Miesiecznik W drodze 1/2022 (581) - Wydanie zbiorowe - ebook

Miesiecznik W drodze 1/2022 (581) ebook

Wydanie zbiorowe

4,5

Opis

Styczniowy numer miesięcznika „W drodze” już czeka na Ciebie! O czym przeczytasz? O teściowych i synowych, czyli o tym, jak uniknąć konfliktu i żyć w zgodzie. O krytykowaniu Kościoła i wymiataniu spod dywanu niewygodnych tematów. O tym, dlaczego niektórzy uważają, że msza online jest lepsza niż ta w realu. O szczepionkach na covid, które nas skłóciły i podzieliły. O winie z Sandomierza.

144 strony wciągającej lektury, zapraszamy!

 

 

SPIS TREŚCI

ROZMOWA W DRODZE

Sen u boku tygrysa / nie da się odbudować wspólnoty

rozmawiają socjolog Małgorzata Jacyno i Włodzimierz Bogaczyk

 

TEŚCIOWE I SYNOWE

Trójkąty małżeńskie / o matkach, synach i żonach

rozmawiają abp Adrian Galbas SAC i Katarzyna Kolska

Mama tak lubi / stąpanie po polu minowym

rozmawiają Ewa Woydyłło-Osiatyńska i Dorota Ronge-Juszczyk

 

CO PAN GRA, PANIE ORGANISTO?

Śpiew ludzi uratowanych / muzyka w kościele

rozmawiają Dominik Dubiel SJ i Jolanta Brózda-Wiśniewska

Serca zimne jak lód / teologia pieśni religijnych

ks. Andrzej Draguła

 

GŁOS POPULI

Równi, różni, powołani / świecki, czyli kto?

Łukasz Wiśniewski OP

Nie jem regularnie / czy wolno mówić źle o Kościele?

rozmawiają Marcin Gutowski i Roman Bielecki OP

 

REPORTAŻ

Przypowieść o winie / zakonna piwniczka pełna butelek

Stanisław Zasada

 

SIEDEM PIERWSZYCH

Niewidzialne dla oczu / czym są sakramenty

rozmawiają Dominik Jurczak OP i Arkadiusz Wojtas OP

 

PYTANIA W DRODZE

Msza online / czy trzeba iść do kościoła?

Wojciech Surówka OP

 

ORIENTACJE

Album rodzinny / film w kinie i w domu

Magdalena Wojtaś

Mezuza, cukiernica i złote jaja / „Skarby. Poszukiwacze i strażnicy żydowskiej pamięci” Patrycji Dołowy, Wydawnictwo Czarne

Aleksandra Przybylska

 

DOMINIKANIE NA NIEDZIELĘ

Zdolność do przyjęcia Boga / Paweł Możejko OP

Nie odpuszczajmy sobie / Marcin Barański OP

Oglądanie Boga / Krzysztof Pałys OP

Chrystusowe DNA / Tomasz Zamorski OP

Z grzesznika – święty! / Błażej Matusiak OP

Metoda Łukasza / Radosław Więcławek OP

Zaskoczenie / Grzegorz Kuraś OP

 

FELIETONY

Biuro rzeczy nieodnalezionych / Paulina Wilk

Akcja Chrystus / Jarosław Mikołajewski

Bóg lat dziecinnych / Paweł Krupa OP

Są granice / Wojciech Ziółek SJ

Potka i potek / ks. Grzegorz Strzelczyk

Okulary do bliży / Stefan Szczepłek

Wszyscy jesteśmy nadzy / ks. Mirosław Tykfer

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (11 ocen)
7
2
2
0
0
Sortuj według:
Samag7405

Nie oderwiesz się od lektury

Mądre, jak zawsze, dobre treści do przemyślenia i rozważenia.
00

Popularność




Drodzy Czytelnicy,

chyba każdy z nas śmiał się kiedyś z dowcipów o teściowych. Anegdotyczna i wszędobylska „mamusia” bywa domowym postrachem, krytykuje i poucza, jak należy wychowywać dzieci, prowadzić dom, ile zarabiać. Karząco milczy, bywa nadopiekuńcza, wywiera emocjonalną presję. To wszystko ubrane jest w piękne słowa o trosce, miłości i chęci pomocy. Przykładów znamy wiele i wcale nie jest nam do śmiechu. Wręcz przeciwnie, czasem kończy się to smutno – zerwaniem stosunków, utratą szacunku, bywa, że kryzysem małżeńskim.

Oczywiście jest też druga strona tego konfliktu – synowe i zięciowie – często niedojrzali, zaborczy, obrażeni, zadający ból mamie współmałżonka za pomocą wzniośle brzmiących zdań o samodzielności i braku konieczności pomocy.

Na to wszystko nakładają się rozterki moralne wynikające z treści przykazania o oddawaniu czci ojcu i matce. A co za tym idzie – trudności, jakie mamy w stawianiu granic, separowaniu się i ustawieniu priorytetów ważności relacji. Bo czy mówiąc „nie” swojej mamie, nie grzeszymy brakiem miłości? Albo czy nie przyjmując jej pomocy, okazujemy się niewdzięczni? I czy nie zwracając uwagi i milcząco akceptując wszystkie zachowania córki lub syna, nie wpadamy w pułapkę zaniedbania?

Relacje między teściowymi i synowymi to, jak mówią nasi autorzy, nie tylko sprawa dwóch kobiet – to także pochodna tego, jakie wcześniej były relacje między matką a synem. Dlatego nie bez powodu podczas ceremonii sakramentu ślubu przypomina się słowa z Ewangelii o opuszczeniu ojca i matki, które adresowane są zarówno do stojących przed ołtarzem narzeczonych, jak i do ich rodziców, którzy im towarzyszą w kościelnych ławkach. Bo żeby coś zacząć, coś trzeba zostawić. Jak to zrobić, by się nie poranić? Zapraszam do lektury styczniowego numeru. ¶

styczeń 2022

Rozmowa w drodze

Sen u boku tygrysa / nie da się odbudować wspólnoty

rozmowa zMałgorzatą Jacyno

Teściowe i synowe

Trójkąty małżeńskie / o matkach, synach iżonach

rozmowa zabp. Adrianem Galbasem sac

Mama tak lubi / stąpanie po polu minowym

rozmowa zEwą Woydyłło-Osiatyńską

Co pan gra, panie organisto?

Śpiew ludzi uratowanych / muzyka wkościele

rozmowa zDominikiem Dubielem SJ

Serca zimne jak lód / teologia pieśni religijnych

ks. Andrzej Draguła

Głos populi

Równi, różni, powołani / świecki, czyli kto?

Łukasz Wiśniewski OP

Nie jem regularnie / czy wolno mówić źle oKościele?

rozmowa zMarcinem Gutowskim

Reportaż

Przypowieść o winie / zakonna piwniczka pełna butelek

Stanisław Zasada

Siedem pierwszych

Niewidzialne dla oczu / czym są sakramenty

rozmowa zDominikiem Jurczakiem OP

Pytania w drodze

Msza online / czy trzeba iść do kościoła?

Wojciech Surówka OP

Orientacje

Album rodzinny / film wkinie iw domu

Magdalena Wojtaś

Mezuza, cukiernica i złote jaja / Skarby. Poszukiwacze istrażnicy żydowskiej pamięci Patrycji Dołowy

Aleksandra Przybylska

Dominikanie na niedzielę

Zdolność do przyjęcia Boga / Paweł Możejko OP

Nie odpuszczajmy sobie / Marcin Barański OP

Oglądanie Boga / Krzysztof Pałys OP

Chrystusowe DNA / Tomasz Zamorski OP

Z grzesznika – święty! / Błażej Matusiak OP

Metoda Łukasza / Radosław Więcławek OP

Zaskoczenie / Grzegorz Kuraś OP

Felietony

Biuro rzeczy nieodnalezionych / Paulina Wilk

Akcja Chrystus / Jarosław Mikołajewski

Bóg lat dziecinnych / Paweł Krupa OP

Są granice / Wojciech Ziółek SJ

Potka i potek / ks. Grzegorz Strzelczyk

Okulary do bliży / Stefan Szczepłek

Wszyscy jesteśmy nadzy / ks. Mirosław Tykfer

Redakcja:

Roman Bielecki OP (redaktor naczelny)

Katarzyna Kolska (zastępca red. nacz.)

