Wiatraki - Krzysztof A. Zajas - ebook
Opis

Sympatyczny duet krakowskich policjantów tym razem działa na Pomorzu. Podkomisarz Lucek Bałyś, wysłany na pozornie niewinną konferencję, zostaje beznadziejnie wmieszany w porachunki miejscowej gangsterki. Z początku uznaje to za szczęśliwy traf – po kłopotach w małżeństwie porządna dawka adrenaliny na pewno dobrze mu zrobi. Po chwili jednak zdarzenia nabierają szalonego tempa, zwłaszcza że szefem gangu jest dawny szef tamtejszej komendy, w dodatku były przyjaciel inspektora Krzyckiego.

Krzycki i Bałyś wplątują się w lokalne układy, przy okazji wywołując cienie ponurej przeszłości tamtych ziem. Co było dawno i wydawało się nieważne, dzieje się również dzisiaj i okazuje się najważniejsze dla rozwiązania kryminalnej zagadki. Kilku okropnych zagadek, zasnuwających serię brutalnych morderstw jak pomorska mgła. Bo ktoś w sposób bezwzględny i krwawy morduje trzech miejscowych mężczyzn.

Krzyckiego ściga również brudna przeszłość własna. Lucka – brudna teraźniejszość, która każe mu wreszcie wydorośleć. A nad tym wszystkim niesie się upiorny szum skrzydeł pomorskich wiatraków...

Krzysztof A. Zajas, autor znakomitej trylogii grobiańskiej, niezwykle efektownie wraca do swych ulubionych bohaterów, rozpoczynając trylogię pomorską od szeregu zaskoczeń.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 611

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych PIOTR ZDANOWICZ
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcia na okładce © Ebru Sidar / Arcangel, © Francoise Hillemand / Arcangel
Copyright © by Krzysztof A. Zajas Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018
Warszawa 2018
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65973-78-8
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Lucek: otwarcie

Młyny szły bezszelestnie, zakopane w mroku,

w szumie skrzydeł aniołów, lecących przez światy,

i sypał się piach gwiezdny z daleka, z wysoka,

na zalane czerwienią łopaty.

Władysław Sebyła, Młyny (Sonata nieludzka)

I

To tylko gra

1

Biała kula bilardowa leżała na środku stołu, a zielona szóstka tuż przy narożnym dołku na wprost wlotu. Wystarczyło lekko pyknąć. Takie łatwe ustawienie w jednej linii bywa zdradliwe i można haniebnie spudłować. Ale nie on. Grał tu od lat i znał ten stół jak własną kieszeń. Mógłby wziąć ze stojaka dowolny kij i trafić z zamkniętymi oczami. Stanął w fachowym rozkroku, pochylił się nad wytartym suknem, ujął węższy koniec kija w palce, delikatnie jak papierosa, i przymierzył. Jeśli trafi za wysoko, biała wpadnie razem z zieloną. Jeśli za nisko, może się nie doturlać. Idealnie byłoby trochę poniżej środka. Przymrużył lewe oko: kij – biała – zielona – wlot...

Wyprostował się. Przetarł dłonią spocony kark i łysą czaszkę. Po dwóch piwach grało się super, ale był mokry jak nurek. Czemu akurat po dwóch? Starannie wytarł wilgotną dłoń w dżinsy. Coś mu przeszkadzało.

– Bijże, kurwa, nie?

Odwrócił się do Tasaka i zrobiwszy krok, pochylił się nad niższym o głowę, pękatym i równie łysym jak on facetem.

– Się koncentruję – powiedział z lodowatym spokojem. – Jakbyś nie zauważył.

Zacisnął dłonie w pięści, ale Tasak zaledwie musnął je wzrokiem i natychmiast podniósł obie ręce do góry.

– Dobra, dobra. Koncentruj się.

Wziął wdech, wypuścił głośno powietrze i znowu się przymierzył. Z głośnika leciało My Słowianie, jego ulubione, ale teraz urywany rytm wiejskiego techno działał mu na nerwy. Jak dobrze pyknie zieloną, czarna po drugiej stronie będzie na deserek. Bułeczka z masełkiem, a Tasak wyskakuje ze stówy. Trzeba się tylko skupić. Przymknął oko: kij – biała – zielona – wlot...

Dokładnie w momencie, gdy stuknął kulę, pojął, co mu przeszkadza. Na przedłużeniu linii strzału, nad krawędzią, wystawała jasna czupryna chłopaka przy sąsiednim stoliku. Niedbale rozrzucone kręcone włosy układały się w fikuśną kopkę, jak u jakiegoś gitarzysty z tych pedalskich kapel na Vevo. W perspektywicznym skrócie znalazła się tuż za narożnym dołkiem i mężczyzna miał wrażenie, że to w nią celuje. Pchnięta krzywo biała bila stuknęła zieloną i odbiła w prawo, a tamta zatańczyła w narożniku i potoczyła się w lewo. Zatrzymała się tuż przy bandzie.

– Aleś się, Dudas, skoncentrował – prychnął Gleba od zastawionego piwami stolika, co reszta skwitowała zgodnym rechotem.

Powinien mu za to dać z piąchy, ale zapanował nad sobą. Rzucił kijem w kąt i łyknął piwa.

– Jedź – warknął do Tasaka, nie patrząc na nikogo. Był tu szefem, nie powinien tracić kontroli nad sobą. To nieprofesjonalne. Upił piwa, przesunął ręką po karku i zerknął w stronę chłopaka z kręconymi włosami. Teraz mógł z profilu dokładnie obejrzeć tego lalusia o gładkiej jak u bobasa buźce, z aniołkowatym loczkiem na czole. Co on, kurwa, pije? Herbatę? Pieprzony pedzio. Gdyby nie ta jego ciotowata fryzurka, wszystko byłoby okej, bila w dziurze i stówa w kieszeni. Sącząc piwo i ścierając pot z szyi, Dudas doszedł do przekonania, że to właśnie przez ten loczek na czole zjechał banalnie proste uderzenie. Pedziów nie powinno się wpuszczać do porządnego męskiego baru.

Ktoś klepnął go w ramię i ujrzał przed nosem wyciągniętą rękę Tasaka.

– Sorki, stary. Wyskakuj ze stówy.

Nawet nie zauważył, jak i kiedy Tasak wbił kule.

– Jeszcze nie. Gramy rewanż.

– Hej, Dudas, my też tu jesteśmy! – krzyknął jeden z chłopaków, a inni gromko go poparli.

Zignorował ich i poszedł do baru po następny żeton. W powrotnej drodze przyjrzał się obcemu. Facet przeglądał książkę kucharską Okrasy i ołówkiem robił notatki na marginesach. Po dziecięcej buźce błąkał się uśmieszek człowieka, który czyta coś niezwykle przyjemnego. Książka kucharska? Pojeb jakiś!

Nachylił się nad blondynem.

– Co tam takiego śmiesznego? Spaghetti się samo ugotowało?

Według niego był to doskonały dowcip, więc zarechotał głośno. To go odprężyło. Nic tak nie poprawia humoru jak wyobrażenie własnej błyskotliwości.

– Polało się sosem bolońskim i poszło na obiad?

Blondyn uniósł głowę znad książki i z uśmiechem odparł:

– Nie jadam spaghetti, zwłaszcza z sosem bolońskim. Makaron włoski szkodzi na włoski.

Od stolika kumpli poszedł urywany śmiech. Dudas zrozumiał, że była to aluzja do jego łysiny. Przesunął po niej dłonią i zawisł na kiju bilardowym jak pielgrzym na kosturze.

– Masz coś do łysych?

– Wiele współczucia.

Chłopak nadal się uśmiechał i kręcił młynka ołówkiem trzymanym między palcami. Na jego pedalskiej twarzy malowało się całkiem dla Dudasa niezrozumiałe zadowolenie. Z otwartej stronicy książki kucharskiej bił w oczy nieprzyzwoicie kolorowy obrazek tortu z bitą śmietaną i kręgiem wiśni. Owoce błyszczały dokładnie tak samo jak wargi uśmiechniętego lalusia. Dudas walnąłby pięścią w te mięsiste robaczki i soczek wiśniowy trysnąłby prosto na torcik. Wystarczyło lekko pyknąć. Ścisnął kij, aż mu knykcie zbielały. Nie, nie teraz. Dopiero co został szefem i powinien panować nad sobą.

– Słuchaj, gościu, mógłbyś się nieco przesunąć?

Tamten rozejrzał się wkoło w poszukiwaniu adresata prośby, wreszcie ze zdziwieniem dotknął palcem własnej piersi.

– Ja? Czy ja komuś przeszkadzam?

Dudas sapnął. Jeszcze trochę i nerwy mu puszczą. Zerknął w stronę kontuaru. Barman przyglądał mu się uważnie i napotkawszy jego spojrzenie, powoli pokręcił głową. Dudas skinął.

– Usiądź po prostu trochę dalej. My tu gramy i... – zająknął się, bo nie wiedział, co właściwie powiedzieć. Że nie lubi Okrasy? Że gościu ma wkurwiającą buzię i hairy niehalo? – ...no wiesz, potrzebny komfort. Najlepiej by było, jak byś usiadł gdzieś w kącie.

Zatoczył ręką po sali, pokazując, ile tu jest miejsca i że każde z nich będzie lepsze od tego, na którym pedzio siedzi teraz. Dudas był bardzo grzeczny i spokojny, dlatego tamten go posłuchał.

– W porządku, nie ma sprawy.

Blondyn wziął książkę pod pachę, chwycił kubek z herbatą, obszedł stół bilardowy i usiadł po przeciwnej stronie, tyłem do nich, po czym z ołówkiem w ręku wrócił do lektury. Dudas westchnął z ulgą i wrzucił żeton do otworu w stole bilardowym. Opanował się, nie zrobił obory. Załatwił sprawę polubownie i pokojowo, chociaż miał wielką ochotę po prostu przypierdolić w tę zakręconą łepetynkę. Liczył, że jego opanowanie zostanie docenione. Nie zwracając uwagi na protesty ziomków, ustawił trójkąt na suknie, poustawiał starannie bile i pokazał palcem Tasakowi.

– Zaczynasz. Teraz gramy o dwie paczki.

Był spokojny, tak przynajmniej mu się wydawało. Tasak jednak musiał dostrzec na jego twarzy napięcie, ponieważ najpierw otworzył usta w proteście, a potem je zamknął. Natarł czubek kija kredą i uderzył z rozmachem. Bile rozbiegły się po zielonym suknie jak przestraszone kury po trawniku. Wpadły aż dwie, obie pełne. Tasak grał dalej, wbił jeszcze dwie, a potem z uśmiechem oddał kij Dudasowi. Ten przymierzył i wbił jedną, przy drugiej wpadła mu również biała. Uderzył za mocno. Coś było nie tak z jego opanowaniem. Ta sprawa wydała mu się ciągle niezałatwiona. Po chwili zrozumiał dlaczego. Blondyn przesiadł się na drugi koniec stołu, ale dokładnie w takie samo miejsce jak poprzednio. Przy kolejnej przymiarce Dudas znowu zobaczył na końcu kija czuprynę kręconych włosów. I znowu spieprzył uderzenie. Nie, nie mógł tego tak zostawić.

– Sorry, gościu, ale chyba się nie zrozumieliśmy. Prosiłem, żebyś przesiadł się gdzieś dalej, o, na przykład tam. – Pochylony nad nim wskazał dłonią najciemniejszy kąt baru, w sam raz dla miłośnika herbaty i tortów z wiśniami. A najlepiej, żeby pedał w ogóle się stąd wyniósł i nie wkurwiał go gładką buzią.

Blondyn zmrużył oczy i nie przestając się uśmiechać, zapytał:

– Jesteś pewien, że jak się przesiądę, to sobie wreszcie trafisz?

Dudas zacisnął zęby.

– No.

– To po włosku?

– Że co?

– Nic.

Chłopak znowu zebrał swoje rzeczy i przesiadł się w ciemny kąt. Ale już nie przeglądał książki kucharskiej. Siedział nieruchomo i wpatrywał się w niego, szczerząc zęby w martwym uśmiechu. W jakimś sensie było to jeszcze gorsze. Dudas dwa razy haniebnie spudłował, a następnie uderzył tak mocno, że oprócz swojej bili wbił również białą, na koniec zaś (jak pierdolona wisienka na torcie!) do dziury potoczyła się czarna. Zagotował się w środku. Rzucił kij na stół i ruszył do ciemnego kąta, roztrącając po drodze krzesła jak baloniki na nieudanym przyjęciu urodzinowym. Głos z głębi mózgu wołał, że ta nieruchoma, wyszczerzona gęba to niebezpieczeństwo, ale mężczyzna stracił zaufanie do takich głosów. W jego żyłach buzowała potężna energia wściekłości, niebotycznego wkurwienia, na które żaden piskliwy głosik rozsądku nic nie poradzi. Nie czuł bólu ani złości, tylko ten przyjemny szum, jakby wypełniała go piana z piwa. Postać w półmroku nie zareagowała, żaden mięsień nawet nie drgnął na gładkiej twarzyczce. Ten kamienny bezruch tknął Dudasa złym przeczuciem, ale było już za późno na odwrót. Gwałtowne natarcia mają to do siebie, że nie można się z nich wycofać, nawet kiedy już dostrzega się błąd.

– Spierdalaj stąd! – krzyknął nienaturalnie głośno. – Powiedziałem: spierdalaj!

Liczył na głupią uwagę, która dałaby mu pretekst. Ale tamten ani drgnął. Szczerzył się jak wredny klaun z okładki tego słynnego horroru.

– Spierdalaj albo zetrę ci ten uśmieszek z ryja!

Zrobił jeszcze jeden krok, spięty do granic wytrzymałości. Fala agresji podchodziła mu już do gardła, ostatnie słowa wybulgotał niemal niezrozumiale. Ale pedzio zrozumiał.

– Przypuszczalnie nie podejrzewam.

Wyciągnął rękę, żeby złapać gościa za koszulkę i wywlec zza stolika. Sytuacja nie była jednak zbyt wygodna, ponieważ tamten cały czas siedział nieruchomo, wciśnięty w kąt sali, dokąd Dudas sam go wysłał. Teraz miał problem, jak go stamtąd wyłuskać. Ręka zawisła bezradnie w powietrzu nad blatem z rozłożoną książką kucharską. Pieprzony torcik z pieprzonymi wiśniami.

– Masz problem – powiedział blondyn, czytając w jego myślach. – Nie dosięgniesz.

Napastnik charknął wściekle i rzucił się z ręką wyciągniętą prosto do smukłego pedalskiego gardła. Trafił w pustkę. Tamten zniknął, a Dudas runął całym ciałem na stolik, potrącając kubek z herbatą, która jakimś cholernym trafem wylała mu się za dekolt. Kiedy się wyprostował i strzepnął koszulkę, ktoś postukał go palcem w plecy.

– Tu jestem – powiedział pogodnie blondyn i wskoczył za następny stolik. Znowu był poza zasięgiem.

– Zajebię cię – wycharczał Dudas i zacisnął pięści. Coś w nim pękło, nareszcie nie musiał udawać, nie musiał się starać. Był sobą – nabuzowanym ziomkiem, który lubi spuszczać wpierdol.

– Przypuszczalnie nie podejrzewam – powtórzył tamten dziwną formułkę. – Odnoszę wrażenie, że z trzech koniecznych warunków do spełnienia tej groźby brakuje ci co najmniej dwóch. Po pierwsze, w ogóle mnie jeszcze nie dorwałeś i zapewne nie dorwiesz. Po drugie, nawet jak już dorwiesz, możesz nie dać rady. Po trzecie, nikt jeszcze mnie nie...

– Chrr! – mężczyzna warknął i wskoczył na stół. Miał zamiar jednym kopnięciem zamknąć tę pedalską jadaczkę, ale zanim wziął zamach, facet znowu zniknął. Dudas stracił równowagę i poleciał na ścianę, odbił się od niej i odwrócił. Blondyn stał po drugiej stronie sali, pięć metrów od niego. Jak on to zrobił?

– Dudi, odpuść – doleciało go od bilardowego stolika. To był Tasak. – Chodź grać. Twój ruch.

Boją się, żebym znowu nie narobił bajzlu, pomyślał Dudas. Ale było za późno. Nie mógł tego tak zostawić. Barman coś krzyczał, a on przeskoczył na drugi stolik i odbił się, skacząc na kolejny. Teraz ten pedał mu się nie wywinie, nie ma gdzie uciekać. Nagle Dudas niebezpiecznie wychylił się do przodu i wyciągnął ręce, by się podeprzeć, ale i tak runął twarzą na trzeci blat. Zanim się pozbierał, usłyszał za plecami:

– Znowu pudło. Tu jestem.

Złapał za oparcie krzesła i wziął potężny zamach. Nie czuł bólu, niewiele widział, nie słyszał krzyku kolegów i barmana – całą swoją waleczną duszą pragnął przefasonować tę gładką uśmiechniętą gębę. Jeszcze biedak nie wiedział, że znalazł się na końcu długiego szeregu ludzi jemu podobnych, którzy marzyli o tym samym. I żadnemu się nie udało. Krzesło zawisło w powietrzu, Tasak i Gleba z pomocą barmana obezwładnili go i teraz usiedli na nim we trzech. Dyszał z wściekłości, ale siły go opuszczały.

– Co ty, Dudas, odpierdalasz! – wołał do niego Tasak. – Przecież to tylko gra!

Zamrugał. W ustach miał słony smak, to pewnie krew. Spojrzał w górę. Uśmiechnięta twarzyczka pochylała się nad nim.

– Słuchaj kolegów, Dudas. To tylko gra.

Mężczyzna szarpnął się. Przekręcił głowę i patrzył za odchodzącym blondynem, który przemierzając zdemolowaną salę, całkiem pedalsko kręcił kuprem w obcisłych dżinsach. Z książką kucharską pod pachą rzucił na kontuar banknot i wyszedł. Wsiadł do białego volva i odjechał. Jak jakiś cholerny Brad Pitt. Dudas usiadł. Ścierając uwolnionym przedramieniem krew z rozbitej wargi, poprzysiągł krwawą zemstę.

W ten sposób Rafał Dudek, pomorski osiłek zwany Dudasem, zawarł znajomość z Luckiem Bałysiem – podkomisarzem Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, wysłanym na parę dni do Słupska w celu wygłoszenia w tamtejszej szkole policyjnej referatu o dopuszczalności interwencji w sytuacjach pozasłużbowych. Ta znajomość miała Dudasa kosztować życie.

2

Kiedy szefowie wydziałów zbierali się po naradzie do wyjścia, komendant Byczkiewicz przytrzymał za łokieć Andrzeja Krzyckiego, czterdziestoczteroletniego bruneta o zaciętym spojrzeniu, który od niespełna roku z wyraźną niechęcią kierował wydziałem kryminalnym na Mogilskiej.

– Zostań chwilę.

Krzycki strzepnął dłoń Byczkiewicza, jakby się opędzał od natręta na ulicy. Wiedział, o czym będzie rozmowa, i nie miał na nią najmniejszej ochoty. Znał na pamięć jej przebieg. „Andrzej, tak nie można”. „Wiem, ale sytuacja była wyjątkowa”. „Nie była, to standardowe zatrzymanie i wystarczyło użyć kajdanek”. „Był agresywny”. „Ty też”. „Ale ja jestem po innej stronie”. „Nie, jako ludzie cywilizowani wszyscy jesteśmy po tej samej stronie”. I tak dalej. Wiedział, że skończy się na upomnieniu i pogróżkach w razie podobnych wybryków. Czasem odsuwali go od śledztwa, ale teraz to nie miało sensu. Był szefem wydziału. Ciągle zresztą nie pojmował dlaczego.

– Andrzej, tak nie można.

– Wiem, ale sytuacja była wyjątkowa.

– Nie była. To standardowe...

– ...zatrzymanie i wystarczyło użyć kajdanek. Darek, nie chce mi się tego międlić. Przejdźmy od razu do kary.

Komendant Byczkiewicz westchnął i przetarł dłonią krótki jeżyk na głowie. Młodszy od Krzyckiego, podziwiał go jak wszyscy koledzy i był wobec najlepszego śledczego swojej drużyny (wielu twierdziło, że całego kraju) całkiem bezradny. Krzycki na dobrą sprawę robił, co chciał, a gdy przegiął, tak jak teraz, kłopot spadał na przełożonych. Obaj dobrze o tym wiedzieli. Wiedzieli również, że nic się w tym układzie nie zmieni. Postanowił zawalczyć o swój autorytet.

– Nie, muszę to powiedzieć. Pobiłeś chłopaka do nieprzytomności tylko za to, że uciekał. Miałeś kajdanki w ręku. Jesteś od niego silniejszy, lepiej wyszkolony i w dodatku byłeś uzbrojony. Musiałeś go bić?

Pytanie wisiało w powietrzu może pół minuty, po czym inspektor, nie patrząc na przełożonego, postawił własne.

– To jaka jest ta kara?

Nie pogadają sobie. Andrzej zawsze miał problemy z dogadywaniem się na Mogilskiej, co w przypadku oficera policji mogło stanowić niejaką przeszkodę w normalnym wypełnianiu obowiązków służbowych. Nieźle powiedziane. Tak naprawdę to nie lubił policji i policjantów, a zwłaszcza śledczych, do których miał wątpliwy zaszczyt się zaliczać. Podobnie jak nie lubił przestępców, których uwielbiał łapać własnoręcznie i w miarę możliwości karać na miejscu. W ogóle nie lubił ludzi, nie wyłączając siebie. Może z paroma wyjątkami, ale też bez przesady.

