Ukryty geniusz. Pigułki na rozum, hakerzy mózgu i sekrety inteligencji - Adam David - ebook

Ukryty geniusz. Pigułki na rozum, hakerzy mózgu i sekrety inteligencji ebook

Adam David

0,0
45,90 zł

lub
Opis

Kolejna książka autora bestsellera ,Człowiek, który nie mógł przestać Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny? Badacze na całym świecie pracują nad sposobami poprawy działania naszego mózgu, byśmy stawali się coraz bystrzejsi i zdolni do większej koncentracji. David Adam próbuje odpowiedzieć na pytania: Czym jest inteligencja? W której części mózgu się znajduje? I przede wszystkim: Czy można ją zmienić i ulepszyć? Autor na własnej skórze sprawdza skuteczność rewolucyjnych „pigułek na rozum” i elektrostymulacji, opowiada o mrocznych dziejach testów na inteligencję oraz spotyka się z sawantami i hakerami mózgów. W ironiczny sposób opisuje też Mensę, której jest członkiem, bezlitośnie obnażając słabości tej instytucji.

David Adam zadaje ważne pytania o to, czy i w jaki sposób nauka powinna klasyfikować ludzi ze względu na inteligencję oraz jak daleko można się w posunąć w próbach podwyższania poziomu inteligencji.

To błyskotliwa i ironiczna książka, która daje do myślenia… David Adam rzeczywiście sprawia, że czytelnicy stają się inteligentniejsi. Adam Rutherford, BBC Radio 4.Brawurowo napisana książka o tym, czym jest inteligencja i jak można zwiększyć jej poziom.

-„Sunday Times”

W tej przystępnie napisanej książce Adam opowiada mnóstwo fascynujących anegdot, chociażby o powstaniu testów na inteligencję. Przedstawia też przezabawną, a momentami niepokojącą historię badań nad mózgiem i sposobów mierzenia inteligencji. Dzięki niej dowiecie się, co niesie z sobą przyszłość, w której poprawianie zdolności kognitywnych będzie na porządku dziennym.

-„Library Journal”

David Adam uważnie przygląda się testom na inteligencję powstającym od ponad stu lat. Ukryty geniusz to świetna książka.

-Trevor Robbins, „Nature”

David Adam – doktor inżynierii chemicznej i niezależny dziennikarz popularnonaukowy. Były redaktor naczelny „Nature”, wcześniej korespondent specjalny dziennika „The Guardian”. Za swoje teksty poświęcone zagadnieniom nauki, medycyny i ochrony środowiska otrzymał tytuł publicysty roku nadawany przez Stowarzyszenie Brytyjskich Dziennikarzy Naukowych. W dziennikarskich podróżach dotarł do Antarktyki, Arktyki, Chin i w głąb amazońskiej dżungli. Jego poprzednia, wielokrotnie nagradzana, książka, Człowiek, który nie mógł przestać, znalazła się na liście bestsellerów „Sunday Times”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 380

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Seria #nauka

konsultacja merytoryczna
dr hab. Aleksandra Gruszka-Gosiewska, prof. UJ

Projekt serii Marta Jaszczuk

PROJEKT okładki Sebastian Wojnowski

Na okładce: A.A. Newton, Walnuts (Juglans), 1911, U.S. Department of Agri­culture Pomological Watercolor Collection, Rare and Special Collections, National Agricultural Library, Beltsville, MD 20705.

Tytuł oryginału The Genius Within. Smart Pills, Brain Hacks and Adventures in Intelligence 

Copyright © David Adam 2018

First published 2018 by Picador an imprint of Pan Macmillan, a division of Macmillan Publishers International Limited as The Genius Within. Smart Pills, Brain Hacks and Adventures in Intelligence 

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2020 All rights reserved

Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.

ISBN 978-83-233-4775-0


Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12-663-23-80, 12-663-23-82, tel.12-663-23-83 Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98 tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected] Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Fantazja niby logiczna: darmozjad i bogacz mógł sobie naturalnie wyobrazić, że za pieniądze można kupić na rynku nawet rozum, zwłaszcza w Szwajcarii. Zeszło tedy pięć lat na tej kuracji u jakiegoś sławnego profesora i wydano na to grube pieniądze: idiota oczywiście rozumu nie nabrał, ale jednak stał się, zdaniem wielu, choć troszkę podobny do człowieka.

Fiodor Dostojewski, Idiota1

Wstęp

Twój mózg potrafi znacznie więcej. Wiem to, bo choć twój mózg jest niepowtarzalny, w gruncie rzeczy nie jest niczym wyjątkowym. Istnieją miliardy mózgów podobnych do twojego. A w niektórych – dokładnie takich jak twój – dzieje się coś nadzwyczajnego.

Coś nadzwyczajnego stało się także z moim mózgiem i właśnie dlatego piszę tę książkę. Przemiana, jaka dokonała się w moim mózgu, otworzyła mi oczy na nowe możliwości. Poprawiła się moja zdolność koncentracji, wyostrzyła pamięć, poszerzyły zdolności poznawcze. Zacząłem lepiej komunikować swoje myśli i stałem się życzliwszym słuchaczem. Gwałtownie wzrosła efektywność mojej pracy. Moje życie rodzinne stało się szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące. Osiągnąłem to wszystko dzięki odnalezieniu i uaktywnieniu części mego mózgu, która zbyt długo pozostawała uśpiona.

Owego obszaru prawdopodobnie nie da się wskazać na skanie mózgu. To raczej funkcja umysłu, drzwi we wnętrzu mojej świadomości, do których otrzymałem klucz. Bo – wbrew temu, co być może słyszałeś – to nieprawda, że używamy zaledwie około 10 procent naszego mózgu, a potencjał reszty pozostaje niewykorzystany. Nasze komórki mózgowe są tak bardzo przeciążone pracą, że większość z nich wykonuje kilka zadań równocześnie. Żadna nie jest bezczynna.

Prawdą jest jednak, że mamy dostęp jedynie do ułamka tego, co potrafi mózg – twój mózg. Większość ludzi nazywa to umysłem, ale równie dobrze możesz użyć innego określenia, które ci najbardziej odpowiada – dusza, świadomość albo „duch w maszynie”. Najważniejsze, że można to modyfikować. Tym, co leży odłogiem, jest znaczna część nie struktury, leczfunkcji mózgu – twojego mózgu.

Mapowanie oraz zrozumienie działania mózgu, a także odkry­wanie metod zmiany owego działania to zadania współczesnej neuro-­nauki, sztandarowej dyscypliny naukowej XXI stulecia. Funkcjonowanie mózgu opiera się na połączeniach. Podobnie jak starożytni, którzy poszukiwali ładu w przypadkowym rozmieszczeniu gwiazd na nieboskłonie, nakładając nań schematy i rysunki, mózg posiłkuje się obwodami, sekwencjami i konstelacjami połączeń, aby z aktywności miliardów jego pojedynczych komórek mogły się narodzić koordynacja i poznanie. Wszystko – od wspomnień i matematyki po żal, wgląd i geniusz – jest uzależnione od sposobu, w jaki komórki mózgu nawiązują i zrywają połączenia ze swymi sąsiadkami oraz wykorzystują owe połączenia, aby się z sobą komunikować. Ale nauka ma dla nas niespodziankę: dysponuje dziś narzędziami umożliwiającymi manipulowanie tymi połączeniami i wzmacnianie ich w razie potrzeby. Współczesna nauka o mózgu nie ogranicza się już wyłącznie do obserwacji. Może ingerować w pracę mózgu i umysłu, aby wywołać w nich pożądane zmiany. Aby sprawić, że będą działać lepiej.

Mój mózg zaczął działać lepiej pod wpływem terapii, której zostałem poddany w procesie leczenia choroby psychicznej. Cierpiałem na ostrą postać zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego (OCD – ang. obsessive-compulsive disorder), nazywanego także nerwicą natręctw, które przejawiało się w postaci przesadnego i irracjonalnego strachu przed zarażeniem HIV i AIDS. W funkcjonowaniu mego umysłu istniał swego rodzaju ślepy punkt, który uniemożliwiał mi akceptowanie najmniejszego nawet ryzyka – ale tylko w odniesieniu do tej jednej choroby. Poddałem się terapii poznawczo-behawioralnej, a dzięki serii ćwiczeń umysłowych nauczyłem się radzić sobie z utrudniającymi mi wcześniej normalne funkcjonowanie lękami, takimi jak na przykład niepoważna, obsesyjna myśl, że skażona krew wpadła mi do oka, kiedy biegałem w czasie deszczu. W 2014 roku napisałem książkę o OCD i moich doświadczeniach, w której tak przywołuję swoją przemianę:

Moja świadomość unosiła się ponad moimi lękami jak kamera przechodząca od widoku pojedynczego domu do widoku ulicy, miasta, później przedmieść i całej okolicy. Przedtem OCD zakłócało ten proces. Ile razy starałem się przejść do panoramicznego ujęcia, zawsze gdzieś pozostawał irracjonalny lęk, jak brudna smuga na obiektywie. A teraz ryzyko zarażenia wirusem HIV na wszystkie mało prawdopodobne sposoby zmniejszyło się, gdy wzniosłem się na wysokość, z której widziałem je w odpowiednim kontekście. Psychologowie nazywają ten moment jasności „widokiem z helikoptera”. Oglądamy krajobraz i wszystkie jego elementy we właściwej skali. Odzyskujemy perspektywę – we wszystkich znaczeniach tego słowa. Z wysokości trzech kilometrów różnica między minimalnym ryzykiem a brakiem zagrożenia – tak wyraźna i ważna dla moich zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych – jest prawie niewidoczna2.

Terapie kognitywne w rodzaju tej, której się poddałem, są często nazywane leczeniem rozmową (talking cures). Są jednak czymś znacznie więcej. Obecnie naukowcy wiedzą, że leczenie rozmową łagodzi cierpienie milionów ludzi poprzez inicjowanie długofalowych zmian w połączeniach między komórkami mózgowymi i w funkcjach mózgu. Jest to stosunkowo nowe odkrycie, lecz skany mózgów osób poddawanych tej terapii wykazują, że przyczynia się ona do wzmocnienia sieci połączeń między różnymi obszarami mózgu. Co więcej, pacjenci, w których mózgach powstaje i „przestawia się” najwięcej połączeń3, osiągają także największą poprawę stanu zdrowia.

Nowe połączenia pomagają tym ludziom dotrzeć do funkcji mózgu, która wcześniej była dla nich niedostępna, lub lepiej ją „dostroić”. Zapewniają im poprawę sprawności poznawczej. Tempo i zakres tych zmian – powstawania nowych połączeń w mózgu – są trudne do przewidzenia. Niektórzy ludzie reagują lepiej i szybciej niż inni, wziąwszy więc pod uwagę ograniczone środki oraz utrudniony dostęp do leczenia chorób psychicznych, przygnębiająca rzeczywistość wygląda tak, że stan części osób, które przechodzą terapię behawioralno-poznawczą z powodu rozmaitych dolegliwości psychicznych, nie poprawia się tak, jak mógł­by się poprawić w ideal­nych warunkach.

Aby zwiększyć skuteczność leczenia, lekarze i naukowcy poszukują metod oddziaływania na mózg, dzięki którym stawałby się on bardziej receptywny, bardziej plastyczny, tak aby taka sama dawka leku i taka sama liczba sesji terapii pozwalały osiągać lepsze ­efekty. Ponieważ jest to nowa dziedzina nauki, opracowywane techniki mają jak dotąd przede wszystkim charakter eksperymentalny. Ich celem jest zmiana sposobu, w jaki mózg tworzy połączenia między komórkami. Opierają się one na dwóch podstawowych strategiach: stosowaniu środków farmakologicznych oraz elektro- i magneto­stymulacji. Leki to przede wszystkim znane związki powodujące poprawę funkcji poznawczych i czynności mózgu, takie jak stosowany w leczeniu narkolepsji modafinil, który ma działanie pobudzające. Stymulacja polega na sztucznym pobudzaniu neuronów za pośrednictwem słabych impulsów elektrycznych przesyłanych bezpośrednio do mózgu lub indukowanych w jego wnętrzu. (W niektórych badaniach stosuje się te techniki samodzielnie – nie mają one bowiem służyć ulepszeniu konwencjonalnych terapii kognitywnych, lecz całkowicie je zastąpić).

W ostatnich latach w czasopismach medycznych pojawiają się liczne studia przypadków pozornie cudownych uzdrowień ­dzięki zastosowaniu owych najnowszych technik, na przykład opis historii ciężarnej kobiety4 wyleczonej z depresji za pomocą elektrostymulacji czy młodego mężczyzny, którego udało się wyprowadzić ze schizofrenii katatonicznej5. Pod wpływem informacji o tych i podobnych sukcesach coraz więcej psychiatrów, naukowców i lekarzy sięga po techniki poprawiania funkcji poznawczych, ­próbując ulżyć w cierpieniu co czwartej osobie na świecie, która – według danych statystycznych – zmaga się z jakąś formą zaburzeń psychicznych.

Co jednak z pozostałymi trzema czwartymi ludzkości, z ludźmi, którzy nie cierpią na takie schorzenia? Jeżeli leki i stymulacja elektryczna mogą sterować powstawaniem połączeń w mózgu, czy nie moglibyśmy wszyscy korzystać z ich dobrodziejstw? Istnieje w końcu długa tradycja używania środków farmakologicznych i rozmaitych zabiegów medycznych nie po to, by leczyć choroby, lecz by poprawiać funkcjonowanie ludzkiego organizmu. Najbardziej charakterystycznym przykładem takich praktyk jest przyjmowanie sterydów przez sportowców, którzy wspomagają się far­makologicznie, aby dzięki dodatkowej masie mięśniowej zyskać siłę i poprawić prędkość. Skoro lekarze i pacjenci stosują dziś rozmaite metody poprawiania funkcji poznawczych, czemu wszyscy inni nie mieliby tego robić?

Czy te metody działają? Czy mogą nam pomóc w zlokalizowaniu i używaniu tych części mózgu, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu? A jeśli tak, czy stosowanie takiego mózgowego dopingu jest uczciwe? Czy powinno być dozwolone, a nawet propagowane? Czy może się przyczynić do poprawy naszej koncentracji? Naszej pamięci? Zdolności matematycznych i językowych? Czy – innymi słowy – poszerzenie funkcji poznawczych może zwiększyć naszą inteligencję? Jakie będą implikacje społeczne tego zjawiska? Za wcześnie jeszcze, by odpowiedzieć na wszystkie te pytania, ale z pewnością nie za wcześnie, by je zadawać. Właśnie to staram się robić w tej książce.

Z inteligencją jest tak jak ze sztuką i pornografią. Zdefiniowanie jej przychodzi nam z wielkim trudem, ale kiedy ją widzimy, potrafimy bezbłędnie rozpoznać. I bezustannie się o nią spieramy. Zróżnicowane podejście do kwestii inteligencji przyczynia się do tworzenia głębokich podziałów między ludźmi na podstawie kryteriów naukowych, kulturowych, politycznych, a przede wszystkim edukacyjnych. Wywierają one wpływ na kierunki polityki i determinują przyszłość milionów ludzi. Były i są nadal wykorzystywane jako pretekst do segregacji i okaleczania dzieci, jako uzasadnienie niezasłużonych przywilejów i jako usprawiedliwienie dyskryminacji, uprzedzeń i nienawiści. Mimo różnorodności postaw i poważnych tez fundamentalne konkluzje badań nad inteligencją są całkiem proste i nie budzą większych kontrowersji. Tak, geny mają pewien wpływ na poziom inteligencji (a przynajmniej IQ). Tak, IQ to całkiem dobry przybliżony wskaźnik tego, co większość ludzi uznaje za inteligencję. Próby sprowadzenia całego spektrum wartości i zdolności jednostki ludzkiej do pojedynczej liczby, takiej jak wskaźnik IQ, są z gruntu mylące i redukcjonistyczne.

Ludzka inteligencja to naukowe pole minowe, ponieważ inteligencja jednostki sama w sobie jest bez znaczenia. Inteligencja bowiem to nic innego jak ocena relatywnych różnic uzdolnień występujących między ludźmi. Owe różnice wykorzystywane są do kategoryzowania, oceniania i dzielenia. Za sprawą różnic w poziomie inteligencji – rzeczywistych i postrzeganych – ludzie od dawna doświadczają najrozmaitszych nieprzyjemności. Ale te same różnice w inteligencji otwierają drogę do poprawy funkcji poznawczych. Jedną z ciekawszych różnic jest zespół sawanta.

Sawanci to z reguły osoby o niskiej inteligencji według większości ogólnie przyjętych standardów, wykazujące jednak ponadprzeciętne zdolności w zakresie jednej funkcji poznawczej. Są to ludzie, którzy często nie potrafią się samodzielnie ubrać lub prowadzić zwykłej rozmowy, lecz mają oszałamiające zdolności arytmetyczne albo zapamiętują każde słowo z każdej książki, którą przeczytali w ostatnim tygodniu. Zespół sawanta jest powszechnie kojarzony z autyzmem, lecz choć związek między tymi zaburzeniami istnieje, nie są one bynajmniej tożsame. Świadczy o tym chociażby fakt, iż sawantów jest znacznie mniej niż osób ze spektrum autyzmu.

Źródło geniuszu sawantów pozostaje tajemnicą, choć przypuszcza się, że korzystają oni z pewnych funkcji mózgu, które są niedostępne dla reszty z nas. Sieć połączeń w ich mózgach umożliwia im osiąganie niesamowitej sprawności umysłowej dzięki odblokowywaniu jakiegoś dodatkowego poziomu. Możliwe, że jest to swego rodzaju kompensacja funkcji utraconych na skutek uszkodzenia mózgu lub choroby psychicznej. Teoria głosi, że mózg sawanta zasadniczo nie różni się od „zwykłego” mózgu niczym prócz sposobu, w jaki jest używany. W odpowiednich okolicznościach każdy z nas mógł­by także odnaleźć i odblokować te nadzwyczajne umiejętności.

Istnieją dowody na potwierdzenie tej tezy, ponieważ zespół sawanta nie zawsze bywa wrodzony. Niektórzy ludzie stają się sawantami. W ich przypadku nowe zdolności matematyczne, pamięciowe lub artystyczne pojawiają się znikąd, niekiedy w późnym okresie życia, a często w następstwie urazów lub schorzeń mózgu. Wydaje się, że takie choroby, jak demencja, mogą wyzwalać talent artystyczny, a urazy głowy – pamięć fotograficzną. Można stwierdzić nie bez podstaw, że niektóre z owych zmian w mózgu – oraz będące ich następstwem zmiany połączeń – zwiększają ludzką inteligencję. Pokazują nam, do czego jest zdolny nasz mózg. Nie powinniśmy jednak podchodzić do tej kwestii z przesadnym entuzjazmem. Mimo sposobu, w jaki bywają przedstawiane przypadki nabytego zespołu sawanta (niekiedy przez samych sawantów), zmiany nie zawsze prowadzą do narodzin geniusza. Nie każdy może się stać drugim Einsteinem czy Mozartem. Talent jest dobrem racjonowanym. Przypadki usprawnienia funkcji poznawczych pozwalają jednak przypuszczać, że każdy mózg mógł­by pracować lepiej. Rzecz w tym, czy owych pożądanych zmian w mózgu można dokonać w bezpieczny, rzetelny sposób w kontrolowanych warunkach. W nadziei na zwiększenie zdolności poznawczych niewielu z nas miałoby ochotę walić głową w chodnik i liczyć na pozytywny rezultat takiego zabiegu.

Właśnie tutaj na scenę wkracza nauka. Te same badania, których celem jest zmiana sieci połączeń w mózgu, dzięki której więcej pacjentów psychiatrycznych będzie mogło odczuć lecznicze efekty terapii kognitywnej, mogłyby także zapewnić nam wszystkim bezpieczne i sprawdzone metody ulepszania innych funkcji umysłowych. Naukowcy chcieliby, żeby te badania były prowadzone jak najstaranniej, z zastosowaniem należytych środków ostrożności. Marne szanse. Studenci kupują już na czarnym rynku tabletki pobudzające funkcje poznawcze (tzw. smart pills lubsmart drugs), takie jak modafinil, i zażywają je przed egzaminami. Domorośli eksperymentatorzy konstruują własne zestawy do stymulacji mózgu i wypróbowują je na sobie, pragnąc poprawić swoją pamięć, koncentrację i zdolności matematyczne. Firmy technologiczne sprzedają już gotowe wersje takich zestawów dla indywidualnych klientów.

W niniejszej książce eksploruję granice poszerzania możliwości poznawczych. Rozpatruję zagadnienia naukowe i kwestie etyczne, starając się dociec, dlaczego nasza inteligencja – a także próby jej zrozumienia, zdefiniowania, zmierzenia i ulepszenia – nie satysfakcjonuje tak wielu ludzi. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czym jest inteligencja i w której części mózgu się znajduje. Zobaczymy też, jak można ją zmieniać. Ponieważ, czy nam się to podoba, czy nie, nadchodzi czas zmian. Poszerzanie możliwości poznawczych daje nadzieję na wsparcie tym, którzy go potrzebują. I na pomoc tym, którym nie jest potrzebna. Przyjrzymy się obydwu aspektom.

1 F. Dostojewski, Idiota, tłum. J. Gładyś, Zielona Sowa, Warszawa 2005, s. 172.

2 D. Adam, Człowiek, który nie mógł przestać. Opowieści o nerwicach natręctw, tłum. A. Homańczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016, s. 157.

3 L. Mason i in., Brain Connectivity Changes Occurring Following Cognitive Behavioural Therapy for Psychosis Predict Long-Term Recovery, „Translational Psychiatry” 2017, 17 stycznia, vol. 7, s. e1001.

4 V. Sreeraj i in., Monotherapy with tDCS for Treatment of Depressive Episode during Preg­nancy: A Case Report, „Brain Stimulation” 2016, vol. 9(3), s. 457–458.

5 P. Shiozawa i in., Transcranial Direct Current Stimulation for Catatonic Schizophrenia: A Case Study, „Schizophrenia Research” 2013, vol. 146, s. 373–375.

1. Rewolucja w naszych mózgach

Są dwie rzeczy, których możesz nie wiedzieć o krześle elektrycznym. Po pierwsze, zostało skonstruowane przez tego samego człowieka, który wynalazł żarówkę, Thomasa Edisona. Po drugie, Edison skonstruował je nie po to, żeby pochwalić się swoją wiedzą i umiejętnościami, lecz żeby zdeprecjonować technologię swego rywala, biznesmena George’a Westinghouse’a, z którym toczył zaciekły spór na temat przyszłości energii elektrycznej.

Edison nie był zwolennikiem kary śmierci, lecz dla pieniędzy był gotów odłożyć na bok skrupuły natury moralnej. Pod koniec lat osiemdziesiątych XIX stulecia Stany Zjednoczone poszukiwały nowej metody wykonywania egzekucji na więźniach skazanych na śmierć, uznano bowiem, że śmierć przez powieszenie jest zbyt barbarzyńska i nie przystoi krajowi aspirującemu do pozycji supermocarstwa. Stosowne czynniki zainteresowały się wówczas energią elektryczną oraz jej nowo odkrytą zdolnością do uśmiercania. Należało jedynie podjąć decyzję, który z dwóch konkurencyjnych rodzajów prądu elektrycznego nadaje się lepiej do tego celu.

Edison wiązał swoją przyszłość i powodzenie swego biznesu z prądem stałym (DC ze skrótu AC/DC6). Jego rywal, Westinghouse, zagrażał jego interesom, ponieważ przesyłanie liniami energetycznymi prądu zmiennego (AC) było znacznie łatwiejsze i tańsze. W rozwiązaniu Westinghouse’a krył się jednak pewien haczyk – skuteczne przesyłanie prądu zmiennego wymagało, aby miał on wysokie napięcie, za sprawą którego stawał się śmiertelnie niebezpieczny. Po raz pierwszy w historii dochodziło do systematycznych porażeń ludzi prądem elektrycznym. Ofiarami byli zazwyczaj robotnicy, którzy instalowali i konserwowali przewody wysokiego napięcia.

Edison dostrzegł wówczas okazję, aby wykazać, że dzieło jego rywala stanowi poważne zagrożenie. Rozpowiadał na prawo i lewo, że korzystanie z systemu Westinghouse’a jest zbyt niebezpieczne, a tym, których nie zdołał przekonać, demonstrował, jakie szkody może wyrządzić prąd zmienny. Podczas cyklu makabrycznych pokazów, wykorzystując wynalazek Westinghouse’a, podłączał do prądu metalową tacę, a następnie nakłaniał bezpańskie psy do przejścia po jej powierzchni, wabiąc je miską wody ustawioną po przeciwnej stronie. Kiedy psy, skowycząc, padały martwe, Edison tłumaczył obserwatorom, że może ich spotkać to samo. Dodawał jednak z rozbrajającym uśmiechem, że unikną tragedii, jeśli będą zasilać swoje domy i firmy bez porównania bezpieczniejszym prądem stałym o niższym napięciu, dostarczanym przez Edison Corporation.

Człowiekiem, który zasugerował Edisonowi, że elektryczność może posłużyć do wykonywania kary śmierci, był pewien dentysta z Buffalo. W 1887 roku niejaki Alfred Southwick, który widział, jak pijany mężczyzna został śmiertelnie porażony prądem, kiedy dotknął generatora pod napięciem, napisał do Edisona list z pytaniem, który z dwóch rodzajów prądu mógł­by „w każdym przypadku doprowadzić do pewnej śmierci”. Edison odpisał, że najlepszym narzędziem egzekucji będą „alternatory wytwarzane w tym kraju przede wszystkim przez p. Geo. Westinghouse’a w Pittsburghu”.

Westinghouse wpadł w furię, a kiedy zjawili się u niego urzędnicy odpowiedzialni za przeprowadzanie egzekucji, stanowczo odmówił sprzedaży swoich generatorów. Jego protesty nie zdały się jednak na nic. Urzędnikom udało się w jakiś sposób (niemal na pewno z pomocą Edisona) wejść w posiadanie niezbędnego sprzętu i w 1890 roku William Kemmler, morderca, który zabił swoją ofiarę siekierą, został skazany na uśmiercenie na nowiutkim krześle elektrycznym, wykorzystującym prąd zmienny. Oczywiście Edison był zachwycony. Oznajmił triumfalnie, że Kemmler zostanie „zwestinghousowany”.

Egzekucja Kemmlera miała osobliwie nieformalny charakter. Mężczyznę wprowadzono do więziennej piwnicy pełnej ludzi i przedstawiono dwudziestu pięciu osobom zaproszonym w charakterze świadków, wśród których znajdował się co najmniej tuzin niezmiernie zaciekawionych lekarzy. Następnie skazaniec zdjął kurtkę i usiadł na krześle. Przypięto go mocno pasami, przymocowano do ciała elektrody, a twarz zasłonięto czarną chustą. Kiedy na znak strażnika opuszczono dźwignię zamykającą obwód elektryczny, ciało Kemmlera naprężyło się i zesztywniało.

Po siedemnastu sekundach prąd wyłączono, a jeden ze świadków stwierdził zgon. Strażnik skinął głową i zaczął zdejmować elektrodę z głowy więźnia, kiedy ktoś z obecnych krzyknął:

– Dobry Boże! On żyje!

Kemmler był wprawdzie nieprzytomny, ale elektryczność nie sprostała swemu zadaniu.

– Widzicie, oddycha! – krzyknął któryś ze świadków.

– Na litość boską, zabijcie go i miejmy to wreszcie za sobą – ponaglał jeden z dziennikarzy, który zresztą niebawem zemdlał.

Gdy inni świadkowie zaczęli wymiotować, prąd włączono ponownie, tym razem na dłużej.

Kiedy Kemmler został w końcu uśmiercony, naukowcy, lekarze i zwolennicy kary śmierci pragnęli jak najszybciej zbadać jego mózg. Chcieli między innymi określić bezpośrednią przyczynę śmierci. Wiedza ta była niezmiernie istotna, ponieważ umożliwiłaby oficjalne uznanie krzesła elektrycznego za najnowszą, najbardziej humanitarną metodę wykonywania egzekucji. Nikt jednak – i jest to kolejna rzecz, której możesz nie wiedzieć o krześle elektrycznym – jak dotąd nie potrafił stwierdzić, w jaki sposób prąd elektryczny zabił Kemmlera oraz pozostałych 4500 więźniów, których od tamtej pory stracono tą samą metodą.

Mózg Kemmlera wyglądał tak, jakby został ugotowany. Zakrzepła krew była czarna jak węgiel7. W akcie zgonu czytamy: „Nie został spalony na popiół, lecz cały płyn wyparował”.

Inne mózgi poddane działaniu prądu elektrycznego wykazywały natomiast oznaki rozległych urazów wewnętrznych. Ich poszarpane tkanki wyglądały tak, jakby zostały rozdarte przez jakąś niszczycielską siłę. Naukowcy doszli do wniosku, że prąd o wysokim napięciu sprawia, iż mózg dosłownie eksploduje od wewnątrz; przypuszczalną przyczyną są pęcherzyki gazu, które powstają wówczas we krwi.

Skutki oddziaływania elektryczności na ludzkie ciało, a zwłaszcza na mózg, są niemożliwe do przewidzenia. Nadal nie wiemy, co prąd z nimi robi. Tylko Stany Zjednoczone oraz Filipiny8, ich była kolonia, są krajami, które wykorzystują krzesło elektryczne jako jedną z form egzekucji. Dlatego w części stanów USA zakazano jego używania, a więźniowie przebywający w celach śmierci, o ile mają wybór, przeważnie decydują się na stosunkowo pewniejszy śmiertelny koktajl trucizn. Z tego samego powodu, kiedy w małym mieszkanku w pobliżu londyńskiego stadionu Wembley, tuż przed świętem Halloween w 2015 roku, Ukrainiec imieniem Andrew, właściciel kota i miłośnik średniowiecznej broni, przymocowuje elektrody do mojej głowy i pyta, czy jestem gotów i czy może włączyć prąd, z trudem przełykam ślinę, zanim wykrztuszę zgodę. Nie chcę, żeby coś poszło nie tak. Naprawdę nie chcę zostać zwestinghousowany.

Ludzki mózg to ciasno upakowana plątanina 86 miliardów różnych komórek, a liczba możliwych połączeń między nimi – gdyby tylko dało się je policzyć – byłaby większa od liczby czegokolwiek, co można policzyć gdziekolwiek na świecie – nie tylko od liczby ziarenek piasku na plaży, ale też od liczby ziarenek piasku na wszystkich istniejących plażach. Jak wspomniałem we wstępie, słyszy się często, że człowiek wykorzystuje zaledwie 10 procent swojego mózgu. To nieprawda. Wszystkie komórki i tkanki mózgu są przeładowane różnorodnymi funkcjami. Każdy kawałeczek mózgu wykonuje jakieś zadanie, a większość – nawet kilka naraz. Tak więc 90 procent naszego mózgu wcale nie leży odłogiem. Wręcz przeciwnie, jest go za mało, żeby sprostać wszystkim potrzebom. Choć najprawdopodobniej nie wykorzystujemy całego potencjału naszych mózgów.

I tu właśnie wkracza na scenę Andrew ze swymi elektrodami. Andrew należy do rozwijającego się ruchu, którego członkowie ingerują w pracę mózgu, próbując w ten sposób poprawić jego funkcjonowanie. W piwnicach i garażach, ale także na uniwersytetach, w bazach wojskowych i szpitalach naukowcy i pasjonaci stosują najrozmaitsze techniki hakowania, pobudzania i ulepszania ludzkiego umysłu, aby zacząć eksploatować ów niewykorzystany potencjał, sprawić, że mózg będzie lepiej pracować i osiągnie pełnię swoich możliwości. Charakteryzując swoje działania, posługują się terminem neuroenhancement. My możemy je nazywać podnoszeniem poziomu inteligencji.

Byłem zaskoczony, kiedy Andrew zasugerował, że mógł­by pobudzić mój mózg do lepszej pracy za pomocą elektryczności. Umawiając się na spotkanie w jego mieszkaniu, sądziłem, że będziemy rozmawiać o jakimś elektrycznym stymulatorze mózgu w wersji dla majsterkowiczów. Po przyjściu odniosłem wrażenie, że nie dość wyraźnie zaakcentowałem aspekt „zrób to sam”. Tak czy owak, kiedy umieścił zwilżone elektrody na czubku mojej głowy, nie byłem pewien, czy chcę, żeby włączył swoje urządzenie.

– Jesteś gotów? – spytał.

– Tak – odpowiedziałem, myśląc coś wręcz przeciwnego.

– Możesz poczuć lekkie pieczenie.

Umeblowanie mieszkania Andrew jest typowe dla kogoś, kto spędza mnóstwo czasu przy klawiaturze. Tylko fotel stojący przy biurku z komputerem – wygodny, drogi, z czarną skórzaną tapicerką i regulowanym oparciem – wygląda naprawdę porządnie.

Kiedy Andrew nie siedzi przed komputerem, trenuje sztuki walki i samoobronę. Jako że jego mieszkanie jest niewielkie, siedzę tuż obok dużego, ostrego trójzębu. Na ścianie wisi kiścień, najeżona kolcami żelazna kula, zawieszona na grubym łańcuchu przymocowanym do drewnianego trzonka. To nie atrapy ani ozdoby. Andrew mówi mi, że często ich używa. Nie bardzo wiem do czego i nie jestem pewien, czy chcę o to pytać.

Choć trudno w to uwierzyć, trójząb i kiścień nie są najdziwniejszymi elementami wystroju mieszkania Andrew. Wszędzie piętrzą się pudełka pełne jakichś gadżetów i elementy czegoś, co wygląda jak sprzęt stereo, ale nim nie jest. Andrew używa większości tych przedmiotów do stymulowania swojego mózgu za pomocą magnesów, laserów i prądu elektrycznego – zarówno stałego, jak i zmiennego. Naturalnie robi to wszystko, ponieważ wierzy, że mu to pomaga. I jest przekonany, że to działa. Kiedy chce pisać, skupić się albo po prostu odprężyć, wspomaga się stymulatorem mózgu. Nie ma także wątpliwości, że reszta świata już niebawem pozna te metody i doceni płynące z nich korzyści.

Kiedy oglądam mieszkanie, kot Andrew ostrożnie obchodzi leżący na biurku przedmiot, który – jak sądzę – był wcześniej kaskiem zawodnika futbolu amerykańskiego. Został przerobiony na stymulator mózgu i teraz pełno na nim elektrod i przewodów. Pytam, czy to kask drużyny San Diego Chargers9, ale mój gospodarz najwyraźniej nie rozumie żartu. Pyta, czy mam ochotę na kawę.

Kiedy Andrew, umieściwszy elektrody na właściwych miejscach, naciska włącznik, prąd elektryczny – dość słaby, ale wystarczający do zapalenia małej żarówki – płynie przez przewód łączący czarne pudełeczko w jego dłoni z czubkiem mojej głowy, przechodzi przez czaszkę i przenika na dobrych parę centymetrów w głąb mózgu. Pod wpływem tego bodźca komórki mózgowe w tamtym rejonie wykazują większą aktywność i skłonność do tworzenia połączeń z sąsiadkami i koleżankami. Zostają więc wytyczone trasy między sąsiadującymi z sobą neuronami i już po chwili ten maleńki fragment mojego mózgu, ułamek mojego aparatu poznawczego zostaje pobudzony do nieco lepszego działania. Tak przynajmniej głosi teoria. W rzeczywistości nikt nie ma pojęcia, co Andrew i jego elektryczny stymulator domowej roboty wyprawiają z moim mózgiem. Wiedza na ten temat jest równie nikła jak na temat krzesła elektrycznego i prądu o znacznie wyższym napięciu. Tak czy inaczej, Andrew robi to – czymkolwiek to jest – przez dwadzieścia minut.

Po wyłączeniu prądu i zdjęciu elektrod pyta, czy czuję się inaczej. Sądzę, że chce, żebym był przekonany, żebym tak samo jak on nie wątpił w dobrodziejstwa, jakie niesie z sobą neuroenhancement.

– Może – odpowiadam. – Trudno powiedzieć.

Myślę, że odczuwam ulgę, ale wiem, że nie o to mu chodzi. Rzeczywiście czuję się pobudzony i postrzegam otoczenie z wyjątkową ostrością. Ale równie dobrze może to być całkiem zwyczajny efekt działania sporej dawki kofeiny. Jestem pewien, że kiedy Andrew wcześniej przygotowywał dla mnie kawę rozpuszczalną, spytał, czy ma wsypać trzy czy cztery łyżeczki.

***

Każde pokolenie ma przywilej przeżywania rewolucji naukowej. Rewolucyjną dziedziną naszego pokolenia jest neuronauka. Dla naszych rodziców i dziadków rewolucję stanowiła genetyka, której implikacje i możliwości nadal są przedmiotem badań. Dla ich rodziców i dziadków, dla każdego, kto dorastał w połowie XX stulecia w cieniu grzyba atomowego, najbardziej innowacyjną dziedziną wiedzy była z pewnością fizyka. Jeszcze wcześniej nasi prapraprapradziadkowie jako pierwsi mieli okazję doświadczyć olbrzymiego wpływu odkryć w dziedzinie chemii na życie społeczeństwa, a ich przodkom – jeżeli sprzyjało im szczęście – dane było skorzystać z osiągnięć medycyny i anatomii. (Jeżeli mieli pecha, zapewne pomogli w jej nauczaniu jako eksponaty i pomoce naukowe).

Każda rewolucja naukowa zmienia świat na swój własny sposób. Spuścizną każdej z nich jest panowanie: nad naszymi ciałami, nad żywiołami, nad siłami natury i naszym DNA. Niektóre z jej skutków są korzystne, inne nie za bardzo. Tak to już jest z rewolucjami.

Następny w kolejce do dynamicznych przemian jest mózg, a co za tym idzie – ludzki umysł; rdzeń czy, jak kto woli, dusza – to, co czyni nas tym, kim jesteśmy. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych rewolucji implikacje współczesnej neuronauki są doprawdy niezwykłe. Nadszedł czas, aby nasze pokolenie dotarło do granic natury i pokonało jej ograniczenia. Jeżeli dobrze to rozegramy, nasze dzieci odziedziczą po nas odmieniony świat.

Poprzednie rewolucje naukowe przebiegały według stałego schematu. Najpierw uczeni prowadzą badania i zbierają informacje o prawidłach funkcjonowania świata i nas samych: o tym, jak łączą się z sobą atomy, jak krąży krew, jak pary zasad tworzą DNA, w jakich proporcjach mieszają się gazy tworzące powietrze. Później inni naukowcy wykorzystują te informacje, aby ingerować w naturalne systemy, aby je okiełznać i zmienić dla naszego dobra i według naszej woli.

Podobnie jest z naszą rewolucją neuronaukową. Pod koniec XX wieku technologia skanowania pracującego mózgu weszła do powszechnego użytku. Uzyskane dzięki niej kolorowe obrazy pokazują obszary odpowiedzialne za wszelkie ludzkie cechy i zachowania, począwszy od ośrodków miłości i nienawiści, a skończywszy na komórkach mózgowych, które decydują o tym, czy ktoś woli pić colę czy pepsi. Jeszcze do niedawna znakomitej większości neurobiologów wystarczało obserwowanie i mapowanie aktywności neuronalnej i jej nieustannie rosnącej złożoności. Naukowcy ci przestrzegali jednej z najstarszych zasad ludzkiego zachowania: patrz, ale nie dotykaj.

Teraz jest inaczej. Dziś, gdy rewolucja w dziedzinie neuronauki pozwala ujrzeć jej ogromny potencjał, nowe pokolenie naukowców nie zadowala się już wyłącznie obserwowaniem i opisywaniem aktywności mózgu. Chce w nią ingerować, zmieniać i ulepszać mózg – stosować techniki zwiększające jego możliwości.

Ludzki mózg podejmuje największe wyzwanie w dziejach: udoskonalić zasady swego funkcjonowania, śledzić oraz mapować tryliony możliwych kombinacji i znaleźć sposób na usprawnienie ich działania. Odkryć metody przygotowywania i łączenia 86 miliardów neuronów, czego efektem będzie udoskonalenie pamięci, zdolności logicznego rozumowania, rozwiązywania problemów i mnóstwa innych umiejętności umysłowych – podniesienie poziomu ludzkiej inteligencji.

Koncepcja wykorzystywania zdobyczy nauki w celu doskonalenia inteligencji może się wydawać nieco naciągana, lecz niektóre wysoko postawione osobistości traktują ją bardzo poważnie. U schyłku rządów Tony’ego Blaira przedstawiciele brytyjskiego rządu poprosili grono ekspertów10 o opinię na temat potencjalnych konsekwencji politycznych takich działań. Brytyjskie władze chciały się dowiedzieć, czy inne kraje, konkurenci Wielkiej Brytanii na arenie gospodarczej, mogą dążyć do wdrożenia narodowych programów sztucznego poprawiania przymiotów intelektualnych. „Byliśmy naprawdę poważnie zainteresowani” – wyjaśniał później jeden z członków zespołu – „kwestią, czy takie strategie mogłyby zostać wykorzystane przez inne kraje, które być może cenią sobie osiągnięcia intelektualne wyżej niż niektóre kraje zachodnie, co postawiłoby Zachód w niekorzystnej sytuacji ekonomicznej”.

Chińscy naukowcy prowadzą finansowane przez państwo badania mające wykazać, czy urządzenia do tlenoterapii11 – takie jak komory hiperbaryczne, w których leczy się nurków cierpiących na chorobę kesonową – mogą poprawiać sprawność umysłową. Nie czekając na rezultaty badań, ambitne rodziny rezerwują te komory dla swoich nastoletnich latorośli w przeddzień gaokao, chińskiego odpowiednika matury, który jest przepustką na studia i gwarancją późniejszej kariery w instytucjach państwowych. Może się wydawać, że to przejaw desperacji, warto jednak zwrócić uwagę na pewien interesujący fakt. Umiejętność zmuszenia mózgu do wytężonej pracy w zaledwie kilku kluczowych momentach wystarczy, aby nadać kierunek naszemu dalszemu życiu. Nie tylko najbardziej oczywiste wydarzenia – testy i egzaminy w szkole i na studiach, rozmowy kwalifikacyjne i ewaluacja jakości pracy przed potencjalnym awansem – skazują człowieka na sukces lub porażkę. Dobre pierwsze wrażenie może otwierać wiele drzwi i stwarzać nowe szanse, a sposób, w jaki przejawia się nasz potencjał intelektualny – od elokwencji po zwykłe zapamiętywanie nazwisk – może imponować otoczeniu. Jako że w naszym zapracowanym, zatłoczonym świecie okazje trafiają się rzadko i nie pozostawiają czasu na zastanowienie, wysoki poziom inteligencji (czy też tego, co społeczeństwo uznaje za inteligencję) oraz umiejętność jej pokazania to jeden z najstarszych i najpewniejszych sposobów na przekonanie innych, że mamy wszelkie predyspozycje, by jak najlepiej wykorzystać te życiowe szanse.

Ta sama prawidłowość działa także w odwrotnej sytuacji. Przez całe życie nękają nas wspomnienia przypadków, gdy nasz mózg – nasza inteligencja – nas zawiódł. Pamiętasz upokorzenie, gdy zapomniałeś przynieść strój na WF i salwy śmiechu, kiedy wszedłeś na salę gimnastyczną w czyichś brudnych szortach wygrzebanych z pojemnika na rzeczy znalezione. Nie możesz zapomnieć uczucia zawodu, kiedy odczytywano wyniki testu i twoje nazwisko znalaz­ło się znacznie niżej na liście, niż tego oczekiwałeś. Wyraz twarzy ojca, kiedy mimo wielu godzin, które spędził z tobą w samochodzie, mimo jego wsparcia i słów otuchy nie zdałeś egzaminu na prawo jazdy. Znowu. Randka z najładniejszą dziewczyną w szkole w tamten piątkowy wieczór, podczas której zjadła cię trema, i rumieniec wstydu, kiedy w poniedziałek opowiedziała swoim przyjaciółkom, że w autobusie nie potrafiłeś wykrztusić z siebie ani słowa.

Takie wydarzenia odciskają trwałe piętno na naszym życiu. Etykietki raz przyczepione do sposobu, w jaki używamy – albo nie używamy – naszych mózgów, z reguły trzymają się mocno. Tępy, błyskotliwy, bystry, mało pojętny, sprytny, ograniczony, inteligentny, głupi, uważny, niemądry, dowcipny, tumanowaty, obrotny, durny – jakże szybko dynamika sprawności umysłowej zostaje wpasowana w sztywne ramy. I jak trudno później się z nich wyrwać. Jakąż przemożną moc ma przejście od charakteryzowania ludzi za pomocą elastycznych przymiotników do kategoryzowania ich za pomocą niewzruszonych rzeczowników. Ona jest geniuszem. To głupek. Takie określenia potrafią przylgnąć do nas na zawsze. Wystarczy raz zachować się głupio, żeby przez resztę życia nosić piętno głupca.

Dzieje się tak dlatego, że w powszechnym przekonaniu mechanizmy funkcjonowania mózgu są dla nas niedostępne. Mózg jest szczelnie zamknięty w czaszce i odizolowany nawet od reszty naszej fizjologii. Starożytni uznawali, że siedliskiem emocji, popędów i zdolności jest serce. My sami nadal umieszczamy tam miłość i odwagę. Serca jednak bywają zmienne. Wiemy, jak sprawić, żeby serce pracowało lepiej. A jeśli to nie poskutkuje, od czego mamy transplantacje? Dzięki nim serce stało się elementem wymiennym.

Nauka i medycyna dały nam niemal boską moc zmieniania naszych ciał, poprawy wydolności i maksymalizowania naszego potencjału fizycznego. Nikt nie jest już zwyczajnie słabeuszem ani tłuściochem – co najwyżej nie wypróbował jeszcze tego leku albo tamtego programu ćwiczeń. Postęp wyswobodził sprawność fizyczną z krępującego ją kaftana sztywnych ograniczeń.

Niestety, nie da się powiedzieć tego samego o naszym potencjale umysłowym. Sprawność mózgu, mierzona umiejętnością poprawnego wykonania zestawu określonych zadań, wciąż jeszcze uważana jest za niezmienną. Owa sprawność, przeliczana na punkty, liczby, procenty, stopnie, interpretowana za pośrednictwem odruchów, reakcji, słów i działań, jest tym, co rozumiemy przez pojęcie inteligencji. Poziom inteligencji jednostki, w przeciwieństwie do jej kondycji fizycznej – masy mięśniowej, pojemności płuc, wydolności wątroby, prędkości wzrostu włosów, zaburzeń erekcji, stanu i barwy uzębienia, elastyczności skóry na szyi i dekolcie, skłonności do pojawiania się nieestetycznych plam wątrobowych, opadania biustu, elastyczności mięśni tułowia, indeksu masy ciała, stosunku obwodu w talii do obwodu w biodrach, poziomu ciśnienia krwi i całej reszty – jest postrzegany jako wielkość statyczna. Idziesz przez życie z tym, co masz.

Rzekomo niezmienny charakter zdolności umysłowych stanowi jeden z fundamentów struktury społeczeństwa. Domniemane różnice w poziomie inteligencji przyczyniły się do utrwalenia systemu klasowego, za ich sprawą wyniki w nauce są nadal powszechnie wykorzystywane do klasyfikowania, oceniania i selekcjonowania pod kątem potencjału umysłowego. To dzięki nim klasowy prymus nawet po upływie kilku dziesięcioleci ma przewagę nad konkurentami podczas rozmowy kwalifikacyjnej. To one skłaniają pedagogów i socjologów do gorączkowego poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy o poziomie inteligencji jednostki decydują czynniki genetyczne czy środowiskowe. To one umożliwiają ludziom opisywanie za pomocą liczby nie tylko rozmiaru obuwia czy wzrostu, ale także swojego IQ.

Koncepcja zmiany poziomu czyjejś inteligencji, fundamentalnej zmiany potencjału umysłowego, w wyniku której dana osoba stałaby się właściwie innym człowiekiem – w znacznie większym stopniu niż po transplantacji serca – wydaje się mocno naciągana, a nawet niemożliwa do urzeczywistnienia. A przecież żyjemy w świecie, w którym wchodząc na stronę internetową, możemy wybrać przed operacją kształt nosa i długość naszych nowych palców u stóp. Ingerencja w pracę mózgu w celu zmiany zdolności umysłowych – zapewne najpoważniejsza ingerencja w kierunek, jaki może obrać ludzkie życie – jest więc nie tylko prawdopodobna, ale wręcz nieunikniona.

Któż bowiem zrezygnowałby z szansy na wykorzystanie owego nieużywanego potencjału kognitywnego? Żeby wymazać tamto upokorzenie, jakiego doznał w szkolnej szatni przed lekcją WF-u. Żeby wymyślić coś, cokolwiek, co mógł­by powiedzieć w tamtym autobusie dziewczynie, z którą umówił się na randkę, byle tylko przerwać krępujące milczenie. Żeby ujrzeć dumę w oczach taty, który rzuca mu kluczyki do samochodu. Kto nie chciałby zapewnić sobie i swoim dzieciom możliwości osiągania lepszych wyników na sprawdzianach i egzaminach, oglądania wyższych ocen obok swojego nazwiska. Cóż, naukowcy twierdzą, że to da się zrobić.

Nie dajmy się zwieść pozorom: rewolucja neuronaukowa trwa w najlepsze i nabiera rozpędu. Wiele krajów świata zaangażowało się w naukową rywalizację o prymat w eksploracji terytorium mózgu. Każdy z nich pompuje miliardy w badania nad metodami umożliwiającymi zmianę sposobu pracy neuronów. Motorem tej rewolucji jest pilna potrzeba wynalezienia nowych narzędzi do walki z narastającym problemem demencji w starzejącym się społeczeństwie oraz zdumiewający brak skutecznych terapii zaburzeń psychicznych, z którymi boryka się co najmniej jedna czwarta ludzkości. Należy tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy i w jakim zakresie wyniki tych badań wpłyną na sytuację ogółu społeczeństwa.

Historia uczy, że skutków postępu naukowego nie da się zahamować, ograniczyć ani skanalizować. Spełniają one bowiem niezaspokojone ludzkie pragnienia. Zdobycze anatomii i chirurgii wykorzystuje się dziś nie tylko do ratowania życia, ale także do wszczepiania implantów piersi i wykonywania korekt nosa. Osiągnięcia w dziedzinie syntezy chemicznej przyniosły nam nie tylko nawozy sztuczne i celowane leki przeciwnowotworowe, ale też narkotyki rekreacyjne i nowe dopalacze. Techniki genetyczne służą zwalczaniu chorób dziedzicznych, aby uwolnić od nich przyszłe pokolenia, ale otwierają także niepokojącą perspektywę „projektowania” dzieci o określonym kolorze oczu, wzroście albo płci.

W sytuacji, gdy ze wszystkich tych zdobyczy medycyny korzysta się dziś nie tylko po to, aby nas leczyć, ale także po to, żeby poprawiać nasz nastrój i wygląd, przypuszczenie, że to samo nie stanie się z neuronauką, której osiągnięcia mogą nam zapewnić nieporównanie większe korzyści, byłoby przejawem skrajnej naiwności. Żyjemy nie tylko w epoce mózgu. Żyjemy w czasach neuronauki kosmetycznej, której ostatecznym celem jest zwiększenie poziomu inteligencji.

Ludzie od zawsze pragną mieć przewagę nad rywalami. Wszyscy rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy życiowy start lub, co w wielu przypadkach wydaje się znacznie uczciwsze, sprawić, żeby inni ludzie – nauczyciele, przyszli pracodawcy i partnerzy życiowi – zauważyli ich dzieci, docenili je i darzyli większymi względami niż inne. Jak dotąd jednak próby osiągnięcia tego celu poprzez podniesienie poziomu inteligencji pozostają w sferze marzeń. Wykształcenie można kupić, ale zdolności? Cóż, albo się je ma, albo nie. Badania nad poszerzaniem zdolności poznawczych dają nadzieję na podniesienie poziomu inteligencji u tych, którym dziś jej brakuje.

Rozwój technik aktywizowania funkcji poznawczych zmusza nas do zmiany podejścia do kwestii inteligencji i zdolności. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rząd Wielkiej Brytanii poprosił ekspertów o opinię na temat możliwości doskonalenia inteligencji, Parlamentarny Urząd do spraw Nauki i Technologii wydał bro­szurę12 poświęconą temu zagadnieniu, przeznaczoną dla brytyjskich decydentów.

„Powszechne wykorzystanie metod zwiększania zdolności poznawczych będzie mieć interesujące implikacje dla społeczeństwa” – czytamy w niej. – „Obecnie jednostki o ponadprzeciętnych zdolnościach poznawczych w zakresie pamięci i umiejętności logicznego rozumowania są cenione i nagradzane. Udostępnienie każdemu obywatelowi narzędzi umożliwiających osiągnięcie takiego samego poziomu intelektualnego może ograniczyć zróżnicowanie populacji pod względem zdolności poznawczych i zmienić dotychczasowe postrzeganie normalności”.

Podobnie jak w przypadku dopingu w sporcie, korzyści płynące ze stosowania technik zwiększania zdolności poznawczych nie muszą być kolosalne, żeby mieć istotne znaczenie. Inteligencja jest relatywna. Jest z nią tak jak z prędkością w tym starym dowcipie13 o dwóch kamerzystach, którzy w afrykańskiej dziczy filmują lwa. Kiedy wygłodniała bestia ich zauważa i rzuca się w ich stronę, wściekle rycząc, jeden z mężczyzn błyskawicznie zdejmuje z nóg ciężkie trapery i wkłada adidasy.

– W życiu nie będziesz szybszy od lwa – mówi drugi.

– Nic nie szkodzi. Wystarczy, że będę szybszy od ciebie.

Rosnące znaczenie badań nad podnoszeniem poziomu inteligencji i potencjału poznawczego rodzi wiele pytań i wątpliwości natury moralno-etycznej, technicznej oraz społecznej. Wydaje się, że w tej chwili najistotniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze: czy to naprawdę działa? Po drugie: jak daleko można się posunąć? Ta książka to raport z linii frontu rewolucji neuronaukowej. Wierzę, że techniki zwiększania zdolności poznawczych działają, ponieważ posłużyłem się nimi, żeby podnieść poziom mojej własnej inteligencji. Wykorzystałem je, żeby sięgnąć do 90 procent nieużywanego potencjału mego mózgu. Dowód? Dzięki nim wkręciłem się do Mensy.

6 AC/DC – prąd zmienny/ prąd stały (ang. alternating current/direct current) (przyp. tłum.).

7 Anonim, The First Execution by Electrocution in Electric Chair, „New York Herald” 1890, 7 sierpnia.

8 Na Filipinach krzesło elektryczne było wykorzystywane do uśmiercania skazańców w latach 1924–1976 (przyp. tłum.).

9Charger – ładowarka (przyp. tłum.).

10 S. Hyman i in., Pharmacological Cognitive Enhancement in Healthy People: Potential Concerns, „Neuropharmacology” 2013, vol. 64, s. 8–12.

11 R. Yu i in., Cognitive Enhancement od Healthy Young Adults with Hyperbaric Oxygen: A Preliminary Resting State fMRI Study, „Clinical Neurophysiology” 2015, vol. 126, s. 2058–2067.

12 POST, „Better Brains” 2007, vol. 285, czerwiec.

13 Wydaje mi się, że opowiedział go Billy Connolly.

2. Materiał dla Mensy

W meksykańskim slangu słowo mensa znaczy „durna”. Dla większości z nas jest ono jednak wyłącznie nazwą międzynarodowego stowarzyszenia osób z wysokim IQ. Mensa oferuje członkostwo w swoich szeregach ludziom o najwyższym IQ, którzy stanowią 2 procent ludzkości. Według najczęściej stosowanej skali pomiaru są to osoby o IQ powyżej 130. Mensa oczywiście nie wyraża tego w tak prostej formie. Woli „inteligentniejsze” kryterium, zgodnie z którym jej członek musi udowodnić, że pod względem intelektualnym jest na poziomie 98 percentyla. Według szacunków Mensy, na każdych dwóch członków tej organizacji przypada 98 osób za mało inteligentnych, aby móc do niej wstąpić.

W Wielkiej Brytanii żyje ponad milion osób, których iloraz inteligencji wynosi 130 lub więcej. W 2016 roku brytyjski oddział Mensy zrzeszał 21 tysięcy członków. Jak widać, nie każdy człowiek z wysokim IQ chce należeć do stowarzyszenia osób z wysokim IQ. Można więc śmiało uznać, że kilkanaście osób, które spotkałem na jednym z londyńskich uniwersytetów w pewien niedzielny poranek w 2015 roku, należało do wyjątków, ponieważ wszystkie chciały zostać członkami Mensy. Niektóre były wręcz zdesperowane.

Stawiliśmy się tam wszyscy, żeby przystąpić do testu kwalifikacyjnego, który stowarzyszenie przeprowadza co miesiąc podczas sesji organizowanych w dziesiątkach ośrodków w całym kraju. Wszyscy poza mną chcieli zostać członkami. Ja chciałem poznać mój iloraz inteligencji, zanim zacznę testować na sobie techniki zwiększania zdolności poznawczych.

Czekając na korytarzu na wezwanie do zajęcia miejsc w sali egzaminacyjnej, zachowywaliśmy milczenie, częściowo z powodu tremy przed tym, co nas czeka za zamkniętymi drzwiami, gdzie mężczyzna i kobieta w średnim wieku rozkładali arkusze egzaminacyjne na ustawionych w rzędach jednoosobowych stolikach. Ale głównie ze względu na wielkie napisy PROSIMY O CISZĘ, TRWA EGZAMIN. W sąsiednich salach, do których udało mi się zajrzeć, widziałem studentów zdających rozmaite testy pisemne. Zakładałem, że były o wiele ważniejsze od naszego, dopóki rozmawiając szeptem z osobami ubiegającymi się o członkostwo w Mensie, nie uświadomiłem sobie, że dla niektórych z nich nasz test był także niezwykle ważny.

Wyglądający na mocno zdenerwowanego uczeń pragnął zamieścić informację o członkostwie w Mensie w swoim CV dołączonym do podania o przyjęcie na studia. Młoda dziewczyna oświadczyła, że podjęła wyzwanie rzucone przez rodzinę: jej ojciec, matka i starsze rodzeństwo byli już członkami, a teraz przyszedł czas, aby i ona dowiodła, że jest tego godna.

Kiedy zajęliśmy miejsca w sali, okazało się, że mamy do wypełnienia po dwa odrębne arkusze egzaminacyjne. Każdy składał się z serii zestawów pytań wielokrotnego wyboru, na które należało odpowiedzieć w ściśle określonym czasie. Pytań było za dużo, żeby można było w wyznaczonym czasie odpowiedzieć na wszystkie – z mniej więcej trzydziestoma pytaniami należało się uporać, powiedzmy, w trzy czy cztery minuty. Nie opłacało zastanawiać się nad nimi zbyt długo. Równocześnie jednak każde pytanie było trudniejsze od poprzedniego, więc opuszczenie któregoś i przejście do następnego także nie wydawało się dobrym pomysłem.

Zadania z pierwszego arkusza dotyczyły symboli i kształtów – należało wybrać niepasujący element, ułożyć elementy we właściwej kolejności, obrócić we wskazanym kierunku. Dokładnie takich układanek się spodziewałem. Ale były naprawdę trudne. Przebrnąłem zaledwie przez dwie trzecie pierwszego zestawu pytań, kiedy pilnująca nas blondynka oznajmiła, że czas minął. Kiedy nie patrzyła, zaznaczyłem odpowiedź A pod wszystkimi pozostałymi pytaniami. Pomyślałem sobie, że przecież i tak zamierzam później korzystać z technik zwiększania zdolności kognitywnych, co będzie swego rodzaju oszustwem, uznałem więc, że jestem usprawiedliwiony.

Na kolejne zestawy pytań odpowiadałem już szybciej, ale wcale nie miałem wrażenia, że idzie mi lepiej. Wszystkie te kropki, kreski, kwadraty, trójkąty i polecenia, co z nimi robić, stały się dla mnie po prostu jakimś obcym, niezrozumiałym językiem.

Pierwsza część egzaminu dobiegła końca. Ponieważ nie potrafiłem odczytać wyrazu twarzy pozostałych osób, nie mogłem ocenić, czy moja reakcja – ulga i szok – była typowa. Z naszej wcześniejszej rozmowy wywnioskowałem, że co najmniej dwie z nich już kiedyś podchodziły do testu, lecz bez powodzenia. Pomyślałem, że gdybym wiedział, czego mogę się spodziewać, z pewnością byłoby mi łatwiej.

W drugim zestawie pytań miejsce symboli zajęły słowa. Schemat był taki sam – zestawy pytań wielokrotnego wyboru o rosnącym stopniu trudności, na które należało odpowiedzieć w określonym czasie – ale tym razem zadania dotyczyły języka. Niektóre słowa należało zdefiniować, inne umieścić w kontekście lub zastosować prawidłowo, uzupełniając zdania i akapity. Ta część o wiele bardziej mi odpowiadała. W ciągu blisko dwudziestoletniej kariery dziennikarskiej napisałem, zredagowałem, wykonałem korektę lub przygotowałem wstępną wersję, lekko licząc, jednego artykułu prasowego dziennie. Powiedzmy, że było ich 250 rocznie, a zatem łącznie około 5 tysięcy. Po tysiąc słów w każdym? Oznacza to, że przez mój mózg przeszło 5 milionów słów, które były sortowane, weryfikowane, odrzucane, sprawdzane pod względem poprawności pisowni, wymieniane, usuwane, ponownie wprowadzane i wreszcie używane. I to wszystko tylko w godzinach pracy.

Zadania w teście Mensy z zakresu języka nie były łatwe, ale możliwe do rozwiązania. Czy „odrębny” to odpowiednik znaczeniowy słowa „niepowiązany” czy „niepołączony”? Albo „uchylać się” – czy jest to synonim słów „unikać”, „omijać”, czy raczej „umykać”?14 Miałem wrażenie, że używam innej części mózgu niż wówczas, kiedy odpowiadałem na pytania z pierwszego arkusza egzaminacyjnego. Zamiast zaczynać od wyeliminowania niewłaściwych odpowiedzi, jak w zadaniach z symbolami, co pozwala zrozumieć, czemu zajmowało mi to tak dużo czasu, znacznie częściej od razu wybierałem rozwiązanie, właściwe słowo. Jeden z testów lingwistycznych ukończyłem nawet przed czasem i, odkładając długopis, zastanawiałem się, jak radzi sobie z tą częścią egzaminu dziewczyna, która przyjęła wyzwanie swojej rodziny należącej już do Mensy. Nie miałem pewności, ale sądząc po akcencie, mog­ła być Niemką z pochodzenia. Zabrakło okazji, by spytać ją o to po egzaminie, ale – jak wywnioskowałem z pogawędek z innymi uczestnikami oraz podsłuchanych rozmów – byłem wyjątkiem. Wszyscy pozostali twierdzili zgodnie, że druga część była znacznie trudniejsza. Żegnając się z nimi, zachowałem swoje 5 milionów słów dla siebie. Nawiasem mówiąc, egzamin kosztował 25 funtów. W przypadku porażki forsy nie zwracano.

Jeszcze kilka pokoleń temu pomysł założenia towarzystwa zrzeszającego osoby z najwyższym IQ w rodzaju Mensy wydawałby się dziwaczny, a raczej bardziej dziwaczny, niż wydaje się dziś. Przed XX wiekiem tylko nieliczni przejmowali się poziomem swojej inteligencji. Jeszcze mniejszą wagę przywiązywali do inteligencji innych ludzi, którzy oczywiście także z reguły nie zawracali sobie nią głowy. Dla większości osób obarczonych ciężką codzienną pracą szkoła była luksusem. Mobilność społeczną, u której podstaw leży idea, że nie status społeczny i pochodzenie, lecz talent i potencjał umysłowy powinny decydować o tym, czym zajmujemy się w życiu, hamowały sztywne zasady rządzące społeczeństwem klasowym. Nawet jeśli komuś udało się „samoulepszyć”, liczyły się przede wszystkim umiejętności praktyczne.

Jednym z pierwszych krajów, który zaczął traktować inteligencję poważnie, była Francja. U schyłku XIX stulecia kraj wciąż jeszcze nie otrząsnął się po stracie Alzacji-Lotaryngii w wyniku wojny francusko-pruskiej. Francuski rząd dążył do odzyskania tego regionu. I zamierzał uparcie i konsekwentnie realizować swój cel. Wielu Francuzów zwracało uwagę, iż Prusacy wprowadzili u siebie obowiązek edukacyjny i od co najmniej stu lat posyłają wszystkie swoje dzieci do szkoły podstawowej.

Francuzi uznali, że oni także muszą wychować nowe pokolenie inteligentnych, zaradnych i wykształconych żołnierzy. Kraj pragnął przystąpić do wdrażania narodowego programu poprawy zdolności kognitywnych. Dlatego też w 1882 roku Francja, idąc za przykładem Prus, wprowadziła obowiązkową edukację podstawową dla wszystkich dzieci.

Nauczyciele zatrudnieni w nowych szkołach byli zszokowani. Jak się bowiem okazało, mnóstwo dzieci nie potrafiło lub nie chciało przyswajać wiedzy. Owi nauczyciele jako jedni z pierwszych zmagali się z problemem, który od tamtej pory dzieli specjalistów zajmujących się sferą edukacji: jak uczyć grupę dzieci o zróżnicowanym poziomie uzdolnień, nie ignorując przy tym odmiennych potrzeb edukacyjnych uczniów najmniej i najbardziej uzdolnionych?