Wicierz - M.M. Perr - ebook + audiobook + książka

Wicierz ebook i audiobook

M.M. Perr

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Podkomisarz Robert Lew powraca, by rozwikłać nową zagadkę!

W turystycznej miejscowości Wicierz na brzegu morza młoda rodzina znajduje zwłoki. Denatką okazuje się matka warszawskiego radnego. Mężczyzna nie wierzy jednak, że kobieta utonęła podczas samotnej kąpieli lub popełniła samobójstwo. Prawdę ma ustalić podkomisarz Robert Lew. Trafia on na ślady wskazujące, że jej syn może mieć rację, i rozpoczyna śledztwo. Wspólnie z miejscową policjantką Jowitą przesłuchują rodziny wypoczywające na kempingu i typują pierwszego podejrzanego. Ten trop doprowadza ich do informacji o innym niejasnym utonięciu, do którego doszło wcześniej. Poszlaki wskazują, że w Wicierzy może działać seryjny morderca. Niestety brakuje jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Gdy w kolejnych tygodniach znika młoda wczasowiczka, podkomisarz stawia wszystko na jedną kartę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 349

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 38 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,6 (373 oceny)
246
97
27
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
karinapatryk

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna seria ! szkoda że już koniec choć będę czekać na kolejny tom . Cudnie było posłuchać Pana Kisiora . Taka uwaga Legimi , oznaczcie tą serię bo trzeba szukać kolejności książek i w ogóle tytułów z serii poza Waszym serwisem. Słabo generalnie z tym tematem u Was .
40
Kajtek72

Nie oderwiesz się od lektury

Panie Komisarzu Lwie, jesteś nieocenionym bohaterem książek M.M. Perr. Każda historia z Tobą to prawdziwa uczta dla ucha i nie tylko. Czekam na dalsze Twoje sprawy. Drogi autorze nie pozwól czekać nam na spotkanie z naszym Lewkiem. Pozdrawiam. Panie Filipie kocham pana🥰🥰🥰
10
280572M

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
emerytka1950

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
00
Sandomia

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00

Popularność




Co­py­ri­ght © by Grupa Wy­daw­ni­cza Li­te­ra­tura In­spi­ruje Sp. z o.o., 2023
Wszel­kie prawa za­strze­żoneAll ri­ghts re­se­rved Książka ani żadna jej część nie mogą być pu­bli­ko­wane ani w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób po­wie­lane w for­mie elek­tro­nicz­nej oraz me­cha­nicz­nej bez zgody wy­dawcy.
Re­dak­cja: Ju­styna Ja­kub­czyk
Ko­rekta: Jo­lanta Chro­stow­ska-Sufa
Pro­jekt gra­ficzny okładki: Ilona Go­styń­ska-Rym­kie­wicz
Zdję­cie na okładce: Co­py­ri­ght © by Dmi­try (stock.adobe.com)
DTP: Ju­styna Ja­kub­czyk
ISBN 978-83-67173-45-2
Gdańsk/War­szawa 2023
Wy­daw­nic­two Pro­zamiza­mo­wie­nia@li­te­ra­tu­ra­in­spi­ruje.plwww.pro­zami.plwww.li­te­ra­tu­ra­in­spi­ruje.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Pa­mięci mo­jego przy­ja­ciela,

An­drzeja

Roz­dział 1

– Nie martw się, ko­cha­nie, za­raz coś wy­my­ślę i ura­tuję ten dzień. Zo­ba­czysz, bę­dzie faj­nie – po­wie­dział Fi­lip, po­kle­pu­jąc nie­zdar­nie Ulę po ra­mie­niu. Byli mał­żeń­stwem pięt­na­ście lat. Pierw­sze pięć spę­dzili w do­kład­nie taki spo­sób, jaki so­bie wy­ma­rzyli – po­ko­ny­wali ko­lejne szcze­ble kor­po­ra­cyj­nej ka­riery, pili do­bre wina z przy­ja­ciółmi i cho­dzili na im­prezy w week­endy. Ostat­nie dzie­sięć lat za­pla­no­wali rów­nie skru­pu­lat­nie, ich wi­zja jed­nak znacz­nie od­bie­gała od rze­czy­wi­sto­ści. Chcieli mieć dwójkę dzieci, które ro­dzone rok po roku miały być swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, ra­zem się roz­wi­jać, ba­wić i cie­szyć. Tym­cza­sem po pier­wo­rod­nej córce Basi na świat przy­szły nie­ocze­ki­wa­nie bliź­nięta, chłopcy. Ba­sia nie tylko była o nich za­zdro­sna. Ona ich wręcz nie­na­wi­dziła, a oni jej uczu­cia rów­nie ży­wio­łowo od­wza­jem­niali. Do­mowa sie­lanka zmie­niła się w per­ma­nentny chaos prze­ry­wany krzy­kami i pła­czem. Re­la­cje Fi­lipa i Uli rok po roku ule­gały po­gor­sze­niu. Nie po­tra­fili się od­na­leźć w no­wej sy­tu­acji i co­raz czę­ściej ob­wi­niali o nią sie­bie na­wza­jem.

Wspólny wy­jazd na dłu­żej nad mo­rze w wa­ka­cje to był pre­zent Fi­lipa dla żony z oka­zji rocz­nicy ślubu. Sam zna­lazł prze­piękny drew­niany do­mek z wi­do­kiem na mo­rze – prze­stronny i gu­stow­nie urzą­dzony. W ła­zience była ogromna wanna z hy­dro­ma­sa­żem, w ogródku ba­lia, sauna i ba­sen. Do domku przy­le­gała rów­nież sto­doła, w któ­rej był urzą­dzony małpi gaj dla dzieci z dra­bin­kami i huś­taw­kami. Po­mysł wy­da­wał się świetny. Mieli tu zre­ge­ne­ro­wać swoje zszar­pane nerwy, a dzieci do­brze się ba­wić. Tym­cza­sem dzieci tak jak się kłó­ciły w domu, tak samo nie prze­sta­wały wal­czyć ze sobą na wa­ka­cjach. W do­datku przez cały ty­dzień było chłodno i wiało, a tego ranka na do­miar złego obu­dził ich rano stu­kot kro­pli desz­czu o pa­ra­pet. Ula cał­kiem stra­ciła na­dzieję. Le­żała bez sił na bia­łej ka­na­pie, którą dzieci zdą­żyły już ubru­dzić dże­mem bo­rów­ko­wym.

– W nocy był sztorm – po­wie­dział Fi­lip gło­śno. – A to zna­czy, że dzi­siaj na plaży mo­żemy zna­leźć praw­dziwe skarby.

– Ja nie idę. Pada – stwier­dziła Ba­sia.

– Ja­kie skarby? – za­cie­ka­wił się Ty­mon.

– Chcę kupę – po­wie­dział Szy­mon.

Fi­lip wziął głę­boki od­dech i uśmiech­nął się sze­roko, sta­ra­jąc się wzbu­dzić w so­bie wy­star­cza­jąco dużą dozę cha­ry­zmy.

– Mó­wię o naj­praw­dziw­szych skar­bach, a nie ta­kich uda­wa­nych. Już pra­wie nie pada, ale pia­sek bę­dzie jesz­cze mo­kry. Do tego jest po­chmurno i zimno...

– I to ma nas prze­ko­nać? – prych­nęła Ba­sia.

– Wła­śnie tak! Bo to zna­czy, że bę­dziemy na plaży cał­kiem sami – po­wie­dział Fi­lip i kla­snął gło­śno w ręce. – Kie­dyś w taki dzień jak ten zna­la­złem bursz­tyn wiel­ko­ści mo­jej pię­ści.

– Na­prawdę? – krzyk­nęły ra­zem dzieci.

– Na­prawdę! – od­parł.

– I gdzie on te­raz jest? – za­py­tał Szy­mon, wy­sta­wia­jąc głowę przez uchy­lone drzwi to­a­lety.

– Sprze­da­łem go i ku­pi­łem swój pierw­szy sa­mo­chód.

– Był tyle wart?

– Ja­sne. Taki bursz­tyn zda­rza się na­prawdę rzadko, a to do­piero po­czą­tek. Cza­sami mo­rze wy­rzuca stare złote i srebrne mo­nety, które za­to­nęły wraz ze stat­kami, albo coś jesz­cze lep­szego. To co? Kto idzie ze mną?

– Ja! – krzyk­nęły dzieci i wy­bie­gły do przed­po­koju na­kła­dać buty.

– Sa­mo­chód, co? – po­wie­działa Ula, uśmie­cha­jąc się pierw­szy raz od po­czątku wy­jazdu.

– No może ten bursz­tyn nie do końca był wiel­ko­ści mo­jej pię­ści – mru­gnął do niej Fi­lip.