– Andrzej, do cholery, jesteś inspektorem i szefem wydziału! Nie do ciebie należy taka robota jak uganianie się za młodocianymi dilerami. Po coś ty tam w ogóle pojechał?

Byczkiewicz zasadniczo był w porządku, kiedyś nawet trochę się do siebie zbliżyli. Komendant pojawił się na ślubie Lucka i otwarciu kawiarni Doroty. To znaczy ich kawiarni, ale Andrzej nie lubił myśleć o niej jak o swojej. Rozmawiali wtedy o tym, że on jest jedynym sensownym kandydatem na stanowisko szefa wydziału kryminalnego i każde inne rozwiązanie byłoby nienaturalne. Tak właśnie wtedy wyraził się komendant: nienaturalne. Tylko że Krzycki nie widział niczego naturalnego w tym, że musi siedzieć za biurkiem, podpisywać papiery i słuchać sprawozdań z tego, co w terenie robią koledzy. Już po tygodniu takiego szefowania zatęsknił za czasami, gdy we dwójkę z Luckiem Bałysiem uganiali się po grobiańskich uroczyskach, nadstawiając karku na wszystkie możliwe nieregulaminowe sposoby. Dwóch przeciwko całemu światu. Tak, to było naturalne.

Lucek. Gdyby przedwczoraj działali razem, wszystko poszłoby inaczej. Niestety, jego dawny partner i jedyny przyjaciel pojechał akurat do Słupska, dokąd Andrzej sam go wysłał, bo nie chciało mu się tłuc przez całą Polskę, żeby wygłosić jeden referat. Lucek uwielbiał drogę, samochód, bieganie tu i tam i w ogóle życie. Młodzi tak mają. Przedwczoraj na tyłach hurtowni wkroczyliby wcześniej i nie wydarzyłoby się to, co się wydarzyło.

– Śpisz?

Krzycki otrząsnął się.

– Nie. Przepraszam, zamyśliłem się. To jaka jest ta kara?

– Nie wygłupiaj się, nie jesteśmy w świetlicy szkolnej. Muszę ci jednak kategorycznie zabronić udziału w interwencjach. Musiałeś tam leźć? Masz od tego ludzi!

– No, to jest kara.

– Co, że masz ludzi?

– Że mam nie jeździć na akcje.

Musiał tam leźć, nie mógł wytrzymać. Gdyby jednak próbował wytłumaczyć Byczkiewiczowi, co go naprawdę ciągnie do interwencji, wyszedłby na nieodpowiedzialnego szczeniaka i byłoby jak w świetlicy szkolnej.

– Cieszę się, żeśmy się dogadali.

Krzycki wcale nie uważał, że się dogadali (na Mogilskiej źle się dogadywał), ale grzecznie podziękował. Byczkiewicz uścisnął mu dłoń z taką siłą, jakby dusił węża.

– To świetnie, Andrzeju. W nagrodę dostaniesz prezent.

Drgnął w niedobrym przeczuciu.

– Jaki prezent?

– Miesiąc urlopu.

– Ale ja nie chcę żadnego urlopu!

– To nie jest prośba.

Andrzej poczuł się, jakby mu ktoś wyrwał spod tyłka taboret. Twardy był i gniótł niemiłosiernie, ale jednak jakoś się na nim siedziało. Teraz jego tyłek zawisł w powietrzu.

– I co ja będę na tym zasranym urlopie robił?

Komendant wziął go za ramiona jak oficer żołnierza na filmach wojennych.

– Rób, co chcesz. Możesz pomóc trochę Dorocie w kawiarni. Tyra tam od rana do wieczora. Pojedź gdzieś z Pawełkiem, w końcu mamy lipiec, wakacje, jakbyś nie wiedział. Bądź mężem i ojcem.

Klepnięty serdecznie w ramię Krzycki podziękował, machnął ręką na pożegnanie, jakby chciał powiedzieć, że życie to beznadziejny przypadek, i wyszedł. Mężem i ojcem. Formalnie rzecz biorąc, nie był ani jednym, ani drugim. Z Dorotą i Pawełkiem, jej synem z poprzedniego małżeństwa, po prostu razem mieszkali. Mieli zalegalizować związek zaraz po ślubie Lucka, ale jakoś zeszło, a później już mieli TAMTO na głowie. Nie wiedział, czy minęło dosyć czasu, by wrócić do matrymonialnych planów. W końcu tak naprawdę to wszystko jedno.

Zbiegając po schodach, dwa razy się potknął, a potem o mało nie przewrócił sekretarki Byczkiewicza, panny Moniki. Wyglądała jak chińska podróbka manekina z salonu kosmetycznego, ale miała refleks i zdążyła się odsunąć. Na recepcji na jego widok młody podoficer poderwał się z krzesła.

– Markielak, kto mnie podpierdolił u komendanta?

Chłopak zbladł. Rozpuszczony i niezbyt rozgarnięty, zawdzięczał tę wygodną posadę dawnym wpływom wuja, niegdyś dobrze ustawionego szefa lokalnej mafii, a jeszcze wcześniej komendanta policji, i był przekonany, że tak już zostanie. Krzycki kiedyś wybił go z tego przekonania i od tamtej pory ich relacje nabrały szczególnego charakteru. Markielak bał się go jak ognia.

– Podp... ale z czym, panie inspektorze?

– Z tym, że jestem spięty i powinienem iść na urlop.

– Ale... ja nic nie wiem! Jaki urlop? Zaczęły się wakacje, wszyscy teraz idą na ur...

– Bałyś się zgłaszał?

– Nie, panie inspektorze. Ale jakby co, to ja zaraz zamelduję.

– Dobra. Od jutra mnie nie ma. Gdyby coś się działo, dzwoń natychmiast. Z każdą sprawą, rozumiesz?

– Tak jest, panie inspektorze.

– Zapnij kieszonkę. I przestań kłaść te żele na włosy.

Nie czekając na odpowiedź, poszedł do siebie. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi gabinetu, klapnął na fotel i odetchnął głęboko. Za oknem szumiały samochody na Mogilskiej, dudnił tramwaj do Nowej Huty. Andrzej spojrzał na zegarek. Jeżeli istnieje na kolei jeszcze jakakolwiek punktualność, to zaraz pojedzie skład przez wiadukt. Tak, już go słychać. Krzycki przez chwilę walczył ze sobą, wreszcie poddał się i podszedł do okna. Odruchowo liczył wagony, a kiedy ostatni zniknął za zakrętem, obwiódł palcami wokół ust, chrząknął i usiadł z powrotem w fotelu. Dokładnie tak samo, jak latami robił to jego poprzednik, inspektor Opałka, nim odszedł na emeryturę. Wszystko idzie normalnie, rutyna zżera sens. Ale skoro wszystko idzie normalnie i rutynowo, to dlaczego jest tak do dupy? Gdzie tkwi błąd? Andrzej wyjął kartkę, żeby coś zapisać, następnie zmiął ją i wyrzucił do kosza (na drugim końcu wielgachnego biurka, rzut za trzy punkty), po czym sięgnął do szuflady w poszukiwaniu paczki papierosów, której tam nie było. Nie palił od pięciu lat. Nie pił od dwóch i pół.

Dlaczego właściwie pobił tego chłopaka? Pobił to mało powiedziane. Gdyby Stańczyk z Bąblem go nie odciągnęli, skatowałby go na śmierć. Nie miał żadnego usprawiedliwienia, nawet nie próbował go wymyślać, ponieważ koledzy znali go od lat i wiedzieli, że to jest zawsze ten sam przypadek. Krzycki na moment traci kontrolę nad sobą, co miewa różną rozciągłość w czasie, od czego zależy to, czy ten drugi przeżyje czy nie. Bywało i tak, i tak. Andrzej lubił to nazywać intuicją, inni niekoniecznie. „Intuicją – powiedział kiedyś Kuba Stańczyk zwany Szelą – to można wytropić przestępcę, ale nie nadziać go na pręt zbrojeniowy jak na rożen”. Była to aluzja do sprawy ze świniarni, gdzie Krzycki stoczył śmiertelny pojedynek na noże z niejakim Mateuszem Grelą, niebezpiecznym mordercą z dziwacznej pogańskiej sekty. Zabił go tylko pośrednio, ponieważ tamten sam spadł i nadział się na druty, ale takie tłumaczenie nie przekonało kolegów. Tak, Krzycki zdecydowanie miał problem z dogadywaniem się na Mogilskiej.

Przypadek przy rondzie Kotlarskim naprawdę należał do szczególnych. Obława poszła od drugiej strony, tak jak to sugerował informator. Pięcioosobowa ekipa w pełnym rynsztunku i z doskonale opracowanym planem miała wkroczyć do opuszczonej hali na tyłach dawnej fabryki Zieleniewskiego na Grzegórzkach. Po rozdzieleniu zadań i przepytaniu całej piątki Krzycki wysłał ich do roboty, a sam podjechał samochodem od drugiej strony. To jedna z jego „intuicyjnych” zasad: jak wszyscy idą w prawo, idź w lewo. Jak idą od tyłu, idź od przodu, a jak z góry, idź od dołu. Na wszelki wypadek. Gdyby miał komuś wyjaśnić, dlaczego akurat postąpił tak, a nie inaczej, powiedziałby, że coś go tknęło. Inaczej tego ująć nie umiał. I nie chciał.

Przejechał całą ulicę Ludwika Zieleniewskiego i na bulwarze Kurlandzkim skręcił w lewo. Wprowadził samochód na spory trawnik i zatrzymał w cieniu wielkiego krzewu czarnego bzu. Po chwili ich zobaczył. Wyszli z hali przez zardzewiałe obramowanie starych drzwi. Dwaj chłopcy trzymali pod ramiona dziewczynę. Szarpała się, ale niezbyt skutecznie i jakby w zwolnionym tempie. Musiała już być czymś oszołomiona. Docisnęli ją do ściany i trzeci, który wyszedł jako ostatni, wyjął z kieszeni strzykawkę, przystawił dziewczynie do zgięcia w łokciu i wbił igłę. Chciała krzyknąć, ale jeden z trzymających zatkał jej usta dłonią. Gdy przestała wierzgać i opadła z sił, ten od strzykawki ujął jej policzki lewą dłonią, a prawą wymierzył siarczysty policzek. Andrzej wiedział dlaczego. Żeby nie zasnęła i żeby krew zaczęła szybciej krążyć. Wtedy narkotyk lepiej się rozchodzi, jak każda trucizna wprowadzona do krwiobiegu. Chłopak coś mówił do dziewczyny, a potem mocno pocałował w krwawiące usta i oblizał palce – tak przynajmniej wydawało się Krzyckiemu. Jego ludzie przepadli gdzieś w środku. Odczekał jeszcze pół minuty, po czym wyjął glocka, wziął trzy głębokie wdechy i wyskoczył.

To miało być standardowe zatrzymanie, z okrzykiem, hałasem, ewentualnie ostrzegawczym strzałem. Wszystko zmierzało we właściwym kierunku, tylko że nikt z jego zespołu się nie pokazał. Później tłumaczyli, że mieli w środku całą grupę i nie sądzili, że jeszcze ktoś jest na zewnątrz. To nie był wielki problem. Radził sobie w znacznie gorszych sytuacjach, nawet więcej: lubił działać w pojedynkę. Rachunek jest wtedy uczciwszy. Tym razem trafił na szczeniaków, uczniów, poczatkujących adeptów przyszłej sztuki dilerki. Siłą wstrzykiwali heroinę koleżankom i kolegom, żeby ich szybko i skutecznie uzależnić. Gdy przejdą pomyślnie pierwsze próby przymusu, otrzymują szansę zostania prawdziwymi żołnierzami mafii. Krzycki znał do znudzenia te scenariusze ludzkich katastrof.

Nie zatrzasnął drzwi od samochodu, żeby zbyt wcześnie nie ostrzec tamtej czwórki. Zakładał, że i chłopcy są trochę otumanieni, co zwalnia reakcję i ułatwia działanie takim jak on geniuszom porządku. Gówno, a nie porządek. To wychowywanie dzieci, czyli odwalanie roboty za rodziców, którzy zwykle jeszcze finansują te wszystkie wybryki. Schylił się i podszedł do nich na odległość pięciu kroków. Widział wyraźnie pobladłą twarz dziewczyny, jej rozchylone, drżące wargi i strużkę krwi skapującą z brody na jasny podkoszulek. Była całkiem porządnie ubrana, zero tatuażu, zero piercingu, dżinsy bez dizajnerskich dziur, na nogach tenisówki z zielonym krokodylkiem. Nie była regularną ćpunką, tylko mocną kandydatką, z dobrego domu. Rusz się, mruknął do siebie.

Akcja zmierzała we właściwym kierunku do czasu, gdy Krzycki doznał absurdalnego wrażenia, że to mogła być jego córka i teraz chłopak ze strzykawką, zlizując jej krew z własnej dłoni, z obłąkanym uśmiechem ciągnął ją na dno piekła...

Wtedy skoczył.

3

Bębniąc palcami po kierownicy w rytm głupiej piosenki z radia, przeklinała w duchu własną uległość. Nie dość, że zasiedziała się do jedenastej wieczorem i obiecała pchnąć sprawę w urzędzie, to jeszcze o mało nie poszła do łóżka z tym palantem. Jedynie resztkom zdrowego rozsądku zawdzięczała wycofanie się w ostatniej chwili z intymnej sytuacji, gdy po przejściu na ty i nieco zbyt namiętnym uścisku Zbyszek zaczął szeptać jakieś tajemniczki, jak to nazywał, liżąc przy tym mokrym językiem jej ucho. Odepchnęła go, ale prąd podniecenia zdążył przebiec jej wzdłuż kręgosłupa, od głowy aż do tyłka. Fakt, nie miała faceta od roku, kiedy to rzucił ją inny palant, i trochę nią miotało. Trochę... Odepchnęła go i wyszła. Kiedy opuszczała dom miejscowego potentata od gruntów rolnych, który właśnie wysłał żonę z dziećmi na wakacje, żeby w spokoju pozałatwiać najnowsze interesy i przy okazji przelecieć panią geodetkę, czuła wilgoć w kroku. Może dlatego wynosiła się z takim pośpiechem. Dołowała ją myśl, że mogłaby przespać się z tym bucem. „Madziu, czuję, że coś nas łączy”. Co za fiut! Na szczęście nie nadziała się na niego, cha, cha! Dzięki, mój malutki zdrowy rozsądeczku.

Skręciła w lewo i znalazła się na wyboistej drodze między dwiema wsiami, których nazw nie pamiętała. Od pięciu lat pracowała w tych okolicach jako geodetka, a ciągle jeszcze sprawdzała miejscowości w podręcznym kajeciku. Myliły jej się te wszystkie Ciećkowy, Rzyczyce, Bodziesławy, Grębowy, Grębówki i Gręboszyce. Językoznawcy zaszaleli w 1945 roku, wymyślając te wszystkie nazwy. Miało być po polsku i słowiańsku, a nie po germańsku, jak przez ostatnie sześćset lat, tymczasem wyszły jakieś dziwolągi. Niby coś sugerowały, ale były jakby spod jednej sztancy, wygarnięte z jednego nazwologicznego worka. Jak się to nazywa? Toponimy? Toponomastyka?

Spojrzała w bok, gdzie w ciemności migotały czerwone światła przeciwlotnicze wiatraków. Tego językoznawcy nie przewidzieli i żadnych Wiatrakowic w okolicy nie ustanowili. Ani Wiatrakowa, Wiatrowic, Kręciołów, Śmigielnicy, Śmigielniczki czy Śmigłowa Sławieńskiego. I jeszcze Wiercipłat Pomorskich, a co! Nie lubiła tych majestatycznych stworów, mielących powoli nadmorskie powietrze, jakby snuły niewidzialną osnowę, z której ktoś kiedyś udzierga wielki baldachim nad całą krainą. Gdy podeszło się bliżej, świszczały jak skrzydła ogromnych ptaszysk. Brrr. Dosyć tego.

Spojrzała na wyświetlacz radia. Dochodziła północ. Totalnie się zagapiła, a rano musi być o ósmej w biurze. Podkręciła muzykę w radiu i wyjechała na główną szosę do Słupska. Wtedy zachciało jej się sikać. No jasne. Tak kończy się impreza, na której nie pijesz alkoholu, więc uwodziciel poi cię herbatą i kawą. W dodatku potem przez pół nocy nie będzie mogła zasnąć. Niech to szlag! Zacisnęła uda, ale pęcherz potraktował to jak zaproszenie do rywalizacji i natarł na podbrzusze ostrym kłuciem. Przejechała w nerwowym skurczu jakiś kilometr, po czym zaklęła brzydko i skręciła w polną drogę. Dla komfortu wjechała sto metrów w głąb i dopiero tam zatrzymała samochód, choć szosa była zupełnie pusta. Wkurzają ją ludzie załatwiający się na poboczach. Zwłaszcza przymulaści faceci przekonani, że wystarczy stanąć przy błotniku samochodu. W ogóle ludzie ją wkurzają. Hej, Magda, coś taka wkurzona? Miałaś jednak chętkę na pana Palanta?

Wysiadła. Odurzył ją mdlący zapach gryki wypełniający czerwcową noc. Jej olbrzymie połacie jaśniały w mroku po obu stronach drogi, dobrze widoczne w bladym świetle przysłoniętego chmurami księżyca. W dzień gryka ma lekko różowy odcień, ale nocą robi się biała. Było cicho. Wiatr trącał drobne listki, ale pączki kwiatków tkwiły nieruchomo na polu jak ustawiona do boju armia w białych hełmach. Ciągnęły się po horyzont. Jakieś dwieście metrów od niej leniwie kręcił się najbliższy wiatrak, dalej dwa następne. Widocznie górą wiało mocniej. Weszła w szparę między pędami gryki, rozpięła spodnie i już miała przykucnąć, gdy nagle się poderwała. Nie, dwa dalsze się nie kręciły, tylko ten najbliższy. Dziwne. Punktowy wiatr, który kręci tylko jednym wiatrakiem. Przyjrzała mu się uważniej. Skrzydła bezgłośnie przesuwały się na tle czarnego nieba, łyskając na czerwono w miejscach, gdzie przecinały się ze smugą bijącą od migającej lampy. Szły powoli, leniwie, ale jednak szły, w przeciwieństwie do pozostałych. Oni je czasem wyłączają, jak dobiją do tygodniowych limitów, pomyślała i trochę się uspokoiła. Kucnęła i błogo oddała się fizjologicznej uldze. Nagle coś zachrzęściło za jej plecami. Poderwała się i jednym szybkim ruchem podciągnęła majtki razem ze spodniami. Dźwięk się nie powtórzył. Wsłuchana w ciszę nieruchomego pola gryki starała się bezgłośnie zapiąć guzik dżinsów, darując sobie zamek błyskawiczny. To było jak nieostrożny krok w wysokiej trawie. Ktoś przechodził w pobliżu. Ktoś albo coś. Tu w okolicy kręci się pełno dzikiej zwierzyny: dziki, sarny, jelenie. Mógł być też pies, lis. Co jeszcze? Słyszała, że krążą tu jenoty, a nawet kiedyś przechodziły szakale, jak jej opowiadał pewien leśniczy. Ostrożnie wypuściła powietrze. Zwierzęca wyliczanka nieco ją uspokoiła. Ale tylko nieco i wiedziała dlaczego. Dźwięk przypominał szurnięcie materiału o liście. To oczywiście nic nie znaczyło, mogło jej się po prostu wydawać, ale swojemu panicznemu strachowi nie zdołała tego wyjaśnić. Podchodził do gardła, jakby niedawne podniecenie u pana Palanta wracało na swoje miejsce. Co robić?

Uświadomiła sobie, że nie jest całkiem ciemno i jej twarz widać w księżycowej poświacie, więc znów przykucnęła, tym razem powoli. Od zwilżonej ziemi doszedł ją zapach własnego moczu. Jakimś zupełnie niepojętym sposobem podziałał na nią uspokajająco. Skuliła się i rozłożyła ciężar ciała na całe stopy, żeby dłużej wytrzymać w tej pozycji. Zaczęła nerwowo rozmyślać nad tym, czy jej granatowego golfa widać przy tym świetle z odległości, dajmy na to, dziesięciu metrów. Doszła do wniosku, że nie, i znowu zrobiło jej się odrobinę lepiej. Żałowała, że zostawiła na siedzeniu komórkę.

Ukrycie ma swoje zalety, ale i wady. Mniej widzisz i mniej słyszysz. Nagle wyobraziła sobie, że ten ktoś stoi tuż za jej plecami, szykując się do ataku, i wstrząsnęła nią nowa fala strachu. Obejrzała się tak gwałtownie, że omal nie pacnęła tyłkiem we własne siki, ale nikogo nie było. Oczywiście, przecież tu nikogo nie ma. Uroiła sobie. Wszystko przez te cholerne wiatraki i ich migające lampy! Plus podniecenie, które nie chciało jej opuścić. Co za popieprzona noc!

Kiedy się podnosiła, rozległ się głośny trzask. Drgnęła, a potem zaklęła cicho. Tym razem chrupnęło jej własne kolano. Roztarła je dłonią i wyprostowała plecy, rozglądając się i nasłuchując. Cisza. Uznała, że dosyć tych bzdur, i energicznym krokiem wróciła na polną drogę. Samochód stał na swoim miejscu, w kabinie paliło się światło. Wysiadając, nie domknęła drzwi. Całe jej harcerskie ukrywanie się w gryce ze spodniami w garści warte było funta kłaków, skoro intruz mógł zobaczyć samochód z kilometra. Bez sensu. Wskoczyła za kierownicę, grzmotnęła drzwiami z całej siły, aż golf się zakołysał, i wcisnęła kołek blokady. Urojenia urojeniami, ale zawsze lepiej się zabezpieczyć. Pomacała siedzenie pasażera i znalazła swoją komórkę. Pomyślała, że da się jej użyć w charakterze latarki, a potem przypomniała sobie o dużej latarce w bagażniku i po chwili wahania wysiadła. „Po co wysiadasz, głupia?!”, wrzasnęła w niej ta druga Magda, więc udzieliła jej rozsądnej odpowiedzi. Po pierwsze, nie jest wcale strachliwą kurą, uciekającą przed byle szelestem. Po drugie, należy sprawdzać swoje podejrzenia, choćby kosztem komfortu i nawet wtedy, gdy na cyferblacie jest akurat północ. A po trzecie, najważniejsze: nie wysikała się do końca.

Wyjęła z bagażnika wielką wodoszczelną latarkę na akumulator, która mogła również służyć za broń, i wróciła na wydeptany placyk w łanie gryki. Poświeciła wkoło, ale oprócz odcisków swoich butów oraz mokrej plamy na ziemi niczego nie znalazła. Postanowiła najpierw dokończyć zaczęte, więc odpięła guzik, zsunęła spodnie i przykucnęła. Kucała już do tego cholernego sikania czwarty raz i uśmiechnęła się do siebie, wyobrażając sobie minę Zbysia, kiedy o tym słucha. Ulga wyparła z duszy resztki strachu. Nabrawszy pewności siebie, poświeciła wkoło, a potem – żeby pokazać sobie i całemu światu, jaka z niej dzielna dziewczynka – zrobiła kilka kroków w głąb pola. To gdzieś stąd doszedł ją ten cholerny szelest. Faktycznie, parę metrów dalej pośrodku pola gryki była kępa krzaków. Chyba głóg. Wyrósł na pryzmie kamieni zebranych pewnie ze sto lat temu przez niemieckich robotników rolnych. Tak się dawniej oczyszczało grunty pod uprawę, zresztą i dzisiaj chłopi znosili kamienie na małe sterty na krańcach pól. Ta zarosła gęsto i na tle białej gryki stanowiła ciemną wyspę. Doskonała kryjówka dla zwierząt. I ludzi. Zacisnęła mocniej dłoń na latarce i snopem światła omiotła wysepkę. Zrobiła dwa kroki do przodu i znieruchomiała. W gryce przed nią był wyraźny ślad. Ktoś tędy przechodził. Poświeciła niżej – w czarnej ziemi widniał odcisk wielkiego buta.

Przestała na chwilę oddychać. Usiłując nad sobą zapanować, zrobiła trzy kroki w tył, powoli, jakby stąpała po polu minowym. Spojrzała za siebie. Droga do samochodu była wolna. Ostrożnie, krok po kroku ruszyła do auta. Kiedy już otworzyła drzwi golfa, obejrzała się.

Stał piętnaście metrów od niej. W szerokiej żółtej kurtce, takiej, jaką noszą rybacy podczas sztormu, obcisłych legginsach i dziwnym kapeluszu na głowie, którego rondo zasłaniało twarz. Patrzył na nią. Kojarzył jej się z niezgrabnym strachem na wróble, dla kawału ubranym przez kogoś w sztormiak. „Kim jesteś?”, chciała krzyknąć, ale wyszedł jej tylko bezdźwięczny świst, jakby sama była wiatrakiem.

Poruszył się. Podniósł głowę i zanim zdołała przyjrzeć się jego twarzy, odwrócił się i odszedł. Zrobił kilka kroków środkiem drogi, a potem skręcił i zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Jednym skokiem znalazła się na siedzeniu i z hukiem zatrzasnęła drzwi. Niezawodny golf odpalił natychmiast. Nie zamierzała wracać na wstecznym do głównej szosy, ponieważ musiałaby przejechać obok miejsca, gdzie tamten właśnie zniknął. Wiedziała, że farmy wiatrowe mają wewnętrzne ścieżki i między wiatrakami musi być połączenie dla obsługi technicznej. Powinien też być inny wyjazd. Ruszyła w tamtą stronę. Intensywnie czerwone światło pozycyjne jedynego kręcącego się wiatraka pulsowało nieregularnie, gasnąc i rozbłyskując według sobie tylko znanego wzoru.

Mijając go, zerknęła w górę. Po dziesięciu metrach nacisnęła hamulec. Nie, to niemożliwe. Za dużo jak na jeden wieczór.

Wiatrak kręcił się trochę nierówno, w rytmie dwutaktu, przyśpieszał i zwalniał, wpadając w irytujący rytm. Magda zadławiła się z wrażenia i musiała odkaszlnąć. W rozbłysku czerwonego światła zobaczyła, jak obroty wirnika zwalniają i od dołu podjeżdża kolejna łopata, wolno, z trudem wspinając się pod górę. Gdy dotarła do punktu szczytowego, niemal znieruchomiała w pozycji pionowej i wtedy Magda je zobaczyła. Było obwiązane sznurem jak baleron, z głową opadniętą na ramię i rękami rozłożonymi w proszalnym geście. Tkwiło w bezruchu przez ułamek sekundy, prezentując się w rubinowej poświacie, a potem nagle lampa zgasła i śmigło, przyśpieszając, ruszyło w dół. Ciało znikło, przesłonięte czarnym skrzydłem nocy, a potem wyłoniło się jeszcze raz. Musiała krzyknąć, żeby się nie udusić. Jej charkotliwy wrzask podziałał na nią jak środek pobudzający. Wrzuciła bieg i ze skręconą kierownicą ruszyła na pełnym gazie. Golf zabuksował na piaszczystym gruncie, po czym wyskoczył przed siebie, omal nie wyrzucając jej przez drzwi. Zatoczył szeroki promień, przemielił kilka metrów gryki i pomknął wąską drogą. Dopiero wtedy włączyła światła. Ściskając kurczowo kierownicę, starała się nie patrzeć na boki – teraz widziałaby go wszędzie. Wbiła wzrok przed siebie i na pierwszym skrzyżowaniu polnych traktów skręciła w lewo, dodała gazu i z niecierpliwością czekała, kiedy wreszcie samochód dotrze do szosy. Gdy na nią wjeżdżała, nie zdjęła nawet nogi z gazu, zerknęła tylko na ułamek sekundy przez ramię. Ciężarówka jechała z naprzeciwka, od Słupska. Rozległ się potworny ryk klaksonu i pociągnęła kierownicę w lewo. Huk gniecionej blachy granatowego golfa jeszcze słyszała, eksplozji poduszki powietrznej już nie.

4

Na tarasie kawiarni rozmowy gości toczyły się głównie po niemiecku. Przy jednym stoliku zawzięcie dyskutowano o ostatnich zamieszkach w Hamburgu, przy innym krytykowano miejscową infrastrukturę usługową, przy jeszcze innym zachwalano pomorskie krajobrazy i lecznicze zalety bałtyckiego powietrza. Tu i ówdzie rozlegały się gardłowe śmiechy. Potomkowie dawnych gospodarzy tych ziem wracali dzisiaj jako turyści i najwyraźniej było im z tym dobrze. Jej nie. Przyglądała im się spod półprzymkniętych powiek i dopasowywała ich rysy do tamtych, które znała. O, na przykład ten gruby w spodniach na skórzanych szelkach mógłby być synem sklepikarza Grohla – ma takie same okrągłe chytre oczka i jedno odstające ucho, tylko jest trochę niższy. Ale wzrost mógł wziąć po matce. Niska drobna Grohlowa, zawsze w ruchu, wciąż krążyła na zaplecze i z powrotem, wynosiła i przynosiła towary, jakby samo ich puszczanie w nieustanny ruch przynosiło zyski. Co się z nimi stało? Szli razem z innymi w kolumnie czy nie? Porzucili swój ukochany sklep czy pilnowali go do końca? Jeśli pilnowali, to grubasek w skórzanych szelkach raczej nie mógł być ich synem. Zresztą pewnie i tak nie był. To tylko taka gra z przeszłością.

A tamta starsza dama w eleganckim kostiumie z berlińskiego domu towarowego mogłaby być córką starego Millera. Też wysoka i podobnie zadzierała podbródek, żeby na wszystkich patrzeć z góry. Miller był dumny i jako dyrektor poczty miał po temu powody. Przed wojną takie stanowisko oznaczało poważną państwową pensję i wystarczające dla całej rodziny zabezpieczenie na emeryturę. Zabezpieczenie. Wszystkim im się wtedy wydawało, że są zabezpieczeni. Westchnęła. Nie, to na pewno nie jest córka Millera. Trupa tamtej widziała na własne oczy, a to, co wpadnie w oczy dziecka, zostaje na zawsze. Tak tylko, dla zabawy układała sobie te historie, bo chciałaby znaleźć w nich jakiś porządek, jakieś rozwiązanie. Może wtedy i jej historia odnalazłaby swoje, ten rachunek wreszcie by się zamknął i ona sama już nigdy więcej nie musiałaby tu przyjeżdżać. To wszystko raz na zawsze by się skończyło.

Dopiła niedobrą kawę z taniej filiżanki, z nieuprzejmym stuknięciem odstawiła ją na spodek i wyszła. Miała jeszcze dzisiaj wiele do zrobienia, a do miejsca przeznaczenia wiodła długa i kręta droga, z wybojami chwiejącymi jej mercedesem jak sztorm rybacką łodzią w starym poczciwym Stolpmünde, któremu Polacy nadali potem dziwną świszczącą nazwę. Rzuciła okiem na park i jezioro, po czym ruszyła pałacowymi schodami na górę, by przebrać się w sportowy strój. Pałacem, kiedyś należącym do starego niemieckiego rodu, teraz zarządzał Polak, zmieniając go w średnio gustowny hotel. Ale i tak cieszył się powodzeniem, ponieważ leżał na legendarnym Pomorzu i Niemcy lubili tu przyjeżdżać. Pomorze. Jej Pomorze, schowane w sercu jak owad w bursztynie. Musi je odzyskać i dopiero wtedy spokojnie umrze.

II

Interwencje pozasłużbowe

1

Dopiero kiedy wszedł na mównicę i dolna szczęka zaczęła pracować niezależnie od reszty Lucka Bałysia, drżąc i bełkocząc, zamiast artykułować słowa, pożałował, że nie posłuchał Krzyckiego, który z kamienną twarzą radził mu założyć okulary i dokleić wąsy.

– Wiesz, zerówki wyglądają jak prawdziwe. Dodadzą ci pięć lat.

– To za mało – odparł Lucek. – Potrzebuję z dziesięć.

– Zamów sobie jeszcze w hurtowni kosmetycznej wąsy. Powiedz, że to dla dziadka, który wyłysiał.

– Pod nosem się nie łysieje, inspektorze. – Całkiem poważnie odpowiadał na bezlitosne szyderstwa. Największym wizerunkowym problemem podkomisarza Lucjana Bałysia wcale nie było dziwaczne imię, rodem z komedii Zapolskiej, ale prezencja. Miał dwadzieścia osiem lat, stopień młodszego oficera policji, piękną żonę i doskonale opanowane sztuki walki, a wciąż wyglądał jak nieopierzony nastolatek przed pokwitaniem. Główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosiła szczupła budowa ciała, dziewczęca buzia i kręcone blond włosy z loczkiem opadającym na oczy. Z jakichś szamańskich powodów nie pozwalał go obciąć, a indagowany w tej kwestii powoływał się mętnie na biblijny przykład Samsona. Kiedy w obcisłych spodniach szedł przez krakowski Rynek, kręcąc szczupłym tyłkiem, prawdziwi Polacy wulgarnie szydzili, a zagraniczni seksturyści usiłowali poderwać. Jedni i drudzy nie zdawali sobie sprawy, co ryzykują. W starciu z męską agresją Lucek potrafił być zabójczy. Od dzieciństwa uczył się sztuk walki, by poradzić sobie z nieśmiałością i chudzielcowatą sylwetką. Osiągnął w nich prawdziwe mistrzostwo. Gdy miał dobry humor, ośmieszał i obezwładniał napastnika, gdy gorszy – jednym ciosem łamał kończyny. Przestępcy, którzy dostali się w pole jego działania, za swoje szczęście powinni uznawać to, że podkomisarz Bałyś zwykle jednak miewał dobry humor.

– Słuchajcie, podkomisarzu Bałyś, w sklepach zabawkowych są też gotowe maski. – Nie dawał za wygraną Krzycki, przyglądając się z uwagą swoim paznokciom. – Okulary, nos, wąsy i łysina na czole. Na przykład doktor Frankenstein...

– No cha, cha, cha, ale się uśmiałem. Sam sobie kup maseczkę, tę ze szwami na mózgu. Ty mnie w to wrobiłeś, ty tu robisz za potwora.

To prawda. Zaproszenie na konferencję o nowych przepisach i metodach przygotowywania i przeprowadzania interwencji policyjnych przyszło dla inspektora Krzyckiego jako jednego z najlepszych i najskuteczniej interweniujących śledczych w Polsce. Trudno było tym pochwałom zaprzeczyć, jednak – jak się Luckowi wydawało – Andrzej natychmiast wyczuł podwójny sens tego zaproszenia. W swojej burzliwej karierze nie tylko skutecznie interweniował, ale i najczęściej karano go za nieregulaminowe zatrzymania i przekraczanie uprawnień. Tak wyglądała druga, ciemna strona jego sławy. Szkoła Policji w Słupsku chciała zapewne na jego przykładzie przeprowadzić analizę błędów i nadużyć, której to lekcji jego obecność dodałaby szczególnej pikanterii. Dlatego postanowił wysłać Lucka. W końcu jego niedawny partner brał udział w większości tych słynnych nieregulaminowych zatrzymań. Poza tym Krzycki przyznał, że nie chciało mu się tłuc przez całą Polskę na piętnaście minut referatu i pół godziny dyskusji.

– Najważniejszy jest wyraz twarzy – Lucek mruknął do siebie i podszedł do okna ćwiczyć w szybie miny. Marszczył czoło, wysuwał dolną wargę do przodu i patrzył w nieokreślony punkt przed sobą.

– Nieźle. Jeszcze od czasu do czasu powarkuj.

– Wal się. Doniosę Lali.

Lala była suką Andrzeja, odbitą podczas jednej z (nieregulaminowych) interwencji w niepołomickiej hurtowni z rąk gangstera Marysińskiego.

– Poradzi ci to samo. Wierz mi, ona się zna. A co Dominika na twój wyjazd?

– Zaraz tu przyjdzie, to ją spytasz.

Dominika, od niespełna roku szczęśliwa żona Bałysia, nie tylko pozwoliła mu jechać, ale z entuzjazmem pomysł poparła. Sama pochodziła ze Słupska, gdzie nadal mieszkali jej rodzice, więc była zachwycona. Miała słabość do tego miasta, choć urodziła się w Niemczech, a ojciec pochodził z Salwadoru. Całą Komendę Wojewódzką na Mogilskiej powalała swoją egzotyczną urodą, co nie przeszkadzało jej powtarzać, że jest Pomorzanką. Twierdziła, że Pomorze Środkowe jest inne, ma swój klimat i tajemniczą duszę, tylko „trzeba umieć słuchać”. Lucek umiał słuchać, więc posłusznie wybrał się z nią do galerii handlowej, zatwierdził zakup wściekle niebieskiego garnituru z różową koszulą i bordowym krawatem do kompletu, choć w głębi duszy uważał ten zestaw za okropny. Wysłuchał setki przykazań co do sposobów odpowiadania na pytania teściów i pojechał.

Teraz stał przy pulpicie i miał wrażenie, że spod rękawa wylewa mu się rozcieńczony malinowy kisiel, a pod szyją wisi wyfiletowany węgorz.

„...biorąc pod uwagę powyższe okoliczności, stwierdzić należy, że interwencja policjanta w czasie wolnym od pracy wywołuje skutki oraz ochronę prawną analogiczne do tych, jakie wiążą się z działaniami podczas trwania służby. Oczywiście, musimy uzwględniać – przepraszam – uwzględniać tu okoliczności dodatkowe, takie jak działanie policjanta znajdującego się pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających...”.

Przypomniał sobie, ile razy zabierał Krzyckiego z miejsca jego spontanicznych akcji w czasach, kiedy jeszcze tamten pił. Pośpiesznie zagadywał techników i pod byle pretekstem pakował Andrzeja do samochodu. Na szczęście jego partner często odnosił jakieś obrażenia i mogli się powoływać na konieczność natychmiastowego leczenia ambulatoryjnego. Poza tym Jurek Gargulski, szef techników, którego małomówność była równie legendarna jak przenikliwość, o wszystkim wiedział i milczał jak grób. Problemy stwarzał sam Krzycki, bo w tym stanie nadal chciał bronić praworządności i biegać za przestępcami. Stąd wzięło się złośliwe spławianie go przez najbliższych: „Idź lepiej, Andrzejku, pościgać jakichś bandytów”. Od czasu, gdy przestał pić, Krzycki uważał to nawet za dosyć zabawne.

„...jak wszyscy jednak dobrze wiemy, wśród organów procesowych istnieje konstrukcja tak zwanego stanu wyższej konieczności, za pomocą którego chciałbym teraz zakreślić moje stanowisko, to znaczy nasze stanowisko, czyli wydziału... krakowskiego wydziału kryminalnego...”

Pogubił się. Wszystko przez te cholerne okulary, których nie miał na nosie, chociaż ze dwa razy już poprawiał je nerwowym ruchem. Gdy się orientował, udawał, że odsuwa na bok swój jasny kędzior, a wtedy widział w sali lekceważące uśmieszki. Dlatego w końcu przyznał Krzyckiemu rację z okularami – po czym i tak zwalił na niego całą winę za swoją kompromitację.

Kiedy wreszcie skończył, rozległy się dosyć długie i gorące oklaski, po których przyszedł czas na dyskusję, jako że podkomisarz Bałyś mówił ostatni w tym cyklu. No tak, mógł się tego spodziewać: natychmiast padły pytania o alkohol. To jeden z najpowszechniejszych problemów w policji, jak zresztą we wszystkich służbach mundurowych (kto był w wojsku, ten wie), i każdy ze słuchaczy miał swoją opinię na ten temat, mocno ugruntowaną we własnym doświadczeniu.

– Czy kolega nie uważa, że powinno się wprowadzić górny limit spożycia alkoholu, poniżej którego policjant może działać tak, jakby był trzeźwy? (śmiech) Przecież wszyscy wiemy, że po dwóch piwach czy kieliszku wódki sprawność psychomotoryczna nie tylko nie spada, ale często wzrasta.

Lucek uśmiechnął się pod nosem, by dać sobie czas do namysłu, po czym natychmiast przybrał poważny ton i odparł, że jego zdaniem wprowadzanie za pomocą regulacji prawnych jakichkolwiek złagodzeń wymogów trzeźwości może w prostej linii prowadzić do nadużyć. Lepiej nie pozwalać, a w sytuacjach wyjątkowych rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie, zakonkludował. Starał się brzmieć rzeczowo i rozsądnie, ale wciąż widział prychnięcia i uśmieszki wśród słuchaczy, i znowu zaczął w myślach przeklinać Krzyckiego.

– Gdzie, pańskim zdaniem, jest granica stosowania środków przymusu bezpośredniego w interwencji pozasłużbowej? Czy dokładnie tam, gdzie podczas służby, czy może policjantowi na urlopie wolno mniej niż w pracy?

Pytanie padło od faceta w średnim wieku w mundurze inspektora, siedzącego w pierwszym rzędzie i od początku świdrującego go nieprzyjemnym wzrokiem. Bałyś go nie znał i właśnie doszedł do przekonania, że wcale nie chce poznać. W sposobie mówienia wyczuł lekceważenie człowieka doświadczonego dla smarkacza. W dodatku podejrzewał, że to pytanie bardziej dotyczy sposobów działania Krzyckiego i stanowi część repertuaru przygotowanego na przyjazd właściwego adresata zaproszenia. Lucek, chcąc nie chcąc, musiał przyjąć rolę adwokata diabła i długo tłumaczył wpływ doraźnych okoliczności oraz stanu emocjonalnego podmiotu interwencji na faktyczną ocenę zasadności użytych środków. Facet słuchał z ironicznym uśmieszkiem, po czym doprecyzował:

– Niech mi pan powie konkretnie, czy często stosujecie takie okoliczności łagodzące jak stan emocjonalny „podmiotu interwencji” – nawiasem mówiąc, zgrabny eufemizm – dla sposobów działania inspektora Andrzeja Krzyckiego. Jak słyszę, przoduje w zatrzymaniach niestandardowych. Ostatnie miało miejsce przedwczoraj.

Uśmiech wieńczący pytanie przypominał wrzutkę z sesji fotograficznej rekina. Rozległy się pojedyncze śmiechy, głównie osób z najbliższego otoczenia inspektora. Wianuszek służalców. Lucka ogarnęła nagła wściekłość. Zrozumiał, że Krzycki został tu zaproszony nie jako autorytet, jak to ujęto w zaproszeniu, ale jako przykład negatywny, który należy wytknąć palcem, napiętnować i odesłać do domu w aurze kompromitacji. A ponieważ sam cel nie przybył, napiętnowaniu poddano jego, w zastępstwie. Powinno go to załamać, ale przeciwnie – nabrał nowych sił. Poczucie, że stoi tu za Andrzeja i przemawia w jego imieniu, dodało mu skrzydeł. Wiele już razy musiał świecić oczami za przyjaciela i wyspecjalizował się w tym niemal równie dobrze jak w taekwon-do.

Ostatnia uwaga zbiła go jednak z tropu. Przedwczoraj? Czyżby dlatego nikt do niego nie zadzwonił, ani Dominika, ani Andrzej? Coś się stało? Zaraz w przerwie musi się dowiedzieć. Niepewność dodała mu pewności siebie.

– Inspektor Krzycki dlatego może poszczycić się takimi osiągnięciami jak, ośmielam się twierdzić, nikt z tutaj obecnych, że na pierwszym miejscu stawia zwalczanie przestępczości i bezpieczeństwo obywateli, a dopiero później zgodność z regulaminem. Wiem, że może to brzmieć jak apologia przekraczania regulaminów („Co to jest apologia?”, usłyszał sceniczny szept z przodu), ale na tym polega specyfika naszej pracy. Mamy często do czynienia z sytuacjami nagłymi, na które należy reagować natychmiast, odruchowo i trudno wymagać wtedy od policjanta przeglądania w pamięci regułek, co wolno, a czego nie. Racjonalny automatyzm to fikcja. Albo działa się racjonalnie, czyli powoli, albo impulsywnie, czyli szybko i skutecznie, choć czasami kosztem tego czy innego punktu w regulaminie. Jako partner byłem uczestnikiem wielu akcji Andrzeja Krzyckiego i, zapewniam państwa, większość z nich zakończyłaby się fiaskiem, gdybyśmy oglądali się wyłącznie na przepisy. I nie ma to nic wspólnego z praworządnością – dodał nieco głośniej – a jeżeli, to w przeciwnym sensie, niż niektórym z was może się wydawać.

Z tą praworządnością wyszedł lapsus. Bałyś czuł, że przesadził. Właśnie obalił regulamin interwencji policyjnych na rzecz zupełnej dowolności i widzimisię policjanta. Z tyłu sali rozległo się kilka spontanicznych braw, natomiast przednie rzędy zareagowały ożywionymi szeptami i czytelnymi wyrazami zdziwienia. Inspektor rekin połykał go wzrokiem w całości, z butami i pięknym niebieskim garniturem. Lucek przełknął ślinę. Krzycki, ratuj! Leżę, a razem ze mną cała twoja filozofia niezależnego śledczego! Ale Krzyckiego tu nie było. On był za Krzyckiego, on musiał być Krzyckim. Wbił wzrok w inspektora rekina. To nie może się dobrze skończyć.

Prowadzący panel energiczny komisarz chyba wyczuł, co się święci, ponieważ na widok podnoszącej się ręki inspektora pośpiesznie ogłosił przerwę i zaprosił wszystkich na kawę i ciastka. W sali podniósł się rumor składanych krzeseł. Lucek zebrał swoje kartki, podziękował kolegom z panelu i usiłował wymknąć się wąskim wyjściem za stołem konferencyjnym. Inspektor dopadł go tuż za drzwiami, już na szerokim korytarzu.

– Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, pieje pan peany na cześć swojego szefa – powiedział łagodnym głosem, w którym czaiło się nagłe uderzenie. – Artur Kała, byłem kiedyś komendantem policji w tym mieście.

Wyciągnął do niego dłoń i Lucek musiał ją uścisnąć, choć wcale nie miał ochoty. Twarda i zimna, przypominała płetwę. Bąknął swoje nazwisko, ale tamten machnął tylko ręką.

– Wiem, wiem. Krzycki i Bałyś, najgłośniejszy duet polskiej policji. Nawiasem mówiąc, kto teraz, po awansie Andrzeja, pana prowadzi? Żona?

Dwóch jego przydupasów zaskrzeczało obelżywie i Lucek zagryzł wargi. Nie spodziewał się takiej gościny w tym fajnym mieście. Skłonił się grzecznie, by nie zdradzać, jak celnie go trafiono, i przypomniał uprzejmie, że jest podkomisarzem i sam siebie może prowadzić.

– To teraz takim młodym dają stopnie oficerskie? – spytał drwiąco Kała. Lucek nie wytrzymał.

– Wcześniej dawali innym i trzeba było to zmienić – odparł, zerkając na dystynkcje rozmówcy.

Grupka kibiców wokół nich zamarła. Inspektorowi oczy zwęziły się do szparek, a wąs pod nosem wykonał jakiś szczotkowaty ruch. Potem mężczyzna przywołał na twarz uśmiech i poklepał podkomisarza po ramieniu.

– Bystry jesteś, umiesz się odciąć. Pozdrów Krzyckiego ode mnie i przypomnij mu, że mi leci butelkę wódki. Teraz, po dwudziestu dwóch latach to się z tego zrobiło, no... ze dwie skrzynki.

Wszyscy wkoło skwapliwie się roześmieli, więc Lucek również skrzywił się uśmiechopodobnie. Kała ze swoją świtą odszedł, a on dopiero wtedy skonstatował, że stoi na baczność z wciśniętą pod pachę zieloną teczką i wstrzymanym oddechem. Wypuścił głośno powietrze z płuc i zrobił krok w kierunku schodów – chciał wreszcie napić się kawy. Ktoś przytrzymał go za rękę.

– Nie przejmuj się, on tak zawsze.

– Dlaczego go nie zabijecie na strzelnicy? Zdarzają się takie wypadki.

Lucek usiłował zdobyć się na pierwszy tego dnia dowcip. Niezwykle zabawny. Chłopak w mundurze młodszego aspiranta jednak szczerze się roześmiał.

– Nikt by się nie odważył. Facet ma mocne plecy.

– Można strzelać w głowę.

Jeszcze zabawniejsze. Bałyś, cudnie ci idzie!

Chłopak roześmiał się ponownie, po czym odprowadził go na dół do sali bankietowej, gdzie stały termosy z kawą i sterty kruchych ciastek, wokół których zgromadziło się już raźne grono smakoszy. Nazywał się Paweł Palka i był z wydziału kryminalnego tutejszej Komendy Wojewódzkiej. Od razu na wstępie wyznał, że przyszedł tu głównie dla niego, aspiranta Bałysia, partnera słynnego Krzyckiego.

– Wiesz, dla nas wy tu jesteście jak Butch Cassidy i Sundance Kid.

– Sądząc z ostatniej wymiany zdań, raczej jak Kajko i Kokosz. – Lucek westchnął, nalewając kawę do plastikowego kubka. Nie cierpiał pić z takich kubków, bliżej im było do prezerwatywy niż do filiżanki.

– Poważnie, stary – oponował młodszy aspirant Palka. – Nie gniewaj się, chciałem posłuchać samego Krzyckiego, ale ty jesteś, wiesz, zaraz za nim. Nawiasem mówiąc, świetnie ci poszło.

– Nie musisz mnie pocieszać, daję radę. Czułem się jak czwartoklasista grający dorosłego w teatrzyku szkolnym. Krzycki radził mi założyć okulary i dokleić wąsy.

Chłopak po raz kolejny skwitował uwagę Lucka szczerym śmiechem.

– Wyglądasz problematycznie, to fakt. W pierwszej chwili wziąłem cię za syna Krzyckiego. No i miniasty jesteś.

– Niezłe, niezłe. O co chodziło Kale z tym zatrzymaniem? Mój tata znowu nabroił?

– Nie wiem. – Palka wzruszył ramionami. – Inspektor ma mocne nie tylko plecy, ale i parę innych rzeczy. Siatkę informatorów również.

– Poczekaj, muszę zadzwonić – powiedział nagle Bałyś. Odszedł na bok i wybrał numer Andrzeja, ale nikt nie odbierał. Wybrał więc numer Dominiki, jednak telefon również milczał. Pewnie są na naradzie, pocieszał się. Związek z Andrzejem przez lata wykształcił w Lucku coś w rodzaju nieustannego niepokoju o przyjaciela, permanentnego stanu niepewności, co tamten znowu wykręci, w jakie tarapaty wpadnie, kogo nieregulaminowo potraktuje i tym podobne. Małżeństwo z Dominiką zmieniło w tym względzie niewiele, tyle że niepokoił się również o nią. Myśl, że mógłby ją stracić, doprowadzała go do rozpaczy. Krzycki nazywał to chorobliwą zazdrością.

– Papużki nierozłączki, trzymają się za rączki – szydził, kiedy Dominika czekała na męża, aż skończy pracę, żeby mogli razem wrócić do domu.

– Masz coś przeciw naszemu szczęściu, wapniaku? – jeżył się Bałyś. – Jutro o świcie na udeptanej ziemi. Ja wybieram broń.

Andrzej wtedy podnosił obie ręce do góry.

– Spokojnie, ja tylko chciałem pogratulować udanego związku.

– Masz swój, ciesz się nim.

Chyba utrafił, bo Krzycki zamilkł i zrobił wargami ryjek, że niby wszystko to można zbagatelizować.

Po sali bankietowej niósł się ożywiony gwar kuluarowych rozmów, jak to w przerwie konferencji. Zrezygnowany, podkomisarz schował telefon do kieszeni i wrócił do młodszego aspiranta Palki.

– Nie odbiera – wyjaśnił. Łyknął kawy i odstawił kubek. Przez chwilę badał wzrokiem talerz z ciastkami, wreszcie wybrał jedno, ugryzł i położył obok kubka. Rozejrzał się. W małych grupkach dyskusyjnych od czasu do czasu ktoś na niego zerkał, odwracał się do kolegów i rzucał uwagę, którą pozostali kwitowali śmiechem. Inspektor Kała poszedł dalej: stał na drugim końcu sali i patrzył w niego z nieruchomą twarzą. W jego spojrzeniu Lucek dostrzegał mieszaninę rozbawienia i morderczej przenikliwości. Nie umiał już wytrzymać tego wzroku.

– Słuchaj, właściwie to ja tu jestem jako delegat całej grupy – zagadnął Palka, ostrożnie dobierając słowa. – Nie wpadłbyś do nas na chwilę do komendy? Chłopaki się ucieszą, właściwie to czekają tam na ciebie. No i  – wskazał na kubek – mamy lepszą kawę.

– Aż tak to widać?

– Mówiłem ci, że jesteś miniasty.

Lucek wyszukał wzrokiem komisarza Wojcieszka, organizatora konferencji, który stał pod ścianą z dwoma innymi oficerami i coś im z namaszczeniem objaśniał. Ruszyło go sumienie, powinien tu zostać i posłuchać dla przyzwoitości kilku wystąpień. Potem jego wzrok przesunął się pośpiesznie po Kale, grupkach dyskutantów i na końcu dotarł do stolika z kawą i ciastkami. Następnie Bałyś przypomniał sobie nieodebrane telefony. Jeśli Dominika albo Andrzej zechcą oddzwonić, łatwiej będzie mu rozmawiać w komendzie niż w auli. Na ewentualny powrót do dyskusji nad swoim referatem, bez okularów i wąsów, również nie miał najmniejszej ochoty.

– Ale ta kawa to na bank?

– Na bank.

– Okej, spadamy.

2

Po powrocie do domu Krzycki swoim zwyczajem padł na łóżko, włączył pilotem odtwarzacz i gapił się w sufit. Wcześniej zaciągnął dokładnie story, żeby nie drażniło go popołudniowe słońce. Specjalnie w tym celu zawiesił grube, podwójne zasłony, dodatkowo uszczelnione izolacyjną masą. Sposób na migreny i hałas z ulicy. I w ogóle na nielubiany świat. Nie reagował na zaczepki Lali, która chciała iść na spacer, tylko przymknął oczy i pozwolił się unieść elektronicznym falowaniom Schulzego. Od niepamiętnych czasów lubił się odprężać właśnie przy takiej muzyce, ona dawała mu najwięcej oddechu i przenosiła tam, gdzie mógł swobodnie rozmyślać i nie przejmować się, czy to coś znaczy i komuś przeszkadza.

Nie da się ukryć, dostał opierdol. I słusznie. Gdyby go nie powstrzymali, kto wie, czy nie zabiłby chłopaka, i nie usprawiedliwiało go to, że trafnie rozpoznał sytuację i złapał akurat tego najgroźniejszego. Dziewczynę odwieziono do szpitala pod kroplówkę i można tylko było mieć nadzieję, że prędko do odlotowych pomysłów nie wróci. Córka państwa profesorstwa z Uniwersytetu Jagiellońskiego ochotę na mocniejsze przeżycia zawdzięczała pewnie domowej nudzie. No to sobie przeżyła. A przy okazji jego odesłała na urlop. Niech to szlag!

Smutne klimaty drezdeńskiego koncertu Klausa Schulzego z 1989 roku zalały go jak whisky z colą, które kiedyś w takich sytuacjach lubił popijać. Wyzwalacze. Nie łącz dwóch czynników kojarzonych z piciem – przypomniał sobie zalecenie z terapii. Zamrugał oczami i zmusił się, by pomyśleć o czymś innym, przyjemniejszym. Ale o czym? Jak znaleźć teraz coś przyjemnego w całym tym bajzlu, jaki się zrobił? Lala podeszła do łóżka i dotknęła wilgotnym nosem jego dłoni. Zrobiła to bardzo delikatnie, ledwie wyczuwalnie, jakby chciała nieśmiało zasugerować, że spacer z nią mógłby być czymś przyjemnym. Pogładził ją po poczciwym łbie.

– No dobra, chodźmy.

Poderwała się, zamachała brzydkim pałkowatym ogonem i po sekundzie już stała przed nim z obrożą w pysku.

– Najpierw pójdziemy nad Wisłę, a w powrotnej drodze wstąpimy do knajpy i zapytamy grzecznie panią, kiedy przyjdzie do domu. Potem dostaniesz jeść, a jak wszystko zjesz, dam ci nagródkę. Pasuje?

Lala skwapliwie zaakceptowała wszystkie punkty planu i pobiegła do przedpokoju. Wyszli na rozpaloną całodziennym upałem ulicę Starowiślną. Była niemal pozbawiona zieleni i teraz, o ósmej wieczór, wszystkie te rozgrzane kamienie emitowały zmagazynowane w ciągu dnia ciepło. Przeszedł na drugą stronę i z Lalą tuż przy nodze starał się omijać przechodniów, co w wakacyjnym sezonie na trasie Rynek–Kazimierz nie należało do łatwych zadań. Waliła tędy cała zagraniczna turystyka, która po zaliczeniu Starego Miasta koniecznie chciała rzucić okiem na dawną żydowską dzielnicę, ewentualnie zostać na podwieczorek lub kolację. Właśnie dzięki tej masowej tendencji funkcjonowali tutaj liczni restauratorzy, łącznie z Dorotą i jej kawiarnią o nazwie Iza oraz panem Ludwikiem, zaprzyjaźnionym właścicielem Estery. Minął szybko skręt do ulicy Szerokiej. Już postanowił, że zajrzy tam później.

Nad Wisłą, gdzie chłód wody dawał nieco ulgi od upału, spacerowały prawdziwe tłumy. Inspektor prowadził Lalę tuż przy murze bulwaru, z dala od ścieżki rowerowej i chodnika, a i tak ciągle natykał się na inne psy, których właściciele mieli dokładnie ten sam pomysł. Lala już na tyle otrzaskała się z miastowym życiem, by wiedzieć, że należy dać się obwąchać innym, ewentualnie z grzeczności samej też ze dwa razy pociągnąć nosem i sprawnie iść dalej, zanim strzeli im do łba bliższa relacja. Sama nie przepadała za psami, miała raczej skłonności samotnicze. Tu z Krzyckim rozumieli się doskonale.

– Chodź tu. Nie zwracaj uwagi.

Przyciągnął ją do nogi i obszedł tak, by znalazła się od strony muru. Z naprzeciwka szedł mężczyzna w biało-czerwonym podkoszulku, ciasno opinającym umięśnioną klatkę piersiową i pokaźne bicepsy. Prowadził dwa amstafy na jednej smyczy, która przy uchwycie miała mechanizm napinający. To znaczy, że można ją było rozwinąć. Paru właścicieli ze swoimi pupilkami pośpiesznie przeszło na drugi koniec pasa zieleni. Ktoś usiłował zwrócić uwagę facetowi z amstafami, na co ten tylko popuścił smycz i wyszczerzył zęby, radując się powszechną paniką. Andrzej nie miał się gdzie wycofać. Szedł więc dalej przed siebie, trzymając Lalę krótko i nieco tylko zwalniając kroku. Na wszelki wypadek. Oddychał spokojnie, ale w jego mięśniach zaczęła już czynić przygotowania tak zwana pierwsza zasada Krzyckiego: jak coś może pójść źle, to pójdzie.

Kiedy para amstafów znalazła się dwa metry od nich, facet popuścił trochę linkę. Oba psy natychmiast skoczyły i zawisły w powietrzu z przednimi łapami w górze, opierając się na tylnych. Lala przystanęła.

– Hej! Co jest? – krzyknął Krzycki.

Tamten wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Uważaj na swojego kundla, nie?

– Chyba wszyscy powinniśmy uważać – odburknął Andrzej, na co mięśniak w odpowiedzi jeszcze bardziej poluźnił smycz. Psy, jak para odjechanych bliźniaków, identycznie podskoczyły na tylnych łapach i wyszczerzyły kły. Ślina ciekła im z wywieszonych jęzorów. Lala zjeżyła sierść na karku i warknęła cicho.

– Spokój – mruknął do niej, nie spuszczając tamtych z oczu.

– Puść ją! – zawołał właściciel psów. – Zobaczymy, co potrafi.

Stali z Lalą przyciśnięci do muru. Pięć metrów za nimi znajdowały się schody na ulicę Podgórską, ale do nich nie dobiegną. Psy blokowały przejście, a facet w patriotycznym podkoszulku stał z wyczekującym uśmiechem, bawiąc się plastikowym spustem smyczy. Andrzeja nagle opadło zniechęcenie.

– Słuchaj, gościu, odpuść sobie. Jestem policjantem. Każdy z nas idzie w swoją stronę i nie robimy z tego problemu, zgoda? To dobra rada, wierz mi.

Facet przez kilka sekund przyswajał to, co usłyszał, po czym szczera radość spłynęła na jego kartoflaną twarz.

– Kurwa, ja to mam szczęście! Trafiłem na prawdziwego psa! No to jazda, psiarnia!

W ten sposób złe zaczęło iść jeszcze gorzej. Obaj zrobili to samo: schylili się do obroży, by uwolnić swoich podopiecznych. Lala szybko biegała, ale nie była tak umięśniona jak tamte dwa napalone bliźniaki. Normalne samce nie pałają taką agresją do niewysterylizowanej suki, jednak te dwa musiały być specjalnie w tym celu szkolone. Wystarczyło spojrzeć na ich właściciela, by nabrać co do tego pewności. Amstafy należą do psów zwinnych i bardzo ruchliwych, Lala na dłuższy dystans nie miałaby z nimi szans. Liczył na co innego.

– Do domu! – krzyknął jej w ucho. Skoczyła natychmiast, a tamte za nią. Mięśniak na sekundę zbaraniał, znajdując się nagle oko w oko z policjantem, bez psich ochroniarzy. To wystarczyło Andrzejowi. Zgiął go w pół celnym kopnięciem w krocze i powalił ciosem w szczękę, wrzeszcząc przy tym na całe gardło. Biegacze zwalniali zaniepokojeni, matki odwracały dzieci, rowerzyści przystawali i gapili się z zaciekawieniem. Ktoś krzyczał, żeby wezwać policję. Ale nie o ludzi mu chodziło. Po kilku sekundach usłyszał charakterystyczny stłumiony tupot i niski podwójny charkot. Amstafy wróciły.

Tak jak przypuszczał, szkolono je przede wszystkim do obrony właściciela, a ściślej rzecz biorąc – do atakowania w jego interesie. Słysząc krzyk, natychmiast zawróciły i teraz zgodnie, w jednym rytmie szarżowały na Andrzeja, jak przystało na bliźniaków. To było jego drugie optymistyczne założenie. Psy prawdopodobnie rzeczywiście pochodziły z jednego miotu i wychowywane tak samo przez właściciela miały bliźniacze odruchy, to znaczy wykonywały czynności symetrycznie i równolegle. Teraz biegły równym tempem, krok w krok, powarkując na przemian. Przesunął się pod mur. Chcąc go zaatakować równocześnie, musiały się ścisnąć i biec tuż obok siebie, łeb w łeb. To było trzecie optymistyczne założenie Krzyckiego. Gdy czworo ślepi znalazło się dwa metry przed nim, wpakował w nie silny strumień gazu.

Nie był to zwykły gaz pieprzowy ze sklepu wysyłkowego czy stoiska Militaria w galerii handlowej. Takie działają z ograniczoną skutecznością, a przede wszystkim mają zawsze od kilku do kilkunastu sekund opóźnienia, co może wiele kosztować. Jurek Gargulski, zapytany kiedyś mimochodem przez Andrzeja o najbardziej skuteczny gaz na psy, nic nie odpowiedział, a po kilku dniach przyniósł mu trzy wąskie puszki z aerozolem, bez żadnych etykietek oraz słowa wyjaśnienia. „Nie na ludzi”, tylko tyle powiedział. Andrzej jednak z ludźmi potrafił sobie radzić, gorzej było z psami.