Urodziny - Carol Wyer - ebook + książka
BESTSELLER

Urodziny ebook

Carol Wyer

4,1

Opis

Dwa lata temu Ava Sawyer nie wróciła z przyjęcia do domu. Co się wtedy tak naprawdę wydarzyło?

Pięcioletnia Ava Sawyer nigdy nie wróciła do domu z przyjęcia urodzinowego swojej przyjaciółki. Poszukiwania dziewczynki nie przyniosły skutku, policja okazała się całkiem bezsilna.

Jednak dwa lata później ciało dziewczynki zostaje odnalezione, za to znika jej przyjaciółka, Audrey Briggs. Audrey również brała udział w feralnym przyjęciu.

Śledztwo prowadzi komisarz Natalie Ward, matka dwójki nastolatków. Sprawa Audrey mrozi jej krew w żyłach i zarazem boleśnie przypomina poprzednie śledztwo, które miało tragiczny finał.

Natalie wkrótce odkrywa niepokojące luki w alibi matki Avy, a gdy zaczyna drążyć głębiej, okazuje się, że ojciec zabitej dziewczynki też nie mówi całej prawdy. Wiele wskazuje też na to, że coś do ukrycia ma Elsa - właścicielka centrum ogrodniczego, w którym odbywało się tamto przyjęcie.

Gdy coraz bardzie prawdopodobna staje się hipoteza, że morderca Avy i Audrey to osoba z ich bliskiego otoczenia, do domu nie wraca kolejna dziewczynka, też obecna na urodzinach przed dwoma laty. Czy Natalie uda się schwytać zabójcę, zanim zginie kolejne dziecko?

"Urodziny" to idealna książka dla miłośników serialu "Broadchurch" i fanów powieści Ruth Ware, Gillian McAllister czy Camilli Läckberg.

Carol Wyer jest brytyjską powieściopisarką i satyryczką, a także laureatką Winner of The People's Book Prize Award. Napisała bestsellerową serię kryminałów, których główną bohaterką jest komisarz Natalie Ward. Do tej pory sprzedały się one w ponad 750 tysiącach egzemplarzy i ukazały w kilkunastu krajach, m. in. w Norwegii, Włoszech, Turcji, Czechach, na Węgrzech i Słowacji, a teraz także w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (71 ocen)
27
27
13
4
0
Sortuj według:
Agnesg3

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawie napisana, faktycznie nie mogłam się oderwać od lektury. Polecam!
00

Popularność




 

 

Tytuł oryginału

THE BIRTHDAY

 

Copyright © Carol Wyer, 2018

All rights reserved

 

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

 

Zdjęcie na okładce

© Miguel Sobreira/Arcangel Images

 

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8234-733-3

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

PROLOG

PIĄTEK, 24 LIPCA 2015 ROKU

Dziecięce wrzaski wznosiły się wysoko i przeszywały mózg Elsy niczym sztylety, pękały jej bębenki w uszach. Miała przemożną ochotę udusić te bachory – pieprzona migrena zamieniała ją w obłąkaną jędzę – jakoś jednak stłumiła żądzę krwi. Nie potrafiła trzeźwo myśleć, gdy mierzyła się z jednym z tych koszmarnych bólów głowy, które pozbawiały ją resztek zdrowego rozsądku. Najchętniej wpełzłaby pod kołdrę i nie wychodziła stamtąd, dopóki ból by nie ustąpił. Przez ostatnie pół roku migreny dopadały ją coraz częściej, leki przestały pomagać. Będzie musiała poprosić lekarza o zwiększenie dawki.

Jego zdaniem cierpiała na napięciowe bóle głowy wywołane stresem. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia ostatniego roku.

Tymczasem w stodole dwóch chłopców kłóciło się o figurkę dinozaura. Szarpali plastikową zabawkę, jakby od tego miało zależeć ich życie. Tak zacięta walka o coś, co można kupić w sklepiku za nędzne trzy funty?Elsa zebrała w sobie resztki sił i zaklaskała, żeby zwrócić na siebie uwagę dzieci. Tylko tego jej dzisiaj brakowało: grupy nadmiernie pobudzonych pięcio- i sześciolatków, ganiających nieprzytomnie i niesłuchających jej poleceń.

