Wianek z dmuchawców - Agnieszka Olszanowska - ebook

Wianek z dmuchawców ebook

Agnieszka Olszanowska

3,9
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Mała wieś, wielkie dramaty, emocje, intrygi, miłość i zdrada…

Pierwszy tom czterotomowej opowieści o mieszkańcach Gradowa, ich radościach i smutkach, niespełnionych marzeniach i zawiedzionych nadziejach, rodzących się lub gasnących uczuciach, o na pozór spokojnym, zwyczajnym życiu, które w rzeczywistości wcale nie jest takie, jakie się wydaje.

Gradów to niewielka wieś kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Jest tu nowe liceum, szkoła, biblioteka, kościół i plebania, w której od wielu lat sprawuje niepodzielne rządy wszystkowiedząca kościelna, stara pani Blanż. Pewnego dnia przybywa tam nowy proboszcz, wysłany za karę ze stołecznej parafii na prowincję. Czy młody ksiądz Adam zdobędzie sympatię apodyktycznej staruszki?
Tymczasem wójt postanawia zlikwidować wiejską bibliotekę. Bo nie dość, że miejsce w urzędzie gminy zajmuje, to jeszcze trzeba opłacać personel i na dodatek fundusze z budżetu na zakup książek przydzielać. Czyż nie lepiej więc bibliotekę zamknąć, a pieniądze przeznaczyć na drogi, wodociąg albo coś równie pożytecznego? Ale nie tylko to jest celem bezwzględnego urzędnika. Cyniczny wójt knuje spisek, by przeprowadzić swój chytry plan…

Agnieszka Olszanowska - bibliotekarka z wykształcenia i powołania, absolwentka Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych, a także scenariuszy oraz felietonów publikowanych na łamach czasopism "Gospodyni" i "Biblioteka w szkole". Jej pasją jest domowa inkubacja ptaków i kwiaciarstwo. Mama trójki nastolatków. Autorka cyklu "Tajemnica dziesiątej wsi", "Listy z dziesiątej wsi" i "Miłość na dziesiątej wsi".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 327

Oceny
3,9 (131 ocen)
53
30
34
10
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
RenataMierz

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca, nietuzinkowa, bez zbędnych opisów, zaskakująca, że nie można oderwać się od niej. Uwielbiam takie książki, napisane lekko, ciekawie i wciągająco.
10
angelikaanielica

Dobrze spędzony czas

Fajna ale jak dla mnie za bardzo pogmatwana...za dużo wątków o wszystkich...wszystkim i o niczym.
00
Doowa555

Dobrze spędzony czas

Ciekawe losy bohaterów, warto przeczytać
00

Popularność




Copyright © Agnieszka Olszanowska, 2019

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Janko Ferlič/Unsplash;

BEST.STOCK/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8169-107-9

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Wójt gminy Gradów nie posiadał się z radości. Niemalże skakał po swoim gabinecie i szybkimi ruchami dłoni odgarniał z czoła przydługą grzywkę, która służyła mu za naturalny tupecik zasłaniający łysinę na czubku głowy. Niewysoki mężczyzna, najwyżej metr sześćdziesiąt cztery w pantoflach, energicznie przemierzał wte i wewte spore pomieszczenie.

Radość, którą czuł od dobrych kilku minut, nie wzięła się znikąd. O nie, wójt Gradowa z byle czego się nie cieszył. Nie działały na niego śmieszne filmiki na YouTube ani sprośne kawały członków Rady Gminy, którymi raczyli się wzajemnie po oficjalnych częściach sesji. Nawet skecze najlepszych polskich kabaretów oglądanych czasami w telewizji kwitował najwyżej lekkim, niemalże niewidzialnym uśmieszkiem i tyle.

Prawdziwą wesołość zostawiał sobie na wyjątkowe okazje, a taka właśnie się dziś nadarzyła. I koniecznie musiał z kimś o tym pogadać. Przerwał więc swą radosną wędrówkę po, zdobytym przecież z olbrzymim trudem, najważniejszym gabinecie w gminie, przysiadł na krawędzi biurka i machając krótkimi nogami, sięgnął po telefon.

– Pani Marzenko, proszę przysłać do mnie panią skarbnik. I to natychmiast! Sprawa arcypilna! – Z trzaskiem odłożył słuchawkę i zastygł w oczekiwaniu na wezwaną.

2

Pani skarbnik, kobieta o bujnych kształtach zarówno z przodu, jak i z tyłu, lat około czterdziestu pięciu, dysząc głośno po pokonaniu schodów łączących parter z piętrem urzędu gminy, doszła pod drzwi gabinetu wójta i nie pukając, weszła do środka.

– Tyle razy cię prosiłam, Bodziu, żebyś to ty do mnie schodził, bo ja, wędrując tu do ciebie, chyba niedługo płuca sobie wypluję – rzuciła na powitanie i ciężko opad­ła na podsunięte przez wspomnianego Bodzia krzesło.

– Nie narzekaj, nie narzekaj… U ciebie nie da się pogadać, sama wiesz, te twoje księgowe mają uszy z gumy… A u mnie cisza i spokój. I Marzenka dopilnuje, aby nikt nam nie przeszkadzał.

Pani skarbnik gwałtownie wyprostowała się na krześle i nastawiła uszu. Z miny Bodzia wywnioskowała, że musi mieć dla niej jakiegoś wyjątkowego niusa. Tak, tak, nie żadnego tam newsa, tylko najprawdziwszego niusa z terenu Gradowa. Takiego swojskiego, na którym zapewne można nieźle zarobić, a w najgorszym wypadku nic nie stracić, a nieźle się ubawić.

Wójt zacierał rączki, poprawiał znów opadającą grzywkę i bujał nogami, nadal siedząc na brzegu biurka. Lubił ten moment, gdy rozpalał w pani skarbnik ciekawość, która wylewała się z niej gorącym żarem widocznym na szerokiej twarzy.

– No dobrze, już dobrze… Zaraz ci wszystko opowiem. Normalnie mam wrażenie, że chcesz mnie pożreć tymi swoimi oczkami. – Zarechotał radośnie, a potem spoważniał i pokrótce streścił rozmowę, jaką niespełna pół godziny wcześniej odbył przez telefon z powiatową instruktor metodyczną do spraw bibliotek.

– Czyli nareszcie Stare Czytadło wynosi się na emeryturę? Dobrze zrozumiałam? – Pani skarbnik wyglądała na równie zadowoloną jak sam wójt, a może nawet jeszcze bardziej. Jej pulchne oblicze poczerwieniało od nadmiaru usłyszanych informacji; gorąco, które ją od jakiegoś czasu dopadało, próbowała schłodzić wziętym z biurka wójta „Monitorem Polskim”.

– O ile jej w tym pomożemy, to i owszem. – Bodzio teraz nie rechotał, tylko już piał na całego. – Ta ruda małpa z powiatu twierdzi, że jeśli szybko zorganizujemy konkurs i wyłonimy odpowiedniego kandydata na nowego dyrektora biblioteki, to Stare Czytadło z ulgą uda się na zasłużony odpoczynek.

– No proszę! – Pani skarbnik wyglądała na zaskoczoną. – A już myślałam, że ona będzie w tej bibliotece siedzieć aż do samej śmierci! Ale mnie zdziwiła! No to kogo dajemy na jej miejsce?

– Tego, którego parę miesięcy po konkursie wywalimy na zbity pysk i nareszcie zamkniemy tę parszywą składnicę makulatury! – jednym tchem wypalił wójt, a potem obrócił się na pięcie i z zakamarka pod biurkiem wyciąg­nął butelczynę najprawdziwszego bimbru, który osobiście, w ramach prywatnych pasji, zdarzało mu się pędzić, i nalał do dwóch niekoniecznie czystych literatek.

– No to za rychły odpoczynek Starego Czytadła!

– No to za likwidację biblioteki!

Wójt i pani skarbnik jednym haustem wypili zawartość szklaneczek i, jak przystało na osoby zaprawione do gminnej pracy, po pożegnalnych uśmieszkach rozeszli się do swoich obowiązków.

3

W tym samym czasie niczego nieświadoma pani Ula, złośliwie nazywana przez wójta Starym Czytadłem, z rozrzewnieniem pochylała się nad dużą paczką, którą przed chwilą przytaszczył jej listonosz. Jak się domyślała, były tam zamówione przez nią książki. Niby nic wyjątkowego, biorąc pod uwagę, że pracowała w tym zawodzie od ponad czterdziestu dwóch lat i należała do tego wyjątkowego gatunku bibliotekarek, które na włas­nych plecach przenosiły wory z księgozbiorem z jednej biblioteki do drugiej, z likwidowanych punktów bibliotecznych do filii, z likwidowanych filii do biblioteki głównej. A teraz, chociaż przeżyła kilku naczelników gminy, zarządy komisaryczne i paru wójtów, doczekała się czasów, gdy na jej odejście na emeryturę wszyscy czekali jak sępy na padlinę. I właśnie tego dnia pani Ula siedziała pochylona nad ostatnią paczką z kupionymi przez nią książkami. Odwlekała ów moment, kiedy zaraz po przecięciu kilku warstw taśmy klejącej i zdjęciu kilku warstw starych gazet lub folii bąbelkowej zobaczy okładki wybranych przez siebie tytułów, a potem wyjmie każdy z tomów i z wielką miłością przejrzy kartka po kartce, nawdycha się zapachu farby drukarskiej, którymi nasączone są świeże stronice, a potem wpisze świeże pozycje na stan inwentarza, opracuje i odstawi na półki z nowościami. Chciała jak najdłużej nacieszyć się tą chwilą, aby ją potem wspominać przez długie lata zasłużonej emerytury, na której nie będzie mogła kupować książek, a i niekoniecznie wystarczy jej na leki pierwszej potrzeby. Lecz o tych ciemnych stronach życia emeryta pani Ula w tym momencie nie myślała. Wreszcie rozcięła ostrym nożem taśmę klejącą z barwnym nadrukiem jednej z wielu hurtowni, z którymi współpracowała, i dostała się do nowych książek. Wzięła pierwszą z wierzchu i przytulając ją do policzka, przez chwilę zastanawiała się, kto już wkrótce zasiądzie na jej miejscu i czy podobną do niej miłością obdarzy tę bibliotekę. Biedaczka, nie wiedziała, że tuż obok, dosłownie w sąsiednim budynku, zawiązał się spisek przeciwko miejscu, któremu poświęciła dwie trzecie swojego życia.

4

Krzysztofowi chciało się spać. Monotonna jazda źle na niego działała. W pewnym momencie na ułamek sekundy przymknął oczy. W następnym jednak ocknął się, przerażony, że usypia za kierownicą. Zerknął na zegarek.

Jeszcze za wcześnie na postój, pomyślał. Potrząsnął głową, aby trochę się orzeźwić, uchylił szybę i parę razy głęboko odetchnął.

– Już mi lepiej – mruknął sam do siebie, a potem rozkręcił CB.

Najpierw usłyszał głośne trzaski, piski i zgrzyty, trwało to może ze dwie minuty, a potem ktoś się odezwał. Był to młody, męski głos:

– Mobile! Jak tam ścieżka na Glinojeck?

Nic. Cisza. Potem znów nastąpiły trzaski i różnej tonacji piski. Głos powtórzył pytanie:

– Mobile! Jak tam ścieżka na Glinojeck? Dopiero wyjechałem… Jest ktoś na radyjku?

Rozległ się zgrzyt, potem chrapliwym, bardzo zniekształconym głosem ktoś odpowiedział:

– Do Płońska czysto. Za Płońskiem, na sto drugim po prawej stoją misiaczki. Uważaj, bo ostro trzepią.

– Dzięki, kolego! Szerokości. Ja dopiero wyjechałem, to nie pomogę, ale wydaje mi się, że po trasie, w stronę Wyszogrodu, kręci się nieoznakowana srebrna skoda. Też misiaczki mogą trzepać.

Włączył się inny głos:

– O! To misiaczki jedne! Nie mają co robić, tylko nas zatrzymywać. Zaraz zaczną się fotoradary. I po chuj ta trasa, jak nawet rozpędzić się nie można?

Cisza. Nikt nie podjął tematu. Nadpobudliwy też ucichł. Krzysztof przez dłuższą chwilę wsłuchiwał się w trzaski i zgrzyty. Już miał wyłączyć CB, gdy usłyszał:

– Mobile! Po prawej, za lasem, na sto piątym stoją trzy młode algidy. Na oko przed dwudziestką. Polecam! Ha, ha, ha.

Cisza. Nikt nie podjął tak delikatnego tematu. Ale Krzysztof nie wątpił, że niejeden kierowca zwolni, aby chociaż popatrzeć na tirówki. On też nie oparł się pokusie i zerknął w ich stronę.

Rzeczywiście, były bardzo młode i o dwudziestce nawet pewnie jeszcze nie myślały. Stały we trzy. Ubrane jak zwykle po kurewsku przyciągały wzrok. Ale on spojrzał tylko na jedną, tę z krótkimi włosami. Z daleka wydawała się podobna do jego Jagody. Oczywiście tej młodej Jagody, którą poznał, wracając kiedyś z trasy.

Szkoda dziewczynki, pomyślał. Wyłączył CB i zatopił się we wspomnieniach.

5

– Pani Marzenko, proszę połączyć się z biblioteką i wezwać do mnie Stare Czytad… – Głos wójta na chwilę zawisł w powietrzu, a po ułamku sekundy powrócił na miejsce, tuż przy uchu: – No… proszę poprosić do mnie panią Ulę. Co? Jak to za chwilę? Proszę, aby przyszła do mnie natentychmiast!

Trzask słuchawki był znakiem zakończonej rozmowy i wójt Gradowa, z poczuciem dobrego przygotowania się do czekającej go rozmowy, rozsiadł się wygodnie w fotelu i dłubiąc wykałaczką w nadpsutej szóstce, czekał na bibliotekarkę.

6

– Zapraszam, zapraszam serdecznie. – Poderwał się na równe nogi, gdy tylko pani Ula przekroczyła próg jego gabinetu. Wyciągnął do niej dłoń i długo się witał. W oczach bibliotekarki zamigotały iskierki zdziwienia, ale ich nie dostrzegł. – Jak się cieszę, że pani wreszcie się do mnie pofatygowała, pani Urszulo.

– Przecież to pan, panie wójcie, mnie wezwał.

– No tak, no tak… – Zmieszał się na chwilę, ale szybko odzyskał wrodzony tupet i jak gdyby nigdy nic kontynuował rozmowę: – Pani zawsze taka zajęta i nosa z tych swoich książek nie wyściubia.

– Taka moja praca – odrzekła krótko pani Ula.

– No tak, no tak – powtórzył i prosząc ją, aby szanowała nogi i spoczęła na krześle, sam znów wygodnie rozparł się w skórzanym fotelu. W gabinecie przez moment panowała cisza, przerywana jedynie odgłosami rozlegającymi się w czasie, gdy ciało wójta zbyt mocno naciskało na skórzane obicie fotela. Po chwili krępującego milczenia wreszcie przemówił. Dość oficjalnie zresztą. Po wcześniejszej atmosferze serdeczności nie było już śladu. – Pani Urszulo, współpracujemy ze sobą już tyle lat…

– Niecałe dwie kadencje. Pana kadencje… panie wójcie.

– No tak, no tak… no i w końcu, z woli ludu, jestem… jak by tu powiedzieć… osobą martwiącą się o dalsze losy naszej ukochanej biblioteki…

Bibliotekarka ze zdziwieniem spojrzała na siedzącego naprzeciw niej mężczyznę. Doskonale pamiętała go jeszcze z czasów, gdy w zaocznym liceum próbował – dwukrotnie! – podchodzić do matury i był to jedyny okres w jego życiu, kiedy widywała go w progach gminnej biblioteki. Nie licząc oczywiście oficjalnych uroczystości, kiedy to wójtowe obowiązki zmuszały go do bywania w tym miejscu. Co prawda w końcu zdał maturę, ale do tej pory chwalił się, że zasadniczo żadnej lektury nie przeczytał, a całą wiedzę dotyczącą literatury czerpał z bryków! I że bystry człowiek nie musi tracić czasu na czytanie opasłych tomów klasyki, czymkolwiek by ona była.

– …i dlatego dobro tego miejsca leży mi głęboko na sercu. Z tego też powodu postanowiłem poprosić panią o rozmowę, gdyż jestem ciekaw, jak by pani widziała… – Tu zachłysnął się z braku powietrza, a gdy już je złapał, dokończył: – Jak by pani widziała dalszą pracę biblioteki po swoim odejściu na emeryturę?

Bibliotekarka nie śpieszyła się z odpowiedzią. Wiedziała, że jej słowa muszą być wyważone i przemyślane. Nigdy nie ufała temu człowiekowi i nie bardzo wierzyła w jego troskę o dobro, tak przecież według niego kosztownej w utrzymaniu, placówki.

– Cóż ja mogę widzieć, chcieć lub marzyć? Moje odejście to naturalna kolej rzeczy. – Wójt sapnął, w tym momencie przypomniał sobie dwuletnie próby nakłonienia pani Urszuli do podjęcia tej decyzji. – A co i jak będzie z moją biblioteką, to już zależy od pana, panie wójcie.

– No tak, no tak… ale mimo to bardzo chciałbym znać pani stanowisko. Tym bardziej że mam pewien pomysł.

7

Czterdzieści pięć lat wcześniej Andrzej Pokora, świeżo upieczony technik weterynarii, stał z gołym torsem przy otwartej trzydrzwiowej szafie i z typową dla siebie niecierpliwością przesuwał drewniane wieszaki, na których wisiały gładko uprasowane koszule. Mamrotał przy tym gniewnie i cicho przeklinał, mając na uwadze, że w sąsiednim pokoju siedzą rodzice, z którymi wyjątkowo tego dnia nie chciał się kłócić, więc starał się, by odgłosy jego niezadowolenia nie dotarły do ich uszu.

– Jak tam, Andrzejku… wyelegantowałeś się już? – zza drzwi doszedł go głos matki. – A może ci coś doradzić? – dopytywała się prawie czule.

– Nie… nie… Nie trzeba. Zaraz będę gotowy – odparł i gwałtownym ruchem ściągnął z wieszaka białą koszulę w pomarańczowe prążki. Włożył ją i zaczął niezdarnie zapinać guziki, które ślizgały się w jego grubych palcach. Gdy uporał się z nimi, wsunął koszulę w spodnie, zamknął szafę i podszedł do okrągłego stołu nakrytego szydełkową serwetą, na którym leżały ozdobne spinki do mankietów. Spiął nimi mankiety koszuli, włożył wiszącą na krześle marynarkę, wciągnął brzuch i z niepewnym uśmiechem zerknął do stojącego na stole lusterka z drewnianą podpórką.

– Chyba dobrze wyglądam jak na pierwszy w życiu ślub – mruknął do siebie i otworzył drzwi do drugiego pokoju.

– Możemy już iść – rzucił niedbale w stronę odświętnie ubranych rodziców i nie czekając na nich, szybko wyszedł z domu. Oboje z dezaprobatą pokręcili głowami i z lekkim ociąganiem ruszyli za nim.

– W końcu to nasz obowiązek – mruknął ojciec do matki.

– W końcu to nasz syn – przyznała i głośno westchnęła, choć tak naprawdę nie mogła zrozumieć, w jaki sposób w ciągu miesiąca ich syn, do tej pory przeciwny instytucji małżeństwa, zdołał poznać i rozkochać w sobie z pozoru niewinną dziewczynę, która za chwilę miała zostać ich synową.

8

– Mówię ci, mógłbyś tam mieć jak u Pana Boga za piecem! Choć to dziura zabita dechami, ale zarobek pewny. Poprzedni weterynarz miał pensję i trzy razy tyle dostawał od okolicznych chłopów. Na twoim miejscu nawet bym się nie zastanawiał, tylko brał tę robotę!

– Czy ja wiem? – Andrzej nie był zbytnio zachwycony wizjami dawnego nauczyciela z technikum weterynarii. – To tak daleko stąd, nikogo tam nie znam… I jak pan sam mówi, to dziura zabita dechami…

– A tu co masz lepszego? W stolicy mieszkasz czy co? Z ojcami ciągle się kłócisz, z lafiryndami zadajesz, a tam wreszcie byś się ustatkował i spoważniał. Grosz byś miał pewny, służbowe mieszkanie w dawnym dworku i szacunek ludzi. Tam na weterynarza to doktor gadają. Na ludzi byś wreszcie wyszedł, Andrzeju.

– Może i racja. Starych mam dość. Lafiryndy wszędzie się znajdą, a pieniądz się przyda. Po to w końcu mordowałem się w tej szkole – przyznał weselszym głosem. – To niech mnie pan tam zgłasza temu swojemu znajomemu.

– Tylko jest jeszcze pewna sprawa. – Nauczyciel nerwowo potarł nos. – Nie wiem, co z tym fantem zrobisz, bo widzisz… oni warunek jeden stawiają… ciężka z tym sprawa będzie. Ciężka.

Andrzej łypnął okiem na nauczyciela, wypił kieliszek wódki, który mu tamten podsunął, i otrząsając się, bardziej dla pozoru niż z obrzydzenia, bo przecież wódkę od dawna i z lubością pił, zapewnił, że dla niego nie ma za ciężkich spraw. Jest w stanie ze wszystkim dać sobie radę. Tylko musi wiedzieć, o co chodzi.

Nauczyciel polał po kolejnym, szybko wypił swoją porcję i wypalił:

– Warunek stawiają tam taki, że nowy weterynarz ma mieć żonę, i to najlepiej bibliotekarkę.

– O jasna cholera! – zaklął Andrzej i wypił trzy kieliszki z rzędu.

A potem hardo zapewnił nauczyciela, że to żaden ­problem. Niech mu miejsce w Gradowie załatwia, a najdalej za miesiąc on będzie miał żonę i skoro trzeba, to bibliotekarkę.

Nauczyciel pokręcił tylko głową i zaczął się z niedowierzaniem śmiać.

– A jak ty to zrobisz, Andrzeju? Jak tyś w życiu nie był w żadnej bibliotece! I bibliotekarki ani starej, ani tym bardziej młodej nie znasz!

– Spokojna głowa… nie takie rzeczy się robiło! Będzie żona i bibliotekarka! Albo nie jestem Andrzej Pokora!

9

– Wódka za to będzie?

– Będzie… będzie… – zapewnił kumpli, z którymi siedział na tyłach remizy.

Ze środka dochodziła głośna muzyka. Wszyscy pewnie wesoło się bawili. Zazdrościł im tego. Całym sobą rwał się do sali, ale odrobina rozsądku w głowie przypominała mu, że dziś powinien się zająć czymś innym. Miał problem i za nic nie potrafił sam go rozwiązać. Dlatego najpierw postawił kumplom piwo, a potem poprosił o pomoc. Opowiedział im pokrótce, co i jak.

– Nie rozumiem, po co ci żona bibliotekarka? – dziwił się Antek.

– Taki postawili warunek. Poprzedni weterynarz miał żonę, która prowadziła wiejską bibliotekę. Jak on odszedł, bibliotekę musieli zamknąć, a ludziom to się nie spodobało, awanturę zrobili w powiecie i teraz gromada musi znaleźć nową bibliotekarkę. A że w gminie mają tylko jedno służbowe mieszkanie, więc najlepiej im pasuje, aby nowy weterynarz też miał żonę, co będzie bibliotekę prowadziła. Urząd chce upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Przynajmniej na to wygląda. I co ja mam zrobić? Nauczyciel mi robotę załatwił, mam się stawić w Gradowie najpóźniej za miesiąc, inaczej posada przepadnie, a drugiej takiej długo trzeba będzie szukać…

– Taaaa… – przyznali zgodnie kumple. – Szkoda, żeby dobra robota przeszła koło nosa.

– Ale dlaczego chcesz, żeby ci szukać żony? Sam nie umiesz sobie dziewuchy znaleźć? Przecież tyle ich obracasz po kątach… – Antek zaśmiał się ironicznie.

Andrzej przełknął głośno ślinę. Miał nieodpartą ochotę zdzielić któregoś w pysk i tylko świadomość, że bez ich pomocy nic nie wymyśli, pozwoliła mu się opanować.

– Załatwię tyle flaszek, ile będziecie chcieli… tylko mi pomóżcie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Punkty orientacyjne

Okładka