Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
511 osób interesuje się tą książką
Wrogów trzymaj jak najbliżej.
Coralie Colbern to idealna uczennica, córka i koleżanka. Całe jej życie zostało z góry zaplanowane przez matkę, dla której dziewczyna zawsze pozostaje tą drugą, ukrytą w cieniu sławnej siostry bliźniaczki.
Nauka w elitarnej szkole Golden Flame, przewodzenie samorządowi i różne zajęcia pozalekcyjne to dla Cory szansa na pokazanie, jak dużo potrafi i ile znaczy. Chłodne mury placówki są dla niej schronieniem oraz domem. Przynajmniej do czasu, gdy jej największy rywal, Jasper Parish, zaczyna mieszać w jej codzienności, w dodatku na terenie liceum dochodzi do tragicznego wydarzenia…
Coralie bardzo szybko odkrywa, że poczucie bezpieczeństwa to zwykła iluzja. Istnieją sekrety, których nie powinno się ujawniać. A nienawiść i miłość oddziela cienka, łatwa do przekroczenia granica. Dziewczyna powoli traci panowanie nad swoim perfekcyjnym życiem.
A może ono tak naprawdę od zawsze było tylko kłamstwem, które niedługo wyjdzie na jaw?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 722
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Agata Polte
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Natalia Szoppa, Monika Baran
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Projekt okładki: Katarzyna Pieczykolan
Ilustracja na wyklejce: Ida Chańko
ISBN 978-83-8418-728-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Mimo że akcja dylogii „Golden Flame” rozgrywa się w prywatnej fikcyjnej szkole średniej, a bohaterowie są nastolatkami, te historie zostały przeznaczone dla dojrzałych czytelników ze względu na poruszane tematy. W Keep Me Closepojawią się między innymi wątki związane z przemocą psychiczną, manipulacją, śmiercią, prześladowaniem, gnębieniem, używkami, toksycznymi relacjami i cyberprzemocą. Zostaną tu również przedstawione nieodpowiednie zachowania zarówno osób dorosłych, jak i nastolatków, a dodatkowo będą opisane sceny intymne. Historia jest w pełni fikcją literacką i wyłącznie tak należy ją traktować, ponieważ bohaterowie podejmują dużo złych wyborów, które nie są i nie powinny być uznawane za przykład do naśladowania. Dodatkowo należy pamiętać, że niektóre szczegóły dotyczące szkoły i funkcjonującego w niej systemu zostały stworzone jedynie na potrzeby książki i nie mają odwzorowania w rzeczywistości.
Nawet najlepszą aktorkę można wytrącić z roli.
Wystarczy wrzucić ją w sytuację, której by sobie nie wyobraziła w najgorszych koszmarach. Wtedy wyćwiczone maski opadają, w oczach odbija się każde uczucie rozszarpujące serce, a dłonie zaczynają drżeć niekontrolowanie.
A może ja po prostu nigdy nie byłam dobrą aktorką?
Nie jestem pewna. Wiem tylko, że korytarz wypełniają coraz głośniejsze szepty, a ja czuję na sobie wiele spojrzeń, gdy idę szybko przed siebie, starając się ignorować chaos panujący teraz w mojej głowie. Rdzawozłoty dywan tłumi moje kroki, a parę niedziałających lamp właściwie pomaga, bo nie potrafię przybrać neutralnego wyrazu twarzy.
Nie umiem udawać, że wszystko w porządku.
Chociaż moje życie nigdy nie było do końca zwyczajne, to dotychczas udawało mi się przez nie brnąć bez większych problemów. Musiałam pogodzić się z wieloma rzeczami, z którymi nie chciałam się godzić, podporządkować do każdej zasady i robić wszystko, by dopasować się do otoczenia. Sądziłam, że to wystarczy, ale zawsze pragnęłam czegoś więcej. Pracowałam na to i nie zamierzałam się zatrzymywać, póki nie osiągnę wszystkiego, co zaplanowałam. Nauka w elitarnej szkole, stanie na czele samorządu uczniowskiego, działalność na rzecz liceum i wolontariaty… To wszystko miało mnie wyróżniać. Miało pokazać, że się do czegoś nadaję. Udowodnić, że ja też mogę wiele osiągnąć.
Właśnie na tym się skupiałam. To było moim celem. Chciałam zostać w końcu doceniona i zauważona. Myślałam, że nic nie stanie mi na drodze i poradzę sobie z każdą przeszkodą.
Aż do ostatniego roku w Golden Flame.
Aż do tego dnia.
Aż do ciebie.
Coralie
Kierowca zatrzymuje samochód na brukowanym podjeździe zaledwie kilka kroków od ogromnych, ciemnozłotych wrót prowadzących do wnętrza głównego gmachu Golden Flame Preparatory School. Wysiadam, gdy mężczyzna otwiera mi drzwi, i spoglądam na budynek rysujący się na tle zachmurzonego nieba. Grube, chłodne mury nie wydają się zapraszać z powrotem do swojego wnętrza, a i tak oddycham z ulgą.
Dobrze być znów w domu.
Mimo to krzywię się, kiedy dobiega mnie bicie ogromnego zegara wiszącego na wieży w północnej części kampusu. Ten dźwięk zawsze wywoływał u mnie niepokój. Jakby wcale nie zapowiadał, że nadeszło południe, a na przykład – mój koniec.
W sumie trochę tak czuję. Dwa tygodnie temu zaczęłam ostatni rok w prywatnym liceum Golden Flame. Prestiżowej, upiornej i wymagającej szkole, w której spędziłam też ostatnie trzy lata. Stała mi się bliższa niż cokolwiek innego, bo mimo wielu wad znalazłam w niej swoje miejsce. Wiem, jak działa, wiem, czego się tu przez większość czasu spodziewać, i wiem, jak tutaj funkcjonować, żeby przetrwać.
Dlatego nieco przeraża mnie wizja zakończenia nauki za parę miesięcy.
Przyszłość i dorosłość napawają mnie ogromnym strachem.
– Coralie! – woła ktoś zza moich pleców, gdy auto z szoferem znika za żelazną bramą w oddali. Przyklejam uśmiech na twarz, a następnie odwracam się, by zmierzyć się z Virginią Shaford, zastępczynią dyrektora. Niedaleko stoi jej samochód, w którym czeka kierowca, czyli pewnie kobieta gdzieś wyjeżdża. – Wróciłaś już po weekendowej wizycie w domu?
Dom to pojęcie bardzo umowne.
– Tak, proszę pani – odpowiadam uprzejmie.
– Co u twojej mamy?
W jej głosie słychać teraz nutę niepewności. Chociaż Shaford za fasadą dobrotliwej, siwiejącej już starszej kobiety ukrywa prawdziwą naturę zimnej suki, moja matka wzbudza niepokój nawet w niej. No ale wypisuje czeki na ogromne kwoty, więc nauczyciele w Golden Flame mimo to ją uwielbiają.
– Nie udało jej się przyjechać – mówię zgodnie z prawdą. – Miała bardzo dużo na głowie.
Shaford mruga z zaskoczenia, a w jej szarych oczach pojawia się coś, czego wcześniej nie widziałam. Nie, gdy chodziło o mnie.
Współczucie.
Natychmiast się prostuję.
– Więc wpadnie za tydzień, świętować twoje urodziny? – dopytuje.
– Za tydzień będą z Cathleen w Szwajcarii – wyjaśniam. – A ja nie mam czasu na świętowanie urodzin. Muszę przygotować się na ostatni tydzień kampanii. To zajmuje mi całe dni.
Nauczycielka przytakuje. Dobrze wie, jak ważny jest dla mnie samorząd uczniowski oraz to, by trzeci rok z rzędu stanąć na jego czele. Nie ma opcji, że mi się to nie uda.
– Jasne. Życzę ci szczęścia – mówi Shaford.
– Dziękuję – odpowiadam lekko.
Potem żegnam się i odwracam na pięcie, by znaleźć jak najdalej od tej kobiety. Myślałam, że nie ma nic gorszego niż to jej pełne wyższości i kpiny spojrzenie, jednak to współczujące okazało się o wiele paskudniejsze. Chociaż może… może mogłam to wykorzystać. Złapałam ją chyba w chwili słabości. A skoro tak, powinnam była iść za ciosem i ponownie przycisnąć Shaford w sprawie przydziału mieszkaniowego.
Wicedyrektorka od dwóch tygodni uparcie nie pozwala mi na zamianę pokoju, a ja wciąż uparcie piszę wnioski i chodzę na jej konsultacje, gdzie słyszę kolejne odmowy. W akademiku damskim nie ma już wolnych miejsc, a żadna inna dziewczyna nie chce się przenosić, więc kobieta każe mi się dostosować.
Tyle że do mieszkania z Mirandą Paulsen nie da się dostosować. Wiem, bo dwa lata temu też musiałam dzielić z nią pokój i to był najgorszy rok w moim życiu. Nie planuję go powtarzać, ponieważ ostatnia klasa ma być pasmem sukcesów prowadzącym mnie prosto do wymarzonego celu: tytułu najlepszej uczennicy nie tylko swojego rocznika, ale całego Golden Flame. Do tej pory zdobywałam wyróżnienia wśród rówieśników, jednak nie byłam numerem jeden w szkole, bo starsi uczniowie wyprzedzali mnie w ogólnym rankingu. Teraz będzie inaczej. Wygram i zdobędę coś jeszcze lepszego – zapisanie na stałe na kartach historii tej prestiżowej szkoły oraz grant absolwenta. Muszę go otrzymać. Nie ma opcji, że mi się nie uda. Nawet jeśli paru innych uczniów pragnie tego samego.
Otrząsam się na razie z tych myśli, kiedy wkraczam do głównego korytarza. Lampy w kształcie świec płoną jasno, niemal desperacko próbując rozświetlić ponure wnętrze, w którym właśnie się znajduję. Jest niedziela, dlatego w środku nie słychać charakterystycznego gwaru, żadnych trzasków zamykanych szafek ani dzwonka. Wita mnie cisza, w której rozbrzmiewa jedynie echo stawianych kroków.
Kieruję się w lewo, a później zbiegam lekko po marmurowych schodach. Nie wiem, kto wymyślił, by uczniowie ostatnich klas mieli szafki na dole, w odnowionej części piwnicznej, którą nazywamy między sobą lochami, zamiast w głównym korytarzu, jak inni, jednak teraz mam to tej osobie za złe bardziej niż zwykle. Zwłaszcza kiedy widzę, że dwie z pięciu lamp tu na dole nie działają, przez co wszystko wydaje się upiorniejsze niż wcześniej.
Powtarzane od lat przez ludzi plotki na temat tego, co działo się w tym pomieszczeniu, nim zostało zaadaptowane na ogromną szatnię, także nie pomaga. Wiem, że to tylko wymysły, ponieważ wcale nie było tu lochów, mimo wszystko czuję ciarki na plecach, gdy w końcu docieram do swojej szafki. Szczególnie w momencie, w którym słyszę dziwne skrzypienie i coś przypominającego szept albo jęk.
Wzdrygam się. Znam każdy zakamarek tej szkoły, posiadam dostęp do jej zamkniętych części i nigdy nie bałam się przechodzić nawet pustymi, zakurzonymi korytarzami, o których istnieniu niektórzy uczniowie nie mają pojęcia, a serce wali mi z niepokoju jedynie dlatego, że o lochach krążą głupie plotki.
Próbuję się z tego otrząsnąć, otwieram szafkę za pomocą kodu i wyjmuję ze środka kilka zeszytów. Wizyta w domu była stratą czasu, który muszę nadrobić. W końcu od jutra przez kolejny tydzień będę kontynuować starania o reelekcję, a chociaż mam swój stołek przewodniczącej niemal w kieszeni, bo dbam o dobre kontakty z większością grup w szkole, nie powinnam tracić czujności. Zwłaszcza po tym, o czym mi doniesiono, gdy mnie nie było.
To dlatego wysyłam wiadomość na czacie mojego samorządu uczniowskiego z zeszłego roku, by jego członkowie spotkali się ze mną za pół godziny w naszej siedzibie, a później poprawiam torbę na ramieniu, zamykam szafkę i ruszam do północnego wyjścia. Właśnie wtedy znowu dobiega mnie jakiś dziwny dźwięk, przez co zerkam w lewo, w stronę zamkniętych drzwi. Brzmi, jakby…
Ale przecież jedynie ja, dyrekcja, no i szef ochrony mamy klucze do tajnych przejść. Nikt z nich nie korzysta. Oprócz mnie, kiedy chcę przemknąć gdzieś niezauważenie. Dzięki temu wiem, że są nieużywane. Wyglądają, jakby świat o nich całkowicie zapomniał, czemu się nie dziwię. Dlatego karcę się w duchu za zbyt wybujałą wyobraźnię i po prostu idę dalej.
Cały kampus składa się z kilku dużych budynków otaczających ogromny dziedziniec pośrodku, którym mam zamiar właśnie dostać się do swojego akademika. Można zrobić to też tyłem, za budynkami, gdzie znajdują się parkingi, ale to okrężna droga. Przy ścieżkach prowadzących do konkretnych gmachów rośnie mnóstwo drzew i krzaków, które latem dają dużo cienia. W czasie pogody takiej jak dziś wzmacniają ponurą aurę unoszącą się wokół, bo sprawiają, że jest o wiele ciemniej, mimo że niedawno minęło południe. Gdyby nie to, że już po zbiegnięciu po kilku schodach słyszę rozmowy i śmiechy, moja wyobraźnia pewnie znów dałaby o sobie znać.
W przeciwieństwie jednak do głównego gmachu, dziedziniec tętni życiem. Chociaż pogoda nie zachęca do pozostawania na zewnątrz, uczniowie siedzą na ławkach albo na trawniku przy budynku, spacerują brukowanymi ścieżkami czy okupują ulubione miejsca przy niskich parapetach. Ponad ich głosami unosi się najwyraźniej dźwięk piłki uderzającej o beton wraz z okrzykami koszykarzy.
Spoglądam mimowolnie w tamtą stronę. Gracze są rozproszeni na samym końcu dziedzińca, tuż przy drugim wejściu do damskiego akademika, do którego właśnie zmierzam. Pewnie trener nie pozwolił im jeszcze korzystać z odnowionej w wakacje hali sportowej, dlatego postanowili sobie poradzić inaczej – z jednego z okien na najniższym piętrze wystaje obręcz przypominająca taką do kosza.
Prowizoryczne rozwiązanie przynosi chyba mnóstwo frajdy, bo przy próbie wrzucenia piłki, obręcz się wygina. Ktoś klnie, ktoś inny się śmieje i rozpoczyna się dyskusja na temat tego, czy rzucający zdobyłby punkt. On głośno obstaje przy tym, że tak, a dwie dziewczyny, które obserwowały rozgrywkę z ławki, stwierdzają, że nie było szans. Chłopak ostatecznie odpuszcza, grożąc koleżankom palcem, na co te śmieją się tylko lekko, a potem czteroosobowa grupka wraca do gry.
Ja za to przestaję im się przyglądać, bo chociaż lubię koszykówkę, nie cierpię niemal wszystkich członków naszej drużyny. A na pewno tych, którzy urządzili tę grę. Jak zwykle nie zwracają uwagi na to, że mogą komuś przeszkadzać albo zrobić sobie krzywdę na nierównej nawierzchni. Nie wspominając nawet o tym, że mogliby też zrobić krzywdę komuś inne…
Nie kończę myśli. Jestem już przy akademiku, parę kroków od wejścia, gdy jeden z koszykarzy krzyczy coś nagle ostrzegawczo. Dzięki temu odwracam głowę i dostrzegam piłkę lecącą łukiem w moją stronę. Robi mi się gorąco. Unoszę mimowolnie ręce, by się obronić, i stawiam szybki krok do tyłu, tyle że niepotrzebnie – w ostatniej chwili na jej drodze pojawia się ktoś, kto odbija się od ziemi, wyskakuje i przejmuje piłkę w locie. Obserwuję z zaskoczeniem, jak ta zostaje płynnie rzucona w stronę obręczy i trafia w sam jej środek. Moment później staję już twarzą w twarz z moim wybawicielem.
I największym wrogiem.
Jasper Parish koncentruje na mnie oczy przypominające kolorem ciemną czekoladę. Widzę w nich ten kpiący błysk, który zawsze wytrąca mnie z równowagi, bo chłopak ma irytującą tendencję do spoglądania na mnie z góry, dosłownie i w przenośni. Jest wysoki, jak na koszykarza przystało, a chociaż sama nie należę do niskich osób, przy nim odnoszę dziwne wrażenie, że jestem mała. I nic nieznacząca.
Nie cierpię się tak czuć.
– Słaby refleks, Colbern – odzywa się.
– Zamierzałam powiedzieć to samo o tobie.
Jego policzki są lekko zaróżowione z wysiłku, a czarne włosy rozczochrane przez wiatr i dłonie, co lekko łagodzi ostre rysy. Jasper wygląda niemal uroczo, chłopięco i rozbrajająco w takiej luźnej wersji. Bez mundurka, a w spodniach dresowych i T-shircie. Tyle że znam go wystarczająco, by nie nabierać się na niegroźny wygląd.
– Ale to by było nieuprzejme – zauważa Parish. – I nieprawdziwe. W końcu złapałem tę piłkę, zanim w ciebie trafiła, prawda?
– Jeśli oczekujesz oklasków, znajdź kogoś, na kim to zrobiło wrażenie.
Chłopak unosi drwiąco kącik ust.
– Nie próbowałem ci imponować, a jedynie pomóc.
– Raczej powstrzymać szkody wyrządzone przez niepotrafiących celować kolegów – kpię.
Zaczyna się cicho śmiać.
– Zawsze możesz ich nauczyć swojej techniki rzutów. Pamiętam, jaki masz świetny cel jeszcze z zeszłorocznego konkursu…
– To był wypadek przy pracy – przerywam mu. – A ty mnie sprowokowałeś do wzięcia udziału, na co nie miałam czasu, więc się nie skupiłam.
– I dlatego nie trafiłaś ani razu?
Czerwienieję.
– Tak.
– Bo przeze mnie nie mogłaś się skupić? – drąży.
– Ta… Chwila. Nie. Zupełnie nie w tym sensie… – Prostuję się. – Wiesz co? Pieprz się. I zwijaj z przyjaciółmi ten improwizowany kosz. Dziedziniec to nie miejsce na grę, o czym mówiłam ci wielokrotnie.
– Musiało mi wypaść z głowy.
– Dziwne. Jest w niej tyle pustego miejsca, że spokojnie taki fakt mógłby w niej zostać.
– Powinnaś przestać mierzyć mnie swoją miarą – odpowiada natychmiast. – Nie każdy ma…
– No hej, Coralie! – wtrąca nagle chłopak, który zarzuca ramię na kark Parisha. Jego platynowoblond włosy wyróżniają się na tle ponurej okolicy. – Nic ci nie jest, co za ulga. Jak weekendowy wyjazd? Wszystko w porządku? Masz coś przeciwko, żebym porwał swojego kumpla, zanim ktoś nagra waszą kłótnię i wylądujecie na dywaniku?
Rozglądam się i zauważam, że rzeczywiście wszystkie spojrzenia uczniów skoncentrowane są na nas. A jakby tego było mało, ochroniarz robiący obchód też powoli rusza w tę stronę. Zaciskam zęby.
– To wspaniały pomysł, Zeke – odpieram. – Zabierz go. I dziękuję za ostrzeżenie o piłce.
Puszcza do mnie oko, a ja dodaję:
– Przestańcie tu grać. Pa.
Następnie łapię pewniej torbę i mijam ich, nie spoglądając nawet na resztę paczki. Oni na pewno nas nie nagrywali, są przyzwyczajeni do moich starć z Jasperem. To żadna nowość, że przy każdej okazji próbujemy wyprowadzić się nawzajem z równowagi. Rywalizujemy ze sobą na wielu polach, nawet poza zajęciami.
A może zwłaszcza poza nimi.
Parish po prostu jest aroganckim facetem, który chyba postawił sobie za cel życiowy doprowadzenie mnie do upadku. Nie może znieść, że wygrywam z nim na niektórych przedmiotach, podobnie jak ja nie potrafię znieść, że on jest lepszy w innych. A najbardziej frustrujące okazało się ostatnio to, że w pierwszym podejściu do SAT-u uzyskaliśmy dokładnie taką samą liczbę punktów.
Mimo to przez ostatnie lata wyprzedzałam go w rankingu naszego rocznika dzięki jednej, największej przewadze: byciu przewodniczącą. Nikomu ze starszych roczników nie udawało się mnie pokonać w wyścigu po stołek, w zeszłym roku nikt już nawet nie próbował, bo głównemu rywalowi obiecałam zostanie zastępcą. Dzięki temu także dostał mnóstwo punktów do naszej wewnątrzszkolnej klasyfikacji i był zadowolony. Żadne inne kółko zainteresowań nie gwarantuje ich aż tylu, ile można zyskać za bycie częścią samorządu, i to na tak wysokim szczeblu. Nawet pozycja kapitana koszykarzy się z tym nie równa.
Oczywiście do tego dochodzą inne czynniki, bo liceum ma swój własny system rankingowy, i bez tytułu przewodniczącego Jasper też mógłby mnie wyprzedzić, ale pilnuję bardzo skrupulatnie, by tak się nie stało. Nie dam mu satysfakcji ani nie pozwolę, żeby mnie pokonał. Może sobie wygrywać niektóre bitwy, lecz w ostatecznej wojnie zwyciężę zawsze ja. W tym roku nikt nie stanie mi na drodze do bycia numerem jeden.
– Hej, Colbern! – woła Parish, kiedy sięgam do klamki.
Nie odwracam się, jedynie zaciskam palce na kluczach.
– Czego?
– Powinnaś przyjść wieczorem na moją imprezę przy młynie – rzuca.
Unoszę brwi i spoglądam przez ramię.
– A niby po co miałabym to zrobić?
Uśmiecha się bezczelnie.
– To twój ostatni weekend jako przewodniczącej. Powinnaś go w pełni wykorzystać, nim oddasz mi klucze do Złotego Domu.
Spinam się.
– Zawsze podziwiałam w tobie to, jak wielką masz wyobraźnię, Parish – stwierdzam. – I z jaką pokorą akceptujesz porażki. Nie mogę się doczekać, żeby w piątek znów to zobaczyć.
– Zobaczymy, które z nas będzie musiało zaakceptować porażkę.
Jestem tak uparta, że nie pozwolę, by miał ostatnie słowo, dlatego odpieram:
– Tak. Zobaczymy.
Dostaję się do akademika i zamykam za sobą drzwi, nim udaje mu się odpowiedzieć. Kiedy wbiegam po ciemnych schodach wyłożonych rdzawozłotym dywanem, wyjmuję komórkę z kieszeni i wchodzę w czat samorządu.
Ja:
Spotkajmy się JUŻ.
Coralie
Golden House to dość patetyczne określenie na budynek znajdujący się na końcu terenu szkolnego, pomiędzy biblioteką a Golden Arts – gmachem, w którym odbywają się wszelkie zajęcia związane z artystyczną stroną licealnego życia. Nawiązuje do siedziby prezydenta, a że każdy budynek na kampusie ma w nazwie złoto, wybór wydawał się oczywisty. Dawniej w tym miejscu była stołówka, ale odkąd wyremontowano główny gmach i ją tam przeniesiono, powstał właśnie on.
Złoty Dom.
To mój prawdziwy azyl w całej szkole, ponieważ tylko przewodnicząca oraz opiekun samorządu posiadają do niego klucze. W chwilach, gdy potrzebowałam samotności, przychodziłam tu zawsze ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami. Zdążyłam się już przyzwyczaić do tego ciemnego korytarza pełnego portretów poprzednich dyrektorów oraz przewodniczących Golden Flame, do ogromnego salonu z kilkoma kanapami i kominkiem w rogu oraz z wielkim stołem pośrodku. Są tutaj także zamykane na klucz szafy z dokumentami sprzed wielu lat, a do tego regały ze starszymi książkami, które w większości sama przyniosłam ze swojej kolekcji. Wolę trzymać je tu niż w pokoju dzielonym z Mirandą.
Krzywię się na samo wspomnienie o tej dziewczynie, kiedy wkraczam do pogrążonego w mroku salonu. Po zapaleniu światła pomieszczenie nieznacznie się rozjaśnia i nieco ożywia, na co uśmiecham się delikatnie. Złote zasłony, miękkie dywany, duże lampy i ciemne meble są tak znajome, jakbym naprawdę znalazła się w domu. W najgorszym wypadku, jeśli wicedyrektorka nie zgodzi się mnie przenieść, będę sypiać tutaj. Kanapy ustawione przy oknach wychodzących na dziedziniec są wygodne. Dodatkowo jest tutaj łazienka, więc dałabym radę.
Mamy tu zresztą nawet działającą kuchnię z czasów, gdy to miejsce funkcjonowało jako mała stołówka. Od salonu oddzielają ją cienka ściana i drzwi, które uwielbiają przerażająco skrzypieć. Czasami podczas niektórych wydarzeń organizowanych przez samorząd znoszę tam jedzenie czy picie potrzebne na imprezy, by mieć do nich łatwiejszy dostęp. Moi znajomi z kolei kilkukrotnie używali piekarnika lub mikrofali. Albo zamrażarki do schłodzenia przemyconego alkoholu.
– Co to za pilna sprawa? – odzywa się ktoś za mną.
Odwracam się szybko do Madeleine, która jak zawsze pojawia się jako jedna z pierwszych osób. Jest moją drugą – a w tym roku będzie jedyną – zastępczynią i dobrą koleżanką. Chociaż też zależy jej na średniej, nie rywalizuje ze mną o tytuł, bo skupia się przede wszystkim na byciu przywódczynią kółek artystycznych. Należy do teatralnego i grała w ostatnich latach każdą główną rolę w przedstawieniu wystawianym w GF.
– Pewnie wiesz – odpowiadam, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Tak jak cały kampus.
Mads marszczy czoło i odrzuca na plecy długie, rude włosy, a potem siada na jednej z kanap.
– A trochę jaśniej, Cora? Jest niedziela. Chciałam mieć wolne, bo szykuję się do przesłuchań przed zimową sztuką i…
– Parish – rzucam z irytacją, a koleżanka milknie.
– Co z nim?
– Urządza dziś imprezę – mówię. – Przy rzece. Zaprosił na nią wszystkich, żeby ich przekonać, że to jego powinni w tym roku wybrać.
– Przecież nie ma z tobą szans – wtrąca nowa osoba.
Spoglądam na wchodzącego do pomieszczenia ciemnowłosego chłopaka, który posyła mi szeroki uśmiech. W przeciwieństwie do Mads podchodzi od razu, po czym zamyka mnie w ramionach. Jako że za nim tęskniłam, nie komentuję tego, że czuję od niego mdławy smród trawki.
– Boisz się Parisha, Cora? – pyta z rozbawieniem Kieran. – W ciągu ostatnich lat wgniatałaś go w ziemię. Tym razem będzie tak samo.
– Tym razem ma większe poparcie – mamroczę. – Namówił wszystkie kółka sportowe, do tego dogaduje się z niektórymi niezrzeszonymi, a Elodie doniosła mi, że rozmawiał też z…
Kieran układa dłonie na moich ramionach.
– Masz po swojej stronie więcej uczniów, dbamy o to – odpowiada. – A ja z dobrych źródeł wiem, że nie wszyscy członkowie kółek sportowych lecą na Parisha. – Puszcza do mnie oko. – Niektórzy z nas o wiele bardziej wolą ciebie.
– Gadałeś z pływakami i szermierzami?
Przytakuje.
– Mhm. U facetów masz pełne poparcie. Z dziewczynami gorzej.
– Przecież obiecałam im więcej czasu w szkolnej telewizji, dodatkowe pozycje w menu w stołówce, jak chciały, i…
– I nadal im mało, bo Parish pokazał kawałek gołej klaty – stwierdza z niesmakiem Kieran. – Mówiłem ci, żebyś też urządziła jakiś wyborczy turniej, zakręciła się w skąpym stroju…
Uderzam go w ramię.
– Nie posuwam się do tak idiotycznych rzeczy.
– A do czego się posuwasz? – odzywa się Mads. – Bo pewnie nie wezwałaś nas tu po to, żeby tylko znów przegadać swoje szanse.
Kręcę głową, akurat gdy pojawiają się pozostałe osoby należące do samorządu. Oprócz Philla, który ukończył Golden Flame, no i Jaspera – jego oczywiście nie informowałam o tym spotkaniu. Są tu wyłącznie ludzie, na których mogę polegać. Siadają na swoich ulubionych miejscach na kanapach i spoglądają na mnie wyczekująco, dlatego uśmiecham się lekko.
– To jasne, dlaczego was tu wezwałam. Wieczorem jest impreza przy młynie, a my musimy obmyślić plan, jak ją zepsuć i zmusić Parisha do schowania się w tej norze, z której wypełznął.
Kieran zaczyna się śmiać.
– Ktoś tu łaknie krwi – stwierdza.
– Żebyś wiedział. Jesteście ze mną?
– Zawsze – zapewnia przyjaciel. – Może po prostu zorganizujmy konkurencyjną imprezę?
Mads jako pierwsza wyraża wątpliwości.
– Nie damy rady ogarnąć jedzenia, alkoholu i wszystkiego w tak krótkim czasie bez wzbudzania podejrzeń nauczycieli – stwierdza. – Jeśli dostaniemy przepustki, żeby jechać na zakupy, to wyda się dziwne. W dodatku Jasper zajął najlepsze miejsce na imprezę, przy starym młynie. Może zamiast urządzać drugą czy psuć tę, którą urządza Parish, po prostu… pojawmy się tam i ją przejmijmy?
– W jaki sposób?
Wzrusza ramionami.
– W prosty. Roztoczysz swój czar, my będziemy przypominać, jaka jesteś wspaniała jako przewodnicząca i w ogóle.
– Można też upić Parisha, żeby się zbłaźnił – dodaje Kieran.
– Nigdy nie widziałam, żeby był pijany – odzywa się po raz pierwszy Lorelai, przywódczyni grup naukowych. Jej krótkie czarne włosy jak zawsze wymykają się na twarz, więc odsuwa je niecierpliwym gestem. – To by mogło być ciekawe.
– Tylko czy on się nabierze? – pyta Adam, który w samorządzie jest przywódcą grup humanistycznych.
– Parish lubi wyzwania – rzuca Elodie, nasza samorządowa plotkara, a do tego skarbniczka. – Jeśli rzuci mu je Coralie, nie odmówi.
Spojrzenia wszystkich kierują się na mnie. Myślę parę chwil nad tymi słowami. To ciosy poniżej pasa, ale na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Jasper też wielokrotnie nie omieszkał wykorzystywać różnych sytuacji przeciwko mnie, więc użycie jego własnej imprezy przeciwko niemu brzmi idealnie.
Jest tylko jeden problem.
– Nie wiem, czy to się uda – stwierdzam.
Rozlegają się pełne oburzenia prychnięcia.
– Co?
– Ale czemu?
Jedynie Kieran przygląda mi się z rozbawieniem.
– Bo Cora nie jest dobrym przeciwnikiem do pijackich gier – wyjaśnia, strzelając knykciami. – Od czarnej roboty ma mnie.
– Ale skoro ma go pokonać, to nie ona będzie pić, tylko on – mówi Mads.
Dyskusja toczy się dalej, aż ustalamy bardziej szczegółowy plan. Impreza to chyba najlepsze miejsce, by zdobyć najświeższe plotki, bo po alkoholu ludziom rozwiązują się języki, do tego Kieran wpada na dobry pomysł, jak pomóc mi w wygraniu z Parishem. Uśmiecham się coraz szerzej, ponieważ czuję, że to może się udać.
A ja przy okazji muszę się dowiedzieć, co takiego obiecał uczniom w tym roku Jasper, że tyle osób skłania się ku wybraniu go zamiast mnie. Staram się przecież, jak mogę, i robię wszystko, by zadowalać każdą grupę w akademii. Artyści mają swoje święta i nikt nie zakłóca ich przestrzeni w Golden Arts. Ścisłowcy dostali na wyłączność całe najwyższe piętro w Golden Flame, gdzie dbam, by nie brakowało im sprzętu, na którym mogą pracować. W wakacje był remont Golden Wings, czyli skrzydeł sportowych, dzięki czemu pojawiło się nowocześniejsze wyposażenie, a ja dodatkowo uparłam się na stworzenie też boisk na zewnątrz, by w dobrą pogodę zajęcia mogły się odbywać także tam. Notorycznie przedkładałam ten temat dyrektorowi, przekonałam radę rodziców i się udało. Zdobyłam dla nich to wszystko. Tak samo jak zapewniłam kółkom humanistycznym kasę na doposażenie biblioteki i stworzyłam razem z nimi listę książek, które mają się tam pojawić.
Naprawdę wychodzę naprzeciwko oczekiwaniom, by każdy był zadowolony, do tego nadzoruję imprezy w szkole, udzielam się charytatywnie, pomagam uczniom ze słabszymi wynikami… Robię, co mogę, zwykle kosztem swojego wolnego czasu i snu. Nie wszystko potrafię załatwić, nadal jestem wyłącznie uczennicą, a wicedyrektorka często blokuje niektóre inicjatywy, ale wiem, jak przemawiać do rady rodziców, by pozyskać fundusze, i jak przekonywać dyrektora.
Jestem dobra w swojej robocie.
Chociaż w tym nikt mnie nigdy nie przebił.
I nie pozwolę, by w tym roku zrobił to cholerny koszykarzyk, który uważa się za takiego mądrego, bo jako jeden z nielicznych uczniów jest w Golden Flame dzięki stypendium, a nie pieniądzom bogatych rodziców. Jaspera nie byłoby stać na tę szkołę, ale radzi sobie świetnie w sporcie i… we wszystkim. Dlatego tak bardzo mnie nie cierpi. Gardzi niemal każdym, komu w przeciwieństwie do niego się powodzi, i pewnie sądzi, że skoro zapracował sobie na miejsce tutaj, jest lepszy niż my, którym to miejsce zapewniła kasa. A to mnie irytuje jak nic innego, ponieważ owszem, moja matka płaci niemało za to, bym mogła się tutaj uczyć, lecz haruję na swoją pozycję tak samo ciężko jak on.
– Dobra, skoro wszystkie szczegóły już ustalone, to czas się przygotować do wieczornej operacji posłania Parisha na dno – odzywa się Kieran, czym wyrywa mnie z myśli. – Wszyscy wiemy, co robić.
Kiwamy zgodnie głowami, a później większość osób zbiera się i rusza do wyjścia.
– Mads, czekaj – zatrzymuję jeszcze swoją zastępczynię. – Możemy chwilkę pogadać?
Przystaje.
– Pewnie. Co się dzieje?
Salon opustoszał, na kanapie został jedynie Kieran, który wpatruje się w nas spokojnie. Przed nim jednak nie mam tajemnic, dlatego rzucam:
– Shaford.
Madeleine wzdycha.
– Przecież wiesz, że już próbowałam – odpowiada. – Nie zgodziła się, bo moja współlokatorka nie ma ochoty mieszkać z Mirandą, dokładnie tak jak ty.
Zaciskam wargi. Poprosiłam Mads, by też próbowała przekonać wicedyrektorkę do zmiany pokojów, ponieważ nam mieszkałoby się razem o wiele lepiej. Tyle że ona także spotkała się z odmową. Shaford na pewno robi mi to na złość.
– A możesz spróbować jeszcze raz? Załatwię Georginie cokolwiek będzie chciała, jeśli zgodzi się na zamianę – obiecuję. – Przecież dla niej Miranda nie będzie taką suką jak dla mnie, przetrzyma mieszkanie z nią.
Mads się krzywi.
– Spróbuję. Ale niczego nie obiecuję.
– Dzięki – odpieram.
– Możesz na mnie liczyć – zapewnia. – Tylko nic nie poradzę na to, że Shaford cię nie cierpi i faworyzuje Jaspera.
– Nie przypominaj – mamroczę. – Założę się, że to dlatego gdzieś dziś wyjechała. Żeby nie dotarły do niej pogłoski o imprezie organizowanej za terenem szkoły przez uczniów. Wtedy jeszcze musiałaby go ukarać.
– Stawiam sto dolców na to, że nie wpisałaby mu nawet ujemnych punktów do rankingu – wtrąca Kieran.
– Tak samo jak dyrektor Pearce albo pan Benton nie wpisaliby ich Corze – stwierdza Mads. – Każdy ma swoich ulubieńców.
– Ty jesteś ulubienicą profesor Hale.
Przewraca oczami.
– Bo mówi, że przypominam jej wnuczkę, która nie chce mieć nic wspólnego z teatrem.
Śmiejemy się cicho, a potem koleżanka żegna się już i wychodzi. Gdy słyszę głuchy huk zamykanych ogromnych drzwi Złotego Domu, opadam na kanapę obok Kierana, który od razu na mnie spogląda.
– Wróciłaś w bojowym nastroju – zauważa. – Czy Zła Królowa czymś cię wkurzyła?
Nie lubię, kiedy mówi tak o mojej mamie, ale nie mogę udawać, że to nie jest trafne. K jako jedyny wie, jaka matka bywa za zamkniętymi drzwiami, gdy nikt już nas nie obserwuje. Przyłapał mnie kiedyś po rozmowie z nią i… powiedziałam mu wszystko.
– Nie miała jak – odpowiadam. – Nie pojawiła się. Zostawiła mi kartkę urodzinową i bon podarunkowy.
– Szokujące, kto by się spodziewał – komentuje sucho przyjaciel. – A jaką wyspę na urodziny dostanie Cathleen?
Opieram głowę o jego ramię i mrugam szybko, by odpędzić łzy, które cisną się do oczu.
– Przestań. Mają dużo pracy przy tym serialu. Nie dziwię się, że nie mogła przyjechać. To nic takiego.
– Twoje siedemnaste urodziny to nie jest nic takiego, Cora – stwierdza cicho Kieran, obejmując mnie ramieniem. – Przegapiła też szesnaste i piętnaste…
– Bo ciągle pracowały z Cat nad jej płytą i potem nad…
K wzdycha.
– Nad gównem, bo właśnie tak się zachowuje – stwierdza. – Ale wiesz co? Będziemy za tydzień świętować z taką pompą, że twoja matka usłyszy o tym nawet na drugim końcu świata.
– Pewnie pomyśli, że ktoś po prostu śpiewa sto lat dla Cathleen.
– A Zła Bliźniaczka się chociaż odezwała?
– Nie. Połączymy się na FaceTimie w piątek o północy. Jak zawsze. To mama chciała się zobaczyć wcześniej, bo wie, że w przyszły weekend nie da rady przylecieć.
– W ten też nie dała, więc jej strata – oznajmia Kieran. – Ale my się tym nie przejmujemy, tylko będziemy oprócz wykonywania misji dobrze się bawić wieczorem, jasne?
Wzdycham.
– Jasne, K – odpowiadam.
Będę się świetnie bawić, realizując kolejny raz plan, wedle którego przynajmniej w szkole pozostanę numerem jeden, skoro nigdzie indziej dla nikogo nim nie jestem.
Jasper
Wysokie ognisko daje wystarczająco dużo światła, bym mógł swobodnie rozejrzeć się po okolicy. Teren, na którym stoi zrujnowany stary młyn, otaczają drzewa, dzięki czemu od strony szkoły nie powinno w tym kierunku przedrzeć się żadne niepożądane spojrzenie. Wątpię, żeby ktoś wspinał się na najwyższe piętra lub wieżę zegarową, skąd można by zobaczyć coś więcej, a ochroniarze skupiają się na głównej bramie i ogrodzeniu, nie na tym, co dzieje się pół mili dalej.
Wykonują zresztą swoją robotę dość słabo, skoro już kilkudziesięciu osobom udało się przekraść przez płot i dotrzeć na imprezę. Za biblioteką rośnie jedno wysokie drzewo, po którym bardzo łatwo się wspiąć, by przedostać się na zewnątrz, w dodatku za halami sportowymi jest wyłamany szczebel w ogrodzeniu, więc niektórzy wymykają się także tamtędy. Radzimy sobie, jak możemy, by czasem posmakować większej wolności, której brakuje w chłodnych, ciemnych murach Golden Flame.
Prestiżowa szkoła kształci dzieci polityków, biznesmenów, gwiazd i wszelkiego rodzaju wpływowych ludzi, by kiedyś zajęły miejsca rodziców na najwyższych szczeblach lub by robiły karierę w różnych dziedzinach. W głównym gmachu znajdują się zdjęcia odnoszących sukcesy absolwentów, którzy często się chwalą, że właśnie tutaj się uczyli. Nikt nie wspomina natomiast, że to miejsce ma swoje ciemne strony i może pożreć cię żywcem. By podtrzymać poziom placówki, uczniowie muszą zdobywać najwyższe wyniki i ciągle dawać z siebie sto dziesięć procent, inaczej będzie po nich.
Zwłaszcza jeśli nie mają rodziców, którzy mogą zapłacić za każdy wybryk.
Większość posiada jednak pieniądze i uwielbia łamać zasady, dlatego przy ognisku zebrało się już sporo ludzi. Tańczą do muzyki płynącej z przenośnego głośnika, popijają alkohol z kubków, ktoś siedzi na schodach prowadzących do ruin, ktoś inny piecze pianki. Atmosfera jest świetna, nikt nie wpada jeszcze na pomysł, by iść popływać w rzece znajdującej się za młynem, a moi znajomi upewniają się, że każdy tego wieczoru będzie się dobrze bawił.
– Jak tam? – rzuca Zeke, przystając przy moim boku.
Podaje mi ciemnozłoty kubek – nawet imprezowe kubki w Golden Flame muszą być tego koloru, by nikt przypadkiem nie zapomniał o swoim statusie – ale kręcę głową. Przyjaciel wzrusza więc ramionami i sam przechyla najpierw jeden, potem drugi.
– Na razie dobrze – odpowiadam. – A ty obiecałeś się nie upijać.
– To piwo nie ma chyba nawet pół procenta – stwierdza. – Skąd je wytrzasnąłeś?
– Od właściciela knajpki, w której dorabiałem w wakacje. Mogłem się domyślić, że dolewa wody. Pieprzony oszust.
– Zatrudnił u siebie nieletniego do podawania alkoholu – zauważa kpiąco Zeke. – Naprawdę sądziłeś, że to uczciwy koleś?
Właściwie to nie. Wiedziałem, że coś takiego jest możliwe. I doceniam, że przyjaciel komentuje jedynie ten aspekt mojego wakacyjnego zajęcia, a nie to, że w ogóle pracowałem. On i reszta moich znajomych spędzali wolne tygodnie na imprezach, wycieczkach i odpoczynku, w czasie gdy ja roznosiłem klientom alkohol i sprzątałem kible. To nie powód do wstydu, o czym dobrze wiem, mimo to już słyszałem na ten temat kilka głupich komentarzy od osób, które za mną nie przepadają. Pewnie ona to zaczęła, tak samo jak kiedyś.
– Trudno, przynajmniej nie upiją się zbyt szybko, a w razie czego mamy też mocne shoty z galaretki i poncz. Gdzie twój brat?
Zeke wskazuje na drugą stronę młyna. Dostrzegam tam szatyna opierającego się jedną ręką o ścianę. Nachyla się nad dziewczyną, która nawija sobie kosmyk rudych włosów na palce.
– Alan jak zawsze dba, żebyś miał poparcie odpowiednich osób – oznajmia.
Spoglądam kątem oka na przyjaciela. Chociaż jest starszy o rok od Alana, to są do siebie tak podobni, jakby byli bliźniakami. Jedynie platynowoblond włosy odróżniają Zeke’a od brata i właśnie dlatego zdecydował się na coś takiego. Miny nauczycieli, gdy pojawił się tak w szkole, były bezcenne. Nie mamy jednak w regulaminie zakazu farbowania włosów na jaskrawe kolory przez chłopaków. Choć czuję, że taki punkt może się pojawić. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Colbern na to wpadła, by uprzykrzyć mnie i moim przyjaciołom życie.
– Dobrze – rzucam. – A ty wiesz, co masz…
Milknę, ponieważ moją uwagę zwraca jakieś poruszenie z lewej strony. Odwracam się więc w tamtym kierunku w obawie, że może jakimś cudem ochroniarze cokolwiek dostrzegli i nie olali albo wicedyrektorka wróciła z wyjazdu i za chwilę ukróci moje starania, ale to nie ona wychodzi z zadartym podbródkiem spomiędzy drzew, zupełnie jakby była właścicielką całego tego terenu.
Tylko Coralie Colbern.
Dziewczyna idzie pewnie przed siebie, witając się z mijanymi osobami. Posyła im ten swój uroczy uśmiech, na który nabiera się niemal każdy, kto ją widzi. On w połączeniu z niewinnym spojrzeniem błękitnych oczu zawsze działa. Coralie wydaje się jasnowłosym aniołem, który roztacza wokół siebie aurę ciepła, spokoju oraz porażającej słodyczy.
Chyba jako jeden z nielicznych wiem, że to tylko gra.
– A niech mnie – rzuca Zeke. – Miałeś rację. Przyszła.
– Królowa Golden Flame nie odda mi tak łatwo korony, będzie walczyć – odpowiadam cicho. – Ale dzisiejszy wieczór to początek jej końca.
Przyjaciel parska.
– Tylko nie przesadź – mamrocze. – Brzmisz, jakbyś planował ją zabić.
Mam dla niej zupełnie inne plany, a jej obecność to idealne ułożenie się spraw. Coralie ogrywała mnie przez ostatnie lata, jednak tym razem mam o wiele więcej do stracenia i nie zamierzam się ugiąć. Wygram z tą rozpieszczoną, arogancką, bogatą dziewczynką, która sądzi, że zawsze będzie dostawać to, czego chce.
Nie tym razem.
– Nie martw się. Planuję ją jedynie pokonać.
W chwili, w której wypowiadam te słowa, Coralie odwraca głowę w naszą stronę. Gdy pada na mnie jej przeszywające spojrzenie, czuję dreszcz wspinający się po kręgosłupie. Bo oprócz tego, że jest wkurzająca i fałszywa, Coralie Colbern to najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem. Na szczęście dawno temu uodporniłem się na jej czar.
– Idź – polecam Zeke’owi. – Ja się nią zajmę. Wiesz, co robić.
Potem ruszam do przewodniczącej, która także zdaje się iść prosto do mnie, zupełnie jakby właśnie dla mnie się tutaj pojawiła. Unoszę kącik ust, gdy jestem zaledwie cztery kroki od niej, po czym chcę się odezwać, lecz ona mija mnie z prychnięciem, nie zaszczycając dłużej swoją uwagą.
To zaskakujące. Przystaję, dostrzegając podążających za Coralie chłopaków, których dobrze znam, ale oni także po prostu przechodzą obok, jakbym był niewidzialny. Wiem, że to jakaś gra, jednak na razie zamierzam w nią zagrać, dlatego odwracam się i doganiam dziewczynę. Przystaje właśnie przy kegu. Pewnie nawet nie wie, jak nalewa się piwo.
Wyjmuję więc z jej ręki kubek i odkręcam kranik, przez co spogląda na mnie zdumiona.
– Co ty wyprawiasz? – pyta.
– Jestem dobrym gospodarzem. Chcę cię przywitać na imprezie. – Unoszę brew i podaję jej alkohol. – Witaj, panno Colbern.
Posyła mi uroczy uśmiech i odbiera kubek.
– Jeszcze raz to samo, skoro jesteś już taki pomocny.
– Nie wiedziałem, że taka z ciebie mocna zawodniczka, że wypijesz dwa naraz.
– Drugi jest dla Kierana – wyjaśnia.
Nie zamierzam nalewać alkoholu temu idiocie.
– W takim razie niech Kieran sam się pofatyguje.
Dziewczyna przechyla lekko głowę, a ja spinam się pod jej czujnym spojrzeniem.
– Czym ja zasłużyłam na zaszczyt bycia obsługiwaną przez Jaspera Parisha? – pyta z drwiną. – Bo jeśli chcesz mnie otruć, to jest tutaj zbyt wielu świadków.
Moje imię i nazwisko w jej ustach brzmią jak obelga, a mimo to nachylam się bliżej.
– Dlaczego miałbym chcieć cię otruć?
– Bo jestem twoją jedyną przeszkodą na drodze do Złotego Domu, i to od lat.
Unoszę dłoń, by dotknąć kosmyka miękkich, jasnych włosów, który wysunął się zza ucha, a Coralie sztywnieje.
– Potrafię sobie radzić z przeszkodami i nie potrzebuję do tego trucizny – zapewniam. – Chcesz, żebym ci pokazał jak?
– Nie. Nie przyszłam tu, żeby w ogóle tracić czas na rozmowę z tobą – stwierdza, odsuwając się.
Moja ręka opada wzdłuż boku, ale to nic. Zyskałem potwierdzenie.
– Nie spodziewałem się, że w ogóle się pojawisz.
– Więc po co mnie zaprosiłeś?
Kątem oka dostrzegam, że jej znajomi stoją z grupą osób znajdującą się przy ogromnym dębie, dlatego nikt nam nie przeszkadza. A ja utwierdzam się tylko mocniej w przekonaniu – ona nie przyszła tu ani po to, by tracić czas na rozmowę ze mną, ani też tak po prostu. Przecież Winslow nigdy by jej ze mną nie zostawił, gdyby czegoś nie kombinowali, w dodatku od razu pojawiłby się obok, kiedy naruszyłem poprzednim gestem jej przestrzeń osobistą.
– Już ci mówiłem – odpowiadam leniwie. – Żebyś cieszyła się ostatnimi dniami jako przewodnicząca.
W jej spojrzeniu pojawia się błysk złości. Często udaje mi się go wywołać.
– Jesteś bardzo pewny siebie jak na kogoś, kto przegrał ze mną już dwa razy.
– A ty jesteś bardzo spięta – stwierdzam. – Powinnaś coś z tym zrobić, żeby nie zepsuć atmosfery.
Liczę, że za chwilę się odgryzie, jednak jej rysy się wygładzają.
– Pierwszy raz w życiu powiedziałeś coś sensownego, Parish. – Klepie mnie lekko po ramieniu. – Zamierzam się dobrze bawić, a ty zrób to, co powinieneś od początku. Daj mi spokój.
Zarzuca długimi, jasnymi włosami, gdy odchodzi w kierunku znajomych. Obserwuję ją podejrzliwie przez parę sekund. Nie groziła, że doniesie na mnie wicedyrektorce, nie powiedziała, że zaraz rozwali tę imprezę ani nie próbowała mnie nawet obrażać. Gdybym jeszcze miał wątpliwości co do jej powodów do pojawienia się na imprezie, właśnie by zniknęły.
W końcu zaledwie kilka razy w życiu widziałem, żeby ta dziewczyna się bawiła. Nawet podczas zeszłorocznego balu zimowego czy innych wydarzeń była zbyt zajęta wszystkim, tylko nie dobrą zabawą. Zdążyłem zauważyć, że w swojej paranoi, wedle której uważa, że nikt nie zrobi nic lepiej od niej, zawsze fiksuje się na zadaniach aż do przesady. Zamiast przydzielać je w taki sposób, by samej też móc korzystać z fajnych chwil w tej idiotycznej szkole, zajmuje się wszystkim osobiście, żeby każdy później ją chwalił.
Coralie po prostu uwielbia być w centrum uwagi.
Właśnie to zresztą pokazuje w ciągu kolejnej godziny, kiedy krąży z kubkiem w ręce i zagaduje różne osoby. Jej śmiech niesie się ponad muzyką, urocze spojrzenia przyciągają następnych naiwniaków, a ja przyglądam się temu z coraz większą podejrzliwością, zwłaszcza że nie widzę, by choć raz zamoczyła wargi w alkoholu.
I wiem, co robi.
Ona kradnie ten wieczór.
Upewniam się w swoich domysłach, gdy zerkam do telefonu, więc postanawiam zacząć działać. Jeśli chce zabawy, to ją dostanie. Nadszedł czas, żebym i ja rozpoczął w pełni realizację swojego planu. Colbern nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że mi właściwie pomaga.
Ruszam w jej stronę zdecydowanym krokiem, wymieniając szybkie uśmiechy i półsłówka z mijanymi osobami. Muszę udawać zainteresowanie, chociaż koncentruję się wyłącznie na jednej dziewczynie, która chichocze głośno i stuka się kubkiem z wysokim brunetem stojącym obok niej. Jak gdyby moja cierpliwość nie była na wyczerpaniu, Coralie musi urabiać właśnie cholernego Vayna Halla.
– …też tak sądzę! – mówi lekko. – To zresztą ważna sprawa, więc oczywiście, że się tym zajmę, Vayn. Nie musisz się bać.
Za to ona musi, bo ten szermierzyk jej przede mną nie obroni.
– Dzięki, Cora. Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć.
– Pewnie, że tak – odpiera słodko Colbern.
Rozmawiają jeszcze moment, nim Vayn zerka gdzieś w lewo i chyba zauważa kogoś znajomego, bo po paru sekundach odchodzi. Idealnie na czas. Coralie rozgląda się wtedy i najwyraźniej wydaje jej się, że nikt jej nie obserwuje, ponieważ wylewa ukradkiem alkohol w krzaki. Potem skanuje otoczenie, pewnie w poszukiwaniu następnego naiwniaka do omamienia, ale nie daję jej szansy na ucieczkę.
– Dobrze się bawisz? – pytam, gdy pojawiam się bezszelestnie za jej plecami.
Wzdryga się i spogląda przez ramię.
– Rany, czemu się zakradasz?
Przysuwam się i nachylam do jej ucha.
– Chciałem złapać cię samą – szepczę. Z satysfakcją dostrzegam gęsią skórkę na karku dziewczyny. – Zauważyłem, że chyba nie do końca rozumiesz, na czym polega impreza.
– Obserwowałeś mnie?
Śmieję się cicho i łapię ją w talii, na co zamiera. Ale się nie wyrywa. Oczywiście, że nie. W końcu ona też ma swój plan, a urządzenie mi sceny by go popsuło. Ciekawe, jak daleko się posunie tym razem.
– Właśnie po to tu przyszłaś – odpieram. – Żeby wszyscy cię obserwowali. Podziwiali. Przypomnieli sobie, jaką jesteś wspaniałą osobą i że to ty zawsze ich wspierasz, prawda?
Coralie parska.
– Przyszłam po prostu na imprezę.
– Więc udowodnij.
– W jaki sposób?
Odwracam ją płynnie przodem do siebie, a później układam dłonie na jej krągłych biodrach opiętych materiałem ciemnej spódniczki i robię krok. Dziewczyna się cofa, dokładnie jak chciałem, i wpatruje we mnie bez słowa, gdy prowadzę ją tyłem w kierunku płonącego wciąż jasno ogniska. Jej spojrzenie nie odrywa się ode mnie nawet na moment, kiedy przyciągam ją do siebie i rzucam jej wyzwanie.
– Baw się – mówię. – Chyba że nie wiesz jak. Pokażę ci.
– Wątpię, żebyś miał mi cokolwiek do pokazania – odpowiada, po czym staje na palcach i przybliża wargi do mojego ucha. – Nie jestem zainteresowana głupim tańcem z tobą.
Przez to, jak się przysunęła, mam ją jeszcze bliżej siebie, więc zamykam dziewczynę w ciaśniejszym uścisku.
– Szkoda – rzucam. – Bo wszyscy na nas właśnie patrzą, panno Colbern. Uwaga każdej osoby jest skupiona na tobie. Właśnie tego chcesz, prawda?
– Wiesz, czego chcę? – pyta.
– Czego?
– Zobaczyć w piątek twoją minę, gdy po raz kolejny ze mną przegrasz.
Śmieję się cicho, a ona w końcu zarzuca mi ręce na szyję i dołącza w pełni do gry. Wiem, że obserwuje nas mnóstwo osób. Pewnie nie mają pojęcia, co się dzieje, albo sądzą, że jesteśmy już tak pijani, że nie ogarniamy, co robimy. To nie tajemnica, że rywalizujemy ze sobą w każdej sekundzie. Dlatego kiedy ludzie zobaczą, że nawet ona w końcu mi się poddaje, będzie wiadomo, kto jest górą. Potrzebowałem, by się tu pojawiła i pozwoliła choć na moment ze sobą zatańczyć. Wszystko idzie zgodnie z planem.
– A ja chcę zobaczyć twoją – stwierdzam. – To będzie chyba smutne przegrać w swoje urodziny.
Wbija paznokcie w mój kark.
– Wygram z tobą jak zawsze – oznajmia. – We wszystkim. Nawet na tej idiotycznej imprezie pokonałabym cię w każdej dziedzinie.
– Ach tak?
– Tak.
– Może to sprawdzimy?
– Bardzo chętnie. – Zadziera podbródek i spogląda na mnie wyzywająco. – Beer pong. Ty i ja. Wchodzisz czy się boisz?
Spodziewałem się, że prędzej czy później ktoś dzisiaj wyzwie mnie do tej gry, ale nie sądziłem, że to będzie ona. Na szczęście jestem przygotowany, a Coralie nie ma o tym pojęcia. Pewnie myśli, że jej plan właśnie idealnie się układa, lecz nic bardziej mylnego.
To mój plan świetnie się układa. Nie zamierzam się upić i zbłaźnić, jak by chciała.
Będzie zupełnie inaczej.
Coralie
Odrzucam włosy na plecy, łapię piłeczkę i spoglądam na ciemnozłoty kubek. Dopingujący mnie z boku Kieran nieco za bardzo wczuwa się w swoją rolę, aż zaczynam się obawiać, że ktoś domyśli się, co kombinujemy. Mam jednak nadzieję, że tak nie będzie i nikt nic nie dostrzeże, skoro zrobiło się jeszcze ciemniej niż wcześniej. Kołysane przez wiatr gałęzie drzew zwisają nad nami niczym ponura kotara czekająca na to, aż będzie mogła opaść i zakończyć to śmieszne przedstawienie.
Tyle że to moja rola. Muszę stanąć na wysokości zadania i pokonać Jaspera w kolejnej konkurencji. Odkąd w zeszłym roku przegrałam z nim w tym konkursie rzucania do celu, spędziłam wiele godzin na ćwiczeniach, by nigdy więcej się to nie stało, i mam nadzieję, że zobaczę efekty.
I że on je zobaczy.
– Byle dzisiaj, Colbern – odzywa się właśnie. – Mam trochę planów, które chciałbym dokończyć przed nadejściem zimy. W kolejnej dekadzie.
– Czy te plany to płakanie w kącie przez to, że znowu byłam od ciebie lepsza?
Dokoła rozlegają się gwizdy i śmiechy.
– Przeciwnie – odpowiada Jasper. – Te plany to patrzenie, jak ty to robisz.
– Prędzej świat się skończy, niż zobaczysz moje łzy – stwierdzam.
– Bo twoje lodowe serce nie pozwala ci na płacz, łapię – odgryza się natychmiast. – A teraz mogłabyś w końcu zacząć? Im szybciej cię pokonam, tym szybciej będę mógł wrócić do ciekawszych spraw.
Tym razem to on dostaje pełne rozbawienia komentarze i prychnięcia. Mimo to nie odpowiadam, tylko robię mały zamach, po czym rzucam. Piłeczka ląduje w pierwszym kubku, a ja wykonuję triumfalny gest.
– Tak! Do dna, koszykarzyku – polecam.
Powieka Jaspera drga. Nienawidzi być nazywany w ten sposób. Sama zresztą nie lubię tego słowa, ale kiedy odkryłam, jak on go nie cierpi, stanęło na pierwszym miejscu w moim słowniku ulubionych wyrazów.
– Pij! Pij! Pij!
Ludzie zaczynają skandować, więc nie ma wyjścia. Wyrzuca piłkę do kosza obok, a potem opróżnia kubek. Staram się nie krzywić na ten widok, ale to tak bardzo niehigieniczne, że zbiera mi się na mdłości na myśl, że sama będę musiała też wypić napój, do którego trafi jakaś rzucona przez Parisha piłka. A kto wie, gdzie wcześniej trzymał swoje ohydne łapska. W końcu kręci z Aubrey. Fuj.
Swoją drogą nie widzę jej nigdzie w pobliżu, co wydaje się dziwne. Ona zawsze znajduje się tam, gdzie może być w centrum uwagi. Tymczasem niedaleko dostrzegam jedynie Mirandę z jakąś osobą stojącą w cieniu drzewa. Współlokatorka gestykuluje gwałtownie i odpycha tamtą postać, po czym rusza za młyn rysujący się po prawej na tle ciemnego lasu. Jego podniszczone mury, wybite w oknach deski i zapadający się dach nie są zbyt pięknym krajobrazem, a mimo to czuję się tu dobrze. To znajome otoczenie.
– Świetnie ci idzie – stwierdzam, skupiając się znów na Parishu. – Jeszcze trochę i… przypomnij mi, co jest naszą nagrodą?
Chłopak opiera się o stół przyniesiony z ruin.
– Toast na cześć zwycięzcy wzniesiony przez przegraną osobę – mówi Jasper. – No i przegrany wraca do akademika.
Uśmiecham się szeroko.
– Faktycznie. Szykuj się do snu, Parish.
Kręci głową i wyciąga dłoń, a wtedy Zeke podaje mu piłkę.
– To ty się do niego szykuj – odpowiada Jasper. – Grzeczne dziewczynki o tej godzinie leżą już w łóżkach. Ciekawe, co pan dyrektor powiedziałby o swojej ulubienicy, gdyby się dowiedział, że zamiast tego gra teraz w beer ponga. Albo pan Benton… Byłby rozczarowany.
Jeżę się mimowolnie, choć nie powinnam. Problem w tym, że Jasper użył słowa na „r”, przez które moje serce ściska się boleśnie na trzy długie sekundy, nim biorę się w garść.
– Tak często wspominasz o Bentonie i dyrektorze… To jakaś mała obsesja. Jeśli ci się podobają, po prostu im to powiedz.
Otwiera usta, jakby chciał jak zawsze odpowiedzieć coś złośliwego, lecz w ostatniej chwili zmienia zdanie. Zaciska wargi, wbijając we mnie intensywne spojrzenie, pod którym zaczynam wiercić się w miejscu. Potem, nie odrywając ode mnie tych przeszywających oczu, rzuca piłeczkę i trafia idealnie do pierwszego kubka.
Cholera.
– Do dna – poleca Parish. – Mam nadzieję, że twoje wyrafinowane podniebienie to zniesie.
Wzdycham w duchu, łapię kubek i go przechylam. W dół gardła spływa mi chłodny sok jabłkowy wymieszany z wodą. Kieranowi udało się zrealizować swoją część i upewnił się, że po mojej stronie stołu nie znajdzie się żaden alkohol. Dzięki temu wiem, że nawet gdybym przegrała, nie upiję się ani trochę.
Opróżniam kubek w akompaniamencie okrzyków. Udaję, że krzywię się z niesmakiem, nim wracam do gry. Ta toczy się dalej zażarcie, bo i ja, i Jasper ponownie trafiamy. Nie przestajemy też ciągle sobie dogryzać, a gdy w to wszystko mieszają się nasi znajomi, zabawa rozpoczyna się na dobre. Zeke z Alanem kibicują głośno Parishowi, podobnie jak Payton i Layla. Z ich paczki nie widzę jedynie Justina. Po swojej stronie mam z kolei Kierana, Mads, Elodie i Lorelai. Wymieniają się złośliwościami z grupą mojego rywala, stawiając zakłady na mnie. To nieco podnosi na duchu, nie powiem, że nie.
– Muszę przyznać, że poprawiłaś się trochę od zeszłego roku – stwierdza Jasper. – Ćwiczyłaś potajemnie, żeby mnie pokonać?
Nie pozwalam, by na moje policzki wypłynęły rumieńce zawstydzenia, ale on i tak chyba odczytuje ze mnie odpowiedź, bo zaczyna się cicho śmiać.
– O cholera, ty naprawdę to zrobiłaś – dodaje. – Zawsze musisz być najlepsza, co?
Wykrzywiam wargi w wymuszonym uśmiechu, kiedy wylatuje z nich jedno z największych kłamstw w moim życiu:
– Kiedyś ci opowiem, jakie to uczucie.
Sama chciałabym wiedzieć jakie.
– Wiecznie się wywyższać i nie mieć swojego życia? – pyta chłopak. – Dzięki. Nie chcę wiedzieć, jak to jest.
Posyłam mu jedno ze swoich wyćwiczonych uroczych spojrzeń.
– Ty wolisz wiedzieć, jak to jest być przegranym. Łapię. A teraz do dna.
Wypija kolejną porcję alkoholu. Robi mi się nieco cieplej przez to, jak się we mnie wpatruje. Z jakiegoś powodu odnoszę wrażenie, że chociaż z nim wygrywam, to ja ponoszę porażkę. I mi się to nie podoba.
Kontynuujemy jednak grę bez przerw. Parish ma dobry cel, w końcu to nasz najlepszy koszykarz. Słyszałam kiedyś, jak trener mówił dyrektorowi, że dawno nie widział takiego talentu i że chłopak ma przed sobą świetną przyszłość, kilka uczelni już proponowało mu pełne stypendium sportowe. To mu oczywiście nie wystarcza. On chce też tego, co mam ja, i nie planuje się zatrzymywać, nim mnie nie pokona.
Tego wieczoru sprzyja mi szczęście. Jasper parokrotnie nie trafia, za to mnie udaje się to niemal bez problemów. Doping znajomych dodaje mi skrzydeł, a to, że nie wypiłam ani kropli alkoholu, przez co nie mgli mi się wzrok, też bardzo pomaga. Tak bardzo, że Jasperowi zostają jeszcze trzy kubki, w czasie gdy ja wrzucam piłeczkę do ostatniego i podskakuję w miejscu. Rozlegają się gwizdy i brawa.
– Tak! – krzyczę triumfalnie. – Kto jak zawsze jest górą, Parish?
Chłopak posyła mi krzywe spojrzenie i łapie kubek, a Kieran w tym czasie dyskretnie zabiera te z mojej strony, by nikt nie rozpoznał naszej podmiany.
– Miałaś po prostu farta – oznajmia Jasper. – Ale umowa to umowa.
Obserwuję go, kiedy spogląda na Zeke’a stojącego już przy ustawionym obok młyna głośniku. Chłopak ścisza muzykę, dlatego uwaga wszystkich imprezowiczów skupia się na Jasperze, który odchrząkuje.
– Colbern wygrała, więc chciałbym wznieść toast – mówi, unosząc kubek. – Za naszą przewodniczącą. Oby ten rok był dla niej niezapomniany.
Na te słowa czuję ciarki wspinające się po plecach. Brzmią złowieszczo. To, że dokoła panują ciemności i rozlega się skrzypienie od strony młyna, tylko podkreśla upiorny charakter tego momentu.
– Zadbamy, żeby tak było! – woła nagle Zeke.
Kiedy dostrzegam, że ma w ręce różową koronę, marszczę nos. Przed wakacjami ktoś urządził w tym miejscu imprezę urodzinową, więc pewnie ta została z tamtego czasu, skoro jest na niej napis „jubilatka”. Przyjaciel Jaspera wkłada mi ją właśnie na głowę, a ja od razu węszę podstęp.
– O co…
– Za Coralie! – krzyczy chłopak.
Ludzie to podłapują, wołają moje imię, a ja nie mam czasu zareagować, bo staje przede mną Jasper, który wyciąga coś w moją stronę.
– Twoje zdrowie, Colbern – rzuca. Patrzę na niego nieufnie, na co parska pod nosem, po czym przysuwa złoty kubek do ust. Kiedy upija łyk i przełyka, ponownie podaje mi napój. – Widzisz? To nie trucizna. Nie wypijesz za swoje zdrowie? Czy już się upiłaś i boisz się, że zaraz ktoś będzie musiał cię wynosić?
Czuję na sobie spojrzenia ludzi dokoła. Wszyscy krzyczą, żebym wypiła na swoją cześć, więc z westchnieniem odbieram kubek i wznoszę go jak do toastu. Później posyłam Parishowi wyzywający uśmiech, żeby kazać mu wsadzić sobie gdzieś to „boisz się”, i opróżniam zawartość papierowego naczynia w paru łykach.
To okazuje się ogromnym błędem. Niemal od razu zaczynam się krztusić, bo mój przełyk płonie, a w oczach stają mi łzy. Dobiegają mnie śmiechy, które ignoruję, kaszląc coraz głośniej, gdy Jasper obejmuje mnie nagle, żeby pomóc mi utrzymać się na nogach.
– C-co… – wyduszam z trudem.
– No nie sądziłem, że tak poszalejesz i wypijesz to na raz. Miałaś zrobić tylko łyk, przecież to wyjątkowa mieszanka Zeke’a – mówi Jasper z rozbawieniem, łapiąc mój podbródek. – Przeżyjesz, prawda? Byłoby głupio wygrać klucze do Złotego Domu dlatego, że pokonała cię wódka z sokiem.
Odpycham go, czując uderzenie gorąca, a potem zataczam się i na kogoś wpadam.
– Hej – rozlega się znajomy głos. – Wszystko w porządku?
Nie mam pojęcia, co dał mi ten kretyn, ale wciąż pali mnie w gardle i miękną mi kolana. Mam słabą głowę i niewiele dziś zjadłam, dlatego nie chciałam tknąć nawet kropli alkoholu, tymczasem on dał mi jakąś skondensowaną dawkę, która uderzyła momentalnie.
– On chciał mnie zabić, K – mamroczę do Kierana.
Przyjaciel oplata mnie ramionami, więc opieram czoło o jego klatkę piersiową. Idiotyczna korona spada na ziemię. Niedobrze mi. Czy to możliwe, że trunek działa aż tak szybko? Bo nieco mgli mi się wzrok, kiedy zerkam w kierunku widocznej w oddali za krzakami rzeki i dostrzegam jakieś ciemne sylwetki. Wyglądają dziwacznie.
– Co ty jej, kurwa, dałeś? – warczy Kieran.
– Po prostu poncz – odpowiada Jasper. – Jest mocny, Zeke wlał tam potrójną dawkę wódki. Nie sądziłem, że od razu wyzeruje kubek.
Na pewno wiedział, że to zrobię. Nie tylko on uwielbia odpowiadać na wyzwania.
– Zabierz mnie stąd – szepczę, wczepiając się w bluzę Kierana. – Nikt nie może mnie tak zobaczyć.
K kiwa głową, obejmuje mnie pewniej i rzuca jeszcze:
– Wygrała z tobą, więc wypierdalaj.
Jasper chyba coś odpowiada, ale nie słucham, ponieważ przyjaciel rusza w prawo, przytrzymując mnie przy swoim boku. Gdyby nie on, pewnie leżałabym właśnie na mchu, pomiędzy tymi ogromnymi krzakami, które rosną przy młynie. Na szczęście Kieran panuje nad sytuacją, zabiera mnie na schody znajdujące się z tyłu budynku i sadza na nich, aż opieram się ciężko o poręcz. Tutaj nikt nas nie widzi.
– Zamorduję go – oznajmiam, z trudem składając głoski w słowa. – Przysięgam.
Kieran kuca przede mną.
– Królowa Lodu cię nie uczyła, żeby nie brać niczego od kutasów pokroju Parisha?
Jęczę cicho, podciągając kolana pod brodę, i chowam w nich twarz.
– Podszedł mnie. Powiedział, że to tylko alkohol i że się boję. No i wszyscy skandowali i kazali mi pić…
Mówię coraz bardziej niewyraźnie, a w głowie nadal mi wiruje. Kieran rzuca więc, bym sekundę poczekała, po czym po chwili wraca z butelką wody.
– Masz, wypij. A potem jakoś przetransportujemy cię po cichu do akademika i to odeśpisz.
Upijam parę łyków, czując nieznaczną ulgę w gardle. Muszę się ogarnąć. Gdyby matka się dowiedziała, że tknęłam alkohol, byłoby po mnie.
– Powiedz chociaż, że on zniknął – mamroczę.
– Tak. Zwinął się razem z Zekiem, dziewczynami i paroma innymi osobami.
Kiwam głową, a później prostuję się nagle.
– Chwila. Czemu oni też się zwinęli, skoro tylko on przegrał zakład?
Kieran marszczy czoło.
– Pewnie nie chcieli tu bez niego zostawać… – W jego oczach pojawia się zrozumienie. – Albo oni też nas ograli. Wstawaj.
Kiedy słyszę rozlegające się pełne zaskoczenia okrzyki, podrywam się na nogi. Dobiega mnie głos szefa ochrony Golden Flame, przez który czuję narastającą panikę, a potem już biegnę za Kieranem między drzewa, gdy muzyka cichnie. Przyjaciel pomaga mi, bym nie upadła po drodze, i jakoś udaje nam się uciec przed pogromem. Gdyby nas przyłapano na imprezie, poza terenem liceum, o tej godzinie bez przepustek, i to śmierdzących alkoholem, dostalibyśmy punkty ujemne i karę. Dużą karę.
I podejrzewam, że właśnie tego chciał Parish. Przegrał ze mną specjalnie, by wygrać coś zupełnie innego.
A ja jeszcze nie wiem jak, ale sprawię, że za to zapłaci.
Coralie
Irytujące pikanie, które dobiega z drugiej połowy pokoju, podpowiada trzy rzeczy: po pierwsze jest już szósta w poniedziałkowy poranek. Po drugie mojej współlokatorce jakimś cudem udało się znaleźć jeszcze bardziej wkurzający dźwięk budzika niż wcześniej, bo mam ochotę oderwać sobie uszy. Po trzecie boli mnie lewa strona ciała, co oznacza, że upadek z ogrodzenia wcale mi się nie śnił. Serio spadłam wczoraj z płotu, gdy Kieran pomagał mi jak najszybciej dostać się z powrotem na teren szkoły, by nie przyłapali nas ochroniarze.
Krzywię się przez to i odwracam na drugi bok, a wtedy od razu napotykam spojrzenie zielonych oczu Mirandy, którą potocznie określam też jako swojego śmiertelnego wroga numer dwa. Siedzi na łóżku naprzeciwko mojego, w jasnej pościeli, i rozciąga się swobodnie, nie robiąc sobie nic z tego, że jej idiotyczny alarm obudził mnie przed czasem.
Jak codziennie na drugim roku i codziennie od dwóch tygodni.
– Zakłócasz moje ćwiczenia – oznajmia dziewczyna. – Nie gap się na mnie.
Prycham w duchu i zwlekam się z łóżka.
– Tobie też dzień dobry, Miranda – odpowiadam spokojnie.
Nie dodaję na głos tego, co chodzi mi właśnie po głowie: znowu nie spała całą noc, bo dręczyła dusze w piekle, czy po prostu wstała wcześniej? Jestem prawie pewna, że to pierwsze. Współlokatorka nie odzywa się jednak więcej, dlatego też ją ignoruję i idę do łazienki. Nasz pokój jest duży, mamy tu miejsce na dwa biurka w przeciwnych kątach, regał, wygodne łóżka, no i wspólną wielką szafę, a mimo to po drodze potykam się o skrzynię wystającą kawałek zza mebla.
Skrzynię z rzeczami Mirandy, oczywiście.
– Prosiłam cię, żebyś nie trzymała tego po mojej stronie pokoju – przypominam, nadal zachowując opanowanie.
– W swojej potrzebuję miejsca – stwierdza. – A tobie to i tak nie przeszkadza, prawda? Przecież uwielbiasz pomagać innym.
Szydzi ze mnie i jak zawsze od samego rana testuje moją cierpliwość, ale nie zamierzam dać jej wygrać. Wytrzymałam cały drugi rok, wytrzymam to także teraz, nawet jeśli Shaford znów odrzuci mój wniosek o zmianę przydziału pokojowego.
– Lubię pomagać i w razie gdybyś czegoś potrzebowała, możesz mi powiedzieć – zapewniam, wspinając się na wyżyny dyplomacji. – Ale połowa pokoju należy do mnie, więc chciałabym, żebyś nie zostawiała w niej swoich rzeczy, proszę.
– Przemyślę to. Przy okazji wyrzuciłam też te twoje kartony, które zalegały na dnie szafy, bo wstawiłam tam moje skrzynki z butami.
Zamieram. Moja maska opanowania prawie pęka.
– Co zrobiłaś?
– Były stare, więc to przecież nic takiego.
Dopadam do szafy w kolejnej sekundzie i otwieram ją szeroko. Kiedy dostrzegam, że naprawdę nie ma tu dwóch kartonów, a zamiast nich po mojej stronie szafy leżą jakieś ozdobne skrzynki z inicjałami Mirandy, dosłownie zalewa mnie furia. Próbuję się uspokoić, ale nie daję rady.
– Powiedz, że tego nie zrobiłaś i po prostu to gdzieś schowałaś – wyduszam.
– Nie, wywaliłam je do zsypu.
Zaciskam pięści tak mocno, że moje paznokcie wbijają się boleśnie w dłonie, i zaczynam szybciej oddychać. Pieprzyć spokojną postawę i dyplomację. Mam dość.
– Jeśli mówisz poważnie, to cię zabiję – oznajmiam z chłodem, który mnie wypełnia.
Dziewczyna zeskakuje z łóżka i zaczyna się śmiać.
– Słyszałaś? Zabije mnie – rzuca, na co odwracam się i dostrzegam, że ma w dłoni telefon skierowany tak, by było ją widać. – Spokojna, słodka i idealna Coralie Colbern mi właśnie grozi. Coś takiego chyba nadaje się na pierwszą stronę szkolnej…