Główną sprawczynią tego zamieszania była ubrana w landrynkową sukienkę solenizantka z błyszczącymi różowymi spinkami w gęstych czarnych włosach, z cyfrą sześć na plakietce koloru fuksji. Harriet Downing obchodziła dzisiaj urodziny i postanowiła wykorzystać ten fakt do cna. Elsa przywołała na twarz sztuczny uśmiech i oznajmiła, że już czas odwiedzić minizoo. Odpowiedziały jej jeszcze głośniejsze piski nakręconych cukrem i dobrą zabawą przyjaciół dziewczynki. Dzieciaki rzuciły się w stronę zagród ze zwierzętami, znajdujących się w pobliżu zaadaptowanej na przyjęcia urodzinowe stodoły.

Elsa Townsend została współwłaścicielką Centrum Ogrodniczego i Farmy w Uptown dzięki małżeństwu – i późniejszemu rozwodowi – z Barneyem Townsendem, który pięć lat wcześniej, w maju dwa tysiące dziesiątego roku, otworzył w tym miejscu sklep z artykułami ogrodniczymi. Barney uwielbiał rośliny i ogrodnictwo, ale to Elsa dostrzegła szansę rozwoju dla ich biznesu i sprowadziła do sklepu nową klientelę: rodziny z dziećmi. Centra ogrodnicze przyciągały tylko jeden typ ludzi: wielbicieli roślin, tymczasem po przekształceniu części zabudowań w zagrody dla zwierząt, a także po poszerzeniu oferty o organizację przyjęć urodzinowych, warsztatów i kiermaszów rękodzieła, miejsce to zamieniło się w żyłę złota. Im lepiej jednak rozwijał się interes, tym więcej napięć pojawiało się w małżeństwie Townsendów, a Barney coraz częściej szukał ucieczki w swoich szklarniach i uprawach.

Na początku tego roku oboje w końcu dali za wygraną i wzięli rozwód. Elsa została właścicielką połowy interesu, a jej były już mąż sprzedał swoje udziały przemądrzałemu i upartemu Alistairowi Fulcherowi. Tym oto sposobem Elsa musiała teraz pracować z człowiekiem, którego ledwie tolerowała. To właśnie przez niego tkwiła na imprezie urodzinowej, chociaż powinna mieć tego dnia wolne. Alistair namieszał w grafiku i dał dwudziestopięcioletniej Donnie – to ona powinna być dzisiaj w pracy – dzień urlopu, żeby mogła odwiedzić chorą babcię. Elsa zbyła to kpiącym prychnięciem. Chora babcia, akurat. Wolna jak ptak Donna i żonaty do szpiku kości Fulcher ewidentnie mieli romans. Widziała te ich ukradkowe spojrzenia. Niby z jakiego innego powodu Alistair miałby nagle ogłosić, że jedzie do Nottingham, i zostawić wszystko na głowie współwłaścicielki? Pomagały jej tylko dwie osoby, ale jedna z nich, Janet, była chwilowo zajęta czymś innym. Elsa rozejrzała się za dwudziestoczteroletnim Guyem Noble’em, który miał przygotować zwierzęta, wciąż jednak nie wracał, żeby jej pomóc. Opieka nad sporą grupą dzieci i zwierząt to zadanie dla co najmniej czworga dorosłych, lecz tego dnia w centrum było ich tylko troje, a ona nie miała pojęcia, gdzie się podziała pozostała dwójka.

Dzieciaki rozpierzchły się na wszystkie strony; część z nich przeciągała linę po drugiej stronie stodoły, głośno dopingowana przez kolegów. Dwie dziewczynki próbowały stanąć na rękach, opierając się o ścianę, a jeszcze inna grupa… Elsa nie potrafiła rozgryźć, czym właściwie się zajmowała, ale polegało to na zbijaniu się w ciasną gromadkę, gonitwie i piskach. Harriet odłączyła się od reszty klasy i wlepiła w nią wymowne spojrzenie: jeśli natychmiast czegoś nie zrobisz, to powiem matce, jak beznadziejnie się bawiłam. Elsa nie miała ochoty zwracać pani Downing kosztów przyjęcia ani tłumaczyć, dlaczego nie uszczęśliwiło ono jej córki. Ta kobieta dosyć jasno określiła swoje oczekiwania i dała jej do zrozumienia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, poleci centrum szerokiemu gronu dzieciatych przyjaciółek. Elsa zwykle nie przyjmowała rezerwacji na dwadzieścioro dzieci bez zapewnienia sobie opieki przynajmniej jednego czy dwojga rodziców – nie jest łatwo mieć na oku gromadę rozemocjonowanych i rozwrzeszczanych dzieciaków, szczególnie po słodkim poczęstunku – ale pani Downing uparła się, by zaprosić wszystkich z klasy Harriet i nie wymuszać opieki na żadnym z rodziców, a Elsa niechętnie na to przystała. Szybko przeliczyła dzieci. Dwadzieścioro. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zjawił się Guy, na jego widok odetchnęła z ulgą.

