W drodze 10/2018 - Wydanie zbiorowe - ebook
Opis

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

decyzja papieża Franciszka o zmianie dotychczasowego brzmienia przepisu Katechizmu Kościoła katolickiego dotyczącego stosowania kary śmierci na nowo rozbudziła dawno przygasłą dyskusję. Z jednej strony pojawiły się głosy tych, którzy podkreślali, że jest to kontynuacja nauczania Jana Pawła II. Z drugiej strony byli i tacy, którzy przy całym zrozumieniu dla poszanowania godności człowieka stawiali pytanie o prawo społeczeństwa do obrony przed osobami szczególnie niebezpiecznymi. Jeszcze inni zastanawiali się nad konsekwencjami praktycznego zastosowania takiego kroku w kontekście wojny toczonej ze światowym terroryzmem i z tzw. Państwem Islamskim.

Jak w tej sytuacji mają się zachować chrześcijanie? Na to pytanie próbujemy odpowiedzieć w najnowszym numerze miesięcznika. Przecież brzmienie piątego przykazania Dekalogu jest niezmienne, kara śmierci jest zakazana w ponad 100 krajach na świecie, a w 140 nie jest wykonywana. Wszyscy też doskonale wiemy, że należy bronić życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Tylko jak to powiedzieć tym, którzy w dramatycznych okolicznościach stracili swoich bliskich i domagając się kary śmierci dla zbrodniarzy, upominają się – w swoim odczuciu – o sprawiedliwość? Nie każdego w końcu stać na moralny heroizm przebaczenia i miłosierdzia wobec agresora. Jak pogodzić prawo do życia z oddaniem sprawiedliwości pokrzywdzonym?

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

PROTAZY, JANUSZ I SYNTIA

Świadectwo

JAK WY MI, TAK JA WAM

PSY, ŚWINIE I PERŁY

Kościół w kryzysie

PROGRAM NIEUŻYWANY

Śmierć i kara

ZEMSTA CZY SPRAWIEDLIWOŚĆ

PRAWO NAD EMOCJE

ZŁO ZŁA

NIE MAM PRAWA ODBIERAĆ ŻYCIA

Reportaż

ŁOWCA MOTYLI

Intrygujące karty Kościoła

TATUAŻ ZE ŚW. TOMASZEM

Pytania w drodze

SPOWIEDŹ NIEMOŻLIWA

Orientacje

HISTORIA W STADIUM ROZPADU

W KOŃCU ZAWSZE CHODZI O JEZUSA

Dominikanie na niedziele

ŚWIĘTEJ PAMIĘCI

ŻYCIE DANE W MIŁOŚCI

ZMIEŃ PERSPEKTYWĘ

ZE WZGLĘDU NA JEZUSA

Felietony

KĄTY KAŻDEGO Z NAS

W BOŻYM OGRÓDKU: BRAT PASCAL (1905 - 1966)

PIERONA!

KRAJOBRAZ PO HARVEYU

WILNO OD STRONY WILNA

Rozmowa w drodze

PROTAZY, JANUSZ I SYNTIA

•••

Liter uczyłem się na imionach dzieci z Elementarza Mariana Falskiego. Pamiętam do dziś, że koło domu Stefanka spacerowali parami: Ala, Bronka i Celinka, Danka, Edek, Filipinka, mały Gutek i Halinka, Irka, Janek, Karolinka.

Z językoznawcą prof. JERZYM BRALCZYKIEM, współautorem książki "Na drugie Stanisław. Nowa księga imion", rozmawia Piotr Świątkowski

FOT. RAFAŁ OLEKSIEWICZ / REPORTER

Piotr Świątkowski: Podobno przedstawiając się, nie używa pan imienia. Dlaczego?

prof. Jerzy Bralczyk: W moim pokoleniu było mnóstwo Jerzych. Być może banalność tego imienia sprawiła, że niechętnie go używałem. Natomiast zawsze lubiłem i lubię swoje nazwisko. Często się przedstawiałem po prostu „Bralczyk”. Teraz mój tytuł nau- kowy zastępuje moje imię. Zamiast „Jerzy Bralczyk” ludzie mówią „profesor Bralczyk”. Przyjaciele zwracają się do mnie zwykłym „Bralczyk”.

Dwa zdrobnienia imienia Jerzy były mi szczególnie niemiłe – Jerzyk i Juruś. Skrzętnie natomiast wychwytywałem z historii sławnych Jerzych i bardzo byłem z nich dumny. Wielu angielskich królów było Jerzymi, chociaż nie wszyscy byli w pełni zdrowi na umyśle.

Mój przyjaciel Radosław jest ważnym menedżerem. Gdy dzwoni do kogoś lub gdy odbiera telefon, wita się radosnym i prostym „Radek”. Rozmowa z nim staje się łatwiejsza. Używa imienia jak zaklęcia?

To zwyczaj anglosaski, który preferuje Bobów i Willów kosztem Robertów i Williamów. Zdrobnienie z całą pewnością upraszcza kontakt. Może nawet ociepla wizerunek. W przypadku Radosławów niektórych razi zbytnia słowiańskość tego imienia. Radosław mógł się wydawać pretensjonalny, dlatego zmienił się w Radka. Przypomina się Radek z Syzyfowych prac. Tylko że to było nazwisko. Radek Żeromskiego miał na imię Andrzej.

Minister Radek Sikorski zmienił się w Radosława.

Radek powstał analogicznie do Marka i Leszka. Są Marek, Leszek i Radek. Jeszcze jest Jacek. Właściwie Jacenty, który przeszedł w Hiacynta, a ten w Jacka.

A gdybym się panu przedstawił nie jako Piotr Świątkowski, ale doktor Piotr Świątkowski? Co by to zmieniło?

Przypomniałby mi się doktor Piotr z nieszczęsnego Żeromskiego. Piotrek jest bardziej swojski, łobuzerski. Piotruś może być czarny. No i czarny, krwiożerczy Piotr z Bajek Czukowskiego w tłumaczeniu Broniewskiego. Rozumiem, że chodzi panu o używanie tytułów przed imieniem i nazwiskiem. Jeśli ktoś chce mnie uhonorować w nekrologu – oby jak najpóźniej – to wtedy tytuły i funkcje są usprawiedliwione. Są społeczne okoliczności, które sprawiają, że nie jest to szczególnie natrętne. Kiedy ktoś w rozmowie telefonicznej zwraca się do mnie „panie Jerzy” – zgodnie z obecnym zwyczajem – to nie jestem kontent. Mało kto w moim pokoleniu lubi, żeby się zwracać do niego „panie Józefie” czy nawet „panie Józiu”. Ale z drugiej strony nie mamy niemieckiego zwyczaju zwracania się z użyciem nazwiska i nikt nie powie do mnie „panie Bralczyk”. Może zdarzy się to czasem w szpitalu. Jeśli chodzi o Piotra, o św. Piotra, to proszę pamiętać, że Jezus powiedział dokładnie tak: „Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej opoce zbuduję Kościół mój”. Opoka, skała to petra. Tłumacze próbowali wprowadzić do języka słowo „petra”. Wyszedł z tego Piotr. Czasem św. Piotra nazywano Petrem.

Przywołał pan Józia. Kiedyś imię Józef było bardzo popularne.

Byli Józefowie od księcia Józefa Poniatowskiego i od Józefa Piłsudskiego. Zastąpili ich Józefowie od Stalina, którzy mogli się podawać za Józefów od Piłsudskiego. Po Cyrankiewiczu wysypu Józefów nie było.

Więc jak się zwracać, żeby nie mówić „panie Józefie” albo „panie Marku”?

Najlepiej „proszę pana”. Ale w normalnych, proszę pana, sytuacjach, to „proszę pana” może brzmieć różnie, proszę pana. Nawet protekcjonalnie. Nie wiem, czy pan to słyszy. „Proszę pana” może mieć również funkcję retardacyjną, opóźniającą. Kiedy podczas przeprowadzania wywiadu rozmówca mówi do redaktora „panie redaktorze”, to wiemy, że daje sobie chwilę do namysłu. W Krakowie starsi pamiętają „panów mecenasów” i „panów radców”. Tak się tam tytułuje – „panie mecenasie”, „panie radco”. Niedawno, kiedy byłem w Wilnie, zwróciła się do mnie pewna pani, przypominając, że kiedyś mówiono do nauczyciela „panie nauczycielu”. Nastąpiła pauperyzacja tego zawodu. „Panie nauczycielu” przestało brzmieć jak honorowanie tytułem. To tak, jakbyśmy do lekarza powiedzieli „panie lekarzu”. Niby wszystko w porządku, ale jednak nie. Do hydraulika nie powiemy „panie hydrauliku”, do masarza nie powiemy „panie masarzu” ani do grabarza „panie grabarzu”.

W czasach przedchrześcijańskich nazwy zawodów były imionami.

Niestety, tych czasów nie pamiętam, ale to ciekawe, że zawody przetrwały w nazwiskach. Schmidtowie wzięli się przecież z kowalstwa.

Śmiejemy się z Izaury, Samanty czy Kevina, ale przecież Janek, Zosia i Franek też kiedyś przyszli jako moda z Zachodu. To nie są nasze imiona.

Ogromna część imion, które uchodzą za swojskie i naturalne, to imiona pochodzenia grecko-łacińskiego. Antki, Franki, Zośki i Maryśki, które stały się charakterystyczne dla polskiej wsi w XIX wieku, to imiona ogólnochrześcijańskie. Tymczasem nasi polscy Mściwuje są już niespotykani. Bożysławów też nie ma.

Bogusław przetrwał.

Bogdan również, ale jest bardziej wschodni. Kazimierz wydaje się dziwnym imieniem. Dlaczego popularny był ktoś, kto niszczył pokój? „Kazi” to niszczyć, psuć, a „mir” to pokój. Zapewne dlatego, że był dzielny. Kazimierzowi pokój nie był potrzebny. Co jakiś czas pojawiają się imiona, które wywołują uśmiech. Zenek. Czesiek. No i Janusz. Niegdyś bardzo modny.

Do Janusza dołączyła teraz Grażyna.

Grażyna to sztucznie utworzone imię. Wymyślił je Adam Mickiewicz. Od „grožis”, czyli po litewsku „piękna”.

Chociaż ona była też waleczna.

Litawor nie zdał egzaminu jako wódz, więc Grażyna wzięła sprawy w swoje ręce.

Marian też może budzić uśmiech.

Marian wziął się od Marii. Mam znajomego, który na pierwsze imię ma Maria. Przypominają się oczywiście Karol Maria Weber czy Artur Maria Swinarski.

Można w Polsce nadać mężczyźnie kobiece imię? I na odwrót – kobiecie męskie?

Czasami jako Rada Języka Polskiego opiniujemy pomysły rodziców. Odradzaliśmy nadanie imienia Kurtyzana.

A Gerwazy?

Jeśli Gerwazy, to i Protazy. W literaturze dla uwypuklenia kontrastu używa się par imion. Jacek i Agatka. Jacek i Cela. Cela jadła jajko, a Jacek kleił kolej. Tak było w Elementarzu Falskiego. Byli Jacek i Adelka, którzy zostali sami w domu. Agatka ratowała kogutka. Mały Stefanek odmroził nóżki. Ani z łyżwami na lód, ani z sankami do parku. „Koło domu Stefanka spaceruje jego klasa. Idą tu parami: Ala, Bronka i Celinka, Danka, Edek, Filipinka, mały Gutek i Halinka, Irka, Janek, Karolinka”. Liter uczyliśmy się na imionach. Mały Gutek pewnie był Gustawem, ale mógł być Augustem. Wtedy powinien iść na początku.

Wspomniał pan poetę Artura Marię Swinarskiego. Był jeszcze wspaniały reżyser Konrad Swinarski.

Imię Konrad jest teatralne, patetyczne. Germańskie „kuoni” to dzielny, a „rath” to rada. Konrad udziela śmiałych rad. „Wojna – już Konrad hamować nie zdoła / Zapędów ludu i nalegań rady”. U Mickiewicza Konrad Wallenrod dążył do pokoju, chociaż postać historyczna wręcz przeciwnie. Mickiewicz swobodnie potraktował historię. W Dziadach płaczliwy Gustaw zmienia się w zdecydowanego Konrada. Największy polsko-angielski pisarz Józef Konrad Korzeniowski zrobił ze swojego drugiego imienia nazwisko. Świat poznał go jako Conrada.

Powiedział pan, że Grażyna to sztucznie utworzone imię. Podobnie jak Wiesław.

Kazimierz Brodziński, poeta sentymentalny, tak nazwał swojego bohatera. Towarzysz Wiesław to oczywiście pseudonim Władysława Gomułki. Przykrył swoje prawdziwe imię. Wiesław Dymny bardzo dobrze parodiował towarzysza Wiesława. Nawet parodiował te jego pompki, które Gomułka robił na mównicy. „Podniósł wydajność z jednego hektara i przeniósł ją na drugi hektar”. Skoro już jesteśmy przy Wiesławie, to wspomnę o Władysławie. Reymont był właściwie Stanisławem Władysławem. Zresztą nazywał się Rejment, a nie Reymont.

Był też Władysław Broniewski.

Jest patronem szkoły podstawowej w Grudusku na Mazowszu, do której chodziłem. Byłem kiedyś w tej szkole i zapytano mnie, czy dobrym patronem dla szkoły byłby Jan Paweł II. Uważam, że to naciągane. Po co to zmieniać? Broniewski był związany z Mazowszem. Ciekawy, rasowy poeta, któremu zaangażowanie polityczne raz pomagało, raz przeszkadzało.

Imiona przyciągają. Może dlatego święci mają przedziwne imiona. Święty Abelard na przykład.

Imiona sióstr zakonnych są ciekawe. Pamiętam, że Jeremi Przybora stworzył zakon sióstr solenizantek. Tak, imiona w Kościele to wielki temat. Gdyby na nasze spotkanie przyszedł Pacyfik Kowalski, byłbym bardzo zdziwiony. Ale biskup Pacyfik już by mnie nie zaskoczył.

Dlaczego w Polsce nie mamy imienia Jezus?

W hiszpańskim obszarze językowym to imię popularne. U nas po prostu się nie przyjęło. Myślę, że w Polsce budziłoby kontrowersje. Ktoś by pomyślał, że to naśmiewanie się, przejaw negatywnego stosunku do Kościoła. Nie wiem, czy zna pan taki żart o trzech mędrcach ze Wschodu. Trzeci był wysoki. Wszedł do stajenki, uderzył się w głowę i krzyknął: „O, Jezu!”. Matka Boska do Józefa: „Jezus to ładne imię, a ty tylko Marceli i Marceli”.

A co ma zrobić ten nasz biedny Janusz?

Poczekać. Januszów w przeszłości było sporo. Dla mnie Janusz to był przede wszystkim Radziwiłł z Potopu. Wychowałem się na Sienkiewiczu. Janusz Radziwiłł konał w Kiejdanach. 31 grudnia. Głodował. Wołał: „Jezusie…” i w końcu zawołał: „Maryjo!”. I wtedy umarł. Zaraz wpadli Wołodyjowski, Zagłoba i niektórzy chcieli rozsiekać, dobić zdrajcę, a wtedy Charłamp, który wetknął obrazek z Najświętszą Maryją Panną w splecione dłonie Radziwiłła, wołał, żeby jego nie rozsiekiwać, bo Maryi przed skonaniem wzywał i jej konterfekt w ręku dzierży. I wszyscy na to: No, skoro tak, to go nie rozsiekamy.

Sienkiewicz popularyzował imiona.

Po wojnie rodziło się wielu Andrzejów. Andrzej Kmicic. Wydawał się archetypem dzielnego polskiego rycerza. W partyzantce często przyjmowano pseudonim „Kmicic”.

Chce pan powiedzieć, że moda na imiona brała się z literatury?

Książki, filmy, a głównie seriale kreują mody na imiona. A później, gdy imię staje się zbyt popularne, ludzie od niego odchodzą. Tak się stało z Andrzejem. Ileż Krystyn było w latach pięćdziesiątych. Teraz proszę spotkać jakąś małą Krysię.

Bardzo popularnym imieniem jest Julia.

Julia pyta: „Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo?”. Ona tak naprawdę pyta, dlaczego nazywasz się Monteki. Julia ma też odpowiedniki męskie. Julian i Juliusz. Kiedyś przeczytałem wszystkie dzieła Juliusza Słowackiego. Dostałem je w nagrodę w turnieju kibiców. Zachorowałem na zapalenie stawów. Musiałem leżeć w łóżku. I tak w parę miesięcy przeczytałem wieszcza. „Na skałach Oceanowych postawiłeś mię, Boże”. Miałem wtedy 13 lat. Nic nie rozumiałem, ale wiele fragmentów znam na pamięć. Juliusze i Julianowie posiadają dar niezwykłego wyczucia języka. Tuwim to geniusz. Samorodek. Tylko on mógł napisać: „Senność gęsta jak śnieg i krążąca jak śnieg / zasypuje śnieżnemi płatkami sennemi”.

Synowi dał pan na imię Dominik.

To było wtedy rzadkie imię. W powieści Michała Choromańskiego W rzecz wstąpićwystępuje Dominik Mniejsza, który jest oryginalną postacią. Jest chorobliwie dobry. Dominik wydał mi się interesujący. Jego matka chciała, żeby był Tymonem. To był chyba dobry pomysł. Później Tymonów nie pojawiło się tak wielu jak Dominików. Wtedy, czterdzieści siedem lat temu, Dominik był oryginalnym imieniem.

W natarciu jest Jakub.

Nie wiem, czy pan pamięta, jak Mendel Gdański opowiada, że dał na imię swojemu synowi Jakub, bo to piękne, godne imię. Mendel mówi: To i łaskawy pan może tak nazwać swojego syna. To jest imię, po którym jak po moście można przejść pomiędzy nami. Chodzi o Żydów i Polaków. W ogóle imiona biblijne budzą szacunek. Co prawda, kto dziś pamięta walkę Jakuba z aniołem? Kto pamięta, że Izaak zrodził Jakuba, a Jakub zrodził Judę? Cały rodowód Dawida i poniekąd Jezusa.

A Katarzyna?

Caryca. Nazywała się Zofia Fryderyka Augusta zu Anhalt- -Zerbst-Dornburg i pochodziła ze Szczecina. Polsce zabrakło takiej Katarzyny. Nie byłoby rozbiorów. Dla nas była despotyczna i rozpustna, a dla ludzi Zachodu to kobieta oświecona. Wolter i Diderot byli pod jej wrażeniem. Katarzyna to imię władczyń. I Medycejskiej, i Jagiellonki. No i Katarzyna z wiersza o katarze. „Spotkał katar Katarzynę, a psik! Katarzyna pod pierzynę, a psik!”. Albo: „Pewien Tatar miał katar, a Katarzyna, żona Tatarzyna, miała z nim małego syna. Tatar tata obowiązki spełniał kata. Bał się kat zakatarzony. Katarzyny – kata żony”.

Kachna jest mniej straszna.

Była taka piosenka: „Dopóki wam jeszcze Kasieńki się chce”. Do Kasieńki wzdychamy i możemy ją wierszować. Jest mniej królewska i wie, czego chce od życia.

Są brzydkie imiona, które są ładnymi słowami. Scholastyka. Syntia.

Dla mnie między nazwą a desygnatem istnieje silny związek. Kwiat. Mówię kwiat i czuję jego zapach. Róża. Czuje pan? Wprawdzie, jak pisze Szekspir, to, co jest różą, pod inną nazwą również by pachniało. Syntia mogłaby być nazwą czegoś pięknego. To słowo zapisane jest ładne, ale powiedziane już mniej. Imię Medard może się kojarzyć z merdaniem, choć to imię poważne i pełne miodu. Są imiona prowokujące. Czy dałby pan swojemu synowi na imię Barnaba? Choć z drugiej strony Brzechwa pisał, że „Mieszkał bury wilk Barnaba zamożniejszy od nababa”. Wyczuwam, że pyta mnie pan o imiona od A do Z. Jesteśmy dopiero na S.

Już kończymy, panie profesorze. Kiedy przejść na „ty”?

Kiedy zaproponuje kobieta lub starszy mężczyzna.

Młoda kobieta starszemu mężczyźnie też może zaproponować mówienie na „ty”?

Tu się pojawia problem. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Dziękuję za spotkanie. Życzę zdrowia.

Zdrowia? Czasem tak się do starszych mówi. „Panu to już tylko zdrowia! Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia”. A dlaczego nie sukcesów?

Ma pan ich już tyle. Chociażby ta książka o imionach napisana z Michałem Ogórkiem.

Napisana, a właściwie wygadana. To zapis naszej rozmowy.

Życzę sukcesów. Chociaż się mówi, że sukces niejedno ma imię.

Tak samo można powiedzieć, że każdy jest Kowalskim własnego losu.

prof. Jerzy Bralczyk – ur. 1947 roku, językoznawca, profesor nauk humanistycznych. Członek Rady Języka Polskiego. Odpowiada za uchwały ortograficzne rady. Prowadzi ogólnopolskie i regionalne dyktanda. Zbiera wszystkie wydania Pana Tadeusza Adama Mickiewicza oraz podręczniki dobrego zachowania i mówienia. Prowadzi stronę internetową bralczyk.com.

Piotr Świątkowski – ur. 1980, absolwent kulturoznawstwa. Studiował też psychologię na UAM. Pracuje w poznańskim Radiu Merkury, wcześniej w radiu RMF FM, Złote Przeboje i Blue FM. Prowadzi portal edukacyjny dla maturzystów. Jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Poznaniu.

Świadectwo

JAK WY MI, TAK JA WAM

•••

Zaparcie się Chrystusa to w pierwszej kolejności nie tyle niewypowiedzenie takich czy innych słów czy też brak takiego czy innego gestu, ile brak miłości, która jest działaniem wiary.

co to znaczy zaprzeć się Boga?

FOT. RACHEL MOORE / UNSPLASH.COM

Janusz Pyda OP

Słowa Pana Jezusa zapisane w Ewangelii Mateuszowej: „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32–33), przypomniały mi pewną rozmowę – poniekąd smutną, poniekąd zabawną. Była to w każdym razie rozmowa na tyle charakterystyczna, że została w mojej pamięci do dziś. Może dlatego, że wielokrotnie w czasie duszpasterzowania stykałem się i stykam z tym, co wtedy tak jasno zobaczyłem.

Na dyżur duszpasterski przyszła młoda kobieta. Była na pierwszym roku studiów, do Krakowa przyjechała „dopiero co” i powoli zaczynała nowe, samodzielne życie. Nie pamiętam, czego dotyczyła całość rozmowy, ale końcówka zapadła mi w pamięć. Otóż dziewczyna podzieliła się wątpliwościami dotyczącymi zachowania pewnych zewnętrznych oznak i praktyk wiary, które do tej pory były dla niej codzienną oczywistością, a które teraz sprawiały jej duży kłopot. „Wie ojciec – mówiła – zazwyczaj, kiedy przechodziłam koło kościoła u siebie w miejscowości, robiłam znak krzyża. Przyjechałam do Krakowa i sprawy trochę się skomplikowały. Nie dlatego, że się wstydzę, ale tu w obrębie centrum jest tyle kościołów, że gdybym chciała się przeżegnać, idąc obok każdego z nich, musiałabym właściwie cały czas robić ręką znak krzyża. Podobnie z osobami duchownymi. Kiedy spotykałam siostrę zakonną czy księdza, mówiłam: »Szczęść Boże« – nawet jeśli ich osobiście nie znałam. Chodziło o pozdrowienie nie tyle tego konkretnego człowieka, ile zauważenie osoby poświęconej Bogu. W Krakowie sprawa jest trudna, bo tu jest tylu księży, zakonników i sióstr zakonnych. Cały czas musiałabym mówić »Szczęść Boże«. Z drugiej strony, kiedy tego nie robię, czuję się źle, jakbym się wypierała swojej wiary, czy wstydziła przyznać do Pana Jezusa”. Ponieważ byłem wówczas młodym księdzem, jej wątpliwości niemal mnie wzruszyły. Oto miałem przed sobą osobę nie tylko wyglądającą jak personifikacja niewinności, ale jeszcze o sumieniu tak szlachetnym, że była w stanie przeżywać takie trudności. Oczywiście, zacząłem tłumaczyć, że w takich wypadkach należy się zdać na cnotę roztropności, że nie należy myśleć o Panu Bogu jako o kimś, kto ciągle nas podgląda i sprawdza, czy zachowamy się tak czy inaczej, że od wiary i praktyki wiary nie można oddzielać zwykłego rozsądku itp. Wydawało mi się, że powoli zaczynała widzieć swoje problemy w innym świetle. Nagle spojrzała na zegarek, poderwała się z miejsca i rzuciła, już prawie wychodząc: „Ojej, muszę lecieć, bo za kwadrans mam kolokwium”. „Umiesz?” – spytałem grzecznościowo, bo jakże tak szlachetna osoba mogłaby być nieprzygotowana. „Nie” – odparła bez specjalnego skrępowania. „Ale na tych zajęciach spokojnie da się ściągnąć”. Antyświadectwem było dla niej nieprzeżegnanie się przed kościołem, ale już ordynarne zrzynanie na kolokwium nie było antyświadectwem i zaparciem się Jezusa, który mówił: „Kto w małych rzeczach będzie wierny…”. Zrozumiałem wtedy, co to znaczy „przecedzać komara i połykać wielbłąda”.

W jaki sposób więc interpretować słowa, które znajdujemy w Piśmie Świętym, a które tak jak te z dziesiątego rozdziału Ewangelii Mateuszowej wydają się brzmieć niejasno i przerażająco? Spróbujmy na tym właśnie przykładzie przyjrzeć się kilku zasadom interpretacji Pisma Świętego.

Nie sądź Boga wedle siebie

Lektura Pisma Świętego ujawnia niejednokrotnie nasze nie najlepsze myślenie o Bogu i o Panu Jezusie. W myśl zasady: „Każdy sądzi według siebie”, interpretujemy Jego słowa i czyny tak, jakby dzielił z nami nie tylko nasze człowieczeństwo, ale także naszą grzeszność. Kiedy więc słyszymy, że Chrystus powiedział do Maryi w Kanie Galilejskiej: „Czy to moja lub Twoja sprawa, niewiasto”, mamy wrażenie, że był niegrzeczny, bo gdyby ktoś z nas tak powiedział, byłoby to najprawdopodobniej oznaką zniecierpliwienia w stosunku do nadaktywnej matki. A przecież Chrystus nie miał w sobie zniecierpliwienia wynikającego z grzeszności i nie przejawiał braku szacunku wobec innych. Jego słowa powinniśmy więc czytać inaczej, w oderwaniu od skojarzeń przypominających nasze reakcje.

Podobnych słów, których nie rozumiemy albo które źle rozumiemy, czytając je w kontekście naszej grzeszności, jest oczywiście dużo: „Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?”, „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom”, „Zejdź mi z oczu, szatanie” i wreszcie: „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Czy naprawdę podejrzewamy, że mówi to ktoś, kto tak jak my potrafi być mściwy, żądny odwetu, zapiekły w nieprzebaczeniu? Przecież te słowa padają z ust człowieka, który oddał własne życie za swoich prześladowców, w którym nie ma cienia zemsty czy odegrania się za doznane krzywdy. Nie może tu więc chodzić o zapowiedź odwetu, co niejednokrotnie kwitujemy uwłaczającym Panu Bogu przysłowiem: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Zatem słowa, które wypowiedziane przez nas mogłyby wyrażać grzeszność czy małość, w ustach Chrystusa muszą oznaczać coś innego, bo w Nim nie było ani grzechu, ani małości.

Pismo Święte to nie zbiorek złotych myśli – czytaj w całości

Druga zasada interpretacji takich pozornie trudnych słów jest bardzo prosta. Otóż Pismo Święte to nie jest zbiorek złotych myśli Osho czy cytatów z wierszy. Nie można czytać Biblii, wyrywając z kontekstu pojedyncze frazy. W tym samym bowiem Piśmie, w którym zapisane zostały słowa Pana Jezusa „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi…”, czytamy choćby i to, że wszyscy, z jednym małym wyjątkiem, apostołowie zaparli się Pana Jezusa, uciekając od Niego, gdy został pojmany, a Piotr zrobił to w sposób wyjątkowo wyraźny i nad wyraz kompromitujący. I co uczynił Pan Jezus po zmartwychwstaniu? Zaparł się swoich dawnych uczniów? Nie. Zaczął ich szukać, zbierać, przekazał im swój pokój i Ducha, a Piotra nazwał skałą, na której zbuduje swój Kościół.

Życie Kościoła jest interpretacją Pisma – sięgnij do historii

Problemy, które mamy z takim czy innym fragmentem Pisma Świętego, zazwyczaj się rozwiewają, gdy zobaczymy, w jaki sposób na przestrzeni wieków słowa te interpretował Kościół. Problem tych, którzy wyparli się Chrystusa i wiary w Niego, pojawił się bardzo wcześnie. Chyba najbardziej znana jest sprawa tzw. upadłych (lapsi), czyli chrześcijan, którzy podczas prześladowań za Decjusza, czyli w połowie III wieku, złożyli ofiary pogańskim bożkom albo załatwili sobie lewe świadectwa złożenia takich ofiar. Po ustaniu prześladowań wybuchł w Kartaginie wielki spór o to, w jaki sposób należy przyjmować takich ludzi do jedności z Kościołem, z tymi, którzy oparli się prześladowaniom i nie złożyli ofiar bożkom. Nikt z ortodoksyjnych chrześcijan nie twierdził, że lapsi nie powinni ostatecznie otrzymać przebaczenia i zostać pojednani ze wspólnotą Kościoła. Na przełomie III i IV wieku w Afryce Północnej pojawili się co prawda chrześcijanie, którzy w głupi i restrykcyjny sposób chcieli traktować tych, którzy zawiedli w czasie prześladowań. Twierdzili na przykład, że biskup, który w jakikolwiek, nawet pośredni, sposób zaparł się wiary, nie może już konsekrować nowych biskupów i prezbiterów. Rygoryści owi nazywali się donatystami i spotkali się nie tylko z radykalną krytyką ze strony św. Augustyna, ówczesnego biskupa afrykańskiego, ale i całego Kościoła w jedności z Rzymem. Te dwa przykłady z historii wiary naszych braci u początków życia Kościoła powinny nas nakierować na właściwą interpretację słów Pana Jezusa zawartych w Ewangelii Mateuszowej.

Ojcowie naprawdę dużo wiedzą

Aby zrozumieć słowa, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać trudne albo niezrozumiałe, warto sięgnąć do pism tych chrześcijan, którzy interpretowali je w świetle ognia pierwotnej wiary – czyli do komentarzy ojców Kościoła i pierwszych świadków wiary. Odnośnie do naszego fragmentu proponuję trzy bardzo ciekawe teksty. Pierwszy z nich to komentarz św. Jana Chryzostoma. Zaznaczam, że Chryzostom odnosi się do pewnych szczegółów związanych z tekstem greckim Ewangelii Mateuszowej, które nie muszą być zawsze widoczne w polskich przekładach.

„Każdy więc, który złoży wyznanie we Mnie przed ludźmi, wyznam i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Zauważmy precyzję wypowiedzi. Nie powiedział: „Mnie”, lecz: „we Mnie”, wskazując, że składający wyznanie nie opiera się w tym jedynie na własnej cnocie, lecz został umocniony łaską z wysoka. O tym zaś, kto się zapiera, nie powiedział: „we Mnie”, lecz: „Mnie”, zapiera się bowiem, gdyż pozbawiony jest daru łaski. Ktoś zapyta: Dlaczego zapierający się zostaje oskarżony, skoro został pozbawiony łaski? Ponieważ pozbawienie łaski powoduje właśnie ten, kto ją traci. A czemu Pan nie poprzestaje na wierze w sercu, lecz żąda również wyznania ustnego? Aby pobudzić nas do otwartości, do większej miłości i szczerości oraz uczynić nas wyższymi (Homilie na Ewangelię św. Mateusza, XXXIV, 3).

Widać wyraźnie, że dla św. Jana Chryzostoma wyznanie wiary w Chrystusa nie jest wyłącznie zewnętrznym działaniem, ale raczej objawem życia łaski w człowieku. Wiarę wyznaje się, będąc „w Chrystusie”, wszczepionym w Chrystusa – jak powiedziałby św. Paweł. Jeśli więc ktoś „ustami swymi” nie wyznaje wiary, może to oznaczać, że nie jest „w Chrystusie”, czyli nie ma w nim życia Bożego. Ale – zaraz dodaje Chryzostom – taki stan człowiek może osiągnąć tylko z własnej woli. Jeśli zatem ktoś wyłącza się z Chrystusa, nie jest w stanie „w Nim” wyznawać też wiary. Ponieważ takiego wyłączenia można dokonać jedynie z własnej woli, taki człowiek z własnej również woli oddziela się od Chrystusa, jest poza Nim. Chrystus więc w tym sensie nie może się do niego przyznać, i nie może skłamać, że taki człowiek jest w Nim, jeśli on sam się od Chrystusa oddzielił.

Przyjrzyjmy się teraz jeszcze jednemu aspektowi fragmentu z Ewangelii Mateuszowej, na który zwraca uwagę grecki, anonimowy autor pewnej homilii:

Kto nie wyzna Chrystusa przed ludźmi, temu nic nie pomoże, jeżeli wyzna Go w swym sercu. Jeżeli bowiem ustami wzbrania się wyznać, to nie może wierzyć sercem. Korzeniem bowiem wyznania jest wiara w sercu. Wyznanie zaś jest owocem wiary. Jak długo więc żywy jest korzeń, potrzeba, aby wydawał gałęzie i liście. Jeśli zaś nie wydaje, to rozumiesz, że bez wątpienia jego korzeń w ziemi jest uschły. Jak długo w sercu zawiera się wiara, zawsze owocem jest wyznanie jej ustami. Jeżeli zaś nie wyznaje jej ustami, to zrozum, że wcześniej uschła już wiara w jego sercu. Apostoł bowiem tak mówi: „Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami do zbawienia”. Nie ma więc żadnego znaczenia wyznawanie ustami bez wiary w sercu, ani wiara w sercu bez wyznawania jej ustami. Jaką korzyść przyniesie ci wiara w sercu, jeśli nie wyznasz jej przed ludźmi? Czy niewiernemu hipokrycie przyniesie jakiś pożytek wyznanie Chrystusa ustami, skoro nie uwierzy sercem? Jeżeli jemu nie pomaga wyznanie wiary bez wiary, to i tobie nie pomoże sama wiara, jeśli nie będziesz jej wyznawał (Anonim, PG 56, 766).