Arkadiusz Wojtas OP (sekretarz redakcji)

Dominik Jarczewski OP

Magdalena Wojtaś (współpraca)

Projekt graficzny i skład:

[email protected]

Koordynacja produktu:

Kornelia Winiszewska

ISSN: 2543-4802

Reklama i patronaty:

Ewelina Paluszyńska tel. 61 850 47 27 [email protected]

Wydawca:

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze Sp. z o.o. ul. Tadeusza Kościuszki 99 61-716 Poznań

Adres redakcji:

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 850 47 22, faks 61 850 17 82 e-mail: [email protected]

www.miesiecznik.wdrodze.pl

Cum permissione auctoritatis ecclesiasticae.

Redakcja nie odsyła materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo adiustowania i skracania tekstów przyjętych do druku.

Zdjęcie na okładce: bence halmosi / unsplash

Śledź nas:Facebook: MiesiecznikWdrodze/Instagram: wdrodze_miesiecznik/Twitter: miesWdrodze/YouTube: WydawnictwoWdrodzePL

Sen u boku tygrysa

Instytucje przez lata indywidualizują ludzi, których teraz się oskarża, że zamiast działać wspólnie są indywidualistami. Kiedy się okazuje, że potrzebne jest solidarne działanie, to państwo mówi: Jesteście egoistami.

Z socjolog Małgorzatą Jacyno

rozmawiaWłodzimierz Bogaczyk

Przez lata byliśmy bardzo podzielonym społeczeństwem. Polityka sprawiła, że bliscy sobie ludzie przestawali się do siebie odzywać, konflikt dzielił nawet rodziny. Wydawało się, że gorzej już być nie może. Ale potem przyszła pandemia.

Choć sama, mówiąc o tym podziale, używam określenia „zimna wojna”, to chciałabym zwrócić uwagę, że jednak początkowe reakcje na pandemię tak nie wyglądały. Badacze, socjolodzy komentowali nawet z pewnym zaskoczeniem, że społeczeństwa i w Polsce, i w krajach europejskich zareagowały solidarnie. Był taki moment, powiedziałabym, miesiąca miodowego. Ale był on bardzo krótki i już chwilę później odżyły podziały i pojawiła się ogromna polaryzacja, a aktualnie podział na zwolenników szczepień i antyszczepionkowców stał się ramą debaty publicznej o kryzysie.

Czy to, pani zdaniem, dobry klucz do rozmowy o sytuacji, w której dziś się znaleźliśmy?

Już w badaniach sprzed czasu pandemii widać było – we wszystkich społeczeństwach europejskich – duże oczekiwanie na zmianę systemu. W Polsce na przykład mamy podział na tych, którzy wierzą, że są możliwe sprawnie działające wspólne instytucje, i na tych, którzy uważają, że indywidualizacja i prywatyzacja zaszły tak głęboko, że nie ma już możliwości ich odbudowania.

I to się przekłada na ufność bądź nieufność w stosunku do szczepionek?

Żyjemy w takim systemie ekonomicznym, w którym różne wartości, na przykład praca, są powiązane ze strachem i walką. To model, w którym trzeba rywalizować o pracę i konkurować w pracy. Indywidualizm rynkowy prowadzi do brutalizacji codziennych relacji i podkopuje zaufanie i solidarność.

Dziś jedni mówią, że szczepienia to jest atak na wolność osobistą, a inni, że nieszczepienie się to przejaw skrajnego egoizmu. Jedni, że musimy być solidarni i musimy się szczepić, a drudzy, że nie wolno nam zapominać o tych, którzy mają wątpliwości. Do solidarności odwołują się obie strony sporu, ale dla każdej oznacza ona coś zupełnie innego.

Jeśli przyjrzeć się temu, co się dzieje w mediach społecznościowych, to osoby, które się zaszczepiły, deklarują, że wierzą w naukę, a nie w społeczeństwo. Wcale nie mówią o solidarności. Żeby to lepiej pokazać, odwołam się do sprawy tylko pozornie odległej od pandemii. Czy pana zdaniem smog jest w Polsce dużym problemem?

Z mojej perspektywy bardzo dużym. Mieszkam na Jeżycach, to dzielnica Poznania, w której wiele kamienic jest wciąż opalanych węglem, więc zimą często mam problemy z oddychaniem, bo zanieczyszczenie powietrza jest ogromne.

Zmagamy się z tym od lat. I w tej sprawie nie ma żadnej solidarności. Bo jak mówią statystyki, z powodu smogu umiera w Polsce co roku co najmniej pięćdziesiąt tysięcy osób. I mimo że w oczywisty sposób prowadzi to do „nadmiarowych zgonów”, nie wywołuje to większych emocji, bo można sobie ze smogiem radzić do pewnego stopnia indywidualnie, na przykład zaopatrzyć się w oczyszczacze powietrza, kupić dom czy mieszkanie w miejscu, gdzie problem nie jest tak dolegliwy, bo wiadomo, że zanieczyszczenie w mieście jest bardzo zróżnicowane, no i wreszcie można pracować zdalnie.

Do tych tak zwanych nadmiarowych śmierci dochodzi w Polsce od lat także z powodu najgorszej w Unii Europejskiej ochrony zdrowia oraz z powodu braku dobrego transportu publicznego, który pozwalałby na przykład kobietom leczącym się na nowotwory piersi dojeżdżać na radioterapię. Do tego mamy mało personelu medycznego i zaawansowany wiek pielęgniarek oraz lekarzy wielu specjalności. Nawet jeśli szpital jest wyposażony w dobry sprzęt, to nie ma ludzi, którzy mogliby go obsługiwać.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek – zanim pojawiła się kwestia szczepień – problem ochrony zdrowia, a więc ratowania życia, rozpalił media społecznościowe. A pan pamięta?

Też nie potrafię sobie przypomnieć.

No właśnie. Publiczne zbiórki na leczenie dzieci czy dorosłych kwalifikują nas niejako z definicji do grupy krajów ubogich. Ludzie zbierają pieniądze na terapie antynowotworowe za granicą, bo u nas są one niedostępne. I nic. Ludzie masowo umierają przez smog. I cisza. Nie ma reakcji. No więc dlaczego tak bardzo zaczęliśmy się przejmować kwestią szczepienia? Przecież dobrze zorganizowana opieka medyczna nigdy nas nie obchodziła. Paradoksy i impas, jakie powstały w wyniku wyostrzonego podziału na zwolenników szczepień i antyszczepionkowców, pokazują coś bardzo istotnego: człowiek jest istotą społeczną i zawsze będzie szukał jakiejś solidarności. Jeśli nie ma instytucji potwierdzających naszą wspólnotowość, to każda okazja zostanie wykorzystana do tego, by wytworzyć więzi i poczucie przynależności do jakiejś grupy. Na poziomie dyskursu oficjalnego czy medialnego tak to funkcjonuje. A media społecznościowe ten spór jeszcze bardziej wyostrzają.

Tam od dawna każdy z nas ma swoich polityków. Ale teraz każdy z nas ma również swojego naukowca czy swojego księdza. Nie musi wtedy słuchać nikogo innego, by wiedzieć, czy się zaszczepić albo ile osób może wejść do kościoła. Jesteśmy coraz bardziej pojedynczy i coraz mniej zwracamy uwagę na innych?

To, jakie jest społeczeństwo, zależy w największym stopniu od państwa. Słabe instytucje nie dają jednostkom ochrony w kwestiach związanych z zaspokojeniem podstawowych, biologicznych potrzeb, takich jak zdrowie czy bezpieczeństwo. Instytucje przez lata indywidualizują ludzi, których teraz się oskarża, że zamiast działać wspólnie, są indywidualistami. Kiedy się okazuje, że potrzebne jest solidarne działanie, to państwo mówi: Jesteście egoistami.

Dlaczego Polacy – i to zarówno zwolennicy prawicy, lewicy, jak i centrum – nie chcą płacić wyższych podatków?

Bo nie wierzą, że te pieniądze zostaną w sensowny sposób spożytkowane.

Dlatego mówię, że w takich dyskusjach lepiej się koncentrować nie na tym, jacy my jesteśmy, jakie jest społeczeństwo, ale zastanowić się nad tym, jakie są polskie elity polityczne. To, co się dzieje od lat dziewięćdziesiątych, nazwałabym lumpenrozwojem. Wcale nie zmierzaliśmy na Zachód, tylko raczej byliśmy laboratorium neoliberalizmu. Eksponowanie imponujących makrowskaźników i rozmaitych średnich było błędem, o czym teraz boleśnie się przekonujemy. Do funkcjonowania wszystkich instytucji publicznych wprowadzano rachunek ekonomiczny. Racjonalność tego rachunku przewiduje, że na przykład szpital musi mieć zapełnione sto procent łóżek przez wszystkie dni w roku. Jeśli tak nie jest, to łączy się dwa szpitale i nie bierze pod uwagę tego, że w wyniku takiej reformy najprawdopodobniej ludzie będą mieli gorszy dojazd bądź w ogóle nie będą mieli dojazdu. Ten mechanizm zresztą działa w całej Unii Europejskiej.

W Polsce przynajmniej od momentu, kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej, to jednak był proces w drugą stronę – tych szpitali przybywało.

Zawsze, kiedy się dyskutuje o ochronie zdrowia w Polsce, mówi się, że trzeba ją zreorganizować. Szpitale są, ale zamyka się w nich kolejne oddziały. Bo dajmy na to mamy sprzęt, ale nie mamy lekarzy albo pielęgniarek, albo sensownego transportu publicznego. Kiedy funkcjonowanie instytucji publicznych opiera się na rachunku ekonomicznym, rodzi to patologie, bo wymusza obmyślanie i rozwijanie strategii kamuflujących to, że brakuje środków finansowych. To, jaki nas dzieli dystans od ochrony zdrowia w niektórych krajach europejskich, powinno być przedstawiane nie w procentach, ale w wartościach nominalnych. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy mówi się o finansowaniu ochrony zdrowia, to zawsze pada określenie „worek bez dna”. To określenie kojarzy się bardzo jednoznacznie z przejadaniem pieniędzy, rozrzutnością i marnotrawstwem. Etyce troski przeciwstawia się rachunek ekonomiczny i widać to dobrze w tym, że ów „worek bez dna” to określenie bez mała eksperckie, które nikogo nie oburza. No i najważniejsza sprawa – spójrzmy, ile wydaje się na ochronę zdrowia jednego człowieka w Polsce, ile w Niemczech, ile w Szwecji, ile we Francji. Ale konkretnie w złotówkach czy w euro, a nie w procentach PKB.

Na pewno w Polsce zdecydowanie mniej. Ale to wynika też z tego, że na tle reszty Europy wciąż jesteśmy jednak ubodzy.

Polska jest krajem peryferyjnym. Bogactwo nie zależy od tego, czy jakiś naród bądź społeczeństwo są pracowite, tylko od miejsca w globalnym łańcuchu wytwarzania wartości. W kilkunastu państwach mogą być wytwarzane części jakiegoś finalnego produktu, ale komercjalizacja następuje zazwyczaj w jednym z nich. Te części osobno mają niewielką wartość i dopiero gdy przyjeżdżają do jakiegoś kraju, wszystkie razem, złożone i zapakowane do pudełka, są komercjalizowane, co w statystykach zostaje odnotowane jako „wysoka produktywność”, a w potocznych dyskusjach funkcjonuje jako „pracowitość”. Dyskusje ekonomiczne, które się toczą w Polsce, potwierdzają powiedzenie, że obywatele powinni mieć tylko tyle wiedzy o ekonomii, żeby mogli uznać kompetencje tych, którzy o ekonomii publicznie się wypowiadają.

Mówi pani o produkcie z części stworzonych w kilkunastu krajach, a to może być nawet jeszcze prostsze. Znam polskie przedsiębiorstwo, które od lat produkuje świetne kasy pancerne. Wysyła je gotowe do Szwajcarii, gdzie nakleja się na nich znaczek firmy X i sprzedaje z dużą przebitką. Ale polski właściciel i polscy pracownicy są zadowoleni, bo jest praca i są, jak na Polskę, niezłe zarobki.

To jest bardzo dobry przykład dający wgląd w to, jak bardzo się różni oficjalna narracja o globalizacji od rzeczywistości podziału na kraje centrum i peryferii. Zwłaszcza dla krajów peryferyjnych istotna jest kwestia dobra wspólnego, tymczasem w porównaniu z krajami należącymi do centrum u nas jest ona prawie nieobecna. To też jest opowieść o neoliberalizmie, w którym bez wątpienia jest coś uwodzącego. Kiedy przysłuchuję się podobnym opowieściom i różnym sporom, które są dziś w Polsce, to bardzo często mi się przypomina czwarty wiek.

Ale dlaczego?

Bo w tym czasie zainicjowana została dyskusja, co chrześcijanie powinni robić, by nie popaść w panteizm. Bóg stworzył świat, a wszystko, co stworzył, jest dobre, dlatego w zasadzie chrześcijanom pozostaje oczekiwanie na przyjście Mesjasza. Taka odpowiedź od początku wielu niepokoiła, ponieważ w żaden sposób nie ukierunkowywała ludzkiego istnienia. Z tych debat między innymi narodziła się idea klasztoru, miejsca współistnienia i praktykowania braterstwa. To oznacza konieczność zorganizowania się, żeby uczestniczyć w ekonomii zbawienia.

Nie wystarczy powiedzieć: Jest jak jest, widocznie Bóg tak chciał. Czy, wracając do współczesności, to Bóg chce takiego systemu podatkowego w Polsce, w którym nie można leczyć kobiet z nowotworem?

Lubię zaglądać do reguły benedyktyńskiej, ponieważ jej ewolucja wiele mówi o tym, jak zmieniało się myślenie odnośnie do praktykowania braterstwa. Co dwie, trzy dekady następuje uszczegółowienie zobowiązań, ale także należnej braciom i siostrom ochrony i troski: jak przyjmować podróżnych, co należy robić ze starymi ubraniami, jak postępować z chorymi. Nigdy na przykład nie można było podważyć diagnozy lekarskiej i zakazywano przymuszania lekarza do tego, by skracał czas powrotu do zdrowia. Braterstwo zakłada, że ten, kto jest słaby, zostaje zwolniony z rygorów i jest otoczony szczególną opieką, a rachunek ekonomiczny nie gra roli.

Czy dziś reguła św. Benedykta może być dla nas wskazówką przy myśleniu o tym, jak powinno wyglądać nasze państwo?

Dlaczego nie? Zwłaszcza że nie widać siły politycznej, która mogłaby ożywić etykę troski. Niedawno katolicy francuscy przypomnieli, co o braterstwie mówił Jan Paweł II. Właśnie we Francji, pisząc o pandemii, używano argumentu, że powinniśmy się zaszczepić, kierując się ideą braterstwa. Tę ideę od Kościoła przejęła we Francji – tak w każdym razie uważają katolicy – republika. Ani Jan Paweł II, ani teraz francuscy katolicy nie odwoływali się do przewagi, do tego, że ktoś ma wiedzę. Odwoływali się do braterstwa, do pokrewieństwa duchowego.

Inaczej jest w Polsce. Współczesne polskie chrześcijaństwo jest palimpsestem, mieszaniną poglądów z różnych epok. Trochę neoliberalizmu, trochę z Jana Pawła II. W moim przekonaniu w Polsce mamy często do czynienia z zabiegiem retorycznym polegającym na przebieraniu za pomocą języka religijnego rynkowego indywidualizmu w personalizm chrześcijański.

A czy jakiś przykład mógłbym prosić?

Weźmy chociażby częste odwoływanie się do homo sovieticus. Miał nim być każdy, kto czegoś od swojego państwa oczekuje, bo dla wielu ludzi Kościoła wolność oznacza niezależność od państwa. Nie ma mowy o wspólnocie, tylko o jednostce, która ma być wszechmocna w starciu z globalizacją i w każdej sytuacji – nawet jeśli w grę wchodzi zaspokojenie podstawowych potrzeb – wybór moralny zależy od niej. Tymczasem w naszym systemie ekonomicznym praktykowanie braterstwa wymaga często heroizmu, ponieważ mamy kapitalizm, ale nie mamy państwa. Jaką powinność moralną ma człowiek wobec kogoś, kto wykorzystuje to, że ktoś inny nie jest pewien swojego jutra?

Nie jestem etykiem katolickim, ale wydaje mi się, że nie powinniśmy zapominać o przykazaniu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Pracownicy centrów logistycznych muszą oddawać mocz do butelek, bo nie mają czasu skorzystać z toalety. Pacjenci czekają na konsultację lekarską rok, a na rehabilitację dwa lata. Nie Bóg stoi za tymi realiami, ale antropologia, w myśl której człowiek jest leniwy i pracuje tylko wtedy, kiedy się boi, że nie przetrwa i nie zaspokoi potrzeb swoich bliskich. Ludzi można zaganiać do pracy nie tylko batem, ale także wywołując w nich strach o bezpieczeństwo rodziny, mieszkanie czy jedzenie.

Właśnie dlatego benedyktyni odrzucili możliwość wstępowania do klasztoru wraz ze służącym czy niewolnikiem. Odrzucenie niewolnictwa, jak można przeczytać w regule św. Benedykta, brało się z przekonania, że uniemożliwia ono praktykowanie braterstwa. Wyzysk czy korzystanie z przewagi są jego zaprzeczeniem.

Antropologia strachu stoi też chyba za pomysłem, żeby wszystkie działania w walce z pandemią opierały się na przymusie. Mowa była głównie o bacie, czyli zabronimy tego, nie pozwolimy na to, ukarzemy w taki sposób. Ale czy możemy sobie wyobrazić jakąś inną metodę?

Bez wątpienia zabrakło troski. Nie tylko w planowaniu, ale także w języku. Myślę, że protesty antyszczepionkowe w dużej mierze są związane z przekonaniem, że nic się nie zmieniło, że dalej tak będzie, że jesteśmy skazani na kolektywną samotność.

Jeżeli warunkiem zatrzymania mutowania się wirusa jest wyszczepienie całej populacji, to niezrozumiałe jest to, dlaczego bogaty Zachód nie udostępnił szczepionek Afryce. Muszę powiedzieć, że nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo jest to na wpół samobójcze działanie. Na czym polega ta logika, że my się zaszczepimy, ale będziemy podróżować, także do Afryki, i przywozić stamtąd nowe mutacje? Proszę mi powiedzieć, jaki to ma sens?

Nie jestem ani wirusologiem, ani politykiem. Nie odpowiem na to pytanie.

Szczepionki zostały wyprodukowane z naszych pieniędzy, bo państwa tę produkcję dotowały. Nikt nas nie pyta o to, czy chcemy się nimi podzielić, czy chcemy zrezygnować z patentów.

Rozmawialiśmy o zaufaniu do państwa, ale dla niektórych jest to kwestia zaufania do korporacji. Wiemy, że są to metapaństwa, których nie ma na żadnej mapie politycznej, nie mają ambasad, nie mają konsulatów, natomiast mają ogromne wpływy. Przekonanie o tym, że politycy nie rządzą, nasila się od trzech dekad.

Najtrudniej jest zrozumieć to, dlaczego niektórzy lekarze albo pielęgniarki nie chcą się szczepić. Zazwyczaj nie są antyszczepionkowcami. Warto przypomnieć sobie początek pandemii, kiedy rządzący mówili: Jesteśmy przygotowani, od kilku miesięcy obserwujemy sytuację. Na początku nie mieliśmy dużej wiedzy o wirusie, a pielęgniarki i lekarze musieli iść do pracy, chociaż się okazało, że nie ma dla nich ani ubrań ochronnych, ani maseczek. Część z nich kupiła sobie potrzebne rzeczy za własne pieniądze. Nikt się nie zastanawiał nad tym, czy należy zabezpieczyć rodziny personelu medycznego przed zakażeniem. Myślę, że ci ludzie wtedy zobaczyli, że państwo może kazać ryzykować im swoim życiem i być może życiem ich bliskich. Oni doświadczyli przemocy państwa. Tak jak wcześniej ci, których dotknęły słaba ochrona zdrowia, eksmisje na bruk, ograniczone prawa do zasiłku w przypadku bezrobocia albo brak ubezpieczenia zdrowotnego, wreszcie brak kontroli systemu bankowego. Wielu ludzi w Polsce przyzwyczaiło się do tego, że śpi u boku tygrysa. Że życie jest bardzo, bardzo kruche.

Strasznie smutna jest ta nasza rozmowa. Widzi pani jakąś szansę na wyjście z tej kolektywnej samotności?

Nie widzę powodów do optymizmu. W walce ze skutkami pandemii w Europie mówi się o dofinansowaniu biznesu. Widziałam pierwsze reakcje francuskich mediów na pojawienie się nowego wariantu wirusa omikron. Były dosłownie takie: O Boże, znowu będą transfery dla biznesu. W niektórych krajach podjęte zostały działania na rzecz zbadania celowości transferów, zwłaszcza że w wielu wypadkach przedsiębiorcy nie byli zobowiązani do gwarancji społecznych, na przykład do utrzymania miejsc pracy. Politycy od lat chronią gospodarkę finansową, a nie gospodarkę materialną zapewniającą ludziom dobra niezbędne do życia. To jest bardziej złożone. Wiele osób może w nieodległej przyszłości stracić na giełdzie oszczędności i emerytury. Takie są przewidywania banków, które już poinformowały o tym swoich klientów. Do tego trzeba dodać jeszcze to, że nie widać, gdy przyjrzymy się polskiemu polu politycznemu, żadnej siły, która obiecywałaby pokój społeczny.

Czy coś w tej sprawie może zrobić Kościół?

Polski Kościół od lat dziewięćdziesiątych raczej legitymizuje ten system i podtrzymuje tezy z Instrukcji oniektórych aspektach teologii wyzwolenia ówczesnego kardynała Josepha Ratzingera przekonującego, że nie ma grzechu systemowego.

Papież Franciszek napisał, że „od zła wpisanego na trwałe w niesprawiedliwe struktury społeczne nie można oczekiwać lepszej przyszłości”.

Papież tak mówi. Ale w polskim Kościele takich głosów nie słyszę. Jak wcześniej powiedziałam, w Polsce cnotą jest liczenie na siebie. Do tego można dorzucić coś religijnego i mamy rzekomo personalizm chrześcijański, który w istocie jest zakamuflowanym, trochę podretuszowanym indywidualizmem rynkowym. ¶

Małgorzata Jacyno – polska socjolożka, doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracuje w Katedrze Historii Myśli Społecznej Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Znaki szczególne

Paulina Wilk

reportażystka, dziennikarka, eseistka

Biuro rzeczy nieodnalezionych

Zimne dni to niebezpieczny czas dla czapek, rękawiczek i szalików. Na skutek kosmicznego zrządzenia sił nader często zostają odłączone od swych nosicieli. Leżą na ławkach, na kawiarnianych stolikach, wciśnięte w oparcia teatralnych foteli. Zostają pojedynczo, samotnie, bez szans odnalezienia swego losu. Nikt nie gubi obu rękawiczek naraz, nikt nie gubi i czapki, i szalika z tego samego kompletu. Dlaczego? Zguba i strata są zwykle pojedyncze, nie do pary. Ich zniknięcie zakłóca symetrię życia. Nawet jeśli my machniemy na zgubę ręką, ich znalezienie wprowadzi niepokój w niezbyt szczęśliwym znalazcy. Znacie to uczucie, prawda? Widok leżącej na chodniku rękawiczki albo chustki – jeszcze czystej, niezadeptanej. Nagły dreszcz, bo przecież została utracona przed chwilą. Pojawia się chęć ratunku – podnosi się taką sierotkę z chodnika i obiega okolicę wzrokiem. Może nieświadomy dramatu właściciel jeszcze tu jest…? Któż z nas nie został tak ocalony przez zupełnie obcego człowieka, kierowanego pragnieniem przywrócenia ładu, wepchnięcia kosmicznej drobiny na jej prawowite miejsce? Akt dobrej woli dający obu stronom coś ważnego. Znalazcy – poczucie, że zachował się porządnie. Właścicielowi – że wciąż można ufać nieznajomym.

A co z rzeczami nigdy nieodnalezionymi? Takich muszą być w świecie miliardy! W kawiarni, którą prowadzę z przyjaciółmi, co dzień wzbogacamy się o części garderoby. Łkają strącone na dywan, odłożone na kaloryfer, dyndają zapomniane na wieszaku. Zwykle nikt się po te sierotki nie zgłasza. Zdarza się czasem ekstraordynaryjna determinacja, telefon z pytaniem: Czy zostawiłam u was żółtą czapkę z pomponem? Uff, będę po nią jutro!

Ale na ogół cisza, żadnych prób odnalezienia włóczkowej rękawiczki, szalika z frędzelkami. Zostają u nas, tkwią w tymczasowym schronisku, niepasujące i nagle niczyje. Prezentują się smętnie, jakby cała uroda ulotniła się z nich wraz z nieprzydatnością. Brak im sensu istnienia. No bo komu może się przydać jedna rękawiczka?