– A co zro­bisz, jak nic nie znajdą na tej plaży i znowu za­czną ma­ru­dzić? – za­py­tała go żona.

– Wsko­czę do mo­rza i za­cznę w nie rzu­cać wo­do­ro­stami – od­parł Fi­lip.

– Trzy­mam cię za słowo – po­wie­działa Ula, wy­cią­ga­jąc spod łóżka buty z grubą gu­mową po­de­szwą, któ­rych miała na­dzieję w ogóle nie za­kła­dać w cza­sie wa­ka­cji.

Pra­wie prze­stało pa­dać. Drobne kro­ple zim­nego desz­czu po­py­chane przez wiatr zra­szały im twarz, ale dzieci wy­da­wały się do­brze ba­wić. Bie­gały od jed­nej za­toczki do ko­lej­nej. Zbie­rały muszle i pa­tyki wy­rzu­cone przez fale. Plaża, tak jak się spo­dzie­wali, była pu­sta. Przez chwilę mo­gli znowu jak daw­niej wziąć głę­boki od­dech. Sły­chać było tylko mewy i szum cią­gle nie­spo­koj­nych jesz­cze fal. Chwi­lowy bło­go­stan prze­rwał im pa­niczny krzyk Szy­mona, do któ­rego po se­kun­dzie do­łą­czyli Ty­mon i Ba­sia. Krzy­kowi dzieci do­rów­ny­wał tylko krzyk mew, które na­gle wzbiły się w niebo i krą­żyły groź­nie nad nimi. Ula i Fi­lip roz­glą­dali się do­okoła. Dzieci chwilę wcze­śniej znik­nęły im z pola wi­dze­nia, wy­prze­dza­jąc ich znacz­nie w miej­scu, gdzie plaża lekko za­krę­cała w prawo. Ru­szyli bie­giem w kie­runku, z któ­rego do­cho­dził krzyk.

– Co się dzieje? – za­wo­łał Fi­lip do dzieci, gdy w końcu zo­ba­czył je sto­jące na ska­łach.

Dzieci nie od­po­wia­dały. Ich krzyk ucichł. Stały prze­ra­żone, pa­trząc na coś w dole, czego na po­czątku Fi­lip nie mógł do­strzec. Ula, która naj­pierw ru­szyła w kie­runku lasu, a do­piero póź­niej za­wró­ciła do mo­rza, przez co znaj­do­wała się wy­żej i zo­ba­czyła ciało wcze­śniej niż mąż. Wy­dała gło­śny jęk i w pierw­szym od­ru­chu znie­ru­cho­miała. Do­piero po chwili, po­now­nie spo­glą­da­jąc na prze­stra­szone twa­rze swo­ich dzieci, pod­bie­gła bli­żej. Mimo ca­łej mi­ło­ści do nich nie mo­gła się zdo­być na to, by wejść na skały, gdzie one stały. Nie miała od­wagi spoj­rzeć z bli­ska na to, na co pa­trzyły one te­raz.

– Do mnie! – krzyk­nęła. – Nie pa­trz­cie tam! Bie­gnij­cie do mnie!

Spa­ra­li­żo­wane stra­chem dzieci trwały w tym sa­mym miej­scu do mo­mentu, gdy oj­ciec za­czął po ko­lei brać je na ręce i prze­no­sić do matki. Jej uścisk nie przy­niósł im jed­nak uko­je­nia. Nic nie mo­gło wy­ma­zać ob­razu, który na za­wsze wbił się do ich mło­dych głów i serc. Mewy od­cze­kały chwilę, po czym, za­ta­cza­jąc co­raz mniej­sze koła, wró­ciły do swo­jego miej­sca że­ro­wa­nia.

Roz­dział 2

Pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew w po­śpie­chu prze­szu­ki­wał szafę w przed­po­koju. Przez ostat­nie parę mie­sięcy przy­tył nie­znacz­nie, ale wy­star­cza­jąco, by czarna kurtka, którą za­zwy­czaj no­sił o tej po­rze roku, za­częła nie­przy­jem­nie go ob­ci­skać w pa­sie. Szu­kał więc in­nej, gra­na­to­wej. Nie lu­bił jej, zbyt­nio ko­ja­rzyła mu się z ofi­cjal­nym uni­for­mem, ale była szer­sza i osło­ni­łaby go przed nad­cho­dzą­cym desz­czem. Nie było jej jed­nak na wie­szaku, a szafa była wy­peł­niona tak, że trudno było co­kol­wiek w niej zna­leźć. W po­śpie­chu za­czął wy­rzu­cać na pod­łogę ko­lejne swe­try, po­lary i płasz­cze. Miał do­piero pięć­dzie­siąt lat, ale jego me­ta­bo­lizm wi­docz­nie zwol­nił. A Lew nie ro­bił ab­so­lut­nie ni­czego, by za­trzy­mać ten pro­ces. Do tej pory więk­szą masę uda­wało mu się ukry­wać ze względu na swój wy­soki wzrost. Do­dat­kowe parę ki­lo­gra­mów w ma­giczny nie­mal spo­sób roz­ło­żyły się równo na jego ciele, tak że nie było nic wi­dać. Do­piero ostat­nie mie­siące przy­nio­sły wy­raźną zmianę w po­staci co­raz bar­dziej za­ry­so­wa­nego brzu­cha.

– Co się dzieje? – za­py­tał jego syn Mi­ko­łaj, wy­cho­dząc ze swo­jego po­koju w bar­dzo po­mię­tej blu­zie. Było jesz­cze wcze­śnie, przy­naj­mniej jak dla na­sto­latka, i to w wa­ka­cje.

– Szu­kam gra­na­to­wej kurtki. Ma lać, a ja nie chcę sie­dzieć w pracy cały dzień z mo­krą ko­szulą przy­le­pioną do ciała – od­rzekł Lew. – A ty się gdzieś wy­bie­rasz o tej po­rze?

– Nie.

Lew spoj­rzał na twarz syna. Z tej od­le­gło­ści i sto­jąc pod świa­tło, nie mógł się jej zbyt do­brze przyj­rzeć. Po­dej­rze­wał jed­nak, że gdyby mógł, to zo­ba­czyłby za­czer­wie­nione od nie­wy­spa­nia oczy. Z jego po­koju do­cho­dził wy­tłu­miony przez słu­chawki dźwięk gry kom­pu­te­ro­wej.

– A co z tą bluzą? Spa­łeś w niej? – za­py­tał pod­ko­mi­sarz, pa­trząc na ubra­nie syna.

– Nie, już taka była.

– Wy­prana jest cho­ciaż?

– Chyba wy­prana – od­parł Mi­ko­łaj, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. – My nie prze­ży­jemy, tato, bez Ni­koli. Za­dzwoń do niej. Szu­ka­łem wszę­dzie i nie ma ani jed­nej mo­jej skar­petki.

– Nie mogę do niej za­dzwo­nić w spra­wie two­ich skar­pe­tek. Daj spo­kój – od­po­wie­dział Lew. – To do­ro­sła ko­bieta. Nie mogę jej mó­wić, co ma ro­bić.

– No prze­cież o to się wła­śnie po­kłó­ci­li­ście, co nie? Więc jak jej te­raz po­wiesz, że może ro­bić, co chce, i nie bę­dziesz się wtrą­cać, to ona wróci.

– Niko...

– Tylko nie Niko, je­stem już na to zde­cy­do­wa­nie za duży.

– Okej, okej... Mi­ko­łaj, to nie ta­kie pro­ste. Ona chce za­cząć nowe ży­cie. Zresztą po­ra­dzimy so­bie prze­cież sami. Nie jest tak źle.

– Jak to nie jest źle? Jest tra­gicz­nie! Wczo­raj się pra­wie otru­łem...

– Nie jedz ni­czego z lo­dówki – po­wie­dział pod­ko­mi­sarz, wy­sta­wia­jąc z szafy głowę. – Mó­wię po­waż­nie. Weź kasę z mo­jego port­fela i za­mów pizzę... i kup nowe skar­petki. Dla mnie też.

– Kasę z two­jego port­fela? – po­wtó­rzył iro­nicz­nie za oj­cem Mi­ko­łaj. – Twoją mi­tyczną kasę? Te ru­lony stu­zło­tó­wek, które za­wsze no­sisz?

– No do­bra, weź kartę – wy­sa­pał Lew. – Nie znajdę tej kurtki.

– Jest li­piec. Prze­ży­jesz – od­parł chło­piec, wy­cią­ga­jąc z torby ojca port­fel. – Albo za­dzwoń do Ni­koli. Za­łożę się, że wie, gdzie ona jest.

Pod­ko­mi­sarz nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w lu­stro i przy­kle­pał nieco ster­czące szpa­ko­wate włosy, które po­wi­nien już parę ty­go­dni temu pod­ciąć, ale cią­gle nie było na to czasu. Ro­zej­rzał się ostatni raz po sa­lo­nie. Jego wzrok na chwilę za­wisł na ko­mo­dzie, na któ­rej stała urna z pro­chami jego ojca. Po­winni byli go już po­cho­wać, ale jego brat był na mi­sji woj­sko­wej i ra­zem z sio­strą po­sta­no­wili, że po­cze­kają, aż wróci. Ta de­cy­zja spra­wiła jed­nak, że Lew od­czu­wał ja­kiś trudny brak za­koń­cze­nia. Jego re­la­cje z oj­cem były skom­pli­ko­wane, od­kąd się­gał pa­mię­cią, i do­piero gdy tam­ten się po­sta­rzał i stra­cił nieco har­do­ści, za­częło im się le­piej ukła­dać. Po śmierci żony Lwa oj­ciec wziął ich do sie­bie. Na­dal był trudny, ale już w zu­peł­nie inny spo­sób niż kie­dyś. Tak jak Lew, był bar­dzo wy­so­kim i bar­czy­stym męż­czy­zną, cho­ciaż pod ko­niec, gdy tra­wiła go de­men­cja, za­czął się gar­bić. A te­raz całe jego ciało, któ­rego Lew miał wciąż żywe, nie­mal na­ma­calne wspo­mnie­nia, mie­ściło się w sto­ją­cej na ko­mo­dzie ka­mien­nej urnie.

Pod­ko­mi­sarz od­wró­cił wzrok. Wziął swoją torbę i wy­szedł. Wsiadł do sa­mo­chodu, spraw­dził go­dzinę, za­sta­no­wił się przez chwilę, którą drogę naj­le­piej wy­brać, by omi­nąć korki. Wy­brał dłuż­szą, ale pew­niej­szą. Po paru mi­nu­tach z gę­stych gra­na­to­wych chmur za­czął pa­dać deszcz. Gdy pod­ko­mi­sarz do­je­chał pod Ko­mendę Sto­łeczną Po­li­cji, deszcz zmie­nił się w praw­dziwą ulewę. Lew sta­rał się za­par­ko­wać jak naj­bli­żej wej­ścia. Krą­żył kil­ku­krot­nie do­okoła bu­dynku, ale na próżno. W końcu zna­lazł miej­sce od­da­lone o do­bre dwie­ście me­trów. Spraw­dził ka­len­darz w te­le­fo­nie. Za dzie­sięć mi­nut za­czy­nało się spo­tka­nie ze­społu. Nie miał wy­boru, mu­siał biec. Gdy prze­kro­czył próg ko­mendy, jego prze­mo­czona ko­szula przy­le­piała się do ciała, a z wło­sów ciur­kiem spły­wały kro­ple.

– Co za po­goda! – po­wie­dział na jego wi­dok przy­mil­nym gło­sem jego ko­lega z ze­społu, Woj­tek Śliczny. Lew od­wró­cił się w prawo i spoj­rzał na niego. Śliczny miał na so­bie nie­bie­ską, o wiele za dużą kurtkę prze­ciw­desz­czową, a w ręce trzy­mał pa­ra­sol. Jego włosy, tak jak reszta ubra­nia, były su­che.

– Fak­tycz­nie – od­burk­nął Lew.

Je­dyne schody pro­wa­dzące na pię­tro, do wy­działu kry­mi­nal­nego, były na prawo. Chcąc nie chcąc, pod­ko­mi­sarz zbli­żył się do Ślicz­nego, który od razu wy­cią­gnął rękę, są­dząc, że Lew chce się z nim przy­wi­tać. Pod­ko­mi­sarz nie za­uwa­żył – bądź nie chciał za­uwa­żyć – tego ge­stu i ręka Ślicz­nego za­wi­sła bez celu w po­wie­trzu. Lew za­uwa­żył za to na ra­mie­niu kurtki cha­rak­te­ry­styczne od­bar­wie­nie.

– Skąd masz tę kurtkę?

– Tę? – za­py­tał nie­win­nie Śliczny. Mina od razu mu jed­nak zrze­dła. – To twoja? Wy­bacz, mu­sia­łem kie­dyś po­ży­czyć i za­po­mnia­łem zu­peł­nie... pew­nie Ni­kola mi ją...

Umilkł, gry­ząc się w ję­zyk zbyt późno. Ni­kola, którą parę lat wcze­śniej Lew uchro­nił od bez­dom­no­ści i po­mógł jej za­cząć ży­cie od nowa, stała się ko­ścią nie­zgody mię­dzy nimi. Re­la­cja Ni­koli i Wojtka, która we­dług oceny Lwa była, ofi­cjal­nie z po­wodu róż­nicy wieku mię­dzy nimi, z góry ska­zana na nie­po­wo­dze­nie, spo­wo­do­wała, że pod­ko­mi­sarz od paru mie­sięcy nie mógł zna­leźć so­bie miej­sca ani w pracy, ani w domu. Śliczny, z któ­rym do tej pory łą­czyły go bar­dzo do­bre, wręcz przy­ja­ciel­skie sto­sunki, na­gle za­czął po­ja­wiać się co­dzien­nie u niego w domu. Jego ce­chy cha­rak­teru i jo­wialny spo­sób by­cia, które zu­peł­nie nie były za­uwa­żalne dla Lwa w pracy, na­gle oka­zały się uciąż­liwe w ży­ciu pry­wat­nym. Ni­kola, która zaj­mo­wała się scho­ro­wa­nym oj­cem Lwa oraz ca­łym do­mem, miesz­kała z nimi i stała się dla niego kimś tak bli­skim nie­mal jak córka. Był świad­kiem jej wzlo­tów i upad­ków. Wie­dział też, że pod po­zorną har­do­ścią i cię­tym ję­zy­kiem skrywa się osoba o wiel­kiej wraż­li­wo­ści, którą bar­dzo ła­two zra­nić. Znał jej prze­szłość, czy­tał jej akta z ko­lej­nych do­mów za­stęp­czych, i wie­dział, że rze­koma sta­bil­ność, jaką miał gwa­ran­to­wać star­szy od niej sier­żant Śliczny, mo­gła być dla niej bar­dzo ku­sząca. Do­świad­cze­nie pod­po­wia­dało mu jed­nak, że męż­czy­zna, który do tej pory nie miał zbyt wielu związ­ków, może wcale nie być gwa­ran­tem sta­bil­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Na­pię­cie mię­dzy tą trójką ro­sło więc każ­dego dnia, aż w końcu zo­stało uwol­nione w cza­sie wy­miany zdań na te­mat tego, kto może, a kto nie może mieć w ich domu wła­snych pan­to­fli, która prze­ro­dziła się w praw­dziwą bu­rzę. Po­ja­wie­nie się pan­to­fli Ślicz­nego w domu Lwa było dla niego tym, co osta­tecz­nie prze­chy­liło szalę. Oj­ciec Lwa zmarł mie­siąc wcze­śniej. Ni­kola mo­gła więc bez po­czu­cia winy wy­pro­wa­dzić się z domu pod­ko­mi­sa­rza. Nie była już tam ni­komu po­trzebna. Przy­naj­mniej tak po­wie­działa, a Lew kiw­nął po­ta­ku­jąco głową. Prawda była jed­nak taka, że dla wdowca i ojca sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cego dzieci, któ­rym był Lew, jej po­moc była wiel­kim wspar­ciem. Pod­ko­mi­sarz wie­dział o tym w cza­sie tam­tej kłótni, nie zro­bił jed­nak ni­czego, by ją za­trzy­mać. Może li­czył na to, że Ni­kola szybko do nich wróci, gdy za­mieszka ze swoim uko­cha­nym oraz z jego matką, z którą tam­ten dzie­lił dom. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak ty­go­dnie mi­jały, a ona na­wet nie za­dzwo­niła.

– Masz – po­wie­dział, czer­wie­niąc się Śliczny. Za­czął ścią­gać z sie­bie kurtkę, ale Lew go po­wstrzy­mał ru­chem ręki.

– Zo­staw. Od­dasz mi póź­niej. Bę­dzie lało dzi­siaj cały dzień. Nie ma po­wodu, byś ty też był mo­kry, a ja i tak już je­stem – od­parł i ru­szył w kie­runku scho­dów, nie pa­trząc wię­cej na sier­żanta.

W wy­dziale było nie­wiele osób, tak jak zresztą w każde wa­ka­cje. Rzadko się jed­nak zda­rzało, by pora roku miała istotny wpływ na liczbę prze­stępstw. Pracy było tyle samo, na biur­kach gro­ma­dziły się sterty te­czek z in­for­ma­cjami, które po­winny być w kom­pu­te­rach, ale z ja­kie­goś po­wodu wszy­scy pra­cu­jący w wy­dziale za­bie­rali się za nie do­piero wtedy, gdy ktoś je wy­dru­ko­wał.

– Je­steś! – krzyk­nęła z dru­giego końca sali dy­rek­tor Ja­skóła, gdy zo­ba­czyła wcho­dzą­cego pod­ko­mi­sa­rza. – Cze­ka­łam na cie­bie.

– Dla­czego? – za­py­tał Lew, nie zmie­nia­jąc kie­runku ob­ra­nego na eks­pres do kawy w kuchni.

– Mam sprawę. Po­je­dziesz do Słup­ska – od­parła Ja­skóła, która nie­spiesz­nym kro­kiem we­szła za pod­ko­mi­sa­rzem do kuchni. Choć jej bluzka była su­cha, spód­nica była cał­kiem prze­mo­czona od spodu.

– Chcesz kawy?

– Ja­sne – od­rze­kła. – Też nie spraw­dza­łeś po­gody?

– Spraw­dza­łem, ale moją gra­na­tową kurtkę ktoś so­bie przy­własz­czył – po­wie­dział Lew, pa­trząc w kie­runku Ślicz­nego, który wła­śnie wcho­dził do sali głów­nej wy­działu. Ja­skóła prze­wró­ciła oczami.

– Je­ste­ście jak dzieci. Tu­pie­cie tylko no­gami, za­miast się ja­koś do­ga­dać.

– Piję spo­koj­nie kawę i za­pew­niam cię, że je­stem da­leki od tu­pa­nia. Fak­tem jest jed­nak, że tamta kurtka znik­nęła z mo­jej szafy, w moim domu, bez mo­jej wie­dzy i zgody.

– No tak... To co mam te­raz zro­bić? Po­dzie­lić wy­dział na dwa, by­ście ja­koś mo­gli funk­cjo­no­wać? – po­wie­działa iro­nicz­nie Ja­skóła i par­sk­nęła.

Pod­ko­mi­sa­rzowi nie było jed­nak do śmie­chu.

– Co z tym wy­jaz­dem? O którą sprawę cho­dzi? – za­py­tał.

– O żadną na­szą. Zgi­nęła ko­bieta, lat pięć­dzie­siąt pięć. Miej­scowa po­li­cja stwier­dziła zgon przez uto­nię­cie.

– Uto­nię­cie?

– Tak, zna­leźli ją nad brze­giem mo­rza, na ska­łach, ale ro­dzina nie wie­rzy w ofi­cjalną przy­czynę śmierci.

– To co my mamy z tym wspól­nego?

– Zmarła była z War­szawy, a jej syn jest rad­nym – od­parła.

– Rad­nym? – po­wtó­rzył za nią Lew, sior­biąc po­woli go­rącą kawę.

– Tak, dzwo­nił i po­pro­sił o oso­bi­stą przy­sługę. Wiesz, jak jest.

– Są ja­kieś w ogóle pod­stawy do tego, by pod­wa­żać to, co po­wie­dzieli miej­scowi? Ta ko­bieta miała ja­kichś wro­gów?

– Nie znam szcze­gó­łów, ale wiele pro­ce­dur fak­tycz­nie nie zo­stało wy­ko­na­nych pra­wi­dłowo. Słupsk to nie War­szawa. Tam mają mniej­sze do­świad­cze­nie, więc... zresztą pew­nie nie wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia.

– Kiedy mam je­chać? – za­py­tał Lew.

– Naj­le­piej to dzi­siaj, te­raz.

Lew spraw­dził go­dzinę w te­le­fo­nie.

– Za­ła­twi­łam ci miesz­ka­nie służ­bowe. W po­koju są dwa łóżka – po­wie­działa Ka­mila, da­jąc mu do ręki kartkę ze wszyst­kimi po­trzeb­nymi da­nymi.

– Z kim mam je­chać?

– Może z sy­nem? – po­wie­działa ci­szej.

– Z Niko? Mam go brać ze sobą do pracy? – ob­ru­szył się pod­ko­mi­sarz.

– Po­my­śla­łam, że pew­nie nie bę­dziesz miał go z kim zo­sta­wić. A poza tym pew­nie tam na miej­scu to bę­dzie tylko for­mal­ność. Dla za­cho­wa­nia po­zo­rów i żeby syn de­natki po­czuł się po­waż­nie po­trak­to­wany, le­piej bę­dzie, jak jed­nak tro­chę tam zo­sta­niesz i zro­bisz, co trzeba. Po­po­łu­dnia bę­dziesz mógł prze­cież spę­dzić z Mi­ko­ła­jem na plaży, tro­chę się zre­lak­su­je­cie, nie bę­dziesz czuł ci­śnie­nia, żeby szybko wra­cać. W końcu są wa­ka­cje.

