdził. – Nie widzi, że to na niego polują, że lezie prosto między fladry zastawione przez prawdziwego łowcę.

– Nie bądź banalny. Bądź konkretny.

– Skoro sobie życzysz. Nietrudno się domyślić, że Yennefer jedzie na zjazd czarodziejów, zwołany na początek lipca do Garstangu na wyspie Thanedd. Sprytnie kluczy i nie posługuje się magią, trudno więc ją namierzyć. Tydzień temu była w jeszcze w Ellander, obliczyłem, że za trzy, cztery dni dotrze do miasta Gors Velen, z którego na Thanedd jeden krok. Jadąc do Gors Velen, musi przejechać przez osadę Anchor. Wyruszając natychmiast, masz szanse przechwycić tych, którzy jadą za nią. Bo jadą za nią.

– Mam nadzieję – Geralt uśmiechnął się paskudnie – że to nie jacyś królewscy agenci?

– Nie – powiedział adwokat, patrząc na metalową gwiazdę, którą się bawił. – To nie agenci. Ale też nie jest to Rience, który jest mądrzejszy od ciebie, bo po drace z Micheletami utaił się w jakiejś dziurze i nie wysuwa stamtąd nosa. Za Yennefer jedzie trzech najemnych zbirów.

– Domniemywam, że ich znasz?

– Ja wszystkich znam. I dlatego coś ci zaproponuję: zostaw ich w spokoju. Nie jedź do Anchor. A ja wykorzystam posiadane znajomości i koneksje. Spróbuję podkupić zbirów i odwrócić kontrakt. Innymi słowy, napuszczę ich na Rience’a. Jeśli się uda...

Urwał nagle, zamachnął się silnie. Stalowa gwiazda zawyła w locie i z hukiem wyrżnęła w portret, prosto w czoło Codringhera seniora, dziurawiąc płótno i wbijając się w ścianę prawie do połowy.

– Dobre, co? – uśmiechnął się szeroko adwokat. – To się nazywa orion. Zamorski wynalazek. Ćwiczę od miesiąca, trafiam już bez pudła. Może się przydać. Na trzydzieści stóp ta gwiazdeczka jest niezawodna i zabójcza, a ukryć ją można w rękawicy lub za wstążką kapelusza. Od roku oriony są na wyposażeniu nilfgaardzkich służb specjalnych. Ha, ha, jeśli Rience szpieguje dla Nilfgaardu, to będzie zabawne, gdy znajdą go z orionem w skroni... Co ty na to?

– Nic. To twoja sprawa. Dwieście pięćdziesiąt koron leży w twojej szufladzie.

– Jasne – kiwnął głową Codringher. – Traktuję twoje słowa jako daną mi wolną rękę. Pomilczmy chwilę, Geralt. Uczcijmy rychłą śmierć pana Rience’a minutą milczenia. Dlaczego się krzywisz, u diabła? Nie masz szacunku dla majestatu śmierci?

– Mam. Zbyt duży, by spokojnie słuchać drwiących z niej idiotów. Czy ty myślałeś kiedyś o własnej śmierci, Codringher?

Adwokat zakasłał ciężko, długo patrzył na chustkę, którą zasłaniał usta. Potem podniósł oczy.

– Owszem – powiedział cicho. – Myślałem. I to intensywnie. Ale nic ci do moich myśli, wiedźminie. Pojedziesz do Anchor?

– Pojadę.

– Ralf Blunden, zwany Profesorem. Heimo Kantor. Krótki Yaxa. Mówią ci coś te imiona?

– Nie.

– Wszyscy trzej są nieźli na miecze. Lepsi od Micheletów. Sugerowałbym więc pewniejszą, dalekosiężną broń. Na przykład te nilfgaardzkie gwiazdki. Chcesz, sprzedam ci kilka sztuk. Mam tego dużo.

– Nie kupię. To niepraktyczne. Hałasuje w locie.

– Gwizd działa psychologicznie. Potrafi sparaliżować ofiarę strachem.

– Możliwe. Ale może i ostrzec. Ja zdążyłbym się przed tym uchylić.

