W drodze 09/2018 - Wydanie zbiorowe - ebook
Opis

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 157

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

rozmowy o piekle budzą zazwyczaj wiele emocji. Z jednej strony uciekamy w infantylne skojarzenia diabełków z różkami i kotłów, w których gotują się potępione dusze. Z drugiej strony nurtuje nas całkiem realne pytanie, czy to możliwe, żeby Bóg, który jest dobry i miłosierny, skazywał kogoś na wieczną i nieodwoływalną karę.

Nasi autorzy zwracają uwagę na to, że istnienie piekła, jakkolwiek brzmiałoby to przerażająco, jest konsekwencją wolnej woli, którą otrzymaliśmy od Stwórcy. A skoro tak, to mamy możliwość wyboru – na przykład świadomego i dobrowolnego odrzucenia Boga. Z tej perspektywy mniejsze znaczenie ma to, czy piekło jest zimne, czy gorące, czy znajduje się na górze, czy na dole naszego świata. Ważniejsze, że jest stanem braku miłości i niewyobrażalną samotnością. By tego doświadczyć, wcale nie trzeba czekać na czasy ostateczne. Piekło potrafimy sobie zgotować już tu, na ziemi.

W niedawno wydanej rozmowie z księdzem Zbigniewem Czendlikiem, proboszczem z czeskiego Lanškronu, przeczytałem historyjkę o tym, czym się różni piekło od nieba: „Podobno w piekle gotują doskonałą zupę, ale łyżki są tak długie, że nikomu nie udaje się dosięgnąć do ust. W niebie gotują tak samo dobrze i mają tak samo długie łyżki, tyle że ludzie w niebie wpadli na to, by się nawzajem karmić”. Cienka jest granica między piekłem i niebem, ale dla prawdziwości obrazu dodajmy, że i z nieba blisko jest do piekła.

Zachęcam do lektury wrześniowego numeru miesięcznika, która, mam nadzieję, zaowocuje refleksją na temat tego, co zrobić, by dobrowolnie nie skazać się na nieodwołalne cierpienie.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

RELIGIA NAS URATUJE

Palący temat

PIEKŁO BOGÓW

SUMIENIE NIE JEST WREDNE

Jest mi to obojętne

"DOBRO, TERAZ I OSOBIŚCIE..."

INSTRUKCJA OBSŁUGI PARAFII

OBYWATEL CIEKAWY

Dominikanie w Stanach Zjednoczonych

W STOLICY MORMONÓW

Intrygujące karty Kościoła

KTO NAS OCHRZCIŁ?

Kiedy się modlisz

POSŁUSZNI DUCHOWI

Pytania w drodze

ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE

Orientacje

ŻAŁOBA W TRZECH AKTACH

OPOWIEDZ MI O KUCHNI

Dominikanie na niedziele

PRAWDZIWA WOLNOŚĆ

OTWIERANIE

SZCZĘŚLIWY TRAF

PO PROSTU SZCZĘŚCIE

LOGIKA BOŻEJ MIŁOŚCI

Felietony

MADONNA Z JARZENIÓWKĄ

GRÓB NIEZNANEGO KOLARZA

DANE

ODDECH DUSZY

W BOŻYM OGRÓDKU: MATKA GENOWEFA

Rozmowa w drodze

RELIGIA NAS URATUJE

•••

Wiele muzułmańskich kobiet w Wielkiej Brytanii nosi nikab, czyli pełną zasłonę twarzy, nie dlatego, że ktoś im każe, tylko dlatego, że zasłanianie twarzy staje się zakazane. One uważają się za odpowiedniczki punków z lat 70.

Z pakistańskim pisarzem, muzułmaninem ZIAUDDINEM SARDAREM rozmawia Dariusz Rosiak

FOT. IZUDDIN HELMI ADNAN / UNSPLASH.COM

Dariusz Rosiak: Co jest istotą islamu?

Ziauddin Sardar: To samo, co jest istotą wszystkich religii: współczucie i miłość. Wiem, że trudno to przyjąć w świecie, w którym islam przedstawia ny jest jako źródło przemocy i terroru, ale muzułmanin rozpoczyna każdą czynność frazą: „Bismillah,ar-Rahman,ar-Rahim”(W imię Boga miłosiernego, litościwego),i w tym momencie miłość i współczucie wkraczają do jego życia.

Czy pana zdaniem sprowadzanie islamu do przemocy, wykluczenia, zamknięcia na debatę to wina lenistwa intelektualnego ludzi Zachodu, czy jednak coś jest na rzeczy?

I jedno, i drugie. Po pierwsze, zapominamy, że muzułmanie to ludzka społeczność. A w każdej wspólnocie znajdą się opinie i zachowania skrajne. Są więc muzułmanie ekstremiści, a na przeciwnym biegunie muzułmanie liberałowie, są muzułmańscy myśliciele i imitatorzy, są mądrzy i głupi. Niestety, w tej chwili najbardziej słyszalni są właśnie ekstremiści. Tak po prostu działa współczesny system mediów. Jeśli zrobisz coś dobrego, nikt nie zwróci na ciebie uwagi, ale jeśli spalisz komuś dom albo kogoś zabijesz, to stajesz się bohaterem mediów.

No tak, ale nie wszystkiemu są winne media, przyjrzyjmy się faktom. W większości krajów muzułmańskich – od Egiptu do Malezji – dochodzi do aktów przemocy i terroryzmu, sam pan o tym wielokrotnie pisał. Czy pańskim zdaniem istnieje coś takiego jak terroryzm muzułmański i czy muzułmanie powinni wziąć odpowiedzialność za akty terroru dokonywane w imię islamu?

Najpierw odpowiem na drugie pytanie: muzułmanie powinni wziąć odpowiedzialność za akty przemocy popełniane w imię ich religii. Tu nie może być żadnych niedomówień: musimy potępiać ludzi, którzy pochodzą z naszej społeczności i dopuszczają się aktów terroru, oraz zwalczać tego typu działania wszystkimi demokratycznymi, pokojowymi metodami. Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć, że terroryzm nie ma nic wspólnego z islamem jako religią. Podam przykład. Jednym z najczęstszych przypadków terroryzmu są zamachy samobójcze. Każdy, kto ma choćby minimalne pojęcie o islamie, wie, że samobójstwo jest najcięższym grzechem, jaki może popełnić człowiek. Samobójstwo oznacza, że odrzucasz największy dar Boga, jakim jest życie. W islamie Bóg może wybaczyć wszystko z wyjątkiem samobójstwa. Pomysł, że zamachowiec samobójca zabije siebie i innych ludzi i w nagrodę pójdzie do nieba, jest czystym absurdem z punktu widzenia teologii islamskiej. Druga rzecz to samo słowo „dżihad”. W teologii islamskiej istnieje wiele jego znaczeń, ale przede wszystkim jest to walka z własnym ego, ze słabościami, grzechami, zaniedbaniami, skrajnościami, a nie z niewiernymi.

Odnosi się pan do teologii islamskiej, ale przecież nie ma czegoś takiego jak jedna teologia islamska. Jest wielu nauczycieli islamu, którzy twierdzą, że kiedy przepaszesz się materiałami wybuchowymi i odpalisz bombę na szyickim targu, to poślesz do piekła dziesiątki pogan, a sam pójdziesz do nieba, gdzie czekać będą na ciebie 72 dziewice. Z czego wynika obecność takich nauczycieli w islamie? Pamiętamy, że kiedyś wielu chrześcijan również wierzyło, że przemoc w imię nawracania jest dopuszczalna, a nawet godna pochwały. Jednak chrześcijaństwo przeszło ewolucję nazywaną czasem oświeceniową, pozbywając się tego typu ideologii. Może islamowi też potrzebna jest taka przemiana, dzięki której wyzbyłby się przywiązania do przemocy?

To skomplikowana sprawa. Można dowieść, że islam przeszedł własną rewolucję oświeceniową znacznie wcześniej niż Europa – w IX, X wieku. To były czasy niezwykłego rozwoju społecznego i intelektualnego takich miast jak Bagdad czy Damaszek. Ale zostawmy to. Rzeczywiście są muzułmanie, którzy uczą nienawiści i przemocy wobec innych. Nie ma co do tego wątpliwości, można znaleźć liczne przykłady na YouTube czy w innych miejscach w internecie. Ale proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz: większość tego typu ludzi pochodzi z Arabii Saudyjskiej i reprezentuje wahabicki odłam islamu, czyli skrajny tradycjonalizm. Chcą zmusić innych, by żyli tak, jak muzułmanie w VII czy VIII wieku. Jeszcze sto lat temu większość muzułmanów uważała wahabitów za niegroźnych sekciarskich fanatyków. W książce Mekka. Święte miasto piszę o tym, jak mieszkańcy Mekki pierwszy raz spotkali wahabitów. Oni nie rozumieli, skąd się wzięli ci fanatycy, jacyś analfabeci – w islamie w ogóle nie było takiej tradycji. Tragedia polega na tym, że ta obłąkana wersja islamu stała się w ciągu kilkudziesięciu lat dla milionów ludzi ortodoksją.

Jak to możliwe?

Dzięki globalizacji. Wahabicka myśl rozeszła się na wspólnoty muzułmanów na całym świecie.

Można spytać, dlaczego wskutek globalizacji nie rozpowszechniła się pokojowa wersja islamu, o której mówił pan na początku rozmowy. Dlaczego na przykład muzułmanie odeszli od głoszonej przez Proroka idei ummy jako wspólnoty wszystkich ludzi – nie tylko muzułmanów, chrześcijan i żydów, ale również pogan? Bo przecież tak nauczał Mahomet na początku.

Jedną z pierwszych decyzji Proroka po jego wyjeździe z Mekki do Medyny było ustanowienie konstytucji Medyny. Był to akt prawny, którym objęto wszystkie wspólnoty miasta – w jego opracowaniu uczestniczyli muzułmanie, żydzi, sabejczycy, chrześcijanie i poganie. Innym przykładem islamskiego pluralizmu jest historia Andaluzji, gdzie muzułmanie, chrześcijanie i żydzi stworzyli wspaniałą cywilizację, która nie trwała pięćdziesiąt czy sto lat, tylko osiemset. Jednak trzeba przyznać, że przez wieki horyzonty myśli muzułmańskiej uległy skarleniu. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, nie było wystarczającej energii wśród samych muzułmanów, by odnawiać islam. Martwa tradycja przeradza się w obyczaj. A obyczaj kostnieje, staje się jałowy, czasem niebezpieczny.

Drugi negatywny czynnik to kolonizacja, która miała bardzo silne skutki psychologiczne: ofiara kolonizacji zamyka się w sobie, kieruje w stronę rozwiązań sztywnych i zamkniętych. Trzeba też pamiętać, że w niektórych przypadkach kolonizatorzy aktywnie zwalczali myśl muzułmańską, zamykali uniwersytety, prześladowali intelektualistów. Te dwa czynniki – zewnętrzny i wewnętrzny – tworzyły doskonałe pole działania dla wahabitów wspieranych dodatkowo saudyjskimi pieniędzmi, dzięki którym na całym świecie powstawały meczety i szkoły, gdzie uczono i uczy się do dziś ekstremistycznej wersji islamu.

Zapewne rola kolonizacji była istotna, ale w swojej książce o Mekce nie szczędzi pan słów krytyki samym muzułmanom. Mekka z pańskiej książki to siedlisko blichtru, odrażającego bogactwa, obrzydliwej architektury, rasizmu, otwartej pogardy dla niemuzułmanów, ale też dla muzułmanów niearabskich. Czy możliwe jest odbudowanie tradycji nie tylko Mekki, ale tej wersji islamu, o której pan pisze i za którą pan tęskni?

Nie wierzę w powroty do przeszłości. Trzeba iść naprzód. Rewolucja, jeśli przyjdzie, nadejdzie z obrzeży. Kiedy mówię o obrzeżach islamu, mam na myśli takie miejsca jak Indonezja, Malezja, Pakistan, Maroko, Turcja. To tam islam jest na nowo interpretowany i reformowany. Drugim źródłem mojej nadziei są kobiety, które wnoszą fenomenalne zmiany do islamu, nie tylko w dziedzinie myśli czy przepisów muzułmańskich, ale również teologii.

Na ile ta aktywność kobiet jest powszechna? Czy mówimy o konferencjach, na których występują muzułmańskie wykładowczynie z zachodnich uniwersytetów, czy o kobietach z krajów muzułmańskich, których społeczna, polityczna i religijna rola się zwiększa?

Zacznijmy od uściślenia. Większość ludzi kojarzy islam ze światem arabskim. Tymczasem na całym świecie żyje półtora miliarda muzułmanów, z czego trzysta milionów to Arabowie. Czyli ogromna większość muzułmanów to nie są Arabowie. W różnych krajach islamskich kobiety mają różne prawa, w Senegalu czy Malezji traktowane są inaczej niż w Arabii Saudyjskiej. Pojawiło się też nowe pokolenie muzułmańskich kobiet kształconych na dobrych uniwersytetach w dziedzinach tradycyjnych nauk i teologii islamskiej. Owszem, część z nich studiuje i wykłada na uczelniach zachodnich, ale część działa w krajach muzułmańskich takich jak Egipt czy Pakistan, Malezja, Indonezja, Turcja. One interpretują Koran z feministycznej perspektywy i ta interpretacja dociera do badaczy na całym świecie. Jeszcze jedna ważna rzecz: jeśli odwiedzi pan jakikolwiek uniwersytet w świecie muzułmańskim, to większość studentów będą stanowiły kobiety. Nawet w Arabii Saudyjskiej, gdzie obowiązuje segregacja płciowa, kobiety są najlepiej wykształcone, najbardziej zainteresowane wiedzą, bardziej aktywne naukowo niż mężczyźni.

Porozmawiajmy o muzułmanach w Europie, gdzie, niestety, islam często kojarzy się z przemocą i terrorem. Skąd się bierze młody muzułmański ekstremista żyjący w Anglii, Francji czy Belgii?

Z alienacji, z niedostosowania do życia w społeczeństwie. Wielu z nich pochodzi ze środowisk przestępczych. Oni nie mają pojęcia, czym jest islam. Czerpią wiedzę z książek typu Islam dla idiotów– mówię poważnie, to jest udokumentowane badaniami.

A jak pan ocenia podejście policji do tych ludzi? Z pewnością zna pan historię gangu z Roehampton w Anglii, który działał przez kilka lat, wykorzystując seksualnie dzieci. Policja miała sygnały o zbrodniczej działalności gangu, ale ponieważ jego członkowie byli Brytyjczykami pochodzenia pakistańskiego, nie interweniowała. Późniejsze dochodzenie ujawniło, że chodziło o to, by „nie psuć stosunków międzyetnicznych”. W meczetach w Londynie i innych miastach przez lata głoszono pogardę dla Brytyjczyków i prawa obowiązującego w waszym kraju. Policja nic, albo prawie nic, z tym nie robiła.

To prawda. Uważam, że łagodność brytyjskiej policji i wymiaru sprawiedliwości czasem przekracza granice zdrowego rozsądku. Jest też inny problem. Dwadzieścia lat temu ignorant, który postanawiał zostać dżihadystą, musiał iść do medresy i podjąć naukę islamu. Teraz dzięki internetowi trafia prosto do imama, który uczy go, jak nienawidzić niewiernych. Poznaje podobnych do siebie, zamykają się w bańce nienawiści i wzajemnie wspierają. Tak więc winnych jest wielu: muzułmańska wspólnota, która nie potrafi wyrzucić ze swojego grona inspirowanych przez saudyjskich wahabitów siewców nienawiści, bieda i wykluczenie, które prowadzą młodych ludzi do skrajnych rozwiązań, choć tutaj też musimy być krytyczni – wielu nawróconych dżihadystów pochodzi z bogatych rodzin, niektórzy są prawnikami czy lekarzami. Problemem są też, jak mówiliśmy, opieszałość i przyzwolenie policji wynikające z absurdalnego rozumienia politycznej poprawności.

W Wielkiej Brytanii 44 procent muzułmanów chciałoby zmiany obowiązującego prawa i uwzględnienia w nim przepisów wynikających z szariatu. To nie jest margines, tylko poważna część waszej wspólnoty. Czy to pana niepokoi? Czy taka postawa nie każe jednak wątpić w lojalność części muzułmanów wobec kraju, w którym mieszkają?

W ogóle mnie to nie niepokoi, jeśli się rozumie system. Podam przykład: W mojej dzielnicy otwarto nowy sklep, nazywa się Fatwa. Rozumiem, że właściciel chciał pokazać, że jest dobrym muzułmaninem. Dla niego szariat jest sposobem na to, by być właśnie dobrym muzułmaninem. To naturalne, że muzułmanie chcą regulować pewne aspekty życia za pomocą systemu, który uznają za właściwy. Chcą na przykład iść do rady muzułmańskiej zwanej fatwa council i zadać pytanie: Jestem stary, bolą mnie kolana, czy mogę się modlić, siedząc na krześle? I dostaje odpowiedź. Kobieta idzie do rady i pyta: Mam 45 lat, nie mam dzieci, czy mogę spróbować zapłodnienia in vitro? To są autentyczne, znane mi przypadki. Nie słyszałem natomiast, by ktoś przychodził do rady i pytał: Czy mogę poślubić 12-latkę, czy mogę mieć cztery żony, czy mam obciąć rękę złodziejowi, który mi ukradł ryż ze sklepu? Badania pokazują, że większość ludzi, którzy trafiają do rad, to kobiety z wnioskami w sprawach sporów rodzinnych, rozwodów itp.

Ale w Wielkiej Brytanii obowiązuje kodeks postępowania, który reguluje sprawy rozwodów i sporów sąsiedzkich. Po co muzułmanom odrębny?

