Wianek z róż - Agnieszka Olszanowska - ebook

Wianek z róż ebook

Agnieszka Olszanowska

0,0
29,60 zł

lub
Opis

Po raz trzeci wracamy do Gradowa, na pozór cichej wioski, gdzie jednak wciąż coś się dzieje.
Michał Funcia, do niedawna skromny organista bez żadnych ambicji, dzięki staraniom babki, pani Blanż, zostaje wybrany na wójta i zaczyna pełnić swoje nowe obowiązki. Pomimo sukcesu wnuka, stara kościelna nadal ma powody do niepokoju. Martwi się, że wkrótce utraci swój stały dochód za wypożyczanie sznura do opuszczania trumien, gdyż nowy proboszcz porozumiał się z obcymi grabarzami i teraz to oni mają zajmować się pogrzebami w Gradowie! A do tego Jagoda - jedyna miłość Michała, jeszcze od czasów szkoły - nadal traktuje go wyłącznie jak przyjaciela, pomimo nowego stanowiska chłopaka.
Powody do radości mają natomiast pracownicy miejscowej biblioteki, Jarek i Anetka. Teraz placówce nie grozi już zamknięcie, wręcz przeciwnie - jej działalność będzie się rozszerzać. Czy Michał zdoła odzyskać serce dawnej dziewczyny? Do kogo Jagoda pisze długie mejle każdego wieczoru? Dlaczego Lukrecja, żona największego bogacza w okolicy, chce się rozwieść? Z jakiego powodu szanowanym dyrektorem biblioteki interesuje się policja?
Nudne, spokojne życie mieszkańców Gradowa wcale nie jest takie monotonne i jednostajne, jak by się mogło wydawać…

Agnieszka Olszanowska - bibliotekarka z wykształcenia i powołania, absolwentka Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych, a także scenariuszy oraz felietonów publikowanych na łamach czasopism "Gospodyni" i "Biblioteka w szkole". Jej pasją jest domowa inkubacja ptaków i kwiaciarstwo. Mama trójki nastolatków. Autorka cyklu "Listy z dziesiątej wsi", "Tajemnica dziesiątej wsi" i "Miłość na dziesiątej wsi" oraz serii z wiankiem w tytule.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 278




 

 

Copyright © Agnieszka Olszanowska, 2020

 

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

 

Zdjęcie na okładce

© Laura Evans/Arcangel Images;

Elena Medvedeva/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Ewa Witan

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

 

ISBN 978-83-8069-976-2

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Marka i naszych dzieci

Kariny, Edyty i Igora

w podziękowaniu za miłość,

która dała mi skrzydła.

 

*1*

Mówię ci, Michałku, nowemu proboszczowi źle z oczu patrzy. Niby do mnie uprzejmie zagaduje i miło się uśmiecha, ale ja tam swoje wiem! Dlatego dla dobra Gradowa nie czekaj za długo i zacznij robić, no… ten… jak to się, Michałku, nazywa, jak się chce dużo ludzi zaprosić, a potem sprawdzić, czy do roboty się nadają?

– Casting, babciu, casting – powiedział ze śmiechem Michał, który, choć był mnóstwem wójtowskiej pracy zawalony, na rozmowę z babcią zawsze czas znalazł. – A po naszemu konkurs.

– Konkurs? Nie. Konkurs tak staromodnie brzmi. Lepiej ten nowoczesny casting ogłoś i niech się chłopy do ciebie zgłaszają, a ty najlepszego dla nas wybierz. Tylko pamiętaj, uczciwy i wrażliwy być musi.

– Wrażliwy? – zdziwił się. – A odkąd to grabarz powinien być wrażliwy? Chyba się babci coś pomyliło. Jak ma doły kopać i często w grobach, hmm, sprzątać, to lepiej, żeby nie był zbyt wrażliwy, bo długo w tej robocie nie wytrzyma.

– Wrażliwy ma być na ludzkie nieszczęście. O to mi przecież, Michałku, chodzi. Jak on tam będzie po nieboszczykach sprzątał, to mi wszystko jedno, ale żeby z żywych pieniędzy zbytnio nie zdzierał, tylko z umiarem, na tym by mi zależało. Stosownie do sytuacji i możliwości rodziny oczywiście.

Widząc na twarzy wnuka dziwny grymas ni to śmiechu, ni to drwiny, pani Blanż na chwilę zamilkła, myśląc, jak ma wytłumaczyć Michałowi, po raz kolejny zresztą, że jeśli się nie pośpieszą i na jego miejsce grabarza nie znajdą, to nowy proboszcz sam się sprawą zajmie, a wtedy ich, a raczej jej wpływ na dochody płynące z bezcennego sznura, na którym zgodnie z wieloletnią tradycją trumny ze zmarłymi gradowianami do grobu spuszczano, się skończy. A tym samym nie będzie już miała po co i za co żyć.

– Tak, wiem, chcesz mi pewnie przypomnieć, że sama nie raz wysoką cenę za nasze usługi żałobnikom wyznaczałam, ale wierz mi, Michałku, że wprawdzie tobie zbyt wysoka się zdawała, ale dla bliskich zmarłego zawsze była w sam raz! Moja, że tak powiem po nowemu, polityka cmentarna była właściwa i do potrzeb i możliwości finansowych gradowian dostosowana. Sam zobaczysz, co już wkrótce zacznie się dziać, jak ktoś inny niż my na cmentarzu rządzić zacznie. Lada dzień wspomnisz moje słowa. Lada dzień! Poczekajmy tylko do pierwszego zgonu, który na dniach musi nastąpić.

Michał zamyślił się nad słowami staruszki. Wiedział, że dla leciwej kościelnej sznur, a raczej władza z nim związana była formą prestiżu, którego jego babcia całe życie pragnęła. W młodości los okrutnie zakpił z biedaczki i jedna zła decyzja jej rodziców spowodowała, że choć pani Blanż miała niewątpliwy talent muzyczny, nigdy nie dano jej szansy, by mogła go rozwijać. Dlatego też wykorzystywała do dziś każdą okazję, aby być ważną w oczach ludzi. A teraz, kiedy za sprawą staruszki i głównie dzięki jej staraniom wygrał wybory i objął stanowisko wójta Gradowa, kwestia cmentarnego sznura mocno się skomplikowała.

Tym bardziej że, jak sama pani Blanż zaczynała podejrzewać, nowy proboszcz, przysłany na miejsce usuniętego wskutek donosu księdza Adama, postanowił zaprowadzić swoje porządki w parafii. I choć nie miał ani odwagi, ani serca mówić tego staruszce, to najprawdopodobniej początkiem parafialnych zmian będzie usunięcie babci ze stanowiska gradowskiej kościelnej. A tym samym odebranie jej wszystkiego, co od blisko pół wieku stanowiło sens jej istnienia.

Michał coraz bardziej obawiał się, że dzień, w którym babcia nie tylko straci prawo do zarządzania cmentarnym sznurem, ale również będzie musiała oddać klucze od drzwi kościoła i ostatecznie przejść na zasłużoną emeryturę, stanie się ostatnim dniem jej życia. A babcine częste aluzje i życzenia związane z rzekomo nieodległym już pochówkiem utwierdzały go w przekonaniu, że dla niej życie bez pracy dla parafii nie miało najmniejszego sensu. Dlatego i martwił się, i zastanawiał, co z tym fantem zrobić, skoro on sam, od kilku dni oficjalnie sprawujący funkcję wójta Gradowa, pogrzebami zajmować się nie mógł.

Żałował, że ktoś zupełnie bezmyślnie przyczynił się do usunięcia z Gradowa księdza Adama, który poza tym, że być może zbyt głęboko zaglądał w oczy parafiankom, był dobrym proboszczem. Otwartym na potrzeby niezbyt zamożnych wiernych i dość obojętnym na to, kto jaką funkcję pełnił w parafii. Dla Adama najważniejszy był święty spokój. A że dobre relacje z kościelną ów spokój mu zapewniały, zatem zgadzał się na wszystko, co pani Blanż sugerowała.

Gdyby ksiądz Adam pozostał w Gradowie, sprawa znalezienia nowego grabarza byłaby prosta jak ten przysłowiowy kawałek sznura, niekoniecznie cmentarnego. Ale w sytuacji, kiedy pojawił się ktoś nowy, i to jeszcze z ambicjami robienia porządków w parafii, Michał obawiał się, że nawet jeśli po wspomnianym castingu na tutejszego grabarza uda mu się znaleźć właściwego człowieka, to nowy proboszcz może nie wyrazić zgody na jego kandydaturę. Chociażby z tego powodu, że grabarz z polecenia pani Blanż i Michała będzie lojalny w stosunku do swoich protektorów, a nie księdza.

– I o to przecież, Michałku, chodzi! – wykrzyknęła pani Blanż, gdy najdelikatniej, jak tylko potrafił, przed­stawił jej swoje obawy. – Pamiętaj, że oni, znaczy ci wszyscy proboszczowie, przychodzą i odchodzą z Gradowa, a my trwamy tu od lat i dlatego masz stanąć na głowie i wykorzystać władzę, jaką ci, jakkolwiek by było, po trosze załatwiłam, i zrobić wszystko, żeby sznur trafił w dobre ręce!

– Postaram się, babciu – obiecał, kończąc rozmowę, ale w głębi duszy obawiał się, że tym razem może zawieść staruszkę.

 

*2*

– Cieszę się, że ponownie mam okazję serdecznie powitać wszystkich przybyłych na naszą comiesięczną konferencję metodyczną. – Instruktor Agnieszka jak zawsze, tak i tym razem, wygłaszając miłe słowa na powitanie koleżanek i kolegi po fachu, nie zapomniała o promiennym uśmiechu, który ani na moment nie schodził jej z twarzy. – Moja radość jest tym większa, że wszyscy możemy odetchnąć z wielką ulgą, ponieważ po gorącym i jakże dla nas trudnym okresie wyborczym, kiedy to żyliśmy w niepewności, co nam te wybory przyniosą, dziś już spokojnie i z ufnością patrzymy w przyszłość. Prawda, panie Jarku?

– Tak jest!

Krótka odpowiedź dyrektora gradowskiej biblioteki trochę rozśmieszyła bibliotekarki, które po cichu szeptały między sobą, że Jarek bardziej na żołnierza się nadaje niż na bibliotekarza i że chętnie by go zobaczyły w wojskowym mundurze. Musiał zauważyć poruszenie wśród koleżanek, dlatego też po krótkim namyśle odezwał się ponownie:

– Nie wiem, czy wszystkie panie wiedzą, ale przez ostatnie lata gminą Gradów rządził człowiek, który ze wszystkich ośrodków funkcjonujących na terenie mu podległym najbardziej nie znosił biblioteki. A teraz, dzięki Bogu i mądrym mieszkańcom, mamy wójta dobrze wykształconego i dzięki temu mającego jako takie pojęcie o celu i zasadach funkcjonowania naszej placówki, ale również otwartego na potrzeby kulturalne mieszkańców.

– Co pan mówi? – Pani Zofia z Igłowa jak zwykle musiała wtrącić swoje trzy grosze i tym razem także przerwała Jarkowi. – Pana zdaniem Bodzio nie dbał o kulturę i rozrywkę mieszkańców? A mnie się zdawało, że dbał, i to bardzo.

– Chyba że ma pani na myśli gminne dożynki i pikniki, na których główną atrakcją była tania kiełbasa z grilla i muzyka disco polo. Jeśli tak, to wszystko się zgadza, pani Zofio. – Tym razem instruktor Agnieszka nie wytrzymała i drwiącym głosem uprzedziła Jarkową odpowiedź. – O taką kulturę Bodzio dbał, ale widocznie ludzie mają już inne oczekiwania, skoro kolejny raz na wójta go nie wybrali.

– Zanim Michał Funcia został wójtem, był też kościelnym i organistą. Często bywał w naszej bibliotece. Dzięki temu znam go na tyle dobrze, że teraz bez skrępowania i obaw mogę z nim rozmawiać o przyszłości placówki.

Jarek udał, że nie zauważa napięcia, jakie znów pojawiło się pomiędzy instruktor Agnieszką a bibliotekarką z Igłowa, i dalej opowiadał o planowanych zmianach, na które dostał już zielone światło od nowego włodarza, oraz o obietnicy, że w kolejnym planie budżetu potrzeby biblioteki będą bardziej brane pod uwagę i wielkość środków na nie przeznaczonych znacznie wzrośnie.

– I tu od razu wtrącę, żebym nie zapomniała. Otóż w ubiegłym tygodniu, w ramach zapoznania się, odwiedziłam wszystkich nowych wójtów i jedną wójtową na terenie naszego powiatu. Muszę przyznać, że wszyscy przyjęli mnie bardzo miło i zadawali dużo istotnych pytań związanych z moimi działaniami na rzecz gminnych bibliotek. Może niektóre z was – pani instruktor bezwiednie spojrzała w stronę bibliotekarki z Igłowa – będą mi to miały za złe, ale zobowiązałam się wobec waszych nowych przełożonych, że dołożę wszelkich starań, aby pomóc wam wprowadzić w końcu gminne biblioteki w dwudziesty pierwszy wiek.

– Rozumiem, że kolejny raz zakres naszych obowiązków wzrośnie? – zapytał Jarek.

Miał już za sobą kilka konkretnych ustaleń z Michałem, który w zamian za zwiększenie nakładów na gradowską bibliotekę wymagał regularnego organizowania dla seniorów oraz osób długotrwale bezrobotnych szkoleń z zakresu podstawowej obsługi komputera i poruszania się w internecie. Zajęcia miały się odbywać w czytelni i być prowadzone albo przez niego, albo przez Anetkę, dlatego też spodziewał się, że pozostali wójtowie również doszli do wniosku, że nie dadzą pieniędzy tylko na zwiększenie zakupów nowości książkowych, ale będą wymagali także innych działań.

– Niestety, nie ma nic za darmo. Rzeczywiście będziecie musieli nieco się wysilić i wyjść poza przestarzały schemat działań bibliotekarza – przyznała instruktor Agnieszka, a potem przez kolejną godzinę tłumaczyła, dlaczego promocja biblioteki publicznej jest taka ważna w dzisiejszych czasach.

– Niech wam się nie wydaje, że współczesne biblioteki same w sobie są tak atrakcyjne, że nie muszą się dodatkowo promować. Czy to się komuś podoba, czy nie, każda instytucja musi dbać o swój wizerunek. Na całym świecie biblioteki publiczne starają się zmieniać i dostosowywać do potrzeb współczesnych użytkowników, a ci, mając wybór, wybiorą tę placówkę, która według nich jest najbardziej atrakcyjna nie tylko z powodu oferty, ale również marketingowego podejścia do klienta. Dlatego też naszym wspólnym zadaniem będzie opracowanie schematu albo chociaż planu, żebyście mogli jak najszybciej ruszyć z działaniami, które pokażą waszym klientom, bo współcześni czytelnicy są właśnie klientami, że biblioteki mają wiele ciekawych rzeczy do zaoferowania. Dzięki odpowiednio dobranym środkom promocji możecie dotrzeć ze swoją ofertą poza krąg dotychczasowych odbiorców. I w ten sposób pozyskać nowych klientów.

– Czy słowo „klient” zamiast dotychczas stosowanego określenia „czytelnik” rzeczywiście jest na miejscu? – Ewa z Malwic, choć zazwyczaj bezkrytycznie podchodziła do słów instruktor Agnieszki, która była dla niej alfą i omegą bibliotekarskiej wiedzy, tym razem miała pewne wątpliwości. – Przecież my w bibliotece nadal niczego nie sprzedajemy, więc słowo „klient” mocno tu razi. Chyba każda z obecnych tu osób przyzna, że ma takie samo skojarzenie, czyli „klient” równa się „handel”, „sprzedaż”, „kupno”.

– Ciągle wam powtarzam, że tradycyjny sposób pojmowania biblioteki zarówno przez jej pracowników, jak i samych użytkowników odchodzi do lamusa. Na bibliotekę, podobnie jak na wszystkie inne instytucje kultury, należy obecnie spojrzeć z marketingowego punktu widzenia. A gdzie jest marketing, tam jest też słowo „klient”, za którym od razu pojawiają się kolejne, czyli oczekiwania klienta wobec biblioteki. Myślę, że tyle wystarczy w kwestii zasadności stosowania takiego określenia użytkownika biblioteki. Chociaż na zakończenie tego wątku przytoczę wam stare jak świat i powszechnie znane powiedzenie: „Klient nasz pan”. W odniesieniu do naszych bibliotek należy je rozumieć tak, że nie ma biblioteki bez czytelnika, czyli współczesnego klienta, który oczekuje od nas bogatszej oferty niż tylko ta, którą dotychczas otrzymywał. Jeśli nie będziemy wychodzili naprzeciw oczekiwaniom naszych bibliotecznych klientów, stracimy rację bytu, co przy każdej okazji wam powtarzam. Zatem jeszcze raz apeluję, przestawcie swój sposób myślenia na potrzeby dwudziestego pierwszego wieku, a wszystko, o czym teraz czy w przyszłości będę wam mówiła, stanie się jasne i oczywiste. Czujesz się, Ewo, choć trochę przekonana, że w swojej bibliotece masz nie tylko czytelników, ale i klientów?

– Może i tak – przyznała bibliotekarka z Malwic.

– Zatem przechodzimy do planowania naszej powiatowej strategii marketingowej bibliotek, dzięki której dotrzemy do wielu nowych klientów.

Instruktor Agnieszka, nie bacząc na niekoniecznie zadowolone miny zgromadzonych na konferencji bibliotekarek, zaczęła snuć wspaniałe wizje, jak to każda gminna biblioteka już w najbliższym czasie założy prężnie funkcjonującą stronę internetową, będzie regularnie zamieszczać wpisy i fotorelacje na bibliotecznym Facebooku i Instagramie oraz umieszczać ciekawe wpisy na bibliotecznym blogu.

A dla tradycyjnych użytkowników, za których potencjalnie można uznać klientów ze starszego pokolenia, nadal czytających lokalną prasę papierową, przynajmniej raz w miesiącu zostanie przygotowany obszerny artykuł o bieżących działaniach biblioteki i ofercie skierowanej między innymi do seniorów.

– Mobilnej biblioteki nie może zabraknąć w żadnej placówce – perorowała mocno przejęta swoją wizją pani instruktor. – Nieodpłatna usługa o nazwie „książka na telefon” jest oczywistą oczywistością. I uprzedzam, że pierwsze, o co was zapytam za miesiąc, to czy zaczęliście dostarczać książki do domów starszych lub mocno schorowanych czytelników, którzy z różnych powodów nie mogą liczyć na pomoc rodziny ani znajomych. Chyba budżet żadnej z bibliotek nie ulegnie przeciążeniu, jeśli chociaż raz w tygodniu pojedziecie z zamówionymi przez telefon książkami do tych osób. Prawda? Ewentualnie możecie zapytać w GOPS-ie, czy nie dofinansują wam tej bardzo potrzebnej i przeciwdziałającej wykluczeniu społecznemu akcji. Co sądzicie na ten temat? Da się zrobić?

Wszyscy obecni na konferencji skinęli głowami na tak. Nawet pani Zofia z Igłowa powstrzymała się od komentarza. Być może obawiała się, że jeśli znów skrytykuje propozycję instruktor Agnieszki, to konferencja przedłuży się o kolejną godzinę, a ona koniecznie o trzynastej musiała pojechać do przedszkola, aby odebrać wnuczki i zawieźć je na basen.

Prawdopodobnie wszyscy dyrektorzy i kierownicy gminnych bibliotek myśleli podobnie, więc już do końca zebrania nikt o nic nie pytał ani nie kwestionował zaleceń pani instruktor. Nawet po cichu nie komentowali między sobą jej słów. Z czego Agnieszka była bardzo zadowolona i na koniec opowiedziała jeszcze pokrótce o akcji „Biblioteka nie śpi”, a potem obiecała, że następnym razem przygotuje specjalnie dla nich nowy temat związany ze zmianą postrzegania ich placówek zarówno przez klientów, jak i czytelników.

– Nie wiem, jak pan, ale ja mam jej dość! – Pani Zofia przemówiła dopiero na parkingu, kiedy korzystając z okazji, że miała samochód zaparkowany obok auta Jarka, odważyła się dać upust swoim emocjom. – Pan tego pewnie nie wie, ale ja jeszcze pamiętam Agnieszkę, jak była zwykłą szarą bibliotekarką, i zupełnie nie przypominam sobie, żeby nazbyt chętnie wyrywała się przed szereg i działała tak intensywnie, jak teraz nam to zaleca. Jeśli tak dalej pójdzie, to będzie od nas oczekiwać, żebyśmy za własne pieniądze kupowali produkty i piek­li w bibliotekach ciasta, którymi zaleci nam częstować każdego klienta – dodała z rozgoryczeniem.

Jarek tylko jej przytaknął i tłumacząc się brakiem czasu, prędko wsiadł do auta. Pani Zofia równie szybko wsiadła do swojego i zanim przekręcił kluczyk w stacyjce, ona już z głośnym piskiem odjechała z parkingu.

Kiedy wracał do Gradowa, mimo woli zastanawiał się nad słowami pani Zofii, które wydały mu się niemal prorocze, gdyż Michał również, może jeszcze nie tonem jawnego żądania, tylko raczej delikatnej sugestii, powiedział, żeby Jarek zastanowił się nad możliwością stworzenia przy bibliotece klubokawiarni, gdzie będą mogli się spotykać gradowscy seniorzy. Przyszło mu na myśl, że odkąd Michał został wójtem i nie mógł już zbyt dużo czasu poświęcać swojej babci, chciał znaleźć miejsce, gdzie odsunięta przez nowego proboszcza stara kościelna mogłaby spędzać większość dnia.

Dojeżdżając do Gradowa, zaśmiał się na głos, przypomniawszy sobie, jak to Anetka opowiadała mu ostatnie plotki z miejscowego ośrodka zdrowia. Ponoć pani Blanż zaczęła tam prawie codziennie zaglądać i pod pozorem coraz gorszego stanu zdrowia spędzała w przychodni dużo czasu, domagając się od pielęgniarek wyjątkowego traktowania chociażby z tego powodu, że jest babką wójta.

 

*3*

Po pierwszym szoku, złości i niedowierzaniu, że jacyś intryganci postanowili się go pozbyć z gradowskiej parafii i w tym celu wystosowali obrzydliwy donos do biskupa, Adam zaczął szukać dobrych stron zaistniałej sytuacji. A było ich nawet kilka. Po pierwsze, biskup za karę przeniósł go do parafii w powiatowym miasteczku, gdzie Adam miał pełnić obowiązki wikarego, a tym samym zwierzchnik zupełnie przypadkiem zdjął z niego ciężar, jakim było zarządzanie parafią.

Co prawda stanowisko proboszcza jest wyższe w hierarchii niż bycie zwykłym wikarym, szczególnie w parafii, gdzie jest kilku księży, ale dla Adama robienie kariery nie miało większego znaczenia. Bardziej cenił sobie komfort w pracy duszpasterskiej. Proboszczowanie wymagało wiele wysiłku i ciągłego martwienia się o coś, pamiętania o regulowaniu różnych parafialnych należności, planowania licznych działań i załatwiania tysiąca innych drobnych, ale bardzo męczących spraw, o które wikary zazwyczaj nie musiał się martwić.

Po drugie, w nowej parafii plebania i kościół były tak usytuowane, że znajdowały się bardzo blisko dwóch galerii handlowych. W jednej z nich mieściło się kino, a w drugiej kilka kawiarni i restauracja. Po zabitym dechami Gradowie była to dla Adama przyjemna odmiana. Kiedy się zorientował, że nowości filmowe w kinie są wyświetlane prawie w tym samym czasie, co w stolicy, niemalże zaczął się cieszyć, że ktoś w Gradowie nieświadomie wyświadczył mu przysługę i dzięki temu będzie miał mniej obowiązków, a więcej przyjemności. Do tego obecność innych księży sprawi, że będzie się czuł mniej samotny w świecie, w którym każdego dnia ktoś wylewa na nich w mediach kubły pomyj.

Jedynym mankamentem wyjazdu z Gradowa była konieczność rozstania z Jagodą, z którą Adam od czasów rozpoczęcia pracy w gradowskim liceum bardzo się zaprzyjaźnił, a po śmierci jej męża zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Odległość jego nowego miejsca posługi od Gradowa wynosiła ponad dwieście pięćdziesiąt trzy kilometry. Niby w dzisiejszych czasach nie było to dużo, zaledwie trzy godziny jazdy samochodem, w jedną stronę oczywiście, ale Adam zdawał sobie sprawę z tego, że raczej nie może liczyć, aby matka trójki małych jeszcze dzieci odwiedzała go zbyt często. On sam z przyczyn oczywistych do Gradowa wpadać nie mógł.

Na szczęście przed jego wyjazdem ustalili, że będą się kontaktowali, głównie przez internet, gdyż zbyt częste rozmowy telefoniczne w ich wypadku mogłyby być ryzykowne. Jagoda ciągle miała obok siebie dzieci, a także mieszkała z nią teściowa, Adam zaś ze względu na swoje obowiązki nie mógł zbyt często oddawać się telefonicznym pogawędkom, szczególnie że czasami ich treść mogłaby się wydać nieco zbyt intymna jak na ucho przypadkowego słuchacza. Zatem na razie nie zostało im nic innego, niż pisać do siebie wiadomości. Jak się okazało, Jagoda pisała często i o wszystkim, co działo się w jej życiu. W pierwszym dniu pobytu w nowym miejscu Adam otrzymał mejl, w którym zwierzała mu się ze swoich szkolnych perypetii.

 

Od świtu do nocy byłam w pracy, bo dziś mieliśmy radę, a potem zebranie z rodzicami uczniów. I przez to nic w domu nie zrobiłam. Dzieciom ciasta nie upiekłam ani okien nie umyłam.

Ale za to dostałam „prezent” od dyrki. Chyba za wyjątkowo dobre sprawowanie. Co prawda powiedziała mi, że jest to z jej strony dowód zaufania i bardzo przyda mi się do sprawozdania z realizacji planu rozwoju zawodowego.

Prezent jest wyjątkowy i niespodziewany.

Otóż dyrka podarowała mi wychowawstwo z odzysku w pierwszej klasie liceum.

Prezent ten wchodzi w życie od drugiego listopada.

Czyli mam jeszcze jeden ciężar do niesienia przez najbliższe lata.

Poprzednia wychowawczyni szczęśliwie zaszła w ciążę i aż do porodu będzie na zwolnieniu lekarskim. Nie wiem, czy ci mówiłam, ale chyba nie mam predyspozycji do tej funkcji. Cóż, nie zawsze możemy robić to, co chcemy. Tym razem ja muszę się zmierzyć z wyzwaniem. A będzie ono spore, gdyż w klasie jest czterech chłopaków i dwadzieścia siedem dziewczyn. Sam wiesz najlepiej, co znaczy tyle dziewczyn w klasie. Same kłopoty. Zanim dojdą do matury, przynajmniej ze trzy będą w ciąży albo urodzą dziecko. A ja będę musiała z nimi rozmawiać, pocieszać je, mobilizować do nauki i tym podobne historie. No tak, w sumie, jako matka czworga dzieci, mam spore doświadczenie, więc w tej kwestii dla potencjalnych młodocianych matek mogę być podporą.

Jak się, Adamie, czujesz w nowym miejscu? Jestem bardzo ciekawa, czy masz ładny pokój z firankami w oknie .

Tęsknię i pozdrawiam.

Jagoda

 

*4*

– Słuchaj, Adam, mamy problem.

– Jaki? –zapytał trochę zdziwiony, bo musiała to być wyjątkowa sprawa, skoro wymagała rozmowy na osobności.

– Musisz zastąpić Jana w szpitalu. Nie chciał o tym mówić przy śniadaniu, ale ma wyjątkowo trudną sytuację w rodzinie i poprosił mnie o natychmiastowy urlop. I tylko ty nie jesteś bardzo zajęty. Przejmiesz obowiązki szpitalnego kapelana na czas nieobecności Jana.

– Oczywiście. Nie ma sprawy – zgodził się wbrew sobie.

Problem był, i to poważnej natury. Ze wszystkich miejsc, w których przyszłoby mu czynić posługę, Adam najbardziej obawiał się właśnie szpitala. Na samo to słowo robiło mu się zimno i nieprzyjemnie.

– Cieszę się, że rozumiesz sytuację. Oczywiście jak Jan wróci, będziesz mógł pomyśleć o wyjeździe na urlop do rodziny albo na pielgrzymkę. Gdzie będziesz chciał. Ale teraz przez najbliższe tygodnie zajmiesz się chorymi. No właśnie, słychać Jana w kuchni. Idź i porozmawiaj z nim, może ci powie co nieco na temat szpitalnych zwyczajów albo doradzi w sprawie współpracy z personelem.

– Aaaa – odezwał się Jan, gdy zobaczył Adama w drzwiach kuchni. – To ty, Adamie. Zaraz ci wszystko wytłumaczę, tylko posiedźmy jeszcze chwilę tak w ciszy. Popatrz, jak pięknie wyglądają te róże w wazonie.

Rzeczywiście, były cudowne. Adam specjalnie nie interesował się kwiatami, ale te rzucały się w oczy obfitością płatków i krwistą barwą. Wyglądały jak olbrzymie krople krwi i tak mu się skojarzyły, kiedy wraz z Janem siedzieli w milczeniu w kuchni na plebanii i wpatrywali się w wazon stojący na kuchennym stole. Chwila przedłużyła się prawie do obiadu, tak że kolega w ekspresowym tempie przekazał Adamowi harmonogram mszy świętych w szpitalnej kaplicy oraz grafik odwiedzin chorych na poszczególnych oddziałach i zalecał zachowanie zimnej krwi, gdyż w szpitalu wszystko się mogło zdarzyć.

Ani słowem nie wspomniał o rodzinnych problemach ani innej przyczynie nagłego urlopu. W jego zachowaniu czuło się spory dystans. Może za krótko się znali, ale Adam miał przykre wrażenie, że przyjaciółmi szybko nie zostaną. Jan wyjechał zaraz po obiedzie, a wczesnym popołudniem Adam musiał odbyć swą pierwszą wizytę w szpitalu.

 

*5*

Ze wszystkich świąt w roku Lukrecja najbardziej lubiła pierwszy listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Wolała go nawet od Bożego Narodzenia. I nie wynikało to z faktu, że miała na cmentarzu bardzo bliskich zmarłych, których jej ciągle brakowało i których przynajmniej duchowej bliskości szukała. Lukrecja należała do grona szczęściarzy, gdyż pomimo czterdziestki na karku dotąd nie straciła nikogo z najbliższych, jej rodzice, choć tata poważnie chorował, nadal żyli, rodzeństwo, małżonek oraz dziecko także. Na cmentarzu odwiedzała tylko groby dziadków i pradziadków, a ci, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, po długim i w miarę szczęśliwym życiu dopiero w podeszłym wieku opuścili nasz padół. Jej fascynacja tym w gruncie rzeczy smutnym i pełnym zadumy dniem wynikała z wyjątkowej atmosfery, jaką od czasów wczes­nego dzieciństwa, już od początku października obserwowała i odczuwała na cmentarzu.

Najbardziej utkwiło jej w pamięci coroczne szorowanie nagrobków. Od szóstego roku życia najpierw pomagała babci, a potem już sama myła dużą lastrykową płytę z początku lat osiemdziesiątych, pod którą spoczywali pradziadkowie i dziadek ze strony mamy.

Porządkowanie tego grobu było nie lada wyzwaniem. Lastryko z lat osiemdziesiątych oprócz ponurej kolorystyki charakteryzowało się jeszcze jedną bardzo niepraktyczną cechą, przynajmniej tak uważały Lukrecja i jej babcia. A mianowicie pod wpływem czynników pogodowych i zwykłych uszkodzeń maleńkie kawałki grysu odpryskiwały, a w miejscach ubytków bardzo szybko pojawiał się mech. Bez należytego, corocznego szorowania płyty w niedługim czasie pokryłby ją grubą warstwą.

Aby temu zapobiec, Lukrecja z babcią co roku coraz mocniej tarły nagrobek szczotkami ryżowymi i coraz dokładniej pastowały, ale mech i tak z każdym rokiem rozrastał się bujniej, tak jakby wspomniane zabiegi nie służyły jego niszczeniu, a wręcz przeciwnie – pomagały w jego rozprzestrzenianiu. Z czasem babci ubywało sił, a wnuczce ich przybywało. Życie zataczało swój naturalny krąg. Z roku na rok babcia Lukrecji coraz mniej sprzątała, a coraz więcej snuła opowieści o zmarłych spoczywających w pobliżu rodzinnego grobu. Z czasem Lukrecja sama szorowała lastryko, babcia zaś tylko jej towarzyszyła.

Dla młodej wtedy dziewczyny te godziny na cmentarzu były wyjątkowe. Babcia opowiadała historie z życia zmarłych członków rodziny, którzy odeszli. W gruncie rzeczy nie było to nic szczególnego. Takie tam zwykłe losy zwykłych ludzi. Ale dla niej te opowieści były wyjątkowe, gdyż w takich chwilach czuła, że ma korzenie. Że ci, od których prochów dzieliły ją tylko lastrykowe i betonowe płyty, nadal żyją. Że choć umarli wiele lat temu, zdążyli za życia przekazać swoje geny następnym pokoleniom. I po części dzięki temu Lukrecja była właś­nie taka, a nie inna. Pracowita, sumienna, czasami roztrzepana, jednak zazwyczaj bardzo rozsądna. Poważnie myślała o przyszłości i bardzo kochała babcię, a także najstarszego brata, którego zdrobniale nazywała Pieśkiem.

Rodziców i drugiego brata też kochała, lecz trochę innym rodzajem miłości. Nigdy, nawet będąc już dorosłą, nie potrafiła określić tej różnicy, ale i Lukrecja, i jej bliscy bardzo ją odczuwali. Matka twierdziła, że wynikało to z faktu, iż jej córka lubiła czuć się pępkiem świata, była dzieckiem, któremu należało poświęcać wiele uwagi, a tej zapracowani rodzice z oczywistych przyczyn nie mogli zapewnić. Ale babcia emerytka czy starszy brat, zapatrzony w malutką siostrzyczkę, mieli dużo wolnego czasu i jego większość poświęcali właśnie Lukrecji, robiąc to, na co dziewczynka miała ochotę.

Między innymi dlatego babcia często zabierała ją na cmentarz, bo wnuczka domagała się wręcz odwiedzania zarośniętych już mogił malutkich dzieci i wymuszała na babci opowieści o ich króciutkim życiu i cichej śmierci. A choć za każdym razem zalewała się łzami z żalu, że maleństwa musiały umrzeć tak szybko, to i tak wkrótce znów prosiła, aby babcia zabrała ją tam, gdzie mieszkają małe aniołki.

Pierwszego listopada, zamiast z babcią, mała Lukrecja szła na cmentarz z tatą i braćmi. Mama z niewiadomych powodów nie chciała im towarzyszyć i zawsze wykręcała się gotowaniem obiadu albo z uporem powtarzała:

– Przecież rano byłam na cmentarzu, kiedy grób kwiatami ubierałam. Świeczki już zapaliłam i za ojca też się pomodliłam! Czego wy jeszcze ode mnie chcecie? Zmęczyć mnie jeszcze bardziej, niż już jestem zmęczona?

Lukrecja tak bardzo chciała, aby tego dnia była także z nimi mama. Chciała razem z nią podziwiać pięknie przystrojone groby i liczyć znicze na mogile Nieznanego Żołnierza albo najzwyczajniej na świecie przytulić się do niej, kiedy poczuje się zmęczona. Ale mamy nigdy z nimi nie było. Rozzłoszczony tata co roku powtarzał, że matce najwygodniej jest zostać w domu i nie martwić się, że któremuś z dzieci w połowie mszy na cmentarzu zachce się siku albo zrobi się zimno. A on nie wiadomo za jakie grzechy musi pilnować, żeby gdzieś się nie zawieruszyły i całe i zdrowe wróciły do domu.

Żeby tata miał trochę spokoju i mógł porozmawiać z dawno niewidzianymi krewniakami, zazwyczaj kazał braciom Lukrecji zabierać ją ze sobą na spacer po cmentarzu. Posłuszni synowie wraz z całą zgrają dzieciaków włóczyli się po małym wiejskim cmentarzu wte i wewte. Chłopaki nudzili się, stojąc przy jednym grobie, i pod byle pretekstem zostawiali rodziców, by w ciekawszy sposób spędzić czas obowiązkowej mszy.

Lukrecja była na doczepkę. Była najmłodsza i kiedy rozbolały ją nóżki od długiego chodzenia pomiędzy grobami, najstarsi chłopcy na zmianę nosili ją na barana i tylko czasami wymyślali jej braciom, że znowu tego bachora na cmentarz przyprowadzili, jakby nie mogła zostać w domu, skoro nie ma siły chodzić!

Ale chyba lubili Lukrecję, gdyż co roku pozwalali jej na wspaniałą zabawę – przelewanie rozpuszczonej stearyny. Uwielbiała to. Z jednej miseczki przelewała gorący płyn do drugiej. A jakby jeszcze mało było tej zabawy, resztkami spalonych zapałek mieszała w gorącej stearynie, nie myśląc, że może stać się jej krzywda. Ci dorośli, którzy wiedzieli, czyją jest córką, z dezaprobatą patrzyli na mało zainteresowanego dziećmi ojca i szeptali między sobą.

– Przecież ta mała albo się zapali, albo poparzy.

– Zobacz, jak już kurteczkę poplamiła!

– Gdzie jej matka?

A matka najspokojniej w świecie gotowała w domu rosół z kury.

Kiedy tata miał już dość wizyty na cmentarzu, odnajdywał w tłumie ludzi dzieci, które całe ubłocone, w poplamionych stearyną ubraniach i z lekko poparzonymi palcami z radością wracały z nim do domu. Całą drogę wszyscy zachwycali się ulatującym wokoło dymem z cmentarza. Jedynie tata był milczący. Może dlatego, że wszyscy wracali z żonami, a on tylko z dziećmi? Lukrecji utkwiła w pamięci samotność ojca na cmentarzu i nie mogła zrozumieć, dlaczego mama tak się zachowywała.

Potem, gdy już była starsza, obiecała sobie, że nigdy nie będzie taka i nigdy nie wyśle męża z dziećmi na cmentarz! Biedna Lukrecja, nie wiedziała jeszcze wtedy, że los jest bardzo przekorny, i choć ona zawsze celebrowała Dzień Wszystkich Świętych, to jej mąż już niekoniecznie czuł taką potrzebę. I tak jak dawno temu jej ojciec samotnie stał przy grobach, tak i ona przez dwadzieścia lat małżeństwa częściej bywała tam tylko z córką niż z mężem.

Kiedy w myślach porównywała te sytuacje, w końcowym rachunku wypadało, że jej życie ułożyło się jeszcze gorzej, gdyż tata miał troje dzieci do towarzystwa, a ona tylko jedno, choć bardzo się starała, żeby było inaczej. I kiedy z roku na rok coraz smutniejsza wpatrywała się w coraz piękniejsze chryzantemy gęsto ustawione na grobie dziadków, często wracała myślami do dziecięcych wspomnień. Do czasów, kiedy czuła się dumna, że jej osoba jest przedłużeniem ich ziemskiego życia.

Im była starsza, a nadzieja, że kolejny raz zostanie matką, coraz bardziej słabła, tym częściej Lukrecja zastanawiała się, co po niej zostanie na ziemi. Czasami do tych rozmyślań dołączał się lęk, że jeśli w życiu Julii coś pójdzie nie tak i nie będzie jej dane zostać matką, wtedy na jej córce zakończy się ich wielopokoleniowa rodzina. Niestety, bracia Lukrecji nie mieli dzieci. Jeden był bezpłodny, a drugi większość życia spędził w miejscu, gdzie raczej trudno założyć rodzinę.

– Troje dzieci, a jedna wnuczka – mruknęła pod nosem, przestawiając po swojemu znicze na płycie nagrobka.

– Zawsze mogło być gorzej. – Lukrecja, zaskoczona tym, że ktoś usłyszał jej słowa, wyprostowała się gwałtownie i zerknęła za siebie, tam, skąd dochodził dobrze jej znany, ale dawno niesłyszany głos. – Kiedyś byłaś większą optymistką, siostrzyczko. Czy mi się tylko wydawało? A tak przy okazji, gdzie jest twój mąż i córka?

Zdumiona, wpatrywała się w mężczyznę, który wyglądem bardzo przypominał jej ojca. Nie widziała go tak długo, że nie potrafiła sobie wyobrazić, jak z biegiem lat się zmieniał i jakim cudem, kiedy ostatni raz go widziała, był młodym, wesołym chłopakiem, raczej podobnym do matki, a teraz, po blisko trzydziestu latach, stał się wierną kopią ojca. Ich wspólnego ojca.

– Ty też się zmieniłaś, Lukrecjo. – Wyraz jej twarzy był tak czytelny, że brat bez trudu odgadł jej myśli. – Nie jesteś już słodką małą dziewczynką, którą z chłopakami nosiliśmy na barana. Ale muszę ci powiedzieć, że jak na swoje lata wyglądasz całkiem, całkiem! – Zaśmiał się nerwowo. Być może dlatego, że zszokowana Lukrecja nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. – Mam nadzieję, że się mnie nie boisz? Tu, w tym tłumie, nawet ja nic bym nikomu nie zrobił – wyszeptał jej do ucha, tak aby stojący w pobliżu ludzie nie usłyszeli.

– Nie. Dlaczego? – W końcu wydusiła z siebie ciche zaprzeczenie. – Marcin i Julia są na cmentarzu w Gradowie, na grobie jego rodziców, a ja, jak widać, jestem tu.

– No tak. Jakby mogło być inaczej. Przecież musisz odwiedzić swoją ukochaną babcię. Prawda? – powiedział już nieco głośniej z dziwnym przekąsem.

– Nie chcę cię martwić – zdenerwowana Lukrecja prawie podniosła głos – ale wszystko wskazuje na to, że wkrótce do babci dołączy tata. Nasz tata. I mam nadzieję, że skoro już wróciłeś, to za rok ty się zajmiesz porządkami i strojeniem grobu. Może jak zajmiesz się czymś pożytecznym, odechce ci się głupich uwag. Gdyby nie ty, może babcia by dłużej żyła, a nie umarła ze wstydu i zgryzoty. – Ostatnie zdanie tym razem ona wyszeptała mu do ucha. – A tata nie zamknąłby się w sobie. I chciałby walczyć z chorobą, nie czekałby na śmierć jak na wybawienie.

Brat chciał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie rozpoczęły się wypominki, a Lukrecja bez pożegnania odeszła od grobu i przyłączyła się do procesji, która rozpoczęła wędrówkę po cmentarzu. Widząc ucieczkę siostry, ze smutkiem pokręcił głową, a potem długi czas stał samotnie i przyglądał się ludziom, którzy go mijali z każdej strony. Próbował ich rozpoznać, lecz w większości wydawali mu się całkiem obcy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI