W pogoni, w ucieczce. Narkotyki i narkomania - Wojciech Wanat, Katarzyna Panejko-Wanat - ebook
Opis

My, ludzie z początku XXI wieku, żyjemy w straszliwym pędzie. W pogoni za materialnymi dobrami, statusem, karierą, rzadziej za szczęściem. Ale także w ucieczce przed cierpieniem, samotnością, niespełnieniem własnych oczekiwań. To sprawia, że coraz więcej ludzi sięga po różnego rodzaju „wspomagacze”. Między innymi po narkotyki. Stąd zwiększające się problemy, jakimi są narkomania i jej skutki.
Bazując na doświadczeniu zdobytym w trakcie długoletniej pracy z osobami nałogowo zażywającymi narkotyki, autorzy opisują w tej książce proces uzależnienia i wszystko, co się z nim wiąże, zagadnienie narkomanii zaś pokazują wszechstronnie – nie stroniąc od nawet drastycznych sformułowań.  Nie jest to jednak zbiór rad i przestróg. To swego rodzaju poradnik, zawierający zarówno wyniki badań naukowych, jak i obserwacje czerpane bezpośrednio z życia oraz wypowiedzi osób uzależnionych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt graficzny: Janusz ‌Barecki
Korekta: ‌Jolanta Spodar
ISBN 978-83-244-0385-1
Copyright ‌© by Katarzyna ‌Panejko Wanat i Wojciech ‌Wanat
Copyright © ‌by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa 2014
Wydawnictwo ISKRY
al. ‌Wyzwolenia ‌18, ‌00-580 Warszawa
tel./faks ‌(22) ‌827-94-24-15
www.iskry.com.pl
Konwersja publikacji do wersji ‌elektronicznej
WSTĘP

Trudno ‌jest pisać książkę ‌wspólnie. Dla nas pisanie, ‌podobnie jak bieganie, ‌jest bardzo ‌intymną czynnością. ‌Ale ‌jeśli udaje nam się ‌biegać razem na długich dystansach, ‌być ‌może podołamy też tej ‌pracy.

Czemu piszemy o narkotykach ‌i problemach związanych z ich używaniem? ‌Bo wiele z tych kwestii jest ‌dla nas ‌osobiście ‌ważnych. Za kilka lat nasze ‌dzieci wejdą ‌w wiek, w którym ‌na ogół ‌zaczyna się ‌eksperymenty ‌z narkotykami. ‌Co zrobić, żeby bezpiecznie ‌przeszły przez burzliwy okres ‌adolescencji? Na co dzień spotykamy ‌młodych i nie tylko młodych ‌ludzi, którzy z różnych względów ‌sięgają po narkotyki. Czasem ‌obywa się bez ‌konsekwencji, częściej jednak płacą ‌oni ‌za swoje pomysły nieproporcjonalnie wysoką ‌cenę. Co zrobić, ‌żeby w jakiś sposób ‌zmniejszyć osobiste i społeczne koszty ‌tego rodzaju błędów?

Chcielibyśmy ‌poprowadzić was najkrótszą ‌drogą przez labirynt zagadnień ‌związanych z narkotykami. W tej wędrówce ‌siłą rzeczy ‌latarnia będzie oświetlać ‌tylko najbliższe naszej ‌drodze ‌obszary. ‌Przejdziemy przez ‌teren przyjemności, ‌zarówno tych bezpiecznych, jak i ryzykownych. Zobaczymy, jak rozwija się uzależnienie, jaka jest w nim rola rodziny i szkoły – pozytywna i niestety także negatywna. Znajdzie się trochę miejsca na seks, zachowania kompulsywne, a także na środki przeciwdziałania narkomanii i politykę narkotykową. Ba, nawet na opis różnych substancji psychoaktywnych.

Podczas stażu w Ośrodku w Anielinie usłyszeliśmy od jednego z pacjentów, że kiedy na jego pytania odpowiadaliśmy mu raz jedno, raz drugie, niekoniecznie na przemian – miał wrażenie, że rozmawia z jedną osobą. Trochę podobnie było z pisaniem tej książki. Raz pisało jedno z nas, a drugie poprawiało, później role się odwracały. Trudno powiedzieć, czyj wkład jest większy. Poza tym książka ta rodziła się w czasie naszych rozmów i dyskusji.

Przeplatają się tu dwa głosy: emocji i rozumu. To naturalne, ponieważ narkotyki i uzależnienia mają wiele wspólnego z emocjami, ale żeby mieć szanse na zmniejszanie liczby osób po nie sięgających, potrzebne są wiedza, logika, umiejętność łączenia pozornie odległych pojęć i zjawisk.

Jak ta książka ma się do pierwowzoru, którym był Odlot donikąd? Przede wszystkim brak tu tak sztywnej struktury. Nie ma jasnego podziału na kolejne etapy uzależnienia, co po części wynika z tego, że jest to proces płynny, nie da się postawić kamieni milowych. Relatywnie mniej miejsca poświęciliśmy samym narkotykom. Za to znacznie obszerniej omówiliśmy zagadnienia związane z rodziną, a szczególnie to, co mogą zrobić rodzice, nawet małych dzieci, żeby uchronić je przed uzależnieniem. Od czasów, kiedy powstawał Odlot donikąd, minęło prawie dwadzieścia lat. Zmienił się świat, w którym żyjemy, zmieniliśmy się my, autor tamtej i współautorzy tej książki.

Książka, którą bierzecie do ręki, jest bardzo osobista, dotyka wielu rzeczy ważnych w życiu – szczęścia, wartości, odpowiedzialności i wolności. I narkotyków, ale tylko „na marginesie”, bo zażywanie narkotyków, uzależnienie – to jedynie skutek, objaw, nie zjawisko samoistne.

KILKA ZDAŃ O SZCZĘŚCIU

Kiedy prowadzę zajęcia profilaktyczne dla uczniów czy rodziców na temat... No właśnie, na jaki temat? Nie na temat narkotyków, narkotyki przewijają się gdzieś w tle, ale jest tam także seks, muzyka, zabawa, wolność, odpowiedzialność i wiele, wiele innych. Kiedy prowadzę takie zajęcia, w pewnym momencie proszę uczestników o zadanie pytania na dowolny temat na niepodpisanej kartce. To forma pozwalająca na bezpieczne zapytanie o różne rzeczy. Na jednych z zajęć w skarbonce znalazłem pytanie: – Czy jest pan szczęśliwy?

Czy jestem szczęśliwy? Cóż, czasem bolą mnie mięśnie, tak naprawdę to rzadko, gdy się budzę, nic mnie nie boli. Miewam mniejsze lub większe ograniczenia finansowe, bywa, że za obiady córki płacę dopiero w połowie miesiąca. Są dni, kiedy kłócę się z żoną, mój pies zazwyczaj zachowuje się okropnie, a dzieciaki nieraz są nieznośne. A ja? Ja jestem nieznośny, zachowuję się okropnie na co dzień.

Czy jestem szczęśliwy? Zmarnowałem wiele lat, straciłem je, przećpałem razem ze zdrowiem i niemałą kasą. Uciekło mi wtedy wiele szans i jestem świadomy, jak dużo straciłem i ile mogłem wtedy zrobić, nie tylko dla siebie. Codziennie zderzam się z tym, czego już nie jestem w stanie zrobić, co jest już dla mnie niemożliwe. Bo nie te lata, nie to zdrowie, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

Czy jestem szczęśliwy? Budzę się, kiedy jest jeszcze ciemno, żeby popracować, kiedy dzieci jeszcze śpią i nie proszą, żeby im nalać szklankę mleka, a żona nie goni do zmywania i wynoszenia śmieci. Kładę się spać około północy, chyba że padnę i zasnę gdzieś zwinięty w kłębek na podłodze.

Owszem, jestem szczęśliwy, bo budząc się wiem, że znowu poczuję wiatr na twarzy, zapach wilgotnych łąk. Bo znowu będę mógł podać swojej żonie kawę do łóżka. Bo wiem, że to, co robię, służy ludziom. I czekam na kolejne takie dni.

Ale co to za pytanie? W pierwszej chwili mam ochotę odpowiedzieć – a co cię to obchodzi? Jednak po chwili widzę sens. Chcemy być szczęśliwi – dokładnie to w mniej lub bardziej złudny sposób mają nam dać narkotyki. To, czy ja potrafię być szczęśliwy, może być dla młodych ludzi ważne. Te zajęcia są zresztą bardzo osobiste.

Tak, jestem szczęśliwy. Choć bywam smutny, zdenerwowany lub zmęczony. Choć czasem kłócę się albo mam ochotę kogoś kopnąć – tak, jestem szczęśliwy.

Kiedy piszę te słowa, dzwoni telefon. Pan grzecznie proponuje mi opcje giełdowe, ja grzecznie odmawiam. (Pan nie jest naszprycowany amfetaminą, co ułatwia mu słuchanie). Pyta:

– Czemu nie jest pan zainteresowany?

– Bo jest to do głębi niezgodne z moją filozofią, właśnie o tym piszę.

– Pisze pan książkę? Na jaki temat?

– O narkomanii.

– A jaki jest związek między narkomanią a giełdą?

– Z jednej strony to pewna forma hazardu, z drugiej giełda jest uosobieniem tej części współczesnego świata, która sprawia, że coraz więcej ludzi sięga po różne narkotyki.

– A jaki będzie tytuł?

– Jeszcze nie wiem, może pan poszukać po nazwisku za jakieś pół roku. A chciałby pan przeczytać?

– Tak, bo ja, wie pan, nie jestem tu szczęśliwy, siedzę, bo siedzę.

To, czy jesteśmy szczęśliwi, czy potrafimy być wolni, decyduje o tym, jak żyjemy, jakimi jesteśmy rodzicami, uczniami, pracownikami, jakimi jesteśmy ludźmi. Gdybym nie potrafił być szczęśliwy, nie powinienem, nie potrafiłbym pracować z ludźmi.

Wszelkie pytania o narkotyki, seks, hazard, uzależnienia powinniśmy zaczynać od tego zagadnienia – czy jestem szczęśliwy?

Trudno mi się nie zgodzić z tym, że człowiek szczęśliwy nie będzie uciekał w uzależnienia czy inne zachowania problemowe. Pojawia się pytanie: czym się różni szczęście od radości? Szczęście trwa dłużej, jest stanem, a nie uczuciem. Radość można mieć od razu, na szczęście trzeba sobie zapracować. Szczęście wymaga wysiłku. I szczęście, i radość są bardzo istotne w życiu. Ważne, by umieć się cieszyć z codziennych drobiazgów, ważne też, by nie zatracić umiejętności podejmowania wysiłku. Na uzależnienie można popatrzeć jako na proces, w którym jedna przyjemność, która najczęściej nie wymaga zbyt wiele wysiłku, zaczyna wypierać wszystkie pozostałe przyjemności i wartości, które do tej pory zapewniały szczęście związane z życiem w zgodzie ze sobą. Bardzo ważna jest autorefleksja, chwila na zastanowienie się, czy dbam o siebie, jakie są moje wartości, czy żyję w zgodzie ze sobą, jakie mam w życiu przyjemności, a jeśli na przykład lubię czytać książki, to kiedy ostatnio jakąś udało mi się przeczytać i wreszcie uświadomienie sobie, że w przyjemnościach nie ma nic złego, one są nam w życiu potrzebne. Ważne tylko, abyśmy ulegając im, byli świadomi ryzyka, z jakim się wiążą, oraz żeby nie odbywały się kosztem naszych obowiązków. Żeby nasze pasje, nasze codzienne radości były dla nas paliwem do funkcjonowania w różnych rolach społecznych. Ważne, aby się lubić, być dla siebie zarazem łagodnym i wymagającym. Ta zdrowa samodyscyplina, wybory ze świadomością własnych potrzeb, ale też możliwych konsekwencji – to jest właśnie wolność. Warto dbać o swoje przyjemności, ale także o własny rozwój. Zresztą dbanie o samorozwój, wsłuchanie się w swoje potrzeby też daje nam szczęście. Mam tu na myśli rozwój holistyczny, nie tylko na płaszczyźnie intelektualnej, ale także fizycznej, duchowej i emocjonalnej.

Tak, ważna jest fizyczność, szacunek i troska o własne ciało. Warto je lubić i czerpać z niego przyjemność. Niezależnie od tego, jak bardzo różni się od modeli z reklam czy okładek czasopism. Ważne są nasze emocje. Danie sobie akceptacji dla odczuwania wszystkich emocji i czasu, aby je nazwać, przyjrzeć się im, by żyć ze sobą blisko. Jednym słowem ważne jest, aby całość siebie traktować z szacunkiem. Dopiero wtedy będziemy potrafili naprawdę szanować i kochać innych. Również wychowując dzieci, nie wolno zapominać, że rozwój to nie tylko intelekt, a do wszechstronnego rozwoju oprócz bezpieczeństwa fizycznego konieczne jest także bezpieczeństwo emocjonalne. I warto pamiętać, że tylko szczęśliwi rodzice mogą wychować szczęśliwe dzieci.

Każdy, kto pracuje z ludźmi, pewnie nieraz słyszał, że jest najważniejszym narzędziem w swojej pracy i ważne, aby zadbał o swoje życie. No właśnie, w idealnym świecie, w którym wszyscy ludzie byliby wolni i szczęśliwi, nie istniałby problem uzależnień, ale ponieważ nie w takim świecie żyjemy, piszemy tę książkę...

ŚWIAT PRZYJAZNY UZALEŻNIENIOM?

W czasach, kiedy w Polsce ogromną popularnością cieszyła się Krótka historia czasu Stephena Hawkinga, usłyszałem następującą anegdotkę:

Do przedziału w pociągu wsiada fizyk i zauważa, że siedzący w nim młody biznesmen czyta książkę Hawkinga.

– Ciekawa książka? – zagaduje czytającego.

– Tak i znakomicie napisana, wszystko z niej rozumiem – pada odpowiedź.

– To zabawne, bo ja nie – odpowiada fizyk.

Ta rozmowa pokazuje jeden z podstawowych problemów zajmowania się w zasadzie dowolną tematyką. Im więcej wiem, tym bardziej uświadamiam sobie obszar własnej niewiedzy. Co jakiś czas pojawiają się nowe pytania, które, nawet jeśli znajdę na nie odpowiedzi, to i tak otworzą kolejne nieznane obszary.

Rozpoczynając zajęcia dla młodych ludzi na temat używania substancji psychoaktywnych i związanych z tym zagadnień, pytam, jakie są ich oczekiwania w stosunku do tych zajęć. Uczniowie mają proste życzenia – żeby nie było lekcji matematyki, historii ewentualnie jakichś innych, na których akurat miała być klasówka. Dorośli chcieliby, żebym powiedział coś takiego, by dzieci przestraszyły się i nie chciały sięgać po narkotyki. Ładne mi dzieci! Jeśli spotkać ich na ulicy, czasem trudno stwierdzić, czy to gimnazjaliści, czy studenci trzeciego roku.

A o co chodzi mnie? O to, żeby młodzi ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, żeby to, co robią w życiu, nie odbywało się bez refleksji.

I tak jak na zajęciach, które prowadzę dla dorosłych czy dla dzieci – więcej będzie tu pytań niż odpowiedzi. Bo każde z pytań może dać inną odpowiedź różnym osobom, bo na to samo pytanie zadane przez różne osoby udzieliłbym zupełnie innej odpowiedzi.

Jakie są narkotyki? Dobre czy złe? Czemu budzą aż tak wielkie emocje? Czemu młodzi ludzie nie wychodzą na ulice, aby walczyć o większe szanse w zdobywaniu pracy czy o dostępność mieszkań, ale regularnie odbywają się manifestacje domagające się legalizacji marihuany?

Narkotyki nie są ani dobre, ani złe. Są jak młotek – można użyć ich z korzyścią dla człowieka, ale można nimi, każdym z nich, zrobić sobie poważną krzywdę. Jedna z pierwszych osób pracujących w Polsce z osobami uzależnionymi, doktor Barbara Łysakowska, powiedziała w czasie jednego z prowadzonych przez nią szkoleń: „Jeśli bierzesz morfinę, bo cię boli noga, nic specjalnego ci nie grozi. Ale jeśli robisz to, bo cię boli dusza, będzie to dla ciebie groźne”.

Morfina pozwala godnie przejść przez czas choroby, zmniejszyć cierpienie, jakie ona ze sobą niesie. Wiele narkotyków może być stosowanych jako leki. Wyizolowane z marihuany składniki pomagają w wielu chorobach. Lekarze w różnych krajach przepisują na receptę amfetaminę, a są kraje, że i heroinę. Narkotyki są dokładnie tym, co my, ludzie, z nimi zrobimy.

Czemu więc budzą tyle przeróżnych emocji? Jak wam się podobała płyta Jimiego Hendrixa Are you experience? A płyta tego samego wykonawcy Before the Experience? Nie jestem specem w dziedzinie muzyki, ale z mojego punktu widzenia nie różnią się one aż tak bardzo poziomem muzycznym. Za to z całą pewnością różnią się znacznie poziomem sprzedaży. Czy w takim razie sprzedaje się muzyka, czy jej otoczka związana z używaniem LSD?

Z czym ludziom kojarzą się narkotyki? Młodym przede wszystkim z zabawą, imprezą, muzyką. Ale także z wolnością, miłością, poczuciem bliskości czy wspólnoty. To takie rzeczy, których świat, czyli tak naprawdę my, dorośli nie jesteśmy w stanie dać młodym ludziom, naszym dzieciom, uczniom, wychowankom, podopiecznym.

Kiedy słucham na przykład gimnazjalistów, opowiadających o tym, co daje im palenie marihuany, mam wrażenie, że mówią o kocu, że ta marihuana jest takim kocem izolującym ich od pustki, zimna, nieprzyjazności życia. Nic dziwnego, że młodzi ludzie bronią tego koca. Przecież jest on tym, co sprawia, że ich życie staje się w miarę znośne, choćby na kilka godzin.

Ciekawe, czy ktoś już przygotował profil socjologiczny uczestników Marszu Wyzwolenia Konopi lub aktywistów Wolnych Konopi. Czy zbadał, w jakim są wieku, jakie mają wykształcenie, jakie wykonują zawody. Nie mam zamiaru ich w jakikolwiek sposób dyskredytować, ale mam wrażenie, że zdecydowana większość z nich to młodzi ludzie walczący o to, w co wierzą. To jedna z tych niewielu spontanicznie, bezinteresownie działających inicjatyw, które istnieją tylko dlatego, że są jeszcze ludzie, którym chodzi o coś więcej niż o własny portfel i wygodę. Robią to, w co wierzą, i to w nich szanuję. Zapewne chodzi im o pewien symbol i tak samo jednoznacznie patrzą na problem, jak ich przeciwnicy. Jedni mówią – narkotyki to zło, a drudzy, lud konopny – narkotyki to może zło, ale marihuana to samo dobro.

Może zamiast zastanawiać się, jak ograniczyć podaż narkotyków, choćby i marihuany, jak utrudnić ich zakup, warto zacząć myśleć o tym, co zrobić, żeby młodzi ludzie nie byli aż tak samotni i nieszczęśliwi. Do momentu, kiedy ludzie będą potrzebowali narkotyków, do kiedy ktoś będzie chciał je kupować, będą i tacy, którzy na tym z przyjemnością zarobią.

Chcielibyście zrozumieć, jak to jest z tymi narkotykami? Jak działają? Czemu jedni się uzależniają, a inni nie? Ja już nie jestem tego ciekaw, nauczyłem się, że wszystko, co ważne, a związane z narkotykami, leży gdzieś w emocjach, w tym obszarze, który nie daje się wytłumaczyć ani zrozumieć. Można tego posmakować, dotknąć, spróbować w ten czy inny sposób wyobrazić sobie. Ale zrozumieć tego nie sposób.

Poza wszystkim dostrzeżenie wielu zagadnień związanych z używaniem substancji utrudnia też język, jakim są one opisane. Jak pamiętamy, nasza wiedza o przyrodzie zapisana jest językiem matematyki. Niestety, wiedza o narkotykach zapisana jest językiem statystyki. A jest to język trudny do przyswojenia i konstruktywnego wykorzystania. Jesteśmy przyzwyczajeni do dziewiętnastowiecznego, deterministycznego patrzenia na rzeczywistość – z przyczyną i skutkiem. Takie spojrzenie na człowieka nie wystarcza. Jesteśmy zbyt skomplikowanym tworem, czynniki na nas wpływające są zbyt subtelne, żeby zdecydowanie stwierdzić, że jeśli A, to B. Nie możemy powiedzieć, że z całą pewnością ktoś się uzależni ani też, że na pewno go to nie spotka. Opierając się na badaniach naukowych, możemy mówić o prawdopodobieństwie takiego zdarzenia.

Włączam radio i słyszę kolejne reklamy. Dowiaduję się, jak w prosty sposób mogę uszczęśliwić siebie i swoją rodzinę. Wystarczy, żebym kupił, zainwestował, zdobył. Szczęście przyjdzie ot tak, samo z siebie, od ręki. Nie trzeba się o nie starać, zabiegać. Nie trzeba czasu, wysiłku, wystarczy kliknąć „kup teraz” i moje życie zmieni się na lepsze. Nie przypadkiem profesor Zygmunt Bauman porównywał to, jak podchodzimy do zakupów i dóbr materialnych, z tym, co dzieje się w czasie brania narkotyków.

Świat oferuje nam na pozór łatwo dostępne szczęście. Od ręki, teraz, natychmiast, już, w zasadzie bez wysiłku. Tak jak przy zażyciu narkotyków – gratyfikacja jest prawie natychmiastowa. Przyjrzyjmy się trzem poniższym relacjom i zastanówmy się, jak czuli się ich autorzy:

Wchodzę do sklepu, najpierw mam trochę wątpliwości. Czy mnie na to stać? Czy jest mi to naprawdę potrzebne? Sprzedawca pokazuje mi różne możliwości nowego tabletu, przyglądam się i po chwili wiem, że warto. Płacę kartą i wychodzę, zaczynam się czuć inaczej, lepiej...

Wchodzę do swojego pokoju, wiem, że tu nikt mi nie będzie przeszkadzał. Mam wszystko, czego potrzebuję. Wyciągam z kieszeni zawiniątko, wysypuję na łyżeczkę zawartość, leję ze strzykawki wodę, grzeję i szybko wciągam to, co się zagotowało, z powrotem do strzykawki. Szybko chłodzę w dłoniach. Sprawnie wchodzę w kanał, czuję, jak ciepło rozpływa się po całym ciele. Ogarnia mnie euforia, czuję, jakby mi rosły skrzydła.

I jeszcze jedna historia zaczynająca się od słowa wchodzę:

Wchodzę w lekkim pośpiechu. Szybko rozpinam spodnie, mam wrażenie, że gdyby trwało to kilka minut dłużej, mogłoby być za późno. Siadam, czuję ulgę i zaczynam nerwowo rozglądać się za papierem. Jest jeszcze rolka. Czuję się lekki, korzystam z papieru, spuszczam wodę.

Jest wiele sposobów na osiągnięcie stanu, który można określić jako szczęście. Problemy pojawiają się w momencie, kiedy zaczynamy próby zdefiniowania tego pojęcia, rozważania nad tym, czym jest szczęście, czym radość, jakie są zabarwienia tych określeń.

W naukach zwanych ścisłymi, które w swej ignorancji większość z nas uważa za precyzyjnie określone, jak na przykład fizyka, najważniejsze, najbardziej podstawowe pojęcia wymykają się definicjom. Co to jest czas? To wielkość, którą mierzymy różnego rodzaju zegarami. Ma zresztą sporo interesujących właściwości związanych z teorią względności. Pozwala nam na ustalanie następstwa zdarzeń. Ale czym jest to dokładnie – nie potrafimy określić.

Podobne jest z masą, długością, energią. Możemy tworzyć skomplikowane definicje, które jednak niespecjalnie określają, czym w rzeczywistości są te zjawiska. Przykłady takich definicji można znaleźć w podręcznikach dla gimnazjum, zawierają dużo słów i niewiele rzeczywistego sensu.

Oczywiście możemy przekonać się, czym jest masa, na przykład w czasie przeprowadzki, wnosząc rzeczy na trzecie piętro bez windy. Przekonamy się o tym namacalnie, powiedzą nam o tym nasz kręgosłup, a drugiego dnia także mięśnie. Zakładając, że przeprowadza się rodzina z trójką dzieci, w drugiej godzinie przekonamy się, czym jest czas, bo pod koniec, kiedy zbliżać się będzie pora odwiedzin teściowej, czas zacznie płynąć w zupełnie innym tempie. Możemy to poczuć, możemy próbować opisać, ale podanie definicji, dokładne określenie tego, czym są masa czy czas, jest zadaniem na poziomie kwadratury koła.

A szczęście? Czy mamy choćby cień szansy na jego zdefiniowanie lub opisanie? Podczas jednych zajęć gimnazjalista zadał mi pytanie, czy jestem szczęśliwy. Odpowiedziałem: – Tak, jestem. Ale gdyby zapytał, na czym to bycie szczęśliwym polega, miałbym spore trudności nawet z opisaniem powodów, dla których uważam się za szczęśliwego człowieka.

Mówimy o szczęściu, bo narkotyki leżą, jeśli nie na tej samej półce co szczęście, to z całą pewnością gdzieś obok. Narkotyki dają jego pozory, a nie wymagają wysiłku. Zupełnie nie potrafimy powiedzieć, czym jest szczęście. Tak samo definicjom wymykają się radość, wolność, odpowiedzialność, miłość. Jakiś czas temu pewien mało rozgarnięty, za to straszliwie zapatrzony w siebie antropolog kultury powiedział, że miłość jest bardziej precyzyjnie zdefiniowana niż entropia. Kiedy zapisałem mu wzór na obliczanie entropii na gruncie teorii informacjonistycznej (przepraszam za te szczegóły) i zaproponowałem przeprowadzenie podobnych obliczeń w odniesieniu do miłości, jakoś nie miał na to ochoty.

Wróćmy jednak do szczęścia, o którym wiemy, czym jest, ale nie potrafimy tego nazwać. Ogromne uczucie przyjemności, które jest relatywnie trwałe (innej definicji nie jestem w stanie podać), to coś, co lubimy, do czego dążymy. Bycie szczęśliwym wydaje się w jakiś sposób celem życia wielu ludzi. Wnioskując z przekazu reklam – prawie wszystkich. Sądząc po tym, co widzimy i słyszymy w reklamach, to szczęście jakoś wiąże się z biustem. Media starają się też wywołać w nas wrażenie, że można je zyskać w ciągu ułamka sekundy.

Tak działają narkotyki. Błyskawicznie, od ręki dają to, czego od nich oczekujemy. To taki wprost namacalny proces, w którym widać skutek – zmianę samopoczucia i tego, jak odbieramy świat, oraz przyczynę – wprowadzenie do organizmu jakiejś mieszanki związków chemicznych.

Pojawia się tu jednak pytanie: czy to jest rzeczywiście szczęście, czy jakaś jego proteza? Czujemy się lepiej, można powiedzieć, że jakość odczuć nie musi znacząco odbiegać od naszych najlepszych doświadczeń życiowych na trzeźwo. Czy na pewno? Wiele osób mających doświadczenia przeżywania wartościowych rzeczy na trzeźwo i pod wpływem środków odurzających twierdzi, że jest nieco inaczej, że rzeczy przeżywane na trzeźwo niosą ze sobą coś więcej. I nie jest to kwestia moralnej wyższości czy zdrowia, a jakości doznań.

Żyjemy w świecie, w którym istnieje silna presja sukcesu. Nic nie może być w nim średnie, mamy być szczęśliwi, mamy konsumować, zapewniać wzrost gospodarczy i nie myśleć. Wątpliwości są zdecydowanie nie na miejscu, utrudniają nam marsz ku świetlanej przyszłości. I młodzi ludzie albo żyją pod presją osiągnięcia takiego sukcesu, albo ze świadomością, że sukces taki, jaki jest przedstawiany, jest dla nich niedostępny. Ani beznadziejność, ani silna presja nie są odczuciami sprzyjającymi osiągnięciu komfortu.

Z czym jeszcze kojarzą nam się narkotyki? Nam, jako pewnej formacji kulturowej. Z całą pewnością jedną z pierwszych rzeczy, które przychodzą nam do głowy, jest wolność. Pewnie częściowo za sprawą skojarzenia z kulturą hipisów, którzy popularyzowali narkotyki. Jasne, że narkotyki były obecne od zawsze, ale to hipisi jako pierwsi nazwali ich działanie tak mocno i niejako wpisali je w główny nurt swojego życia. A to, że poza narkotykami i wolną miłością hipisi kojarzą się z wolnością, wydaje się zupełnie jasne.

Z tą hipisowską wolnością kojarzy mi się Jack Kerouac, który wziął kilka tabletek amfetaminy, wkręcił pierwszą kartkę w maszynę do pisania i zaczął pisać W drodze. Wstał od maszyny po dwóch tygodniach i iluś opakowaniach narkotyku, ilu – trudno powiedzieć. I sama książka, i to, jak powstawała, są owiane swoistym legendarnym klimatem.

Chcemy być wolni. Dwulatki starają się wywalczyć coraz więcej wolności, później z wiekiem sposoby osiągania wolności nieco zmieniają się, ale każdy człowiek potrzebuje jej, stara się maksymalnie poszerzyć swoją wolność. Narkotyki są tym, co w jakiś sposób wydaje się tę wolność poszerzać. Gdzieś w tle pojawia się prawo do posiadania narkotyków, ich używania, robienia ze sobą tego, na co się ma ochotę. To wszystko sprawia, że dla wielu osób narkotyki są jakby drogą czy bramą do wolności.

W kontekście narkotyków pojawiają się pojęcia: szczęście, wolność, ale też zabawa, impreza, muzyka przeróżnych rodzajów, a także miłość, radość, przyjemność, młodość, taka lista z zasady jest długa.

Pojawiają się także skojarzenia negatywne: choroba, śmierć, uzależnienie, przestępstwo. Ale, co charakterystyczne, jeśli dać młodym ludziom szansę na uporządkowanie skojarzeń według własnych kryteriów, te negatywne znajdą się gdzieś obok strzykawki i heroiny, a te pozytywne w okolicach marihuany.

To są rzeczy, które kojarzą się z narkotykami. A co się z nimi wiąże? Z całą pewnością rodzina i szkoła, ale także szeroko pojęta kultura, zarówno niska, jak i ta najwyższa. Podobnie jak społeczeństwo i jego zmiany, gospodarka i stan finansów. Istnieje dość oczywisty związek między narkotykami i grupami przestępczymi, potocznie określanymi jako mafia, gdzieś w tle z bzdurnym prawem, które utrudnia sensowne działania ograniczające szkody związane z używkami. Narkotyki wiążą się także z wypadkami, ale i z seksem, do listy powinniśmy dopisać również hazard, pracoholizm i inne uzależnienia od czynności, czyli tak zwane uzależnienia behawioralne. W tym zaburzenia odżywiania.

Skojarzenia to obraz tego, jak widzimy używanie narkotyków, czym są one dla nas. Czy są bardziej zagrożeniem, czy też atrakcją podnoszącą jakość życia. To, z czym się one wiążą, to rzeczywiste przyczyny i skutki kontaktów z nimi.

Jakoś tak wyszło, że pisząc pierwsze strony, rysowałem swoisty obraz „narkomana”. Spróbujmy go ciut odczarować. Przede wszystkim rozdzielmy dwie rzeczy – nie każdy, kto używa narkotyku, jest narkomanem. Podejrzewam, że zdecydowana większość dorosłych czytających te słowa ma za sobą doświadczenia z piciem alkoholu, a nieco mniej osób, choć nadal jest to znaczący procent, pija alkohol od czasu do czasu. Jednak prawie nikt nie powie o sobie, że jest uzależniony od alkoholu.

Alkohol można pić, innymi słowy używać go, szkodliwie lub ryzykownie, można wreszcie być od niego uzależnionym. Na boku zostawmy pytanie – jak wiele osób, które we własnym przekonaniu po prostu używają, znajduje się już w obszarze używania szkodliwego lub uzależnienia. Uznajmy, że ich przekonania odzwierciedlają stan faktyczny. Czy podobnie jest z innymi narkotykami[1]? Czy większość osób jedynie ich używa? Czy jest to związane z jakimś ryzykiem?

Proponuję następujące ćwiczenie:

Weź kartkę papieru, coś do pisania i rysowania. Wyobraź sobie jakąś osobę używającą narkotyków. To może być ktoś konkretny, znana ci osoba, albo ktoś, kogo o to podejrzewasz, kogo spotykasz w metrze czy pociągu podmiejskim. Może bohater filmu lub książki.

Na kartce narysuj portret tej osoby i napisz o niej kilka słów. Kim jest, co czuje, jakie są jej plany i marzenia? Jak się ubiera, czego się boi?

Ja w tym czasie narysuję twój portret. Zastanowię się, kim jesteś, po co sięgnąłeś po tę książkę? Na jakie pytania szukasz odpowiedzi? Może oczekujesz, że znajdziesz tu nadzieję lub pocieszenie? Twoje (wyobrażone) spojrzenie pomoże mi przeprowadzić cię przez labirynt pytań o narkotyki.

Przygotowany portret włóż na koniec książki i spoglądaj na niego od czasu do czasu w trakcie lektury.

Kim są w rzeczywistości osoby używające narkotyków? Jakoś tak jest, że mówiąc o narkotykach, skupiamy się na osobach młodych. Czy z czasem coraz mniej osób po nie sięga? Może zwyczajnie aż tak ich nie widać.

Kiedy realizowałem po raz pierwszy program profilaktyczny ukierunkowany przede wszystkim na alkohol: Elementarz Siedmiu Kroków, po wielekroć powtarzałem: „Każde używanie alkoholu przez osoby niepełnoletnie jest nadużywaniem”. Wtedy jeszcze stosowanie określenia „nadużywanie” nie było błędem. To, że alkohol i inne narkotyki silniej wpływają na organizm człowieka w czasie, kiedy nie jest on jeszcze w pełni rozwinięty, jest truizmem. Można mieć podobne przeświadczenie, jeśli chodzi o wczesne rozpoczynanie współżycia seksualnego, szczególnie w przypadku młodych kobiet, których narządy są bardziej narażone na uszkodzenia.

Dlaczego jednak nie powinno się nawet w wieku kilkunastu lat spędzać zbyt wiele czasu przed komputerem, szczególnie jeśli jest on podłączony do Internetu? Zresztą, czy istnieją jeszcze na świecie komputery do Internetu niepodłączone (poza niektórymi pracowniami szkolnymi i laptopem, na którym powstaje ta książka)? Czemu niepełnoletnim nie wolno obstawiać zakładów bukmacherskich? (W praktyce obstawiać można, ale odebrać wygranej już nie).

Nie chodzi tu o jakieś elementy fizjologii. Młodzi ludzie są dużo bardziej podatni na silne bodźce emocjonalne, łatwiej uzależniają się, ale i częściej bagatelizują ryzyko związane z własnymi zachowaniami. Dlatego każde używanie narkotyku przez nastolatki jest szkodliwe i ryzykowne. I z wielu powodów trudniejsze do ukrycia.

Relatywnie duża jest liczba osób używających substancji psychoaktywnych innych niż alkohol w grupie nastolatków i młodych dorosłych (15–34 lat)[2]. Czy wynika to z faktu, że z czasem używanie ich stało się coraz bardziej akceptowalne, że są coraz bardziej znane i coraz łatwiej dostępne, także w małych miejscowościach, czy też wchodząc w dorosłość zwyczajnie zostawiamy ich używanie za sobą? Odpowiedź na to pytanie poznamy za kilkanaście lat, kiedy widoczna będzie w badaniach wieloletnia tendencja.

Co jeszcze jest charakterystyczne dla obrazu osoby używającej narkotyków? Swego rodzaju ambiwalencja. Wiele osób, myśląc o konsumentach środków psychoaktywnych, widzi ich gdzieś na końcu narkotykowej drogi – ludzi, którzy z powodu nadużywania stoczyli się. Dla innych to jednostki poszukujące, o skłonnościach artystycznych. Z całą pewnością kreatywne, twórcze, otwarte. Mało kto widzi środek tej populacji – sprzątaczki pomagające sobie w pracy amfetaminą, malarzy pokojowych i hydraulików, nauczycieli, adwokatów, dziennikarzy, sprzedawców, telemarketerów, ale także żołnierzy, policjantów, kibiców. Część z nich tylko używa narkotyków, niektórzy używają szkodliwie lub są uzależnieni i ukrywają to starannie. Przede wszystkim przed sobą. Mijamy ich, siedzą z nami w jednym pokoju w pracy, często nie wiemy nic o tym, co robią, kiedy wychodzą do domu.

W kontekście narkotyków mówi się przede wszystkim o uzależnieniu, ewentualnie o ich szkodliwości, negatywnym wpływie na organizm. Zwolennicy i przeciwnicy legalizacji marihuany licytują się na ilość substancji smolistych, zastosowania medyczne i liczbę zgonów, często manipulując danymi. Z naszego punktu widzenia ani jedno, ani drugie nie jest głównym problemem, tylko to, jak zmienia się człowiek pod jej wpływem.

Do tego, żeby człowiek się uzależnił, potrzeba czasu. Uważny rodzic jest w stanie zauważyć i wstrzymać ten proces, osoba uzależniona może swoje uzależnienie zaleczyć i normalne żyć. Narkotyki szkodzą, to jasne. Ale szkodzi także tłuste jedzenie, podobnie jak ortodoksyjne trzymanie się tak zwanej zdrowej żywności (istnieje takie zaburzenie – ortoreksja). Szkodzi bieganie, picie napojów słodzonych, jazda na rowerze może być niebezpieczna – lista jest długa i właściwie każde nasze działanie może przynieść zarówno korzyści, jak i szkody.

To, że stan zdrowia osób regularnie używających narkotyków szybko się pogarsza, nie wynika z ich szkodliwości, jest efektem przede wszystkim tego, jak zmienia się sposób życia w czasie, kiedy ich używają.

Jeśli nie szkodliwość i nie uzależnienie są głównym problemem, to co? Bardziej niebezpieczne są sprawy, które mogą wydarzać się przy jednorazowym przyjęciu, także tym pierwszym. Różnego rodzaju wypadki, przypadki. Od wypadków drogowych do innych, mniej lub bardziej groźnych wydarzeń. Na przykład historia ze Śląska, gdzie dwuletnie dziecko zjadło amfetaminę zostawioną na stole przez partnera matki. Szczęśliwie opiekunowie byli na tyle przytomni, że zamiast rozwiązywać problem na własną rękę i ryzykować zdrowie, a może i życie dziecka, pognali do szpitala. Sprawa skończyła się bez wielkich konsekwencji dla zdrowia dziecka. To taki mało ekstremalny przykład. Bardziej ekstremalna jest śmierć trójki rowerzystów na drodze pod Sejnami latem 2012 roku, spowodowana przez jadącego z prędkością 150 kilometrów na godzinę kierowcę będącego pod wpływem marihuany.

Innego rodzaju niebezpieczne przypadki to uprawiany bez pełnej świadomości seks i związane z tym konsekwencje, takie jak niechciane ciąże, choroby przenoszone drogą płciową i obniżona samoocena. A także podejmowanie działań niezgodnych z prawem i związane z tym problemy. Oczywisty jest też fakt, że samo posiadanie narkotyków jest niezgodne z prawem (pomijam kwestię, czy ma to sens, ale może nieść ze sobą poważne problemy).

Warto też pamiętać o tym, że osoby będące pod wpływem środków psychoaktywnych są znacznie częściej ofiarami przemocy. W przypadku kobiet i przemocy seksualnej „znacznie” oznacza siedemnaście razy częściej.

Narkotyki zmieniają świadomość. Po to są przyjmowane. Co to właściwie oznacza? Przez lata pojawiało się budzące mój niesmak określenie „środki odurzające”. Niesmak brał się z nieadekwatności określenia. Różne narkotyki odmiennie na nas wpływają. Jaki obraz pojawia się nam przed oczami, kiedy słyszmy „odurzenie”? Jest pijany człowiek śpiący na ławce, ktoś pod wpływem heroiny na dworcu, inny w szale awanturujący się. Jest bełkotliwa, czasem rozmyta mowa. Niewiele osób powie o sobie z dumą – „byłem wtedy straszliwie odurzony”. No, chyba że jakimś zapachem, uśmiechem dziewczyny, wysokością pensji. Ale jeśli to odurzenie ma być traktowane dosłownie, mało kto będzie chciał zostać określony jako właśnie odurzony.

Poza wszystkim niektóre substancje działają nie odurzająco, a wręcz przeciwnie. Iluż nauczycieli ze zdumieniem słucha znakomitych, pełnych elokwencji odpowiedzi swoich uczniów, podsumowując, ku tych uczniów uciesze: „Czy nie mogłeś tak odpowiadać przez cały semestr?”. Jest to szczególnie zabawne w ustach zagorzałych przeciwników używek, bo taki gwałtowny „wzrost formy” jest wynikiem chemicznego wspomagania. Wielu kierowców i pilotów wspiera się w swojej pracy amfetaminą, wspierają się nią także artyści, dziennikarze i monterzy. Nie jest przypadkiem, że pod koniec semestru i w czasie sesji rośnie cena amfetaminy.

Nie można więc powiedzieć, że narkotyki zwyczajnie odurzają. To, jak zmienia się samopoczucie, sposób postrzegania rzeczywistości, także nasze możliwości działania – jest bardzo różnorodne. Występuje jednak kilka stałych elementów:

•  doświadczenie związane z przyjęciem substancji najczęściej jest bardzo intensywne;
•  efekty są dość przewidywalne – człowiek, biorąc dany narkotyk, wie, jak się będzie czuł;
•  czas pomiędzy przyjęciem substancji a jej działaniem jest relatywnie krótki.

Te trzy elementy sprawiają, że wpływ narkotyków na człowieka jest bardzo silny i nieprzewidywalny. Nieprzewidywalny, bo nie sposób przewidzieć, jak zmieni się życie człowieka, jego patrzenie na świat po kilku nawet kontaktach z jakimś narkotykiem. Gdyby przyjrzeć się zasadom skutecznych oddziaływań wychowawczych, widać, szczególnie w przypadku małych dzieci, że im mniejszy jest odstęp pomiędzy zachowaniem i naszą na nie reakcją, tym silniejszy efekt. Jeśli nagradzamy dziecko w momencie, kiedy kończy sprzątać pokój, dziecko po krótkim czasie zacznie sprzątać samo z siebie, ale jeśli będziemy nagradzać dziecko wieczorem na koniec dnia, efekt będzie znacznie słabszy.

Narkotyki nagradzają nas od razu. Wciągam dym czy w jakiś inny sposób przyjmuję substancję, i po kilku, kilkunastu minutach świat stanie się inny, zdecydowanie inny. Nie zawsze piękny, wspaniały, ale wystarczy sama jego odmienność.

Taka potrzeba natychmiastowego efektu działań jest wpisana w tempo życia początku dwudziestego pierwszego wieku. Chcemy, żeby efekt pojawiał się od razu. Po przyjęciu leku mamy stać się zdrowi, natychmiast chcemy dzielić się na Facebooku tym, co nam się przydarza. Teraz, natychmiast, już chcemy, żeby nasza praca przyniosła skutek.

W czasie prowadzenia zajęć czasem wykonuję następujące ćwiczenie:

Daję uczestnikom po jednym cukierku, informując, że osoby, które za jakiś czas będą nadal miały tego cukierka, dostaną drugiego. I przestaję się zajmować kwestią cukierków, zajęcia toczą się dalej własnym torem.

Po jakimś czasie, z zasady jest to 30–45 minut, pytam uczestników o to, czy mają jeszcze cukierki, i osoby, które nie zjadły swojego, dostają drugiego, a jeśli jest to możliwe, także trzeciego cukierka.

Później rozmawiamy o tym, jakie znaczenie ma umiejętność odraczania przyjemności. Właśnie brak tej umiejętności, często brak świadomości jej znaczenia jest kluczowy dla wchodzenia w różne zagrażające czynności.

W czasie zajęć dla nauczycieli porównałem to, jak przychodzi gratyfikacja w przypadku przyjmowania heroiny z rezultatami pracy nauczyciela.

Przy heroinie czuję efekty działania po kilkunastu sekundach. Uczeń, i to nie każdy, osiąga sukces po kilkunastu latach. Pytanie zresztą, jakie to wzbudzi emocje? Większość nauczycieli będzie dumnych ze swoich wychowanków, ale w niektórych pojawi się głęboko ukrywana zawiść – przeskoczył mnie, ja ciągle belfruję w szkole, a on odbiera Nike.

Z całą pewnością narkotyki mają związek z rodziną. Różnego rodzaju problemy związane z używaniem narkotyków zaczynają się w rodzinie i w niej kończą. Mają także niezwykle silny wpływ na jej funkcjonowanie. Stwierdzenie, że jak jedno dziecko jest w porządku, a drugie brało czy bierze, to znaczy, że problem nie leży w rodzinie – świadczy tylko o tym, że wygłaszająca je osoba nie rozumie, czym jest i jak rozwija się uzależnienie i w jaki sposób odbywa się proces wychowania.

Narkotyk spotyka się z człowiekiem, a człowiek jest kształtowany przez rodzinę. Jest sumą puli genów, czynników wpływających na niego w życiu płodowym i wszystkich świadomych lub nie (najczęściej nie) bodźców wychowawczych. Jeśli rodzice mówią, że dziecko „zepsuło się” przez podwórko, ulicę czy co tam jeszcze, warto zapytać: jakimi byliście rodzicami, jeśli to podwórko wychowywało wasze dziecko?

Co jeszcze? Ważne jest spojrzenie na problem narkotyków z punktu widzenia szkoły. Jasne, że szkoła nie wychowa dziecka za rodziców, ale ma pewne szanse wpływania na nie. Szkoła to świetny poligon do działań profilaktycznych. To także miejsce, w których można wyłapać rodzący się problem i próbować go zawczasu rozwiązywać.

Narkotyki trzeba też umiejscowić, jak sądzę na dłużej, obok tak zwanych nowych uzależnień. Obok komputera (połączonego z Internetem), automatów do gry, galerii handlowej, sex-shopu, siłowni czy butów do biegania. Wiele osób z klasycznych, chemicznych uzależnień przechodzi w uzależnienia behawioralne. Niestety często wędrówka odbywa się też w przeciwnym kierunku.

Podobnie jak narkotyki, hazard czy szkodliwie wykorzystywany Internet mają wszelkie podstawy do tego, żeby szybko uzależniać. Rozwój technik informatycznych jest dynamiczny i zmierza w takim kierunku, że coraz łatwiej będzie się uzależnić od Internetu. To trochę jak z alkoholem. Gra w węża, znana mi z młodości, tak się ma do obecnych gier, jak napój alkoholowy otrzymywany z przeżutego manioku do alkopopów. Komfort używania i wpływ na organizm nieporównywalne.

Ale przecież Internet także mogę wykorzystywać dobrze lub źle, z korzyścią bądź ze szkodą dla siebie.

Narkotyki wiążą się także z kulturą. Czy bardziej ją tworzą, czy powodują jej swoistą erozję – to zupełnie osobna kwestia. Jeśli przejrzeć Encyklopedię polskiej psychodelii (autorstwa Kamila Sipowicza), okaże się, że bez narkotyków nie byłoby ani literatury, ani muzyki, ani malarstwa, że o rzeźbie już nie wspomnę. Jak powtarzano w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku – gdyby Słowacki teraz żył, to też by pił.

Z drugiej strony wraca do mnie stwierdzenie jednego z dziennikarzy muzycznych na temat Whitney Houston: „Wolałem jej muzykę z okresu, kiedy bił ją mąż, niż teraz, kiedy bierze kokainę”.

Różne substancje psychoaktywne są z całą pewnością wpisane w życie twórców, czy jednak więcej wnoszą, czy zabierają – nie sposób stwierdzić.

Mają też wiele wspólnego z rozwijającym się i zmieniającym światem. To, jak żyjemy, ma silny związek z tym, czy pijemy lub inaczej się zobojętniamy. Na ile świat, w którym żyjemy, zwiększa nasz komfort, a na ile pozbawia nas tego, co cenne, zmienia nasze życie na gorsze? Odpowiedź nie jest łatwa. Jest dla mnie jednak jasne, że świat współczesny staje się coraz bardziej narkomański. Za kilkanaście lat możemy spodziewać się z tego powodu sporego kryzysu, ogromnej liczby ludzi w wieku około trzydziestu lat niepotrafiących poradzić sobie z własnymi problemami generowanymi przez narkotyki i uzależnienia behawioralne. Powinienem się cieszyć, bo oznacza to większy popyt na moje usługi. Nie potrafię.

Narkotyki dotykają wielu ważnych elementów życia człowieka. Dotykają samego człowieczeństwa. Przyjrzyjmy się temu dokładnie.

MIĘDZY EKSTAZĄ A ROZPACZĄ

Wychodzę z psem na spacer. Jest wczesna jesień, dość ciepło na łąkach, poza trawą rośnie kwitnąca na żółto nawłoć. Pies po załatwieniu najpilniejszych spraw toaletowych biega po łące, zatrzymuje się czasem i obwąchuje jakieś krzaczki albo podbiega, żeby się ze mną pobawić. Widać, że jest mu przyjemnie.

A co ja mam z tego spaceru? Mnie także jest przyjemnie. To dobry czas, kiedy pies odrywa mnie od komputera, mogę poczuć rześki wiatr na twarzy i słońce grzejące plecy ciemnej bluzy. Słyszę szelest poruszanej przez wiatr trawy i widzę sójki przekomarzające się na gałęzi. To wszystko sprawia, że czuję się lepiej.

Lubimy, kiedy jest nam przyjemnie, niechętnie znosimy ból, czy to fizyczny, czy inne postaci cierpienia. W Polsce mamy bardzo swoisty stosunek do przyjemności. Większość ludzi dąży do możliwie szybkiego jej osiągnięcia, a jednocześnie jest to temat w jakiś sposób wstydliwy. Niewiele osób jest w stanie zaakceptować szukanie przyjemności jako sposobu na życie. Jaką rolę pełni możliwość odczuwania przyjemności w życiu?

Na podstawowym, fizjologicznym poziomie odczuwamy przyjemność w niewielu sytuacjach. W momencie, kiedy zaspokajamy głód, pragnienie, potrzeby seksualne. Wiele przyjemności, które były oczywiste, kiedy byliśmy dziećmi, ucieka nam, gdy dorastamy. Małe dzieci uwielbiają przytulać się, lubią się do nas przytulać także zwierzęta.

Od czasu do czasu stada wilków zbijają się w jeden kudłaty kłąb, tworzą krąg pyskami do środka, w tym czasie ich ogony merdają. Kiedy całą rodziną przytulamy się, nasz pies także dołącza do nas, merdając ogonem. Bliski fizyczny kontakt daje silne, namacalne poczucie wspólnoty. Czemu więc, kiedy dorastamy, tak trudno nam to przychodzi, szczególnie mężczyznom?

Odczuwanie bliskości nie jest czynnością wprost fizjologiczną, choć wywodzi się z czasów, kiedy wpatrywaliśmy się w płomienie skuleni w głębi jaskini, drżąc na odgłos zbliżającego się tygrysa szablozębnego. To coś, co jest swego rodzaju atawizmem, podobnie jak wpatrywanie się w płomienie.

Przyjemne jest też słuchanie muzyki, czytanie książek czy korzystanie z innych dóbr kultury. Ba, przyjemna może być także praca, nawet jeśli nie odczuwamy przyjemności w jej trakcie, to widok efektu często ją nam sprawia. Pomyślmy o nauczycielu gimnazjum, który po latach ciężkich walk widzi, że jego uczniowie jednak dobrze zdali egzamin gimnazjalny, niektórzy nawet wybrali profile bliskie nauczanemu przez niego przedmiotowi. W czasie roku szkolnego bywali nieznośni, zaburzali lekcje, nie uczyli się. Ale teraz, kiedy nauczyciel widzi efekty swojej pracy, czuje jeśli nie dumę, to przynajmniej zadowolenie. Złośliwy powiedziałby, że to przyjemność podobna do tej, jaką odczuwamy, wkładając do zimnej wody palce uderzone wcześniej młotkiem, ale wydaje mi się, że to przesada.

Co dzieje się, kiedy człowiek traci zdolność do odczuwania przyjemności? Zaburzenie określane jako anhedonia, niemożność odczuwania przyjemności, powodowane między innymi przez używanie narkotyków, sprawia, że życie staje się puste. Prowadzi to do depresji, nierzadko nawet do prób samobójczych. Co takiego jest w przyjemnościach, że ich brak powoduje tak wielkie trudności? Ale przede wszystkim tak wielkie cierpienie.

Wyobraźmy sobie górnika przodowego. Nie przepada za ciężką fizyczną pracą, nie lubi też klaustrofobicznej atmosfery pod ziemią. A jednak zjeżdża codziennie na szychtę. Co sprawia, że tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – perspektywa zamiany zarobionych pieniędzy na jakieś przyjemności. Wbrew pozorom większość potrzeb przywlekliśmy ze sobą z jaskini.

Świadomość tego, że po wyjściu z jaskini znajdziemy smaczne jagody, że może uda się dogonić jakiegoś mamuta albo znaleźć te fantastyczne zioła, po których rozmawiamy z duchami, sprawiała, że człowiek odrzucał skórę i ruszał w mgłę poranka. Obietnica czekającej gdzieś tam nagrody powodowała, że ludzie podejmowali trud. Podobnie ma dziś górnik czy wykonujący równie niewdzięczną pracę sprzedawca. Nasze ciało nagradza nas za wysiłek, perspektywa nagrody w jakiś sposób pobudza nas do działania, jest pozytywnym bodźcem.

Człowiek żyje w swoistej dychotomii, z jednej strony fragment jego osobowości jest pożądający, szukający przyjemności; wszystko jedno, czy nazwiemy ten fragment id, czy wewnętrznym dzieckiem. Z drugiej strony jest część, która mówi „nie wolno”, Freud nazwałby ją ego, mnie bardziej odpowiada określenie wewnętrzny rodzic. Jest więc tak, że na różne rzeczy mamy ochotę, ale z tyłu głowy pojawia się głos powtarzający „nie wolno”. To jeden z powodów, dla których przyjemności są trudnym tematem.

Zanim zaczniemy zastanawiać się, co i dlaczego sprawia nam przyjemność, przyjrzyjmy się temu dokładniej. Proponuję następujące ćwiczenie:

Weź dziesięć niewielkich kartek, na każdej z nich napisz jedną czynność, której wykonywanie sprawia ci przyjemność.

Ułóż te kartki w kolejności od tej, która sprawia największą, do tej, która sprawia najmniejszą przyjemność. Przyjrzyj się kolejności, zastanów się, czy jest w tym jakaś zależność, czy można te czynności jakoś pogrupować.

Odwróć kartki tak, żeby zapisana strona była ukryta, pomieszaj je i wyjmij cztery z nich (możesz do tej czynności włączyć swoje dziecko, żonę, kolegę lub osobę, która siedzi obok ciebie w autobusie) i wyobraź sobie, jak zmieniłoby się twoje życie, gdybyś nie mógł osiągać tych przyjemności. Jak czułbyś się w takiej sytuacji?

Zastanów się, jak mogła wyglądać lista rzeczy, które lubiłeś robić, mając lat pięć, dziesięć, piętnaście. Jak zmieniały się te listy? Czy nie jest ci szkoda, że jakieś przyjemności „uciekły”? Czemu tak się stało? Czy nie warto jakoś wrócić do nich?

Wyjmij portret konsumenta narkotyków, który robiłeś, czytając wstęp. Zastanów się, jak wygląda jego lista przyjemności, jak zmieniała się z czasem.

Odłóż te kartki, jeszcze do nich wrócimy.

Czemu jedne czynności sprawiają nam przyjemność, a inne nie? Co powoduje, że zmienia się tak bardzo spektrum naszych przyjemności? Czy nie jest tak, że wiele rzeczy, świadomie lub nie, odrzucamy?

Często zastanawiam się, komu tak naprawdę tatusiowie kupują zabawki? Kto częściej bawi się Lego Technix? Stopień komplikacji jest zdecydowanie za duży dla kilkuletniego dziecka. Tata składa, dziecko może popatrzeć i chwilę się pobawić, ale ostrożnie, bo mogłoby zepsuć skomplikowane mechanizmy. Podobnie jest z kolejką, którą bawimy się, kiedy dzieci śpią. Czemu dorosły rzadko kupuje dla siebie zestaw wagoników, tory, semafory?

Popatrzmy, jak zmieniał się z czasem ideał urody kobiecej – od Wenus Rubensa do dzisiejszych modelek. Jak oceniane byłyby dzisiaj muzy barokowych mistrzów? Pewien Amerykanin żenił się z kolejnymi kobietami, dobierając majętne kandydatki, a po jakimś czasie kobiety te umierały. Okazało się, że mordował kolejne żony. Zdobywał w ten sposób środki na utrzymanie swojej prawdziwej Wielkiej Miłości – jego ukochana ważyła ponad dwieście kilogramów (440 funtów). Była ona dla niego ideałem piękna.

Co sprawia, że jakieś kobiety podobają nam się? Czy nie jest tak, że wielu mężczyzn nie przyznaje się do swoich rzeczywistych upodobań? Mają podobać się nam szczupłe kobiety, najlepiej ze sporym biustem. I tu pojawia się pytanie – ilu mężczyzn ulega tej sugestii, a także jak wielu mężczyznom, szczególnie młodym, zwyczajne głupio jest się przyznać do tego, że podoba im się zaokrąglona koleżanka. Podobnie jak niewielu tatusiów kupi kolejkę sobie. Większość kupi ją synkowi, żeby się później nią bawić (dziecko jest na to jeszcze za małe).

Popatrzmy, co kształtuje sposób osiągania i odczuwania przez nas przyjemności. Jesteśmy kształtowani przez kulturę, w której żyjemy, możemy ulegać jej w mniejszym lub większym stopniu, ale trudno jest zupełnie od niej uciec. Ta kultura ukierunkowana jest na konsumpcję i indywidualizm. Człowiek jest tyle warty, ile konsumuje; ma mieć wielkie potrzeby. Przyjemności nie powinien mu sprawiać spacer z psem, ale wyjazd na specjalne warsztaty o tym, jak zadbać o komfort psa, zapewnić mu rozrywkę. Dobrze, jeśli przy okazji odbędą się zajęcia jogi zapewniające właścicielowi spokój wewnętrzny, bo dzięki temu pies będzie w lepszym stanie. I pies, i jego właściciel będą mieli okazję obcowania z wyższą formą życia (i droższą, co podnosi ich prestiż i samoocenę). Wyjazd i takie zajęcia są przyjemne. Ale czerpanie przyjemności ze zwykłego spaceru?

Bardzo niewiele osób potrafi znajdować przyjemność w zwyczajnych codziennych czynnościach. W tym, że kiedy idziemy do autobusu czy pociągu, którym dojeżdżamy do pracy, to słychać śpiew ptaków, że ziemia mokra po porannym deszczu pachnie wiosną albo jesienią. Do osiągania radości potrzebujemy czegoś nadzwyczajnego. To sprawia, że jest nam trudno odczuwać względny komfort w życiu.

Picie kawy w towarzystwie bliskiej mi osoby (na przykład mojej żony) i patrzenie na budzące się dzieci nie jest tak cenione jak spotkanie przy kawie z kimś, kimkolwiek, w modnym lokalu. Andrzej Bursa pisał: „Za darmo nie dostaniesz nic ładnego”. Szkoda, że od jego czasów ten trend się jeszcze pogłębił.

Ciekawe dlaczego, nawiązując do Bursy, większą przyjemność sprawia nam rzyganie w nędznej tancbudzie niż oglądanie zachodu słońca? Co sprawia, że mamy taką, a nie inną „hierarchię przyjemności”?

Latami nie przepadałem za kaszą gryczaną, może dlatego, że jako dziecko byłem nią dość często karmiony, a w przedszkolu spadała mi z widelca i pani przedszkolanka mnie wyśmiewała. Trudno powiedzieć, jaka dokładnie była przyczyna tej awersji, ale jeśli istniała taka możliwość, unikałem kaszy, choć jeśli nie było innego wyjścia, zjadałem.

Którejś zimy wybrałem się z kolegą do schroniska w Nowym Łupkowie. Zacne to miejsce – były barak nieistniejącego od lat więzienia, w którym mieszkali latem więźniowie wypasający kozy. Dojechać dało się tylko do Komańczy, dalej brnęliśmy przez śniegi. Latem ta trasa nie nastręcza kłopotów, teraz jednak szliśmy pod wiatr, przy mrozie około dwudziestostopniowym, nic więc dziwnego, że gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy cokolwiek przemarznięci.

Przyjęto nas gorącą herbatą i kaszą gryczaną ze skwarkami i zsiadłym mlekiem. Do dziś, kiedy przymykam oczy, wraca do mnie ten smak i niepowtarzalne uczucie spokoju, bezpieczeństwa, ciepła. Do dziś też chętnie jadam kaszę gryczaną, choć nie mam do tego zbyt wielu okazji, bo niestety moja żona chyba też była w dzieciństwie nią karmiona.

Bardzo często lubimy coś, bo jakoś dobrze nam się to kojarzy. Podczas spotkania, którego byłem uczestnikiem jeszcze jako licealista, Zbigniew Lew Starowicz mówił o czymś, co nazwał „prawem pierwszego stosunku”. Profesor opisywał to następująco: jeśli po pierwszym stosunku kobiety jej partner będzie palił fajkę nabitą tytoniem Amphora (były to szare lata osiemdziesiąte), to zapach tego tytoniu będzie się jej kojarzył z seksem i może, czując go, odczuwać podniecenie seksualne. A co, jeśli wspomnienie pierwszego stosunku jest nieprzyjemne? Czym stanie się wtedy dla niej seks (i zapach tytoniu Amphora)?

To, że lubimy pewne piosenki, potrawy, czynności, jest często wynikiem skojarzeń. Lubię Nothing Compares to You, bo kiedy piosenka ta była grana w wielu rozgłośniach i ciągle słyszałem ją to w kawiarni, to w autobusie – byłem zakochany i czułem się szczęśliwy; nie lubię Chłopaki nie płaczą, bo kiedy Muniek Staszczyk śpiewał to wszędzie, rozstawałem się właśnie z dziewczyną. Czy jednak skojarzenia – dobre i złe – to jedyne, co kształtuje nasze odczuwanie przyjemności?

Czemu jedne osoby lubią disco polo, a inne Mozarta? W jaki sposób kształtowane są nasze gusta?

Kiedy wracam do domu i czuję aromat czosnku smażonego na oliwie z oliwek, obawiam się najgorszego – na obiad będzie zupa pomidorowa. Moja żona uwielbia pomidorową przyprawioną smażonym czosnkiem, ja zdecydowanie wolę surowy czosnek i oregano. Dlaczego?

Od wczesnego dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do pewnych standardów. Nie jest tak, że jak inżynierowi Mamoniowi podobają nam się tylko te piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy. Ale nasze doświadczenia wpływają na nasze wybory. Uczymy się od wczesnego dzieciństwa, co ma się nam podobać, a co nie. Pokazują to dorośli, często nieświadomi swojego wpływu na dzieci. Z czasem coraz silniej na gust wpływają media i środowiska rówieśnicze.

Oczywiście, mama nie mówi nam: – Jedz, synku, zupę z oregano. Zwyczajnie zjadamy taką zupę i przyzwyczajamy się do jej smaku (inna sprawa, czy to dobrze). Podobnie jest z muzyką, sposobem ubierania się czy spędzania wolnego czasu. W pierwszych latach życia dzieci kopiują wzorce bliskich sobie dorosłych, pewne zachowania traktują jako dobre, atrakcyjne.

W piaskownicy podpatrzyłem dwie grupy bawiących się kilkulatków. W jednym rogu dzieciaki gotowały zupę (z liści i piasku), w drugim nalewały sobie do foremek piwo (także w postaci piasku). W obu przypadkach były to dzieci w wieku trzech, może czterech lat.

Media także nie mówią nam – masz lubić zagraniczne wycieczki, markowe ciuchy czy jedzenie. Pokazują pewien sposób życia, modelują zachowania w określony sposób. Do tego dochodzi spora presja rówieśnicza w okresie szkolnym i, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę, presja społeczna już w okresie dorosłości. Jeżeli jesteśmy tego świadomi, możemy sobie z tym radzić, jeśli nie – pozwalamy się przestawiać, obracać, przesuwać.

W książce Człowiek – istota społeczna Elliot Aronson pokazuje, jak kształtowany jest nasz obraz świata. Kiedy dzieci w USA uczą się o procentach, rozwiązują na przykład takie zadanie: pan Smith, żeby kupić samochód, bierze w banku 15 000 dolarów kredytu, spłaca go wraz z 20% marży. Ile będzie musiał oddać? Kiedy uczniowie w ZSRR (gdy powstawała ta książka, istniało takie państwo) przerabiają ten sam dział matematyki, rozwiązują następujący przykład: Awtozawod ma do wykonania plan 25 000 samochodów. W związku z rocznicą Rewolucji Październikowej robotnicy postanowili przekroczyć go o 30%. Ile samochodów wyprodukuje Awtozawod?

Czego, poza obliczaniem procentów, uczą się z tych zadań dzieci? Amerykańskie – że czymś naturalnym jest kupowanie na kredyt, że zaspokajanie swoich, rzeczywistych lub pozornych, potrzeb ponad racjonalne możliwości jest nie tylko akceptowalne, ale wręcz wskazane. Natomiast dzieci w dawnym ZSRR przy tej okazji utrwalały istnienie gospodarki planowej jako czegoś naturalnego. Autorzy zbiorów nie układali zadań tak, aby kształtować w ten sposób dzieci. Zadania były takie, bo ich twórcy żyli w określonych warunkach i je akceptowali. Odbywa się to poza świadomością nadawców i odbiorców sygnału.