Nie widzę w tym nic złego, jeśli nie łamie prawa krajowego, a te rady go nie łamią. Ja mam z nimi inny problem – większość z nich jest zdominowana przez mężczyzn, i to powinniśmy zmienić.

Mówi pan również, że nadzieją dla islamu jest Turcja. Tam rzeczywiście doszło do niezwykłego eksperymentu: próbowano powołać do życia państwo, które nie pozbywając się swojej muzułmańskiej tożsamości, byłoby w pełni demokratyczne, świeckie i stałoby się członkiem Unii Europejskiej. W trakcie 16-letnich rządów partii AKP i Recepa Tayyipa Erdo?ana ten eksperyment miał różne fazy. Jak pan go ocenia?

Po pierwsze, AKP naprawdę radykalnie zmieniła Turcję. Powstała nowa klasa średnia złożona z religijnych, konserwatywnych muzułmanów, którzy przez całe dekady byli systematycznie marginalizowani przez kolejne świeckie i wojskowe rządy. Polepszenie doli tych ludzi, którzy – powiedzmy to wyraźnie – stanowią większość w Turcji, jest ogromnym osiągnięciem AKP. Na nich opiera się społeczna baza rządów Erdo?ana. Turcja dokonała też wyłomu w świecie muzułmańskim. Jeszcze 20–30 lat temu Arabia Saudyjska była niekwestionowanym liderem świata islamu. Teraz w drogę weszła jej Turcja. Model turecki nie tak dawno uznawany był przez wielu muzułmańskich intelektualistów za ten, na którym należy oprzeć przyszłość świata islamu. Oczywiście od tego czasu w Turcji zaszły poważne zmiany. Moim zdaniem problemem AKP jest to, co zwykle się przydarza partiom pozostającym zbyt długo u władzy: zmęczenie, brak pokory wobec elektoratu, arogancja…

Ale my mówimy o kraju, w którym dziś 50 tysięcy ludzi siedzi w więzieniu, 150 tysięcy straciło pracę, w ostatnich wyborach kandydat opozycji startował z więzienia. Być może z perspektywy świata muzułmańskiego ostatnie lata w Turcji to ciekawy eksperyment, ale z perspektywy celu, który ten kraj stawiał sobie 16 lat temu, to jednak porażka. Turcja miała być demokratycznym krajem muzułmańskim, członkiem Unii Europejskiej spełniającym kryteria przyjęcia do tej instytucji, również kryteria w dziedzinie poszanowania praw człowieka.

Przyzna pan, że Turcja to ciągle demokratyczny kraj.

Tak, nie rządzi armia, jej wpływy zostały znacząco ukrócone, a Kurdowie nie idą do więzienia za naukę swojego języka. Idą do więzienia, gdy biorą się za politykę.

Moim zdaniem w Turcji ma miejsce wewnętrzny konflikt między AKP a zwolennikami Fethullaha Gülena, który ma swoich ludzi na wielu szczeblach władzy, w armii, sądownictwie, mediach. Wiem coś o tym i mogę powiedzieć, że jego struktury były bardzo silne w Turcji. Erdo?an zareagował na te wpływy, próbując je ukrócić, i na tym głównie polega konflikt wewnętrzny w Turcji.

A może przy okazji Turcji warto zadać pytanie, czy demokracja i islam dają się pogodzić?

Ciekawa rzecz. Wie pan, że świat islamu ma więcej kobiet liderek politycznych niż Europa? Jeszcze 10–15 lat temu w Turcji, Bangladeszu, Indonezji premierami były kobiety.

W Rwandzie jest największa na świecie reprezentacja kobiet w parlamencie, ale one wszystkie należą do jednej partii albo nie kwestionują jej rządów. Liczba kobiet u władzy nie jest ani jedynym, ani głównym wyznacznikiem poziomu demokracji.

A czym jest demokracja? Czy cały świat musi mieć demokrację w stylu brytyjskim lub francuskim? Dla mnie głównym kryterium demokracji są rządy odpowiedzialnej przed elektoratem władzy, do której dostęp mają przedstawiciele rządzących. Taka jest istota demokracji. W tej chwili mamy na przykład fantastyczną, pełną wigoru demokrację w Pakistanie. Mamy demokrację w Malezji, Bangladeszu, Indonezji.

Wracamy do podziału na islam arabski i niearabski? W żadnym z krajów Arabskiej Wiosny nie udało się ustanowić rządów demokratycznych. Może demokracja ma problem nie z islamem, ale z kulturą arabską.

Tak, to jest kwestia kultury arabskiej.

Na czym polega ten problem?

Na zbytniej akceptacji rządów mocnego władcy, który podporządkowuje sobie ludzi, na zbytniej uległości wobec władzy i tradycji zamiast ich kwestionowania i reinterpretowania. Jest wiele czynników, które mogą mieć wpływ na to, że w krajach arabskich nie ma demokracji. Ale twierdzenie, że islam jako taki nie pasuje do demokracji, jest dla mnie śmieszne. Każde społeczeństwo, każda wspólnota pragnie wolności, chce mieć odpowiedzialny rząd i sprawne instytucje. Nikt w świecie islamskim nie odrzuca demokracji jako takiej.

Na koniec pytanie osobiste. Jest pan nie tylko badaczem islamu, ale muzułmaninem żyjącym w zlaicyzowanym kraju. Jak to jest być religijną osobą we współczesnym świecie?

Trudno. Bycie osobą religijną w tym świecie uważane jest za coś nieracjonalnego, jakiś feler umysłowy. I moim zdaniem taka postawa buduje podstawy dla fundamentalizmu. Demonizowanie religii rodzi skrajności. Badania wskazują na przykład, że wiele muzułmańskich kobiet w Wielkiej Brytanii nosi nikab, czyli pełną zasłonę twarzy, nie dlatego, że ktoś im każe, tylko dlatego, że zasłanianie twarzy staje się zakazane. One uważają się za odpowiedniczki punków z lat 70. – wszyscy są przeciwko nam i mamy to gdzieś!

Bycie człowiekiem religijnym to jak bycie współczesnym punkiem?

Uważam, że religia nas uratuje. Współczesny świat domaga się etyki, współczucia, miłości bliźniego, miłosierdzia. A to są, jak mówiłem na początku, wartości istotne dla każdej religii.

Ziauddin Sardar – ur. 1951, pisarz, publicysta, felietonista "The Times", znawca islamu, wierzący muzułmanin, urodzony w Pakistanie, napisał wiele książek poświęconych islamowi, między innymi Mekka. Święte miasto. W czerwcu br. przyjechał do Polski, by wziąć udział w warszawskim Big Book Festivalu, nad którym patronat miał także miesięcznik "W drodze". Mieszka w Wielkiej Brytanii.

Dariusz Rosiak – ur. 1962, dziennikarz radiowy i prasowy, autor "Raportu o stanie świata" w radiowej Trójce; przez wiele lat był związany z "Rzeczpospolitą", gdzie publikował w dodatku "Plus Minus"; autor książek: "Oblicza Wielkiej Brytanii" (2001), "Żar. Oddech Afryki" (2010) oraz "Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszinkela" (2013). W ubiegłym roku wydał "Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan".

Palący temat

PIEKŁO BOGÓW

•••

Piekło czy niebo nie są stanami, na które ktokolwiek jest skazywany. Wybieramy je w wolności. Niebo zawsze jest wspólnotą, piekło zawsze jest izolacją.

pytania o sprawy ostateczne

FOT. DIKASEVA / UNSPLASH.COM

Janusz Pyda OP

Pierwszy raz zrozumiałem, a właściwie zobaczyłem, czym może być piekło, uczestnicząc w pewnym przyjęciu urodzinowym. Moi przyjaciele urządzali dla swojego kilkuletniego synka coś w rodzaju urodzinowego kinderbalu. Zaproszono oczywiście wszystkich jego kolegów i koleżanki z przedszkola, znajomych z różnych kursów językowych, sportowych, a nawet z poczekalni u logopedy. Sprytni rodzice, aby przetrwać ten armagedon i mieć choć trochę wsparcia, zaprosili również swoich dorosłych znajomych, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z ich najmłodszą, świętującą urodziny pociechą – wujków, ciocie, chrzestnych, dziadków i do tego – nie wiedzieć czemu – mnie. Zabawa trwała w najlepsze. W pewnym momencie doszło do rozpakowywania podarunków. Było ich naprawdę wiele. Wszystko przebił jednak prezent od rodziców. Do salonu wniesiono trzy wielkie pudła. Po rozpakowaniu okazało się, że w jednym z nich mieści się ogromny i naprawdę wspaniały tabor kolejowy, w drugim – kolejowa infrastruktura, a w trzecim – cały świat, który pomyślany był jako scena, na której miało się rozegrać kolejowe przedstawienie.

Do momentu rozpakowania kolejowego prezentu nic nie zwiastowało chmur, które miały nadejść, i piekła, które miało się objawić. Jubilat otwierał pudła. Zaczął konstruować przejazdy, mosty i wiadukty. Wszystko toczyło się dobrze. Prezent trafiony, zabawa w toku. Dorośli uczestnicy przyjęcia urodzinowego przekonani, że dzieci zajmą się teraz czymś, co pochłonie ich uwagę, wycofali się na strategiczne pozycje w przeciwległej, zbliżonej do przestrzeni kuchennej części salonu.

Po pewnym jednak czasie zaczęły nas dochodzić odgłosy sporów, aż wreszcie rozległ się czyjś płacz. Dzieciaki pokłóciły się straszliwie: jubilat z trudem tolerował pomysły swych kolegów i koleżanek dotyczące sposobu urządzenia kolejowego świata. Czując się jego właścicielem, chciał być również jego bogiem. Dawał temu wyraz w stanowczych słowach i gestach. Zawłaszczał makietę coraz bardziej. Rodzice zainterweniowali. Nie karcili jubilata. Wręcz przeciwnie. Tłumaczyli z wielką cierpliwością i delikatnością, że wspólne konstruowanie to wspaniała zabawa. Że teraz, kiedy ma wokół siebie tylu kolegów, warto budować razem, a na samotne zabawy z makietą będzie miał mnóstwo czasu. Mały człowiek nic z tych tłumaczeń nie przyjmował. Oczy szkliły się coraz bardziej, usta tworzyły podkówkę. W chłopcu narastała złość z jednej strony, z drugiej zaś – jestem tego pewien, bo dokładnie go obserwowałem – bezsilność wobec argumentów. W końcu pobiegł do stojącego na stoliku laptopa, usiadł w fotelu i zaczął oglądać film. Był obrażony i odizolowany. Podchodzili do niego rodzice, koledzy i koleżanki. Próbowali go wciągnąć na nowo do zabawy. Ale foch był gigantyczny. Im więcej podejmowano prób, tym bardziej demonstracyjnie odcinał się od innych. Ale to jeszcze nie koniec historii. Pozostałe dzieci nad wyraz szybko postanowiły przeciwdziałać skiszonej atmosferze i zaczęły nową zabawę. Kolejka co prawda została porzucona jak złe wspomnienie, ale dziecięca kreatywność znalazła sobie nowy pokarm. Zabawa rozgorzała. Miałem nawet wrażenie, że z większą siłą. Obrażony chłopiec przyglądał się temu z narastającym żalem. Było widać, że czuje się samotny. Nie dlatego, że został odrzucony przez innych, ale dlatego, że odrzucił innych. Nie musiał się już z nikim dzielić kolejką, ale kolejka porzucona przez wszystkich też przestała go cieszyć. Ojciec chłopca podszedł do mnie i szepnął: „To chyba o to wam chodzi, gdy mówicie o grzechu pierworodnym i o piekle?”. I poszliśmy obaj zgodnie bawić się kolejką.

Wyjaśnienie przypowieści

Opisałem tę historię, bo stanowi ona doskonałą ilustrację tego, czym jest piekło i wieczne potępienie. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie mam na myśli tego, że opisany chłopiec był jakimś czarnym charakterem, czy też że popełnił coś niewybaczalnego. Chłopiec był zwykłym chłopcem i jak to bywa w tym wieku, kiedy tylko się przespał i coś zjadł, zapomniał o całej sprawie, która w znakomitej większości rozgrywała się na płaszczyźnie niedojrzałych emocji, nie zaś rozumnej woli. Gdy jednak tego typu sytuacja rozgrywa się na poziomie woli kierowanej rozumem, możemy ją nazwać piekłem. Dlaczego?

Otóż piekło jest stanem zrealizowanego egoizmu. O ile niebo to miłość Boga i bliźniego bez przeszkód, o tyle piekło jest miłością samego siebie bez domieszki miłości Boga i bliźniego. Egoizm to siła, która sytuuje człowieka w centrum wszechrzeczy i włącza mechanizm zasysania świata przez wielkie „ja”. Dary Boga zostają przez egoistę nie tyle przyjęte, co przywłaszczone. Tak jak chłopiec świętujący swoje urodziny nie tyle przyjął, co przywłaszczył sobie kolejkę, tak samo człowiek ogarnięty egoizmem nie tyle przyjmuje, co przywłaszcza sobie dary Boże.

Przyjęcie tym się różni od przywłaszczenia, że dar przyjęty chcemy i możemy dzielić z innymi. Dar przywłaszczony chcemy i musimy przed bliźnimi chronić. Dar przyjęty jest środkiem do spotkania z innymi, dar przywłaszczony jest powodem oddzielenia od innych. Można sobie przywłaszczyć kolejkę, ale można przywłaszczyć sobie poważniejsze dary Boże – życie, które staje się wówczas nerwowym pędem za chorymi ambicjami i konkurencyjną samorealizacją, zdrowie, które przywłaszczone staje się histeryczną hipochondrią, czas, który przywłaszczony staje się towarem udostępnianym jedynie za pieniądze – a więc naszemu pracodawcy tak, ale naszemu przyjacielowi czy bliskim już nie. Pierwszym krokiem do piekła jest postawienie siebie w centrum, drugim – przywłaszczanie Bożych darów, zamiast ich przyjmowania, trzecim – gniew, wojna, konflikt, spór. Dary przyjęte mogą być rozdawane. Dary przywłaszczone muszą być chronione. Ktoś chce ode mnie mojego przywłaszczonego życia, zdrowia, czasu, kolejki. Muszę je chronić, muszę go odpędzić. Ci, którzy zbliżają się do przywłaszczonych przeze mnie darów, przestają być braćmi i siostrami, stają się zagrożeniem, potencjalnymi złodziejami. Egoizm objawiający się w przywłaszczaniu sobie darów Bożych jest w istocie odrzuceniem posłuszeństwa rozumianego w sensie nie dyscyplinarnym czy prawnym, ale teologicznym – jako realizowanej zdolności do usunięcia się z centrum wszechrzeczy i ustąpienia pierwszeństwa komuś innemu, choćby na chwilę. W ten sposób egoizm poprzez przywłaszczenie i nieposłuszeństwo prowadzi do samotności.

Samotność piekła

Jest to straszna samotność, wynikająca nie z odrzucenia, ale z wybranej izolacji. Tym bardziej jest niszcząca i frustrująca. Przy czym trzeba pamiętać, że taki wybór jest zawsze postrzegany przez samego zainteresowanego jako odrzucenie i krzywda. Chłopiec, który dostał kolejkę na urodziny, nie został odrzucony czy wykluczony z zabawy przez rodziców lub kolegów. Sam od nich odszedł. Jednocześnie tkwiło w nim przekonanie, że to on został niesprawiedliwie potraktowany, źle osądzony, skrzywdzony i odrzucony przez innych. Samotność egoisty jest wybranym przez niego cierpieniem. Joseph Ratzinger nazywał piekło „stanem najwyższego egoizmu i samotności”, Clive Staples Lewis stanem „ostatecznej samowoli i nieposłuszeństwa”, a Jean Guitton „realnym panteonem tych wszystkich, którzy uważają siebie za bogów”. Paradoks polega na tym, że samotność piekła decyduje się we wnętrzu potępionego. Nawet gdyby wokoło było pełno szczęśliwych i życzliwych ludzi (świętych), potępiony i tak będzie samotny i nieszczęśliwy, bo nie chce do nich wyjść. Choćby piekło – nie daj Panie Boże – było naprawdę zatłoczone, i tak każdy z potępieńców będzie w nim nieskończenie samotny. Niebo zawsze jest wspólnotą, piekło zawsze jest izolacją.

Czy Bóg nie może czegoś zrobić?

Nie tylko może, ale i robi – aż po śmierć swojego Jednorodzonego Syna – aby nikt w piekle nie trwał. Piekło czy niebo nie są stanami, na które ktokolwiek jest skazywany. Wybieramy je w wolności. I tak jak przy każdym wolnym wyborze – o ile ma pozostać wolnym wyborem – można nas przekonywać, prosić, mobilizować, a czasami nawet grozić, nie można nas jednak zmusić, tak samo przy wyborze piekła albo nieba Bóg może nas namawiać, prosić, karać, zachęcać, ostrzegać, ale nie może nas do takiego, a nie innego wyboru zmusić. Nie wynika to ze słabości mocy Bożej, ale z samej natury tego typu wyboru. Zarówno rodzice, jak i koledzy i koleżanki, a nawet pewien zakonnik próbowali namówić obchodzącego urodziny chłopca, najpierw, aby się podzielił kolejką, później, aby już się nie smucił, nie dąsał i wrócił do zabawy. Mogliśmy go prosić, przekonywać i zachęcać. Ale nie mogliśmy go zmusić. Pewnie można by malca wziąć na ręce, posadzić w samym środku zabawy i kazać się nigdzie nie ruszać. Ale nie byłoby to wprowadzeniem go na nowo do radości, lecz raczej pogłębieniem jego cierpień. W środku zabawy czułby się nie lepiej niż na fotelu obok, oglądając samotnie filmy na komputerze. Bóg robił i robi wszystko, aby nas uchronić od piekła. Wychowuje, napomina, naucza i ostatecznie posyła Syna jako wielkie świadectwo miłości do nas pomimo naszych grzechów, wiedząc, że Syn zostanie odrzucony i zabity. Nie może nas jednak zmusić do wyboru nieba, bo wybór przestałby wówczas być wyborem, a niebo, które nie zostało przez nas wybrane, nie byłoby dla nas niebem. Zarówno piekło, jak i niebo można tylko wybrać – w sensie ścisłym nie można być do nich wsadzonym. Żeby zrozumieć straszną tajemnicę piekła, musimy przyjąć, że Pan Bóg rzeczywiście dał nam wolną wolę.

Wystan Hugh Auden tak o tym pisał w wierszu Dziecko piątku:

Powiedział nam, że mamy wolny wybór; My, jak to dzieci, myśleliśmy prościej: „Ojcowska Miłość zadba o nas chyba, A siłą – w ostateczności – Da sobie radę z gorszą łobuzerią” – W pełnych bojaźni religijnych słowach Nie zaświtało, że On całkiem serio Rozumiał był swoje słowa. (tłum. S. Barańczak)

Piekło nie mówi nam o słabości ani o braku miłosierdzia ze strony Boga. Mówi nam o Jego darze wolności dla nas i mówi nam o nas, o tym, że naprawdę możemy ten dar wykorzystać w taki sposób, że staniemy się samotni i nieszczęśliwi.

Piekło zaczyna się teraz

Piszę cały czas o piekle, jakby ta straszna tajemnica dotyczyła nie tego, co ma się wydarzyć dopiero po naszej śmierci, ale tego, co dzieje się i zaczyna już teraz. To nie jest pomyłka. Dokładnie tak jest. Sąd, którego doświadczymy w momencie śmierci, jak i Sąd Ostateczny u końca czasów będą w istocie nie tyle zadekretowaniem czy rozpoczęciem czegoś nowego, ile raczej ujawnieniem i utrwaleniem tego, co już jest w nas. Żyjąc teraz, możemy nasz egoizm i brak miłości ukrywać pod różnymi maskami i pozorami. Możemy przywłaszczać sobie dary Boże i udawać altruistów. Kryć brak miłości i więzi pod maską licznych i powierzchownych kontaktów towarzyskich, racjonalizować nasze egotyczne zachowania i wykorzystywanie innych, trwać w zaciętości i zapiekłej, tragicznie konsekwentnej izolacji, nawet jeśli już tak naprawdę zrozumieliśmy, że wina leży po naszej stronie. Chłopiec, którego widziałem, też tego próbował. Tłumaczył, że chce się bawić z innymi, choć tak naprawdę chciał rozkazywać i podporządkować sobie kolegów. Twierdził, że to jemu stała się krzywda, bo to przecież jego urodzinowy prezent i on ma prawo nim zarządzać. W pewnym jednak momencie okazało się, że tak już bawić się nie da. Motywacje ujawniły się w tym wypadku poprzez emocje. Nastąpił sąd. W momencie śmierci poprzez światło Chrystusa ujawni się, czy jesteśmy egoistami, czy nie, czy jesteśmy z wyboru wyizolowani, czy nie, czy łączą nas z ludźmi relacje miłości, czy jedynie wykorzystujemy wszystkich dokoła. Piekło nie zaczyna się w momencie naszej śmierci. Piekło zaczyna się już teraz. W chwili śmierci nastąpi jego pełne objawienie i utrwalenie, bo skończy się czas, a świat, w który wejdziemy, będzie światem oświeconym światłem Boga, który jest miłością.

Kara zmysłów

Czy w piekle będziemy cierpieć również fizycznie? Tak, choć podobnie jak cała fizyczność, również i to cierpienie będzie miało inny wymiar, niż znany nam z tej ziemi.

Spróbujmy jednak zrozumieć, na czym polega to, co Kościół nazywa karą zmysłów – poena sensus. Tego typu kara będzie miała dwa kierunki działania, choć oba będą zależne od naszej duszy.

Przede wszystkim już teraz doskonale wiemy, że nasza rozumna dusza potrafi realnie wpływać na nasze ciało. Potrafimy się pogrążać w najprawdziwszych fizycznych cierpieniach i chorobach w wyniku tego, co się dzieje w naszym wnętrzu. Kiedy się boimy – możemy się pocić i nie możemy spać. Kiedy się stresujemy – boli nas brzuch itd. Wyobraźmy sobie, jak będziemy odczuwać naszą fizyczność, gdy będzie ona podlegać wpływowi naszego własnego ducha zupełnie pogrążonego w złu, samotności, egoizmie i oddzieleniu od Boga. Może lepiej sobie jednak tego nie wyobrażać.

Ale kara zmysłów będzie też szła z innego kierunku. Już tutaj, na ziemi, od naszego wnętrza zależy przecież nie tylko to, jak czujemy nasze ciało, ale również to, jak odbieramy świat zewnętrzny. Nie lubimy ludzi, których skrzywdziliśmy, wobec których czujemy się winni. Choćby nawet nic złego nam nie robili, a jedynie znaleźli się w naszej okolicy, ich obecność nas stresuje i złości. Malkontenta denerwuje każda pogoda – deszcz, bo jest mokro, słońce, bo jest gorąco, śnieg, bo trzeba odśnieżać auto i chodnik, jesienne liście, bo trzeba je grabić. Chłopiec z mojej opowieści zaczął w pewnym momencie patrzeć na prezent – piękną kolejkę – jak na coś bardzo przykrego, bo wydawało mu się, że ktoś chce mu ją odebrać, a później dlatego, że przypominała mu wybuch własnego gniewu i stanowiła casus belli.

Potępiony cierpi na ciele, bo zatracił swoją duszę. Źródłem cierpień jego ciała nie jest to, co zewnętrzne, ale jego wnętrze, choć narzędziem zadającym ból może być wszystko, co jest na zewnątrz. Tak jak malkontenta smucą śnieg, słońce, jesienne liście i deszcz, które innych mogą cieszyć i uskrzydlać, tak potępionego może doprowadzać do szaleńczego bólu ogień Bożej miłości, ten sam, który będzie rozpalał, radował, ogrzewał i oświecał świętych. Leon Wielki pisał, że: Quod erit incunditas mentibus nitidis, hoc erit poena maculosis– „To, co dla dusz jasnych będzie szczęściem, dla zbrukanych stanowić będzie karę”. Być może kara ognia jako zewnętrznego narzędzia kary potępionych tożsama jest z tajemnicą ognia Bożej miłości, a na pewno należy pamiętać, że ogień piekielny jakkolwiek będzie narzędziem cierpienia potępionych, to nie będzie jego źródłem. Źródłem zawsze pozostanie to, co jest w głębi duszy istoty wolnej i rozumnej, zatrzaśniętej w samotnej izolatce własnego egoizmu.

Ogień i lód

Zatrzymajmy się jeszcze przy jednym obrazie kary zmysłów. Otóż pojawiał się niekiedy w literaturze obraz lodu jako kary piekielnej. Powaga tego obrazu nie jest rzecz jasna równa powadze obrazu ognia. Ten drugi znajdujemy w Piśmie Świętym i w Tradycji, ten pierwszy pojawia się rzadko i raczej w kontekście literackim. Bardzo wyraźnie spotykamy go u Dantego. W Pieśni XXXII Boskiej komedii, opisując dno wszechświata i piekła zarazem, miejsce, w którym odbywają karę zdrajcy, Dante używa do ukazania mąk piekielnych nie obrazu ognia, ale właśnie lodu. Potępieńcy zanurzeni są w zamarzniętym jeziorze Kocyt, które Dante podróżnik tak opisuje:

Więc wzrok obracam na swe nowe drogi: wkoło i pod stopami mam jezioro, którego wodę zmienił w szkło mróz srogi. W tak grubą taflę mrozy nie ubiorą nawet Dunaju z Donem, powiem śmiało, gdy niebo stygnie już zimową porą; gdyby zwalono na nie górę całą, choćby Tambernik, mówię wam prawdziwie: nawet na brzegu by nie zatrzeszczało. (tłum. A. Kuciak)

Ponieważ wizja lodu jako kary piekielnej nie jest ani wizją biblijną, ani teologiczną, a raczej literacką, pozwolę sobie rzucić na nią światło z innego tekstu literackiego, znacznie późniejszego niż Boska komedia i pochodzącego z zupełnie innego kraju. Amerykański dwudziestowieczny poeta napisał krótki wiersz zatytułowany Ogień i lód (Fire and Ice). W tłumaczeniu Ludmiły Marjańskiej wiersz ten brzmi tak:

Jedni mówią, że świat zniszczy ogień. Inni, że lód. Iż poznałem pożądania srogie, Jestem z tymi, którzy mówią: ogień Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł, Myślę, że wiem o nienawiści Dość, by rzec: równie dobry lód Jest, by niszczyć, I jest go w bród.

Pozwalam sobie pozostawić ten wiersz bez zbędnego komentarza. Przypomnę tylko, że polski związek frazeologiczny „lodowate spojrzenie” czy „rzucić komuś lodowate spojrzenie” również wskazuje raczej na nienawiść niż na miłość.

Pismo Święte i Tradycja

Starałem się przybliżyć siebie i czytelników do zrozumienia tajemnicy piekła przez pokazanie, że nie jest ona sprzeczna z racjonalnym myśleniem i naszym codziennym doświadczeniem. Niemniej jednak trzeba wyraźnie podkreślić, że tajemnica ludzkiej wolności, którą człowiek może wykorzystać przeciw samemu sobie, jest wyraźnie poświadczona w Piśmie Świętym i w Tradycji Kościoła. Przed piekłem wprost i stale ostrzega Pan Jezus (Mt 25,41; 5,29; 13,42.50; 22,13; 18,8; 5,22; 18,9; 8,12; 24,51; 25,30; Łk 13,28), tajemnica piekła stale jest obecna w nauczaniu apostolskim (1 Tes 5,3; 2 Tes 1,9; 2,10; Rz 9,22; Flp 3,19; 1 Kor 1,18; 2 Kor 2,15; 4,3; 1 Tm 6,9; Ap 14,10; 19,20; 20,10–15; 21,8). Zdogmatyzowane nauczanie Kościoła mówi o tajemnicy piekła w trzech grupach zagadnień:

Potwierdzenie istnienia piekła – w dwóch wyznaniach wiary już u końca czasów ojców Kościoła: Fides Damasii Quicumque, ponawiane na soborach średniowiecznych i w Trydencie.

Potwierdzenie wiecznego trwania kar piekła – w 543 roku w szóstym kanonie Canones adversus Origenem.

Natychmiastowe nastanie kary po śmierci (bez oczekiwania na Sąd Ostateczny) – podniesione do rangi dogmatu w 1336 roku przez bullę Benedictus Deus, choć przedtem pojawiało się w nauczaniu Kościoła.

Nie ma orzeczeń dogmatycznych Kościoła odnośnie do rodzaju kary piekielnej. Innocenty III powiada, że istnieją dwie składowe kary piekielnej: pozbawienie oglądania Boga (poena damni) i męki cielesne (poena sensus). Co do rodzaju mąk cielesnych Kościół nie wypowiadał się definitywnie, choć Rozstrzygnięcie Penitencjarii Apostolskiej z 30 kwietnia 1890 roku potwierdza niemetaforyczne pojmowanie ognia.

Zakończenie

Myślenie o piekle, jak zresztą o każdej z tajemnic wiary, nie powinno być rozwiązywaniem spekulatywnych zagadek ani też zbieraniem erudycyjnych fiszek. Dobre myślenie o tak trudnej tajemnicy powinno być dla nas przestrogą, że wieczność zaczyna się już dziś. Piekło i niebo budują się teraz, a ostrzeżenie Boga przed możliwością wykorzystania największych Jego darów – rozumu i woli – na naszą zgubę nie jest czczą gadaniną, ale słowem zatroskanego o nas Ojca.

Janusz Pyda OP – ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie.