Walcząc z ciszą - Aly Martinez - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Dla większości ludzi dźwięk jest pojęciem abstrakcyjnym. Spędzamy całe życie, próbując odciąć się od szumu, żeby móc skupić się na tym, co uważamy za ważne. Ale co, jeśli – gdy jasność umysłu zostaje przypłacona zupełną ciszą – to ten niewyraźny szmer w tle staje się czymś, za co oddałoby się wszystko?

 

Od zawsze byłem wojownikiem. Mając rodziców, którzy cudem nie trafili więzienia, i dwóch młodszych braci, którzy niemal zostali oddani do rodzin zastępczych, zyskałem umiejętności w unikaniu ciosów, jakie zadaje życie. Dorastając, nie miałem niczego, co mógłbym nazwać swoim, ale od chwili, kiedy spotkałem Elizę Reynolds, to właśnie ona należała do mnie. Stałem się kompletnie uzależniony od niej oraz ucieczki do rzeczywistości, którą sobie nawzajem zapewnialiśmy. Przez lata spotykaliśmy się z różnymi ludźmi, ale nie było nocy, żebym nie usłyszał jej głosu.

 

Nie zaplanowałem spotkania miłości swojego życia w wieku trzynastu lat. Tak samo jak tego, że jako dwudziestojednolatek zacznę stopniowo tracić słuch.

Ale i tak spotkały mnie obie z tych rzeczy.

A teraz prowadzę najcięższą walkę swojego życia i znalazłem się na skraju porażki.

Walczę o swoją karierę.

Walczę z obezwładniającą ciszą.

Walczę dla niej.

 

Każdej nocy, kiedy tuż przed zaśnięciem opuszcza ją świadomość, wzdycha.

Chyba właśnie to jest dźwięk, którego będzie mi brakowało najbardziej.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


zakupiono w sklepie:

Sklep Testowy

identyfikator transakcji:

1624718359826000

e-mail nabywcy:

test@virtualo.pl

znak wodny:

Dla większości ludzi dźwięk jest pojęciem abstrakcyjnym. Spędzamy całe życie, próbując odciąć się od szumu, żeby móc skupić się na tym, co uważamy za ważne. Ale co, jeśli – gdy jasność umysłu zostaje przypłacona zupełną ciszą – to ten niewyraźny szmer w tle staje się czymś, za co oddałoby się wszystko?

Tytuł oryginału

Fighting Silence

Copyright © 2015 by Aly Martinez

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2019

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Barbara Marszałek

Korekta:

Patrycja Siedlecka

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN: 978-83-7889-909-9

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

PrologTILL

– WYSIADAJ Z AUTA. – Poczułem na skroni chłodną, metalową lufę pistoletu.

– Nie mam kasy – powiedziałem szybko, podnosząc ręce.

– Wyłaź. Kurwa. Z tego. Auta! – krzyknął potężny, dobrze ubrany mężczyzna i szarpnięciem otworzył drzwi mojego pick-upa.

– Po prostu weź wszystko, co chcesz – oznajmiłem, wysiadając z samochodu.

– A żebyś wiedział, że wezmę. Gdzie są, kurwa, moje pieniądze? – Zamachnął się kolbą pistoletu, chcąc uderzyć mnie w twarz, ale był zbyt wolny. Uchyliłem się w bok i poczułem lekki podmuch wiatru.

Z rozmachu zatoczył się do przodu, a ja ruszyłem na niego, zanim zdążył odzyskać równowagę. Zadałem mu mocny cios w twarz, a kiedy wyprowadzałem prawy sierpowy, usłyszałem wystrzał.

– Till! – Z oddali dobiegł mnie głos ojca.

Powinien stąd spierdalać. Ja zresztą też.

– On ma broń! – ostrzegłem, szamocząc się z mężczyzną. Możliwe, że zostałem postrzelony i wiedziałem, że jeśli nie zabiorę mu pistoletu, stanie się to na pewno.

Udało mi się go powalić, ale nie byłem na tyle szybki, by powstrzymać go przed odzyskaniem spluwy.

– Rusz się jeszcze o jeden cholerny centymetr, a przysięgam, że będzie to twój ostatni ruch. – Obiecał, celując prosto w moją głowę. Dzieliło nas niecałe pół metra.

Nie pozostało mi nic innego, tylko pozostać w bezruchu.

– Kurwa! – krzyknął, przykładając sobie kciuki do ust. Z nosa ciekła mu krew. Wytarł ją rękawem, po czym uderzył mnie pistoletem w klatkę piersiową. – Idź tam – burknął rozkazująco, wskazując ciemny magazyn.

– Nie – oznajmiłem stanowczo. – Nigdzie z tobą nie idę. Weź mojego pick-upa, portfel, co tylko chcesz.

– Wiesz, czego chcę, zasrańcu? Moich. Pieprzonych. Pieniędzy.

– Nie mam twoich pieniędzy!

– Gówno prawda! – Chwycił mnie za włosy z tyłu głowy, a broń podetknął pod brodę. – Torba, którą ukradłeś Clayowi Page’owi, była moja! Po prostu oddaj mi tę cholerną kasę, a odejdziesz bez dziury w swojej pieprzonej głowie.

Dwa proste słowa zmroziły mi krew w żyłach.

Clay Page.

Tylko i wyłącznie przez niego znalazłem się w tej sytuacji. Jakąś godzinę temu zadzwonił do mnie, prosząc o podwózkę do domu. Brzmiał na zdesperowanego i zaproponował mi dwadzieścia dolców. Wtedy założyłem, że był pijany, ale teraz, kiedy czułem, jak spluwa wbija mi się w szyję, nie wątpiłem w to, że zostałem wrobiony.

Przez własnego ojca.

– Niczego mu nie ukradłem.

– Nie kłam, Till. Po prostu oddaj Frankiemu pieniądze – powiedział ojciec, kulejąc. Wychodził z magazynu. Miał dotkliwie pobitą twarz, a z czegoś, co wyglądało na ranę postrzałową nogi, ciekła krew.

Zastygłem na ten widok, a Frankie mocniej chwycił mnie za włosy.

– O czym ty, kurwa, mówisz?! – wydarłem się na ojca. – Dobrze wiesz, że nie mam żadnych pieniędzy!

Szedł w naszą stronę. Nagle pistolet zniknął spod mojego podbródka i został wycelowany w niego.

– Nie zbliżaj się, Clay. Zastrzelę cię, kurwa, na miejscu.

Zatrzymał się powoli i uniósł ręce.

Mocnym pchnięciem zostałem zmuszony, żeby dołączyć do ojca, który stał naprzeciwko broni. Po raz pierwszy mogłem przyjrzeć się napastnikowi.

Spod rękawa jego koszuli wyłaniał się nietypowy tatuaż ze smokiem, biegnący aż po wierzch dłoni. Zielony potwór zionął ogniem. Płomienie rozciągały się wzdłuż każdego z trzęsących się palców gangstera, które wprowadzały pistolet w drganie. Oczy Frankiego były szeroko otwarte i szkliste, wzrok skakał nerwowo między mną a ojcem. Mimo że noc była chłodna, spływał po nim pot. Z gościem było źle – nie był tylko wkurzony… był naćpany i nieprzewidywalny.

– Koleś, mam jakieś dwie stówy w pick-upie. Po prostu je sobie weź.

Groźnie wykrzywił twarz.

– Dwie stówy? Dwie. Stówy? W tej pieprzonej torbie było ponad czterdzieści tysięcy dolców! A ty chcesz mi dać dwie stówy? – Rzucił się do przodu i zatrzymał w chwili, gdy jego dłoń spoczęła na moim gardle, a pistolet na środku czoła. – To się nawet nie zwróci! – Ślina tryskała mu z ust. Stracił resztki opanowania.

– Po prostu się uspokój! – błagałem. – Nie mam twoich pieniędzy! Nigdy ich nie miałem!

Znowu wycelował broń w mojego ojca.

– To prawda? Ten, który kłamie, dostanie kulkę.

– Nie. On je ma. Przysięgam! – Ojciec wykrzyczał swoje tchórzowskie kłamstwo z takim przekonaniem, że prawie sam mu uwierzyłem.

Od zawsze wiedziałem, że Clay Page jest gnojem. Nienawidziłem go, od kiedy zrozumiałem, że tak naprawdę jest podstępnym wężem. Ale wbrew swojemu zdrowemu rozsądkowi, z dwudziestoma dolarami stanowiącymi jedyną zachętę, ostatecznie wplątałem się w tę sytuację przez brak zaufania do własnego przeczucia.

Już nigdy więcej.

I właśnie wtedy moja intuicja krzyczała, żebym pozostał wiernym temu, co robiłem od momentu, w którym przyszedłem na świat ponad osiemnaście lat temu. Jeśli miałem umrzeć tej nocy, nie zamierzałem poddać się bez walki.

Rzucając się gwałtownie do przodu, uderzyłem głową prosto w nos Frankiego. Pistolet wystrzelił nad moim ramieniem, ale w tym momencie kompletnie nie obchodziło mnie to, gdzie wyląduje pocisk… nawet jeśli miałby utkwić w głowie Claya Page’a.

Po zaledwie trzech uderzeniach w twarz Frankie upadł na ziemię, ciągnąc mnie za sobą w dół. Usłyszałem, jak spluwa ślizga się po ziemi i zanim wylądowałem na nim, uderzyłem go jeszcze raz w gębę. Jego głowa mocno trzasnęła o beton, ale to mnie nie powstrzymało. W końcu przestał ze mną walczyć, lecz oprzytomniałem dopiero, kiedy usłyszałem dźwięki syren dobiegające z oddali.

Wstałem, cały we krwi, i ruszyłem z powrotem w stronę swojego samochodu. Jednym szybkim spojrzeniem obrzuciłem mężczyznę, przez którego się tu dzisiaj znalazłem. Trzymał się za brzuch i tarzał po ziemi. Nie pozostawił mi żadnych złudzeń – wiedziałem, że mu na mnie nie zależy. Odchodząc, dałem mu to samo do zrozumienia.

Po tym, jak wgramoliłem się z powrotem do pick-upa, auto poprowadziło mnie znanymi drogami. Przy każdym zakręcie przez mój mózg przelatywała myśl, że ojciec mnie zdradził. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Po tej nocy nie miałem już gdzie wracać.

Nienawidziłem swojego życia i wszystkiego, czym było… a w szczególności czym nie było.

Bóg mnie przeklął. Zostałem skazany na powolne pogrążanie się w ciszy. Teraźniejszość mnie drażniła i prześladowała tym wszystkim, co w końcu utracę. Jeszcze zanim mój pieprzony ojciec chciał wydać na mnie wyrok śmierci, tylko po to, by uratować swoją skórę, już i tak tonąłem w oceanie życia. Walczyłem o każdy haust powietrza. Gdy tylko wyłaniałem się nad powierzchnię wody, wypełniając swoje płuca nadzieją i determinacją, by przetrwać kolejny dzień, coś wpychało mnie z powrotem w odmęty… za każdym razem głębiej.

Istniało tylko jedno miejsce, w którym świat nie mógł wysysać ze mnie życia. Niezależnie od tego, jak długo tam byłem – kilka sekund czy godzin – dawało mi wytchnienie i odbudowywało moją wolę.

Chciałem wrócić dodomu.

Lecz miejsce, gdzie co noc kładłem się spać, nie było moim domem. Istniało za to inne, w którym czułem, że żyję, chociaż tam nie mieszkałem. Potrzebowałem tego marzenia, które istniało wyłącznie wśród tych czterech ścian.

Potrzebowałem jej.

Sześć miesięcy minęło od czasu, kiedy oddałem jej nagiemu ciału więcej, niż myślałem, że kiedykolwiek zdołam komukolwiek ofiarować.

Te same sześć miesięcy życia w prawdziwym świecie mnie zniszczyły.

Potrzebowałem tej fikcji, którą tylko ona potrafiła mi zapewnić.

Ale niezależnie od tego, o czym marzyłem, wiedziałem, że jej tam nie będzie.

Pieprzyć to. Duma na bok. Pojadę do niej.

Zawróciłem ostro na środkowym pasie i poddałem się temu, co codziennie mnie przyciągało, grożąc, że mną zawładnie. Wiedziałem, gdzie mieszka. Wiedziałem, gdzie co noc kładzie się spać. A co najważniejsze… wiedziałem, gdzie jest moje miejsce.

Przy Elizie.

1ELIZA

Pięć lat wcześniej…

KIEDY MIAŁAM TRZYNAŚCIE LAT, spotkałam Tilla Page’a w opuszczonym lokum znajdującym się nad moim mieszkaniem. Od razu skojarzyłam go ze szkoły. Nie dałoby się go nie rozpoznać… Już jako chłopiec odznaczał się nieprzeciętną urodą i to na długo, zanim odkrył istnienie siłowni, a jego wytarte ubrania znowu stały się modne. W tamtych czasach był tylko cherlawym dzieciakiem z kudłatymi włosami i szerokim, szelmowskim uśmiechem.

Nie wiedziałam nic o życiu Tilla, ale domyślałam się, że było lepsze od mojego. Miałam niezłych rodziców, tylko że nie znajdowali dla mnie czasu. A właściwie nie mieli ochoty go dla mnie znajdować. Zawsze czułam, że jestem dla nich ciężarem. Nocami zazwyczaj kryłam się w swoim pokoju i słuchałam, jak kłócą się o pieniądze… lub raczej ich brak. Uwielbiałam wymykać się do tamtego zapyziałego mieszkania. Było moją własną fortecą odosobnienia… dopóki pewnego popołudnia nie zjawił się tam Till.

Przestraszył mnie na śmierć, bo wdrapywał się przez okno. Jego oczy były zaczerwienione, a na policzkach zauważyłam ślady łez.

– Kim ty, kurna, jesteś? – zapytał, otrzepując swoje już i tak brudne spodnie.

Zerwałam się na równe nogi. Blok rysunkowy i kilka kolorowych kredek, które udało mi się wynieść niepostrzeżenie z sali od plastyki rozsypały się po całej podłodze pokrytej linoleum.

– Kurde! – krzyknęłam, rzucając się, by je pozbierać. Kiedy skończyłam zgarniać swój cenny dobytek, spojrzałam w górę i zobaczyłam, jak wyciera łzy rękawami.

– Jeśli powiesz komuś, że płakałem, to ja powiem wszystkim, że próbowałaś mnie pocałować.

– Wcale nie próbowałam cię pocałować! – wrzasnęłam oburzona na samą myśl o tym… i może też nieco zaintrygowana.

– Jeśli się wygadasz, to cała szkoła będzie myślała inaczej.

Chyba rozdziawiłam usta w obliczu tej próby szantażu, ponieważ szybko skończył słowami:

– Lepiej zamknij buzię, bo pająk, który siedzi ci na ramieniu, uzna to za zaproszenie.

Na samą wzmiankę o pająku zaczęłam piszczeć i obijać się o obskurny pokój, młócąc rękami powietrze. Zerwałam koszulkę przez głowę, nie do końca świadoma tego, że chłopak przestał ryczeć ze śmiechu.

– Eee… – zająknął się, kiedy w końcu się uspokoiłam.

Zanim uzmysłowiłam sobie, że stoję tylko w staniku, nie minęła nawet sekunda.

– O Boże! – pisnęłam, odwracając się i zasłaniając swoje piersi rękami.

– Masz. – Rzucił we mnie moją koszulką i na nowo rozpoczął się kolejny atak histerii z powodu pająka.

– Pająk nadal może na niej być! – krzyknęłam do ściany.

– Albo przeniósł się na twoje włosy.

Właśnie wtedy postanowiłam dać sobie spokój z zakrywaniem swojego niemal nieistniejącego biustu i zaczęłam czochrać włosy, wytrząsając wszystkie nieproszone owady, które mogły się w nie zaplątać.

Zawył ze śmiechu.

– Nie śmiej się! – wysyczałam.

Ponownie podniósł koszulkę, lecz tym razem, zanim znowu nią we mnie rzucił, dokładnie ją obejrzał.

– Bezpająkowa. Gwarancja jakości: Till Page.

Spojrzałam na niego z ukosa.

– Dzięki – odpowiedziałam, wciągając koszulkę przez głowę, choć wolałabym ją podpalić.

– Spoko. Jeśli jednak postanowisz się wygadać, to nie będę musiał kłamać i po prostu powiem wszystkim, że się przy mnie rozebrałaś.

– Nie zrobiłbyś tego. – Łypnęłam złowieszczo, przywołując na jego twarz uśmiech.

– To spróbuj – rzekł ze zdumiewającą pewnością siebie. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego u chłopca w swoim wieku. I tak nie miałam najmniejszego zamiaru komuś o tym mówić, ale jednym spojrzeniem umocnił tę decyzję.

– Nieważne. – Podeszłam do swojej małej, prowizorycznej szafy i zaczęłam ją opróżniać.

– Co robisz? – Zaciekawiony patrzył, jak układam w stertę wszystkie stare szkicowniki i ogryzki kredek.

– Zabieram swoje rzeczy, żebyś ich nie ukradł.

– Nie zamierzam kraść twoich pierdół. Nie jestem złodziejem – odpowiedział, a w jego głosie słychać było coś, przez co czułam się winna, że zasugerowałam, iż mógłby je zwinąć.

– Pewnie. Okej. Ale nie chcę ryzykować, skoro jeszcze ktoś tu przychodzi. – Rozejrzałam się, szukając czegoś do zapakowania, ale kiedy się odwróciłam, wszystko rozsypało się na podłogę. – Och – stęknęłam, szybko nurkując za szkicownikami i kredkami.

– Nie musisz zabierać swoich rzeczy. Nie tknę ich. – Kucnął i zaczął pomagać w zbieraniu. – Poza tym nie wiem, co niby miałbym zrobić z centymentrową, różową kredką. – Podniósł ją z podłogi i wyciągnął w moją stronę. W jego oczach odbijało się ciepło. Patrzył zupełnie inaczej niż zaledwie kilka minut temu, kiedy się ze mną droczył.

– Dzięki – odpowiedziałam, przyglądając mu się podejrzliwie. Musiałam uwierzyć mu na słowo, ponieważ nie znałam innego miejsca, gdzie mogłabym trzymać swoje rysunki.

Mojej matce bardzo nie podobało się to, że spędzałam tyle czasu, ślęcząc nad obrazkami. Przy każdej okazji wyrzucała moje przybory rysunkowe. Przypuszczałam, że nie miało to związku z tym, że rysuję, lecz raczej z tym, że mój ojciec był bezrobotnym artystą, który odmawiał znalezienia pracy w innej dziedzinie.

– Często tu przychodzisz? – zapytał Till, ściągając czapkę i przeczesując palcami swoje ciemne, potargane włosy.

– No, przychodziłam. – Przewróciłam oczami, a on swoje zmrużył i w ciszy przyglądał mi się z odległości kilku metrów. Było to najbardziej niezręczne starcie w moim nastoletnim życiu, ale on nawet nie drgnął, zresztą tak, jak ja.

Nagle przestraszył nas wściekły, ostry kobiecy głos, który zatrząsł oknami.

– Till, zabieraj swój tyłek do domu, ale już!

Chłopak szybko złapał mnie za rękę i pociągnąwszy, przycisnął do tylnej ściany, usuwając nas z widoku.

Z palcem na ustach zmusił mnie do milczenia. Wychylił się do tyłu tylko na tyle, by móc zerknąć na zewnątrz przez róg okna.

– Na dół – nakazał, po czym pociągnął mnie na podłogę, obok siebie.

Po kilku sekundach usłyszeliśmy, jak głos kobiety się oddala. Till wydał z siebie westchnienie ulgi.

– To była twoja mama? Brzmiała na wkurzoną. Pewnie powinieneś już iść.

– Zawsze tak brzmi i właśnie dlatego nie zamierzam wracać. Ona chce tylko, abym zajął się braćmi. Wtedy będzie mogła śledzić mojego ojca i upewnić się, że już nie spotyka się z panią Cassidy.

– To pani Cassidy nie jest mężatką?

– Jest – odpowiedział nonszalancko.

– I matką twojej dziewczyny, Lynn Cassidy?

– Jest – powtórzył, w żaden sposób nie reagując na mój pełen obrzydzenia ton. – Hej, a tak właściwie, to skąd wiesz, że Lynn jest moją dziewczyną?

– Bo chodzimy do tej samej szkoły. – Posłałam mu kolejne, pełne obrzydzenia spojrzenie i przewróciłam oczami.

– No właśnie! Tak mi się zdawało, że też chodzisz do East Side!

Wiedziałam o Tillu Page’u wszystko, a jemu się zdawało, że chodzimy razem do szkoły. Niezwykle budujące.

– Jak masz na imię? – zapytał, kiedy usiadłam, opierając się o ścianę. Na kolanach położyłam sobie ołówki i szkicownik.

– Cindy Lou – odpowiedziałam, nie patrząc w górę i rozpaczliwie pragnąc, żeby sobie poszedł.

– Wcale nie.

– Daphne?

– Też nie.

– Ivy? – Spróbowałam go wykiwać po raz ostatni. Bazgrałam błyskawice, udając, że jestem zajęta.

– Nie – odpowiedział, ale przestał wypytywać. – Więc nie przeszkadzałoby ci, gdybym przez chwilę tu posiedział?

– To wolny świat, Till. A ja, tak właściwie, nie mam prawa do tego miejsca – stwierdziłam obojętna… chociaż w środku czułam coś zupełnie innego.

– Okej. – Usiadł pod przeciwległą ścianą.

Przez pół godziny nie ruszył się stamtąd i świdrował mnie wzrokiem. Wytrącało mnie to z równowagi, ale starałam się tego nie okazywać. Usilnie próbowałam go ignorować, ale spośród linii kreślonych ołówkiem na papierze zaczęły wyłaniać się jego oczy.

W końcu wstał i ruszył w stronę okna.

– Do jutra – rzucił znad ramienia.

Następnego dnia w szkole Till ani razu nie zwrócił na mnie uwagi. Co prawda nie spodziewałam się, że usiądzie obok mnie w trakcie lunchu. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale i tak zabolało, kiedy przeszedł tuż obok, nie rzucając w moją stronę nawet jednego spojrzenia. Chociaż może tak było lepiej – po tym, jak poprzedniego dnia zrobiłam z siebie idiotkę.

Tej nocy, gdy tylko moi rodzice zaczęli się kłócić o rachunek za prąd, jak zwykle udałam się do opuszczonego lokum. Kiedy weszłam, na podłodze zauważyłam małą, plastikową siatkę. Na kawałku papieru wyrwanego z zeszytu ktoś napisał liścik.

Zajrzałam do siatki i znalazłam w niej zestaw węgli rysunkowych. Nie były z najwyższej półki, ale nic, na co do tej pory mogłam sobie pozwolić, się z nimi nie równało. Nie miałam pojęcia, skąd Till wziął na nie pieniądze… lub raczej dlaczego miałby wydawać swoje ograniczone środki na mnie. Oczywiście zakładając, że w ogóle za nie zapłacił. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, rozerwałam opakowanie i zaczęłam rysować.

– Bazgroł, jesteś dobra z matmy? – zapytał Till, kiedy godzinę później wspinał się przez okno.

– Co? – Zbił mnie z tropu nagłym zjawieniem się i ponownym użyciem czegoś, co, jak przypuszczałam, było moją nową ksywką.

– Matma. Pan Sparks zamierza mnie oblać. Jeśli nie zaliczę, nie będę mógł grać w futbol. – Podszedł i usiadł obok mnie na podłodze. – O, super. Przyniosłaś żarcie. Umieram z głodu. – Wcisnął rękę w opakowanie z chipsami, które wyniosłam z domu i zamierzałam zjeść na kolację.

– Pff… No, przyniosłam dla siebie. – Zabrałam torebkę, ale on zdążył ukraść kolejną garść.

– Ej, a podobają ci się te kredki? – zapytał, wypychając sobie usta jedzeniem.

Dał mi zestaw. No tak.

Podsunęłam mu resztę chipsów.

– Są naprawdę super. Dzięki.

– Nie ma sprawy. – Wzruszył ramionami i posłał mi szeroki uśmiech z zamkniętymi ustami. – To jak? Matma?

– Nie, serio, Till. Są naprawdę fajne. Musiały być drogie.

– Nie ma sprawy. – Zerwał się na równe nogi i podszedł do lampy stojącej w rogu. – Jak to możliwe, że masz tu prąd? – Dwa razy pstryknął włącznikiem.

– Chyba dostawca prądu nigdy go nie odciął. To dobrze, bo zimą przynoszę mały piecyk elektryczny, żeby nie zamarznąć.

– Bez kitu? Mógłbym się tu wprowadzić – wymamrotał niewyraźnie do siebie. Zrozumiałam go tylko dlatego, że ta sama myśl często przemykała mi przez głowę.

– Mogę zwrócić ci pieniądze za zestaw?

– Nie. Ale możesz mi pomóc z matmą, wtedy nie wykopią mnie z drużyny. – Wepchnął sobie do ust kolejną garść chipsów.

– No weź. Mogłabym płacić ci po kilka dolców tygodniowo czy coś. Czułabym się z tym lepiej.

– Dlaczego? Powiedziałem przecież, że nie ma sprawy.

– Bo oboje nie mamy kasy na takie rzeczy. Chociaż naprawdę to doceniam. – Uśmiechnęłam się sztywno.

– Twierdzisz, że jestem biedny? Nie jestem! – wrzasnął. Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie.

– Nie – powiedziałam ostrożnie. Nie byłam pewna, co myśleć o jego reakcji. – Myślę, że obojejesteśmy biedni. Till, mieszkamy w tej samej dzielnicy. Zakładam, że twoja rodzina, tak jak moja, nie wprowadziła się tu dla luksusowych widoków.

– Nieważne. – Wyszarpnął mi z rąk pudełko ze swoim prezentem i rzucił się biegiem w stronę okna.

– Hej! Nie możesz mi ich teraz zabrać. Dałeś mi je. – Skoczyłam do przodu, chcąc mu je wyrwać.

Zaczęliśmy się szarpać… dopóki nie wyciągnęłam asa z rękawa.

– Au! – krzyknęłam, przyciskając do siebie rękę i przewracając się na brudną podłogę.

Otworzył szeroko oczy.

– Kurde. Przepraszam. Nic ci się nie stało? – Kucnął obok mnie.

Nie wahając się ani przez chwilę, wydarłam mu pudełko z ręki i przekręciłam się, żeby zasłonić je ciałem.

– Chyba sobie żartujesz! – krzyknął.

Nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam zwycięskim śmiechem.

Jednak nie cieszyłam się zbyt długo, bo nie minęła nawet sekunda, kiedy on nachylił się i szepnął mi do ucha:

– Pająk.

Całe moje ciało zaczęło drżeć. Podskoczyłam na równe nogi.

Upadł na podłogę, śmiejąc się histerycznie. Próbowałam użyć mocy i wystrzelić laserami z oczu. Niestety, chyba nie był ze mnie najlepszy Jedi.

– Ale z ciebie palant!

– O Boże, Bazgroł! – Dalej tarzał się po podłodze. – Myślałem, że masz atak padaczki!

– Mam nadzieję, że dobrze grasz w futbol, bo komik z ciebie żaden – stwierdziłam śmiertelnie poważnie.

– A z ciebie? – Zaczął skakać po pomieszczeniu, przedrzeźniając mnie i krzycząc: – Au!

Zagryzłam wargi, próbując stłumić śmiech. Nabijał się ze mnie, ale robiąc to, wyglądał bardzo komicznie. W żadnym wypadku nie mogłam być na niego zła. Kilka minut później zatrzymał się i posłał mi uśmiech topiący serca. A przynajmniej moje serce.

– Pomogę ci w matmie… jeśli obiecasz, że nie będziesz już kradł przyborów rysunkowych.

Uśmiech zbladł. Till wpatrywał się w swoje buty, zawstydzony.

– Dzięki za prezent i nawet nie myśl o odbieraniu mi go. Ale już wystarczy, dobrze?

– Taa. Spoko – powiedział, wbijając wzrok w podłogę.

– Dobrze, głuptasie. Od czego powinniśmy zacząć? Proszę, powiedz, że nie muszę cię uczyć, że dwa plus dwa to cztery. – Zażartowałam, przechodząc obok niego i szturchając go ramieniem.

– Baaardzo śmieszne. – Droczył się, ale poszedł za mną i usiadł na kocu.

Dwie godziny później, po odrobieniu zadań domowych z matematyki, wyszedł przez okno. Tuż przed tym, jak zniknął, zawołał:

– Do jutra, Bazgroł!

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że po tym dniu będę widywała Tilla Page’a prawie codziennie.

2ELIZA

Trzy lata później…

– CHCIAŁABYŚ WYBRAĆ SIĘ ZE MNĄ dzisiaj wieczorem do kina? – zapytał.

Przygryzłam wnętrze policzka, żeby stłumić pisk nastolatki, który próbował się ze mnie wydobyć.

– Pewnie. Brzmi fajnie – powiedziałam nonszalancko i szybko się odwróciłam. Stał zbyt blisko mnie, więc potrzebowałam ucieczki. Ciemne wnętrze mojej szafki wydawało się najbardziej oczywistym z wyborów.

Schowałam do niej głowę, udając, że szukam jakiejś książki i pozwoliłam, by na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wizja tego, jak mówię Crystal o naszej randce, dawała mi niemal tyle samo ekscytacji, co sama randka. Dostanie zawału, kiedy powiem jej, że w końcu mnie zaprosił. Długo mu to zajęło… to na pewno. Zdawało mi się, że cała szkoła wie o tym, że jest mną zainteresowany, chociaż ja raczej nie należałam do fajnych dzieciaków. Z drugiej strony on też nie. Niewielu sportowców zapisywało się na każdą możliwą lekcję rysunku, wliczając w to te, które szkoła oferowała po godzinach lekcyjnych. Był inny i to mi się podobało. Bardzo.

– Wszystko w porządku, Elizo?

Poczułam jego dłoń na plecach i dosłownie pisnęłam. To niezbyt subtelne z mojej strony, ale pisk stłumiło chrapliwe westchnienie. Może i miałam dopiero szesnaście lat, ale wiedziałam, że chrapliwe dźwięki nie pomagają, kiedy się próbuje udawać wyluzowanego.

– Tak. W porządku. – Obróciłam się, żeby stanąć z nim twarzą w twarz. Jego dłoń znalazła się na moim biodrze. Pisnęłam.

Nagle moją uwagę przykuły obce, piwne oczy. Och, znałam każdy łuk jego niedorzecznie przystojnej twarzy. Każdy z nich rysowałam więcej razy, niż chciałabym się do tego przyznać. Ale w tym budynku te oczy były dla mnie tak samo odległe, jak mężczyzna na Księżycu.

Kiedy się zbliżył, uśmiech zniknął z mojej twarzy.

– Bennett, masz przyjść na salę gimnastyczną. Trener cię szuka – oznajmił Till, zatrzymując się przed nami.

Przez lata przywykłam do tego, że Till w szkole mnie unikał. Każdej nocy spędzał godziny przy moim boku w naszym opuszczonym mieszkaniu, ale w szkole nigdy. Ani razu nie zwrócił na mnie uwagi. Na początku mnie to wkurzało. No dobra, nadal mnie to wkurza.

– Co? Dlaczego? – Daniel Bennett zdjął dłoń z mojego biodra.

Zamiast kolejnego pisku, z mojego gardła wydobył się pomruk skierowany bezpośrednio w stronę Tilla.

– Nie byłem pewien co do niektórych zagrywek, więc znowu będziemy oglądać nagrania z zeszłego tygodnia. – Kącik jego ust podniósł się, tworząc półuśmiech.

I to właśnie rozpoznałam. Coś kombinował.

– Serio? Mam już plany – jęknął Daniel.

– Sorry, stary. To rozkaz trenera. – Till wzruszył ramionami i próbował wcisnąć dłonie w kieszenie swoich sponiewieranych dżinsów.

Ostatnio odkrył istnienie ciężarków, więc spodnie szybko stawały się za małe na jego duże ciało, ale nosił je tak, jakby dokładnie o to mu chodziło. Cholera, znając Tilla, możliwe, że właśnie tak było.

– To będzie trwało cały wieczór? – upewnił się Bennett, przechylając głowę w moją stronę.

Till wciągnął powietrze. Wiedziałam, że czerpie z tego radość.

– Na to wygląda. – Przekrzywiłam głowę. Nie byłam pewna, co myśleć o jego nagłym pojawieniu się, ale jeśli zauważył mój badawczy wzrok, nie dał tego po sobie poznać.

– Cholera – wymamrotał Bennett, odwracając się do mnie. – Może moglibyśmy iść na kolację jutro po meczu? Trener uwielbia te swoje nagrania, więc to będzie trwało wieczność.

Westchnęłam zrezygnowana.

– Nie mogę. Jutro wieczorem pracuję. W piątkowe wieczory Smokehouse tętni życiem. Pojawi się tam co najmniej dwunastu klientów. Jakże mieliby znaleźć sobie miejsce beze mnie? – odpowiedziałam sarkastycznie.

– No to przyszły weekend? – Znowu jęknął.

– Pewnie. Może być. – Posłałam mu słodki uśmiech.

– Okej. Następny weekend. Kolacja i film. – Upewnił się, zanim się wycofał.

– Uważaj! – Zaśmiałam się, patrząc, jak taranuje jednego z pierwszaków.

– Przepraszam – powiedział i puścił do mnie oko.

Zakrywając usta, próbowałam ukryć uśmiech. Patrzyłam za nim, dopóki nie zniknął z widoku, po czym znowu odwróciłam się do szafki, ale zatrzymałam się, ponieważ Till nadal stał obok mnie.

Nie wiedziałam, dlaczego zwlekał. Zamykając szafkę, otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale mnie ubiegł.

– Bazgroł – rzekł, witając mnie i żegnając zarazem.

Szczęka mi opadła, a on oddalił się wolnym krokiem.

Trzy lata. Trzy długie lata i pierwszym słowem, jakie wypowiedział do mnie w szkole, była moja głupia ksywka tak cholernie przeze mnie kochana. Nawet nie mogłam być na niego o to zła.

3TILL

Pół roku później…

– HEJ, PANI NOELLE. CZY MÓGŁBYM pożyczyć od pani telefon? – Poprosiłem zrzędliwą starszą panią mieszkającą obok.

– Znowu? – burknęła, wręczając mi bezprzewodowy telefon przez szparę w drzwiach.

– Przepraszam. – Wstukałem numer do przyjaciółki mamy, Tracie. Miała komórkę i chociaż była kompletną suką, sądziłem, że będzie w stanie mi pomóc.

– Tracie. Cześć, tu Till. Wiesz może, gdzie jest moja matka? – zapytałem, gdy tylko odebrała.

– Jezu, Till. Skończ już wydzwaniać na mój rachunek. Zamierzasz, gołodupcu, go opłacić, jak zejdę? Nie wydaje mi się. Nie mam pojęcia, gdzie jest twoja matka. Przestań wydzwaniać. – Rozłączyła się tak samo szybko, jak odebrała.

– Cholera – przekląłem pod nosem, oddając telefon pani Noelle.

– Ależ proszę bardzo! – krzyknęła za mną, kiedy ruszyłem do mieszkania rodziców.

– Taa, dzięki – odpowiedziałem nieobecny.

Wszedłem do środka i zacząłem chodzić po tej norze. Eliza na mnie czekała. Wiedziałem, że tak jest. Godzina policyjna jej chłopaka, Daniela Bennetta, rozpoczynała się o północy, więc zawsze ją odwoził pół godziny przed czasem. Sam fakt, że musiałem się nią z nim dzielić, był dobijający, a do tego, ponieważ moja matka wyszła na chwilę po papierosy i od sześciu godzin nie wróciła, istniała spora szansa, że ominą mnie urodziny Elizy.

Utknąłem zaledwie dwa budynki dalej, pilnując swoich braci. Skoro Flint był jedenastoletnim chłopakiem, prawdopodobnie nic by mu się nie stało, gdyby miał spać sam w mieszkaniu, ale Quarry był tylko sześciolatkiem. Nie mogłem po prostu wyjść.

– Cholera! – krzyknąłem, ściągając czapkę i rzucając ją na kanapę. – Akurat, kurwa, dzisiaj! – Zacząłem narzekać.

– Till?

Usłyszałem głos Quarry’ego, który wychodził właśnie ze swojego pokoju ubrany w komplet brudnych ciuchów. Z tego, co wiedziałem, miał tylko dwie pary dżinsów. O piżamie mógł sobie co najwyżej pomarzyć.

– Wszystko dobrze, mały. Wracaj do łóżka.

– Mama nadal nie wróciła? – zapytał, przecierając oczy.

– Nie, ale wszystko jest w porządku. Po prostu idź spać. – Poczochrałem jego gęste, czarne włosy.

– Masz randkę?

– Tak jakby.

Największe niedopowiedzenie roku. Wcale nie tak jakby. Chodziło o Elizę. Chodziło o coś ważniejszego od randki. Całymi pieprzonymi tygodniami oszczędzałem pieniądze na prezent dla niej. A teraz, kiedy miała urodziny, nie mogłem jej go nawet dać.

Palcami zawinąłem dolną wargę i rozmyślałem nad tym, co zrobić. Matka w końcu się zjawi, ale byłem pewien, że stanie się to dopiero rano. Bóg jeden wie, gdzie, do diabła, przebywał ojciec. On był nawet bardziej bezwartościowy od niej. Co noc spotykałem się z Elizą i z pewnością nie zamierzałem zmieniać tej tradycji w jej urodziny.

– Hej, Quarry. Ubieraj buty. Idziemy na krótki spacer.

– Okej! – rzucił podekscytowany, a ja roześmiałem się po raz pierwszy od kilku godzin.

Poszedłem do pokoju chłopców i szturchnąłem Flinta.

– Ej, zabieram Q na spacer. Możesz przez chwilę zostać sam?

– Taa – burknął, przewracając się na drugi bok i od razu zasypiając.

Otworzyłem szafę w przedpokoju i wyciągnąłem wazon, który tam schowałem.

– Gotowy! – krzyknął Quarry.

Rzuciłem okiem na jego brudną koszulkę i pokręciłem głową.

– Idziemy. – Ruszyłem w stronę drzwi z bratem depczącym mi po piętach.

Przez całą drogę gęba mu się nie zamykała.

– Ej, gdzie idziemy? Ty zrobiłeś te kwiatki? To dla twojej dziewczyny? Ty w ogóle masz dziewczynę? Jak ma na imię? Mogę ją poznać?

– Jezu! Quarry, skończ już! – warknąłem, ale on uciszył się tylko na minutę.

– Mieszka tu? – wyszeptał, a ja rzuciłem mu spojrzenie wyrażające frustrację, na co on tylko się uśmiechnął i wzruszył ramionami.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, zauważyłem światło w oknie. Ona tam jest.

Serce zaczęło mi bić mocniej… jak zawsze tuż przed zobaczeniem jej.

– Zostań tu – rozkazałem Quarry’emu, zbliżając się do okna, ale usłyszałem, że za mną idzie. Odwróciłem się szybko do niego. – Co ty robisz? Powiedziałem ci, że masz zostać na chodniku.

– Tam jest ciemno! – zajęczał w odpowiedzi.

– Nie możesz ze mną iść. Po prostu… Zostań. Tutaj. – Znowu ruszyłem w stronę okna, a Quarry ciągle za mną szedł. – Przestań za mną łazić! – powiedziałem teatralnym szeptem.

– Jest naprawdę ciemno, Till! – odpowiedział w ten sam sposób.

Głośno westchnąłem.

– To stań tam, pod tym oświetlonym przejściem między domami. – Wskazałem budynek obok.

– Dobra. Odprowadź mnie.

Rzuciłem mu zniecierpliwione spojrzenie, które spłynęło po nim jak po kaczce.

– No, chodź. – Sfrustrowany poszedłem z bratem, powłócząc nogami.

Kiedy za mną szedł, nie przestawał chichotać. Już jako sześciolatek miał jaja.

Zaraz po tym, jak Quarry znalazł się kilka centymetrów od światła, poszedłem z powrotem pod okno. Serce mi waliło, a wazon w mojej ręce stukał, gdy się zbliżałem.

To tylko Eliza.

Cholera. To Eliza. Puls znowu mi przyśpieszył.

– Hej! – krzyknęła, kiedy otwierałem okno.

Na jej widok od razu się uspokoiłem. Nadal tam jest. Prawie cztery lata później wciąż tam była.

– Cześć, solenizantko! – Pilnowałem się, żeby trzymać ręce nisko, nie mogła zauważyć prezentu.

– Co tak stoisz? Wchodź.

– Ech. Nie mogę. Moja matka wyszła… – Przerwałem. Nie chciałem jej zarzucać całym tym swoim gównem. Powinienem zaśpiewać „Sto lat” i przytrzymywać jej szkicownik… lub raczej zaglądać jej w dekolt, kiedy nachyla się, rysując.

– Gdzie poszła? – zapytała, wstając z koca rozłożonego na podłodze. Odnotowałem w głowie, żeby znaleźć dla niej coś wygodniejszego do siedzenia.

– Po fajki…

– O, okej.

– Sześć godzin temu – dokończyłem.

– Ach. – Zatrzymała się zaledwie kilka centymetrów ode mnie, ale dzielił nas cały świat w postaci okna.

– Przepraszam, Bazgroł. Nie mogę ich zostawić samych. Po prostu chciałem… No, wszystkiego najlepszego. – Podniosłem wazon wypełniony papierowymi kwiatami tak, żeby mogła go zobaczyć.

– Till! – Wciągnęła powietrze, zasłaniając sobie usta rękami. Roześmiała się głośno, a łzy napłynęły jej do oczu.

Eliza była beksą. Udawała, że płacze tylko wtedy, gdy jest zła. Ale to było tylko takie pieprzenie. Płakała niezależnie od tego, skąd wiał wiatr. Szczęśliwa, smutna, zła… to nie miało znaczenia.

Uwielbiałem, kiedy płakała z radości. Śmiałem się, kiedy płakała ze złości. Byłem nieszczęśliwy, kiedy płakała ze smutku. Za każdym razem trzymałem ją w ramionach. Ale jej reakcja tej nocy była wyjątkowa. Chociaż domyślałem się, że mój prezent był także dosyć szczególny.

Od miesięcy gadała o specjalnych pędzlach, które sobie wymarzyła. Dla dzieciaków takich jak my, pięćdziesiąt dolców, bo tyle kosztowały, to kosmos. Ale kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że zbliżają się jej urodziny, dobrze wiedziałem, co jej kupię. Poskładałem chyba z milion kartek zeszytowych, tworząc małe kwiaty i poprzyklejałem je do rączek pędzli. Następnie wrzuciłem je do wazonu i bam! Miałem bukiet, który nie zwiędnie. Myślałem, że to dobry pomysł, ale okazał się dużo lepszy, niż się spodziewałem.

– Ty je zrobiłeś? – zapytała, nadal zakrywając sobie usta.

– No – stwierdziłem dumnie.

– Czy to są…

– No – potwierdziłem, a ona otworzyła szerzej oczy. – Kupiłem je – szybko dodałem, przypominając sobie pierwszy raz, kiedy podarowałem jej przybory rysunkowe.

Wybuchnęła śmiechem. Boże, jak ja to kochałem. Wiedziałem, że gdy go utracę, już nigdy nie będę taki sam. Z radością oddałbym każdy dźwięk świata, jeśli tylko mógłbym zatrzymać jej śmiech. Ale moje życie nie działało w ten sposób.

– Till! – Wygramoliła się przez okno i zarzuciła mi ręce na szyję. – Dziękuję!

– Nie ma sprawy, Bazgroł – szepnąłem w jej włosy. Trzymając ją niemożliwie mocno, chłonąłem ciepło, które tylko ona mogła mi dać.

Odchyliła się, a jej płomienny wzrok szybko natrafił na moje usta. Eliza od zawsze tak na mnie patrzyła, a mnie wraz z mijającymi latami było coraz trudniej powstrzymywać się od pocałowania jej, dotykania, uznania za swoją. Ale wiedziałem, że jeśli bym to zrobił, ostatecznie i tak bym ją stracił. Związki licealne nigdy nie wypalały. Coś by się wydarzyło, rozstalibyśmy się, a ona odeszłaby na zawsze. Nie chciałem tak ryzykować. Za bardzo potrzebowałem Elizy.

Przez lata kochałem ją z daleka… no, raczej z daleka tylko wtedy, kiedy nie znajdowaliśmy się w naszym osobistym małym niebie. Niebezpiecznie byłoby zwrócić na nią uwagę poza tymi ścianami.

Od zawsze była piękna. Już w wieku trzynastu lat oczarowały mnie jej głębokie, ciemnoniebieskie oczy. Proste, brązowe włosy sięgające do ramion miała zawsze poskręcane z przodu, bo z nerwów bawiła się końcówkami. Jasna skóra była usiana piegami, których mapę mogłem wyrysować z pamięci. A jej ciało… Jezu, jej ciało zostało dla mnie stworzone. Była naturalnie szczupła, ale miała delikatnie zaokrąglone biodra. Właśnie te krągłości dręczyły mnie codziennie. Byłem co najmniej o trzydzieści centymetrów wyższy od niej i prawdopodobnie cięższy o jakieś pięćdziesiąt kilogramów, ale w środku to ona była silniejsza.

Nikt nie zauważał Elizy Reynolds. W szkole kojarzyło ją niewiele osób, a ja nie zamierzałem tego zmieniać. Jeśli zostałaby dostrzeżona przez drużynę futbolową, chłopcy zalaliby ją propozycjami wyjścia na randki. Więc za wszelką cenę ją ignorowałem, żeby nie zwracać na nią uwagi innych. Nie mogłem ryzykować tego, żeby ktoś mi ją zabrał.

Pewnie, spotykała się z Danielem Bennettem, ale on był idiotą. Codziennie, widząc ich razem w szkole, chciałem go zabić. Ale co mogłem zrobić? Nie była moja… W każdym razie nikt o tym nie wiedział.

– Co dostałaś od Bennetta? – zapytałem, żeby wybadać konkurencję. Nie był bogaty, ale miał samochód i w każdy weekend zabierał ją na randkę. Pytanie zadałem z ciekawości, ale ona przestała się uśmiechać.

Wymamrotała coś, co nie do końca usłyszałem.

– Co?

Spojrzała w górę i powtórzyła:

– Kolczyki w kształcie biedronek.

Przez minutę mrugałem oczami, a potem zgiąłem się wpół ze śmiechu.

– Zamknij się! – powiedziała twardo, a następnie zaczęła się śmiać razem ze mną.

– Po prostu pozwól mi się upewnić, Bazgroł. Kupił kolczyki w kształcie biedronek dziewczynie, która nigdy nie ma przekłutych uszu i która panicznie boi się robaków? – Znowu zacząłem się śmiać.

– Och, ale to nie wszystko. Nie wiedziałam, co powiedzieć, kiedy otworzyłam prezent, więc powiedziałam mu, że są piękne. Teraz będę musiała sobie przekłuć uszy, żeby nie czuł się źle.

– Co? To kretyński pomysł. – Przestałem się chichrać. – Boisz się igieł. Wiesz, że ich do tego używają, nie?

– O kurde, Tillu Page’u. Ty naprawdę mnie słuchasz! – Uśmiechnęła się i objęła mnie, znowu się przytulając. – Dziękuję.

– Słucham całej twojej paplaniny. Nawet tych nudnych rzeczy.

Zachichotała, a ja pocałowałem ją w czubek głowy.

– Światło zgasło – stwierdził Quarry, który zjawił się ni stąd, ni zowąd. Wystraszył nas oboje.

Eliza podskoczyła chyba na trzy metry.

– Jezu, Q! Nie zakradaj się tak do ludzi! – warknąłem, próbując uspokoić swoje łomoczące serce.

– Przepraszam – powiedział zawstydzony, a ja od razu poczułem się winny, że na niego naskoczyłem.

– Hej, nic się nie stało, mały.

– Czy to Quarry? – Eliza prawie zapiszczała.

– Powinniśmy się zbierać – mruknąłem.

– Tak, to ja Quarry. – Zakołysał się na palcach.

– Wow. Słodziak z ciebie. – Eliza kucnęła przed nim, a ja mogłem tylko myśleć o tym, że zauważy, jak brudna jest jego koszulka.

– No chodź, Q. – Zacząłem odchodzić, ale oboje mnie zignorowali.

– Dzięki! – Quarry uśmiechnął się szeroko. – Ej, może jak będę starszy, to pójdziemy na randkę czy coś? – zapytał. Szybko przekręciłem głowę w jego stronę, podnosząc pytająco brew.

– Byłoby super – powiedziała, tłumiąc chichot. – Chociaż najpierw powinnam ci chyba powiedzieć, jak mam na imię. Wiesz, w ten sposób będziesz mógł mnie odnaleźć za kilka lat.

– O, no. Przydałoby się. Dałabyś mi też swój numer telefonu? – zapytał.

Szczęka mi opadła. Świetnie. Nawet mój sześcioletni brat próbuje mi ją zabrać.

– Widać, że jesteś spokrewniony z Tillem. – Zaśmiała się głośno. – Cóż, Quarry Page’u, nazywam się Eliza Reynolds. Później poproszę twojego brata, żeby dał ci mój numer. Naprawdę nie mogę się doczekać naszej randki. – Podniosła rękę, żeby przybił jej piątkę, a Quarry z entuzjazmem to zrobił.

Kręcąc głową, zerwałem miłosną więź Quarry’ego.

– No dobra, musimy już iść. Flint został w domu i śpi. Wszystkiego najlepszego, Bazgroł. – Pochyliłem się i pocałowałem ją w czoło.

Zdjęła wazon z parapetu i przytuliła do piersi.

– Jeszcze raz dziękuję. Widzimy się jutro?

– Pewnie. – Uśmiechnąłem się, a po chwili puściłem oczko. – Chodź, pomogę ci. – Podniosłem ją i delikatnie przecisnąłem przez okno, z powrotem do środka. Wykorzystam każdą wymówkę, żeby jej dotknąć.

– Dobranoc, Quarry! – Posłała mu buziaka, przez którego uśmiech powoli wkradł się na jego twarz.

Jak tylko oddaliliśmy się o kilka kroków, Quarry znowu zaczął mówić.

– Chcesz wziąć z nią ślub?

– Nie wiem. Chyba mogłeś zapytać mnie o to, zanim zaprosiłeś ją na randkę. Nie wiem, czy podoba mi się to, że podrywasz moją dziewczynę. – Droczyłem się z nim, ale on przestał się uśmiechać. – Żartuję. – Lekko szturchnąłem go w ramię.

– Ej, a dlaczego wspięła się przez okno? W jej domu nie ma drzwi? Byłoby całkiem fajnie cały czas wspinać się przez okna. Wtedy trzeba by chyba wstawić klamkę w okno?

– Chcesz usłyszeć coś fajnego? – Przerwałem, żeby go uciszyć.

– No!

– To okno, przez które się wczołgała, jest magiczne.

– Nie – powiedział, nie dowierzając. Przystanął i spojrzał na mnie.

– Serio. To jest magiczny portal, który przenosi do świata fantazji. Nie ma tam rodziców ani nauczycieli. Wszystko jest ładne i czyste, a w spiżarni nigdy nie brakuje jedzenia. Ale najlepsze jest to, że ona zawsze tam jest.

– Ona też jest magiczna? – zapytał, wciągając powietrze z szeroko otwartymi oczami.

Zanim mu odpowiedziałem, myślałem o tym przez minutę.

Czy Eliza jest magiczna?

Dla mnie tak.

– Na sto procent.

4ELIZA

Sześć miesięcy później…

– DLACZEGO SIEDZISZ PO ciemku? – zapytał Till, przeciskając się przez okno do mieszkania. Zawsze zastanawiało mnie, czemu nie wchodzi, używając drzwi.

Już dawno temu odcięli prąd w naszym nocnym azylu. Nie chciałam, aby Till kradł z mojego powodu, ale kiedy przeciągnął z budynku obok kabel od starego przedłużacza, zrobiłam wyjątek. Przewód zakopał w ziemi, żeby nikt go nie zauważył, ale i tak musiał zmieniać jego położenie kilka razy w ciągu tych paru lat. Dzięki niemu mieliśmy światło i mogliśmy podłączać mały piecyk elektryczny, który kupiłam w second handzie.

Z czasem Till urządził to brudne, zapyziałe mieszkanie. Jego wysiłki nie przekonałyby władz miasta do zmiany statusu tego przeznaczonego do rozbiórki lokum, ale sprawiły, że stało się dla nas wygodne. Jak znajdował jakieś wyrzucone meble, przynosił je. Zawsze coś niezbyt dużego. Podejrzewałam, że sam nie dałby rady przynieść kanapy i byłam w takim samym stopniu pewna, że nigdy nie powiedziałby nikomu o naszym miejscu. Również tego nie zrobiłam.

– Co ty tu robisz? – zapytałam, odwracając się szybko, by ukryć łzy.

– Ee, mieszkam tu – odpowiedział ukochanym przeze mnie przemądrzałym tonem.

– Wcale nie.

– No, prawie. – Przyjrzał mi się, zaciekawiony. – Dlaczego płaczesz? – Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, która zdawała się rosnąć z każdym dniem.

Nie to, żebym zauważyła czy coś. Wcale mu się nie przyglądałam ani go nie pożądałam… każdego dnia. Nie. Wcale. Till był moim najlepszym przyjacielem, bratem, którego nigdy nie miałam… i źródłem każdego mojego orgazmu.

– Nieważne – powiedziałam wymijająco.

– Dlaczego płaczesz, Bazgroł? – powtórzył. Mój manewr najwidoczniej nie zadziałał.

– Przez głupotę. – Wytarłam oczy wierzchem dłoni. – Myślałam, że masz dzisiaj randkę z Helen Chapman – zagadnęłam, próbując odwrócić jego uwagę.

– Co? Kto ci tak powiedział?

Jak Boga kocham, czasami nie pamiętał nawet, że chodzimy do tej samej szkoły. Nic się nie zmieniło. Tu, w mieszkaniu, Till i ja byliśmy sobie bardzo bliscy, ale nikomu tego nie zdradzaliśmy, chowaliśmy się przed światem zewnętrznym… lub, dokładniej rzecz ujmując, Till się chował.

– Nikt nie musiał mi tego mówić. Cała szkoła o tym gadała. – Wstałam z poduszek, które ułożyliśmy na podłodze, tworząc prowizoryczną kanapę.

W kąciku jego ust ukazał się ironiczny uśmieszek.

– Naprawdę nie powinnaś wierzyć we wszystko, co słyszysz.

Zaśmiałam się głośno.

– Zabawne. Słyszę to już kolejny raz dzisiaj.

Uniósł brew i przechylił głowę, czekając na dalsze wyjaśnienia, ale ja mu ich nie udzieliłam.

– Głodny? – Podeszłam do małej szafki na dokumenty przekształconej przez Tilla w spiżarnię. Nigdy nie była wypełniona po brzegi, ale zazwyczaj coś tam mieliśmy na wypadek, gdybyśmy zgłodnieli.

Przeważnie spędzaliśmy w naszym mieszkaniu dwie godziny, ale w weekendy, jeśli nie pracowaliśmy, przesiadywaliśmy tu całymi dniami. Moi rodzice nigdy nawet nie zapytali, gdzie tak znikam, więc w końcu przestałam się wymykać i zaczęłam wychodzić drzwiami wejściowymi.

– Przestań unikać odpowiedzi. – Chwycił moją rękę, próbując mnie zatrzymać. – Dlaczego się schowałaś i płakałaś w ciemności?

Westchnęłam. Wiedziałam, że się z tego nie wykręcę. Niezależnie od tego, czy powiem mu dzisiaj, byłam pewna, że i tak dowiedziałby się o tym w poniedziałek rano, jak tylko pociąg ze szkolnymi ploteczkami zajechałby na stację.

– Daniel przespał się z Crystal – oznajmiłam beznamiętnie, choć zadrżał mi podbródek.

– Bennett? Niemożliwe – odparł z niedowierzaniem.

– Serio. – Wyszarpnęłam się z jego uścisku i wyciągnęłam puszkę ravioli oraz widelec. – Crystal sama się przyznała.

Wziął ode mnie jedzenie, po czym dalej mnie wypytywał.

– Czekaj. Twoja kumpela, Crystal? – Następnie otworzył puszkę i władował sobie do ust widelec pełen pierożków.

– Taa. Zadzwoniła i poinformowała mnie o tym, że są sobie przeznaczeni. Mówiła jakieś pierdoły o Romeo i Julii, a potem opowiedziała, jak spędzili noc pod gwiazdami na tylnym siedzeniu jego samochodu, rozdziewiczając się nawzajem. – Przekazałam mu słowa koleżanki z własnym dziwkarskim dodatkiem sarkazmu.

Till zakrztusił się ze śmiechu, wypluwając tani, czerwony sos na moją twarz. Nawet nie chciało mi się reagować na fakt, że zostałam pokryta mieszanką śliny i ravioli. To była zaledwie brązowa wisienka na tym gównianym torcie.

Odłożył puszkę i szybko się zbliżył do mnie.

– Kurde. Przepraszam. – Zachichotał. Podnosząc brzeg swojej koszulki, wytarł mi twarz… w tym kilka łez, którym udało się wymknąć z moich oczu. – A powiedziałaś jej, że Romeo został już rozdziewiczony?

Szybko na niego spojrzałam.

– Został?

– Ee… – Przeciągnął, nerwowo bujając się na palcach i błądząc wzrokiem po pokoju.

– Till?

– Nie przejmuj się, Bazgroł. Bennett to cholerna papla.

– A tak właściwie, to czym miałabym się przejmować? – Zmrużyłam oczy, a policzki zaczęły mi płonąć.

Till Page stał się dla mnie najbliższą osobą na świecie, ale i był facetem, a ja siedemnastoletnią dziewicą. Niezręcznie mi się o tym rozmawiało.

– No wiesz… Ty i Bennett. To nie moja sprawa. – Na szczęście on zdawał się równie skrępowany. – Znaczy, byliście ze sobą przez jakiś rok. I tak każdy zakładał, że wy to robiliście.

– Zakładali, że co robiliśmy? – Krew zawrzała mi w żyłach, a po zawstydzeniu nie pozostał nawet ślad. Na nieszczęście dla mnie, płakałam, kiedy się denerwowałam, a kolejne wypowiedziane przez Tilla słowa otworzyły tamę łez.

– Chodzi o to, że on… eee, powiedział wszystkim, że wy to robiliście. – Przerwał, a ja wytrzeszczyłam oczy. – Tak regularnie.

– Co?! – Zachłysnęłam się powietrzem, chociaż nie byłam tak naprawdę zszokowana. Właśnie takie rzeczy robili nastoletni chłopcy, nie? Kłamali na temat seksu. Ale tym razem chodziło o mnie. Ze łzami spływającymi po policzkach, udało mi się wykrztusić: – My nigdy…

– Kurwa – rzucił. Od razu zrobił krok do przodu, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej. Czułam jego bijące serce i napięte mięśnie. Bezcelowo gładziłam dłońmi jego boki. – Naprawię to. – Uspokajał mnie.

– Zamierzasz cofnąć czas? Bo jestem cholernie pewna, że nie da się tego inaczej naprawić.

Właśnie wtedy, w tym miejscu, poprzysięgłam sobie, że wykastruję Daniela Bennetta. Na początku miała to być tylko myśl, ale gdy poczułam, jak klatka piersiowa Tilla zaczyna się trząść, zdałam sobie sprawę z tego, że wypowiedziałam swoją groźbę na głos.

– Skłamiesz dla mnie glinom, kiedy już to zrobię, nie? Będę potrzebowała alibi. – Podniosłam głowę, żeby przyciągnąć jego wzrok.

Ryknął śmiechem.

– Nie, nie chcę być twoim alibi. Ale z chęcią przytrzymam go dla ciebie. – Uśmiechnął się, muskając mnie po plecach.

Nie okazywaliśmy sobie zbyt często czułości, ale też nie unikaliśmy jej zupełnie. W pierwszej klasie liceum moja matka porwała na strzępy szkicownik, który znalazła w moim plecaku, a ja wtedy godzinami płakałam w ramionach Tilla. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że zaczęłam na nim bardzo polegać i mu ufać. Wiedział, jak wygląda moje życie i nie oceniał mnie. Byliśmy ulepieni z tej samej gliny. Może znalazłoby się więcej biednych dzieciaków z popieprzonymi rodzicami, ale czasami naprawdę wydawało się, że tylko my jesteśmy w takiej sytuacji.

– O mój Boże. W poniedziałek wyjdę na kompletną idiotkę przed całą szkołą. Nie tylko rzekomo uprawiałam dziki seks z Danielem, ale też nie byłam nawet na tyle dobra, żeby powstrzymać go od przespania się z moją najlepszą przyjaciółką – wyjęczałam, tupiąc dla lepszego efektu.

– Dziki seks? – Upewnił się Till z nutką rozbawienia w głosie.

– Zamknij się. Wiesz, co mam na myśli.

Jeszcze mnie nie puścił, więc z powrotem wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową.

Skoro oferował, to brałam.

– Jak chcesz, to mogę skopać mu tyłek. – Zabrzmiał, jakby żartował, ale wiedziałam, że pyta poważnie.

– Nie – wymamrotałam. Moja odpowiedź miała niewiele do czynienia z martwieniem się o bezpieczeństwo Daniela. Wynikała tylko z tego, że nie chciałam, aby Till wpakował się przez niego w tarapaty.

– Mogę rozpowiedzieć jakieś plotki na temat Crystal. – Opuściwszy ramiona, objął mnie w pasie i oparł podbródek na czubku mojej głowy.

– Nie. Chcę tylko, żebyś znalazł sposób na zabutelkowanie chlamydii, wtedy będziemy mogli zarazić nią ich oboje.

– Pewnie. Jutro zacznę prowadzić nad tym badania. Znam kilka dziewczyn, które prawdopodobnie mogłyby dostarczyć nam próbek.