What the Hell. Kraina Koszmarów - Sandra Ewertowska - ebook
NOWOŚĆ

What the Hell. Kraina Koszmarów ebook

Sandra Ewertowska

5,0

Opis

Tam, gdzie zaciera się granica między Niebem a Piekłem, najcięższe bitwy toczą się w ludzkich duszach i anielskich sercach.

Przez cztery tysiąclecia ognista anielica Agni żyje w beztrosce. Ta kończy się brutalnie, kiedy Odin, bezwzględny Stwórca, poddaje swoje dzieci ostatecznej próbie. Nowa, zagadkowa misja rzuca Agni prosto w szpony bestii. Choć ognista za wszelką cenę próbuje ominąć Krainę Koszmarów, by chronić wygnaną siostrę Aurum i zapobiec upadkowi Rotha, mroczne przeznaczenie ciągnie ją w sam środek chaosu.

Demon bogactwa naznaczony jest klątwą modliszki – po każdej upojnej nocy bezlitośnie odbiera kochance życie. I nie przeszkadza mu to, dopóki dumna i niedostępna Agni nie zaczyna błagać o pomoc, oferując w zamian wszystko, czego ten tylko zażąda.

W świecie, w którym demony bywają niezwykle lojalne, a anioły dopuszczają się największych potworności, Agni odkrywa przerażającą prawdę: jedni od drugich niewiele się różnią. Każda istota jest tylko pionkiem w chorej grze Odina.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
smoczyca1984

Nie oderwiesz się od lektury

Gotowi na prawdziwą jazdę bez trzymanki? No to zapinajcie pasy, bo nadchodzi drugi tom „What the Hell”, a Sandra zabiera nas do świata, w którym nie ma hasających po tęczy jednorożców. Jest za to ból, upadek i niekończące się męki. Oraz oni. Ognista anielica i Hammon. Będzie piekielnie gorąco, a demony… no właśnie. A co, jeśli okaże się, że istoty stworzone do zła potrafią kochać, a anioły są tymi, które ranią najmocniej? Sandra Ewertowska stworzyła historię pełną bólu, poświęcenia, ciętego humoru i uczuć tak silnych, że porządek Trzech Krain zatrzęsie się w posadach. Polecam tę piekielnie dobrą historię! Paulina Jurga
00



What the hell

Kraina koszmarów

Sandra Ewertowska

Prolog

Niebiańskie istoty stworzone przez samego Odina mogłyby się wydawać nieskazitelnie czyste komuś, kto nie znał prawdziwego powodu narodzin pięcioraczków. Podobnie okoliczności ich przyjścia na świat nie były znane nikomu poza jednym, od tysiącleci wiernym Stwórcy, aniołem.

Ten zaś nie zdradziłby tajemnicy, która potrafiłaby zniszczyć porządek między Piekłem a Niebiosami. I właśnie dlatego to jemu ją powierzono.

Przez cztery tysiąclecia całe rodzeństwo dorastało w uroczej beztrosce, aż nadszedł czas próby i niełatwych wyborów. Nieprzygotowane do roli, jaką przyszło mu zagrać w teatrze Odina, miotało się między tym, co należy, a tym, co szepczą wewnętrzne głosy sumienia.

Nie zawsze jednak dawano mu wybór. Niektóre plany musiały się ziścić, by po nich nastąpił dalszy ciąg zdarzeń, choćby cenę za to miały zapłacić jego dzieci.

Wierzono, że Stwórca zapisał każdy dzień życia istot na długo przed momentem, kiedy to wzięły pierwszy wdech w płuca.

Czy aby na pewno?

Niewyobrażalne cierpienie, jakiemu Aurum musiała stawić czoła, można by porównać z tym, którego doznała Agni. Choć to właśnie z rąk ognistej córki zadane były wszystkie rany i jej śmiech najgłośniej słyszano w niebiańskich obłokach, dusza kata płonęła w męczarniach mocniej niźli dusza ofiary.

Tak wiele trudu musiał sobie zadać Odin, by złoto w oczach srebrnowłosej anielicy straciło blask przez piekło. Rezultat próby mógłby się zdawać daleki od zadowalającego dla Stwórcy, ale…

Czy aby na pewno?

Któż bowiem zdołałby zgadnąć, co też planuje Najwyższy, jeśli On sam zdaje się niezdecydowany i miota się w swoich decyzjach. Tak idealny, że aż krystalicznie czysty, a jednak to właśnie Odin stworzył istoty piekielne. Czyż nie powinien mieć w sobie ogromnych pokładów dobra i zła, by stworzyć choćby zalążek obu tych cech? Dlaczego przypisuje Mu się jedynie zasługi aniołów, skoro demonom również dał życie?

Czy Pana rządzącego Piekłem wypada nazwać złoczyńcą, jeśli wypełnia wolę Odina? Wszak przyjął nadaną mu funkcję, a zatem jest… dobroczyńcą?

Im więcej powstaje pytań wokoło sensu istnienia, tym bardziej namnażają kolejne. Być może nie ma jednej odpowiedzi, a może…

Może nie wiemy wszystkiego.

Jeszcze.

W istocie musiał być ważny powód, by Stwórca Niebios i Krain Śmiertelnych tak okrutnie karał swe dzieci. Żadne ze zdarzeń nie mog­ło być dziełem przypadku, ponieważ Odin znał dobrze każdy możliwy scenariusz.

Przyznacie więc sami, że cel musiał być wart swojej ceny – Odin poświęcał wszak własne dzieci. A cóż znaczyło dla niego więcej niż one.

Rozdział 1

Przedłużona impreza

Agni

– Spodziewałam się Gabriela. – Zamarłam na dźwięk głosu, za którym tęskniłam bardziej, niż przypuszczałam, do oczu napłynęły mi łzy.

Tylko tyle. Nic więcej nie powiedziała, a zdołałam wyczuć w tych trzech słowach wyraźną pogardę, która nijak nie pasowała do mojej siostry.

Ściągnęłam usta i obróciłam się do niej. Utkwiłam wzrok w bieli swoich rozpiętych skrzydeł, bo te wystrzeliły przede mną, jakby kierowane bezwarunkowym odruchem obronnym.

Przez pióra spoglądałam na znajomą parę oczu, niegdyś skrzących złotem, dziś wypłowiałych do reszty.

Czarne skrzydła Aurum zwisały w spoczynku po bokach smukłego ciała i nawet teraz imponowały wielkością. Jeszcze niedawno błyszczały, niemalże oślepiając. W tej chwili nie było już miejsca na wątpliwości, po czyjej stronie stoi. W pełni oddała swe życie na łaskę demonów, a ściślej – jednego, najpotężniejszego z nich.

Od tej tragicznej w skutkach decyzji minie niebawem rok, a ja co rusz pogrążam się w myślach, czy zdołała przywyknąć do diabelskiej odsłony swojego imienia. Czy anioł w ogóle potrafi się pogodzić z ostatecznym upadkiem?

Nawet jeśli Aurum pochłonęło Piekło, wciąż była córką Odina. I moją siostrą, choć nienawidziła mnie do szpiku kości. Skłamałabym, mówiąc, że nie miała ku temu solidnych powodów.

Jednak przez cztery tysiąclecia w jej żyłach płynęło czyste złoto, a nieskazitelność duszy Aurum sprawiała, że czegokolwiek dotknęła, natychmiast szlachetniało. No… prawie.

Demon stojący tuż przy niej zdawał się pełnić funkcję strażnika, gotowego do najwyższych poświęceń, by jego pani nie spotkała krzywda. Ten diabeł nie znał litości, nie posiadał ani krzty sumienia. Daję głowę, że jego Sreberko, jak ją nazywa, dotykało go wielokrotnie, a Pan Trzech Krain wciąż nie miał w sobie nic szlachetnego.

– Pomyślałam, że wolałabyś go nie widzieć… – odpowiedziałam wreszcie, kiedy Astaroth ponaglił mnie chrząknięciem.

– Twe lica oglądamy równie chętnie, co chudy zadek posłańca Odina – burknął pod nosem, wtrącając się w naszą dyskusję.

– Ty akurat powinieneś siedzieć w miejscu, skąd widziałbyś co najwyżej gołe zadki swoich zboczonych demonów – odpyskowałam bez namysłu, a tym samym rozpoczęłam scenariusz, który najwyraźniej nigdy nam się nie nudził.

Krzywdząc Aurum, naraziłam się Panu Piekieł tak bardzo, że gdyby tylko mógł, nadziałby w tej chwili moje ciało na pal i smażył na wysokim ogniu tak długo, aż zostałby jedynie pył. Gdyby nie pałał do mnie tak wielkim obrzydzeniem, być może zamiast tego nawet by mnie zjadł. Ale nie zrobi żadnej z tych rzeczy, ponieważ siostra nigdy nie pozwoliłaby mu na to. To właśnie wywoływało moją największą irytację, zaraz po tym, że Aurum stoi ramię w ramię z jednym z najpotężniejszych demonów i dzieli z nim łoże. Tego ostatniego nawet nie chciałam sobie wyobrażać.

On śmiał mnie pouczać? Doprawdy, akurat on?

– Ty w tym właśnie miejscu powinnaś zgnić, Asmodeusz zaś…

– Wystarczy! – krzyknęła Aurum i odetchnęła głęboko. Zaraz zmroziła nas wzrokiem, przed którym uciekliśmy niczym zganione przez matkę dzieciaki. – Skończcie z tym wreszcie, zachowujecie się niepoważnie.

Miała nas dość, to zrozumiałe. Może i nasze zachowanie nie było dojrzałe, lecz choć w słownych potyczkach mogliśmy wyrazić wzajemną nienawiść. Na nic więcej by nie pozwoliła, bo kochała nas oboje. I nie mam pojęcia co dziwiło bardziej – to, że pokochała demona, czy to, że mnie nie przestała.

W żyłach takich potworów jak Roth płynie smoła, nie krew. Zamiast serc tkwią w nich twarde głazy, cięższe niż sumienie, którego nie znają. Nie mają litości ani choć jednej zalety. Są okrutne, bezwzględne, obrzydliwe do cna.

Patrzyłam więc na tę parę i samym błagalnym wzrokiem pytałam w duchu siostrę: Jak, na Odina, to znosisz?!

Będący z nami duch wysunął się naprzód, byśmy zwrócili na niego uwagę. Posłał nam nieśmiały uśmiech, choć dobrze wiedziałam, że wolałby, abyśmy sobie o nim nie przypominali. Spojrzenie Aurum natychmiast złagodniało.

– Pamiętaj, co ci mówiłam, Lary – zwróciła się cicho do zjawy. – Nie jesteś niczemu winien…

Lary to duch, który po wielu miesiącach jej trudów wreszcie zgodził się na podróż w zaświaty. Ilekroć wspominałam jego historię, coś mocno ściskało mnie w dołku.

Ponad wiek temu Lary wraz z bratem bawili się w chowanego. Callum na skrytkę wybrał skrzynię, której zardzewiały zamek zaciął się niefortunnie. Wkrótce Lary miał dość szukania. Pewien, że brat naigrywa się z niego, wyszedł na dwór do dzieci. Zrozumiał, co zaszło, dopiero gdy mama wpadła w niepokój. Kiedy wreszcie go odnaleźli, w tej starej skrzyni na strychu, ujrzeli twarz chłopca zastygłą w grymasie rozpaczy. Było za późno na ratunek i tego dnia umarło więcej niż jedno dziecko, mimo że Lary żył jeszcze kilka kolejnych lat.

Nie potrafił sobie wybaczyć, że wcześniej tam nie zajrzał. Koniec końców, nie udźwignąwszy ciężaru winy, powiesił się na tym nieszczęsnym strychu i od tej pory straszył każdego, kto zwiedzał dom z zamiarem zakupu.

– Wciąż liczę na to, że Odin wskaże Krainę Ognia – wtrącił Astaroth, z chytrym uśmiechem. – Po wieku gnicia na poddaszu być może zechcesz się jednak rozerwać. Hammon odprawia piekielne uczty, na których…

– Zostaniesz obdarty ze skóry, strawi cię lawa, a na afterku Asmodeusz zabawi się z tobą na sposoby, jakich nie chcesz sobie nawet wyobrażać. – Przewróciłam oczami i zerknęłam z oburzeniem na Astarotha.

Duchy po przestąpieniu bram Piekła lub Nieba na powrót odzyskiwały ludzką formę, by w pełni poczuć każdą karę, na jaką zasłużyły, lub każde błogosławieństwo płynące z Niebios, będące swego rodzaju nagrodą. W Krainie Ognia nie czekało na Lary’ego nic dobrego. Podobnie jak w Krainie Koszmarów, choć tam pokuta była – z tego, co słyszałam – nieco łagodniejsza. Odin wybrał dla chłopaka Krainę Mgły, jednak Roth o tym nie wiedział, tak samo jak Aurum.

Od kiedy przeszła na ciemną stronę mocy, Ojciec przekazał to niefortunne zadanie mnie. Co gorsza, do każdej z krain można było się dostać, rozpoczynając wędrówkę od tej najgorszej – Krainy Ognia. Jeśli złoczyńca miał iść dalej, odprowadzały go już demony. Ja jednak musiałam za każdym razem znosić docinki tych idiotów.

Aurum podobnie jak ja uważała, że Lary powinien wreszcie zaznać spokoju, choć w Piekle to raczej niewykonalne. Bądź co bądź, ulubione motto powtarzane przez jednego z najbliższych demonów Rotha – nie bez powodu irytującego mnie do cna – brzmi: „Wina to wina, kara to kara”.

Lary nie odpowiadał za śmierć brata, lecz własną, ale któż ponad wiek temu przejmowałby się depresją? Chłopak zwyczajnie nie dostał pomocy. Był zbyt nieopierzony, by samemu sobie z tym radzić.

Nasz Ojciec miał jednak twarde zasady, co można wnioskować chociażby po tym, jak skończyły dwie z jego pięciu córek. Mnie co prawda nie wygnał, ale najął do brudnej roboty, znów stawiając naprzeciw Aurum. Błagałam, by tego nie robił, ale nie słuchał. On nigdy nie słucha.

Z początku byłam pewna, że sobie żartuje. Tak jakbym Go jeszcze nie znała. On nie żartuje. Lecz wysyłanie mnie do Piekieł, gdzie w niedalekiej krainie Lucyfer tylko czekał, aż wpadnę mu w ręce, zdawało się wysoce ryzykowne. Jedna z przepowiedni Ojca mówiła o tym, że po zaślubinach ze mną Pan Krainy Koszmarów stanie się Panem Trzech Krain, a zatem zdetronizuje Rotha. Demony Krainy Ognia miały więc nadto powodów, by ostrzyć na mnie kły. Na szczęście wystarczył jeden, by zawsze kończyło się tylko na groźbach – na imię mu Aurum.

Ona sama znosiła mą częstą obecność z udawaną grzecznością, a mimo to byłam pewna, że odwieczna siostrzana miłość wreszcie przestanie wystarczać, a wtedy… nie miałabym wstydu, by bronić się przed nią. Zasłużyłam na każde cięgi, jakie w końcu zechciałaby mi zadać. Pod warunkiem że zrobi to ona, a nie demon łażący za nią jak pies.

– Ignoranci nie zrozumieją kunsztu diabelskich uciech – bąknął Roth, czym wyrwał mnie z zamyślenia. Zdaje się, że cały czas wygłaszał jeden ze swych słynnych narcystycznych monologów. – Zazdrość przez ognistą anielicę przemawia, wie bowiem doskonale, że Hammon nie zaprosi jej nigdy na jedną z rozkosznych wieczerzy.

– Ostatnie, czego mi trzeba, to zaproszenie od tego seksoholika i degenerata – prychnęłam, lecz zaraz oprzytomniałam. – Nie, jednak to cofam. Ostatnie, czego mi trzeba, to oglądać ciebie.

– Łatwiutko można temu zaradzić, z ochotą wydłubię ci oczy.

Aurum warknęła ostrzegawczo tak głośno, że całą trójką, łącznie z Larym, wzdrygnęliśmy się i utkwiliśmy wzrok w bosych stopach.

Dziwne rzeczy działy się z moją siostrą. I nawet nie chodzi o to, że oddała się demonowi, choć już to samo w sobie potwierdza, że brak jej rozumu. Kiedyś miała serce czyste jak złoto, a im dłużej przebywała wśród demonów, tym łatwiej zapominałam, że w naszych żyłach płynie ta sama niebiańska krew.

– Gorzej z wami niż z dziećmi – syknęła i wystawiła dłoń, tak jakby chciała chwycić zmarłego za kołnierz, jednak ta tylko przepłynęła przez jego niematerialną postać. Ostatni raz spojrzała mu w oczy. – To dobra droga, Lary. Może nie ma tam Calluma, ale niewykluczone, że kiedyś będzie wam dane się jeszcze zobaczyć. Z tego miejsca szanse na to byłyby znacznie mniejsze.

Ostatnie słowa anielicy zaważyły na decyzji ducha. Westchnął przeciągle i ruszył do przodu, tak jakby chciał objąć Aurum, lecz gdy tę dwójkę dzieliło już zaledwie kilka centymetrów, Roth odgrodził ich od siebie płomienną ścianą.

– Przyjaciele mojego Sreberka są moimi uśpionymi wrogami – wyszeptał z wymuszonym uśmiechem. – Idźże, nim cię obudzę.

Lary pokiwał jedynie głową i utkwił we mnie wzrok pełen zgody. Ja nie wymieniłam z siostrą już ani jednego spojrzenia. Gdyby było inaczej, z pewnością domyśliłaby się, co zamierzam, nawet jeśli sama nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji. Jak nic poznałaby, że się waham. Niewykluczone, że nie pozwoliłaby mi zrobić tego, co zamierzałam, mimo iż uważała tak samo jak ja. Lary nie zasłużył na Piekło, to pewne. Lecz czy kiedykolwiek wcześniej sprzeciwiłam się woli Odina? Miałam ku temu mnóstwo okazji, a jednak… chyba wreszcie coś we mnie pękło.

Może i zadanie było jasne, ale dotąd sprowadzałam zmarłych osobiście, a dziś nieco naglił mnie czas. Ojciec wzywał na rozmowę, co zawsze wzmagało mój stres. Mogłam niechcący pomylić wrota i przez przypadek wysłać nieszczęśnika nie tam, gdzie trzeba, prawda? Wszak jestem tylko… aniołem. Cholernym dzieckiem Odina.

– Gotowy? – zapytałam cicho.

– Nie. Wolałbym wrócić do domu.

– Nie masz domu, Lary. Od wieku. Ich też tam już nie ma. Twoja rodzina jest… tutaj. – Wskazałam na groby i skrzywiłam się lekko. W mojej głowie brzmiało to lepiej.

– Delikatna i taktowna jak dotyk Asmodeusza – wtrącił stojący za mną Roth, a ja mogłam tylko przewrócić oczami.

Kłótnia z tym idiotą o północy na cmentarzu, w dodatku z otwartym portalem, byłaby co najmniej nierozsądna.

– Wiem, że ich tam nie ma – odezwał się z żalem duch. – Oni byli dobrzy, nie to co ja. I właśnie dlatego wolałbym zostać, gdzie byłem. Nie jestem gotowy.

– Minął wiek, Lary. Bardziej nie będziesz. – Cierpliwość doprawdy nie okazywała się cechą, którą Ojciec mnie obdarował.

– Być może taki mój los, lawirowanie gdzieś pośród żywych i zazdroszczenie im tego, co niegdyś uważałem za naturalne. Dziś wiem, że nic nie zostało mi dane za darmo, że to był… zaszczyt i niebywały przywilej. Nie uszanowałem tego wyjątkowego daru. A jeśli moje piekło jest tutaj, na ziemi? Gdybym tylko…

Westchnęłam z irytacją i przymknęłam powieki. Mogłam tak stać wśród umarłych i słuchać, że dziś postąpiłby identycznie, bo mimo upływu lat wciąż czuł się tak samo winny jak wtedy. A jednocześnie żałuje, że nie zwalczył pokusy uśmierzenia swojego bólu, wcale na to bowiem nie zasłużył, powinien był cierpieć. Ból jednak nie minął, jak widać, mimo że żywot Lary’ego dawno już dobiegł końca. Na tym to właśnie polega. Samobójstwem nie uciekł od problemu. Ono sprawiło, że wina stała się nowym wymiarem, labiryntem bez wyjścia. Z tego nie prowadziła żadna droga ucieczki, a jedyne możliwe drzwi wiodły do wściekle gorących krain z tysiącem możliwych tortur.

No, chyba że Stwórca zleciłby odesłanie go do piekieł nieodpowiedzialnej anielicy, która przez roztrzepanie nie potrafi poprawnie wykonać choćby jednego prostego zadania. Odin często mawiał, że wszystko robię na opak. Cóż mogę poradzić? Już taką mnie stworzył. Z reguły intencje mam dobre, a realizację celu utrudnia mi wrodzony brak ogłady.

Podczas gdy Lary wciąż kontynuował swój denny monolog, z nieukrywanym znużeniem przesunęłam ku niemu portal, by ten połknął wreszcie ducha i uwolnił mnie od głosu pełnego zawodu. W moment zniknął, tak jakby nigdy go tu nie było. Przepadł. Dla tego świata przestał już istnieć, w ułamku sekundy.

Bądź co bądź, robota zrobiona. Mniejsza, jakimi środkami, nieważne, z jakim skutkiem.

– Kolejna sprzedana duszyczka – westchnął Roth i spojrzał na mnie z udawanym sentymentem, lecz zaraz zwrócił się do Aurum: – Na starość powiemy swym wnukom, że tak dziadek poznał ich babkę. Historia o sali tortur i pierwszej minecie mogłaby zdeprawować te istoty, a Piekło raczy wiedzieć, kim zechcą zostać. Demonami czy aniołami… Demony są bardziej lojalne. Gdyby jedna z naszych córek strawiła ogniem skrzydła drugiej, chyba nie zniósłbym gorzkiego smaku rozczarowania. – Zerknął z ukosa, by dać mi znać, że nigdy nie zapomni tego, ile Aurum przeze mnie wycierpiała. – Honor nie pozwoliłby demonowi… – urwał, gdy moja siostra rzuciła się na niego z pięściami. – Na kotły, co z tobą?! – Próbował chwycić ją za dłonie, lecz te wciąż mu umykały, a on wyraźnie za nic nie chciał jej skrzywdzić. – Za co?

– Nie możesz straszyć moich przyjaciół tylko dlatego, że pragną mnie przytulić! – krzyknęła, a w jej głosie dało się wyczuć niemały żal. – Chciałam się z nim pożegnać!

W tej chwili zrozumiałam, jak wychowanie Odina rzutowało na ich… związek.

Na niebiosa, to wciąż brzmi zbyt dziwnie.

Kultura mojej siostry nie pozwalała na wszczynanie publicznych awantur, nawet gdyby świadkiem tej miała być zjawa. Astaroth natomiast nie wykazywał żadnego filtra, robił, co chciał, a to oznaczało, że w większości przypadków Aurum walczyła o swoje po czasie. Zazwyczaj wtedy, gdy było już za późno, jak chociażby teraz na pożegnanie przyjaciela.

Ta myśl uświadomiła mi jeszcze coś… Siostra zaczęła kłótnię, tak jakbym ja nie tkwiła obok, co uznałam za dość znaczące. Byłam dla niej nikim. Nie mogłam się dziwić, a jednak bolało, ponieważ kiedyś pozostawałyśmy nierozłączne.

– Toć było mu powiedzieć: „bywaj”, stałbym, gdzie stałem, bez słowa.

– Ty nie umiesz stać bez słowa i nie straszyć samym wzrokiem. Poza tym nie będziesz mi mówił, w jaki sposób mam się żegnać!

– Rzeczesz tak niemiłe rzeczy, w dodatku patrzysz w sposób, który zdaje się obraźliwy… – Postąpił krok ku niej z krzywym uśmiechem na ustach. – Czy ty mnie podrywasz, Sreberko?

– Nie podoba mi się, że rościsz sobie wobec mnie prawa – warknęła, na co Roth zachłysnął się ciężkim, nocnym powietrzem.

– Toć tyś moja, jak ich nie rościć?!

– Tak, że albo mi wreszcie zaufasz, albo sam wrócisz do swoich piekieł, a mnie tutaj zostawisz!

– Jak mógłbym… – zaczął, lecz wzrok anielicy pozostał tak niewzruszony, że nie było miejsca na wątpliwość. Nie żartowała.

Rzuciła Panu wyzwanie, wręcz ultimatum.

Zamilknął na dłuższą chwilę. Wydawało się, że w tej ciszy wspomina całą dyskusję, tak jakby szukał miejsca, gdzie zdaniem Aurum zawinił. Gdyby tylko dopuszczono mnie do głosu, wskazałabym całą listę rzeczy, po których ja sama dałabym mu w pysk. Wyraźnie nie rozumiał powodu jej złości, a ta była tak silna, że zaczęłam tracić wiarę w inteligencję demona.

Przyglądał się ściągniętym brwiom Aurum i wyostrzonym rysom twarzy. Uniósł rękę, by wygładzić zmarszczki gniewu na czole anielicy, lecz ona postąpiła krok w tył.

Mogłabym przysiąc, że wyraźnie dostrzegłam moment, w którym Roth poczuł się mały. Im dłużej tak patrzył na nią bez słowa, tym bardziej niezręcznie mi się robiło.

Stałam pośrodku spektaklu i wcale nie chciałam brać w nim udziału. Planowałam zamienić parę zdań z siostrą, zapytać, co u niej, spróbować przeprosić raz jeszcze. Jednak z każdą mijającą sekundą widziałam coraz wyraźniej, że nie jest wcale szczęśliwa. Pragnęłam ją z tego uwolnić, choć raz na coś się przydać… pomóc, zamiast zaszkodzić.

– Sprawiasz, że podaję w wątpliwość nie tylko swój pobyt na ziemi, lecz i całe swe marne jestestwo – wychrypiał i cofnął się na niewielką odległość. Otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale po chwili je zamknął.

Żmija imieniem Pusia wysunęła łebek spomiędzy piersi Aurum, czym przypomniała o swoim istnieniu. Był to wąż Astarotha, lecz zmienił właściciela po przemianie mojej siostry, która na moment stała się Panią Trzech Krain. Strasznie zagmatwana i chora historia. W każdym razie Aurum szybko oddała Astarothowi władzę i chciała oddać też Pusię, ale ta uznała, że odtąd będzie służyła obojgu z osobna. Zadanie nie do pozazdroszczenia, gdy patrzy się na to ciągłe napięcie…

Żmija syknęła i choć nie miało to dla mnie żadnej werbalnej treści, Aurum zdębiała, jakby Pusia tym sposobem przekazała jej cenną informację.

– Tak decydujesz? – Zmarszczyła brwi i podeszła bliżej Rotha. Zrozumiałam, że cała trójka porozumiewa się własnym językiem, a Pusia chyba coś wypaplała. – Wolisz wrócić do Piekieł, niż spełnić me jedno życzenie i dać mi nieco swobody?

– Nie wolę, na kotły – odparł zdecydowanie. – Chcę iść za tobą, dokądkolwiek rozkażesz. Ale nie będę aniołem, Sreberko. Jestem… kim jestem. – Rozłożył bezradnie ręce i spuścił głowę.

– Wiem, Roth – westchnęła w zadumie i potarła dłonią zmęczone powieki. – Nie mówię, byś nie był zazdrosny…

– Nie zazdrość przeze mnie przemawia – przerwał jej z prychnięciem, choć dobrze wiedziałam, że łże. Zwyczajnie nie chciał się przyznać. – To ja już nie wiem, Sreberko. Jaki mam być?

– Taki, jaki jesteś, tylko… słuchaj mnie czasem.

– Słucham bez przerwy.

– Nie, Roth. Ty słyszysz… ale nie słuchasz.

– Na wszystkie kotły, odziedziczyłaś po Ojcu talent do tworzenia zagadek – warknął, lecz Aurum znów zmroziła go wzrokiem, a jemu najwyraźniej wyczerpał się limit żałości.

Spojrzał w moją stronę, jakby wreszcie sobie przypomniał, że też tu stoję. I ona utkwiła wzrok we mnie, na co wzięłam głębszy wdech i cała zadrżałam.

To ten czas. Teraz będę mogła z nią porozmawiać, wyjaśnić to, co niewytłumaczone. Błagać o wybaczenie i paść do stóp, jeśli trzeba.

– Aurum… – zaczęłam, lecz w tej samej chwili Roth chwycił ją w talii i przerzucił sobie przez ramię, by zaraz wzlecieć w powietrze.

Długie, srebrne włosy siostry rozsypały się na wietrze, a jej niezadowolony krzyk poniósł się echem po cmentarzysku.

Moje skrzydła rozłożyły się z łopotem i już byłam gotowa do startu, gdy odgłosy złości przeszły w śmiech i przekomarzanie kochanków. Porzuciłam myśl o ratowaniu Aurum, bo dotarło do mnie, że tylko bym się wygłupiła, gdybym próbowała odciągnąć ją od Astarotha. Ona wyraźnie nie chciała być nigdzie indziej niż w jego potężnych ramionach.

– Patologia – bąknęłam sama do siebie i rozejrzałam się po otoczeniu.

Pozostało mieć nadzieję, że następnym razem zdołam porozmawiać z siostrą. Będzie ku temu wiele okazji, ponieważ Aurum z Rothem często zaglądają sprawdzić, jak radzi sobie Ozzir. Choć jeśli chciałabym ją spotkać bez demona, to właśnie tutaj – na cmentarzu.

Jeszcze niedawno stąpałam po niebiańskich obłokach niczym ­sarna po łące – lekko, rześko i beztrosko – choć zwykle miałam głowę pełną zmartwień. Mimo to jak dotąd potrafiłam być ponad nie i cieszyć się każdym swobodnym oddechem. Dzisiaj tęskniłam za tymi chwilami, w których nie wyczekiwałam czyhających zewsząd zagrożeń. Czułam bowiem, jak zło za mną kroczy. Tak jakbym opuszczała piekielną ­krainę, a ona podążała wraz ze mną, przyczepiła się, stale mi towarzyszyła. Odgłosy umarłych i zawodzenie straconych odprowadzały mnie całą drogę i chyba zostaną już obok na stałe. Za każdym razem, kiedy kończyłam zadanie i sprowadzałam im skazanego, odnosiłam wrażenie, jakbym zostawiała w Piekle sporą część siebie. To był zupełnie inny świat niż ten, w którym żyłam przez cztery tysiąclecia. Nic więc dziwnego, że Piekło pochłonęło Aurum doszczętnie. Była tam znacznie dłużej, widziała o wiele więcej… przeze mnie.

Wraz z wyłaniającą się zza horyzontu bramą cmentarza czułam na sobie coraz mocniej ciężar winy, tak jakby oplotła moje bose stopy i próbowała mnie zatrzymać.

Nienawidziłam tego miejsca. Przeklinałam całe swe życie, począwszy od pierwszego tysiąclecia – zabranego dzieciństwa, przez drugie – czas młodzieńczych wybryków i buntów, i trzecie – pełne rozczarowania, aż wreszcie po czwarte – beznadziejnej stagnacji.

Najbardziej nie lubiłam w Niebiosach tego, że JEJ już w nich nie ma. Nagły brak jednego z pięcioraczków sprawił, że zburzył się bezpieczny ład, a ja – paradoksalnie – tak bardzo kochałam porządek.

Nie potrafiłam zrozumieć siostry. Wszak Odin pozwolił Aurum na powrót w chwale, otworzył dla niej bramy, a ona odmówiła. Po prostu nie wróciła do domu, wybrała Piekło, a ściślej – Pana, który nim włada.

Nagle na ścieżce pojawił się anioł Gabriel. Blond czupryna lśniła w świetle księżyca, a przystojne rysy twarzy nabrały jeszcze większej ostrości, gdy oświetlił je pomarańczowy blask ulicznej latarni.

– Widziałaś ją? – zapytał z przejęciem, kiedy stanęłam tuż przed nim. – Jak się czuje? Jest bezpieczna?

Rozwarłam usta, by rzucić w stronę anioła jakąś niepochlebną uwagę. Zamknęłam je jednak, kiedy dotarło do mnie, że on zrobił to, czego ja nie umiałam. Był przyjacielem Aurum, kompanem przez cały żywot – podobnie jak ja. Lecz po upadku trwał przy niej bez względu na wolę Odina. A może ten mu jej nie zabrał?

Gabriel chciał, aby wróciła do domu. Knuł więc za plecami wszystkich wraz z Aether, bo nie widział innego sposobu. Ta dwójka dopuściła się intrygi, która skłóciła Aurum z Astarothem, ale tylko na chwilę. Mimo wolnej drogi anielica nie wybrała Niebios, nie chciała mieć z nimi więcej nic wspólnego.

Najbardziej nie rozumiałam bezczynności Odina. On wiedział najle­piej, jaki żywot czekał każde z jego dzieci. Wszak On go zapisał na długo przed naszymi narodzinami. Dlaczego pozwolił na ich zmowę, skoro sam dążył do tego, by Niebo połączyło się z Piekłem?

Chyba że…

Chyba że nie był tak arcyboski, jak każdy uważał. Co, jeśli wieki temu zaplanował nasze losy, ale możemy je zmieniać swobodnie? Co, jeśli wcale nie chodziło o połączenie dwóch różnych światów i sam poniósł fiasko, gdy córka zdecydowała inaczej.

Z Nim nigdy nic nie wiadomo.

Zostały mi tylko dwa wyjścia: zapomnieć o całej sprawie i spełniać Jego żądania lub sprawdzić na własnej skórze, gdzie kończy się cała mistyczna wszechmoc Odina.

Tak. Wybór był bardziej niż prosty.

– Jest bezpieczna – odpowiedziałam w końcu.

– Przyszła sama?

– Z Astarothem.

– I twierdzisz, że nic jej nie grozi?! – Gabriel zachłysnął się powietrzem.

Nastał jeden z nieczęstych momentów, w których posłaniec Odina chyba nie wiedział, cóż rzec. Ramiona opadły mu bezwładnie i wlepił spojrzenie w horyzont. Myślał nad czymś tak intensywnie, że żyłka na skroni zaczęła pulsować.

– Największego cierpienia doznała we własnym domu – odparłam zmęczonym głosem. – Nikt nigdzie nie jest naprawdę bezpieczny.

– Chcę tylko…

– Ja też, Gabs – westchnęłam i spojrzałam z tęsknotą na Niebo.

To zadziwiające. Gdy byłam na Ziemi lub w Piekle powyżej doby, boleśnie brakowało mi miejsca, które mimo rzekomej doskonałości Odina dostarczało tak wiele łez i cierpienia. Stanowiłam część Niebios, a przebywając poza nimi, czułam się niekompletna. Pragnęłam tam wrócić, choćby to miało oznaczać tortury gorsze niż te, jakie wszyscy na rozkaz Ojca zadaliśmy Aurum.

– Wołaj, gdybyś mnie potrzebowała – rzekł anioł, po czym wzbił się do lotu.

Pożegnał się ze mną tak, jak gdybym nie ruszała w to samo miejsce. Posłaniec Odina powinien był wiedzieć, że przyjęłam wezwanie.

Wykonałam ruch nadgarstkiem, ten sam co zawsze, by postawić przed sobą portal, lecz… nic się nie stało. Zadrżałam, bo pojęłam, że zachowanie anioła nie mogło być przypadkowe. Czy Odin i mnie postanowił wygnać?

– Co jest? – Wstrzymałam powietrze w płucach i skoncentrowałam myśli na niebiańskich obłokach, do których moc powinna mi pomóc dotrzeć.

Minęło jeszcze sporo czasu, nim zrozumiałam, że Gabriel pożegnał się ze mną naprawdę.

Drań.

Zostałam sama przy wielkiej żelaznej bramie cmentarza, niegodna powrotu do Niebios, wadząca tutaj, na Ziemi. Niepasująca nigdzie. Musiałam znaleźć dla siebie miejsce, najlepiej gdzieś daleko od ludzi, dlatego wdzięczna byłam za zmrok. Pod osłoną ciemnogranatowych chmur i kiedy trzymałam się z dala od lamp ulicznych, piesza wędrówka była mniej ryzykowna niż za dnia. Gdyby ktoś mnie zobaczył w tej formie, upadek byłby najmniejszym możliwym problemem. Naraziłabym cały porządek trzech światów.

Brakowało tylko jednego kroku do przekroczenia bramy.

– Ognista córko – rozgrzmiał dudniący głos Ojca, na którego dźwięk spięłam się mimowolnie.

Stanęłam w pół kroku i uniosłam głowę.

Przypominał powietrze, którego zapach docierał do nozdrzy, rozpierając je i zajmując. Gdy się pojawiał, wszystko inne nikło. Zmysły koncentrowały się tylko na Nim. Choć nie mogłam Go ujrzeć, Jego obecność była prawie namacalna.

– Dlaczego nie mogę otworzyć portalu? – zapytałam natychmiast.

– Zmarłego sprowadziłaś do wrót niewłaściwych, spokoju zaznał, choć wiesz, że niesłusznie. Naprzeciw Ojca stanęłaś jak wróg, więc zniweczyłaś szansę na powrót. Odważnie, lecz nieroztropnie.

Nie oczekiwałam, że ten wybryk ujdzie mi płazem. Wiedziałam, że kiedy tylko wrócę do domu, poniosę niemiłe konsekwencje. Prawdę mówiąc, nie przewidziałam, że zostanę przymusowo tutaj, jednak nie żałowałam decyzji. Lary nie zasłużył na piekło, a w niebiosach czekał na niego Callum.

Odin nie skrzywdzi mnie bardziej niż dotąd. Nie miałam już nic do stracenia.

Bez słowa – bo z Nim dyskusja była bezcelowa – postąpiłam naprzód, lecz gdy tylko przekroczyłam próg bramy, moje nogi zrobiły się ciężkie niczym z ołowiu, a oddech naraz przeszedł w płytki i urywany.

Co, do…?

– Siostra twa dokonała wyboru, Piekłu oddała duszę i ciało. Ognista Córa wyrzekła się domu, z pięciorga troje na straży zostało.

– Nie, to nie… tak… – wysapałam i upadłam na kolana przy próbie postawienia kolejnego kroku. – Chciałam tylko… dobrze.

– Jasnych poleceń nie umiesz wciąż wypełniać, następne więc będzie nie lada gratką. Podróż czeka, nie wiesz dokąd? Duchów słuchaj, idź z odwagą za zagadką.

– To boli! – wykrzyczałam resztkami sił, w tej samej chwili niebo nad moją głową rozbłysło jasnymi piorunami.

– Skrzydła twe wadzą w tym szczytnym zadaniu, przechowam je zatem w wysokich obłokach. Pamiętaj, kim jesteś, gdy przyjdzie pora, nie twoją rolą mieszać w losach. Sumienia słuchaj, jeśli tak ufne, sprawdź na swej skórze, na ile okaże się zgubne.

Ból przeszył moje lędźwie i posłał okrutny prąd w stronę barków. Miałam wrażenie, że kręgosłup mi się łamie, a z łopatek sączy krew. Z ust wydobył się skowyt, kiedy upadłam twarzą na ziemię i z trudem chwytałam kolejny oddech, a gardło wypełnił krzyk.

Byłam tak zatracona w cierpieniu, że nie dostrzegłam zbierających się wokół aniołów. Rodzeństwo stało nade mną, brakowało tylko Aurum. Nie szydzili ze mnie, nie śmiali się w głos, nawet nie patrzyli. Z zaciśniętymi szczękami odwracali głowy, tak jakby nie chcieli widzieć, co Ojciec czyni jednej z nas.

Zephyr ruszyła w moją stronę, a ja przez krótką chwilę miałam nadzieję, że przyszła mi na ratunek. Rzadko wykazywałam się naiwnością, to musiał być ostatni jej przejaw.

Cała trójka bezczynnie przyglądała się mojej żałosnej postawie, gdy siostra zaczęła odrywać mi z pleców resztki skrzydeł.

Z gardła uleciał niekontrolowany wrzask. Czułam, jakby mnie żywcem obdzierali ze skóry, pozbawiali nie tylko piór, lecz także duszy.

– Zaopiekuję się nimi, przysięgam – wyszeptała zbolałym głosem Zephyr i cofnęła się o krok.

Aether mocno zaciskała powieki i unosiła głowę do nieba, po policzkach popłynęły jej łzy. Delikatny nos siostry zrobił się cały czerwony, a wargi zaczęły drżeć od powstrzymywania płaczu. Jedynie Zaphona najwyraźniej nie ruszał mój los. Rozluźniony wyraz twarzy brata i na wpół przymrużone oczy mówiły co najwyżej o znudzeniu.

Porzucona przez Niebiosa jak śmieć, opuszczona przez tych, którzy powinni zapewnić schronienie, niegodna byłam choć kilku słów przed pozostawieniem mnie samej. Tym razem naprawdę nie miałam nikogo i nim zrodził się w moim wnętrzu zalążek żałości, natychmiast go zgasiłam.

Nie byłam ofiarą, tylko katem, niewiele gorszym od obrzydliwych demonów, którymi gardziłam. Mych uczynków nie usprawiedliwiał fakt, że kierował mną Odin. To tak, jakbym usiłowała wytłumaczyć okrucieństwo piekielnych istot. Dostałam to, na co sobie zapracowałam. Nie miałam prawa użalać się nad sobą.

Odejście Odina było równie odczuwalne, co Jego obecność. Powietrze nagle przestało być ciężkie, a świat wokół wrócił do normy. Wszystko ożyło ponownie, choć ja wciąż walczyłam o oddech. Bez trudu pojęłam, że jedyną szansą na ratunek jest powrót na teren cmentarza. Przyszło mi teraz pałętać się bez celu i czekać na zagmatwane znaki Odina, z których nigdy nic nie wynika. Jak długo? Być może do śmierci. Jeśli tak, żywiłam nadzieję, że rychłej.

Zbyt dobrze znałam to potworne uczucie, by pozwolić mu sobą za­władnąć – być w swoim ciele i nie sprawować nad nim najmniejszej kontroli. Już raz tak się stało, choć nijak nie tłumaczy to mojej winy. Wierzyłam, że mogłam coś zrobić, zabrakło mi tylko siły, aby przeciwstawić się Ojcu. W tej chwili również nie miałam jej na tyle, by pozwolić sobie zdechnąć na ziemi śmiertelników.

Tego dnia zrozumiałam dogłębnie, co czuła Aurum, kiedy została wygnana. Z tą tylko różnicą, że ona naprawdę nie zawiniła, a mimo to mrok zdołał ją pochłonąć bez reszty.

Otworzyłam powieki na moment przed świtem. Z ust sączyła się krew, policzki miałam poranione od wewnątrz przez zagryzanie ich z cierpienia. Odetchnęłam ciężko, kiedy naiwnie uznałam, że najgorsze już za mną. Przewróciłam się na plecy, które natychmiast eksplodowały bólem.

– Na Odina! – krzyknęłam i wróciłam do leżenia na brzuchu.

Musiałam spłoszyć kruki, bo zaskrzeczały i wzbiły się do lotu, dobitnie przypominając mi o powodzie, dla którego znalazłam się w…

No właśnie.

– Nowy domek – szepnęłam zduszonym głosem, kiedy uświadomiłam sobie, że tkwię na upiornym cmentarzysku.

– Zazdroszczę imprezy – mruknął niskim tonem jakiś mężczyzna, czym postawił mnie do pionu.

Wciąż bolało jak diabli, lecz instynkt przejął kontrolę nad ciałem. Rozejrzałam się na boki, by odnaleźć autora tych słów, jednak na próżno.

Gdyby był zjawą, wyglądałby co prawda jak zużyta firana, jednak wciąż zdołałabym go dostrzec. Czekałam, aż ten ktoś znowu przemówi, ale nic z tego. Tak jakby bawił się ze mną.

Zmarszczyłam brwi w konsternacji. Czy to omamy?

Postawiłam krok naprzód, lecz ten przyjemnie wibrujący pomruk znów dopłynął do moich uszu:

– Sądząc po stroju, zgaduję, że to było piżama party.

Kolana ugięły się pode mną. Czułam się zagrożona i całkowicie bezbronna. Wiedziałam już, że głos dobiega z góry. Chciałam unieść głowę, lecz ból promieniował od łopatek do szyi tak mocno, że blokował większość ruchów.

– Ciepło, ciepło… – powiedział mężczyzna, gdy przeszłam kilka kroków na oślep i dotarłam do drzewa.

Nie potrzebowałam anielskich mocy do zlokalizowania źródła dźwięku, byle człowiek to potrafił. Wystarczyłoby, żebym nie była w tej chwili w tak żałosnej kondycji po wyrwaniu mi siłą skrzydeł przez Zephyr.

Oskoczyłam zszokowana, kiedy gałąź drzewa zatrzeszczała, a wysoki mężczyzna zeskoczył na ziemię tuż przede mną. Instynktownie zadarłam brodę, by ujrzeć jego twarz, co poskutkowało potężną eksplozją bólu. Jęknęłam żałośnie i chwyciłam za kark, by złagodzić pieczenie ciepłem dłoni, lecz po chwili uświadomiłam sobie, że ruch ten najwyraźniej odblokował dotychczas spięte mięśnie.

Ostrożnie poruszałam głową na boki. Tak… znacznie lepiej.

Nieznajomy szybkim krokiem zmniejszył dzielącą nas odległość, a we mnie na powrót zrodziła się panika. Z przyzwyczajenia wymierzyłam w człowieka dłonią, z której powinien wystrzelić ogień. Nie zadziałało, choć ten stanął, po czym uniósł czarną brew i przyglądał mi się z konsternacją.

– Niech zgadnę – powiedział, gdy podszedł bliżej. – ­Naoglądałyście się Harry’ego Pottera na nocowanku w piżamach, wypiłyście za dużo mojito i uznałyście, że drzemie w was moc, którą natychmiast należy sprawdzić?

Obserwowałam go bez słowa. W głowie wciąż miałam jedną myśl: Ojciec pozbawił mnie każdej cząstki boskości, jestem… nikim.

– No? – Pytanie mężczyzny zmusiło mnie, bym na niego spojrzała. – Powiesz mi, co tu robisz?

Otwierałam już usta, ale uznałam, że prawdziwego scenariusza lepiej nie zdradzać. Objęłam się ramionami, kiedy poczułam, że mróz wywołuje gęsią skórkę na ciele.

– Chcesz komórkę? Zadzwonić po kogoś? – Złagodniał trochę, a na surowej, przystojnej twarzy zamajaczyło zmartwienie.

Pokręciłam jedynie głową, na co on przyjrzał mi się badawczo.

– Na pewno? – Nie dawał za wygraną. – Ktoś po ciebie przyjdzie?

– Tak, już… jest w drodze – skłamałam i skarciłam się w duchu za zdradzieckie drżenie wargi.

Byłam zaskoczona tym, jak bardzo zabolała świadomość, że w rzeczywistości nie ma choć jednej osoby, która przyszłaby mi na ratunek. Nie byłam jednak naiwna. Możliwe, że mężczyzna chciał się rozeznać, czy zdąży zrobić mi krzywdę. Zbyt dobrze znałam złe uczynki grzeszników, w końcu sama odprowadzałam ich do Piekła. Nikomu nie można ufać. Nigdzie nie jest bezpiecznie.

Przez dłuższą chwilę patrzył jeszcze przenikliwie, tak jakby próbował rozgryźć sytuację. Wreszcie ruszył przed siebie, lecz co kilka kroków odwracał się i raczył mnie niepewnym spojrzeniem. Dopiero gdy zniknął mi z oczu, mogłam swobodnie odetchnąć.

– Zabierz go stąd – szepnął kobiecy głosik, na którego dźwięk wzdrygnęłam się znowu.

– Na Odina! – krzyknęłam i przytknęłam dłoń do serca, bo to nigdy dotąd nie biło równie szaleńczo.

Spojrzałam na wypłowiałą istotę. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że stała przede mną umarła, niewiele młodsza od tamtego mężczyzny.

– Nie daje mi odejść – kontynuowała, zabierając ostatnią dzielącą nas przestrzeń, więc cofnęłam się ostrożnie. – Przychodzi tu co dzień od czterech lat. Czas się pogodzić.

– Wiesz, kim jestem?

– Czy wiem, kim jesteś? – Kobieta posłała mi lekki uśmiech. – Widzę twoją aurę.

Przez moment się zawahałam, aż wreszcie zmrużyłam powieki i zacisnęłam pięści.

– Przepraszam, ale nie mogę ci pomóc.

Nie miałam pojęcia, kogo dokładnie we mnie widzi. Ze strachu wolałam nie pytać, by odpowiedź nie potwierdziła moich przypuszczeń. Z całą pewnością niewiele mogłam zrobić bez swoich skrzydeł i mocy. Byłam bezużyteczna.

Nie pożegnałam się. Ruszyłam przed siebie, choć dobrze wiedziałam, że poza cmentarzem nie będę zdolna swobodnie oddychać. Mimo to usilnie próbowałam poczuć choć odrobinę sprawczości, chociażby przez wybranie sobie innego nagrobka do dalszych przemyśleń.

Im bardziej się oddalałam, tym byłam bliżej miejsca, w którym zostawiłam zjawę. Tak jakby ktoś zakrzywił przestrzeń, bym zawsze do niej wracała.

Warknęłam pod nosem i przyspieszyłam kroku, kiedy znów ją minęłam, a ona zachichotała skrzekliwie.

Po kilku kolejnych próbach uznałam, że wreszcie udało mi się ją zgubić. Następna alejka stanęła przede mną otworem, więc gnałam nią i koncentrowałam wzrok na jak najdalszym punkcie, by nic mnie nie rozproszyło. Miałam przeczucie, że jeśli powędruję spojrzeniem na bok, znów stanę przed duchem.

Ludzki organizm okazał się mniej wydolny, niż mogłam przypuszczać. W płucach zabrakło mi tchu, łydki zapiekły zmęczeniem. Jedyny plus był taki, że najwyraźniej naprawdę udało mi się uciec od śmiechu zjawy, w dodatku nie czułam już przeraźliwego zimna.

Natrafiłam na pomnik, przy którym stały kobieta z dziewczynką i – nie wiedzieć czemu – akurat przy nich postanowiłam odpocząć. Mała wyglądała jak wierna kopia kobiety w kwiecie wieku. Obie miały puszące się przez wilgoć blond włosy i wąskie, malutkie usta. Różniły je oczy. U dorosłej były osadzone blisko nosa, wąskie i jasne. Oczy dziewczynki przypominały te wyryte w kamieniu na portrecie mężczyzny – okrągłe, tak ciemne, że niemal czarne, z gęstymi, długimi rzęsami. W spojrzeniach obu pań dostrzegłam niepowetowaną stratę i przemożną tęsknotę. Tak wyraźną, że sama zaczęłam ją po trosze odczuwać.

Kobieta trzymała dłoń na ramieniu dziewczynki. Drugą głaskała ją czule po policzku i wpatrywała się w napis na grobie. „Kochany mąż i ojciec”. Musiała wyczuć moje spojrzenie, bo odwróciła głowę, a kiedy uśmiechnęła się smutno, ja cała zamarłam. Zlustrowała mnie od stóp do głów, a kącik jej ust powędrował nieco wyżej.

– Tęsknota potrafi czasami dosłownie wyciągnąć człowieka z łóżka – powiedziała z czułością, a ja dopiero po chwili zrozumiałam, do czego pije.

Widziała mnie.

Oczywiście, że widziała. Było to bardziej na miejscu niż rozmowa ze zjawą, biorąc pod uwagę fakt, że Odin odebrał mi całą boskość. Co więcej, tym ludziom zapewne nawet przez myśl nie przeszło, kim jestem naprawdę.

Mieli mnie za… człowieka, a ja nie musiałam drżeć ze strachu przed upadkiem. Nie doświadczę tego samego co Aurum, ponieważ nikt nie ujrzy mojej prawdziwej postaci.

O ile TO już się nie wydarzyło. Czułam jednak, że to, co uczynił Ojciec, nie było do końca wygnaniem, raczej misją do wykonania. Misją, której cel oczywiście zapomniał objaśnić.

Typowe.

Mogłam spróbować wejść w rolę zwykłej kobiety, żyć jak przeciętny człowiek. I skłamałabym, mówiąc, że ta myśl nie sprawiła mi frajdy.

Odwzajemniłam nieśmiały uśmiech, skinęłam głową, po czym odeszłam w poszukiwaniu wyjścia. Może cały czar Odina już minął i zdołam się stąd wydostać. Wystarczyło tylko dotrzeć do bramy…

Wciąż jednak wracałam w to samo miejsce, gdzie skrzekliwy śmiech zjawy przyprawiał mnie o dreszcze. Czułam, jakbym utknęła w labi­ryncie bez wyjścia, jakby to miało jakieś znaczenie…

I wreszcie pojęłam. Pierwszy duch, a raczej jego bliski, którego należało stąd zabrać, został wybrany.

Stanęłam bezradnie naprzeciw wypłowiałego wizerunku młodej kobiety. Patrzyła na mnie tymi szarymi oczyma, a brązowa grzywka nachodziła na duże, okrągłe okulary. Wyglądała na mądralińską, do której należy ostatnie zdanie w każdej podejmowanej dyskusji. Od wieków potrafiłam wyczuć ludzi i tym razem nie mogłam się mylić. Z tą kobietą – a raczej z tą zjawą – będą same problemy.

Postanowiłam trzymać się z daleka, wziąć Ojca na przeczekanie. Nie zamierzałam dawać Mu tej satysfakcji. Tym razem nie spełnię Jego żądań.

Odin to jednak najwyraźniej przewidział, bo wraz z anielskimi mocami odebrał mi uczucie sytości. W zamian dał wszystkie ­potrzeby ludzkie, by głód i zimno mnie nie opuszczały. Już dawno powinnam była przywyknąć do bezwzględności Ojca, a mimo to wciąż potrafił wywołać moje zdziwienie.

Zmusił mnie do dokonania wyboru – wypełniać grzecznie zadania i przeżyć lub wciąż się buntować i zginąć. Na razie wolałam to drugie.

Rozdział 2

Niefortunny wypadek

Agni

Ziemia usłana zamarzniętymi liśćmi pełniła funkcję niewygodnego łoża. Baldachim z gołych gałęzi niskich drzew dał mi odrobinę intymności, której zagroziła niespodziewana ulewa. Gdyby potęga Odina nie sięgała każdego zakamarka tego świata, mogłabym sądzić, że uwzięła się na mnie pogoda. Wiedziałam jednak, kogo należało winić za wszelkie niedogodności.

Minęły trzy doby. Dotąd ani myślałam spełniać wolę Ojca. Z odpowiedniej odległości przyglądałam się Aurum i jej nieustannym próbom odprowadzenia ducha mężczyzny, nim wrócą jego żona z córką. W duchu kibicowałam heroicznym staraniom siostry, choć przeczuwałam, że na nic się zdadzą.

Złota anielica nie mogła się ukazać kobiecie, która wytrwale dzień w dzień odwiedzała grób Jamesa. Duch, mający równie przystojną twarz co portret wygrawerowany na płycie nagrobkowej, najwyraźniej się niecierpliwił. Niekiedy zdarzało mu się podnieść na Aurum głos, jednak ułamek sekundy później jej wierny towarzysz przypominał nieboszczykowi, że śmierć jest niczym wobec tego, co władca Trzech Krain mógłby z nim czynić.

Oboje musieli mnie wyczuć. Nie potrafiłam sama przed sobą powiedzieć, czy obojętność siostry na moją obecność w rzeczywistości przynosi mi ulgę, czy ból. Jedynym okazującym jakiekolwiek uczucia był demon o duszy bezdennie czarnej i wrogiej. Rzucał mi tak nienawistne spojrzenia, że nawet w ukryciu nie czułam się choć odrobinę bezpiecznie.

Jednego razu Roth ruszył w moim kierunku, lecz Aurum zatrzymała go w porę. I dobrze… bo sądząc po jego minie, nie planował przyjacielskiej rozmowy.

Czułam się jak intruz, co samą swą obecnością zatruwał żywot wszystkim, na których mu zależy. Jak wbity w skórę cierń, którego za nic nie da się pozbyć. Po kilku dniach tułania się po cmentarzu uznałam, że – w rzeczy samej – tak właśnie było.

Ukryta w zaroślach, obserwowałam mężczyznę codziennie odwiedzającego grób młodej kobiety. Przesiadywał po kilka godzin, zwykle na drzewie, podobnie jak podczas naszego pierwszego spotkania. Czasami zdawało mi się, że coś mówił. Byłam jednak zbyt daleko, by mieć pewność.

Zatrzymałam się w tym miejscu na dłużej, ponieważ było ono najdalsze od tego, do którego za każdym razem zaprowadzały mnie nogi, gdy próbowałam opuścić teren cmentarza. Jak zawsze robiłam na opak, inaczej za każdym razem trafiałam na grób Jamesa, gdzie dzień w dzień godzinami przesiadywały matka z córką. Musiałam udawać, że nie dostrzegam jego wypłowiałej postaci przy miejscu spoczynku. Zapewne widział moją aurę, ale z jakiegoś powodu mi się nie naprzykrzał. I dobrze. Wystarczał irytujący duch młodej kobiety, od którego za nic nie mogłam się opędzić.

Charlotte Scott była – tak jak przypuszczałam – istnym wrzodem na tyłku. Uparta, zawzięta i niemożliwie denerwująca. Nie chciała słuchać, gdy wyraźnie mówiłam, że nie potrafię – NIE MOGĘ – jej pomóc. To zadanie należało do Aurum, ja teraz miałam inne. Jeszcze nie wiedziałam, jakie dokładnie. Starałam się dowiedzieć, a ona mi w tym przeszkadzała.

Uparcie ulewna pogoda zdawała się sprzyjać zadaniu Odina. Byłam potwornie głodna, przemarznięta i wycieńczona. Obietnica złożona sobie samej – że nigdy więcej nie stanę przeciwko Aurum – już dawno została złamana, gdy z woli Ojca odprowadzałam skazanych do Krainy Ognia. Gdybym się sprzeciwiła, znów czyniłby to moimi rękoma, a za nic nie chciałam dopuścić do ponownej utraty kontroli. I tak dopiąłby swego, z moją zgodą czy bez niej. Gdybym jednak odmówiła, konsekwencje mogłyby być znacznie gorsze. Kto wie, czy nie skrzywdziłabym siostry ponownie, tym razem jeszcze dotkliwiej…

Z każdą kolejną godziną instynkt ludzki, nad którym zupełnie nie panowałam, zaczynał mi działać na nerwy. Czułam tak silny głód, że odnosiłam wrażenie, jakby żołądek przyrastał do kręgosłupa, a zimno zmroziło wszystkie palce u stóp. Kiedy na nie spojrzałam, zatrwożyło mnie ich sine zabarwienie.

Minęły dopiero trzy dni. Dam radę, przekonywałam samą siebie. Wciąż miałam jeszcze dość siły, by wraz ze wschodzącym słońcem stanąć na nogi i ruszyć do miejsca, którego wolałabym raczej unikać. Nie widziałam innego wyboru, jeśli naprawdę zamierzałam dać Odinowi pstryczek w nos.

– Potrzebuję ubrań – wymamrotałam, nie kłopocząc się powitaniem, i spuściłam wzrok na bose, niemal fioletowe już stopy.

Mężczyzna siedział na gałęzi, wpatrzony w pomnik młodej kobiety. Poczułam na sobie jego przelotne spojrzenie, jednak duma nie pozwoliła mi się upewnić.

Cisza wypełniła moje myśli, podsuwając słowa, których ten człowiek nie użył. Oceniał mnie, bez wątpienia. Wiedziałam to chociażby po gęstszym powietrzu i kroplach deszczu głośniej dudniących o marmur. Wreszcie zeskoczył i wylądował tuż przede mną, podobnie jak pierwszego dnia, gdy się spotkaliśmy.

– To chyba nie jest przedłużona impreza… – rzekł spokojnym tonem i zbliżył się odrobinę. – Potrzebujesz pomocy. – Nie pytał. Oznajmiał, tak jakby wiedział najlepiej.

To z miejsca wprawiło mnie w zakłopotanie, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Ja nie bywałam speszona. Nie wstydziłam się i nigdy w siebie nie wątpiłam. Byłam ognistą anielicą. Trawiłam ogniem wszystko, co stawało mi na drodze lub potrzebowało przypomnienia, że nie warto zadzierać z aniołem. I bardzo mocno pragnęłam móc to zrobić w tej chwili, kiedy ten wszystkowiedzący mężczyzna arogancko uniósł ciemną brew. Dotkliwie poczułam brak mocy.

Ludzie mylnie sądzili, że tylko Piekło jest zdolne do okrucieństwa. I owszem, kiedy trafiają do Niebios, ich wieczny żywot to istna idylla. Od demonów różnił nas jedynie powód zadawanych ran – oni nie potrzebowali go wcale, nam zaś wystarczała wola Odina.

– Nie zrobię ci krzywdy, pomogę ci – ciągnął.

On? Mnie? Krzywdy?

Nie miał pojęcia, z kim rozmawia.

Nie potrzebowałam pomocy. Byłam aniołem, córką samego Stwórcy. Chciałam tylko czystych i suchych ubrań, by zyskać trochę czasu, jeszcze bowiem doba, a dopadnie mnie w końcu jakieś choróbsko. Doskwierał mi tępy ból w skroniach, a nos zatkał się w ramach protestu i nie chciał wpuścić ani odrobiny powietrza. Gardło bolało coraz mocniej, a stopy… Na Odina, już prawie ich nie czułam. Musiałam zadbać o „teraz”. Później będę myślała, co dalej. Teraz potrzebowałam tylko się ogrzać.

Mężczyzna zdjął z siebie czarną zamszową kurtkę i zarzucił mi ją na plecy.

– Jesteś cała przemoczona – zauważył, pocierając dłońmi moje napięte ramiona. – Jak długo tu przebywasz?

– Potrzebuję ubrań – powtórzyłam. Zaszczękałam zębami, na co zmarszczył czoło i spojrzał na mnie z ukosa.

– Czy to jedyne, co potrafisz powiedzieć?

W odpowiedzi pokręciłam szybko głową i otuliłam się szczelniej odzieniem o niebywale przyjemnym zapachu. Próbowałam w duchu przyrównać do czegoś ten aromat, jednak na marne. Dotąd nie czułam nic równie ujmującego.

Mężczyzna westchnął przeciągle i utkwił wzrok w grobie młodej kobiety, a wyraz jego twarzy na moment stał się nieodgadniony.

– Ciągle mącisz, Charlotte – wychrypiał, po czym roześmiał się ponuro.

Bez ostrzeżenia chwycił mnie za ramię, by wprawić w ruch moje bose, sine od zimna stopy. Zaparłam się nogami, kiedy spostrzegłam, dokąd jestem prowadzona.

– N-n-nie m-mogę – wydusiłam, drżąc z zimna. Próbowałam wyswobodzić się z żelaznego uścisku, lecz mężczyzna był nieugięty. – Potrzebuję tylko…

– Nie potrzebujesz tylko suchego ubrania, ale też leków i jedzenia – przerwał mi z irytacją. – Chyba że żyjesz powietrzem – burknął i zerknął na mnie z ukosa.

Gdy znów nie odpowiedziałam i stale się opierałam, najwyraźniej stracił cierpliwość, bo przerzucił mnie sobie przez ramię.

Prosiłam, by dał mi spokój, jednak on nie słuchał. Im bardziej wierzgałam, tym mocniej zaciskał duże, silne dłonie na moich przemarzniętych udach.

Wstrzymałam powietrze w płucach, jak gdybym miała się zanurzyć w głębokiej wodzie, kiedy docieraliśmy do bramy. Żałowałam, że poprosiłam o pomoc. Głupiec nie wiedział, że niesie mnie na pewną śmierć.

Modliłam się w duchu, by Odin okazał mi łaskę. W panice cała zesztywniałam i skoncentrowałam się na oddechu, by starczył na jak najdłużej. Zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć momentu, gdy zacznie brakować mi tchu – po trosze ze strachu, po trosze z naiwnej nadziei, że tym razem będzie inaczej. Modlitwą powierzyłam swe życie Ojcu, który niejednokrotnie dał dowód, że nie dba o nie w najmniejszym choć stopniu.

– Ubierzemy cię, zjesz coś i odwiozę cię na komisariat. – Niski ton zawibrował mi w ściśniętym żołądku, w który wbijało się barczyste ramię mężczyzny. – Na moje oko nosicie ten sam rozmiar – dodał zmarkotniały, po czym roześmiał się cicho, jak gdyby rozbawił go opowiedziany przez siebie w duchu żart.

Mogłabym zapytać, o czym on mówi. W tej chwili jednak do mojej świadomości nie docierało za wiele. W głowie miałam tylko to, że za moment się uduszę.

Zaprowadził mnie wprost do miejsca, którego powinnam za wszelką cenę unikać, lecz wcale nie chodziło o krainę Lucyfera. Nucił pod nosem melodię, a jej dźwięk nieco ukoił me nerwy. Słysząc ten utwór, wracałam wspomnieniem do hipnotyzującego spojrzenia demona śpiewającego go na scenie podczas balu w Krainie Koszmarów.

Sprawiał wrażenie, jakby zjednoczył się z muzyką – został z niej zrodzony lub ona stała się melodyjna dla niego. Kiedy śpiewał i grał, równie dobrze mogłoby nie być nikogo. Nigdy wcześniej nie widziałam, by jakikolwiek demon zatracał się w czymś tak… dobrym. Nawet na niebiańskich balach anielice oddające pieśnią cześć Odinowi nie brzmiały choć w połowie tak przekonująco jak on. Każde słowo tej właśnie piosenki sprawiało wrażenie, że wydziera się z najbardziej ukrytych zakamarków jestestwa, raniąc go przy tym okrutnie. Widziałam na jego twarzy ból i nie mogłam nie zastanowić się choć chwilę, kim był, ale tak… naprawdę. Twarz demona wykrzywiał wyraz cierpienia, a mimo to ani razu nie zafałszował. Całość wciąż była zbyt piękna, jak na miejsce, z którego pochodził.

W pewnym momencie nasze spojrzenia się skrzyżowały i mogłabym przysiąc, że wszyscy zniknęli, zostaliśmy całkowicie sami. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku, tak jakby więził mnie samym patrzeniem. Trzy minuty słodkiej agonii, po której nie mogłam się otrząsnąć do czasu, gdy Ojciec kazał, bym odprowadziła umarłych do Krainy Ognia, gdzie Hammon za każdym razem uprzykrzał mi żywot.

Romantyzowania tego idioty zaniechałam natychmiast po pierwszym zejściu w podziemia ze skazanym, zaraz po powrocie do Niebios przez tydzień zaś moczyłam ciało w kąpieli, żywiąc nadzieję, że czysta woda zmyje me plugawe myśli.

Sama nie miałam pojęcia, skąd one się wzięły. Fakt, Hammonowi nie można było odmówić urody. Był najprzystojniejszym demonem, jakiego widziałam – zmierzwione zabawą blond włosy, ciało w budowie bliższe aniołom, jednak ociekające grzechem, i oczy… Oczy tego demona przypominały czyste niebo, w którym mogłabym się zatracać godzinami… dopóki nie otworzył jadaczki.

Zatem… tak, chyba na krótki czas oszalałam, że widziałam w tym demonie coś więcej poza paskudną, choć miłą dla oka powłoką. Brzydziłam się demonami tak bardzo, że z radością nie oglądałabym ich w ogóle. Zwłaszcza kiedy jeden z nich podstępem wkupił się w łaski Aurum – do dziś nie wiem jak.

To tak, jakby postawiono przede mną ohydne robale, a ja wpadłabym w zachwyt nad tym, który mniej cuchnie. Wciąż byłby robalem, niewiele lepszym od pozostałych. Niegodnym czyjegoś uwielbienia, a już na pewno nie podziwu ze strony niebiańskiej istoty.

– Come, break me down, bury me, bury me… I am finished with you… 1 – Mężczyzna pomrukiwał ledwie słyszalnie, nie do końca trafiając w dźwięki. Daleko było temu do śpiewu, którego za nic nie potrafiłam wyrzucić z głowy.

Och, na Odina. Niech już się skończą te męki. W ostatnich chwilach życia myślę o najbardziej próżnym i zepsutym demonie, jakiego Piekło widziało.

Nie miałam pojęcia, w którym dokładnie momencie niosący mnie człowiek ucichł, ale nagła świadomość ciszy przywróciła mi poczucie rzeczywistości.

– Puść mnie, pro… – Zamilkłam, gdy ostrożnie otworzyłam oczy i ujrzałam, jak oddalamy się od wielkiej żelaznej bramy.

Oddycham.

Jeśli nie teraz, to pewnie za moment zacznę się dusić. Z każdym kolejnym krokiem mężczyzny czekałam na nieuniknione. Musiałam wziąć wreszcie wdech i… nic się nie wydarzyło.

– Jak? – wyszeptałam, już bardziej do siebie.

W głowie nieco kołowało mi się od tej oddechowej szermierki.

1The Kill – Thirty Seconds to Mars.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.