– Gdybyś widział, jak w ciebie rzucają, owszem. Wiem, że potrafisz uchylić się przed strzałą albo bełtem... Ale z tyłu...

– Z tyłu też.

– Gówno prawda.

– Załóżmy się – powiedział zimno Geralt. – Ja odwrócę się twarzą do podobizny twego taty idioty, a ty rzuć we mnie tym orionem. Trafisz mnie, wygrałeś. Nie trafisz, przegrałeś. Jeśli przegrasz, rozszyfrujesz elfie manuskrypty. Zdobędziesz informacje o Dziecku Starszej Krwi. Pilnie. I na kredyt.

– A jeśli wygram?

– Również zdobędziesz te informacje i udostępnisz je Yennefer. Ona zapłaci. Nie będziesz pokrzywdzony.

Codringher otworzył szufladę i wyciągnął drugi orion.

– Liczysz na to, że nie przyjmę zakładu – stwierdził, nie zapytał.

– Nie – uśmiechnął się wiedźmin. – Jestem pewien, że go przyjmiesz.

– Ryzykant z ciebie. Zapomniałeś? Ja nie miewam skrupułów.

– Nie zapomniałem. Nadchodzi wszak czas pogardy, a ty idziesz z postępem i duchem czasu. Ale ja wziąłem sobie do serca zarzuty anachronicznej naiwności i tym razem zaryzykuję nie bez nadziei na zysk. Jakże więc? Zakład stoi?

– Stoi – Codringher ujął stalową gwiazdę za jedno z ramion i wstał. – Ciekawość zawsze brała u mnie górę nad rozsądkiem, nie wspominając o bezzasadnym miłosierdziu. Odwróć się.

Wiedźmin odwrócił się. Spojrzał na gęsto podziurawione oblicze na portrecie i na utkwiony w nim orion. A potem zamknął oczy.

Gwiazda zawyła i huknęła w ścianę cztery cale od ramy portretu.

– Jasna cholera! – wrzasnął Codringher. – Nawet nie drgnąłeś, ty sukinsynu!

Geralt odwrócił się i uśmiechnął. Niezwykle paskudnie.

– A po co miałem drgać? Słyszałem, że rzucasz tak, by nie trafić.

W zajeździe było pusto. W kącie, na ławie, siedziała młoda kobieta z podkrążonymi oczami. Odwrócona wstydliwie bokiem, karmiła piersią dziecko. Barczysty chłop, może mąż, drzemał obok, oparty plecami o ścianę. W cieniu za piecem siedział jeszcze ktoś, kogo Aplegatt nie widział wyraźnie w mroku izby.

Gospodarz podniósł głowę, zobaczył Aplegatta, dostrzegł jego ubiór i blachę z herbem Aedirn na piersi, momentalnie spochmurniał. Aplegatt był przyzwyczajony do takich powitań. Był gońcem królewskim, przysługiwało mu bezwzględne prawo podwody. Królewskie dekrety były wyraźne – goniec miał prawo w każdym mieście, w każdej wsi, w każdym zajeździe i w każdym obejściu zażądać świeżego konia – i biada takiemu, który by odmówił. Rzecz jasna, goniec zostawiał własnego wierzchowca, a nowego brał za pokwitowaniem – właściciel mógł zwrócić się do starosty i otrzymać rekompensatę. Ale różnie z tym bywało. Dlatego na gońca patrzono zawsze z niechęcią i obawą – zażąda czy nie zażąda? Zabierze na zatracenie naszego Złotka? Naszą wykarmioną od źrebaka Kraskę? Naszego wypieszczonego Wronka? Aplegatt widywał już rozszlochane dzieciaki, uczepione siodłanego, wyprowadzanego ze stajni ulubieńca i towarzysza zabaw, niejeden raz patrzył w twarze dorosłych, pobladłe w poczuciu niesprawiedliwości i bezsiły.

– Świeżego konia mi nie trza – powiedział szorstko. Zdawało mu się, że gospodarz odetchnął z ulgą.

– Zjem jeno, bom zgłodniał na szlaku – dodał goniec. – Jest co w garnku?

– Polewki nieco zostało, wraz podam, siednijcie. Zanocujecie? Zmierzcha już.

Aplegatt zastanowił się. Przed dwoma dniami spotkał się z Hansomem, znajomym gońcem, i zgodnie z rozkazem wymienił poselstwa. Hansom przejął listy i posłanie dla króla Demawenda, pocwałował przez Temerię i Mahakam do Vengerbergu. Aplegatt zaś, przejąwszy pocztę dla króla Vizimira z Redanii, pojechał w kierunku Oxenfurtu i Tretogoru. Miał do przebycia ponad trzysta mil.

– Zjem i pojadę – zdecydował. – Miesiąc w pełni, a gościniec równy.

– Wasza wola.

Zupa, którą mu podano, była cienka i bez smaku, ale goniec nie zważał na takie drobiazgi. Smakował w domu, żoniną kuchnię, na szlaku jadł, co się trafiło. Siorbał wolno, niezgrabnie dzierżąc łyżkę w palcach zgrabiałych od trzymania wodzy.

Kot, drzemiący na przypiecku, uniósł nagle głowę, zasyczał.

– Goniec królewski?

Aplegatt drgnął. Pytanie zadał ten siedzący w cieniu, z którego teraz wyszedł, stając obok gońca. Miał włosy białe jak mleko, ściągnięte na czole skórzaną opaską, czarną kurtkę nabijaną srebrnymi ćwiekami i wysokie buty. Nad prawym ramieniem połyskiwała mu kulista głowica przerzuconego przez plecy miecza.

– Dokąd droga prowadzi?

– Dokąd królewska wola pogna – odrzekł zimno Aplegatt. Nigdy nie odpowiadał inaczej na podobne pytania.

Białowłosy milczał czas jakiś, patrząc na gońca badawczo. Miał nienaturalnie bladą twarz i dziwne ciemne oczy.

– Królewska wola – powiedział wreszcie nieprzyjemnym, lekko chrapliwym głosem – zapewne każe ci się spieszyć? Zapewne pilno ci w drogę?

– A wam co do tego? Kim to jesteście, by mnie popędzać?

– Jestem nikim – białowłosy uśmiechnął się paskudnie. – I nie popędzam cię. Ale na twoim miejscu odjechałbym stąd jak najszybciej. Nie chciałbym, by stało ci się coś złego.

Na takie stwierdzenia Aplegatt również miał wypraktykowaną odpowiedź. Krótką i węzłowatą. Niezaczepną i spokojną – ale dobitnie przypominającą, komu służy goniec królewski i co grozi temu, kto odważyłby się tknąć gońca. Ale w głosie białowłosego było coś, co powstrzymało Aplegatta przed udzieleniem zwykłej odpowiedzi.

– Muszę dać wytchnąć koniowi, panie. Godzinę, może dwie.

– Rozumiem – kiwnął głową białowłosy, po czym uniósł głowę, zdając się nadsłuchiwać dobiegających z zewnątrz odgłosów. Aplegatt również nadstawił ucha, ale słyszał tylko świerszcze.

– Odpoczywaj więc – powiedział białowłosy, poprawiając pas miecza, skośnie przecinający pierś. – Ale nie wychodź na podwórze. Cokolwiek by się działo, nie wychodź.

Aplegatt powstrzymał się od pytań. Instynktownie czuł, że tak będzie lepiej. Pochylił się nad miską i wznowił łowienie nielicznych pływających w zupie skwarek. Gdy podniósł głowę, białowłosego nie było już w izbie.

Po chwili na podwórzu zarżał koń, zastukały kopyta.

Do zajazdu weszło trzech mężczyzn. Na ich widok karczmarz zaczął szybciej wycierać kufel. Kobieta z niemowlęciem bliżej przysunęła się do drzemiącego męża, zbudziła go szturchańcem. Aplegatt nieznacznie przyciągnął ku sobie zydel, na którym leżały jego pas i kord.

Mężczyźni podeszli do szynkwasu, bystrymi spojrzeniami obrzucając i taksując gości. Szli wolno, pobrzękując ostrogami i bronią.

– Powitać waszmościów – karczmarz odchrząknął i odkaszlnął. – Czymże służyć mogę?

– Gorzałką – powiedział jeden, niski i krępy, z długimi jak u małpy rękami, uzbrojony w dwie zerrikańskie szable, wiszące na krzyż na plecach. – Łykniesz, Profesor?

– Pozytywnie chętnie – zgodził się drugi mężczyzna, poprawiając osadzone na haczykowatym nosie okulary ze szlifowanych, niebieskawo zabarwionych kryształów, oprawnych w złoto. – Byleby trunek nie był fałszowany żadnymi ingrediencjami.

Karczmarz nalał. Aplegatt zauważył, że ręce trzęsły mu się lekko. Meżczyźni oparli się plecami o szynkwas, bez pośpiechu pociągali z glinianych czareczek.

– Mości gospodarzu – odezwał się nagle ten w okularach. – Suponuję, że przejeżdżały tędy niedawno dwie damy, zmierzające intensywnie w kierunku Gors Velen?

– Tędy różni jeżdżą – bąknął gospodarz.

– Inkryminowanych dam – rzekł wolno okularnik – nie mógłbyś nie zauważyć. Jedna z nich jest czarnowłosa i ekstraordynaryjnie urodziwa. Dosiada wronego źrebca. Druga, młodsza, jasnowłosa i zielonooka, wojażuje na jabłkowitej klaczce. Były tu?

– Nie – uprzedził karczmarza Aplegatt, czując nagle zimno na plecach. – Nie było.

Szaropióre niebezpieczeństwo. Gorący piasek...

– Goniec?

Aplegatt kiwnął głową.

– Skąd i dokąd?

– Skąd i dokąd królewska dola pogna.

– Niewiast, o które indagowałem, na trakcie akcydentalnie nie napotkałeś?

– Nie.

– Coś szybko zaprzeczasz – warknął trzeci mężczyzna, wysoki i chudy niby tyka. Włosy miał czarne i błyszczące, jakby wysmarowane tłuszczem. – A nie zda mi się, byś pamięć wytężał nadto.

– Zostaw, Heimo – machnął ręką okularnik. – To goniec. Nie czyń subiekcji. Jakie miano nosi ta stacja, gospodarzu?

– Anchor.

– Do Gors Velen jaki dystans?

– Hę?

– Ile mil?

– Jam mil nie mierzył. Ale będzie ze trzy dni jazdy...

– Konno?

– Koleśno.

– Hej – zawołał nagle półgłosem ten krępy, prostując się i wyglądając na podwórze przez szeroko otwarte drzwi. – Rzuć no okiem, Profesor. Co to za jeden? Czy to aby nie...

Okularnik też wyjrzał na podwórze, a twarz skurczyła mu się nagle.

– Tak – syknął. – To pozytywnie on. Poszczęściło się nam jednakowoż.

– Poczekamy, aż wejdzie?

– On nie wejdzie. Widział nasze konie.

– Wie, że my...

– Zamilknij, Yaxa. On coś mówi.

– Macie wybór – rozległ się z podwórza lekko chrapliwy, ale donośny głos, który Aplegatt rozpoznał natychmiast. – Jeden z was wyjdzie i powie mi, kto was najął. Wtedy odjedziecie stąd bez kłopotów. Albo wyjdziecie wszyscy trzej. Czekam.

– Sukinsyn... – warknął czarnowłosy. – Wie. Co robimy?

Okularnik wolnym ruchem odstawił czarkę na szynkwas.

– To, za co nam zapłacono.

Popluł na dłoń, poruszył palcami i dobył miecza. Na ten widok dwaj pozostali również obnażyli klingi. Gospodarz rozwarł usta do krzyku, ale zamknął je prędko pod zimnym spojrzeniem sponad niebieskich okularów.

– Siedzieć tu wszyscy – syknął okularnik. – I ani mru-mru. Heimo, gdy się zacznie, postaraj się zajść go od tyłu. No, chłopcy, z fartem. Wychodzimy.

Zaczęło się natychmiast, gdy wyszli. Stęknięcia, tupot nóg, szczęk brzeszczotów. A potem krzyk. Taki, od którego włosy stają dęba.