– Spójrzcie, jest już Guy. Pokaże wam teraz młodziutkie jagniątko, Billy’ego, które urodziło się trzy dni temu. Kto chciałby je pogłaskać pierwszy? – Skrzywiła się na dźwięk swojego sztucznie słodkiego głosu. W głowie jej huczało. Zamierzała połknąć parę tabletek przeciwbólowych i dołączyć do Guya.

– Jaaa! – rozległ się chóralny wrzask.

– Okej, okej! – roześmiał się chłopak.

Świetnie sobie radził z dziećmi, które lubiły tę jego wielką, szczerą twarz, rozczochrane włosy i ciężkie buciory. Elsa podejrzewała, że widziały w nim przyjaznego olbrzyma. Ruszył przed siebie, a one pobiegły za nim, nagle ciche jak trusie. Elsa głęboko zaczerpnęła powietrza i pokazała mu na migi, że idzie na chwilę do biura. Tłumek wymaszerował ze stodoły za Guyem. Zupełnie jakby był szczurołapem z Hameln, pomyślała, odprowadzając wzrokiem ostatnie dziecko.

Szybkim krokiem minęła stajnie, przed którymi czekały już na dzieci kucyki, przystrojone kokardami i sztucznymi rogami upodabniającymi je do jednorożców. Każde przyjęcie urodzinowe zaczynało się od poczęstunku i zabaw w stodole, na przykład w przypnij ogon osiołkowi albo w ciuciubabkę. Kolejną atrakcją była wycieczka po zagrodach: dzieci mogły potrzymać, pogłaskać, a nawet nakarmić zwierzęta, później zaś przejechać się na kucyku. Narodziny Billy’ego i zabawa z młodziutkim jagniątkiem były bonusem.

Elsa weszła do biura, które dzieliła z Alistairem, wygrzebała z torebki opakowanie leków i wrzuciła do ust dwie tabletki. W głowie tak jej łupało, że ledwo mogła się skupić na tym, co robiła. Wzięła solidny łyk wody ze stojącej na biurku butelki, przełknęła i przez chwilę siedziała z twarzą schowaną w dłoniach. Musiała zaczekać, aż głowa przestanie boleć, zanim wróci do dzieci i konnych przejażdżek. Guy poradzi sobie bez niej przez kilka minut. Janet mu pomoże, dopilnuje, żeby zwierzęta nie ugryzły ani nie kopnęły żadnego dziecka. We dwoje świetnie dadzą sobie radę. Elsie przydałby się urlop. Może zabukuje jakąś wycieczkę i zostawi cały ten majdan na głowie Alistaira. Dostałby wreszcie nauczkę. Powinien ciężej pracować, a nie zrzucać wszystko na jej barki. Cholerny Alistair.

Ból co prawda nieco zelżał, ale Elsie wciąż brakowało energii, by wstać i wrócić do pracy. Guy dałby jej znać, gdyby były jakieś problemy. Przyjęcia urodzinowe! Cóż to był za genialny pomysł! Każda impreza przynosiła spory zysk, szczególnie że dzieci naciągały rodziców na kupno modeli farmy, pluszowych maskotek albo innych zabawek ze sklepiku, który mijało się w drodze do wyjścia. Zamknęła oczy, spróbowała rozluźnić ramiona i pomyślała z żalem o Barneyu, o tym, że zostawił ją na lodzie w życiu prywatnym i zawodowym. Dobrze im się razem pracowało.

Myśli swobodnie krążyły jej po głowie, a gdy w końcu spojrzała na zegarek, z przerażeniem uświadomiła sobie, że spędziła w biurze prawie dwadzieścia pięć minut. Nadszedł czas na przejażdżkę na kucykach, a później rodzice zaczną odbierać swoje pociechy. Wreszcie i ona będzie mogła wrócić do domu. Ta myśl podniosła ją na duchu. Wyszła na dwór dokładnie w chwili, gdy na horyzoncie pojawiły się dzieciaki; pierwszą grupę prowadził Guy, drugą – Janet. Na widok kucyków znowu zaczęły piszczeć z podekscytowania.

– Jednorożce! – wrzasnęła Harriet.

Gwar dziecięcych głosów, przypominający szczebiot szpaków, jeszcze bardziej się nasilił, gdy ruszyły biegiem w kierunku stajni. Całą dwudziestką. Nie, jednak dziewiętnastką. Elsa policzyła jeszcze raz. W grupie Janet było tylko dziewięcioro dzieci. Podbiegła do nich i odciągnęła Janet na bok.

– Brakuje jednego dziecka.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Niemożliwe. Podzieliliśmy dzieci na grupy i poszliśmy do zagród, żeby się trochę wyciszyły. Były takie nakręcone. Grupa Guya liczyła dziesięć, a moja – dziewięć osób.

– Razem było ich dwadzieścioro. – Serce Elsy zatrzepotało. Wyraz twarzy Janet zmroził jej krew w żyłach.

– Czy możecie się ustawić w dwuszeregu? – zawołała Janet. – Żadnego dotykania kucyków! Pamiętacie, co wam mówiłam wcześniej na temat straszenia zwierząt? Nie chcemy, żeby któreś z was pogryzły.

Chociaż powiedziała to ze spokojem, puls Elsy gwałtownie przyspieszył, kiedy dzieci zaczęły się ustawiać w dwuszeregu.

– Dlaczego ja nie mogę pogłaskać konika? – zapytała Harriet, odłączając się od reszty, po czym podeszła do najbliższego z kucyków. – To przecież moje urodziny.

– Za chwilę, Harriet – odparła Elsa trochę zbyt stanowczo. Dolna warga dziewczynki zadrżała, w oczach pojawiły się łzy. Pani Downing będzie niepocieszona, że jej cudowne dziecko zostało zbesztane, ale w tej chwili było to najmniejsze ze zmartwień Elsy.

– Czy możecie mi powiedzieć, kogo brakuje? – zapytała ze spokojem Janet.

Dzieci spojrzały po sobie ze zdziwieniem. W końcu jedno z nich – dziewczynka z warkoczykami i szczerbatym uśmiechem – podniosło rękę. Elsa pamiętała, że miała na imię Audrey, tak jak jej matka.

– Nie ma Avy Sawyer – oznajmiła dziewczynka. – Poszła do toalety, ale to było dawno temu.

Część dzieciaków zaczęła coś do siebie szeptać. Harriet, która uwielbiała być w centrum uwagi, odezwała się pierwsza:

– Ona zawsze gdzieś łazi.

Elsa zignorowała tę uwagę.

– Dlaczego nic mi nie powiedziała? – zwróciła się do Audrey. – Prosiłam, żebyście mi zgłaszali takie rzeczy.

– Powiedziała, że wie, gdzie jest toaleta. Pani była zajęta Freddiem i Thomasem, a ona nie mogła dłużej czekać.

Serce Elsy tłukło się o żebra, jej oddech przyspieszył. Musiała wtedy zażegnać konflikt między chłopcami, którzy prawie się pobili o dinozaura. Jeden oskarżył drugiego, że tamten oszukiwał podczas zabawy w przypnij ogon osiołkowi. Nie zauważyła, by ktokolwiek wychodził ze stodoły. Pilnowała bawiących się dzieci i nie zwróciła uwagi na Avę, która oddaliła się bez słowa. Musiała się wcześniej pomylić w liczeniu. Z trudem przełknęła ślinę. To była wyłącznie jej wina. Dziecko wyszło bez opieki i nie wróciło. Być może wciąż błąkało się po rozległym terenie. Elsa miała rozpaczliwą nadzieję, że tak właśnie jest. Pozostałe możliwości za bardzo ją przerażały.

Janet poszła sprawdzić toalety, na wypadek gdyby dziewczynka zatrzasnęła się w kabinie albo się pochorowała. Pozostałe dzieci szybko straciły zainteresowanie zniknięciem koleżanki i zaczęły się nudzić – kopały kamienie i głośno marudziły, że nie mogą się przejechać na kucykach. Elsa poczuła, że znowu rośnie jej ciśnienie. Pozwoliła Guyowi zabrać pierwszą parę – Harriet i jej najlepszą przyjaciółkę, Rainey Kilburn – na przejażdżkę, a sama pilnowała reszty dzieci. Janet wróciła z zatroskaną miną i tylko pokręciła głową. Razem z nią zjawiły się dwie osoby z pracowni rękodzieła.

– Nikogo tam nie ma. Ted i Kristin też jej nie widzieli.

– Jak wygląda Ava? – zwróciła się Elsa do Audrey.

– Ma na sobie żółtą sukienkę. I nosi okulary.

Elsa kojarzyła tę dziewczynkę: kruchą jak laleczka, z porcelanową cerą i długimi blond włosami, ubraną w cytrynową sukienkę, która wisiała na jej kościstej sylwetce jak na wieszaku. Chyba nie czuła się najlepiej w towarzystwie innych dzieci i wolała trzymać się na uboczu.

– Powiadom całą załogę – zwróciła się cicho do Janet. – Zamknij centrum i nadaj komunikat przez głośniki. – Już podczas wypowiadania tych słów miała bolesne przeczucie, że to wszystko na nic. Od zniknięcia Avy minęło aż czterdzieści minut i gdyby ktoś ją spotkał, z pewnością odprowadziłby ją do kas albo poinformował któregoś z pracowników. Elsa powiodła wzrokiem po twarzach dzieci, całym sercem modląc się o to, by dziewczynkę udało się znaleźć.

– Czy Ava poszła do domu? – zapytała Audrey.

– Nie wydaje mi się – odparła Elsa. – Myślę, że nadal gdzieś tu jest.

Mówiąc to, zobaczyła zbliżających się w jej stronę uśmiechniętych rodziców. Na ich widok serce znowu podeszło jej do gardła. Od razu poznała kobietę, która miała równie delikatne rysy jak córka. Przyjechała matka Avy.

 

ROZDZIAŁ 1

WTOREK, 25 KWIETNIA 2017 ROKU

Tony Mellows przechadzał się wokół ogromnego grzęzawiska udającego plac budowy. Ta cholerna pogoda od początku krzyżowała im szyki. Prognozy synoptyków były warte funta kłaków. Tego dnia miało być sucho, tymczasem stał po kostki w błocie i znowu padał deszcz. Lało przez cały dzień. Tony energicznie strząsnął krople z gęstych włosów.

Ulewom nie było końca, ale termin to termin, trzeba kopać. Nowi właściciele chcieli zdążyć z budową szklarni i nowoczesnych budynków przed wielkim otwarciem w lipcu i chociaż natura rzucała budowlańcom kłody pod nogi, to musieli wziąć się do roboty i oczyścić teren.

Dał znać kierowcy wielkiej koparki podskakującej na wybojach z łyżką kołyszącą się ze szczękaniem na boki. Bob odwzajemnił uśmiech i wypowiedział bezgłośnie: „Ty fiucie”.

Adresat zniewagi stał obok Tony’ego, ubrany niestosownie do okazji – w stalowoszary garnitur, białą koszulę ze spinkami przy mankietach i czerwony krawat.

– Kiedy pana zdaniem zaczniecie stawiać nowe budynki? – zapytał.

Neil Linton trzymał nad starannie ufryzowaną głową parasol z logo Centrum Ogrodniczego Poppyfields. Był szefem projektu i można by pomyśleć, że dostanie udaru albo padnie na zawał, jeśli ekipa nie dotrzyma terminu. Śliski typ ze sztuczną opalenizną sprawiał wrażenie permanentnie zmartwionego. Zaciągnął się głęboko papierosem – trzecim od chwili przyjazdu na teren budowy – i pstryknął nim na rozmokłą ziemię. Z niedopałka wciąż sączyła się smużka bladoszarego dymu, ale on nawet na nią nie spojrzał. Nie odrywał oczu od koparek porządkujących teren. Poppyfields, potężne konsorcjum, wykupiło niedawno Centrum Ogrodnicze i Farmę w Uptown i zamierzało powiększyć obiekt, aby wykorzystać cały teren, aż po ogrodzenie. Neil miał tego dopilnować.

Tony wymamrotał odpowiedź, która utonęła w szczęku pracujących koparek i bębnieniu kropli deszczu o parasol. Był przyzwyczajony do ludzi, którzy próbowali wywrzeć na nim presję, jednak w tak paskudny i mokry dzień nawet najnowocześniejsze maszyny i najbardziej doświadczeni pracownicy nie zdziałaliby cudów. Mogli usunąć gałęzie, stare krzaki i uprzątnąć teren, ale jeśli pogoda się nie poprawi, trzeba będzie przesunąć termin realizacji projektu o dobrych kilka tygodni. Nie da się wylać fundamentów w podmokłym gruncie.

Tony próbował przemówić do rozsądku szefowi projektu, który patrzył na niego groźnie.

– Będę z panem szczery – powiedział Neil. – Zostawiliśmy sobie niewielki zapas czasu, ale nie możemy za długo zwlekać. Musimy jak najszybciej skończyć budowę, uruchomić nowe obiekty i zacząć na nich zarabiać. Nie muszę panu chyba przypominać, że zgodnie z warunkami umowy…

– Znam warunki umowy – warknął na niego Tony. Pieprzona umowa. Przeklinał dzień, kiedy zgodził się na tak wyśrubowany termin. Jeśli go nie dotrzymają, straci całkiem sporą część wynagrodzenia, na co nie bardzo mógł sobie pozwolić. – Przecież pracujemy, prawda? Pomimo gównianej pogody ekipa urabia sobie ręce po łokcie. Skończymy w terminie.

Neil kiwnął głową, chociaż minę miał niewzruszoną. Nagle rozdzwonił się jego telefon, oddalił się więc, żeby odebrać.

Teren miał powierzchnię ośmiu hektarów, z czego ponad połowa była już zabudowana. Pozostały obszar należało dopiero zagospodarować. Zadanie nie w kij dmuchał, ale gdyby pogoda traktowała ich łaskawiej, prace na pewno byłyby już o wiele bardziej zaawansowane.

Na placu budowy nastąpiło nagłe poruszenie. Mężczyzna doglądający pracy koparek zaczął szaleńczo wymachiwać rękami i krzyczeć:

– Stop! Przerwij pracę!

Bob, jeden z pracowników Tony’ego z najdłuższym stażem, wyłączył silnik i odkrzyknął do kolegi. Musiało się stać coś poważnego.

– Kurwa! – zaklął pod nosem Tony. Jeśli przecięli kabel elektryczny, słono za to zapłacą. Ruszył przed siebie, grzęz­nąc w lepkim błocie.

Maszyny ucichły. Bob wygramolił się z kabiny koparki i dołączył do stojących nieopodal kolegów. Na widok To­ny’ego zawołał:

– Szefie, tutaj!

Zamieszanie zwróciło również uwagę Neila, który po skończonej rozmowie obserwował, jak brygadzista podszedł do grupy mężczyzn i przykucnął w błocie; krople deszczu bębniły w czaszę parasola, kiedy patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę. Tony dźwignął się z ziemi, potrząsnął głową i przeciągnął dłonią po włosach, a później poklepał Boba po plecach. Przyłożył do ucha telefon komórkowy. Mężczyźni cofnęli się parę kroków i stali teraz niczym wartownicy ze spuszczonymi głowami, jakby nie chcieli patrzeć na to, co przed chwilą odkopali.

Tony ruszył biegiem w stronę Neila, wyraźnie słyszał jego głos:

– Tak. Jak najszybciej. Teren dawnego Centrum Ogrodniczego i Farmy w Uptown.

Neil zmarszczył czoło, gdy brygadzista wreszcie się przy nim zatrzymał.

– Co się tam, u diabła, stało? Dlaczego wyłączyliście maszyny? Przed chwilą dzwonił szef. Chciał wiedzieć, co już się udało zrobić, i nie był zachwycony opóźnieniem. Rozumie pan chyba, jakie to dla nas ważne? Jeśli nie dotrzyma pan terminu, będziemy musieli wyciągnąć z tego konsekwencje.

Tony spojrzał na niego z obrzydzeniem.

– Nie mam na to wpływu. Może pan sobie robić, co chce, ale kończymy na dzisiaj pracę. Znaleźliśmy ciało. Nie będziemy więcej kopać.

*

– Nie obchodzi mnie, że Ben Lincoln ma takie buty. Nie stać nas na nie – oznajmiła komisarz Natalie Ward, ignorując rozczarowanie malujące się na twarzy piętnastoletniego syna. – Twoje urodziny są dopiero za trzy miesiące, a poza tym masz już parę całkiem dobrych adidasów.

– Taaatooo – jęknął Josh.

– Nie mam w tej sprawie nic do gadania – odparł David. – Nie jestem już głównym żywicielem rodziny.

Treść i gorzki wydźwięk słów męża dotknęły Natalie do żywego. Jeśli szybko nie załagodzi sprawy, znowu zaczną się kłócić o pieniądze i pracę, na co nie miała najmniejszej ochoty.

– Posłuchaj, jeżeli nie przejdzie ci do urodzin, to zastanowimy się z tatą, czy nie kupić ci tych butów, ale wiesz, jak to z tobą jest, Josh. Nike Air Force czy nie, za parę tygodni się nimi znudzisz i zamarzysz o czymś innym. Zobaczymy, co powiesz za miesiąc czy dwa – próbowała przemówić synowi do rozsądku, starając się zachować beztroski ton i nie patrzeć w stronę męża. Znając życie, na pewno jej nie poprze. Będzie siedział jak kołek, tak samo jak do tej pory, z założonymi rękami, spuszczonym wzrokiem i wysuniętą dolną wargą. Chryste Panie! Czasami miała wrażenie, że dzieli dom z trzema humorzastymi nastolatkami. Jeśli do tego wszystkiego zjawi się jeszcze trzynastoletnia Leigh i zacznie narzekać na szkołę, znajomych albo mięsną zapiekankę właśnie przygotowywaną na kolację, Natalie wyląduje w psychiatryku.

Uniosła rękę do góry, dając synowi do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną, i zignorowała mordercze spojrzenie Josha. Zadziałało. Chłopak poszedł na górę i zamknął się w swoim pokoju.

– Moglibyśmy kupić mu te buty – odezwał się David.

– Na litość boską! Toniemy po uszy w długach. W tym miesiącu musimy jeszcze spłacić kartę kredytową i tę cholerną hipotekę.

Dolna warga jeszcze bardziej mu się wywinęła. Natalie spróbowała zapiekanki. Nie mogła obwiniać męża o wszystkie domowe problemy, poza tym jedno z nich musiało się zajmować dziećmi, o czym często jej przypominał. Josh i Leigh nie zawsze mogli na nią liczyć. David przynajmniej spędzał większość czasu w domu.

Josh był starszy i bardziej poukładany, łatwiej zażegnywał coraz częstsze konflikty z dojrzewającą siostrą. Nie był złym dzieciakiem i Natalie chętnie zafundowałaby mu parę nowych butów, ale fakty były nieubłagane: zarobki Davida, tłumacza freelancera, ledwie starczały na jedzenie. Gdyby nie jej etat komisarza policji w Samford, tkwiliby po uszy w gównie.

Natalie przykryła naczynie żaroodporne i wstawiła z powrotem do pieca. Zapiekanka smakowała całkiem znośnie, choć ona nigdy nie uważała się za boginię domowego ogniska.

– Mogłabym wziąć kilka dodatkowych dyżurów… – zaczęła.

– Rany boskie, nie rób mi tego! – David zerwał się na równe nogi.

– Niby czego? – zapytała, chociaż doskonale znała odpowiedź. Utrata stanowiska tłumacza w kancelarii prawnej, gdzie pracował przez dwadzieścia lat, była jednym z najgorszych doświadczeń, jakie spotkały Davida w życiu. Nie udało mu się znaleźć podobnej pracy, musiał więc szukać zleceń jako wolny strzelec. Sęk w tym, że w dobie cyfryzacji jego umiejętności nie były aż tak cenione. Z trudem znosił świadomość, że to żona dźwiga na barkach ciężar utrzymania rodziny. Był to dla niego bolesny cios i chociaż wielokrotnie słyszał od niej, że to bez znaczenia i że świetnie się sprawdza w roli ojca, oboje znali prawdę: David potwornie się tym gryzł. Nie był przyzwyczajony do grania drugich skrzypiec.

– Masz ochotę na drinka? – zapytała, próbując załagodzić atmosferę.

– Jeszcze nawet nie ma szóstej.

– Daj spokój. W lodówce zostało trochę wina. Zapiekanka może poczekać. Josh nie jest na razie głodny, zresztą i tak musi ochłonąć. Podarujemy mu te cholerne buty w ramach wcześniejszego prezentu urodzinowego, jeśli uważasz, że naprawdę mu na nich zależy.

– Chodzi o akceptację ze strony rówieśników, Nat. To ważne. Nie jest mu łatwo odnaleźć się w grupie.

– Przecież wiem.

Jej twarz złagodniała. Josh był świetnym chłopakiem, ale miał swoje problemy – nosił aparat na zęby i koledzy z klasy bezlitośnie się z niego nabijali. Dzieciaki musiały sobie czymś zasłużyć na szacunek rówieśników, a w przypadku Josha to raczej modne ciuchy niż najnowszy model smartfona sprawiały, że czuł się kimś. Natalie żałowała, że nie szanowano go ze względu na intelekt – syn był naprawdę bystry.

David sprawiał wrażenie zadowolonego z jej odpowiedzi.

– No to napijesz się wina? – powtórzyła.

– Okej. Ale tylko jeden kieliszek. Muszę przetłumaczyć skrypt dla klienta, który chciał go mieć na wczoraj. – Przeciągnął się i ziewnął. To był dla niej sygnał, że napięcie minęło.

Posłała mu uśmiech. Zlecenie pewnie nie było aż tak ważne, jak to przedstawił, ale pozwoliła mu się nacieszyć chwilą. Czuła, że jej mąż musi się dowartościować.

Odwróciła się w stronę lodówki i wyjęła z niej schłodzoną butelkę chardonnay. W tym samym momencie zaczęła wibrować leżąca na kuchennym blacie komórka. Dzwonili do niej z pracy.

David zacisnął usta w wąską kreskę i wyraźnie zmarkotniał.

– Powinnaś odebrać – stwierdził, wychodząc z kuchni.

– Davidzie! – zawołała, ale było już za późno. Zamknął się w gabinecie. Z pokoju Josha dobiegły ciężkie, świdrujące bity. Muzyka grała na cały regulator. Natalie włożyła palec do ucha, żeby stłumić hałas, i dopiero wtedy odebrała telefon.

– Tu Aileen.

Rozbrzmiewający w telefonie głos z południowoirlandzkiem akcentem brzmiał łagodnie i melodyjnie. Aż trudno było uwierzyć, że należał do nadinspektor Aileen Melody, jednej z najtwardszych policjantek, jakie znała Natalie – mocarnej oficer, która błyskawicznie wspięła się po szczeblach kariery, ze stażem w londyńskiej policji, gdzie najpierw pracowała w obyczajówce, a później dowodziła oddziałami antyterrorystycznymi. Skoro Aileen do niej dzwoniła, to znaczy, że wydarzyło się coś naprawdę złego.

– O co chodzi?

– Dzwonię do ciebie, ponieważ brałaś udział w dochodzeniu w sprawie Olivii Chester.

Natalie ścięło krew w żyłach na wspomnienie sprawy, do której została przydzielona w dwa tysiące piętnastym roku. Jej finał był tragiczny.

– Potrzebuję twojej pomocy.

– Znaleźliście ciało?

Milczenie nadinspektor wystarczyło za całą odpowiedź.

– Kiedy? – spytała Natalie.

– Godzinę temu. Śmierć nastąpiła dość dawno. Zdaniem patologów ciało przeleżało w ziemi kilka lat i należało do dziecka.

– W jakim wieku?

– Jeszcze nie wiadomo.

Natalie starała się nie myśleć o ostatnim razie, kiedy widziała zwłoki dziecka.

– Zaraz tam będę. Już wyjeżdżam.

Kiedy zabierała z przedpokoju torbę ze sprzętem potrzebnym na miejscu zbrodni, z gabinetu wyszedł David. Stał w korytarzu z czołem zmarszczonym od niewypowiedzianych pytań i patrzył w milczeniu, jak żona sięga po płaszcz i kluczyki do samochodu.

– Zapiekanka będzie gotowa za kwadrans.

Kiwnął potakująco głową, a gdy otworzyła drzwi, rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć. Natalie wyszła z domu, skupiona na tym, co ją czekało. Wyczuła intencje męża i odwróciła się w jego stronę, ale zdążył już zacisnąć usta i w milczeniu zamknął za nią drzwi. Niezależnie od tego, co zamierzał powiedzieć, było już na to za późno.

Wsiadła do samochodu i oparła dłonie na chłodnej, pokrytej skórą kierownicy. Dziecko. Tym razem musi zrobić wszystko jak należy. Nie mogła sobie pozwolić na popełnienie drugi raz tego samego błędu.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI