W drodze 02/2020 (558) - Wydanie zbiorowe - ebook

W drodze 02/2020 (558) ebook

Wydanie zbiorowe

4,5

Opis

Dominikański miesięcznik z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności a perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

nieodżałowany Zbigniew Wodecki śpiewał, że „Co dzień nas gna w nowe strony zadyszany czas, sto dat, sto spraw wciąga nas…”. Mimo upływu lat te słowa wciąż pozostają trafnym opisem naszej rzeczywistości. Z jednej strony są pragnienia karmione hasłami „spiesz się powoli…”, zachęta do prowadzenia slow life, medytacje, rekolekcje w ciszy – wszystko po to, by zadbać o siebie. Z drugiej strony jest codzienność naszpikowana wykonywaniem wielu rzeczy naraz, mnóstwem zadań, z których wszystkie są ważne i na wczoraj. To rodzi stres, pośpiech i świadomość połykania zamiast smakowania życia. Jesteśmy przemęczeni i wypaleni. Marzymy o złapaniu równowagi między życiem zawodowym i prywatnym, co roku sobie obiecujemy, że teraz to już będziemy żyli inaczej. I kolejny rok mija nam w takim samym pośpiechu i stresie jak poprzedni.

Co z tym zrobić? „Odpowiedź ani nie jest prosta, ani chętnie przyjmowana przez pacjentów” – mówi jedna z bohaterek tekstu. „Bo choć do szpiku prawdziwa, składa się ze sloganów. Jak inaczej nazwać radę: Należy prowadzić higieniczny tryb życia, unikać stresujących sytuacji? Jak to powiedzieć pacjentowi, który tyra 60 godzin w korporacji, bez urlopów i zwolnień, bez zastrzeżeń przyjmując kolejne obowiązki, bo albo nie umie odmówić, albo boi się utraty pracy?”.

O tym wszystkim przeczytają Państwo w najnowszym miesięczniku, który – mamy nadzieję – nie jest pomysłem na to, jak ogarnąć chaos swojego życia i w efekcie być jeszcze bardziej wydajnym, ale propozycją realnej zmiany, by niekoniecznie być pierwszym i najlepszym, ale za to szczęśliwszym.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

ODDZIELNY KAWAŁEK ŻYCIA

Pośpiech, który nas wykańcza

NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS

SPOKOJNIE, TO TYLKO STRES

NIEMIŁOŚĆ

SZYBCY I... WYCZERPANI

Świat z plastiku

SZCZĘŚCIE PUSTEJ LODÓWKI

CHRZEŚCIJAŃSKIE EKO

Siła wspólnoty

KAZANIE PISANE DŹWIĘKAMI

JAK NAJBARDZIEJ MNICH

LEKCJA WIARY

Nie taki Stary Testament

ZACZNIJMY OD POCZĄTKU...

Orientacje

KOCHAM, WIĘC KŁAMIĘ

NIE ZROZUMIECIE TYCH ŁEZ

PROROKINI

Pytania w drodze

POST W OKTAWIE

Dominikanie na niedziele

ŻŁÓBEK I KRZYŻ

OD TERAZ

WSZYSTKO Z WNĘTRZA POCHODZI

INACZEJ

Felietony

NA WIYRCHU

NAJPIĘKNIEJSZY ZAWÓD ŚWIATA

ŁZY TO ZNAK...

KROTOCHWILA

SUMIENIE NA TALERZU

NIEZWYKŁA CODZIENNOŚĆ METRA

Rozmowa w drodze

ODDZIELNY KAWAŁEK ŻYCIA

•••

Na szczyt weszliśmy o 14.30, zaczęliśmy schodzić około godziny 15 - zejście zajęło nam jakieś cztery, pięć godzin. W obozie byliśmy około 19-20. Zatem większa część powrotu odbyła się po ciemku.

Z himalaistą LESZKIEM CICHYM, czterdzieści lat po zimowym wejściu na Mount Everest, rozmawia TOMASZ MAĆKOWIAK

16 marca 1980 Leszek Cichy (po lewej) i Krzysztof Wielicki (po prawej) udzielają wywiadu po powrocie z pierwszego, zimowego wejścia na Mount Everest / zdjęcie: TADEUSZ ZAGOŹDZIŃSKI / PAP

Tomasz Maćkowiak: Polskie media bardzo żywo relacjonują sukcesy polskich alpinistów i choć sport ten uprawia garstka ludzi, emocjonuje się nim duża część opinii publicznej. Ja się od nich różnię tym, że jedyne pytanie, które sobie stawiam, brzmi tak: Po co ci ludzie tam wchodzą?

Leszek Cichy: To nieprawda, że ludzi chodzących po górach jest garstka. Jest to hobby coraz bardziej popularne, wystarczy pojechać w Tatry, żeby zobaczyć, jak wielu osobom nie wystarcza już Gubałówka, dlatego idą wyżej, w dużo trudniejsze rejony. Coraz więcej ludzi chodzi w góry zimą, a to już prawdziwe wyzwanie. Kupują sprzęt – coraz lepszy, dobrany do wymagań, uczą się, czytają, planują coraz trudniejsze wyprawy. To się nie przebija do masowej świadomości, ale ogromna liczba Polaków wspina się na przykład na Mont Blanc. Nie docenia pan tego, ale wspinaczka to już nie jest elitarny sport dla nielicznej grupki szaleńców. To jest w zasadzie dyscyplina masowa.

No zgoda, ale nadal nie rozumiem tej potrzeby ryzykowania własnym życiem.

Jeśli przyjmiemy, że wspinaczką, chodzeniem po trudnych, wysokich górach zajmują się dziś miliony ludzi, to część z nich siłą rzeczy będzie zainteresowana tym, żeby wchodzić wyżej, szybciej, w trudniejszych warunkach niż pozostali. To jest zwykła, ludzka potrzeba rywalizacji, mierzenia się z wyzwaniami, szukania granic i barier, których wcześniej nikomu nie udało się pokonać. Najbardziej znana odpowiedź na pańskie pytanie to ta, jakiej udzielił George Mallory, brytyjski alpinista, który poświęcił życie sprawie zdobywania Mount Everestu. „Dlaczego na tę górę wchodzić? Dlatego, że jest!” – odpowiedział.

Pan się z tą odpowiedzią utożsamia?

Nie, ja uważam, że ludzie mają w sobie coś takiego, że jeśli ktoś wymyśli jakiś projekt, który jest w zasadzie niemożliwy do zrealizowania, i powie: A może by tak… – to zaraz znajdzie się w tej wielomiliardowej masie ktoś, kto spróbuje to zrobić. Przecież lądowanie Amerykanów na Księżycu nie miało jakiegoś wielkiego ekonomicznego sensu. Oni tego nie zrobili po to, żeby zarobić. Zrobili to, żeby udowodnić, że to jest możliwe.

I to wystarczy? Upór?

Mount Everest ma 8848 metrów wysokości. Gdyby ta góra była wyższa o 250–300 metrów, to przy statystycznej pogodzie i związanym z nią ciśnieniu człowiek nie byłby w stanie tam wejść. Potrzebny byłby nie tylko tlen, tak jak dziś, ale wręcz kombinezon kosmiczny. Ciśnienie na tej wysokości jest już bowiem tak niskie, że przestaje zachodzić zjawisko osmozy komórkowej, a to jeden z kluczowych procesów niezbędnych do podtrzymania życia.

Co to oznacza w praktyce?

W praktyce oznaczałoby to bardzo szybką śmierć komórek, z których zbudowany jest organizm człowieka. Po prostu nie dałoby się tam wejść i przeżyć, tak samo jak byśmy byli w kosmosie bez kombinezonu. A tymczasem na Everest ludzie wchodzą, odnotowano nawet dwa wejścia beztlenowe. Oczywiście tylko w lecie, bo w zimie ciśnienie jest jeszcze niższe, a poza tym warunki do przeżycia są gorsze.

17 lutego 2020 roku mija czterdzieści lat od momentu, kiedy wszedł pan na tę górę w zimie. Chciał pan udowodnić, że to jest możliwe?

Kiedy razem z Krzysztofem Wielickim wchodziliśmy w 1980 roku na Mount Everest, ta góra już była zdobyta. Pamiętaliśmy o czymś innym. Otóż zdobywca Everestu, Edmund Hillary, powiedział, że zimą powyżej siedmiu tysięcy metrów w Himalajach nie ma życia biologicznego. On wiedział, jakie tam są warunki latem, i na tej podstawie wysnuł taki wniosek. To niekwestionowany autorytet dla himalaistów. Nasza wyprawa była walką z tym przekonaniem, sformułowanym przez tego wielkiego człowieka.

Walka z mitem?

Tak można powiedzieć. To, że Mount Everest jest najwyższą górą świata, ustalono pod koniec XIX wieku. Niemal natychmiast Anglicy, którzy wtedy jako jedyni mieli dostęp do tej góry, zaczęli podejmować próby zdobycia szczytu. George Mallory w 1924 roku doszedł do wysokości około 8400 metrów i nie wrócił. Do dziś się spieramy, czy wcześniej był na szczycie, czy nie. Wtedy wspinacze mieli sporą trudność: ubiory były bardzo słabo zaawansowane technologicznie. Nie mieli ubrań puchowych, tylko bawełnę, wełnę i impregnowane pokrycia. To pozwalało zachować względny komfort cieplny jedynie do temperatury rzędu minus 15 stopni, a jeśli było zimniej, to przetrwanie było możliwe tylko wówczas, jeśli się człowiek poruszał. Nocy w takim ubraniu nie dało się przetrwać.

Czyli technologia jest kluczem do sukcesu?

Jeśli podczas zejścia współcześni wspinacze są zmuszeni do tzw. biwaku, czyli nocowania bez namiotu na wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów, w produkowanych obecnie ubraniach i butach przeżywają noc i rano schodzą do obozu. Jest na to wiele dowodów.

Jakie to są temperatury?

Najniższa, którą odnotowaliśmy, wynosiła minus 41 stopni. Ale to był inny przypadek, bo my mieliśmy namioty. A temperatura odczuwalna jest tam zupełnie inna, namiot daje stabilną bańkę powietrza, w której człowiek jest chroniony przed warunkami zewnętrznymi. Przecież nawet w lecie, kiedy pod namiotami śpią całe rodziny, mają one zapewnioną ochronę przed opadami. W górach to jest kluczowe dla przeżycia. Alpiniści mawiają, że namiot jest najważniejszym z ludzkich wynalazków.

No i tego właśnie nie rozumiem: z jednej strony mówimy, że wspinaczka to sport, a z drugiej strony cały czas słyszę o ogromnym ryzyku na granicy śmierci.

No nie, bez przesady. Nasze wejście w 1980 roku było bardzo racjonalne. Oczywiście racjonalne na tyle, na ile mogło być.

Dobrze usłyszałem: pierwsze w historii zimowe wejście na Mount Everest było racjonalne?

Tak, ale chodzi mi o sam atak szczytowy. Byliśmy w najwyższym obozie, wiedzieliśmy, ile nam brakuje do szczytu, potrafiliśmy oszacować, ile czasu zajmie nam ten marsz. Bo na tym ostatnim odcinku przed szczytem nie ma już wspinaczki w sensie dosłownym, tzn. wchodzenia na jakieś skalne ściany. Tam się po prostu idzie pod górkę, tyle że na wysokości ponad 8000 metrów to już nie jest lekki spacerek. Myśmy obliczyli tę drogę i uznaliśmy, że zamiast dwóch potrzebnych butli z tlenem weźmiemy po jednej.

No, jak dziś mówi młodzież: kozacko.

Zupełnie nie! Już mówiłem, że to była kalkulacja. Dwie butle to ciężar prawie 14 kilogramów. Człowiek z takim obciążeniem idzie powoli, zużywa więcej tlenu, atak szczytowy trwa dłużej, a przecież to jest półkula północna i tam w zimie dzień trwa tak samo długo, jak mniej więcej u nas, czyli kilka godzin. Wyszliśmy o 7.10 – było już niemal widno. Ciemno zrobiło się około godziny 16.30, więc ostatni odcinek i tak schodziliśmy po ciemku.

Długo?

Na szczyt weszliśmy o 14.30, zaczęliśmy schodzić około 15 – zejście zajęło nam cztery, pięć godzin. W obozie byliśmy około 19–20. Zatem większa część powrotu odbyła się po ciemku. Ale ta ciemność nie jest tam bardzo głęboka, bo leży śnieg. Uznaliśmy, że weźmiemy po jednej butli. Wprawdzie wiedzieliśmy, że na zejściu tlen się nam szybciej skończy, ale za to będziemy mogli iść szybciej i dystans pokonamy w takim czasie, że tego tlenu nie zabraknie nam w połowie drogi, tylko dopiero pod koniec. Jak mówię: wszystko było dokładnie obliczone, znaliśmy swoje możliwości, znaliśmy warunki, pogodę itd. Nikt nie szukał ryzyka.

W jaki sposób znajdowaliście drogę powrotną, idąc po ciemku?

Wystarczyła nam pamięć drogi.

A ślady na śniegu?

O tej porze roku śnieg jest tak wywiany i stwardniały, że śladów się nie zostawia.

Jaka to odległość?

My nie liczymy tego w odległości, tylko podajemy wysokość w pionie. To było 850 metrów.

I wejście na tę wysokość i zejście zabrało wam cały dzień? Dwanaście godzin?

Tak, na tej wysokości szybciej się nie da.

A gdyby się jednak uprzeć i liczyć drogę w metrach, jak po płaskim? To będzie około dwóch kilometrów?

No, trochę więcej! Samej grani szczytowej od wierzchołka południowego na główny jest ponad 500 metrów. Będzie dwa i pół, trzy kilometry. Ale to nie daje żadnego wyobrażenia o tym wejściu.

No właśnie! Przeciętny pieszy, idąc spokojnym marszem, pokonuje w godzinę około czterech kilometrów. Czyli ten dystans w jedną stronę przeszedłby w 40 minut, całość w półtorej godziny. To jest drobny spacer. A wy na to potrzebowaliście całego dnia! To pokazuje, jakie to było wyzwanie. Musieliście mieć świadomość ryzyka.

Byłem wówczas jednym z najmłodszych uczestników wyprawy, miałem 29 lat. Partner, który wchodził ze mną, też był bardzo młody. A mimo to mieliśmy już wtedy spore doświadczenie. Dla mnie była to piąta wyprawa w Himalaje. Wcześniej schodziłem już sporo wysokich gór. My naprawdę wiedzieliśmy, co nas czeka, na co się decydujemy, co jesteśmy w stanie zrobić.

Wróćmy do tlenu. Wystarczyło go na wejście?

Tak, i na kawałek powrotu. Butlę zakłada się od razu po wyjściu z obozu. To nie jest zamknięty obieg tlenu, jak pod wodą, tylko wspomaganie oddychania. Oddycha się normalnym powietrzem, ale aparatura dokłada dwa litry dodatkowego tlenu na minutę. Wszystko się dało obliczyć: 220 atmosfer w butli, pojemność cztery litry. Daje to 880 litrów tlenu. Czyli mieliśmy tlenu na 440 minut. Siedem godzin oddychania.

Te obliczenia się sprawdziły?

Oczywiście. To nie jest żadne szukanie ryzyka. Ryzyko jest wkalkulowane w całe przedsięwzięcie, ale poza tym to są zwykłe obliczenia i minimalizowanie ryzyka.

Czy tam jest tak jak na poziomie morza, że w dół się schodzi trochę lżej?

Teoretycznie tak, idzie się trochę szybciej. Na Evereście nie ma wielkiego stopnia trudności, wspinaczki skalnej itd. Idzie się po prostu w dół, nachylenie wynosi 20–40 stopni. Jest jeden odcinek pionowego wejścia, zwany stopniem Hillary’ego, ale to jakieś dziewięć metrów. Do południowego wierzchołka wystarczyło nam jeszcze tlenu. Tam zostawiliśmy puste butle, bo każda ważyła wtedy około czterech kilogramów. Dochodzi jednak narastające zmęczenie i dług tlenowy. Dlatego na tych wysokościach zejście jest trudniejsze niż wejście.

Dziś wejść na Everest jest znacznie więcej.

Jest 19 dróg wejścia. Większość z nich była pokonywana jednokrotnie, przy okazji rozwiązywano trudności związane z pokonaniem jakiejś konkretnej ściany. Obecnie używa się dwóch dróg: drogi pierwszych odkrywców, od strony Nepalu, i drugiej – od strony Tybetu, granią północno-zachodnią. Na tej pierwszej największą trudnością jest przejście przez icefall, czyli miejsce między bazą a pierwszym obozem, pomiędzy 5300 a 6000 metrów. To bardzo niebezpieczny uskok lodowca, tam nadal się zdarza sporo wypadków. Od strony Tybetu droga jest stosunkowo łatwa do wysokości 8300 metrów – i tam się wchodzi na grań. Pierwsi pokonali ją Chińczycy – albo w 1960 roku, albo w 1975. Nie wiadomo dokładnie, bo są wątpliwości, czy w 1960 rzeczywiście weszli na sam szczyt. W każdym razie na kluczowym odcinku Chińczycy postawili dwie drabiny i dlatego wchodzi się tam stosunkowo łatwo.

Brakuje tylko windy! Po drabinach może wejść nawet człowiek niespecjalnie przygotowany. Stąd ta masowa turystyka na Mount Everest.

Bez przesady. Droga jest teraz zaporęczowana, czyli jest lina od samej bazy na szczyt. Baza jest na wysokości 5300 metrów. Potem są kolejne obozy: 6000, 6500, 7150 i 7950 metrów. Dopiero z tego ostatniego atakuje się szczyt. Droga jest zatem lepiej przygotowana, ale nie zgadzam się z twierdzeniem, że wchodzą tam amatorzy. To niemożliwe. Ludzie, którzy się na to decydują, na pewno mają wcześniejsze doświadczenie z wysokich gór. A że dziś jest to niemal sport masowy i takich ludzi jest dużo, to zupełnie inna sprawa. Poza tym to jest taka wysokość, warunki tak ekstremalne, że tam się nie da po prostu wejść i zejść, choćby nie wiem jakie były ułatwienia.

Co to znaczy?

Na przykład trzeba przejść aklimatyzację. Żeby funkcjonować na takiej wysokości, organizm musi wyprodukować dodatkowe czerwone ciałka krwi, to musi trwać. Wchodzi się powyżej pewnej wysokości, zakłada obóz, nocuje albo nie, po czym wraca się znowu w dół i odpoczywa. Wtedy organizm produkuje te dodatkowe krwinki, bo wcześniej był na większej wysokości i dostał sygnał, że będzie musiał się dostosować do życia w rozrzedzonym powietrzu. I to się powtarza na tych kolejnych stopniach, wchodzi się i schodzi, a potem odpoczywa. To musi trwać wiele dni, ciało ludzkie szybciej się nie przystosuje.

Czy ten proces jest jakoś dokładniej zbadany?

W normalnych warunkach z wdychanego powietrza organizm pobiera do krwi około 20 procent tlenu. Resztę wydychamy. Podczas aklimatyzacji organizm czuje, że musi pobierać więcej tlenu z powietrza, które dostaje się do płuc. Dlatego zaczyna wytwarzać więcej czerwonych krwinek. Ich liczba z 4–4,5 miliona rośnie do około 7 milionów na mililitr krwi. Z tego powodu po prawidłowo odbytej aklimatyzacji zdrowy organizm czerpie nawet do 40 procent tlenu z pobranego powietrza. Na wytworzenie tych dodatkowych krwinek potrzeba około trzech tygodni. To jest nie do przeskoczenia. Ludzie, którzy żyją tam od stuleci, mają tego świadomość. Nie medyczną czy naukową, ale wynikającą z doświadczenia. W położonych najwyżej wioskach nepalskich ludzie żyją na wysokości około 4500 metrów i oni wiedzą, że jeśli kobieta chce zajść w ciążę, to musi zejść na dłuższy czas poniżej tej wysokości. Dopiero tam, kiedy w powietrzu jest więcej tlenu, wraca naturalny cykl menstruacyjny i zajście w ciążę jest możliwe.

Masowa wspinaczka, która się rozwija od paru lat, jeśli niesie w sobie jakieś ryzyko, to właśnie związane z aklimatyzacją. Wielu ludzi już od drugiego obozu idzie z tlenem, żeby było lżej. Wchodzą szybciej, ale organizm nie zdąży się porządnie zaaklimatyzować. I potem najmniejsza infekcja wirusowa urasta do rangi wielkiego problemu. Ale to niejedyny kłopot: kiedy jest kolejka na szczyt, trzeba poczekać. Jeśli na czas nie doniesie się takiemu człowiekowi dodatkowej butli, to on zostaje na tej wysokości bez tlenu i z organizmem, który nie miał szansy się przystosować.

Kolejka na szczyt. Jak to możliwe?!

Proszę się nie gorszyć, tak wygląda rzeczywistość. Jeśli ktoś był w wysokich górach, to wie, skąd się to bierze: kolejne wyprawy przylatują, aklimatyzują się, a potem w obozie czekają na dobrą pogodę, aby rozpocząć atak szczytowy. A na pogodę czeka się czasem tygodniami. Z prognozy satelitarnej dowiadują się, że zaraz się zacznie wyż, stabilny na tyle, że utrzyma się przez tydzień. I wtedy wszystkie obozy ruszają na szczyt – robi się tłok. Stąd te zdjęcia kolejek na Mount Everest. Ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że tam przez okrągły rok stoi sznurek turystów.

Wejścia zimowe były w latach 80. polską specjalnością.

Tak się to ułożyło. W Himalajach jest 14 ośmiotysięczników, ostatni zdobyto w 1963 roku. Wtedy himalaizm w Polsce nie istniał, więc w złotej erze tej dyscypliny nie mogliśmy uczestniczyć. Wszystko z powodów politycznych. W 1971 roku zorganizowano pierwszą polską wyprawę w Himalaje i wtedy powstało hasło: „Zdobywamy niezdobyte”. Dlatego Polacy zdobywali boczne wierzchołki gór ośmiotysięcznych, które wcześniej były niezdobyte. Moja pierwsza wyprawa w Himalaje to Shispare – 7611 metrów, piękny wierzchołek w Karakorum. Potem w miarę postępów polskich himalaistów padł pomysł, żeby na każdy ośmiotysięcznik wytyczyć choć jedną polską drogę na szczyt, osobną. I to się udało – nawet na Mount Everest jest odrębna droga, którą jako pierwsi przeszli Polacy. Szukano nowych wyzwań, nowych pomysłów na przekraczanie tego, co wcześniej nie było przekroczone. Andrzej Zawada jako pierwszy zwrócił uwagę na to, że w górach często się oznacza odrębnie pierwsze wejścia zimowe, obok wejść letnich. Tak jest na Świnicy, tak jest na Mont Blanc. I tak się narodził ten pomysł. Z głodu sukcesu.

A nie z tego powodu, że w zimie było taniej, a alpinistów z bloku wschodniego nie było stać na wchodzenie w lecie?

To jest plotka chętnie powtarzana przez media. Jeśli były jakieś różnice w cenach, to raczej na niekorzyść i w zimie mogło być drożej. Znaczenie mogło mieć ewentualnie to, że władze Nepalu wydawały wtedy jedno pozwolenie na rok i na to pozwolenie można było w latach 70. czekać nawet 10 lat. Ale wszyscy chcieli iść latem. Zimą było mniej chętnych, można było ominąć kolejkę. To jednak szczegół techniczny, tak naprawdę chodziło o wyczyn.

Wracając do ryzyka: ono jednak jest.

No jest, ale ja go nie szukam. Ja je akceptuję. Uznaję, że warto je ponieść w kontekście tego, co wspinaczka daje mi jako człowiekowi. To jest satysfakcja, sukces osobisty, suma przeżyć – warte tego ryzyka. Dlatego wspinam się nadal. Po Evereście brałem udział w kolejnych zimowych wyprawach: na K2 i Lhotse, na Kanczendzongę. Wspinam się do dziś i jako pierwszy Polak zaliczyłem koronę Ziemi. Góry nadal są obecne w moim życiu, choć w tym roku w grudniu minie już 50 lat od mojego pierwszego szczytu, czyli zimowego wejścia na tatrzańskiego Mnicha.

Czyli co: marzenie o wielkiej przygodzie? Podróżach?

Przypomnę, że to się działo za czasów PRL-u. Rzeczywistość była dość szara i monotonna, bardziej niż dziś. Góry dawały wtedy olbrzymią możliwość wykazania się inwencją.

Przez 14 lat pracowałem na uczelni jako wykładowca. Po kolejnej wyprawie wracam na uczelnię i pytam kolegów, co u nich nowego. Oni na mnie patrzą zaskoczeni i mówią, że nic! Są zdziwieni pytaniem, życie się przecież toczy swoim normalnym tempem. A ja miałem całą masę przeżyć, wydarzeń, poznanych ludzi, rozmów, które toczyliśmy, nowych, niezwykłych sytuacji. Prawdę mówiąc, te cztery miesiące wyprawy to był dla mnie jakby oddzielny kawałek życia. Warto było wyjeżdżać i się wspinać.

Leszek Cichy – ur. 1951, polski alpinista, geodeta, pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej i przedsiębiorca. Jeden z najaktywniejszych sportowców w złotej erze polskiego himalaizmu. W 1980 roku wraz z Krzysztofem Wielickim zdobył zimą najwyższy szczyt świata - Mount Everest. Wspina się do dziś.

Tomasz Maćkowiak – ur. 1967, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (filologia polska), obecnie doktorant w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM. Były korespondent Gazety Wyborczej w Pradze, dziennikarz, związany m.in. z "Gazetą Wyborczą", tygodnikami "Newsweek Polska", "Forum" i "Polityka".

Pośpiech, który nas wykańcza

NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS

•••

Przyjmuje się, że na osiem godzin pracy względnie wydajnie będziemy pracować przez sześć i pół godziny. Półtorej godziny spędzimy na tak zwanym biegu jałowym. Z tych sześciu i pół godziny przez mniej więcej trzy godziny będziemy wyjątkowo wydajni.

Z MARCINEM KWIECIŃSKIM, autorem projektu "Ogarnij Chaos" rozmawia PIOTR ŚWIĄTKOWSKI

zdjęcie: EDDI AGUIRRE / UNSPLASH.COM

Piotr Świątkowski: Dlaczego uważamy, że chaos jest zły?

Marcin Kwieciński: Bo powoduje dużo zamieszania. Nie bez przyczyny – patrząc na sprawę teologicznie – z chaosu wyłania się porządek, który nazwany jest „dobrym”. Specjalizuję się w organizacji pracy umysłowej i na tym polu widzę, jak chaos utrudnia ludziom życie. W pewnym momencie pojawiają się zaburzenia snu, wypalenie zawodowe, depresja i inne problemy zdrowotne. Osoba pracująca w chaosie, która ostatnio zgłosiła się do mnie, nabawiła się z tego powodu arytmii serca.

W naszej kulturze osoby zabiegane, realizujące kilka projektów naraz, z bałaganem na biurku, są postrzegane raczej pozytywnie. Mówi się o „twórczym chaosie”.

Chaos jest zły wtedy, gdy prowadzi do przepracowania, przeciążenia zadaniami. Gdy nasze myśli są rozbiegane, gdy patrzymy na biurko i nie możemy się zdecydować, czym się zająć. Zajmujemy się trochę tym, a jednocześnie trochę tamtym.

Chcąc uporządkować życie zawodowe, trzeba zacząć od porządku na biurku?

Jak najbardziej. Bałagan jest stanem, w którym rzeczy nie leżą na swoim miejscu. Weźmy karton, pojemnik albo rozłóżmy na podłodze koc i przełóżmy na niego wszystko, co leżało na biurku, a nie było na swoim miejscu. Wiadomo, że zostawiamy w spokoju lampkę i monitor komputera. Cała reszta powinna wylądować na kocu. Każdą rzecz ze sterty bierzemy kolejno, sztuka po sztuce, do ręki i odkładamy na swoje miejsce.

Może się okazać, że nic nie jest nam potrzebne.

Pana myśli idą w dobrym kierunku. Porządkując biurko, ale również czas, którym dysponujemy, zaczynamy myśleć o swoim życiu. Pytamy siebie, po co nam to wszystko. Widzimy, że wiele spraw załatwionych z wielkim wysiłkiem nie ma aż takiego znaczenia, jakie im przypisywaliśmy. Porządkowaniu towarzyszy refleksja. Wielu moich klientów pracujących w chaosie mówi mi, że stracili możliwość zastanawiania się nad swoim życiem. Brak refleksji to jedna z poważniejszych konsekwencji życia w chaosie.

Ustalajmy priorytety? Wybierajmy te projekty, które są dla nas najważniejsze? Na nich skupmy swój wysiłek?

Tak się potocznie uważa, ale samo ustalenie priorytetów zadań i przedsięwzięć nie uporządkuje życia na dłuższą metę. Zapytajmy siebie, na czym nam zależy w perspektywie trzech lat. Czy cele, które sobie wyznaczamy, są zbieżne z naszymi aspiracjami? Czy w ogóle wiemy, do czego chcemy aspirować? I na końcu – jaki sens ma nasza praca?

Wszystko się wali, wszystko jest „na wczoraj”. Człowiek nie wie, w co ręce włożyć. Jak tu zapytać siebie o sens pracy i aspiracje? Musimy przeżyć w dżungli zleceń, terminów i zobowiązań.

Sytuację, którą pan opisuje, porównuję na moich szkoleniach do sytuacji topielca. Kiedy się topimy, chwytamy się czegokolwiek. Czasem będzie to tabletka na sen albo jeszcze większa ucieczka w pracę, a może to być kartka, na której napiszemy trzy najważniejsze sprawy do załatwienia tu i teraz. Kiedy już wypłyniemy na brzeg z kartką trzech zadań, odetchniemy, odpoczniemy i możemy zapytać o cele. Później przyjdzie czas na refleksję nad aspiracjami i sensem pracy. Jest jeszcze jedno ważne pytanie pomagające opanować chaos w życiu zawodowym. Czym ja się tak naprawdę zajmuję, co jest esencją mojej pracy?

Myśli pan, że ludzie, idąc do pracy, nie wiedzą, co należy do ich obowiązków?

Brzmi to paradoksalnie, ale tak właśnie uważam. Idąc do pracy, trzymamy w głowie wszystkie projekty i zadania, które chcemy wykonać. Proponuję za Davidem Allenem, twórcą metody GTD (ang. Getting Things Done – doprowadź sprawy do końca), „wyrzucić zadania z głowy”. Zrobić pełną inwentaryzację własnych zobowiązań. Warto spisać je na kartce. Zadania trzymane w pamięci sprawią nam dużo kłopotów. O wielu zapomnimy, inne przecenimy. Pod wpływem stresu nie będziemy mogli ocenić, które są ważne, a które nie. Po spisaniu zadań okaże się, że niektóre musimy zrobić sami, ale inne możemy delegować współpracownikom. Będą też takie, które wykraczają poza zakres naszych obowiązków. Nie musimy zawozić klientowi umowy, jeśli raz dziennie nasza firma zamawia kuriera, którego zadaniem jest rozwożenie dokumentów. Na kolejne zebranie może pójść kolega z naszego zespołu albo nasz zastępca. A może warto zapytać, czy trzecie zebranie ma jakikolwiek sens. Czy musimy wszystko robić sami? Czy nie może nam pomóc sekretariat albo księgowość?

Nikt tak szybko nie wystawi faktury jak ja. Nikt tak dokładnie nie napisze sprawozdania. Ja robię wszystko najlepiej.

Być może za pierwszym razem pana współpracownik nie wystawi dokumentu tak szybko, jak pan, ale z czasem się nauczy. Jeśli będzie pan delegował zadania, uwolni się pan od nich. Trzeba szkolić ludzi, korygować ich i powierzać im odpowiedzialność. Inaczej nigdy się nie nauczą i zawsze będziemy mówić, że wszystko jest na naszej głowie, bo my wszystko robimy najlepiej. Po prostu dzielmy się pracą.

A co robić, jeśli szef rozdziela zadania i to on wprowadza chaos?

Szef to też człowiek. W zdrowej relacji zawodowej możemy rozmawiać z szefem bez lęku. Może szef nie wie, że jesteśmy przeciążeni zadaniami? Może nie dostrzega, że za często wprowadza zmiany? Nieprecyzyjnie definiuje powierzane nam odpowiedzialności? Powiedzmy przełożonemu, w jaki sposób chcemy pracować. Oczywiście, jeśli nie toniemy w oceanie chaosu i jesteśmy już na brzegu. I, rzecz jasna, jeśli chcemy się pozbyć nadmiaru zadań, co wcale nie jest takie oczywiste. Niektórzy myślą, że delegując zadania, staną się niepotrzebni, że zostaną zwolnieni, że nie będzie dla nich miejsca w firmie. Tylko że, magazynując zadania, nie mamy przestrzeni na zastanowienie się nad tym, co dalej, jakie są nasze cele długoterminowe.

Czy wiadomo, ile pracownik powinien pracować, aby jego praca była wydajna?

Przyjmuje się, że na osiem godzin pracy względnie wydajnie będziemy pracować przez sześć i pół godziny. Półtorej godziny spędzimy na tak zwanym biegu jałowym. Z tych sześciu i pół godziny przez mniej więcej trzy godziny będziemy wyjątkowo wydajni. To takie nasze trzy złote godziny dziennie. Warto planować dzień, używając kalendarza, i świadomie decydować, co zrobię ze swoimi złotymi godzinami. I od razu zdradzę też pewien sekret: Nie planujmy kalendarza w stu procentach. Jeśli pracujemy osiem godzin, zaplanujmy maksymalnie sześć godzin pracy. Planowanie na sto procent jest planowaniem porażki. Nie da się przewidzieć wszystkich zadań, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć.

Zbliża się pora zajęcia się zaplanowaną wcześniej sprawą, ale się okazuje, że bardzo nam się nie chce pracować. Co wtedy zrobić?

Większość z nas doświadcza stanu, który nazywamy: „nie chce mi się”. Najpierw trzeba zobaczyć, z czego to „nie chce mi się” wynika. Może z przemęczenia, niewyspania i przeciążania pracą? Być może „nie chce mi się” to tak naprawdę: „nie wiem, jak zacząć”. Wtedy pomoże technika MUR – maksymalne uproszczenie rozpoczęcia. Jeżeli rano mam wrócić do pisania artykułu naukowego, to wieczorem zostawiam na biurku podłączony do ładowarki laptop i wszystkie potrzebne do pracy książki. Jeżeli mam w sobotę rano jechać na basen, to w piątek wieczorem kładę przy drzwiach torbę z ręcznikiem, czepkiem i klapkami. Mam napisać dokument? Myślę nie o całym dokumencie, ale o jego pierwszym akapicie. Albo najpierw piszę konspekt dokumentu, a później rozwijam każdy z jego punktów. Muszę przeczytać ważną książkę, ale nie chce mi się zacząć czytać? Czytam więc tylko jeden rozdział. Odwlekanie może się brać również z tego, że nie widzimy sensu działania, nie rozumiemy tego, co robimy i po co to robimy. Warto też pamiętać, że czasami trzeba stoczyć walkę z samym sobą, być bardziej systematycznym, hartować swój charakter. Temat odwlekania jest tematem bardzo obszernym. Chorobliwe odwlekanie nazywamy prokrastynacją. W takim wypadku trzeba się udać do psychologa lub psychiatry.

„Wsi spokojna, wsi wesoła” – pisał Kochanowski. Tęsknimy za powolnym życiem.

Pytanie – jak powolnym. To, o czym pisał Kochanowski, wcale nie jest sprzeczne z ideą efektywności pracy. Efektywność to osiąganie tego, na czym mi zależy bez popadania w przepracowanie. Jeśli ktoś potrzebuje spokoju, nie lubi nagłych zwrotów akcji i to zapewnia mu sukces, to wtedy – w tym powolnym rytmie – osiągnie najlepsze efekty zawodowe i będzie szczęśliwy. Są jednak osoby, które spełniają się w życiu, w którym zadanie goni zadanie. Dla nich „wieś spokojna, wieś wesoła” będzie przekleństwem. Oni potrzebują kilku projektów jednocześnie. Tacy ludzie nie chcą zwolnić w życiu. Nie jest ważne tempo pracy, ale niedopuszczenie do przeciążenia pracą. Można pracować w lesie, nad jeziorem, przy kominku, a być przepracowanym. Można o siódmej rano wjeżdżać na najwyższe piętro wieżowca i pracować wydajnie, znajdując odpoczynek w popołudniowym spacerze z psem. Chociaż statystycznie aktywni pracownicy częściej przeciążają się pracą.

Znam ludzi, którzy robią tylko to, co ich pasjonuje. Od nudnych zajęć stronią.

Dobrze, że pan użył słowa „stronią”. Można unikać nudnych zajęć, ale nie można popaść w utopię i wierzyć, że nigdy takie się nie trafią. Prawdą jest, że pracujemy efektywnie wtedy, gdy to, co robimy, lubimy i jesteśmy w tym dobrzy. Lubię, czyli ciągnie mnie do tego, jestem tym zainteresowany. Nieustannie intryguje mnie to, co robię. Jestem w tym dobry, czyli mam do tego talent, predyspozycje. Naturalne mechanizmy będą wtedy wspomagały moją wewnętrzną motywację. Zadania będę realizował sprawniej i szybciej. Porządkując chaos, przyjrzyjmy się temu, co nam wychodzi dobrze i w którym obszarze pracujemy wydajnie, ale jednocześnie zaakceptujmy prawdę, że nie wszystko, co robimy, będzie zawsze ciekawe i pasjonujące. Zwyczajnie nie będzie nas stać, aby oddelegować wszystko, co się nie mieści w kategorii lubię i umiem.

Jak ludzie reagują na szkoleniach, gdy słyszą to wszystko od pana?

Na moje szkolenia przychodzą osoby, które mają świadomość przepracowania i chcą coś zmienić w swoim życiu. Bardzo często zmiana powoduje opór. Zdarza się kwestionowanie, zastanawianie się, czy to wszystko zadziała. Uczestnicy szkoleń są zdziwieni, że opanowanie przepracowania technicznie jest dość proste, bo bazuje na kilkunastu zdroworozsądkowych technikach.

Prowadzić kalendarz i zastanowić się nad celami i aspiracjami. Trochę to przypomina radę lekarza, który uważa, że wysoki cholesterol zwyciężymy spacerami i zmianą nawyków żywieniowych.

Proste rozwiązania są najtrudniejsze. Wykładamy się na prostych rzeczach. Proszę pamiętać, że niewielu z nas będzie miało komfort wdrażania nowych metod organizowania pracy w warunkach laboratoryjnych. Większość moich klientów ze szkolenia idzie prosto do swoich zajęć, gdzie czeka masa roboty do wykonania „na wczoraj”. Presja i oczekiwania innych nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nasze otoczenie nie będzie się zmieniać tylko dlatego, że zapłaciliśmy za udział w kursie radzenia sobie z chaosem. Proces porządkowania przypomina remont domu. W czasie remontu jest niekomfortowo. W powietrzu unosi się pył, czuć zapach farby, a spać trzeba w kuchni. Ale wiemy dobrze, że remont robimy po coś i że on się skończy. Żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej.

Koledzy nie będą zadowoleni, słysząc, że to ich zadaniem jest wystawienie faktury.

Z czasem zobaczą, że komunikujemy się z nimi lepiej niż do tej pory. Precyzyjniej wyrazimy własne oczekiwania, realniej oszacujemy termin wykonania zadania i pokażemy, kto za co odpowiada. Ze zdziwieniem, a później z podziwem spojrzą na naszą zmianę. Zobaczą, że szanujemy własny czas, przez co zaczynamy szanować czas innych. Staniemy się znani z tego, że współpracuje się z nami spokojniej i wywiązujemy się z powierzonych zadań na czas.

„Nie mogę teraz z tobą rozmawiać. Muszę dokończyć pisanie raportu”.

Albo: „Chcę dokończyć pisanie tego raportu. Porozmawiajmy za godzinę”. Być może to nie będą miłe słowa dla koleżanki, z którą wychodziliśmy co pół godziny na papierosa, ale możemy dodać, że o czternastej idziemy na obiad i zapraszamy na zupę. A jeśli koleżanka powie, że o czternastej nie ma czasu, to zapraszamy ją w sobotę do domu. Palenie na parkingu jest przyjemne, ale spotkanie w weekend, na łonie rodziny, też jest ciekawe.

Tylko że wielu z nas pracuje też w sobotę.

Jeżeli z wyboru, to gdzie kłopot? Wtedy dostosujemy się do naszego rytmu pracy. A jeśli z przymusu, to może warto pomyśleć, z jakich powodów ten przymus się pojawił i co mogę zrobić, aby świadomie się regenerować.

Pracujemy w pracy, a odpoczywamy w domu?

Ja bym raczej powiedział: Znajdujmy miejsce dla naszych zadań i odpoczynku. Wyznaczmy jasne zasady, kiedy, gdzie i ile pracujemy. Żyjemy w czasach, gdy coraz więcej możemy ustalić i ustawić, aby zintegrować pracę z pozostałymi obszarami naszego życia. Szczególnie wykonując pracę umysłową. Można się umówić z szefem, że część pracy wykonamy wieczorem, a w ciągu dnia znajdziemy czas na ruch i regenerację na przykład na basenie. W wielu firmach w czasie pracy organizowane są lekcje języka angielskiego. Korporacje otwierają dla swoich pracowników pokoje relaksu, z grami wideo i barem sałatkowym. Pojawiają się pokoje do drzemek. Popularny jest elastyczny czas pracy. Widełki czasowe pozwalają przychodzić do biura między ósmą a dziesiątą. Coraz częściej możemy pracować zdalnie. Znam też osoby, które umówiły się z pracodawcą na wykonywanie pracy w cztery dni, od poniedziałku do czwartku, aby cieszyć się trzydniowym weekendem.

Tylko że znów może się wkraść chaos. Nie będę wiedział, kiedy konkretnie przyjść do pracy.

Dlatego bardzo ważne jest wyznaczenie granic własnej pracy. Świadome zdefiniowanie, ile miejsca w moim życiu ma zajmować praca. Kiedy pracuję, a kiedy nie. Ile godzin w tygodniu chcę pracować. Na jakich zasadach. Kiedy nie godzę się na jakiekolwiek aktywności zawodowe. Jakie inne obszary mojego życia będą dla mnie ważne i którymi będę świadomie się opiekował. Wiele zależy od etapu kariery i sezonu życia, w których się znajdujemy, dlatego takie zasady zawsze należy ustalać uważnie i bardzo indywidualnie. Już samo uporządkowanie zadań i przedsięwzięć – wyrzucenie ich z głowy do aplikacji lub na kartkę papieru, planowanie zadań w kalendarzu – pozwoli nam ocenić, czy pracujemy w chaosie i jak bardzo wdziera się on w nasze życie. Wtedy jest szansa na zmianę. Wielu ludzi nawet nie wie, że są przepracowani. Niby wychodzą z biura o 17, ale głową cały czas są w pracy. Doświadczają tak zwanego przeciążenia mentalnego – stale myślą o pracy i zadaniach do wykonania.

Może wśród postanowień noworocznych znajdzie się to najważniejsze – nie będę przeciążał się pracą.

Badania statystyczne pokazują, że 55 procent postanowień noworocznych jest porzuconych w pierwszym miesiącu. Tylko 8 procent jest zrealizowanych w ciągu roku. Postanowienia noworoczne nie działają. Zamiast o postanowieniach lepiej mówić o celach. Stawiajmy sobie cele. Dobrze wyznaczony cel musi spełniać kilka warunków. Cel powinien być zapisany i powinniśmy często do niego wracać. Nie wystarczy pamiętać o celu, mieć go w głowie. Taki cel łatwo się zmieni w deklarację. Kartkę z zapisanym celem wieszamy przy biurku albo na lodówce. Powinniśmy nabrać przekonania, że cel jest do osiągnięcia, a nie jest pobożnym życzeniem. Nie ma sensu oszukiwać siebie i zapisywać się po raz siódmy na gimnastykę korekcyjną, jeśli sześć razy rezygnowaliśmy z niej po trzech zajęciach. Jest za to realistycznym celem gimnastykowanie się w domu, co dwa dni przez dziesięć minut. Zdradziłem kolejny warunek skutecznego stawiania celów. Zapytajmy siebie, jaki jest termin realizacji celu. Może to być rok, chociaż lepiej, by były to trzy miesiące. Cel musi też być mierzalny. Do końca lipca schudnę pięć kilogramów. Albo zwiększę dochody do końca roku o dziesięć procent.

Problemem jest motywacja. Często przestaje nam się chcieć. Co zrobić, żeby chciało się chcieć?

Metoda S.M.A.R.T., o której opowiedziałem, czyli sprecyzowane, mierzalne, atrakcyjne, realistyczne i terminowe stawianie celów zakłada, że cel powinien być ciekawy, powinien być wyzwaniem, ale jednocześnie przynosić nam wymierne korzyści. Będę się uczył języka angielskiego nie tylko po to, żeby zaspokoić ambicje, lecz żeby w czasie wyjazdu służbowego móc zamówić kolację w restauracji i pogawędzić o pogodzie z kolegami z innego oddziału korporacji. Można też realizować cele w grupach, z zaufaną osobą, z którą będziemy się wzajemnie motywować do osiągania naszych celów.

W trakcie nauki może się okazać, że zakładany poziom znajomości angielskiego jest nieosiągalny. Co zrobić, gdy wzięliśmy na głowę za dużo celów? Zrezygnować? Modyfikować cel? Poddać się?

Być może cel nie został postawiony precyzyjnie. Cel: nauczę się angielskiego na poziomie B1 – jest zbyt ogólny. Może lepiej nauczyć się tysiąca nowych słówek i konstrukcji zdaniowych z określoną liczbą czasowników. Podobnie jest z celem, który brzmi: znajdę czas na odpoczynek, będę porządkował swój czas pracy. Lepiej powiedzieć: w każdym kwartale zaplanuję 60 procent czasu w kalendarzu oraz co tydzień znajdę trzy godziny na świadomą regenerację. Taki cel jest konkretny, realistyczny, mierzalny, bo sprawdzimy, ile zadań znalazło się w kalendarzu i ile godzin fizycznie odpoczywaliśmy.

Będę milszy dla żony. Dobry cel?

Jak najbardziej, chociaż zgodnie z teorią S.M.A.R.T. lepiej powiedzieć: w tym kwartale raz w tygodniu zabiorę żonę do kina. Proszę pamiętać, że cel jest tylko narzędziem i pomaga skoncentrować nasze ograniczone zasoby na tym, na czym nam zależy. Dobry cel jest zawsze zgodny z naszymi aspiracjami, czyli stanem, który chcielibyśmy osiągnąć za dwa, trzy lata od dziś. Ma nas do nich przybliżać. Pamiętajmy, że to my ustalamy cele, a nie cele rządzą nami. Jeśli realizacja celu nie przebiega pomyślnie, ten nasz przysłowiowy angielski nie wchodzi do głowy, zastanówmy się, czy dopadło nas zwykłe zniechęcenie, czy może cel nie pasuje do naszych aspiracji. A może wyznaczyliśmy go zbyt ambitnie? Raz na miesiąc sprawdźmy, czy popchnęliśmy realizację celów. Jeśli nie ma postępu przez kwartał, warto dokonać korekty.

Znam ludzi, dla których celem są pieniądze. Kasa organizuje ich życie zawodowe.