– Może masz ra­cję – od­parł Lew, pa­trząc po­now­nie na Ślicz­nego, który roz­siadł się przy swoim biurku, są­sia­du­ją­cym z biur­kiem pod­ko­mi­sa­rza. – Wrócę do domu się spa­ko­wać.

– Dzięki. Od­wdzię­czę się in­nym ra­zem – po­wie­działa Ja­skóła.

– Nie uda­waj, że mia­łem ja­kiś wy­bór – burk­nął pod­ko­mi­sarz.

– Nie mia­łeś, ale się cie­szę, że nie mu­sia­łam cię prze­ko­ny­wać przez po­łowę tego dnia. Poza tym coś mi mówi, że taki wy­jazd jest ci na­wet na rękę.

Lew po­wie­dział pod no­sem coś nie­zro­zu­mia­łego, do­pił kawę, spraw­dził pro­gnozę po­gody w Słup­sku, po czym pod­szedł do sier­żanta.

– Zmie­ni­łem zda­nie. Po­trze­buję jed­nak kurtki.

– Tak? – po­wie­dział Śliczny, pa­trząc za okno, w które w dal­szym ciągu ude­rzały cięż­kie kro­ple desz­czu. – A mogę ci ją dać za dwie go­dziny? Wła­śnie mia­łem te­le­fon od...

– Nie­stety – prze­rwał mu Lew. – Jadę na parę dni do Słup­ska. Tam wieje i pew­nie też bę­dzie lać.

– Ten wy­jazd... cho­dzi o któ­rąś z na­szych spraw? – za­py­tał Śliczny, po­da­jąc pod­ko­mi­sa­rzowi kurtkę.

– Nie – od­po­wie­dział krótko Lew i wy­szedł.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Po­le­camy inne książki M.M. Perr

Grupa ma­tu­rzy­stów gubi szlak w cza­sie za­mieci śnież­nej w Biesz­cza­dach. W cha­cie sto­ją­cej na ubo­czu ucznio­wie do­ko­nują ma­ka­brycz­nego od­kry­cia. W jed­nym z po­miesz­czeń znaj­dują trzy­dzie­ści drew­nia­nych skrzy­nek, a w nich setki ko­ści oraz ze­szyty, w któ­rych opi­sano ostat­nie ty­go­dnie ży­cia róż­nych lu­dzi.

Sprawę pro­wa­dzi pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew. Śledz­two oka­zuje się jed­nak trud­niej­sze, niż się tego spo­dzie­wał.

W le­sie nie­opo­dal War­szawy ro­dzina ja­dąca na wa­ka­cje znaj­duje pla­sti­kowe worki z ludz­kimi szcząt­kami. Sprawę pro­wa­dzi aspi­rantka So­nia Czech, wni­kliwa i am­bitna po­li­cjantka, któ­rej ży­cie to­czy się głów­nie wo­kół pracy. Tym­cza­sem dzięki sta­ra­niom by­łego pod­ko­mi­sa­rza Ro­berta Lwa po­wraca te­mat Bruna Ka­lity, po­dej­rze­wa­nego wcze­śniej o se­ryjne mor­der­stwa.

Obok wio­ski Bu­ków na jed­nym z drzew zo­staje zna­le­zione wi­szące ciało dzie­więt­na­sto­let­niej Ja­gody. Zwią­zane ręce dziew­czyny i jej ob­ra­że­nia wska­zują, że do­szło do mor­der­stwa. Po­nie­waż matka ofiary od­ma­wia współ­pracy z lo­kalną po­li­cją, do sprawy przy­dzie­leni zo­stają pod­ko­mi­sarz Ro­bert Lew oraz aspi­rantka So­nia Czech z War­szawy. Gdy śledz­two na­biera tempa, w Bu­ko­wie do­cho­dzi do ko­lej­nych ta­jem­ni­czych śmierci...

.

Po­wie­ści oby­cza­jowe, kry­mi­nały, thril­leryWcią­ga­jące i nie­ba­nalneZa­czy­taj się!

www.pro­zami.pl

Księ­gar­nia wy­sył­kowawww.li­te­ra­tu­ra­in­spi­ruje.pl