684 osoby interesują się tą książką

Opis

Wiedźmiński kodeks stawia tę sprawę w sposób jednoznaczny: wiedźminowi smoka zabijać się nie godzi.
To gatunek zagrożony wymarciem. Aczkolwiek w powszechnej opinii to gad najbardziej wredny. Na oszluzgi, widłogony i latawce kodeks polować przyzwala.
Ale na smoki – nie.

Wiedźmin Geralt przyłącza się jednak do zorganizowanej przez króla Niedamira wyprawy na smoka, który skrył się w jaskiniach Gór Pustulskich. Na swej drodze spotyka trubadura Jaskra oraz – jakżeby inaczej – czarodziejkę Yennefer. Wśród zaproszonych przez króla co sławniejszych smokobójców jest Eyck z Denesle, rycerz bez skazy i zmazy, Rębacze z Cinfrid i szóstka krasnoludów pod komendą Yarpena Zigrina. Motywacje są różne, ale cel jeden.
Smok nie ma szans.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Granica możliwości

I

– Nie wyjdzie stamtąd, mówię wam – powiedział pryszczaty, z przekonaniem kiwając głową. – Już godzina i ćwierć, jak tam wlazł. Już po nim.

Mieszczanie, stłoczeni wśród ruin, milczeli wpatrzeni w ziejący w rumowisku czarny otwór, w zagruzowane wejście do podziemi. Grubas w żółtym kubraku przestąpił z nogi na nogę, chrząknął, zdjął z głowy wymięty biret.

– Poczekajmy jeszcze – powiedział, ocierając pot z rzadkich brwi.

– Na co? – prychnął pryszczaty. – Tam, w lochach, siedzi bazyliszek, zapomnieliście, wójcie? Kto tam wchodzi, ten już przepadł. Mało to ludzi tam poginęło? Na co tedy czekać?

– Umawialiśmy się przecie – mruknął niepewnie grubas. – Jakże tak?

– Z żywym się umawialiście, wójcie – rzekł towarzysz pryszczatego, olbrzym w skórzanym, rzeźnickim fartuchu. – A nynie on martwy, pewne to jak słońce na niebie. Z góry było wiadomo, że na zgubę idzie, jako i inni przed nim. Przecie on nawet bez zwierciadła polazł, z mieczem tylko. A bez zwierciadła bazyliszka nie zabić, każdy to wie.

– Zaoszczędziliście grosza, wójcie – dodał pryszczaty. – Bo i płacić za bazyliszka nie ma komu. Idźcie tedy spokojnie do dom. A konia i dobytek czarownika my weźmiemy, żal dać przepadać dobru.

– Ano – powiedział rzeźnik. – Sielna klacz, a i juki nieźle wypchane. Zajrzyjmy, co w środku.

– Jakże tak? Coście?

– Milczcie, wójcie, i nie mieszajcie się, bo guza złapiecie – ostrzegł pryszczaty.

– Sielna klacz – powtórzył rzeźnik.

– Zostaw tego konia w spokoju, kochasiu.

Rzeźnik odwrócił się wolno w stronę obcego przybysza, który wyszedł zza załomu muru, zza pleców ludzi, zgromadzonych dookoła wejścia do lochu.

Obcy miał kędzierzawe, gęste, kasztanowate włosy, brunatną tunikę na watowanym kaftanie, wysokie, jeździeckie buty. I żadnej broni.

– Odejdź od konia – powtórzył, uśmiechając się zjadliwie. – Jakże to? Cudzy koń, cudze juki, cudza własność, a ty podnosisz na nie swoje kaprawe oczka, wyciągasz ku nim parszywą łapę? Godzi się tak?

Pryszczaty, powoli wsuwając rękę za pazuchę kurty, spojrzał na rzeźnika. Rzeźnik kiwnął głową, skinął w stronę grupy, z której wyszło jeszcze dwu, krępych, krótko ostrzyżonych. Obaj mieli pałki, takie, jakimi w rzeźni głuszy się zwierzęta.

– Ktoście to niby – spytał pryszczaty, nie wyjmując ręki zza pazuchy – żeby nam prawić, co się godzi, a co nie?

– Nic ci do tego, kochasiu.

– Broni nie nosicie.

– Prawda. – Obcy uśmiechnął się jeszcze zjadliwiej. – Nie noszę.

– To niedobrze. – Pryszczaty wyjął rękę zza pazuchy, razem z długim nożem. – To bardzo niedobrze, że nie nosicie.

Rzeźnik też wyciągnął nóż, długi jak kordelas. Tamci dwaj postąpili do przodu, unosząc pałki.

– Nie muszę nosić – rzekł obcy, nie ruszając się z miejsca. – Moja broń chodzi za mną.

Zza ruin wyszły, stąpając miękkim, pewnym krokiem, dwie młode dziewczyny. Tłumek natychmiast rozstąpił się, cofnął, przerzedził.

Obie dziewczyny uśmiechały się, błyskając zębami, mrużąc oczy, od kącików których biegły ku uszom szerokie, sine pasy tatuażu. Mięśnie grały na mocnych udach widocznych spod rysich skór otaczających biodra, na nagich, krągłych ramionach powyżej rękawic z kolczej siatki. Sponad barków, też osłoniętych kolczugą, sterczały rękojeści szabel.

Pryszczaty wolno, wolniutko zgiął kolana, upuścił nóż na ziemię.

Z dziury w rumowisku rozległ się grzechot kamieni, chrobot, po czym z ciemności wynurzyły się dłonie wczepione w poszczerbiony skraj muru. Za dłońmi pojawiły się kolejno – głowa o białych, przyprószonych ceglanym miałem włosach, blada twarz, rękojeść miecza, wystająca znad ramienia. Tłum zaszemrał.

Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora za długi, jaszczurczy ogon, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta. Wójt odskoczył, potknął się o zwalony fragment muru, patrząc na zakrzywiony, ptasi dziób, błoniaste skrzydła i sierpowate szpony na pokrytych łuskami łapach. Na wydęte podgardle, kiedyś karminowe, obecnie brudnorude. Na szkliste, wpadnięte oczy.

– Oto bazyliszek – rzekł białowłosy, otrzepując spodnie z kurzu. – Zgodnie z umową. Moje dwieście lintarów, jeśli łaska. Uczciwych lintarów, mało oberżniętych. Sprawdzę, uprzedzam.

Wójt drżącymi dłońmi wysupłał sakiewkę. Białowłosy rozejrzał się, na moment zatrzymał wzrok na pryszczatym, na leżącym koło jego stopy nożu. Popatrzył na mężczyznę w brunatnej tunice, na dziewczyny w rysich skórach.

– Jak zwykle – powiedział, wyjmując trzos z rozdygotanych rąk wójta. – Nadstawiam dla was karku za marny pieniądz, a wy tymczasem dobieracie się do moich rzeczy. Nigdy się, zaraza z wami, nie zmienicie.

– Nie ruszone – zamamrotał rzeźnik, cofając się. Tamci z pałkami już dawno wtopili się w tłum. – Nie ruszone wasze rzeczy, panie.

– Wielcem rad. – Białowłosy uśmiechnął się. Na widok tego uśmiechu, kwitnącego na bladej twarzy jak pękająca rana, tłumek zaczął się szybko rozpraszać. – I dlatego, bratku, ty też nie będziesz ruszony. Odejdź w pokoju. Ale odejdź prędko.

Pryszczaty, tyłem, też chciał się wycofać. Pryszcze na jego pobielałej nagle twarzy uwydatniły się brzydko.

– Ej, poczekaj – rzekł do niego człowiek w brunatnej tunice. – Zapomniałeś o czymś.

– O czym... panie?

– Wyjąłeś na mnie nóż.

Wyższa z dziewcząt zakolebała się nagle na szeroko rozstawionych nogach, zakręciła w biodrach. Szabla, wydobyta nie wiadomo kiedy, świsnęła ostro w powietrzu. Głowa pryszczatego wyleciała w górę, łukiem, wpadła do ziejącego lochu. Ciało runęło sztywno i ciężko, jak zrąbany pień, pomiędzy pokruszone cegły. Tłum wrzasnął jednym głosem. Druga z dziewczyn, z dłonią na rękojeści, zwinnie obróciła się, zabezpieczając tył. Niepotrzebnie. Tłum, potykając się i przewracając na rozwalinach, co sił w nogach zmykał ku miastu. Na czele, w imponujących podskokach, sadził wójt, zaledwie o kilka sążni wyprzedzając ogromnego rzeźnika.

– Piękne uderzenie – skomentował zimno białowłosy, dłonią w czarnej rękawicy osłaniając oczy od słońca. – Piękne uderzenie zerrikańskiej szabli. Czoło chylę przed wprawą i urodą wolnych wojowniczek. Jestem Geralt z Rivii.

– A ja – nieznajomy w brunatnej tunice wskazał na wyblakły herb na przodzie ubioru, przedstawiający trzy czarne ptaki siedzące w równym rzędzie pośrodku jednolicie złotego pola – jestem Borch, zwany Trzy Kawki. A to moje dziewczęta, Tea i Vea. Tak je nazywam, bo na ich prawdziwych imionach można sobie język odgryźć. Obie, jak słusznie się domyśliłeś, są Zerrikankami.

– Dzięki nim, zdaje mi się, mam jeszcze konia i dobytek. Dziękuję wam, wojowniczki. Dziękuję i wam, panie Borch.

– Trzy Kawki. I daruj sobie tego pana. Czy coś cię zatrzymuje w tej mieścinie, Geralcie z Rivii?

– Wręcz przeciwnie.

– Doskonale. Mam propozycję: niedaleko stąd, na rozstajach, przy drodze do portu rzecznego jest oberża. Nazywa się „Pod Zadumanym Smokiem”. Tamtejsza kuchnia nie ma sobie równych w całej okolicy. Wybieram się tam właśnie z myślą o posiłku i noclegu. Byłoby mi miło, gdybyś zechciał dotrzymać mi towarzystwa.

– Borch – białowłosy odwrócił się od konia, spojrzał nieznajomemu w oczy – nie chciałbym, żeby jakieś niejasności wkradły się pomiędzy nas. Jestem wiedźminem.

– Domyśliłem się. A powiedziałeś to takim tonem, jakbyś mówił: „Jestem trędowaty”.

– Są tacy – rzekł Geralt wolno – którzy przedkładają kompanię trędowatych nad towarzystwo wiedźmina.

– Są i tacy – zaśmiał się Trzy Kawki – którzy przedkładają owce nad dziewczęta. Cóż, tylko im współczuć, jednym i drugim. Ponawiam propozycję.

Geralt zdjął rękawicę, uścisnął wyciągniętą ku sobie dłoń.

– Przyjmuję, ciesząc się z zawartej znajomości.

– W drogę zatem, bom zgłodniał.

II

Oberżysta przetarł ścierką chropowate deski stołu, ukłonił się i uśmiechnął. Nie miał dwóch przednich zębów.

– Taak... – Trzy Kawki popatrzył przez chwilę na okopcony sufit i baraszkujące pod nim pająki. – Najpierw... Najpierw piwo. Żeby dwa razy nie chodzić, cały antałek. A do piwa... Co możesz zaproponować do piwa, kochasiu?

– Ser? – zaryzykował oberżysta.

– Nie – skrzywił się Borch. – Ser będzie na deser. Do piwa chcemy czegoś kwaśnego i ostrego.

– Służę. – Oberżysta uśmiechnął się jeszcze szerzej. Dwa przednie zęby nie były jedynymi, których nie miał. – Węgorzyki z czosnkiem w oliwie i w occie albo marynowane strączki zielonej papryki...

– W porządku. I to, i to. A potem zupa, taka, jaką kiedyś tu jadłem, pływały w niej różne muszle, rybki i inne smakowite śmieci.

– Zupa flisacka?

– Właśnie. A potem pieczeń z jagnięcia z cebulą. A potem kopę raków. Kopru wrzuć do garnka, ile wlezie. A potem owczy ser i sałata. A potem się zobaczy.

– Służę. Dla wszystkich, cztery razy, znaczy?

Wyższa Zerrikanka przecząco pokręciła głową, poklepała się znacząco w okolice talii, opiętej obcisłą, lnianą koszulą.

– Zapomniałem. – Trzy Kawki mrugnął do Geralta. – Dziewczęta dbają o linię. Panie gospodarzu, baranina tylko dla nas dwóch. Piwo dawaj zaraz, razem z tymi węgorzykami. Z resztą chwilę zaczekaj, żeby nie stygło. Nie przyszliśmy tu żreć, ale obyczajnie spędzać czas na rozmowach.

– Pojmuję. – Oberżysta skłonił się jeszcze raz.

– Roztropność to ważna rzecz w twoim fachu. Daj no rękę, kochasiu.

Brzęknęły złote monety. Karczmarz rozdziawił gębę do granic możliwości.

– To nie jest zadatek – zakomunikował Trzy Kawki. – To jest ekstra. A teraz pędź do kuchni, dobry człowieku.

W alkierzu było ciepło. Geralt rozpiął pas, ściągnął kaftan i zawinął rękawy koszuli.

– Widzę – powiedział – że nie prześladuje cię brak gotówki. Żyjesz z przywilejów stanu rycerskiego?

– Częściowo – uśmiechnął się Trzy Kawki, nie wchodząc w szczegóły.

Szybko uporali się z węgorzykami i ćwiartką antałka. Obie Zerrikanki też nie żałowały sobie piwa, obie wnet poweselały wyraźnie. Szeptały coś do siebie. Vea, ta wyższa, wybuchnęła nagle gardłowym śmiechem.

– Dziewczęta mówią wspólnym? – spytał cicho Geralt, zezując na nie kątem oka.

– Słabo. I nie są gadatliwe. Co się chwali. Jak znajdujesz tę zupę, Geralt?

– Mhm.

– Napijmy się.

– Mhm.

– Geralt – Trzy Kawki odłożył łyżkę i czknął dystyngowanie – wróćmy na chwilę do naszej rozmowy z drogi. Zrozumiałem, że ty, wiedźmin, wędrujesz z końca świata na drugi jego koniec, a po drodze, jak się trafi jakiś potwór, zabijasz go. I z tego masz grosz. Na tym polega wiedźmiński fach?

– Mniej więcej.

– A zdarza się, że specjalnie cię gdzieś wzywają? Na, powiedzmy, specjalne zamówienie. Wtedy co, jedziesz i wykonujesz?

– To zależy, kto wzywa i po co.

– I za ile?

– Też. – Wiedźmin wzruszył ramionami. – Wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiała jedna moja znajoma czarodziejka.

– Dość wybiórcze podejście, bardzo praktyczne, powiedziałbym. A przecież u podstaw leży jakaś idea, Geralt. Konflikt sił Ładu z siłami Chaosu, jak mawiał pewien mój znajomy czarodziej. Wyobrażałem sobie, że wypełniasz misję, bronisz ludzi przed Złem, zawsze i wszędzie. Bez różnicowania. Stoisz po wyraźnie określonej stronie palisady.

– Siły Ładu, siły Chaosu. Strasznie szumne słowa, Borch. Koniecznie chcesz mnie ustawić po którejś stronie palisady w konflikcie, który, jak się powszechnie uważa, jest wieczny, zaczął się grubo przed nami i będzie trwał, gdy nas już dawno nie będzie. Po czyjej stronie stoi kowal, który podkuwa konie? Nasz oberżysta, który właśnie pędzi tu z saganem baraniny? Co, według ciebie, określa granicę między Chaosem a Ładem?

– Rzecz bardzo prosta. – Trzy Kawki spojrzał mu prosto w oczy. – To, co reprezentuje Chaos, jest zagrożeniem, jest stroną agresywną. Ład zaś to strona zagrożona, potrzebująca obrony. Potrzebująca obrońcy. A, napijmy się. I bierzmy się za jagniątko.

– Słusznie.

Dbające o linię Zerrikanki miały przerwę w jedzeniu, którą wypełniły piciem w przyspieszonym tempie. Vea, schylona nad ramieniem towarzyszki, coś znowu szeptała, muskając warkoczem blat stołu. Tea, ta niższa, zaśmiała się głośno, wesoło mrużąc wytatuowane powieki.

– Tak – rzekł Borch, ogryzając kość. – Kontynuujmy rozmowę, jeśli pozwolisz. Zrozumiałem, że nie przepadasz za ustawianiem cię po stronie żadnej z Sił. Wykonujesz swój zawód.

– Wykonuję.

– Ale przed konfliktem Chaosu i Ładu nie uciekniesz. Choć użyłeś tego porównania, nie jesteś kowalem. Widziałem, jak pracujesz. Wchodzisz do piwnicy w ruinach i wynosisz stamtąd usieczonego bazyliszka. Jest, kochasiu, różnica pomiędzy podkuwaniem koni a zabijaniem bazyliszków. Powiedziałeś, że jeśli zapłata jest godziwa, popędzisz na koniec świata i ukatrupisz stwora, którego ci wskażą. Dajmy na to, srogi smok pustoszy...

– Zły przykład – przerwał Geralt. – Widzisz, od razu kiełbasi ci się wszystko. Bo smoków, które bez wątpienia reprezentują Chaos, nie zabijam.

– Jakże to? – Trzy Kawki oblizał palce. – A to dopiero! Przecież wśród wszystkich potworów smok jest chyba najwredniejszy, najokrutniejszy i najbardziej zajadły. Najbardziej wstrętny gad. Napada na ludzi, ogniem zieje i porywa te, no, dziewice. Mało to opowieści się słyszało? Nie może to być, żebyś ty, wiedźmin, nie miał paru smoków na rozkładzie.

– Nie poluję na smoki – rzekł Geralt sucho. – Na widłogony, owszem. Na oszluzgi. Na latawce. Ale nie na smoki właściwe, zielone, czarne i czerwone. Przyjmij to do wiadomości, po prostu.

– Zaskoczyłeś mnie – powiedział Trzy Kawki. – No, dobra, przyjąłem do wiadomości. Dość zresztą na razie o smokach, widzę na horyzoncie coś czerwonego, niechybnie są to nasze raki. Napijmy się!

Z chrzęstem łamali zębami czerwone skorupki, wysysali białe mięso. Słona woda, szczypiąc dotkliwie, ściekała im aż na przeguby rąk. Borch nalewał piwo, skrobiąc już czerpakiem po dnie antałka. Zerrikanki poweselały jeszcze bardziej, obie rozglądały się po karczmie, uśmiechając się złowieszczo, wiedźmin był pewien, że szukają okazji do awantury. Trzy Kawki też musiał to zauważyć, bo nagle pogroził im trzymanym za ogon rakiem. Dziewczyny zachichotały, a Tea, złożywszy usta jak do pocałunku, puściła oczko – przy jej wytatuowanej twarzy sprawiło to makabryczne wrażenie.

– Dzikie są jak żbiki – mruknął Trzy Kawki do Geralta. – Trzeba na nie uważać. U nich, kochasiu, szast-prast i nie wiadomo kiedy dookoła na podłodze pełno flaków. Ale warte są każdych pieniędzy. Żebyś ty wiedział, co one potrafią...

– Wiem. – Geralt kiwnął głową. – Trudno o lepszą eskortę. Zerrikanki to urodzone wojowniczki, od dziecka szkolone do walki.

– Nie o to mi idzie. – Borch wypluł na stół raczą łapę. – Miałem na myśli to, jakie są w łóżku.

Geralt niespokojnie rzucił okiem na dziewczyny. Obie się uśmiechały. Vea błyskawicznym, prawie niezauważalnym ruchem sięgnęła do półmiska. Patrząc na wiedźmina zmrużonymi oczami, z trzaskiem rozgryzła skorupkę. Jej usta lśniły od słonej wody. Trzy Kawki beknął donośnie.

– A zatem, Geralt – rzekł – nie polujesz na smoki, zielone i na inne kolorowe. Przyjąłem do wiadomości. A dlaczego, jeśli wolno spytać, tylko na te trzy kolory?

– Cztery, jeśli chodzi o ścisłość.

– Mówiłeś o trzech.

– Ciekawią cię smoki, Borch. Jakiś specjalny powód?

– Nie. Wyłącznie ciekawość.

– Aha. A z tymi kolorami, to tak się przyjęło określać smoki właściwe. Chociaż nie jest to określenie precyzyjne. Smoki zielone, te najpopularniejsze, są raczej szarawe, jak zwykłe oszluzgi. Czerwone faktycznie są czerwonawe lub ceglaste. Wielkie smoki o kolorze ciemnobrunatnym przyjęło się nazywać czarnymi. Najrzadsze są smoki białe, nigdy takiego nie widziałem. Trzymają się na dalekiej Północy. Jakoby.

– Ciekawe. A wiesz, o jakich smokach ja jeszcze słyszałem?

– Wiem. – Geralt łyknął piwa. – O tych samych, o których i ja słyszałem. O złotych. Nie ma takich.

– Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Bo nigdy nie widziałeś? Białego podobno też nigdy nie widziałeś.

– Nie w tym rzecz. Za morzami, w Ofirze i Zangwebarze, są białe konie w czarne paski. Też ich nigdy nie widziałem, ale wiem, że istnieją. A złoty smok to stworzenie mityczne. Legendarne. Jak feniks, dajmy na to. Feniksów i złotych smoków nie ma.

Vea, wsparta na łokciach, patrzyła na niego ciekawie.

– Pewnie wiesz, co mówisz, jesteś wiedźminem. – Borch naczerpał piwa z antałka. – A jednak myślę, że każdy mit, każda legenda musi mieć jakieś korzenie. U tych korzeni coś leży.

– Leży – potwierdził Geralt. – Najczęściej marzenie, pragnienie, tęsknota. Wiara, że nie ma granic możliwości. A czasami przypadek.

– Właśnie, przypadek. Może kiedyś był złoty smok, jednorazowa, niepowtarzalna mutacja?

– Jeśli tak było, to spotkał go los wszystkich mutantów. – Wiedźmin odwrócił głowę. – Zbyt się różnił, żeby przetrwać.

– Ha – rzekł Trzy Kawki. – Zaprzeczasz teraz prawom natury, Geralt. Mój znajomy czarodziej zwykł był mawiać, że w naturze każda istota ma swoją kontynuację i przetrwa, takim czy innym sposobem. Koniec jednego to początek drugiego, nie ma granic możliwości, przynajmniej natura nie zna takich.

– Wielkim optymistą był twój znajomy czarodziej. Jednego tylko nie wziął pod uwagę: błędu popełnionego przez naturę. Lub przez tych, którzy z nią igrali. Złoty smok i inne podobne mu mutanty, o ile istniały, przetrwać nie mogły. Na przeszkodzie stanęła bowiem bardzo naturalna granica możliwości.

– Jakaż to granica?

– Mutanty... – Mięśnie na szczękach Geralta drgnęły silnie. – Mutanty są sterylne, Borch. Tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości.

Trzy Kawki milczał. Geralt spojrzał na dziewczęta, na ich nagle spoważniałe twarze. Vea niespodziewanie pochyliła się w jego stronę, objęła za szyję twardym, umięśnionym ramieniem. Poczuł na policzku jej usta, mokre od piwa.

– Lubią cię – powiedział wolno Trzy Kawki. – Niech mnie poskręca, one cię lubią.

– Co w tym dziwnego? – Wiedźmin uśmiechnął się smutno.

– Nic. Ale to trzeba oblać. Gospodarzu! Drugi antałek!

– Nie szalej. Najwyżej dzban.

– Dwa dzbany! – ryknął Trzy Kawki. – Tea, muszę na chwilę wyjść.

Zerrikanka wstała, podniosła szablę z ławy, powiodła po sali tęsknym spojrzeniem. Chociaż poprzednio kilka par oczu, jak zauważył wiedźmin, rozbłyskiwało nieładnie na widok pękatej sakiewki, nikt jakoś nie kwapił się wyjść za Borchem, zataczającym się lekko w stronę wyjścia na podwórze. Tea wzruszyła ramionami, udając się za pracodawcą.

– Jak masz naprawdę na imię? – spytał Geralt tę, która pozostała przy stole. Vea błysnęła białymi zębami. Koszulę miała mocno rozsznurowaną, prawie do granic możliwości. Wiedźmin nie wątpił, że to kolejna zaczepka wobec sali.

– Alveaenerle.

– Ładnie. – Wiedźmin był pewien, że Zerrikanka zrobi buzię w ciup i mrugnie do niego. Nie pomylił się.

– Vea?

– Hm?

– Dlaczego jeździcie z Borchem? Wy, wolne wojowniczki? Możesz odpowiedzieć?

– Hm.

– Hm, co?

– On jest... – Zerrikanka, marszcząc czoło, szukała słów. – On jest... Naj... piękniejszy.

Wiedźmin pokiwał głową. Kryteria, na podstawie których kobiety oceniały atrakcyjność mężczyzn, nie po raz pierwszy stanowiły dla niego zagadkę.

Trzy Kawki wwalił się do alkierza, dopinając spodnie, głośno wydawał polecenia oberżyście. Trzymająca się dwa kroki za nim Tea, udając znudzoną, rozglądała się po karczmie, a kupcy i flisacy starannie unikali jej wzroku. Vea wysysała kolejnego raka, co i rusz rzucając wiedźminowi wymowne spojrzenia.

– Zamówiłem jeszcze po węgorzu, pieczonym tym razem. – Trzy Kawki siadł ciężko, brzękając niedopiętym pasem. – Namęczyłem się przy tych rakach i zgłodniałem jakby. I załatwiłem ci tu nocleg, Geralt. Nie ma sensu, żebyś włóczył się po nocy. Jeszcze się zabawimy. Wasze zdrowie, dziewczyny!

– Vessekheal – powiedziała Vea, salutując mu kubkiem. Tea mrugnęła i przeciągnęła się, przy czym atrakcyjny biust, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie rozsadził przodu jej koszuli.

– Zabawimy się. – Trzy Kawki przechylił się przez stół i klepnął Teę w tyłek. – Zabawimy się, wiedźminie. Hej, gospodarzu! Sam tu!

Oberżysta podbiegł żywo, wycierając ręce w fartuch.

– Balia znajdzie się u ciebie? Taka do prania, solidna i duża?

– Jak duża, panie?

– Na cztery osoby.

– Na... cztery... – Karczmarz otworzył usta.

– Na cztery – potwierdził Trzy Kawki, dobywając z kieszeni wypchany trzos.

– Znajdzie się. – Oberżysta oblizał wargi.

– Świetnie – zaśmiał się Borch. – Każ ją zanieść na górę, do mojej izby, i napełnić gorącą wodą. Duchem, kochasiu. I piwa też każ tam zanieść, ze trzy dzbanki.

Zerrikanki zachichotały i równocześnie mrugnęły.

– Którą wolisz? – spytał Trzy Kawki. – Hę? Geralt?

Wiedźmin podrapał się w potylicę.

– Wiem, że trudno wybrać – powiedzial Trzy Kawki ze zrozumieniem. – Sam czasami mam kłopoty. Dobra, zastanowimy się w balii. Hej, dziewczęta! Pomóżcie mi wejść na schody!

III

Na moście była zapora. Drogę zagradzała długa, solidna belka, osadzona na drewnianych kozłach. Przed nią i za nią stali halabardnicy w skórzanych, nabijanych guzami kurtach i kolczych kapturach. Nad zaporą ospale powiewała purpurowa chorągiew ze znakiem srebrnego gryfa.

– Co za czort? – zdziwił się Trzy Kawki, stępa podjeżdżając bliżej. – Nie ma przejazdu?

– Glejt jest? – spytał najbliższy halabardnik, nie wyjmując z ust patyka, który żuł, nie wiadomo, z głodu czy dla zabicia czasu.

– Jaki glejt? Co to, mór? A może wojna? Z czyjego rozkazu drogę blokujecie?

– Króla Niedamira, pana na Caingorn. – Strażnik przesunął patyk w przeciwległy kącik ust i wskazał na chorągiew. – Bez glejtu w góry nie lza.

– Idiotyzm jakiś – rzekł Geralt zmęczonym głosem. – To przecież nie Caingorn, ale Hołopolska Dziedzina. To Hołopole, nie Caingorn, ściąga myto z mostów na Braa. Co ma do tego Niedamir?

– Nie mnie pytajcie. – Strażnik wypluł patyk. – Nie moja rzecz. Mnie aby glejty sprawdzać. Chcecie, gadajcie z naszym dziesiętnikiem.

– A gdzie on?

– Tam, za mytnika sadybą, na słonku się grzeje – rzekł halabardnik, patrząc nie na Geralta, ale na gołe uda Zerrikanek, leniwie przeciągających się na kulbakach.

Za domkiem mytnika, na kupie wyschniętych bierwion, siedział strażnik, tylcem halabardy rysując na piasku niewiastę, a raczej jej fragment, widziany z nietuzinkowej perspektywy. Obok niego, trącając delikatnie struny lutni, półleżał szczupły mężczyzna w nasuniętym na oczy fantazyjnym kapelusiku w kolorze śliwki ozdobionym srebrną klamrą i długim, nerwowym czaplim piórem.

Geralt znał ten kapelusik i to pióro, słynne od Buiny po Jarugę, znane po dworach, kasztelach, zajazdach, oberżach i zamtuzach. Zwłaszcza zamtuzach.

– Jaskier!

– Wiedźmin Geralt! – Spod odsuniętego kapelusika spojrzały wesołe, modre oczy. – A to dopiero! I ty tutaj? Glejtu przypadkiem nie masz?

– Co wy wszyscy z tym glejtem? – Wiedźmin zeskoczył z siodła. – Co się tu dzieje, Jaskier? Chcieliśmy się przedostać na drugi brzeg Braa, ja i ten rycerz, Borch Trzy Kawki, i nasza eskorta. I nie możemy, jak się okazuje.

– Ja też nie mogę. – Jaskier wstał, zdjął kapelusik, ukłonił się Zerrikankom z przesadną dwornością. – Mnie też nie chcą przepuścić na drugi brzeg. Mnie, Jaskra, najsłynniejszego minstrela i poetę w promieniu tysiąca mil, nie przepuszcza ten tu dziesiętnik, chociaż też artysta, jak widzicie.

– Nikogo bez glejtu nie przepuszczę – rzekł dziesiętnik ponuro, po czym uzupełnił swój rysunek o finalny detal, dziobiąc końcem drzewca w piasek.

– No i obejdzie się – powiedział wiedźmin. – Pojedziemy lewym brzegiem. Do Hengfors tędy droga dłuższa, ale jak mus, to mus.

– Do Hengfors? – zdziwił się bard. – To ty, Geralt, nie za Niedamirem jedziesz? Nie za smokiem?

– Za jakim smokiem? – zainteresował się Trzy Kawki.

– Nie wiecie? Naprawdę nie wiecie? No, to muszę wam o wszystkim opowiedzieć, panowie. Ja i tak tu czekam, może będzie jechał ktoś z glejtem, kto mnie zna i pozwoli się przyłączyć. Siadajcie.

– Zaraz – rzekł Trzy Kawki. – Słońce prawie na trzy ćwierci do zenitu, a mnie suszy jak cholera. Nie będziemy gadać o suchym pysku. Tea, Vea, zawróćcie rysią do miasteczka i kupcie antałek.

– Podobacie mi się, panie...

– Borch, zwany Trzy Kawki.

– Jaskier, zwany Niezrównanym. Przez niektóre dziewczęta.

– Opowiadaj, Jaskier – zniecierpliwił się wiedźmin. – Nie będziemy tu sterczeć do wieczora.

Bard objął palcami gryf lutni, ostro uderzył po strunach.

– Jak wolicie, mową wiązaną czy normalnie?

– Normalnie.

– Proszę bardzo. – Jaskier nie odłożył lutni. – Posłuchajcie zatem, szlachetni panowie, co wydarzyło się tydzień temu nieopodal miasta wolnego, zwanego Hołopolem. Otóż, świtem bladym, ledwie co słonko wschodzące zaróżowiło wiszące nad łąkami całuny mgieł...

– Miało być normalnie – przypomniał Geralt.

– A nie jest? No, dobrze, dobrze. Rozumiem. Krótko, bez metafor. Na pastwiska pod Hołopolem przyleciał smok.

– Eeee – rzekł wiedźmin. – Coś mi się to nie widzi prawdopodobnym. Od lat nikt nie widział smoka w tych okolicach. Nie był to aby zwykły oszluzg? Zdarzają się oszluzgi prawie tak duże...

– Nie obrażaj mnie, wiedźminie. Wiem, co mówię. Widziałem go. Trzeba trafu, że akuratnie byłem w Hołopolu na jarmarku i widziałem wszystko na własne oczy. Ballada jest już gotowa, ale nie chcieliście...

– Opowiadaj. Duży był?

– Ze trzy końskie długości. W kłębie nie wyższy niż koń, ale dużo grubszy. Szary jak piach.

– Znaczy się, zielony.

– Tak. Przyleciał niespodziewanie, wpadł prosto w stado owiec, rozgonił pasterzy, utłukł z tuzin zwierząt, cztery zeżarł i odleciał.

– Odleciał... – Geralt pokiwał głową. – I koniec?

– Nie. Bo następnego ranka przyleciał znowu, tym razem bliżej miasteczka. Spikował na gromadę bab piorących bieliznę na brzegu Braa. Ale wiały, człowieku! W życiu się tak nie uśmiałem. Smok zaś zatoczył ze dwa koła nad Hołopolem i poleciał na pastwiska, tam znowu wziął się za owce. Wtedy dopiero zaczął się rozgardiasz i zamęt, bo poprzednio mało kto wierzył pastuchom. Burmistrz zmobilizował milicję miejską i cechy, ale zanim się sformowali, plebs wziął sprawę w swoje ręce i załatwił ją.

– Jak?

– Ciekawym, ludowym sposobem. Lokalny mistrz szewski, niejaki Kozojed, wymyślił sposób na gadzinę. Zabili owcę, napchali ją gęsto ciemierem, wilczymi jagodami, blekotem, siarką i szewską smołą. Dla pewności miejscowy aptekarz wlał do środka dwie kwarty swojej mikstury na czyraki, a kapłan ze świątyni Kreve odprawił modły nad ścierwem. Potem ustawili spreparowaną owieczkę pośrodku stada, podparłszy kołkiem. Nikt po prawdzie nie wierzył, że smoczysko da się skusić tym śmierdzącym na milę gównem, ale rzeczywistość przeszła nasze oczekiwania. Lekceważąc żywe i beczące owieczki, gad połknął przynętę razem z kołkiem.

– I co? Gadajże, Jaskier.

– A co ja robię innego? Przecie gadam. Słuchajcie, co było dalej. Nie minął czas, jaki wprawnemu mężczyźnie zajmuje rozsznurowanie damskiego gorsetu, gdy smok nagle zaczął ryczeć i puszczać dym, przodem i tyłem. Fikał kozły, próbował wzlatywać, potem oklapł i znieruchomiał. Dwójka ochotników wyruszyła, aby sprawdzić, czy struty gad dycha jeszcze. Byli nimi miejscowy grabarz i miejscowy półgłówek, spłodzony przez upośledzoną córkę drwala i pododdział najemnych pikinierów, który przeciągnął przez Hołopole jeszcze za czasów rokoszu wojewody Nurzyboba.

– Ależ ty łżesz, Jaskier.

– Nie łżę, tylko ubarwiam, a to jest różnica.

– Niewielka. Opowiadaj, szkoda czasu.

– A więc, jak mówiłem, grabarz i mężny idiota wyruszyli w charakterze szperaczy. Usypaliśmy im potem mały, ale cieszący oko kurhanik.

– Aha – powiedział Borch. – Znaczy się, smok jeszcze żył.

– A jak – rzekł wesoło Jaskier. – Żył. Ale był tak słaby, że nie zeżarł ani grabarza, ani matołka, tyle że zlizał krew. A potem, ku ogólnemu zmartwieniu, odleciał, wystartowawszy w niemałym trudzie. Co półtorasta łokci spadał z łoskotem, zrywał się znowu. Chwilami szedł, powłócząc tylnymi nogami. Co śmielsi poszli za nim, utrzymując kontakt wzrokowy. I wiecie, co?

– Mów, Jaskier.

– Smok zapadł w wąwozy w Pustulskich Górach, w okolicach źródeł Braa, i skrył się w tamtejszych jaskiniach.

– Teraz wszystko jest jasne – powiedział Geralt. – Smok prawdopodobnie był w tych jaskiniach od stuleci, pogrążony w letargu. Słyszałem o takich wypadkach. I tam też musi być jego skarbiec. Teraz wiem, czemu blokują most. Ktoś chce na tym skarbcu położyć łapę. A ten ktoś to Niedamir z Caingorn.

– Dokładnie – potwierdził trubadur. – Całe Hołopole aż gotuje się zresztą z tego powodu, bo uważa się tam, że smok i skarbiec należą do nich. Ale wahają się zadrzeć z Niedamirem. Niedamir to szczeniak, który jeszcze się nie zaczął golić, ale już zdążył udowodnić, że nie opłaca się z nim zadzierać. A na tym smoku zależy mu jak diabli, dlatego tak prędko zareagował.

– Zależy mu na skarbcu, chciałeś powiedzieć.

– Właśnie że bardziej na smoku niż na skarbcu. Bo, widzicie, Niedamir ostrzy sobie zęby na sąsiednie księstwo Malleore. Tam, po nagłym a dziwnym zgonie księcia, została księżniczka w wieku, że się tak wyrażę, łożnicowym. Wielmoże z Malleore niechętnie patrzą na Niedamira i innych konkurentów, bo wiedzą, że nowy władca ostro ściągnie im wędzidło, nie to, co smarkata księżniczka. Odgrzebali więc gdzieś starą i zakurzoną przepowiednię mówiącą, że mitra i ręka dziewuszki należą się temu, kto pokona smoka. Ponieważ smoka nikt nie widział tutaj od wieków, myśleli, że mają spokój. Niedamir oczywiście obśmiał się z legendy, wziąłby Malleore zbrojną ręką i tyle, ale gdy gruchnęła wieść o hołopolskim smoku, zorientował się, że może pobić malleorską szlachtę ich własną bronią. Gdyby zjawił się tam, niosąc smoczy łeb, lud powitałby go jak monarchę zesłanego przez bogów, a wielmoże nie śmieliby nawet pisnąć. Dziwicie się więc, że pognał za smokiem jak kot z pęcherzem? Zwłaszcza za takim, co ledwo nogami powłóczy? To dla niego czysta gratka, uśmiech losu, psiakrew.

– A drogi zagrodził przed konkurencją.

– No chyba. I przed Hołopolanami. Z tym, że po całej okolicy rozesłał konnych z glejtami. Dla tych, którzy mają tego smoka zabić, bo Niedamir nie pali się, żeby osobiście wejść do jaskini z mieczem. Ściągnięto migiem co sławniejszych smokobójców. Większość chyba znasz, Geralt.

– Możliwe. Kto przyjechał?

– Eyck z Denesle, to raz.

– Niech to... – wiedźmin zagwizdał cichutko. – Bogobojny i cnotliwy Eyck, rycerz bez skazy i zmazy, we własnej osobie.

– Znasz go, Geralt? – spytał Borch. – Rzeczywiście taki pies na smoki?

– Nie tylko na smoki. Eyck radzi sobie z każdym potworem. Zabijał nawet mantikory i gryfy. Kilka smoków też załatwił, słyszałem o tym. Jest dobry. Ale psuje mi interesy, łobuz, bo nie bierze pieniędzy. Kto jeszcze, Jaskier?

– Rębacze z Crinfrid.

– No, to już po smoku. Nawet jeśli ozdrowiał. Ta trójka to zgrana banda, walczą niezbyt czysto, ale skutecznie. Wybili wszystkie oszluzgi i widłogony w Redanii, a przy okazji padły trzy smoki czerwone i jeden czarny, a to już jest coś. To wszyscy?

– Nie. Dołączyła jeszcze szóstka krasnoludów. Pięciu brodaczy, którymi komenderuje Yarpen Zigrin.

– Nie znam go.

– Ale o smoku Ocviście z Kwarcowej Góry słyszałeś?

– Słyszałem. I widziałem kamienie, pochodzące z jego skarbca. Były tam szafiry o niespotykanej barwie i diamenty wielkie jak czereśnie.

– No, to wiedz, że właśnie Yarpen Zigrin i jego krasnoludy załatwiły Ocvista. Była o tym ułożona ballada, ale nędzna, bo nie moja. Jeśli nie słyszałeś, nie straciłeś.

– To wszyscy?

– Tak. Nie licząc ciebie. Twierdziłeś, że nie wiesz o smoku, kto wie, może to i prawda. Ale teraz już wiesz. I co?

– I nic. Nie interesuje mnie ten smok.

– Ha! Chytrze, Geralt. Bo i tak nie masz glejtu.

– Nie interesuje mnie ten smok, powtarzam. A co z tobą, Jaskier? Co ciebie tak ciągnie w tamtą stronę?

– Normalnie. – Trubadur wzruszył ramionami. – Trzeba być blisko wydarzeń i atrakcji. O walce z tym smokiem będzie głośno. Pewnie, mógłbym ułożyć balladę na podstawie opowieści, ale inaczej będzie brzmiała śpiewana przez kogoś, kto widział bój na własne oczy.

– Bój? – zaśmiał się Trzy Kawki. – Chyba coś w rodzaju świniobicia albo ćwiartowania ścierwa. Słucham i z podziwu wyjść nie mogę. Sławni wojownicy, którzy pędzą tu, co koń wyskoczy, żeby dorżnąć półzdechłego smoka otrutego przez jakiegoś chama. Śmiać się chce i rzygać.

– Mylisz się – rzekł Geralt. – Jeżeli smok nie padł od trucizny na miejscu, to jego organizm zapewne już ją zwalczył i bestia jest w pełni sił. Nie ma to zresztą wielkiego znaczenia. Rębacze z Crinfrid i tak go zabiją, ale bez boju, jeśli chcesz wiedzieć, nie obędzie się.

– Stawiasz więc na Rębaczy, Geralt?

– Jasne.

– Akurat – odezwał się milczący do tej chwili strażnik artysta. – Smoczysko to stwór magiczny i nie ubić go inaczej, jak czarami. Jeżeli ktoś da mu rady, to ta czarownica, która przejechała tędy wczoraj.

– Kto? – Geralt przechylił głowę.

– Czarodziejka – powtórzył strażnik. – Przecie mówię.

– Imię podała?

– Podała, alem zapomniał. Miała glejt. Młoda była, urodziwa, na swój sposób, ale te oczy... Wiecie sami, panie. Zimno się człekowi robi, gdy taka spojrzy.

– Wiesz coś o tym, Jaskier? Kto to może być?

– Nie – skrzywił się bard. – Młoda, urodziwa i te oczy. Też mi wskazówka. Wszystkie takie są. Żadna, którą znam, a znam wiele, nie wygląda na więcej niż dwadzieścia pięć, trzydzieści, a niektóre, słyszałem, pamiętają czasy, gdy bór szumiał tam, gdzie dzisiaj stoi Novigrad. W końcu od czego są eliksiry z mandragory? A oczy sobie również mandragorą zakraplają, żeby błyszczały. Jak to baby.

– Ruda nie była? – spytał wiedźmin.

– Nie, panie – rzekł dziesiętnik. – Czarniutka.

– A koń, jakiej maści? Kasztan z białą gwiazdką?

– Nie. Kary, jak ona. Ano, panowie, mówię wam, ona smoka ubije. Smok to robota dla czarodzieja. Ludzka moc przeciw niemu nie podoła.

– Ciekawe, co by na to powiedział szewc Kozojed – zaśmiał się Jaskier. – Gdyby miał pod ręką coś mocniejszego niż ciemier i wilcza jagoda, smocza skóra suszyłaby się dziś na hołopolskim ostrokole, ballada byłaby gotowa, a ja nie płowiałbym tu na słońcu...

– Jak to się stało, że Niedamir nie wziął cię ze sobą? – spytał Geralt, koso spoglądając na poetę. – Przecież byłeś w Hołopolu, gdy wyruszał. Czyżby król nie lubił artystów? Co sprawiło, że tu płowiejesz, zamiast przygrywać u królewskiego strzemienia?

– Sprawiła to pewna młoda wdowa – rzekł ponuro Jaskier. – Cholera by to wzięła. Zabradziażyłem, a na drugi dzień Niedamir i reszta byli już za rzeką. Wzięli ze sobą nawet tego Kozojeda i zwiadowców z hołopolskiej milicji, tylko o mnie zapomnieli. Tłumaczę to dziesiętnikowi, a on swoje...

– Jest glejt, puszczam – rzekł beznamiętnie halabardnik, odlewając się na ścianę domku mytnika. – Nie ma glejtu, nie puszczam. Rozkaz taki...

– O – przerwał mu Trzy Kawki. – Dziewczęta wracają z piwem.

– I nie same – dodał Jaskier, wstając. – Patrzcie, jaki koń. Jak smok.

Od strony brzozowego lasku nadjeżdżały cwałem Zerrikanki, flankując jeźdźca siedzącego na wielkim, bojowym, niespokojnym ogierze.

Wiedźmin wstał również.

Jeździec nosił fioletowy, aksamitny kaftan ze srebrnym szamerunkiem i krótki płaszcz, obszyty sobolowym futrem. Wyprostowany w siodle, patrzył na nich dumnie. Geralt znał takie spojrzenia. I nie przepadał za nimi.

– Witam panów. Jestem Dorregaray – przedstawił się jeździec, zsiadając powoli i godnie. – Mistrz Dorregaray. Czarnoksiężnik.

– Mistrz Geralt. Wiedźmin.

– Mistrz Jaskier. Poeta.

– Borch, zwany Trzy Kawki. A moje dziewczęta, które tam oto wyciągają szpunt z antałka, już poznałeś, panie Dorregaray.

– Tak jest, w rzeczy samej – rzekł czarodziej bez uśmiechu. – Wymieniliśmy ukłony, ja i piękne wojowniczki z Zerrikanii.

– No, to na zdrowie. – Jaskier rozdał skórzane kubki przyniesione przez Veę. – Napijcie się z nami, panie czarodzieju. Panie Borch, dziesiętnikowi też dać?

– Jasne. Chodź tu do nas, wojaku.

– Sądzę – rzekł czarnoksiężnik, upiwszy mały, dystyngowany łyk – że pod zaporę na moście sprowadza panów ten sam cel, co i mnie?

– Jeśli macie na myśli smoka, panie Dorregaray – powiedział Jaskier – to tak jest, w samej rzeczy. Chcę tam być i ułożyć balladę. Niestety, ten tu dziesiętnik, człek widać bez ogłady, nie chce mnie przepuścić. Żąda glejtu.

– Upraszam wybaczenia. – Halabardnik wypił swoje piwo, zamlaskał. – Mam przykazane pod gardłem, nikogo bez glejtu nie puszczać. A podobno całe Hołopole już się zebrało z wozami i chce ruszyć w góry za smokiem. Mam nakazane...

– Twój rozkaz, żołnierzu – zmarszczył brwi Dorregaray – tyczy się tedy motłochu, mogącego zawadzać, dziewek, mogących szerzyć rozpustę i paskudną niemoc, złodziei, szumowin i hultajstwa. Ale nie mnie.

– Nikogo bez glejtu nie przepuszczę – nasrożył się dziesiętnik. – Klnę się...

– Nie klnij się – przerwał mu Trzy Kawki. – Lepiej się jeszcze napij. Tea, nalej temu mężnemu wojakowi. I usiądźmy, panowie. Picie na stojąco, szybko i bez należytego namaszczenia nie przystoi szlachcie.

Usiedli na balach dookoła antałka. Halabardnik, świeżutko pasowany na szlachcica, kraśniał z zadowolenia.

– Pij, dzielny setniku – ponaglał Trzy Kawki.

– Dziesiętnik aby jestem, nie setnik. – Halabardnik jeszcze bardziej pokraśniał.

– Ale będziesz setnik, musowo. – Borch wyszczerzył zęby. – Chłop z ciebie łebski, migiem awansujesz.

Dorregaray, odmawiając dolewki, odwrócił się w stronę Geralta.

– W miasteczku jeszcze głośno o bazyliszku, mości wiedźminie, a ty już za smokiem się rozglądasz, jak widzę – powiedział cicho. – Ciekawe, aż tak potrzebna ci gotówka, czy też dla czystej przyjemności mordujesz stworzenia zagrożone wymarciem?

– Dziwna ciekawość – odrzekł Geralt – ze strony kogoś, kto na łeb, na szyję gna, by zdążyć na szlachtowanie smoka, by wybić mu zęby, tak przecież cenne przy wyrobie czarodziejskich leków i eliksirów. Czy to prawda, mości czarodzieju, że te wybite żywemu smokowi są najlepsze?

– Jesteś pewien, że po to tam jadę?

– Jestem. Ale już cię ktoś wyprzedził, Dorregaray. Przed tobą już zdążyła przejechać twoja konfraterka z glejtem, którego ty nie masz. Czarnowłosa, o ile cię to interesuje.

– Na karym koniu?

– Podobno.

– Yennefer – powiedział Dorregaray, zasępiony. Wiedźmin drgnął niezauważalnie dla nikogo.

Zapadła cisza, którą przerwało beknięcie przyszłego setnika.

– Nikogo... bez glejtu...

– Dwieście lintarów wystarczy? – Geralt spokojnie wyciągnął z kieszeni sakiewkę otrzymaną od grubego wójta.

– Geralt – uśmiechnął się zagadkowo Trzy Kawki – więc jednak...

– Przepraszam cię, Borch. Przykro mi, nie pojadę z wami do Hengfors. Może innym razem. Może się jeszcze spotkamy.

– Nic mnie nie ciągnie do Hengfors – rzekł wolno Trzy Kawki. – Nic a nic, Geralt.

– Schowajcie ten mieszek, panie – rzekł groźnie przyszły setnik. – To zwykłe przekupstwo. Ani za trzysta nie przepuszczę.

– A za pięćset? – Borch wyjął swoją sakiewkę. – Schowaj mieszek, Geralt. Ja zapłacę myto. Zaczęło mnie to bawić. Pięćset, panie żołnierzu. Po sto od sztuki, licząc moje dziewczęta za jedną piękną sztukę. Co?

– Ojej, jej, jej – zafrasował się przyszły setnik, chowając pod kurtę sakiewkę Borcha. – Co ja królowi powiem?

– Powiesz mu – rzekł Dorregaray, prostując się i wyjmując zza pasa ozdobną różdżkę ze słoniowej kości – że strach cię obleciał, gdy popatrzyłeś.

– Na co, panie?

Czarodziej skinął różdżką, krzyknął zaklęcie. Sosna rosnąca na nadrzecznej skarpie eksplodowała ogniem, cała, w jednym momencie, od ziemi aż po wierzchołek pokryła się szalejącymi płomieniami.

– Na koń! – Jaskier, zrywając się, zarzucił lutnię na plecy. – Na koń, panowie! I panie!

– Zaporę precz! – wrzasnął do halabardników bogaty dziesiętnik, mający wielkie szanse zostać setnikiem.

Na moście, za zaporą, Vea ściągnęła wodze, koń zatańczył, zadudnił kopytami po balach. Dziewczyna, miotając warkoczami, krzyknęła przeszywająco.

– Słusznie, Vea! – odkrzyknął Trzy Kawki. – Dalej, waszmościowie, po koniach! Pojedziemy po zerrikańsku, z łomotem i świstem!

IV

– No i patrzcie – rzekł najstarszy z Rębaczy, Boholt, ogromny i zwalisty niczym pień starego dębu. – Niedamir nie przegnał was na cztery wiatry, proszę waszmości, chociaż pewien byłem, że tak właśnie zrobi. Cóż, nie nam, chudopachołkom, kwestionować królewskie decyzje. Zapraszamy do ogniska. Mośćcie sobie legowiska, chłopcy. A tak między nami, wiedźminie, to o czym z królem gadałeś?

– O niczym – powiedział Geralt, wygodniej opierając plecy o podciągnięte w stronę ognia siodło. – Nawet do nas nie wyszedł z namiotu. Wysłał tylko tego swojego totumfackiego, jak mu tam...

– Gyllenstiern – podpowiedział Yarpen Zigrin, krępy, brodaty krasnolud, wtaczając w ogień olbrzymi, smolny karcz przytaszczony z zarośli. – Nadęty bubek. Wieprz opasły. Jakeśmy dołączyli, to przyszedł, nos zadarł po same chmury, phu-phu, pamiętajcie, rzecze, krasnoludy, przy kim tu komenda, komu tu posłuch należny, tu król Niedamir rozkazuje, a jego słowo to prawo i tak dalej. Stałem i słuchałem, i myślałem sobie, że każę go swoim chłopakom obalić na ziemię i obszczam mu płaszcz. Alem poniechał, wiecie, znowu by hyr poszedł, że krasnoludy złośliwe, że agresywne, że sukinsyny i że niemożliwa jest... jak to się nazywa, cholera... kołogzystencja, czy jak tam. I zaraz znowu byłby gdzieś pogrom, w jakimś miasteczku. Słuchałem tedy grzecznie, głową kiwałem.

– Wychodzi na to, że pan Gyllenstiern nic innego nie umie – powiedział Geralt. – Bo i nam to samo powiedział, i też przyszło nam kiwać głowami.

– A po mojemu – odezwał się drugi z Rębaczy, układając derkę na kupie chrustu – źle się stało, że was Niedamir nie przegnał. Ludu ciągnie na tego smoka, aż strach. Całe mrowie. To już nie wyprawa, a kondukt na żalnik. Ja tam w tłoku bić się nie lubię.

– Daj spokój, Niszczuka – powiedział Boholt. – W kupie wędrować raźniej. Cóżeś to, nigdy na smoki nie chadzał? Zawsze za smokiem ćma ludu ciągnie, jarmark cały, istny zamtuz na kółkach. Ale gdy się gad pokaże, to wiesz, kto w polu zostaje. My, nie kto inny.

Boholt zamilkł na chwilę, pociągnął solidnie z wielkiego, oplecionego wikliną gąsiora, hałaśliwie smarknął, odkaszlnął.

– Inna rzecz – ciągnął – że praktyka pokazuje, iż nieraz dopiero po zabiciu smoka zaczyna się uciecha i rzeźba, i lecą głowy niby gruchy. Dopiero gdy skarbiec się dzieli, myśliwi skaczą sobie do oczu. Co, Geralt? Hę? Mam rację? Wiedźminie, mówię do ciebie.

– Znane mi są takie wypadki – potwierdził Geralt sucho.

– Znane, powiadasz. Zapewne ze słyszenia, bo nie obiło mi się o uszy, byś kiedyś na smoki polował. Jak długo żyję, nie słyszałem, by wiedźmin na smoki chodził. Tym dziwniejsze, żeś się tu zjawił.

– Prawda – wycedził Kennet, zwany Zdzieblarzem, najmłodszy z Rębaczy. – Dziwne to jest. A my...

– Zaczekaj, Zdzieblarz. Ja teraz mówię – przerwał mu Boholt. – Zresztą długo gadać nie zamierzam. Wiedźmin i tak już wie, o co mi idzie. Ja jego znam i on mnie zna, do tej pory w drogę sobie nie właziliśmy i dalej chyba nie będziemy. No, bo zauważcie, chłopaki, że gdybym ja, dla przykładu, wiedźminowi chciał w robocie przeszkadzać albo łup sprzed nosa zachachmęcić, to przecież wiedźmin z miejsca by mnie swoją wiedźmińską brzytwą chlasnął i w prawie byłby. Mam rację?

Nikt nie potwierdził ani też nie zaprzeczył. Nie wyglądało, by Boholtowi specjalnie zależało na jednym lub drugim.

– Ano – ciągnął – w kupie wędrować raźniej, jakem rzekł. I wiedźmin może się w kompanii przydać. Okolica dzika i odludna, niech tak wyskoczy na nas przeraza albo żyrytwa, albo strzyga, może nam kłopotu narobić. A będzie Geralt w okolicy, nie będzie kłopotu, bo to jego specjalność. Ale smok to nie jego specjalność. Prawda?

Znowu nikt nie potwierdził i nikt nie zaprzeczył.

– Pan Trzy Kawki – ciągnął Boholt, podając gąsiorek krasnoludowi – jest z Geraltem i to mi wystarczy za rękojmię. To kto wam przeszkadza, Niszczuka, Zdzieblarz? Chyba nie Jaskier?

– Jaskier – rzekł Yarpen Zigrin, podając bardowi gąsiorek – zawsze się przyplącze, gdzie się coś ciekawego dzieje, i wszyscy wiedzą, że nie przeszkodzi, nie pomoże i marszu nie opóźni. Coś, jakby rzep na psim chwoście. Nie, chłopcy?

„Chłopcy”, brodate i kwadratowe krasnoludy, zarechotali, trzęsąc brodami. Jaskier odsunął kapelusik na tył głowy i łyknął z gąsiorka.

– Ooooch, zaraza – stęknął, łapiąc powietrze. – Aż głos odejmuje. Z czego to pędzone, ze skorpionów?

– Jedno mi się nie podoba, Geralt – powiedział Zdzieblarz, przejmując naczynie od minstrela. – To, żeś tego czarownika tu przywiódł. Tu się już od czarowników gęsto robi.

– Prawda – wpadł mu w słowo krasnolud. – Zdzieblarz słusznie prawi. Ten Dorregaray potrzebny nam tu jak świniakowi siodło. Mamy już od niedawna naszą własną wiedźmę, szlachetną Yennefer, tfu, tfu.

– Taak – rzekł Boholt, drapiąc się w byczy kark, z którego przed chwilą odpiął skórzaną obrożę najeżoną stalowymi ćwiekami. – Czarowników to tu jest za dużo, proszę waszmości. Dokładnie o dwoje za dużo. I za bardzo oni do naszego Niedamira przylgnęli. Popatrzcie tylko, my tu pod gwiazdeczkami, dookoła ognia, a oni, proszę waszmości, w cieple, w królewskim namiocie knują już, chytre liszki, Niedamir, wiedźma, czarownik i Gyllenstiern. A Yennefer najgorsza. A powiedzieć wam, co oni knują? Jak nas wydudkać, ot co.

– I sarninę żrą – wtrącił ponuro Zdzieblarz. – A my cośmy jedli? Świstaka! A świstak, pytam, co jest? Szczur, nic innego. To co my jedli? Szczura!

– Nic to – rzekł Niszczuka. – Niedługo smoczego ogona popróbujemy. Nie ma to jak smoczy ogon, pieczony na węglach.

– Yennefer – ciągnął Boholt – jest paskudna, złośliwa i pyskata baba. Nie to, co twoje dziewuszki, panie Borch. Te ciche są i miłe, o, popatrzcie, siadły koło koni, szable ostrzą, a przechodziłem obok, zagadnąłem dowcipnie, uśmiechnęły się, wyszczerzyły ząbki. Tak, im rad jestem, nie to, co Yennefer, ta knuje a knuje. Mówię wam, trzeba uważać, bo łajno będzie z naszej umowy.

– Jakiej umowy, Boholt?

– Co, Yarpen, powiemy wiedźminowi?

– Nie widzę przeciwwskazań – rzekł krasnolud.

– Gorzałki już nie ma – wtrącił Zdzieblarz, obracając gąsiorek dnem do góry.

– To przynieś. Najmłodszy jesteś, proszę waszmości. A umowę, Geralt, to my umyśliliśmy, bo my nie jesteśmy najemnicy ani żadne tam płatne pachołki, i nie będzie nas Niedamir na smoka posyłał, rzucając parę sztuk złota pod nogi. Prawda jest taka, że my poradzimy sobie ze smokiem bez Niedamira, a Niedamir bez nas sobie nie poradzi. A z tego jasno wynika, kto wart więcej i czyja dola większa być powinna. I postawiliśmy sprawę uczciwie: ci, którzy w ręczny bój pójdą i smoka położą, biorą połowę skarbca. Niedamir, z racji na urodzenie i tytuł, bierze ćwierć, tak czy inaczej. A reszta, o ile będzie pomagać, podzieli pozostałą ćwierć między siebie, po równo. Co o tym myślisz?

– A co o tym Niedamir myśli?

– Nie powiedział ani tak, ani nie. Ale lepiej niech się nie stawia, chłystek. Mówiłem, sam przeciw smokowi nie pójdzie, musi zdać się na fachowców, to znaczy na nas, Rębaczy, i na Yarpena i jego chłopaków. My, nie kto inny, spotkamy smoka na długość miecza. Reszta, w tym i czarodzieje, jeśli uczciwie dopomoże, podzieli między siebie ćwiartkę skarbca.

– Oprócz czarodziejów, kogo wliczacie do tej reszty? – zaciekawił się Jaskier.

– Na pewno nie grajków i wierszokletów – zarechotał Yarpen Zigrin. – Wliczamy tych, co popracują toporem, a nie lutnią.

– Aha – rzekł Trzy Kawki, patrząc w rozgwieżdżone niebo. – A czym popracuje szewc Kozojed i jego hałastra?

Yarpen Zigrin splunął w ognisko, mrucząc coś po krasnoludzku.

– Milicja z Hołopola zna te zasrane góry i robi za przewodników – rzekł cicho Boholt – toteż sprawiedliwie będzie dopuścić ich do podziału. Z szewcem jednak jest trochę inna sprawa. Widzicie, niedobrze będzie, jak chamstwo nabierze przekonania, że gdy się smok w okolicy pokaże, to zamiast słać po zawodowców, można mu mimochodem trutkę zadać i dalej z dziewkami gzić się we zbożu. Jak się taki proceder rozpowszechni, to chyba na żebry przyjdzie nam pójść. Co?

– Prawda – dodał Yarpen. – Dlatego, mówię wam, tego szewca coś niedobrego powinno przypadkowo spotkać, zanim, chędożony, do legendy trafi.

– Ma spotkać, to i spotka – rzekł Niszczuka z przekonaniem. – Zostawcie to mnie.

– A Jaskier – podchwycił krasnolud – rzyć mu w balladzie obrobi, na śmiech poda. Żeby mu była hańba i srom, na wieki wieków.

– O jednym zapomnieliście – powiedział Geralt. – Jest tu taki jeden, który może wam pomieszać szyki. Który na żadne podziały ani umowy nie pójdzie. Mówię o Eycku z Denesle. Rozmawialiście z nim?

– O czym? – zgrzytnął Boholt, drągiem poprawiając polana w ognisku. – Z Eyckiem, Geralt, nie pogadasz. On nie zna się na interesach.

– Jak podjeżdżaliśmy pod wasz obóz – powiedział Trzy Kawki – spotkaliśmy go. Klęczał na kamieniach, w pełnej zbroi, i gapił się w niebo.

– On tak cięgiem czyni – rzekł Zdzieblarz. – Medytuje albo modły odprawia. Powiada, że tak trzeba, bo on od bogów ma rozkazane ludzi od złego ochraniać.

– U nas, w Crinfrid – mruknął Boholt – trzyma się takich w obórce, na łańcuchu, i daje kawałek węgla, wtedy oni na ścianach cudności malują. Ale dość tu będzie o bliźnich plotkować, o interesach gadajmy.

W krąg światła weszła bezszelestnie niewysoka młoda kobieta o czarnych włosach opiętych złotą siateczką, owinięta wełnianym płaszczem.

– Co tu tak śmierdzi? – zapytał Yarpen Zigrin, udając, że jej nie widzi. – Nie siarka aby?

– Nie. – Boholt, patrząc w bok, demonstracyjnie pociągnął nosem. – To piżmo albo inne pachnidło.

– Nie, to chyba... – Krasnolud wykrzywił się. – Ach! Toż to wielmożna pani Yennefer! Witamy, witamy.

Czarodziejka powoli powiodła wzrokiem po zebranych, na chwilę zatrzymała na wiedźminie błyszczące oczy. Geralt uśmiechnął się lekko.

– Pozwolicie się przysiąść?

– Ależ oczywiście, dobrodziejko nasza – powiedział Boholt i czknął. – Siadajcie o tu, na kulbace. Rusz rzyć, Kennet, i podaj jaśnie czarodziejce kulbakę.

– Panowie tu o interesach, jak słyszę. – Yennefer usiadła, wyciągając przed siebie zgrabne nogi w czarnych pończochach. – Beze mnie?

– Nie śmieliśmy – rzekł Yarpen Zigrin – niepokoić tak ważnej osoby.

– Ty, Yarpen – Yennefer zmrużyła oczy, obracając głowę w stronę krasnoluda – lepiej milcz. Od pierwszego dnia ostentacyjnie traktujesz mnie jak powietrze, więc rób tak dalej, nie przeszkadzaj sobie. Bo mnie to również nie przeszkadza.

– Co też wy, pani. – Yarpen pokazał w uśmiechu nierówne zęby. – Niech mnie kleszcze oblezą, jeśli nie traktuję was lepiej niż powietrze. Powietrze, dla przykładu, zdarza mi się zepsuć, na co wobec was nie ośmieliłbym się żadną miarą.

Brodaci „chłopcy” zaryczeli gromkim śmiechem, ale ucichli natychmiast na widok sinej poświaty, jaka nagle otoczyła czarodziejkę.

– Jeszcze jedno słowo i z ciebie zostanie zepsute powietrze, Yarpen – powiedziała Yennefer głosem, w którym dźwięczał metal. – I czarna plama na trawie.

– W rzeczy samej – Boholt chrząknął, rozładowując ciszę, jaka zapadła. – Milcz, Zigrin. Posłuchamy, co ma nam do powiedzenia pani Yennefer. Użaliła się dopiero co, że bez niej o interesach mówimy. Z tego wnoszę, że ma dla nas jakąś propozycję. Posłuchajmy, proszę waszmości, co to za propozycja. Byle tylko nie proponowała nam, że sama, czarami, ukatrupi smoka.

– A co? – Yennefer uniosła głowę. – Uważasz, że to niemożliwe, Boholt?

– Może i możliwe. Ale dla nas nieopłacalne, bo pewnie zażądalibyście wówczas połowy smoczego skarbca.

– Co najmniej – rzekła zimno czarodziejka.

– No, to sami widzicie, że to dla nas żaden interes. My, pani, jesteśmy biedni wojownicy, jeśli łup nam koło nosa przejdzie, to głód w oczy zagląda. My szczawiem i lebiodą się żywimy...

– Od święta tylko czasem świstak się trafi – wtrącił Yarpen Zigrin smutnym głosem.

– ...wodą kryniczną popijamy. – Boholt golnął sobie z gąsiorka i otrząsnął się z lekka. – Dla nas, pani Yennefer, wyjścia nie ma. Albo łup, albo w zimie pod płotem zamarznąć. A gospody kosztują.

– I piwo – dodał Niszczuka.

– I dziewki wszeteczne – rozmarzył się Zdzieblarz.

– Dlatego – Boholt popatrzył w niebo – sami, bez czarów i bez waszej pomocy, smoka ubijemy.

– Takiś pewien? Pamiętaj, że są granice możliwości, Boholt.

– Może i są, nigdy nie spotkałem. Nie, pani. Powtarzam, sami smoka ubijemy, bez żadnych czarów.

– Zwłaszcza – dodał Yarpen Zigrin – że czary też pewnikiem mają swoje granice możliwości, których, przeciwnie do naszych, nie znamy.

– Sam na to wpadłeś – spytała wolno Yennefer – czy ktoś ci to podpowiedział? Czy to nie obecność wiedźmina w tym zacnym gronie pozwala wam na takie zadufanie?

– Nie – rzekł Boholt, patrząc na Geralta, który zdawał się drzemać, leniwie wyciągnięty na derce, z siodłem pod głową. – Wiedźmin nic do tego nie ma. Posłuchajcie, wielmożna Yennefer. Złożyliśmy królowi propozycję, nie zaszczycił nas odpowiedzią. Myśmy cierpliwi, do rana zaczekamy. Jeśli król ugodę przybije, jedziemy dalej razem. Jeśli nie, my wracamy.

– My też – warknął krasnolud.

– Targów żadnych nie będzie – kontynuował Boholt. – Albo wóz, albo przewóz. Powtórzcie nasze słowa Niedamirowi, pani Yennefer. A wam to powiem: ugoda dobra też dla was i dla Dorregaraya, o ile się z nim dogadacie. Nam, zważcie, smocze ścierwo niepotrzebne, jeno ogon weźmiemy. A reszta wasza będzie, tylko brać-wybierać. Nie poskąpimy wam ni zębów, ni mózgu, niczego, co wam potrzebne do czarodziejstwa.

– Oczywista – dodał Yarpen Zigrin, chichocząc. – Padlina będzie dla was, czarodziejów, nikt wam jej nie zabierze. Chyba że inne sępy.

Yennefer wstała, zarzucając płaszcz na ramię.

– Niedamir nie będzie czekał do rana – powiedziała ostro. – Zgadza się na wasze warunki już teraz. Wbrew, wiedzcie to, radzie mojej i Dorregaraya.

– Niedamir – wycedził powoli Boholt – objawia mądrość, która zadziwia u tak młodego króla. Bo dla mnie, pani Yennefer, mądrość to między innymi umiejętność puszczania mimo uszu głupich lub nieszczerych rad.

Yarpen Zigrin parsknął w brodę.

– Inaczej zaśpiewacie – czarodziejka wzięła się pod boki – gdy jutro smok was pochlasta, podziurawi i potrzaska piszczele. Będziecie mi buty lizać i skamleć o pomoc. Jak zwykle. Jak ja was dobrze znam, jak dobrze znam takich, jak wy. Do mdłości was znam.

Odwróciła się, odeszła w mrok, bez słowa pożegnania.

– Za moich czasów – rzekł Yarpen Zigrin – czarownicy siedzieli w wieżach, czytali uczone księgi i mieszali kopyścią w tyglach. Nie plątali się wojownikom pod nogami, nie wtrącali się w nasze sprawy. I nie kręcili tyłkiem przed oczami chłopów.

– Tyłek, szczerze rzekłszy, niczego sobie – powiedział Jaskier, strojąc lutnię. – Co, Geralt? Geralt? Hej, gdzie podział się wiedźmin?

– A co nas to obchodzi? – mruknął Boholt, dorzucając drewna do ognia. – Poszedł. Może za potrzebą, proszę waszmości. Jego rzecz.

– Pewnie – zgodził się bard i uderzył dłonią po strunach. – Zaśpiewać wam coś?

– A zaśpiewaj, cholera – powiedział Yarpen Zigrin i splunął. – Ale nie myśl, Jaskier, że dam ci za twoje beczenie choć szeląga. Tu, chłopie, nie królewski dwór.

– To widać – kiwnął głową trubadur.

V

– Yennefer.

Odwróciła się, jak gdyby zaskoczona, chociaż wiedźmin nie wątpił, że już z daleka słyszała jego kroki. Postawiła na ziemi drewniany ceberek, wyprostowała się, odgarnęła z czoła włosy wyzwolone spod złotej siateczki, krętymi lokami spadające na ramiona.

– Geralt.

Jak zwykle, nosiła tylko dwa kolory. Swoje kolory – czerń i biel. Czarne włosy, czarne, długie rzęsy każące zgadywać skryty pod nimi kolor oczu. Czarna spódnica, czarny krótki kaftanik z białym futrzanym kołnierzem. Biała koszula z najcieńszego lnu. Na szyi czarna aksamitka ozdobiona usianą diamencikami gwiazdą z obsydianu.

– Nic się nie zmieniłaś.

– Ty też nie – skrzywiła wargi. – I w obu wypadkach jest to równie normalne. Lub, jak wolisz, równie nienormalne. W każdym razie napomykanie o tym, choć może i stanowi niezły sposób na rozpoczęcie rozmowy, jest bezsensowne. Prawda?

– Prawda. – Kiwnął głową, patrząc w bok, w stronę namiotu Niedamira i ognisk królewskich łuczników przysłoniętych ciemnymi sylwetkami furgonów. Od strony dalszego ogniska dobiegał dźwięczny głos Jaskra śpiewającego „Gwiazdy nad traktem”, jedną ze swych najbardziej udanych ballad miłosnych.

– Cóż, wstęp mamy zatem już za sobą – rzekła czarodziejka. – Słucham, co dalej.

– Widzisz, Yennefer...

– Widzę – przerwała ostro. – Ale nie rozumiem. Po co tutaj przyjechałeś, Geralt? Przecież nie z powodu smoka? Chyba pod tym względem nic się nie zmieniło?

– Nie. Nic się nie zmieniło.

– Po co więc, pytam, dołączyłeś do nas?

– Jeśli ci powiem, że z twojego powodu, uwierzysz?

Patrzyła na niego w milczeniu, a w jej błyszczących oczach było coś, co nie mogło się podobać.

– Uwierzę, czemu nie – powiedziała wreszcie. – Mężczyźni lubią spotkania ze swymi dawnymi kochankami, lubią ożywiać wspomnienia. Lubią wyobrażać sobie, że niegdysiejsze miłosne uniesienia dają im coś w rodzaju dożywotniego prawa własności do partnerki. To dobrze wpływa na ich samopoczucie. Nie jesteś wyjątkiem. Mimo wszystko.

– Mimo wszystko – uśmiechnął się – masz rację, Yennefer. Twój widok znakomicie wpływa na moje samopoczucie. Innymi słowy, cieszę się, że cię widzę.

– I to wszystko? No, to powiedzmy, że i ja się cieszę. Nacieszywszy się, życzę dobrej nocy. Udaję się, widzisz, na spoczynek. Przedtem mam zamiar umyć się, a do tej czynności zwykłam się rozbierać. Oddal się zatem, by grzecznie zapewnić mi minimum dyskrecji.

– Yen! – Wyciągnął ku niej ręce.

– Nie mów tak do mnie! – syknęła wściekle, odskakując, a z palców, które wysunęła w jego stronę, sypnęły się błękitne i czerwone iskry. – A jeżeli mnie dotkniesz, wypalę ci oczy, draniu.

Wiedźmin cofnął się. Czarodziejka, uspokojona nieco, znowu odgarnęła włosy z czoła, stanęła przed nim z pięściami wspartymi o biodra.

– Ty co myślałeś, Geralt? Że poplotkujemy wesoło, że powspominamy dawne czasy? Że może na zakończenie pogawędki pójdziemy razem na wóz i pokochamy się na kożuchach, ot tak, dla odświeżenia wspomnień? Co?

Geralt, nie będąc pewien, czy czarodziejka magicznie czyta w myślach, czy wyłącznie trafnie zgaduje, milczał, uśmiechając się krzywo.

– Te cztery lata zrobiły swoje, Geralt. Przeszło mi już, tylko i wyłącznie dlatego nie naplułam ci w oczy przy dzisiejszym spotkaniu. Ale niech cię nie zwiedzie moja uprzejmość.

– Yennefer...

– Milcz! Dałam ci więcej niż jakiemukolwiek mężczyźnie, łajdaku. Sama nie wiem, dlaczego właśnie tobie. A ty... O nie, mój drogi. Ja nie jestem dziwką ani przygodnie nadybaną w lesie elfką, którą można pewnego ranka porzucić, odejść, nie budząc, zostawiając na stole bukiecik fiołków. Którą można wystawić na pośmiewisko. Uważaj! Jeśli powiesz teraz chociaż słowo, pożałujesz!

Geralt nie powiedział ani słowa, bezbłędnie wyczuwając wrzącą w Yennefer złość. Czarodziejka ponownie odgarnęła z czoła nieposłuszne loki, spojrzała mu w oczy, z bliska.

– Spotkaliśmy się, trudno – rzekła cicho. – Nie będziemy robić z siebie widowiska dla wszystkich. Zachowajmy twarz. Udawajmy dobrych znajomych. Ale nie popełnij błędu, Geralt. Między tobą a mną nie ma już niczego. Niczego, rozumiesz? I ciesz się, bo oznacza to, że porzuciłam już pewne projekty, jakie jeszcze niedawno wobec ciebie miałam. Ale to wcale nie oznacza, że ci wybaczyłam. Ja ci nigdy nie wybaczę, wiedźminie. Nigdy.

Odwróciła się gwałtownie, chwyciła cebrzyk, rozpryskując wodę, odeszła za wóz.

Geralt odpędził brzęczącego nad uchem komara, wolno odszedł w stronę ogniska, przy którym rzadkimi oklaskami nagradzano właśnie występ Jaskra. Spojrzał na granatowe niebo ponad czarną, zębatą piłą szczytów. Miał ochotę się roześmiać. Nie wiedział, dlaczego.

VI

– Ostrożnie tam! Baczenie dawać! – zawołał Boholt, obracając się na koźle do tyłu, w stronę kolumny. – Bliżej skały! Dawać baczenie!

Wozy toczyły się, podskakując na kamieniach. Woźnice klęli, chlaszcząc konie lejcami, wychylając się, zerkali niespokojnie, czy koła są w dostatecznej odległości od skraju wąwozu, przy którym biegła wąska, nierówna droga. W dole, na dnie przepaści, białą pianą kotłowała się wśród głazów rzeka Braa.

Geralt wstrzymał konia, przyciskając się do skalnej ściany pokrytej rzadkim brązowym mchem i białymi wykwitami, wyglądającymi jak liszaje. Pozwolił, by wyprzedził go furgon Rębaczy. Od czoła kolumny przycwałował Zdzieblarz, wiodący pochód razem ze zwiadowcami z Hołopola.

– Dobra! – wrzasnął. – Ruszajcie skorzej! Dalej jest przestronniej!

Król Niedamir i Gyllenstiern, obaj wierzchem, w asyście kilku konnych łuczników, zrównali się z Geraltem. Za nimi turkotały wozy królewskiego taboru. Jeszcze dalej toczył się wóz krasnoludów powożony przez Yarpena Zigrina, wrzeszczącego bez przerwy.

Niedamir, szczuplutki i piegowaty wyrostek w białym kożuszku, minął wiedźmina, obrzucając go wyniosłym, choć wyraźnie znudzonym spojrzeniem. Gyllenstiern wyprostował się, wstrzymał konia.

– Pozwólcie no, panie wiedźminie – powiedział władczo.

– Słucham. – Geralt szturchnął klacz piętami, ruszył powoli obok kanclerza, za taborem. Dziwił się, że mając tak imponujące brzuszysko, Gyllenstiern przedkłada siodło nad wygodną jazdę na wozie.

– Wczoraj – Gyllenstiern ściągnął lekko wodze nabijane złotymi guzami, odrzucił z ramienia turkusowy płaszcz – wczoraj powiedzieliście, że nie interesuje was smok. Co was tedy interesuje, panie wiedźminie? Czemu jedziecie z nami?

– To wolny kraj, panie kanclerzu.

– Na razie. Ale w tym orszaku, panie Geralt, każdy powinien znać swoje miejsce. I rolę, jaką ma spełnić, zgodnie z wolą króla Niedamira. Pojmujecie to?

– O co wam idzie, panie Gyllenstiern?

– Powiem wam. Słyszałem, że ostatnio trudno dogadać się z wami, wiedźminami. Rzecz w tym, że co się wiedźminowi wskaże potwora do zabicia, wiedźmin, zamiast brać miecz i rąbać, zaczyna medytować, czy to się aby godzi, czy to nie wykracza poza granice możliwości, czy nie jest sprzeczne z kodeksem i czy potwór to aby faktycznie potwór, jakby tego nie było widać na pierwszy rzut oka. Widzi mi się, że zaczęło się wam po prostu za dobrze powodzić. Za moich czasów wiedźmini nie śmierdzieli groszem, a wyłącznie onucami. Nie rozprawiali, rąbali, co się im wskazało, za jedno im było, czy to wilkołak, czy smok, czy poborca podatków. Liczyło się, czy dobrze cięty. Co, Geralt?

– Macie dla mnie jakieś zlecenie, Gyllenstiern? – spytał oschle wiedźmin. – Mówcie tedy, o co chodzi. Zastanowimy się. A jeżeli nie macie, to szkoda sobie gębę strzępić, nieprawdaż?

– Zlecenie? – westchnął kanclerz. – Nie, nie mam. Tu idzie o smoka, a to wyraźnie wykracza poza twoje granice możliwości, wiedźminie. Wolę już Rębaczy. Ciebie chciałem jedynie uprzedzić. Ostrzec. Wiedźmińskie fanaberie, polegające na dzieleniu potworów na dobre i złe, ja i król Niedamir możemy tolerować, ale nie życzymy sobie o nich słuchać, a tym bardziej oglądać, jak są wprowadzane w życie. Nie mieszajcie się do królewskich spraw, wiedźminie. I nie kumajcie się z Dorregarayem.

– Nie zwykłem kumać się z czarodziejami. Skąd takie przypuszczenie?

– Dorregaray – powiedział Gyllenstiern – prześciga w fanaberiach nawet wiedźminów. Nie poprzestaje na dzieleniu potworów na dobre i złe. Uważa, że wszystkie są dobre.

– Przesadza nieco.

– Niewątpliwie. Ale broni swoich poglądów z zadziwiającym uporem. Zaprawdę, nie zdziwiłbym się, gdyby mu się coś przytrafiło. A że dołączył do nas w dziwnym towarzystwie...

– Nie jestem towarzystwem dla Dorregaraya. Ani on dla mnie.

– Nie przerywaj. Towarzystwo jest dziwne. Wiedźmin pełen skrupułów niczym lisie futro pcheł. Czarodziej powtarzający druidzkie brednie o równowadze w naturze. Milczący rycerz Borch Trzy Kawki i jego eskorta z Zerrikanii, gdzie, jak powszechnie wiadomo, składa się ofiary przed podobizną smoka. I wszyscy oni nagle przyłączają się do polowania. Dziwne, nieprawdaż?

– Niech wam będzie, że prawdaż.

– Wiedz więc – rzekł kanclerz – że najbardziej zagadkowe problemy znajdują, jak dowodzi praktyka, najprostsze rozwiązania. Nie zmuszaj mnie, wiedźminie, abym po nie sięgnął.

– Nie rozumiem.

– Rozumiesz, rozumiesz. Dzięki za rozmowę, Geralt.

Geralt zatrzymał się. Gyllenstiern popędził konia, dołączył do króla, doganiając tabor. Obok przejechał Eyck z Denesle w pikowanym kaftanie z jasnej skóry poznaczonej odciskami od pancerza, ciągnąc jucznego konia obładowanego zbroją, jednolicie srebrną tarczą i potężną kopią. Geralt pozdrowił go uniesieniem dłoni, ale błędny rycerz odwrócił głowę w bok, zaciskając wąskie wargi, uderzył konia ostrogami.

– Nie przepada za tobą – powiedział Dorregaray, podjeżdżając. – Co, Geralt?

– Najwyraźniej.

– Konkurencja, prawda? Obaj prowadzicie podobną działalność. Tyle że Eyck jest idealistą, a ty profesjonałem. Mała różnica, zwłaszcza dla tych, których zabijacie.

– Nie porównuj mnie z Eyckiem, Dorregaray. Diabli wiedzą, kogo krzywdzisz tym porównaniem, jego czy mnie, ale nie porównuj.

– Jak chcesz. Dla mnie, otwarcie mówiąc, obaj jesteście jednako odrażający.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. – Czarodziej poklepał po szyi konia spłoszonego wrzaskami Yarpena i jego krasnoludów. – Dla mnie, wiedźminie, nazywanie mordu powołaniem jest odrażające, niskie i głupie. Nasz świat jest w równowadze. Unicestwianie, mordowanie jakichkolwiek stworzeń, które ten świat zamieszkują, rozchwiewa tę równowagę. A brak równowagi zbliża zagładę, zagładę i koniec świata, takiego, jakim go znamy.

– Druidzka teoria – stwierdził Geralt. – Znam ją. Wyłożył mi ją kiedyś pewien stary hierofant, jeszcze w Rivii. Dwa dni po naszej rozmowie rozszarpały go szczurołaki. Zachwiania równowagi nie dało się stwierdzić.

– Świat, powtarzam – Dorregaray spojrzał na niego obojętnie – jest w równowadze. Naturalnej równowadze. Każdy gatunek ma swoich naturalnych wrogów, każdy jest naturalnym wrogiem dla innych gatunków. Ludzi to również dotyczy. Wyniszczenie naturalnych wrogów człowieka, któremu się poświęciłeś, a które już się zaczyna obserwować, grozi degeneracją rasy.

– Wiesz co, czarowniku – zdenerwował się Geralt – przejdź się kiedyś do matki, której dziecko pożarł bazyliszek, i powiedz jej, że powinna się cieszyć, bo dzięki temu rasa ludzka ocalała przed degeneracją. Zobaczysz, co ci odpowie.

– Dobry argument, wiedźminie – powiedziała Yennefer, podjeżdżając do nich z tyłu na swoim wielkim karoszu. – A ty, Dorregaray, uważaj, co wygadujesz.

– Nie zwykłem ukrywać swoich poglądów.

Yennefer wjechała między nich. Wiedźmin zauważył, że złotą siateczkę na włosach zastąpiła przepaska ze zrolowanej, białej chustki.

– Jak najprędzej zacznij je ukrywać, Dorregaray – powiedziała. – Zwłaszcza przed Niedamirem i Rębaczami, którzy już podejrzewają, że zamierzasz przeszkodzić w zabiciu smoka. Póki tylko gadasz, traktują cię jak niegroźnego maniaka. Jeśli jednak spróbujesz coś przedsięwziąć, skręcą ci kark, zanim zdążysz westchnąć.

Czarodziej uśmiechnął się pogardliwie i lekceważąco.

– A poza tym – ciągnęła Yennefer – wygłaszając te poglądy, psujesz powagę naszego zawodu i powołania.

– Czymże to?

– Swoje teorie możesz odnosić do wszelkiego stworzenia i robactwa, Dorregaray. Ale nie do smoków. Bo smoki są naturalnymi i najgorszymi wrogami człowieka. I nie o degenerację rasy ludzkiej tu idzie, ale o jej przetrwanie. Żeby przetrwać, trzeba rozprawić się z wrogami, z tymi, którzy mogą to przetrwanie uniemożliwić.

– Smoki nie są wrogami człowieka – wtrącił Geralt.

Czarodziejka spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Wyłącznie wargami.

– W tej kwestii – powiedziała – zostaw ocenę nam, ludziom. Ty, wiedźmin, nie jesteś od oceniania. Jesteś od roboty.

– Jak zaprogramowany, bezwolny golem?

– Twoje, nie moje porównanie – odparła zimno Yennefer. – Ale cóż, trafne.

– Yennefer – rzekł Dorregaray. – Jak na kobietę o twoim wykształceniu i w twoim wieku wygadujesz zaskakujące brednie. Dlaczegóż to właśnie smoki awansowały u ciebie na czołowych wrogów ludzi? Dlaczego nie inne, stokroć groźniejsze stworzenia, te, które mają na sumieniu stokroć więcej ofiar niż smoki? Dlaczego nie hirikki, widłogony, mantikory, amfisbeny czy gryfy? Dlaczego nie wilki?

– Powiem ci, dlaczego. Przewaga człowieka nad innymi rasami i gatunkami, jego walka o należne w przyrodzie miejsce, o przestrzeń życiową, mogą zostać wygrane tylko wówczas, gdy ostatecznie wyeliminuje się koczownictwo, wędrówki z miejsca na miejsce w poszukiwaniu żarcia, zgodnie z kalendarzem natury. W przeciwnym razie nie osiągnie się należytego tempa rozrodczości, dziecko ludzkie zbyt długo nie jest samodzielne. Tylko bezpieczna za murami miasta lub warowni kobieta może rodzić we właściwym tempie, to znaczy co rok. Płodność, Dorregaray, to rozwój, to warunek przetrwania i dominacji. I tu dochodzimy do smoków. Tylko smok, żaden inny potwór, może zagrozić miastu lub warowni. Gdyby smoki nie zostały wytępione, ludzie dla bezpieczeństwa rozpraszaliby się, zamiast łączyć, bo smoczy ogień w gęsto zabudowanym osiedlu to koszmar, to setki ofiar, to straszliwa zagłada. Dlatego smoki muszą zostać wybite do ostatniego, Dorregaray.

Dorregaray popatrzył na nią z dziwnym uśmiechem na ustach.

– Wiesz, Yennefer, nie chciałbym dożyć chwili, gdy zrealizuje się twoja idea o panowaniu człowieka, gdy tobie podobni zajmą należne im miejsce w przyrodzie. Na szczęście nigdy do tego nie dojdzie. Prędzej wyrżniecie się nawzajem, wytrujecie, wyzdychacie na dur i tyfus, bo to brud i wszy, nie smoki, zagrażają waszym wspaniałym miastom, w których kobiety rodzą co rok, ale tylko jeden noworodek na dziesięć żyje dłużej niż dziesięć dni. Tak, Yennefer, płodność, płodność i jeszcze raz płodność. Zajmij się, moja droga, rodzeniem dzieci, to bardziej naturalne dla ciebie zajęcie. To zajmie ci czas, który obecnie bezpłodnie tracisz na wymyślanie bzdur. Żegnam.

Popędziwszy konia, czarodziej pocwałował w kierunku czoła kolumny. Geralt, rzuciwszy okiem na bladą i wściekle skrzywioną twarz Yennefer, zaczął współczuć mu z wyprzedzeniem. Wiedział, o co szło. Yennefer, jak większość czarodziejek, była sterylna. Ale jak niewiele czarodziejek bolała nad tym faktem i na wspominanie o nim reagowała prawdziwym szałem. Dorregaray zapewne wiedział o tym. Nie wiedział prawdopodobnie o tym, jaka jest mściwa.

– Narobi sobie kłopotów – syknęła. – Oj, narobi. Uważaj, Geralt. Nie myśl, że jeśli przyjdzie co do czego, a ty nie wykażesz rozsądku, to będę cię bronić.

– Bez obaw – uśmiechnął się. – My, to znaczy wiedźmini i bezwolne golemy, działamy zawsze rozsądnie. Jednoznacznie i wyraźnie wytyczone są bowiem granice możliwości, między którymi możemy się poruszać.

– No, no, patrzcie. – Yennefer spojrzała na niego, wciąż blada. – Obraziłeś się jak panienka, której wytknięto brak cnoty. Jesteś wiedźminem, nie zmienisz tego. Twoje powołanie...

– Przestań z tym powołaniem, Yen, bo mnie już zaczyna mdlić.

– Nie mów tak do mnie, mówiłam. A twoje mdłości mało mnie interesują. Jak i wszystkie pozostałe reakcje z ograniczonego, wiedźmińskiego wachlarza reakcji.

– Niemniej obejrzysz niektóre z nich, jeśli nie przestaniesz raczyć mnie opowiadaniami o szczytnych przesłaniach i walce o dobro ludzi. I o smokach, straszliwych wrogach ludzkiego plemienia. Wiem lepiej.

– Tak? – Zmrużyła oczy czarodziejka. – A cóż ty takiego wiesz, wiedźminie?

– Choćby to – Geralt zlekceważył gwałtowne, ostrzegawcze drganie medalionu na szyi – że gdyby smoki nie miały skarbców, to pies z kulawą nogą nie interesowałby się nimi, a już na pewno nie czarodzieje. Ciekawe, że przy każdym polowaniu na smoka zawsze kręci się jakiś czarodziej, mocno powiązany z Gildią Jubilerów. Tak jak ty. I później, chociaż na rynek powinno trafić zatrzęsienie kamieni, jakoś nie trafiają i ich cena nie spada. Nie opowiadaj mi więc o powołaniu i o walce o przetrwanie rasy. Za dobrze i za długo cię znam.

– Za długo – powtórzyła, złowrogo krzywiąc wargi. – Niestety. Ale nie myśl, że dobrze, ty sukinsynu. Psiakrew, jaka ja byłam głupia... Ach, idź do diabła! Patrzeć na ciebie nie mogę!

Krzyknęła, poderwała karosza, ostro pocwałowała do przodu. Wiedźmin wstrzymał wierzchowca, przepuścił wóz krasnoludów, ryczących, klnących, gwiżdżących na kościanych piszczałkach. Między nimi, rozwalony na workach z owsem, leżał Jaskier, pobrzękując na lutni.

– Hej! – ryczał Yarpen Zigrin siedzący na koźle, wskazując na Yennefer. – Coś się tam czerni na szlaku! Ciekawe, co to? Wygląda jak kobyła!

– Bez ochyby! – odwrzasnął Jaskier, odsuwając na tył głowy śliwkowy kapelusik. – To kobyła! Wierzchem na wałachu! Niebywałe!

Yarpenowi chłopcy zatrzęśli brodami w chóralnym śmiechu. Yennefer udawała, że nie słyszy.

Geralt wstrzymał konia, przepuścił konnych łuczników Niedamira. Za nimi, w pewnej odległości, jechał wolno Borch, a tuż za nim Zerrikanki stanowiące ariergardę kolumny. Geralt zaczekał, aż podjadą, poprowadził klacz bok w bok z koniem Borcha. Jechali, milcząc.

– Wiedźminie – odezwał się nagle Trzy Kawki. – Chcę ci zadać jedno pytanie.

– Zadaj.

– Czemu nie zawrócisz?

Wiedźmin przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć?

– Chcę – powiedział Trzy Kawki, zwracając ku niemu twarz.

– Jadę z nimi, bo jestem bezwolny golem. Bo jestem wiecheć pakuł gnany wiatrem wzdłuż gościńca. Dokąd, powiedz mi, mam pojechać? I po co? Tutaj przynajmniej zebrali się tacy, z którymi mam o czym rozmawiać. Tacy, którzy nie przerywają rozmowy, gdy podchodzę. Tacy, którzy nawet nie lubiąc mnie, mówią mi to w oczy, nie rzucają kamieniami zza opłotków. Jadę z nimi z tego samego powodu, dla którego pojechałem z tobą do flisackiej oberży. Bo jest mi wszystko jedno. Nie mam miejsca, do którego mógłbym zmierzać. Nie mam celu, który powinien znajdować się na końcu drogi.

Trzy Kawki odchrząknął.

– Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. Nawet ty, chociaż wydaje ci się, że jesteś taki inny.

– Teraz ja zadam ci pytanie.

– Zadaj.

– Czy ty masz cel będący na końcu drogi?

– Mam.

– Szczęściarz.

– To nie jest sprawa szczęścia, Geralt. To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcisz. Nikt nie powinien wiedzieć o tym lepiej od... Od wiedźmina.

– Ciągle słyszę dziś o powołaniu – westchnął Geralt. – Powołaniem Niedamira jest zagarnąć Malleore. Powołaniem Eycka z Denesle jest bronić ludzi przed smokami. Dorregaray czuje się powołany do czegoś wręcz odwrotnego. Yennefer, z racji pewnych zmian, jakim poddano jej organizm, nie może spełniać swojego powołania i strasznie się miota. Cholera, tylko Rębacze i krasnoludy nie czują żadnego powołania, chcą się po prostu nachapać. Może dlatego tak mnie do nich ciągnie?

– Nie do nich cię ciągnie, Geralcie z Rivii. Nie jestem ślepy ni głuchy. Nie na dźwięk ich imion sięgnąłeś wtedy po sakiewkę. Ale wydaje mi się...

– Niepotrzebnie ci się wydaje – rzekł wiedźmin bez gniewu.

– Przepraszam.

– Niepotrzebnie przepraszasz.

Wstrzymali konie, ledwie na czas, by nie wpaść na zatrzymaną nagle kolumnę łuczników z Caingorn.

– Co się stało? – Geralt stanął w strzemionach. – Dlaczegośmy się zatrzymali?