Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 731 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oszpicyn - Krzysztof A. Zajas

W mieście niedaleko Krakowa dzieją się niepokojące rzeczy. Ludzie zaczynają ginąć w makabrycznych okolicznościach, dzieci zamieniają się w morderców, szczury atakują mieszkańców, a wszyscy zajadle próbują odnaleźć pewien zakopany skarb. Coś opętało to miasteczko – coś, co dotąd było głęboko uśpione.

To miasto znają wszyscy. To Oświęcim. Jest rok 1994.

Nikt nie wie, co tak naprawdę się tu dzieje, nawet Wojtek, przenikliwy dziennikarz, który prowadzi własne śledztwo. Ludzie nagle przestają mówić, dziwnie się zachowują, widzą duchy, rośnie agresja, popełniają samobójstwa. Gdy mówi wszystkim swojej matce, ta szepcze: „Wszystko się łączy…” i nie chce powiedzieć nic więcej.

Po dramatycznych wydarzeniach Wojtek wyjeżdża do Słupska. Jest rok 1999. Któregoś dnia odbiera telefon z Oświęcimia. Słyszy tylko: „Oni wrócili”. Następnego dnia dowiaduje się, że jego teść nie żyje. Wojtek musi zmierzyć się z prawdą: demony przeszłości potrafią ożyć w każdej chwili. I stanowić realne zagrożenie.

Oszpicyn to trzymający w napięciu mroczny thriller opowiadający o świecie, w którym nic nie jest oczywiste, gdzie przyjaciel może okazać się najzacieklejszym wrogiem i gdzie za zbrodnie dziadków płacą dzieci. A za zbrodnie dzieci – rodzice. To świat, w którym nie ma niewinnych.

 

Krzysztof A. Zajas – literaturoznawca, kulturoznawca, tłumacz. Wykłada na wyższej uczelni i interpretuje według założeń nowej humanistyki. Jego ulubionym autorem jest Stephen King i podobnie jak jego mistrzowi przyświeca mu zasada: książka ma być do czytania. Autor kryminalnej „trylogii grobiańskiej”: Ludzie w nienawiści (2014), Mroczny krąg (2015) i Z otchłani (2016).

 

Opinie o ebooku Oszpicyn - Krzysztof A. Zajas

Fragment ebooka Oszpicyn - Krzysztof A. Zajas

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych PIOTR ZDANOWICZ
Zdjęcia na okładce © David Ridley / Arcangel
Łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © by Krzysztof Zajas Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-76-6
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Mojej nieżyjącej Mamie, Helenie Zajas z domu Czernek, oraz Henrykowi Schönkerowi – dwojgu oświęcimianom, którzy nigdy się nie spotkali, a powinni byli.Ta powieść jest w jakimś sensie ich niemożliwą rozmową.

Ja sobie wmawiałem, że to powietrze jest martwe. Że śmierć chodzi w powietrzu.

Zygmunt Feiler, wypowiedź na stronie www.oszpicin.pl

musimy zatem wiedzieć

policzyć dokładnie

zawołać po imieniu

opatrzyć na drogę

Zbigniew Herbert, Pan Cogito o potrzebie ścisłości

CZĘŚĆ PIERWSZA

1994

Dzieci się bawią

czy nie widzicie? ta zgasła świeca jest czartem.

K.K. Baczyński

1

Widziałem tego człowieka zaledwie trzy razy. Może cztery, ale czwartego razu nie jestem pewien. Zawsze, bez względu na pogodę, miał na sobie czarny kapelusz i długi brązowy płaszcz z dobrej wełny, z futrzanym kołnierzem, jakie nosiło się pół wieku wcześniej. Czwartego razu nie jestem pewien, ponieważ nie widziałem twarzy. Trudno powiedzieć, czy miał wtedy jeszcze jakąkolwiek twarz, ale takie stwierdzenie na samym początku wystawia mnie na śmieszność. Tracę wiarygodność, a do opowiedzenia tej historii będzie mi bardzo potrzebna. Znacznie bardziej niż ustalanie, czy za czwartym razem miał twarz, czy jej nie miał. Mówię poważnie.

Pierwszy raz spotkałem go w roku 1994, we wrześniu, podczas pełni księżyca. Nie, żadne wampiry, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej wracałem z wyjazdu do Sępni, gdzie ktoś podobno coś znalazł, a ponieważ prawdopodobnie to coś było złote, ukrył i nie chciał oddać. W tych okolicach, gdzie ostatnia wojna oprócz pamiątek bezprzykładnej makabry rozrzuciła również tu i ówdzie trochę złota, tego rodzaju sensacje budziły szczególne zainteresowanie. Niemal każda rodzina miała na ten temat swoje opowieści, latami układane z faktów, domysłów i plotek głęboko zanurzonych w ludzkiej potrzebie przekształcania pragnień w legendę. Wiadomość o skarbie w Sępni przekablował mi pan Bolek Czech, jedyny policjant na tamtejszym posterunku, gdy tylko po uprzejmym donosie od sąsiadów wyruszył na wieś. Od razu zadzwonił do redakcji. „Dziennikarz powinien się dowiedzieć pierwszy, nie?”, wyjaśnił ze śmiechem kierujące nim motywy, ale ja wiedziałem swoje. Liczył na to, że załatwię jego córce pracę. Kończyła polonistykę w Krakowie i podobnie jak armia koleżanek i kolegów szukała jakiegokolwiek zajęcia, by nie umrzeć z głodu. Humaniści tak mają. Z pogardą odrzucają przyziemny pragmatyzm, a potem płaczą. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Stary kawaler Władek Borowiec, operator koparki z sępniańskiej spółdzielni rolniczej, kopał rowy pod fundament nowej wiaty. Miał pod nią stanąć świeżo zakupiony kombajn, który nie mieścił się w starych garażach ze względu na rewelacyjnie szeroki nagarniacz do zbóż – ponad sześć metrów! Takiego jeszcze tu nie widzieli i trzeba było wybudować osobne stanowisko, z odpowiednio wzmocnionym podłożem. Około południa Borowiec porzucił swoje zajęcie i zniknął, a mieszkańcy sąsiadującego z placem domu natychmiast zadzwonili do prezesa. Nie potrafili wyjaśnić, w jakim celu pilnie obserwowali pracę operatora, twierdzili, że tak tylko, z nudów. W ich przekonaniu Władek znalazł coś bardzo cennego („Torbę ze złotem, panie!”) i poleciał to schować. Matka i dwóch synów opowiadali z przejęciem, nawzajem sobie przerywając i ustalając na bieżąco szczegóły. Przysięgali na rany Chrystusa, że operator biegł pochylony, trzymając się za brzuch, gdzie na pewno coś ukrywał. Prezes zadzwonił do starszego aspiranta Czecha, a ten do mnie i we trójkę poszliśmy szukać Borowca z workiem złota.

Znaleźliśmy go po godzinie, w sadzie za domem, gdzie ostrzył szpadel.

– Borowiec, czego nie pracujecie? – spytał ostro prezes.

Mężczyzna natychmiast złapał się za brzuch.

– Zebrało mnie, panie prezesie. Musiałem.

Kiedy mówił, jego oczy latały na wszystkie strony, jakby najciekawsze rzeczy działy się gdzieś za naszymi plecami.

– Ale już wam przeszło? – cisnął przełożony.

Borowiec nie umiał wyjaśnić, dlaczego nie wrócił do pracy. Nie powiedział, do czego mu naostrzona łopata. Odpowiadał półsłówkami i zerkał w bok.

Ja nie pytałem o nic. Zauważyłem tylko, że łopatę u góry, w miejscu mocowania trzonka, oblepiały resztki świeżej ziemi. Dzień był słoneczny i suchy, co znaczyło, że ktoś nią kopał całkiem niedawno, w ciągu ostatniej godziny. Podczas gdy prezes i Czech usiłowali wydobyć z niego jakieś informacje, ruszyłem na obchód ogrodu. W tej samej chwili usłyszałem za sobą wściekły krzyk. Borowiec zostawił swoich rozmówców i rzucił się za mną ze stekiem wyzwisk, z których zrozumiałem, że to jego ziemia i nie mam prawa po niej chodzić. Zanim zdołałem zrobić zdziwioną minę, zaczął szarpać mnie za bluzę. Nie jestem gigantem, ale potrafię się bronić, więc go przewróciłem na trawę i wykręciłem ręce na plecy. Charczał jak wściekły zwierz, kiedy rozglądałem się po ogrodzie.

Jeśli martwy przedmiot może stać głupio, to tak właśnie stała beczka na deszczówkę w rogu szopy. Nie pod zardzewiałą końcówką rynny, tylko pół metra dalej. Pod rynną widniało jedynie odciśnięte w podłożu kółko. Odsunęliśmy beczkę i naszym oczom ukazał się placek równiutko uklepanej ziemi. Dopiero co naostrzoną łopatą odgarnąłem wierzchnią warstwę i wyjąłem niewielkie zawiniątko. Tamci trzymali Władka Borowca we dwóch, ale i tak się wyrwał, skacząc na mnie z obłędem w oczach. Moje ciało zareagowało samo – niemal bezwiednie uderzyłem go trzonkiem najpierw w krocze, a potem w kark. Kiedy zgiął się wpół i opadł na kolana, starszy aspirant Czech skuł go na wszelki wypadek kajdankami. W trójkę pochyliliśmy się nad znaleziskiem. W natłuszczonej szmacie znajdował się srebrny rewolwer z drewnianymi okładzinami na kolbie i pustym bębenkiem. Oczywiście, facet nie miał pozwolenia na broń i nie chciał powiedzieć, jak wszedł w jej posiadanie. Dopiero kiedy prezes zapytał, czy to znalezisko z placu budowy, uśmiechnął się szeroko i odparł, że tak.

Zabrali go do komendy w Oszpicynie, żeby spisać zeznania i sporządzić oskarżenie o nielegalne posiadanie broni, a ja popytałem jeszcze sąsiadów o torbę ze złotem, a kiedy zrobiło się ciemno, ruszyłem z powrotem do domu. W drodze myślałem o pytaniu prezesa, a właściwie podpowiedzi, i postanowiłem zapamiętać ten epizod.

Nie był to rewelacyjny materiał na artykuł, ot, takie tam igraszki lokalsów z wojenną historią w tle, dlatego trochę zdegustowany i zły postanowiłem się odstresować i wróciłem do miasta okrężnie, przez Szerszeń. Miałem tam takie miejsce, gdzie oddawałem się pewnej przyjemności. Nie, nic z rzeczy zakazanych, po prostu lubię sikać na łonie natury. Wielu facetów lubi. U mnie to rodzaj drobnego prywatnego obrządku, trochę jak u dzikich zwierząt, które znaczą sobie terytorium. Moim terytorium była grobla między starymi stawami, porosła drzewami po obu stronach. Środkiem biegła wąska droga z błotnistymi koleinami, które nigdy do końca nie wysychały. Zaparkowałem na wydeptanym skrawku pobocza i ruszyłem między stawy. Wieczór rozlał się po wodzie oleistą mazią. Nad lasem unosił się księżyc i rzucał na staw swoje obolałe odbicie. Było niesamowicie cicho. Żadnego chlupotu fal, żadnego plusku ryb, nawet żaby zamilkły. Nagle niebo tuż nad księżycem przeciął meteor. Szedł niemal poziomo i żarzył się jasno, by na koniec buchnąć mocniejszym płomieniem, jak flara, i zgasnąć. Przez moment jeszcze nad horyzontem majaczyła świetlna krecha, a potem znikła. Wrześniowa perseida! Są rzadkie i zwykle słabe. Po nacieszeniu oczu uroczym widowiskiem zawróciłem do samochodu, spojrzawszy w lewo, gdzie ciągnęły się błotniste koleiny wiodące w czarny tunel pod księżycem, sklepiony koronami dębów i olch. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Może po prostu spodobała mi się ciemność pod dachem z dębowych liści, których błyszcząca powierzchnia połyskiwała drobinami żółtego światła. Może w absolutnej ciszy usłyszałem jakiś dźwięk. A może dostrzegłem ruch, nie wiem. Po prostu zrobiłem to: przystanąłem i wpatrywałem się w tę nieprzeniknioną czeluść.

Ktoś stał pod drzewem.

Chyba wiedziałem, że tam stoi, jeszcze zanim zobaczyłem go w światłach samochodu, który daleko za mną brał zakręt. Snop światła omiótł okolicę jak latarnia morska w przyspieszonym tempie, ale to wystarczyło. Ktoś stał i patrzył na mnie. Błysnął czarny kapelusz, wąska, ostra twarz, jak u ludowego świątka, prosty płaszcz z grubym kołnierzem. Oczy... wydawało mi się, że są czerwone. Odległość wynosiła jakieś piętnaście metrów, a jednak widziałem go wyraźnie.

Światła samochodu znikły i wróciła martwa cisza. Nie miałem przy sobie latarki ani niczego do obrony, mój nóż myśliwski został w bagażniku poloneza. Ja się jeszcze nie bałem, ale moje ciało już tak. Po skórze biegały drobinki dreszczy. W takich chwilach człowiekowi zwykle przychodzą do głowy dwie nawzajem wykluczające się reakcje. Albo rzucasz się do ucieczki, albo stoisz nieruchomo z nadzieją, że gość sobie pójdzie. Każde z rozwiązań ma swoje minusy. Ucieczka prowokuje pogoń, a czekanie w miejscu daje przewagę przeciwnikowi. Chyba dlatego postanowiłem do niego podejść. Ale po co? „Przepraszam, czy pan przypadkiem nie chce mnie zabić? Bo jeśli tak, to pozwoli pan, że zacznę uciekać”. Oczy usiłowały przebić się przez księżycową poświatę i rozpoznać kształty w napiętej czerni. Ruszyłem powoli i był to chyba najwolniejszy marsz w moim życiu. Stawiałem kroki do przodu, ale jakbym szedł do tyłu. Kiedy pod butem chrupnęła złamana gałązka, wszystkie włosy stanęły mi dęba. Nieuchronnie zbliżałem się do granicy światła i cienia, owal księżyca przesłoniły korony porastających groblę drzew. Oswajałem się z mrokiem, spięty do granic wytrzymałości i gotowy pod byle pretekstem zwiać na szosę do samochodu. Widziałem już zarys pnia, odległy o trzy, cztery metry...

Nikogo nie było. Dreptałem na palcach, gotów w każdej chwili uskoczyć czy zasłonić się, nie wiem. Oczy z wolna przyzwyczajały się i widziały coraz więcej, wpatrując się w ciemność jak w ekran, na którym zaraz pojawi się upiorna postać. Nie pojawił się nikt. Z trudem postawiłem kilka kroków, z wyciągniętymi rękami, jakbym chciał rozgarnąć tę błotnistą czerń. Cisza. Nic. Nikogo.

Musiało mi się przywidzieć. Wycofałem się tyłem w krąg księżycowego światła i dopiero tam zorientowałem się, że cały czas ściskam w dłoni pęk kluczy, jak kastet. Szedłem do samochodu, wciąż oglądając się za siebie. Wszystko jakby wracało do normy. Ciepły wrześniowy wieczór na powrót wygładził się w piękny obrazek, z księżycem w tle. Gdzieś daleko zaszczekał pies. Wracał też spokój. Zwolniłem kroku. Przed wejściem do samochodu niemal dla formalności obejrzałem się ostatni raz i moją uwagę przyciągnął płynący środkiem stawu przedmiot.

Spokojnie.

Zdarza się, że ludzie wrzucają do wody rozmaite rzeczy.

Niektóre z nich nie toną, tylko pływają po powierzchni do czasu, aż ktoś je wyłowi albo rozpadną się ze starości.

Latem dzieci kąpią się w tych stawach i jedno z nich zapomniało zabrać kółko do domu.

Jest koniec września, nie kąpią się od miesiąca.

Guma jest trwała.

Środkiem oświetlonego księżycem stawu płynęła dmuchana dziecięca zabawka. O tej porze trzciny są jeszcze zielone, ale już dorodne, okazałe, z szerokimi liśćmi, które trącone najsłabszym powiewem wiatru, ocierają się o siebie z szelestem. Brązowe pałki gną wierzchołki ku ziemi i napinają łodygi, gotowe w każdej chwili wystrzelić w górę lub opaść. Teraz panowała kompletna martwota. Pochylone gromady trzcin wyglądały jak kolumna zgarbionych uchodźców, zastygłych w pół kroku. A jednak gumowa zabawka sunęła jednostajnie po błyszczącej powierzchni wody, pchana przez nic. Miała kształt żaby, z szeroko rozcapierzonymi łapami i kulfoniastym, niezgrabnym łbem z przodu. Nie przypominała nadmuchiwanych kółek ze sklepów, poza tym była cienka, jakby za chuda. Nie mogłaby utrzymać na powierzchni nawet całkiem małego dziecka. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest słabo nadmuchana, ale chyba nie do końca o to chodziło. Coś było nie tak z łapami. Sterczały dziarsko na cztery strony, śmiesznie długie i sztywne jak patyki. Kiedy tak płynęło przed siebie, kółko naprawdę przypominało żabę. Wielką żabę, z grzbietem przestrzelonym na wylot armatnią kulą.

Zapominając o niedawnym strachu, poszedłem groblą do miejsca, skąd najlepiej było widać sunący po wodzie obiekt, i usiadłem na miękkiej trawie, nie spuszczając z niego oka. Zaokrąglony łeb na przedzie rozgarniał wodę. Spod tylnych łap rozchodziły się smukłe prążki fal, które tworzyły za żeglującą żabą regularny stożek. Płynęła prosto na mnie. Bezgłośnie. Jednostajnie. Jak łódź.

Zatrzymała się pięć metrów od brzegu. W blasku księżyca widziałem sztywne przednie łapy, obły tułów z wielką dziurą pośrodku oraz wpatrzone we mnie oczy. Czerwone. Kto wpadł na idiotyczny pomysł, by zielonej żabie domalować czerwone oczy? Widzieliście kiedyś coś takiego? Te niewątpliwie były czerwone. Podpłynęła i znieruchomiała przede mną, jak niemy świadek nieznanego.

Wzdrygnąłem się i odruchowo podciągnąłem do góry stopy. W tym momencie dmuchnął wiatr. Trzciny ożyły i wokół mnie rozległ się szelest papirusowych szeptów. Gładkie dotychczas lustro wody pofałdowało się i chlupnęło o brzeg, łeb żaby uniósł się i opadł. Trwało to sekundę, ale wystarczyło. Zerwałem się i pobiegłem do samochodu. Mój cień biegł nieco szybciej. Dopadłem poloneza, przekręciłem kluczyk w stacyjce i głośno poganiałem rzężący rozrusznik. Coś krzyczałem, ale nie pamiętam co. Na pewno kląłem na ten nieszczęsny mechanizm. Kiedy wreszcie odpalił, wrzuciłem jedynkę i z rykiem silnika wydostałem się na szosę. Gnałem środkiem drogi w kierunku miasta, patrząc w lusterko, czy koszmarna żaba mnie nie ściga. Nagle przestałem zerkać, zdjęty nowym strachem, że go zobaczę za plecami, na tylnym siedzeniu. Czerwone oczy, ostry nos, lekko rozchylone w uśmiechu usta... te same co u dmuchanej zabawki. Dodałem gazu i powtarzałem na głos jakieś słowa, chyba imiona szkolnych kolegów, żeby nie myśleć.

Żaba na wodzie miała twarz mężczyzny spod drzewa.

Po powrocie do domu zamknąłem się w sypialni, padłem w ubraniu na łóżko i próbowałem poukładać te kawałki w sensowną całość. Mężczyzna pod drzewem i dmuchana żaba. Cisza i nagły podmuch. Ciemność i światło księżyca. Pary. Brakowało trzeciego składnika, łącznika, spoiwa. Doszedłszy w nerwowych rozważaniach do tego punktu, przypomniałem sobie jeszcze jeden szczegół. Żaba na czubku łba miała znak, dwa trójkąty równoboczne złączone wierzchołkami. Coś jak pozioma klepsydra.

Na trzeci element układanki musiałem zaczekać pięć lat.

2

Śmierci sympatycznych państwa Kolanowskich początkowo nie poświęcano nadmiernej uwagi. Przez całą jesień 1994 roku w centrum zainteresowania znajdował się worek ze złotem, jaki rzekomo wykopał Władek Borowiec na placu sępniańskiej spółdzielni rolnej. Niemal codziennie do redakcji „Głosu Oszpicyna” dzwonił ktoś z nową rewelacją, której był „absolutnie pewien” i na którą miał „niezbite dowody”. Te sensacje – a raczej doniesienia, bo miały wiele wspólnego z donosami – trafiały oczywiście do mnie, Wojciecha Jaromina, dziennikarza piszącego artykuł o skarbie z Sępni.

– Proszę pana, tu nie ma co owijać w bawełnę! – twierdziła kategorycznie pewna nobliwa dama. – Wszyscy wiedzą, że tamci groszem nie śmierdzą, a nagle dom zaczęli budować! To ja się pytam: za co? Skąd wzięli pieniądze?

– No właśnie, skąd? – grałem głupka.

– Jak to skąd? Wykopali!

– A gdzie wykopali?

– To już wasza robota, dowiedzieć się gdzie. Od tego są dziennikarze – burknęła i się rozłączyła.

Inny pan z kolei był pewien, że jego sąsiad regularnie nocami penetruje teren za domem z wykrywaczem metali i kartką w ręku. „Musi mieć jakiś plan, co nie?” – pytał podchwytliwie, chcąc koniecznie wzbudzić moją ciekawość. Połknąłem haczyk i pojechałem do sąsiada na rozpoznanie. Okazało się, że owszem, chodził wieczorami po ogrodzie, ale latem, gdy zwalczał ślimaki, a na kartce miał instrukcję stosowania środka chemicznego. Starsze małżeństwo z przedmieścia chciało mnie koniecznie namówić na rewizję z asystą policji u pewnego pana naprzeciwko, ponieważ „tam się straszne rzeczy dzieją w piwnicy”. Kiedy odesłałem ich na komisariat, zaperzyli się, że nie są żadnymi donosicielami i że to ja powinienem załatwiać „podobne sprawy”.

Po kilkunastu takich telefonach straciłem ochotę na ich odbieranie, dlatego kiedy zadzwoniła tamta kobieta, początkowo ją zlekceważyłem.

– Kogo, pani zdaniem, powinienem tym razem odwiedzić? – spytałem, żując bułkę z szynką.

– Mnie – odparła zupełnie poważnie.

– O! Czy my się znamy? Nieważne, poznamy się. Już jadę!

– Proszę nie żartować. Pamięta pan nieszczęśliwy wypadek sprzed trzech tygodni? Babcia i dziadek przejechani przez własnych wnuków?

– Oczywiście. O co chodzi?

– Jestem matką tych chłopców – odparła głosem z dna studni, a ja od razu odłożyłem bułkę na stół i wziąłem do ręki długopis. Doskonale pamiętałem tamten wypadek.

Na początku października starsi państwo zabrali wnuki na działkę, podjechali pod domek i wysiedli, żeby otworzyć drzwi. Kiedy oboje znaleźli się przed samochodem, jeden z siedzących w środku braci bliźniaków błyskawicznie przeskoczył z tylnego siedzenia za kierownicę, przesunął automatyczną skrzynię biegów na D i wcisnął gaz. Policjanci nie umieli sobie wyobrazić, jak siedmiolatek zdołał tak szybko dosięgnąć stopą pedału, w każdym razie wysoko orurowany nissan patrol przygniótł starszych państwa Kolanowskich do ściany domku. Zmarli przed przybyciem lekarza. Pogotowie zawiadomił jeden z działkowiczów, zaalarmowany hukiem gniecionej blachy i miażdżonych kości. Na widok masakry zachował na tyle zimną krew, by pobiec do budynku administracji ogródków działkowych i zadzwonić. Kiedy wrócił na miejsce tragedii, chłopcy nadal siedzieli w samochodzie. Nic nie mówili, tylko patrzyli przed siebie. Lekarz uznał, że są w szoku, i zaczął delikatnie ich pytać. Ten zza kierownicy nie umiał powiedzieć, dlaczego to zrobił. Po prostu zrobił, i tyle. Żaden z nich nie płakał.

Pierwszy na miejsce przybył wtedy Mariusz Węgrzyn, znajomy policjant. Od niego usłyszałem tę historię. „Możesz sobie wyobrazić dziecko, z którego wielka pompa wyssała życie? Oni tak wyglądali”. Słuchając martwego głosu kobiety po drugiej stronie słuchawki, przypomniałem sobie tamte słowa aspiranta Węgrzyna.

– Na kiedy jest to zaproszenie? – spytałem, unosząc się na krześle.

– Na teraz. Czekamy z mężem.

Zawinąłem resztę bułki w papier, schowałem do plecaka i ruszyłem do wyjścia.

Wyszedłem na korytarz budynku ratusza, gdzie dzięki prezydentowi miasta mieliśmy na drugim piętrze redakcję. Znak tyleż jego uprzejmości, co chęci kontroli lokalnych mediów. Zbiegając po schodach, natknąłem się na radnego Łopatkę. Usiłowałem go wyminąć, ale zagrodził mi drogę.

– I co, znalazł pan ten skarb? – zapytał. Są tacy ludzie, w których śmiechu słychać piłowanie przeciwnika na pół. Radny do nich należał.

– Nie – odparłem i chciałem pójść dalej, ale przystawił mi palec do piersi. Jak pistolet.

– Pamiętaj, synu, że od kopania w tym mieście jest Łopatko – powiedział z uśmiechem. A potem nagle spoważniał i pchnął mnie tym swoim palcem. – Zrozumiałeś, co mówię?

– Trudno nie zrozumieć. Łopatka, do kopania.

Przecisnąłem się między balustradą a jego wypiętym brzuchem i zbiegłem po schodach. Przechylił się i krzyknął za mną:

– Jak coś znajdziesz, Jaromin, najpierw przyjdź do mnie. Inne pomysły odradzam. Słyszałeś?

Oczywiście, że słyszałem, ale nie miałem zamiaru odpowiadać. Powtarzał to kilkakrotnie w ciągu ostatnich tygodni, bynajmniej nie w formie grzecznej prośby. Alfred Łopatko był w tym mieście nie tylko radnym, ale i biznesmenem budowlanym, co próbował ukryć, przekazując dyrektorski stołek jednemu z zaufanych kumpli, o czym wszyscy wiedzieli. Miał też w kieszeni pozostałych radnych, a prezes spółdzielni rolniczej w Sępni był jego krewnym. Zainteresowanie owianymi legendą znaleziskami w tych okolicach zdawało się wzbudzać w nim nieopanowaną gorączkę.

Podjechałem pod elegancką willę. Stara ulica prowadziła w dół miasta i dalej do sztucznego zbiornika wodnego, z przystanią dla łodzi i kawiarnią na piętrze nad jachtklubem. Mój ciemnozielony polonez wśród parkujących tu samochodów prezentował się jak ubogi rezydent przy pańskim stole. Jak łachmyta na weselu. Kundel na wystawie psów rasowych. Na podjeździe u Kolanowskich stał słynny nissan patrol, który widocznie nadal przedstawiał dla nich większą wartość niż świeżo nabyta trauma. Zanim zdołałem gruntownie zastanowić się nad tym, skąd ci wszyscy ludzie wzięli takie auta na samym początku gospodarczej transformacji postsowieckiego kraju, drzwi się otwarły i stanęła w nich ubrana na czarno blondynka. Zeszła do mnie po trzech schodach i pierwsza wyciągnęła rękę.

– Ewa Kolanowska. Dziękuję, że pan przyjechał.

Miała drobną, okrągłą twarz, ładnie zarysowane usta i proste włosy, obcięte powyżej ramion. Po powitaniu założyła kosmyk za prawe ucho i poprowadziła mnie do środka. Szedłem za nią po stopniach, mając przed nosem rytmicznie pracujące pod obcisłą spódnicą pośladki i myśląc o tym, jak erotyczna potrafi być żałoba. Onieśmielony błyszczącymi podłogami, chciałem w przedpokoju zdjąć buty, ale powstrzymała mnie. Obawy o stan podłóg w salonie okazały się płonne, ponieważ wcale nie tam mnie poprowadziła, lecz do gabinetu po prawej stronie, gdzie w fotelu czekał jej mąż. Wysoki, na krótko ostrzyżony szatyn, przedstawił się jako Ryszard Kolanowski. Na stoliku stała kawa i ciastka. Kobieta starannie zamknęła drzwi. Usiadłem.

– Czemu zawdzięczam to miłe zaproszenie? – spytałem, kiedy już nalano mi kawy i podsunięto herbatniki. Natychmiast zjadłem dwa.

– Chodzi o to, że nie wiemy... – zaczęła kobieta, ale zgubiła wątek i nie umiała wybrnąć z tej frazy. Z głośnym chrzęstem wyłamywała sobie nadgarstki w dłoniach.

– Chodzi o naszych synów – podjął jej mąż. – Coś dziwnego się z nimi dzieje. Nie wiemy, jak to wyjaśnić.

Uniosłem filiżankę z kawą do ust i czekałem na dalszy ciąg, ale teraz zamilkli oboje. Z oczywistych dla dwudziestopięciolatka powodów Ewa budziła moje większe zainteresowanie, więc spojrzałem na nią.

– Macie państwo na myśli tych dwóch chłopców, którzy spowodowali... to znaczy przyczynili się do śmierci... – Teraz ja nie umiałem skończyć zdania.

– Moich rodziców – dokończył Ryszard. – Piotrusia i Pawełka. Oni, jak by to powiedzieć, nie są normalni.

Znowu zamilkł, a ja wciąż patrzyłem tylko na nią. Zginała nadgarstek, aż rozlegało się ciche pstryknięcie, wtedy zginała drugi, pstryk, i tak w kółko. Wzrok miała skierowany gdzieś w dół na lewo, pod stolik z kawą i ciastkami. Założyła nogę na nogę, smukłe łydki w kształcie odwróconego V prezentowały się fenomenalnie.

– Nic dziwnego, że zachowanie odbiega od normy – odezwałem się po chwili daremnego oczekiwania na konkrety. – Taka trauma musiała odbić się na ich psychice. Dziwne byłoby, gdyby się nie odbiła. Obawiam się jednak, że to zadanie raczej dla terapeuty niż dziennikarza. Czy chłopcy są pod opieką psychologa?

Kierowałem pytanie do matki, ale znowu odezwał się ojciec. Jako głowa rodziny poczuwał się do prowadzenia rozmowy. A może po prostu był odważniejszy od niej.

– To nie jest tego rodzaju dziwne zachowanie, o jakim pan myśli. Nie chodzi o szok, w każdym razie nie taki, jakiego można by się spodziewać. Właściwie to oni są całkiem spokojni, czasami jakby nawet trochę za spokojni. Śpią normalnie, dobrze jedzą, bawią się z kolegami, chodzą do szkoły i nie mamy żadnych skarg od nauczycieli. Słowem, wszystko jest w porządku.

– Ale nie jest – rzuciła kobieta i pokiwała głową, jakby chciała samą siebie utwierdzić w przekonaniu, że ma rację. Potem odchyliła się do tyłu i zmieniła nogi, kładąc lewe kolano na prawym. Błysnęły białe majtki. Szybko odwróciłem wzrok.

– Czy zechcieliby państwo podać mi więcej szczegółów? Na razie to wszystko brzmi dosyć enigmatycznie, pomijając fakt, że nadal nie rozumiem, dlaczego zwracacie się akurat do mnie.

Wymienili krótkie spojrzenia i tym razem to ona zdecydowała się na dłuższą przemowę. Zrozumiałem, że telefon do mnie był jej pomysłem i uważała za stosowne teraz się z niego wytłumaczyć. Byłem wówczas dosyć pewnym siebie, nieco bezczelnym młodzieńcem, świat stał, a może siedział przede mną otworem i mogłem z niego brać, na co miałem ochotę. Gdybym wtedy, w 1994 roku, wiedział to, co wiem dzisiaj, nie słuchałbym jej i wyszedłbym natychmiast, a najpewniej wyniósł się z miasta jeszcze tego samego dnia, by przez następne lata z sukcesem wspinać się po szczeblach dziennikarskiej kariery. Ale życie nie oferuje nam aż takich przywilejów. Kiedy już wiemy, jest za późno. Albo odwrotnie: kiedy można jeszcze coś zrobić, nie mamy pojęcia, co by to mogło być.

– Zaczęło się dwa tygodnie po pogrzebie teściów. Mąż poszedł do pracy, a ja zostałam w domu, ponieważ Piotruś miał lekką gorączkę i pozwoliłam im obu nie iść do szkoły. Wydawało się, że jakoś ochłonęliśmy po tragedii, chłopcy dali sobie z nią radę, tak przynajmniej twierdził psychiatra. Poszli do szkoły, wrócili do kolegów, wszystko wyglądało, no... jakby dobrze. Wtedy Piotrek dostał tej gorączki. Myślałam, że przeziębienie, ale nie miał kataru ani bólu gardła, nie kaszlał, tylko sama gorączka. Zwykle natychmiast zarażali się od siebie, ale Pawełek był zdrowy. Położyłam jednego do łóżka, drugiemu puściłam film na wideo i zeszłam do kuchni. Po godzinie poszłam sprawdzić, co się dzieje, bo jakoś podejrzanie cicho się zrobiło. W progu omal nie zemdlałam. Obaj siedzieli na kanapie, a na ekranie szedł film o... o... – westchnęła z jękiem i spojrzała na mnie. Jej rozchylone wargi na ułamek sekundy połączyła nitka śliny, co wzmogło moje zainteresowanie. Powierciłem się na krześle.

– Jaki film?

– To było... nagranie stamtąd. Spod domku.

– Spod jakiego domku?

– Oni oglądali śmierć swoich dziadków! – jęknęła. – Rozumie pan? Film o przygniataniu ich do ściany – zaszlochała. – Nie, ja tego nie wytrzymam!

Mąż przechylił się przez oparcie fotela i objął ją ramieniem. Wtuliła twarz w jego niebieski sweter i łkała cicho. Patrzyłem chwilę na oboje i dopiero kiedy do mojego mózgu – zajętego dotychczas łydkami i wargami z nitką śliny – dotarły jej słowa, wzdrygnąłem się. Brzmiały absurdalnie. Kobieta sprawiała wrażenie normalnej, to znaczy normalnie przejętej, nie było powodu jej nie wierzyć. Z drugiej strony – nie sposób było jej wierzyć.

Kiedy trochę ochłonęła, a ja zbierałem się do zadania pytań, powstrzymała mnie, unosząc dłoń. Lekko odepchnęła męża. Wzięła głęboki wdech, jakby miała wypić setkę wódki jednym haustem.

– To jeszcze nie wszystko. Film był niemy, bez dźwięku, i się powtarzał. Samochód rusza, przygniata mamę i tatę, oboje wybałuszają oczy, z ust chlusta krew, samochód odskakuje, a oni padają jak szmaciane lalki. I znowu od początku. Myślałam, że oszaleję! Wie pan, jak cofali taśmę? – Pokręciłem głową, ale ona nie zwracała na mnie uwagi. Mówiła do siebie. – Piotruś klaskał w dłonie, Pawełek śmiał się z uciechy i film szedł od nowa. Za trzecim razem wrzasnęłam na całe gardło i ekran na sekundę zgasł, a potem pojawił się film animowany, ten z taśmy. Później sprawdziłam, w kieszeni odtwarzacza znajdowała się kaseta z Królikiem Bugsem, którą tam włożyłam.

Skończyła i ciężko opadła na fotel. Oszołomiony, zastanawiałem się przez chwilę nad tym, co właśnie usłyszałem, a Kolanowscy spuścili głowy. Sami wyglądali jak dzieci. Historyjka brzmiała na tyle nieprawdopodobnie, że niemal wiarygodnie. Jest taki rodzaj bzdury, która wydaje się niemożliwa do wymyślenia i musi być prawdziwa. Nie wiedziałem, jak im powiedzieć, że to idiotyzm. Zamiast tego spytałem:

– Czy chłopcy to jakoś później tłumaczyli?

– Nie, niczego nie pamiętali. Albo świetnie udawali. Nie mam pojęcia, po co mieliby to robić, może to wszystko działo się, nie wiem, poza ich świadomością...

Odetchnęła i zakryła dłońmi twarz, jakby opowiedzenie strasznej rzeczy obcemu człowiekowi przyniosło jej ulgę. Fenomen spowiedzi. Ryszard Kolanowski dzielnie znosił fakty z pełną ubolewania miną, a ja się zastanawiałem, czy jej wierzy, czy tylko udaje. Gdyby miał ją za wariatkę, wcale bym mu się nie dziwił. Tak myślałem wtedy, bo dzisiaj już nie.

Kiedy chwila się wysyciła i należało ją zakończyć, sięgnąłem dla odprężenia po filiżankę, siorbnąłem łyk chłodnej już kawy i spytałem:

– Powiedziała pani „zaczęło się”. Czy jest jeszcze coś?

Pokiwała głową i lekko uniosła dłoń ku mężowi na znak, że panuje nad sobą. Posłusznie odsunął się na swój fotel.

– O tamtym nie dało się z nimi rozmawiać. Niczego nie pamiętali i dziwili się, o co mi chodzi. Nie jestem psychologiem, ale nie zauważyłam żadnych oznak kłamstwa czy, bo ja wiem, zmyślenia. Matka takie rzeczy u swoich dzieci natychmiast rozpozna. Przecież oni mają po siedem lat! Potem zaczęłam podejrzewać, że to ze mną było coś nie tak, i dałam spokój. Po trzech tygodniach, kiedy już prawie zapomniałam, tamto wróciło.

– Oglądanie filmu? – spytałem odruchowo.

– Nie. Coś innego. Z psem. Rysiek, ty opowiedz.

Kolanowski z przygnębioną miną łyknął wody ze szklanki, jakby chciał naoliwić struny głosowe, i przedstawił zdarzenie z psem. Zacząłem notować.

– Mieliśmy suczkę, foksteriera, nazywała się Kora. Pewnego dnia weszła na drzewo i skoczyła w dół. Nabiła się na pręty ogrodzenia i zginęła na miejscu.

– Czy foksteriery chodzą po drzewach?

– Pan sobie kpi.

– Nie kpię. Po prostu próbuję zrozumieć niezrozumiałe.

– Nigdy nie chodziła po drzewach, bo psy tego nie potrafią. Foksteriery również. Ale tamtego dnia wdrapała się po pniu jak kot, doszła do końca grubej gałęzi i skoczyła. Prowadził ją Pawełek, nasz syn.

– Co pan rozumie przez „prowadził”?

Ojciec miał świadomość, że mocno wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Westchnął.

– Stał pod drzewem i powtarzał pod nosem „hop, hop”. Wiem, jak to brzmi. Gdybym nie widział i nie słyszał, sam bym nie uwierzył. Ale dokładnie tak było: Pawełek stał nieopodal starej jabłoni i powtarzał „hop, hop”. Jak treser. Kora przeszła na poziomy konar, sięgający niemal ogrodzenia, a kiedy klasnął i krzyknął głośniej „hop!”, skoczyła. Pręty przeszły przez nią na wylot. Gdy podbiegłem, już się nie ruszała.

– Chciała przeskoczyć za ogrodzenie? – spytałem, czując mrowienie w karku. Wyobraziłem sobie przebitego psa i krew ściekającą po metalowych prętach.

– Nie mam pojęcia, czego chciała – ciągnął Kolanowski. – Nie o nią chodzi, tylko o mojego syna. Kiedy Kora spadła na pręty, odwrócił się do mnie z uśmiechem. Podbiegłem do niej i stwierdziłem, że nie żyje, więc rzuciłem się za chłopcem. Już go nie było. Wpadłem do domu i pobiegłem na górę do ich pokoju, a oni siedzieli na kanapie i oglądali bajkę. Obaj! Porwałem Pawełka za rękę i szarpnąłem z całej siły, zrzucając go na podłogę. Zrobił wielkie oczy, jakby w ogóle nie rozumiał, o co chodzi. Potem zaczął płakać. Uderzyłem go w twarz tak mocno, że zatoczył się pod telewizor. Stuknął głową w kant nogi od stolika i zemdlał. Boże święty!

Zasłonił twarz dłońmi i teraz sam wyglądał na kogoś, kogo należało przytulić. Żona siedziała nieruchomo, a ja zastanawiałem się, co z tym wszystkim począć. Albo robili mnie w balona, a wtedy powinienem wyjść, trzaskając drzwiami, albo mówili prawdę, a ta nie mieściła się w żadnym z dopuszczalnych planów działania. Chyba jednak nie udawali. Nie wyglądali na oszustów, tylko na parę poważnych, dorosłych ludzi, których dzieci zaczęły wyprawiać niesamowite rzeczy. Zresztą po cóż mieliby oszukiwać? Nie znali mnie, ja też widziałem ich pierwszy raz na oczy. Nic nas nie łączyło. Do teraz.

Kiedy ochłonęli trochę, przeszedłem do konkluzji.

– Przepraszam bardzo, wszystko to brzmi niezwykle ciekawie i fascynująco, ale czego właściwie państwo ode mnie oczekujecie?

Kobieta podniosła na mnie zmęczony wzrok.

– A co mieliśmy zrobić? Zadzwonić na policję i powiedzieć, że nasze dzieci najpierw zabiły dziadków, a potem oglądały sobie film z egzekucji? A jak im się znudziło, dla odświeżenia wrażeń zabiły naszego psa, każąc mu włazić na drzewo? Nie wiem, na ile pan nam wierzy, podejrzewam, że w ogóle, ale policja z pewnością odebrałaby to po swojemu, wezwałaby pogotowie. Do nas, nie do dzieci.

Faktycznie.

– Powiedzmy, że wierzę, ale nadal nie pojmuję, dlaczego właśnie ja – powiedziałem, rozkładając ręce. Kobieta rozpogodziła się i odparła szybko:

– Czytałam pana artykuł o tym dziecku, które rzucało nożami.

– A, tak. I co z tego?

– Widzi pan, to może mieć z tym coś wspólnego.

Dwa tygodnie wcześniej napisałem krótki zabawny tekścik o synku znajomego. Dzieciak w wieku sześciu lat rzucał nożami do celu jak stary nożownik. Nie wiadomo, kiedy się nauczył. Rodzice byli pod wrażeniem, ja też, więc popełniłem artykulik o nieznanych możliwościach naszych pociech: mały zapychacz na pół kolumny z morałem, że powinniśmy rozwijać lokalne talenty.

– I pani przypuszcza, że to jakoś łączy się z tresurą psów?

Wzruszyła ramionami. Jej zaczerwienione oczy znowu nabrały blasku, kiedy podniosła się i zarządziła:

– Niech pan pozwoli za mną.

Wyszliśmy z gabinetu i przez salon ruszyliśmy schodami na piętro. Ona pierwsza, ja za nią, z widokiem na pracujące pośladki, mąż na końcu. Otwarła drzwi do jednego z pokoi i ujrzałem chłopców na kanapie przed telewizorem. Wyglądali jak najbardziej normalni chłopcy pod słońcem. Na ekranie Lord Vader machał świetlistym mieczem przed nosem mistrza Obi-Wana.

– Cześć, chłopaki! – zawołałem, a oni spojrzeli chmurnie. Dopiero kiedy mama wyłączyła wideo, przyjrzeli mi się uważniej.

– Za kim jesteście, za Vaderem czy Obi-Wanem? – spytałem, żeby przełamać lody.

– Za Vaderem – odparli zgodnie, jakby to było oczywiste. Tymczasem ojciec wyszedł zza moich pleców z tarczą do rzutek. Zdjął obrazek i zawiesił ją na ścianie, a jednemu z chłopców wręczył spory nóż z brązową rączką. Był to wojskowy bagnet – taki sam miałem w domu.

– Pawełku, pokaż panu.

Mały wstał z kanapy, zważył w dłoni bagnet, złapał go za klingę i prawie nie mierząc, rzucił. Nóż świsnął w powietrzu i wbił się dokładnie w dziesiątkę. Patrzyłem przez chwilę, oniemiały, po czym podszedłem do tarczy. Od spodu była deska i nóż przebił ją niemal do samej ściany. Trochę się pomęczyłem, nim go wyjąłem. Robiąc dobrą minę do złej gry, krzyknąłem z uśmiechem:

– Brawo, mały! Lord Vader cię tego nauczył?

Nie odezwał się, tylko zerknął niepewnie na rodziców. Stali z ponurymi minami, jak na pogrzebie. Podszedłem do chłopca i wesoło poklepałem go po ramieniu. Byłem jedynym rozbawionym stworzeniem w tym domu.

– Jesteś świetny, naprawdę. Mógłbyś to powtórzyć?

Mały nie zastanawiał się ani przez sekundę. Schwycił bagnet, wziął zamach i rzucił. Tym razem nie tylko trafił dokładnie w to samo miejsce, ale uderzenie okazało się tak silne, że ostrze przeszło na wylot i rozłupało tarczę na dwie połówki, które z hukiem spadły na podłogę. Nóż tkwił w ścianie. Przestałem się uśmiechać. Mały przestąpił z nogi na nogę i spytał:

– Mamo, mogę już iść?

Kolanowska bez słowa skinęła głową. Mąż stał nieporuszony jak głaz i patrzył na mnie. Ja przeskakiwałem wzrokiem z chłopców na rodziców i z rodziców na chłopców, czując, jak beztroski uśmiech spływa z mojej twarzy niczym makijaż z klauna.

W ten oto sposób w październiku 1994 roku zostałem dziecięcym detektywem w Oszpicynie. Śledztwo miało potrwać piętnaście lat i zmarnować mi życie.

3

Tamtego dnia nie wróciłem do redakcji, lecz prosto od Kolanowskich pojechałem do Łozów, niewielkiej wsi między Oszpicynem a Sępnią, gdzie mieszkał Grzesiek Wilk. To jego synek był tym samorodnym talentem w dziedzinie nożownictwa. Tylko taki trop przyszedł mi do głowy. Przez całą drogę rozmyślałem o tym, co właśnie usłyszałem i zobaczyłem na ulicy Brzegi, u pogrążonej w rozpaczy rodziny Kolanowskich, której jakaś wyjątkowo złośliwa odmiana losu do świeżej żałoby po rodzicach dołożyła obłęd własnych dzieci. Najechanie autem na dziadków, doprowadzenie psa do okrutnego samobójstwa, rzucanie nożami... co tak działa? Pierwsza myśl, że chodzi o rzadką chorobę psychiczną, była kusząca, ale na dłuższą metę nie wytrzymywała krytyki. Obaj naraz? Może to schorzenie dopada wyłącznie bliźniaków? Kolanowscy stanowczo twierdzili, że pytany o to psychiatra zaprzeczył. Nie ma takich chorób. Może się nie znał...

Nauce z pewnością znane są zdolności mentalnego wpływania na zwierzęta, rodzaj psychicznej sugestii, z wydawaniem rozkazów włącznie. Niewykluczone, że podobnie można wyjaśnić nagły talent do rzucania nożami, choć jego pojawienie się u dwóch chłopców w tym samym miejscu i czasie dość istotnie redukowało wiarygodność takiego wytłumaczenia. Zabicie własnych dziadków nie mieściło się w żadnych ramach.

Właściwie Kolanowscy nie wyjaśnili mi, czego ode mnie chcą. Twierdzili, że zależy im na dyskrecji, co było zrozumiałe. Liczyli, że moje dziennikarskie śledztwo pomoże im znaleźć źródło tych „anomalii”, jak je nazwali, a tym samym wyleczyć dzieci. Tak się wyrazili: wyleczyć. Okej, my, dwudziestopięcioletni dziennikarze, przed którymi świat stoi otworem, możemy się podjąć każdego zadania, nawet leczenia sadystycznej paranoi u dzieci, proszę bardzo. Pozostawało pytanie „za ile?”, dyktowane realiami nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. O pieniądzach jednak nie było mowy. W odpowiedzi na moje aluzje pani Kolanowska zdobyła się na pełen uroku uśmiech i stwierdziła, że tak sensacyjny materiał z pewnością wzbogaci moje zawodowe doświadczenie. Jej mąż natychmiast dorzucił coś o przewidywanej gratyfikacji, ale bez konkretów. Przypomniałem sobie wypasionego nissana patrola. Przeniosłem wzrok na nią, dając do zrozumienia, że wszelkie pogłębianie moich doświadczeń w tym mieście jest bardzo mile widziane. Bezwstydne, wiem, ale tak wtedy szkolili dziennikarzy. Nie to co dzisiaj.

Grześka Wilka zastałem na boisku LZS Sępnianka, gdzie zawzięcie trenował. Koniec października był wilgotny i chłodny, świat rozmazał się za filtrem brudnej mgły, której mokre szmaty oblepiały drzewa w sadach i badyle w przydomowych ogródkach. Podbiegł zdyszany i na moje pytanie o syna zawahał się, uciekł wzrokiem w bok, a potem odparł, że już wszystko w porządku.

– Przeszło mu?

– Tak.

– Jesteś pewien? – dopytywałem, wpatrując się w te jego rozbiegane oczy, podobne do oczu Władka Borowca przyłapanego ze sztychówką w ogrodzie. – Tak po prostu przestał?

Pokiwał głową i pobiegł z powrotem na boisko. Rozczarowany, postanowiłem przekonać się na własne oczy i pojechałem do Wilków.

Kiedy ich odwiedziłem poprzednim razem, mały Dominik rzucał każdym nożem, jaki mu się podsunęło pod nos, czy to był wielki majcher do krojenia chleba, czy mały nożyk do obierania ziemniaków. To nawet mogła być fajna zabawa, gdyby nie jego przerażająca celność. Trafiał we wszystko, w co chciał. Grzesiek później opowiadał mi z głupią miną, jak na szufladzie ze sztućcami założył kłódkę.

– Żona trochę się boi.

– Żona? – zdziwiłem się. – A ty nie?

Uśmiechnął się smutno, jakbym go przyłapał na kłamstwie.

– Wiesz, głupio bać się, że twój sześcioletni syn rzuci w ciebie nożem.

Jasne, że głupio. Ale w ten sposób się przyznał. Do strachu. Bo mały Dominik znienacka może mu wbić nóż w plecy. Wtedy to brzmiało nawet całkiem śmiesznie i chyba głównie z tego powodu napisałem tamten artykulik, który zwrócił uwagę pięknej pani Kolanowskiej. Teraz nie było już tak śmiesznie.

I nagle mu przeszło?

Wilkowie mieszkali w starym parterowym domu z cegły, niegdyś czerwonej, a teraz niemal czarnej. Po zabłoconym podwórzu łaziły smętne kury, pies na łańcuchu omiótł mnie niechętnym spojrzeniem, szczeknął dwukrotnie dla formalności i wlazł z powrotem do budy. Na drzwiach pokrytych łuszczącą się farbą wisiała ciężka kołatka w kształcie końskiego strzemienia. Cała posiadłość dobitnie dowodziła, że piłkarze na wsi to hobbyści i kopią piłkę z pasji, nie dla pieniędzy.

Zastukałem. W środku rozległo się szuranie i drzwi się uchyliły. Na mój widok pani Wilkowa, nieładna szatynka o byle jak spiętych włosach, okrągłej twarzy i zmęczonych oczach, spuściła wzrok i oznajmiła, że męża nie ma.

– Wiem. Chciałbym chwilę porozmawiać z panią.

– A o co chodzi?

Usiłowała spojrzeć hardo, ale nie bardzo jej wyszło i uciekła wzrokiem w bok, na przejeżdżający drogą samochód.

– O Dominika. Grzesiek mówił, że już nie rzuca nożami.

– Nie.

Nie wyglądała wcale na ucieszoną ozdrowieniem syna. Przeciwnie, można było pomyśleć, że Dominik zamienił noże na granaty.

– To chyba bardzo dobrze! – krzyknąłem mimo to z entuzjazmem, ale ona tylko rozciągnęła usta w rozpaczliwej próbie uśmiechu.

– Mogę wejść i pogadać z nim?

– Z kim? – spytała półprzytomnie.

– No z Dominikiem!

– Wolałabym nie.

Powiedziała to z rozpaczą. Coś się wydarzyło, byłem pewien, należało się tylko do tego czegoś odpowiednio dobrać. Właśnie gorączkowo układałem w głowie sprytne zdanie, które otworzy mi drzwi, gdy z głębi domu dobiegł donośny huk i pisk. Kobieta jęknęła i znikła w sieni. Odczekałem chwilę i poszedłem za nią. Uznałem, że rumor oraz uchylone wejście dają mi takie uprawnienia.

W kuchni na podłodze leżało przewrócone krzesło z oparciem. Przed nim siedział sześcioletni Dominik z widelcem wbitym w podłogę między kolanami. Matka nerwowymi ruchami zbierała na ścierkę resztki jedzenia, jakby to był dowód przestępstwa. Na mój widok chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała.

– Wszystko w porządku? – spytałem.

– Tak. Niech pan już sobie idzie.

Powiedziała to tonem, z którego dla młodego i trochę bezczelnego dziennikarza wynikało jedno: teraz nie należy sobie iść.

– Jest pani pewna, że wszystko w porządku? – mówiłem do niej, ale patrzyłem na dziecko. Dominik miał zmętniałe i jakby niewidzące oczy, a spod wbitego w deski widelca wystawały kłaki czarnej sierści z odrobiną krwi. Rozejrzałem się po kuchni w poszukiwaniu jej właściciela, ale jedyną sensowną odpowiedź podsunął mi uchylony w oknie lufcik. Spojrzałem na matkę.

– Co to było, kot?

Nie odpowiedziała. Wtedy mały Dominik poruszył się, odsłonił zęby w szczerbatym uśmiechu i pokazał mi wyrwany z podłogi widelec, chwaląc się dobrze wykonaną robotą. Usiłował wstać. Podparł się rękami i uniósł najpierw tyłek, jak raczkujące niemowlę, a dopiero potem oderwał ręce od podłogi i się wyprostował. Kobieta z głośnym jękiem dopadła do niego, porwała na ręce i krzyknęła, żebym się natychmiast wynosił. Zobaczyłem jednak wystarczająco dużo – chłopiec nie zdołał się wyprostować. Przez sekundę chwiał się na miękkich nogach, a następnie poleciał na bok jak kłoda. Przed runięciem na podłogę uchroniły go silne ręce matki. Cały czas się uśmiechał.

– Co mu się stało? – krzyknąłem, mając przed oczami trzęsące się kolana, które nie potrafiły utrzymać ciężaru sześciolatka. Kiedy widziałem go poprzednim razem, biegał po domu zdrów jak ryba.

– Niech się pan wynosi!!! – wrzasnęła Wilkowa na całe gardło i uciekła z dzieckiem do pokoju. Rozważałem, czy nie pójść za nią, ale zrezygnowałem i ruszyłem do wyjścia. W progu zderzyłem się z Grześkiem Wilkiem.

– Co mu się stało? – powtórzyłem pytanie, wskazując palcem za siebie. Powietrze zgęstniało od napięcia.

– Czego tu szukasz? – warknął, ignorując moje pytanie.

– Chciałem się upewnić, że z Dominikiem wszystko w porządku po tym... wiesz... rzucaniu nożami. Widzę, że nie.

– Nie twoja zasrana sprawa.

Pchnął mnie lekko do kuchni i prawie nie słuchał pospiesznych wyjaśnień. Bez wdawania się w szczegóły chciałem opowiedzieć o podobnym przypadku spontanicznego nożownictwa u innego chłopca, ale bez powodzenia. Patrzył na uchylone drzwi do pokoju, gdzie zniknęła żona z synem, a na mnie nacierał całym rozgrzanym po treningu ciałem. Był prawie o głowę wyższy i szerszy w ramionach, nie miałem większych szans. Rozpocząłem negocjacje.

– Grzesiek, uspokój się. Chciałem tylko pogadać. Co się tu u was dzieje? Na co on jest chory?

Trochę ochłonął. Jakieś resztki rozsądku podpowiedziały mu, że przegina.

– Powiedziałem: nie twoja sprawa. Słyszałeś, że masz się wynosić, i najlepiej będzie, jak to zrobisz od razu.

Uniosłem ręce, poddając się bez walki, ale gadałem dalej.

– Jasne, już spadam. Powiedz mi przynajmniej, na co on choruje. Bo to jakaś choroba, prawda? Ostatnio biegał jak źrebak...

Chciałem jeszcze powiedzieć, że takie rzeczy na pewno można leczyć i żeby poszli do ortopedy, ale gdy zza ściany doszedł szloch pani Wilkowej, Grzesiek pobiegł do pokoju. W progu zatrzymał się na sekundę, odwrócił i wymierzył we mnie palec.

– Nie ma cię tu.

Może w innych okolicznościach chwytałbym się awaryjnych rozwiązań, by postawić na swoim, ale w jego głosie kryła się grożąca śmiercią stanowczość. W oczach też. Wzruszyłem ramionami i zrobiłem w tył zwrot. Z sypialni dochodziły okrzyki, jęki i szlochy... Wybiegłem.

Mgła trochę się przerzedziła, ale zaczął wiać zimny wiatr. Zapiąłem kurtkę pod szyję i poszedłem wzdłuż płotu do zaparkowanego za zakrętem samochodu. Wciąż miałem przed oczami napiętą twarz Dominika, gdy z uśmiechem próbował stanąć na nogi, a ze szpary między zębami wypływała mu strużka śliny. Jak u debila. Mały, niezdarny stworek, który był już mówiącym i chodzącym człowiekiem, ale się cofnął. Do czego? I dlaczego?

Na murku betonowego silosu na obornik siedział czarny kot i lizał zraniony koniec ogona, postrzępiony jak sznurówka w starym bucie. Zobaczył mnie, zjeżył się i uciekł za stodołę. Zapiał kogut, ale ten dźwięk w ogóle nie pasował do mglistego październikowego popołudnia. Wstrząsnąłem się od chłodu. Zamglona wieś pogrążała się w jakimś beznadziejnym smutku, mokra i bezradna jak wyłowiony topielec. Szedłem do samochodu wolnym krokiem i próbowałem ogarnąć myślami zdarzenia z ostatnich godzin. Wszystko to było dziwaczne, głupie, straszne i zarazem przygnębiające. Jak ta mgła. Czy mgłę można zrozumieć? Nie, trzeba ją przeczekać. Do wieczora, kiedy białe mleko zmienia się w czarne mleko.

Powrotna droga wiodła obok zagrody Borowców, więc zaszedłem od tyłu za szopę do miejsca, gdzie Władek miał zakopany rewolwer. Beczka stała z powrotem na swoim miejscu, pod rynną, pełna wody. Ktoś podłożył pod nią dwie deski, żeby się nie zapadła w świeżo rozkopanej ziemi. Ostrożnie postawiłem nogę na błotnistych grudach. But zapadał się w miękkie podłoże o pstrokatym, czarno-żółtym zabarwieniu. Humus pomieszany z gliną. Miejsce zryto na co najmniej metr, znacznie szerzej niż wtedy, gdy niefortunny (albo fortunny) operator koparki ukrywał swoją nielegalną broń. Rozejrzałem się dokoła. Nikogo nie było i przez chwilę wahałem się, czy nie poszukać w szopie łopaty i nie sprawdzić, co tam teraz jest. Ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu. Gdyby mnie tu ktoś przyłapał, mógłbym mieć kłopoty większe niż z wściekłym Grześkiem Wilkiem.

Wiedziałem jedno: kopali. Czyli rewolwer był przykrywką, właściwy schowek znajdował się pod nim.

Zakopali albo wykopali.

Skarb z Sępni.

4

Kiedy parę dni później Ewa Kolanowska zadzwoniła po raz drugi, nie zastanawiałem się ani przez sekundę. Był mokry początek listopada, na podjeździe willi przy ulicy Brzegi walały się zgniłe liście, pokrywały też dach i maskę nissana stojącego w ogrodzie, pod tym samym drzewem, z którego spadła na druty nieszczęsna foksterierka Kora. Odstawili i nie używają, pomyślałem. Gałęzie zwisały nad samochodem, jakby go pilnowały: zgarbionego starca szukającego pod drzewem opadłych owoców.

Kobieta otwarła drzwi, zanim nacisnąłem dzwonek. Uśmiechała się, ale jej oczy pozostały puste. Zupełnie jakby ktoś inny od środka sterował jej reakcjami. Na twarzy widniały ślady ledwie obeschłych i niedbale wycieranych rękawem łez. Nie zdążyłem spytać, co się stało, kiedy wzięła mnie za rękę i powiodła ku drzwiom do piwnicy. Jej dłoń była wilgotna i zimna jak ryba. Za naszymi plecami drzwi wejściowe zamknęły się z cichym trzaskiem i w przedsionku zrobiło się mrocznie. Przekręciła wyłącznik światła i zaczęła schodzić, jedną ręką sunąc po nieotynkowanej ścianie, w drugiej ściskając kurczowo moją, jakby to była lina asekuracyjna. Odruchowo pochyliłem głowę przed zwisającymi pajęczynami, na które ona nie zwracała uwagi. Gdy znaleźliśmy się na dole, skręciła w prawo, włączyła kolejne światło i pchnęła mnie lekko do przodu, a sama schowała się za moimi plecami.

– W co się bawimy? – zapytałem półgłosem. Chciałem, by zabrzmiał aksamitnie i uwodzicielsko, ale ona zupełnie go zignorowała i pokazała brodą, bym szedł dalej.

Czułem się dziwnie w tej pantomimie gestów i nastrojów. Nadzieja na przygodę z atrakcyjną żoną oszpicyńskiego mieszczanina z wolna ustępowała miejsca niespokojnej czujności. W korytarzu stał zakurzony staroświecki rower. Byłem trochę spięty, więc dla odprężenia klepnąłem skórzane siodełko. „Nie martw się, stary, ruszymy jeszcze w drogę!”. Doszedłem do uchylonych drzwi, namacałem za framugą włącznik i kiedy rozbłysło światło, zerknąłem do środka. Na drewnianych półkach stały w rzędach słoiki z przetworami, w olbrzymich ilościach, jak zapasy zgromadzone na przetrwanie wojny. Regały zajmowały całą ścianę, a kiedy uchyliłem szerzej drzwi, dostrzegłem podobne na obu ścianach po prawej i lewej. Armia słoików w różnych rozmiarach i kolorach. Domyśliłem się, że to marynaty przygotowywane latami przez rozjechaną babcię Kolanowską. Pachniało wilgotnym kurzem, kiszonym koprem i jeszcze czymś, czego nie umiałem zidentyfikować. Zakurzony łebek gołej żarówki rzucał mdłe światło, więc nie od razu zauważyłem. Kobieta pchnęła mnie w lewo. Sama została w pobliżu drzwi, gotowa w każdej chwili uciec. Tak mi się zdawało.

Regały opierały się o ścianę, a od frontu wzmacniały je grube kwadratowe słupki, tak zwane kantówki, o boku około dziesięciu centymetrów. Na każdej ścianie trzy: dwie po bokach i jedna na środku. Od nich do muru szły poprzeczki wspierające deski półek. W środkowej kantówce regału za drzwiami tkwił długi stalowy pręt, podobny do tych, z których zrobione było ogrodzenie. Pod nim tkwił przytwierdzony do słupka okazały szczur. Zwisał głową w dół, zatrzymany w biegu jak na stopklatce, wzdłuż tułowia dyndał odwinięty ogon w kształcie interaktywnego znaku zapytania. Od rozwartego w śmiertelnym uśmiechu pyszczka biegła do podłogi ciemna strużka, rozlewając się na betonie w plamę.

Zrobiłem krok w przód i dotknąłem końcówki pręta. Tkwił mocno. Musiał zostać pchnięty ze sporą siłą, więc natychmiast przyszedł mi do głowy Kolanowski. Nie było go jednak w domu. Szarpnąłem pręt, ale natychmiast zrezygnowałem. Wyobraziłem sobie szczurzego trupa opadającego z głośnym plaśnięciem w kałużę własnej krwi. Wycofałem się tyłem i stanąłem obok Ewy.

– Dlaczego on to zrobił?

Nie odezwała się, stała nadal nieruchomo.

– Czy mąż nie słyszał o trutkach na szczury? W sklepie gospodarczym widziałem też wielkie metalowe pułapki, podobno skuteczne...

Kilka sekund zajęło jej przetrawienie moich słów, po czym nagle zrozumiała i potrząsnęła głową. Sierp jasnych włosów zakołysał się wokół ucha. Jeden wąski kosmyk zaczepił się na policzku i pozostał tam jak mikroport. Wyobraziłem sobie, jak biorę ten kosmyk w dwa palce i zakładam za cieniutką muszlę jej ucha...

– To nie mój mąż.

Tym razem ja potrząsnąłem głową, mocno i z niedowierzaniem.

– Naprawdę?! Więc kto? Chyba nie chce pani powiedzieć, że talenty synów zyskały nowy wymiar...

Odwróciłem się, szukając w jej oczach zaprzeczenia swoich podejrzeń, a wtedy wydarzyło się coś absolutnie dziwnego. Zarzuciła mi ręce na szyję i mocno przywarła całym ciałem do mojego, nadeptując przy okazji na moją prawą stopę. Jej usta znalazły się tuż przy moim uchu, gorący oddech łaskotał małżowinę.

– Nienawidzę szczurów – szepnęła.

Wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, dziennikarze byli dosyć bezczelni, no ale nie aż tak. Stałem zesztywniały, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. W końcu natura zadziałała i niezgrabnie objąłem jej kibić. Przylgnęła do mnie mocniej i zapewne tylko grubej jesiennej odzieży zawdzięczaliśmy fakt, że nie poczułem twardych sutków na jej sterczących pod swetrem piersiach, a ona nie poczuła moich nabrzmiewających spodni. Oddychałem szybko, próbując nad sobą zapanować. Na mojej szyi wisiała przestraszona i podniecona kobieta, obok mnie wisiał przybity przez nią do regału szczur, na podłodze leżała paczka z drutami do ogrodzenia. Były pod ręką, wystarczyło odwrócić się i sięgnąć.

– Kiedy to się skończy? – spytała szeptem i rozluźniła nieco uchwyt.

„Co się skończy?”, chciałem odparować, ale nie mogłem. Podniecenie trzymało mnie w kleszczach i choć miałem ochotę odepchnąć ją i uciec, równocześnie bardzo nie chciałem tego robić. Chyba coś wyczuła, bo ponownie przywarła mocno i chuchnęła mi w ucho gorącym powietrzem. Przekręciłem głowę i wtedy mój wzrok padł na szczura.

– Wszystko będzie dobrze – wycharczałem i z trudem zebrałem siły, by odkleić ją od siebie i utorować sobie drogę do wyjścia. Sięgnąłem do karku, jakbym odpinał kamizelkę ratunkową po udanych ćwiczeniach na wypadek katastrofy, i schwyciłem Ewę za nadgarstki. Ustąpiła. Jej ręce opadły ze mnie jak podpory od startującej rakiety, już niepotrzebne. Odsunęła się. Silniki odpalono, ale nikt nie odleciał. Cofnąłem się ku drzwiom, a wtedy nagle spytała rzeczowo:

– Mógłbyś to sprzątnąć?

Patrzyła mi prosto w oczy, a jej szeroko otwarte powieki w ogóle nie mrugały. Podniecenie uleciało ze mnie jak bąbelki z niewypitego szampana, szybko i bezpowrotnie. Pozostało jeszcze zdziwienie i ten nieokreślony niepokój, że dzieje się coś poza naszą kontrolą. Kiedy starałem się uspokoić oddech, wpatrywała się we mnie zimnym, nieludzkim wzrokiem. Przyglądaliście się kiedyś w dzieciństwie szklanym oczkom pluszowego misia? Ja często. Błysk światła i iluzja żywej reakcji. Ale tylko iluzja, na ułamek sekundy. Miś nie żyje, blask jest sztuczny, a języczek uszyto z czerwonego filcu.

Takie mniej więcej były wbite we mnie oczy Ewy Kolanowskiej. I wysunięty spomiędzy warg skrawek czerwieni.

Trwaliśmy w bezruchu kilka sekund i wtedy zamrugała żarówka. One tak robią tuż przed przepaleniem się. Nie czekałem, aż w piwnicy zapadną ciemności, tylko odsunąłem Kolanowską na bok, złapałem za sterczący drut w miejscu, gdzie było jakieś dizajnerskie spłaszczenie, i obróciłem w obie strony. Puścił. Wyrwałem go razem ze zwisającym trupkiem gryzonia, minąłem obserwującą mnie kobietę i pobiegłem ku wyjściu. Żarówka znowu zamrugała, tym razem w korytarzu. Kiedy rozbłysła na nowo, ujrzałem w głębi piwnicy jednego z synów Kolanowskich. Uśmiechał się. Zwolniłem na ułamek sekundy, żeby coś powiedzieć albo zrobić, ale ponieważ nie miałem pojęcia co, pobiegłem schodami w górę. W holu potknąłem się o próg i omal nie runąłem na wycieraczkę, podpierając się wyciągniętym przed siebie prętem. Pysk szczura zostawił na ganku krwawą smugę.

Za nissanem patrolem, w kącie ogrodu znajdowała się nagrabiona sterta suchych liści. Cisnąłem w nią prętem ze zwłokami i pobiegłem do furtki. W progu domu stała pani Kolanowska i machała mi dłonią na pożegnanie, jakby nasza randka należała do całkiem udanych. Uśmiechnięta. Kompletnie niezborne.

Coś krzyknąłem, nie pamiętam co, i odjechałem.

5

Wiem, uciekłem. Najzwyczajniej w świecie spietrałem się i nie umiałem sobie wyjaśnić czego właściwie. Naczelnemu zresztą też nie. Słuchał mnie z zaciekawieniem psychiatry.

– Czekaj, jeszcze raz. Wzięła cię za rękę, sprowadziła do piwnicy, a tam wisiał przebity włócznią szczur.

– Nie włócznią, tylko zwykłym metalowym prętem.

– Dobrze, prętem. I ona powiedziała, że to zrobiła, ponieważ nienawidzi szczurów.

– Nie do końca – prostowałem cierpliwie i z niechęcią. – Nie powiedziała, że to zrobiła. Wywnioskowałem z jej słów i zachowania. Mówiła, że to nie jej mąż.

– Okej, ale nie przyznała się, więc twoje podejrzenie wynika wyłącznie z własnych implikacji, które przeszły w komplikacje. Uderzenie było silne, nie mogła tego zrobić kobieta ani dziecko, więc musiał to być jej mąż. A ponieważ to nie był jej mąż, co sama zaznaczyła, doszedłeś do wniosku, że to ona. Dlatego się przestraszyłeś.

Janusz Karpiński patrzył na mnie spod przymrużonych powiek w oczekiwaniu, że wreszcie dostrzegę nielogiczność swojej relacji, względnie palnę coś takiego, co mnie ostatecznie pogrąży.

– Nie chodzi o nią! To znaczy chodzi, ale w innym sensie. Ona była jakaś taka... nie chcę powiedzieć „dziwna”, ale nie mam żadnego lepszego słowa. Zadzwoniła, by pokazać mi kolejną niezwykłość związaną z jej synami, ale tak naprawdę przybiła w piwnicy szczura drutem do regału ze słoikami, a mnie sprowadziła tam po to, żeby... no właśnie nie wiem. Żeby się pochwalić? Postraszyć?

– I w tym celu zarzuciła ci ręce na szyję – uzupełnił Karpiński, marszcząc nos. Niezawodna oznaka niedowierzania i dystansu. Wiedziałem, do czego zmierza.

– Nie! Ona sama była wystraszona, autentycznie, tego się nie da tak łatwo odegrać. Bała się i czekała, aż też się przestraszę. Tak to wyglądało. Badawczo mi się przyglądała, sprawdzała, jakie wrażenie wywarło na mnie całe to piwniczne widowisko. Wie pan, była w środku i jednocześnie na zewnątrz.

– W piwnicy i w ogrodzie?

– Nie. Trochę była sobą, a trochę patrzyła na siebie.

– Badawczo ci się przyglądała, patrząc z zewnątrz na siebie...

– Eee, to beznadziejne – zirytowałem się. – Pan jest fotografem, a fotografia jest płaska.

– Za to Ewa Kolanowska całkiem wypukła – odparł, ale już sobie poszedłem, przerywając tę nieadekwatną wymianę. Zresztą nie powiedziałem mu wszystkiego. Pominąłem nasze podniecenie, tam, w piwnicy, które omal nie skończyło się nerwowym, szybkim seksem na stojąco. Pominąłem twarz małego Kolanowskiego po drugiej stronie piwnicznego podziemia. Nagle się przeraziłem: widział nas przytulonych do siebie, doniesie o tym ojcu i lada chwila będę miał na karku zazdrosnego męża! Nic się nie wydarzyło, a dostanę po zębach...

Usiadłem na krześle i żeby się skupić, próbowałem pozbierać fakty. Chłopcy od Kolanowskich rzucają nożami jak zawodowi mordercy. Wcześniej najechali samochodem na dziadków, zabijając oboje na miejscu. Następnie oglądali film z tragicznego zdarzenia i cofali taśmę klaśnięciem, co jednak jest na tyle niewiarygodne, że należy to uznać za projekcję oszołomionej matki. Synek Wilków też rzucał nożami jak zawodowy morderca, ale przestał, za to stracił władzę w nogach i chodzi jak paralityk. Do tego chyba zidiociał. Władek Borowiec coś znalazł i zakopał pod beczką na deszczówkę. Twierdził, że rewolwer. Potem ktoś inny kopał w tym samym miejscu. Ewa Kolanowska przestraszyła się gryzonia w piwnicy, którego sama (prawdopodobnie) zabiła, więc zadzwoniła po mnie, trudno powiedzieć po co. Tyle fakty. A teraz emocje. Bliźniacy od Kolanowskich w ogóle nie przejęli się zabiciem własnych dziadków, a hipotetyczny filmik według relacji matki służył im do zabawy. Jeden z nich obserwował nas w piwnicy, z uśmiechem. Ona również się uśmiechała przy pożegnaniu. Mały debil Dominiczek też się uśmiechał na podłodze, chociaż męczył się strasznie, żeby wstać. Z czego oni wszyscy się śmieją?

Poprawka. Oni się nie śmiali, tylko uśmiechali, a to nie to samo. Śmiech odpręża, jest wyzwalający i swobodny, natomiast uśmiechem można zranić. Albo i zabić. Bywa jak smagnięcie batem. Kiedy człowiek po prostu się śmieje, robi to dla siebie, podczas gdy uśmiech jest komunikatem skierowanym do kogoś. W tym przypadku do mnie. Co zrozpaczony i udręczony człowiek może komunikować uśmiechem? Że coś jest nie tak. Bardzo nie tak.

Wszystko to razem nie trzymało się kupy, moja głowa po spotkaniu z Ewą Kolanowską w piwnicy też nie. Z dziennikarskiego doświadczenia wiedziałem, że dobrym sposobem na uporządkowanie danych jest próba zapisania ich w jakiejś sensownej konfiguracji. Otwarłem mały notebook, przywieziony z Niemiec po wakacyjnej pracy przy owocach, z którego byłem bardzo dumny, po czym wpisałem wielki tytuł „Skarb w Sępni”. Przyjrzałem mu się krytycznie, usunąłem i napisałem inny: „Dzieci rzucają nożami”. Przypomniałem sobie uśmiech małego Wilka ze zwisającą z wargi śliną i znowu cofnąłem. Wystukałem palcami „Dzieci się bawią”. Tak, ten mi się spodobał.

– Jak ci idzie? – spytał naczelny i moja ulga prysła w jednej sekundzie. Skuliłem się i odparłem:

– Właśnie zaczynam. Zebrałem już materiały...

– Jakie materiały?

Przystąpiłem do wyjaśniania, ale przerwał mi niecierpliwie:

– Nie będzie żadnego pisania o skarbie w Sępni. Tego tematu nie ma.

– Jak to nie ma? – zdziwiłem się teatralnie, by zyskać na czasie.

– Tam nie było żadnego skarbu, Jaromin. Ludzkie gadanie plus pobudzona przez biedę wyobraźnia. Zero konkretów.

– A Władek Borowiec?

– Borowiec znalazł rewolwer, uznał, że wygląda na sprawny, i zabrał do domu. Wiesz, dla chłopa z wioski pod lasem takie znalezisko to też skarb. Jak dobrze podejdzie, to i dzika ustrzeli.

Redaktor Karpiński mówił to wszystko spokojnym i nieco natarczywym głosem. „Nie zajmuj się tym, to nie dla ciebie”, brzmiał komunikat. A potem się uśmiechnął. Dzień uśmiechniętych komunikatów.

– Napisz coś o nowym moście na Sowie. Słyszałeś, mam nadzieję, o uchwale rady miasta?

Owszem, słyszałem o planach budowy mostu, widziałem nawet plany architektoniczne i bardzo nie podobało mi się, że obwodnica wokół miasta przechodzić miała przez moje ulubione stawy. Zachwalanie tej inwestycji nijak nie leżało w moim interesie.

– Bierz się do roboty. A o tym – pokazał palcem na ekran notebooka z wielkim tytułem o bawiących się dzieciach – zapomnij.

Karpiński pochylił się i poczułem odór czegoś, co mogło być na wpół przetrawioną jajecznicą na cebuli. Zniżył głos do szeptu i powtórzył:

– Wojtek, zostaw to.

– Polecenie służbowe czy prośba?

– Jedno i drugie.

Ścisnął mnie za ramię i odszedł do swojego gabinetu. Patrzyłem na jego oddalające się plecy i myślałem o jego pełnym troski szepcie, w którym brakowało jedynie: „Dla twojego dobra”. Moja dłoń bezwiednie powędrowała ku myszce, by ustawić kursor na końcu zapisanej frazy, a następnie zaznaczyć cały tytuł. Palec wskazujący na klawiszu DELETE dokończył dzieła. Jeszcze przez chwilę zastanawiałem się nad tym, że w słowach szefa nie było prośby ani polecenia, tylko groźba, ale dałem za wygraną. Tak będzie lepiej. Uniknę dalszych komplikacji z rodziną Kolanowskich i może uda mi się przywrócić normalne relacje z Wilkami. To całkiem mili ludzie, ale zestresowani chorobą syna.

Wyjąłem z szuflady teczkę z materiałami na posiedzenie rady miasta i pochyliłem się nad planem mostu. Obwodnica szła przez łąki, potem zakręcała lekko w lewo i biegła dalej w kierunku dużych zakładów chemicznych. Przecinała mój staw dokładnie przez środek. Zastanawiałem się, czy podzielą go na dwa mniejsze, czy w ogóle zasypią. Tak mi zeszło do popołudnia. Powoli zapominałem o piwnicy Kolanowskich.

Przeglądałem papiery, a na pustym ekranie przenośnego komputerka migał samotny kursor. Wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, byłem młody i bezczelny, ale głupi. Nie wiedziałem jeszcze, że rzeczy usunięte są silniejsze od zapisanych.

6

Kiedy wyszedłem z pracy po piątej, było już prawie ciemno. Bure chmury dały sobie spokój i ruszyły gdzieś dalej, a spod ich grubej warstwy na zachodzie biła granatowa łuna. Pas niczyjego nieba, bez nocy i bez dnia. Ta pierwsza szła dopiero od wschodu, ten drugi już odstąpił od swoich roszczeń i zgasł. Stanąłem na środku rynku i rozejrzałem się wkoło, jakbym trafił tu pierwszy raz. W mokrych kamienicach tu i ówdzie paliło się światło, ktoś kręcił się po pokoju albo kuchni, brał coś do ręki i odkładał. Było zimno, a na myśl o mojej pustej garsonierze w bloku zrobiło mi się jeszcze zimniej. Nie chciałem tam wracać, przynajmniej nie teraz. Czy się bałem? Nie, wtedy jeszcze nie. Komiczną myśl o czającym się na mnie za rogiem Ryszardzie Kolanowskim trudno było nazwać strachem.

Skręciłem do kawiarni. Mieściła się w dawnym sklepie żelaznym U Budziły i nazywała się Kofe Inka, ponieważ tak miała na imię żona właściciela, Pawła Kopcia. Pogratulowałem mu kiedyś pomysłowej nazwy, a on w rewanżu postawił mi kawę i tak zaczęła się nasza sympatyczna znajomość. Rodowity oszpicynianin, dawny hokeista, który po otrzymaniu kopniaka łyżwą w nos zamienił uprawianie sportu na biznes. Z całkiem niezłym skutkiem, zważywszy na fakt, że kawiarnia nigdy nie świeciła pustkami, a wieczorami trudno było znaleźć wolny stolik.

Mnie się udało i usiadłem w kącie, tuż przy wejściu do toalety, zamówiwszy kawę, a po krótkim namyśle również brandy. Wydała mi się przydatnym doradcą w myśleniu, a raczej niemyśleniu o ostatnim dniu. Spisała się na tyle dobrze, że zamówiłem jeszcze jedną, która okazała się doradczynią nie gorszą od poprzedniczki i do kompletu brakowało tylko trzeciej. Aller guten Dinge sind drei, jak mówią Niemcy, a Rosjanie: Boh trojcu lubit. Trzecia wypogodziła mnie do tego stopnia, że zapomniałem o sile swoich pieniędzy i zamówiłem czwartą. Tę przyniósł mi już osobiście sam właściciel.

– Dostałeś spadek czy wylali cię z roboty? – spytał bez ogródek, dzwoniąc kieliszkiem w szklany blat. Odsunąłem mu krzesło nogą.

– Siadaj. Sobie nie przyniosłeś? Na koszt firmy.

– Nie piję – odparł. – Inaczej bym zbankrutował.

– Aż tak lubisz?

– Nie, ale połowa miasta piłaby ze mną na koszt firmy. Co u ciebie? Znalazłeś ten skarb z Sępni?

Na dźwięk tych słów jeden z klientów natychmiast odwrócił głowę w naszą stronę. Zmrużył oczy i lustrował nas wzrokiem przez parę sekund.

– Jak usiądziesz i pochylisz się ku mnie, to ci odpowiem. Nie będę krzyczał na całą knajpę.

– To jest kawiarnia – sprostował Paweł.

– Kawiarnia z piwem to już chyba knajpa, prawda?